Obietnica Rembrandta - Barbara Leahy

-
Proszę czekać

1

Amsterdam

marzec 1642

O brzasku budzi mnie dłoń położona na moim ramieniu. Wzdrygam się pod dotykiem i odrywam plecy od twardego oparcia krzesła.

Pochylający się nade mną ze świecą w dłoni Pieter śle mi powściągliwie przychylne spojrzenie.

- Jesteś gotowa, siostro. Doskonale. Już czas.

Powoli wypuszczam powietrze z płuc.

Przy drzwiach Pieter się schyla, aby wzuć buty. Na moment znów zagłębiam się w bezpieczne objęcia krzesła, lecz on zaraz na mnie zerka, a ja wiem, że nie zniosę dzisiaj żadnej przygany. Wstaję i prostuję się, wyciągając ręce wysoko. Palcami muskam pióra gołębi zwisających z krokwi.

Prędko cofam dłonie.

Zeszłej nocy siennik zadrapał mi skórę i ścieniał pod moimi plecami do tego stopnia, że równie dobrze mogłabym spać na gołej ziemi. Z zewnątrz dolatywały odgłosy kapania śniegu roztapiającego się na dachu. Leżąc bezsennie, zastanawiałam się, w jakim domu wkrótce się znajdę, kogo w nim spotkam. Minęła wymęczona godzina, po niej kolejna, aż w końcu się poddałam, zasłałam łóżko, włożyłam odzienie i usiadłszy przy kominku, rozpoczęłam oczekiwanie.

Przez koc zakrywający okno prześwieca niebieskawy blask. Dopinam na sobie kubraczek i wsuwam stopy w zawilgłe trzewiki. Wszystko, co posiadam, znajduje się w chuście wiszącej przy kominku. Zarzucam tobołek na ramię. Torf, którym napaliliśmy wczoraj, zamienił się w popiół, sięgam więc po cebrzyk i pogrzebacz, ale zaraz mi się przypomina, że przecież odchodzę z domu i odtąd to Marit będzie musiała pilnować ognia.

Pieter wkłada wełnianą pelerynę i tak przyszykowany maca na oślep za swoją fajką i tytoniem, które zawsze odkłada na półkę. Zza kotary oddzielającej przeciwległy kraniec izby dolatuje ukontentowane pochrapywanie jego żony. Pieter przykłada palec do ust. Nie będzie pożegnania z Marit.

To dobry znak, uznaję. Nie pora na złe omeny.

Na zewnątrz mroźne marcowe powietrze wyciska ze mnie dech. Szara breja pokrywająca ziemię moczy mi stopy. Pieter z chlupotem brnie przez błoto. Śpieszę za nim, żeby nie stracić z oczu niesionej przez niego lampy - przynajmniej dopóki nie dotrzemy na rynek.

Spomiędzy szeregu lokali z zamkniętymi na cztery spusty okiennicami wyróżnia się piekarnia, w której ktoś już rozpalił w piecu. Gdy ją mijamy, dolatuje nas woń świeżego chleba. Przez uchylone drzwi widzę zwieszone z drewnianych kołków sploty złocistych chałek. Nieomal czuję w ustach smak posypanej cukrem skórki, słyszę jej chrupanie w zębach. Może Pieter się zatrzyma, aby coś mi kupić. Ale mój brat raźno maszeruje przed siebie, a ja nie śmiem go opóźniać. Kątem oka dostrzegam jeszcze przyjazną zaczerwienioną twarz piekarza, który wystawia na parapet parującą formę do ostygnięcia. Macham mu, lecz mnie nie zauważa. W Rarep jestem niecałe trzy tygodnie. Kto tu będzie o mnie pamiętał, kiedy odejdę?

Kilka kroków przede mną Pieter przystaje i kołysze lampą w moją stronę. Podbiegam, aby się z nim zrównać. Ma na sobie zbyt porządną pelerynę jak na warsztat stolarski. Wieczorem Marit strzepnie trociny z jego ramion i będzie psioczyć, że zabrudziły podłogę. Ostatnio mój brat nieźle zarabia dzięki pracy przy statkach handlowych - jeśli szczęście będzie się go dalej trzymać, przeniosą się z Marit do lepszego mieszkania przed narodzinami ich pierwszego dziecka.

- Przypominam ci, Geertje, że udajesz się do szanowanego domu.

- W żadnym innym nigdy nie mieszkałam - odpowiadam ostro i natychmiast tego żałuję.

Gdyby nie on, byłabym nędzarką. Łzy szczypią mnie w oczy.

Pieter chrząka.

- Mąż cię nie zabezpieczył - przypomina mi. - Cały ciężar utrzymania spadł na mnie, a ja nie jestem zamożnym człowiekiem.

Chcę zarzucić mu niesprawiedliwość, chcę powiedzieć, że Abe był porządnym mężczyzną i że to nie jego wina, iż zmarł, kiedy zmarł. Ale gdy zaczęły się moje kłopoty, to Pieter załatwił mi posadę u Beetsów w Hoorn. I to Pieter wziął mnie do siebie, gdy po siedmiu latach żona kupca drzewnego powiedziała mi, że nie potrzebuje dłużej moich usług. Nie myślałam o niczym poza opieką nad tymi dziewczynkami i chłopcami. Jak mogłam zapomnieć, że dzieci dorastają?

- Jesteś dobrym bratem, Pieter. Masz moją wdzięczność.

- W mieście na pewno nadarzy się okazja, żebyś poprawiła swoją sytuację. Tylko pamiętaj, szukaj jej poza domostwem nowego pana. Nie będzie patrzył przychylnie na twoje swawole z jego uczniami.

- Nie jestem swawolna - protestuję.

Kiedy zbliżamy się do zabudowań gospodarskich, nad polami ścieli się srebrzysty świt. Dwaj mężczyźni ładują na wóz skrzynki z warzywami. Pieter wita się z nimi i przekazuje im zapłatę za moją podróż.

Pobrzękuje końska uprząż. Konie parskają, nozdrzami wypuszczając obłoki pary. Pod okapem chałupy stoją okutana gospodyni i parobek, oboje grzeją dłonie nad piecykiem z żarzącymi się węglami.

Drżę.

Pieter wyjmuje fajkę.

- Masz miesiąc, żeby się wykazać. Nie zrób ze mnie głupca. To ważni ludzie. - Kciukiem ugniata tytoń.

Mężczyźni już prawie skończyli ładowanie. Jeszcze chwila i parobek da znak, Pieter obróci się i odejdzie. Będzie za późno, abym mogła zmienić zdanie.

- A jeśli pani mnie nie polubi?

Pieter wybucha śmiechem.

- Polubi twoją pospolitą twarz, na którą nie zwróci uwagi jej mąż, tak samo jak twoje silne ramiona, które zniosą wiele godzin niestrudzonego wysiłku bez omdlewania.

Obejmuję ciaśniej tobołek.

- Czeka cię dobre życie, siostro - dodaje Pieter łagodniejszym tonem. - Twój nowy pan jest bogaty. Kolekcjonuje dziwy z całego świata.

- Będę jego najświeższym nabytkiem - dopowiadam, a on się uśmiecha jak za dawnych lat, kiedy uczył mnie budować tamy na strumieniu płynącym za chatą, w której dorastaliśmy. Momentalnie jednak poważnieje, jakby żałował, że pozwolił sobie okazać beztroskę.

- Nie mów nic o utraconym dziecku. Powiedziałem mu, że chłopiec rośnie zdrowo pod okiem naszej matki w mieście Edam.

Nie jestem w stanie myśleć teraz o tamtej drobnej twarzyczce, o oczkach zamkniętych pod czepkiem, o rączynach skulonych na wątłej piersi.

Parobek daje znak; pozostali pasażerowie zaczynają zajmować miejsca na wozie.

Pieter podsadza mnie, a następnie podaje mi tobołek. Siadam na skrzyni obok staruszki o zaciętym obliczu, która trzyma na kolanach kosz z jajkami. Konie mamy za plecami, pożegnam więc spojrzeniem Rarep, ale przegapię pierwsze widoki Amsterdamu.

- Marit i ja będziemy się za ciebie modlić - oznajmia Pieter, a ja omal nie wybucham śmiechem na myśl o jego wymagającej żonie, która na klęczkach prosi, aby powodziło mi się dobrze w życiu.

Czuję szarpnięcie, słyszę skrzypienie kół i Pieter zostaje w tyle. Na wpół się unoszę, aby mu pomachać, lecz on już zdążył się odwrócić i właśnie próbuje zapalić fajkę od żarzących się węgli.

Jeden z mężczyzn, którzy ładowali wóz, a teraz siedzą na gołych deskach, opiera łokcie na kolanach i zaczyna ucztować - na śniadanie ma chleb, ostry ser i piwo. Pijąc, mlaszcze z zadowolenia. Po paru łykach oferuje dzbanek staruszce, która sztywnieje i arogancko wiedzie spojrzeniem ponad polami. Mężczyzna tylko się szczerzy i niezrażony podtyka mi dzbanek, a mnie ogarnia nagła tęsknota za Hoorn i tamtejszymi przyjaznymi, ogorzałymi robotnikami portowymi. Kręcę głową z uśmiechem i odwracam wzrok. Nie mogę zjawić się pod dachem nowych państwa cuchnąca piwem, woniejąca mężczyzną.

Wioskę ledwie już widać. Droga wije się teraz pomiędzy moczarami. Przymykam oczy, poddaję się rytmowi kopyt, nasłuchuję muczenia bydła na pastwiskach, smakuję mgliste powietrze, które oblepia mi twarz. Gdy unoszę powieki, jest już jaśniej. Z rzadka rozrzucone gospodarstwa, stodoły i młyny ustąpiły miejsca ogródkom warzywnym, kościelnym dzwonnicom, składom drewna. Jak odnajdę się w obcym mieście? W myślach powtarzam wskazówki Pietera, jak dojść do domu malarza. Słowa te uspokajają mnie niczym modlitwa.

2

Gdy docieramy na skraj miasta, mgła zaczyna opadać. Słońce sięga bladymi palcami ku ziemi, lecz nie oferuje wiele ciepła. Staruszka obok opatula się ciaśniej peleryną, zakrywając nią brodę. Mężczyzna, który skończył już jeść i pić, skrzyżował nogi w kostkach i wyjąwszy nóż, przycina sobie paznokcie. W pewnym momencie przechwytuje moje spojrzenie i puszcza do mnie oko. Pośpiesznie się odwracam.

Jedziemy wzdłuż kanału, po którego spokojnych wodach suną pełne ludzi trekschuiten* ciągnione przez konie. Za okienkami kabiny dostrzegam grupki rozradowanych pasażerów, którzy umilają sobie czas grą w karty, śpiewem i piwem. Oczyma wyobraźni widzę, jak płynę w równie komfortowych warunkach kanałem w Edamie podczas wizyty u matki, zakładając oczywiście, że pod dachem nowych państwa zasłużę na przyzwoite zarobki.

Odkąd nawierzchnia się poprawiła, koła wozu obracają się szybciej. Wokół pną się okrętowe maszty, przecinające niebo i krzyżujące się na jego tle ponad dachami magazynów. W morskim powietrzu czuć woń rozgrzanej smoły. Składy drewna pełne są robotników najemnych - jedni piłują pnie, drudzy dźwigają pocięte kloce. Nadzorcy wykrzykują rozkazy, aby przebić się ponad ogólny rejwach.

Wjeżdżamy na most, z trudem pokonując pochyłość. Kiedy czuję, że znaleźliśmy się w najwyższym punkcie, obracam się i widzę skupisko wieżyczek z czerwonej cegły, sięgających nawet wyżej od kominów. Przypominam sobie szeptane przez matkę opowieści o dawno zatopionym zamku, którego widmowe dzwony biją na darmo.

- Co to takiego?

Mój zalotnik wygląda na rozbawionego.

- De Waag**. Cóż to, nigdy nie byłaś w Amsterdamie?

Postanawiam nie pytać o nic więcej.

Mijamy plac, na którym budowniczowie wysoko na rusztowaniach wbijają w ziemię ogromne drewniane pale. Dudnienie sprawia, że cały wóz drży, a my razem z nim.

Ulice stają się węższe. Stojące ciasno domy, dwu- i trzykondygnacyjne, nachylają się ku sobie, jakby plotkowały o tych, którzy przejeżdżają między nimi. Jak ktokolwiek może wieść spokojne życie w mieszkaniu położonym w tak ruchliwym miejscu? Nad frontami lokali wiszą malowane szyldy, obwieszczając wszem wobec, gdzie pracuje rękawicznik, dokąd udać się po tytoń, u kogo można kupić wino. Muszę to wszystko spamiętać, by opisać miasto Trijn, jeśli kiedyś jeszcze odwiedzę kuzynkę z Edamu.

Z tawerny wytacza się para - marynarz i śliczna dziewczyna - ledwie trzymająca się na nogach. Przystają chwiejnie nad brzegiem kanału, chichocząc na widok młodzika, który zwraca posiłek prosto do wody.

Gdybym nie wyszła za Abego, pewnie nadal pracowałabym w karczmie w Hoorn, pośród dymu z fajki i zapachu słodu, wesołej muzyki i temperamentnych marynarzy. Ale nie, nie wolno mi myśleć o tamtych czasach. Zdaniem Pietera ani malarz, ani jego żona nigdy nie daliby wiary, że karczmareczka pozostała szanowaną kobietą.

Dzwony kościelne rozbrzmiewają w całym mieście. Ich proste tony przepełniają mnie nadzieją.

Jesteśmy już chyba blisko Nieuwmarkt. Wesołkowaty kompan podróży żongluje orzechami w powietrzu, chwyta je i rozłupuje w zębach. Zacięta staruszka śledzi palcem gęsty druk modlitewnika, poruszając przy tym bezgłośnie wargami. Litery są ściśnięte, nie rozpoznaję żadnej z nich; w niczym nie przypominają tych, które jako dziecko haftowałam na gałganku i podtykałam Pieterowi, żeby mi przeczytał.

Wóz oddala się od kanału, bierze zakręt i wtem na naszej drodze staje niczym forteca De Waag z wieżyczkami strzelającymi w niebo. Łapię się krawędzi skrzynki, która służy mi za siedzenie.

Wesołek się szczerzy.

- Bez obaw, twój mąż na pewno na ciebie czeka.

Chcę odpowiedzieć, że nie mam już męża, że mój dom leży daleko stąd i że tu, w mieście, nikogo nie znam, ale on już wychyla się za burtę, by wyrzucić łupiny na ulicę.

Mijamy budynek Wagi Miejskiej i parę chwil później wyjeżdżamy na Nieuwmarkt. Plac jest wypełniony straganami i kramami, tak że z najwyższym trudem udaje nam się przecisnąć między nimi. Dzieciarnia gania wśród stoisk, czmycha spod końskich kopyt. Nasz woźnica przeklina, unosi bat. Chciałabym, żeby zwolnił, bym mogła podziwiać porcelanę, miedziane garnki, rzeźbioną kość słoniową, bele czerwonego i złotego jedwabiu. Zaledwie wczoraj, w Rarep, dreptałam po lokalnym targu między workami z rzepą i klatkami z rozwrzeszczanym ptactwem.

Kołyszemy się na kocich łbach i w końcu zatrzymujemy na południowo-zachodnim krańcu placu, gdzie woźnica zeskakuje z kozła. Wesołek szarmancko odbiera kosz z rąk staruszki, po czym pomaga jej wstać. Mnie także podaje dłoń i pomaga zejść na ziemię. Czy powinnam go poprosić, aby odprowadził mnie pod dom malarza?

Młoda dziewczyna z rozpuszczonymi włosami pojawia się znikąd, wesołek obejmuje ją ramieniem w talii, wyciska całusa na jej wargach i tyle ich widziałam. Ciżba zamyka się za nimi.

Stoję przy wozie z tobołkiem przy piersi. Dwaj mężczyźni mówiący z dziwnym akcentem rozładowują skrzynki z marchwią i burakami prosto na sanie. Wokół śmigają służące - każda z twarzą okoloną czystym lnianym czepkiem, w odprasowanym białym fartuchu. Na zgiętym przedramieniu niosą koszyki z pieczywem, ceberki z rybami. Ja łokcie kubraka mam przetarte, a moja bielizna, choć czysta, dawno już zszarzała. Pieter nie raczył mi powiedzieć, jak ubierają się kobiety w Amsterdamie. Zresztą nawet gdyby to zrobił, nie mam lepszego odzienia.

Jakiś mężczyzna stojący obok piramidy z klatek wyjmuje z jednej żółciutkie kurczę i podtyka mi je pod nos, mówiąc coś, czego nie rozumiem. Kręcę głową i pośpiesznie odchodzę.

Trafiam do alejki kupców korzennych, stragany po obu moich stronach mienią się jaskrawożółtą, ceglastą i cynamonową zawartością koszy. Gdy któryś pomocnik przecina worek z pieprzem, w powietrze unosi się chmura gryzących drobinek, wywołując łzy w oczach i katar w nosie. Wyrostek śmieje się na widok mojej skrzywionej miny. Pragnę złapać mocniej tobołek i uciec z tego miasta, pobiec prosto do Rarep, powiedzieć Pieterowi i Marit, że zostanę u nich i będę się opiekować ich dzieckiem, gdy już przyjdzie na świat, nie oczekując w zamian nic poza dachem nad głową i miską strawy.

Zapach smażonego śledzia sprawia, że cieknie mi ślinka, przez co przypominam sobie, iż dzisiaj jeszcze nic nie jadłam. Wokół przekrzykują się przekupnie, ciągną mnie za rękawy, nieomal się potykam o staruszkę doglądającą rusztu. Dociera do mnie apetyczna woń naleśników. Z kieszeni wyciągam kilka stuiverów***, które dostałam od Pietera.Naleśnik jest mięciutki i złocisty, ocieka roztopionym masłem. Szybko kupuję drugiego, po czym znajduję wyczyszczone z mchu schodki, żeby na nich przysiąść i zjeść w spokoju. Wspominam w duchu wskazówki brata. Rozglądając się, wypatruję lśniącego kurka na wieży budynku, który biorę za Zuiderkerk****.

Już chcę się zbierać, gdy pada na mnie cień. Drogę zastępuje mi łachmaniarz z jednym okiem zaciągniętym bielmem i całym zaropiałym. Pochyla się nade mną wsparty o lasce i mówi coś proszalnym tonem. Zrywam się na nogi, strącam jego dłoń i pośpiesznie oddalam się w stronę świątyni. Na skraju placu jednak przystaję zawstydzona. Pieter mówił, że w Amsterdamie od lat nie było zarazy, a trędowaci, którzy wkraczają do miasta, są zobowiązani nosić kołatki dla przestrogi. Starzec nie zagrażał mi w żaden sposób. Ale zanim wybiorę palcami monetę dla niego i wrócę po swoich śladach, żebraka już nie ma.

Może tylko go sobie wyobraziłam? Niepokoi mnie łomot serca w piersi. Czmycham z placu, byle dalej od kłębiących się tłumów, od proszalnika. Mijający mnie ludzie nie zwracają na mnie uwagi, przez co boję się, że powoli znikam, roztapiam się w chłodnym porannym powietrzu. Zatrzymuję się na moście, aby odzyskać oddech, mocno łapię żelazną balustradę. Gdy ją puszczam, zauważam, że na dłoniach mam rdzę - wygląda jak zaschnięta krew. Odrywam spojrzenie od własnych rąk i docieram do końca mostu. Wtedy, tak jak zapowiadał Pieter, moim oczom ukazuje się dom malarza.

* Trekschuit (nid.) - barka holowana z brzegu, prekursor nowoczesnego transportu publicznego, zwykle o stałym rozkładzie jazdy. L. mn.: trekschuiten.

** De Waag - budynek Wagi Miejskiej w Amsterdamie.

*** Stuiver (nid.) - srebrna, później miedziana moneta niderlandzka o wartości 2 groszy flandryjskich, będąca odpowiednikiem niemieckiego stübera, bita od końca XV w. do 1809 r.; w XVII w. została przyjęta do systemu monetarnego Zjednoczonych Prowincji Niderlandów jako 1/20 guldena, 1/6 szylinga, równa 4 duitom lub 8 fenigom.

**** Zuiderkerk - dosł. kościół południowy; XVII-wieczny protestancki kościół w Amsterdamie, w dzielnicy Nieuwmarkt.

3

Idąc wzdłuż Breestraat*, podziwiam jaskrawoczerwone okiennice rozwarte na boki i odsłaniające okna złożone z dziesiątek migoczących szybek. Dom jest przysadzisty, ale liczy kilka kondygnacji, z czego najniższa to suterena. Ponieważ wejście umieszczone jest pośrodku, budynek zdaje się rozpierać wśród sąsiadów, spychać ich swoją wspaniałością.

Do zielonych drzwi frontowych, na których wisi żelazny lew z wypolerowanym kółkiem w paszczy, prowadzą cztery stopnie. Wyobrażam sobie, że się po nich wspinam, ujmuję kołatkę i stukam głośno, brudną ręką matując metal. Nie dotknę go jednak; Pieter wyraźnie przykazał mi, abym zapukała od kuchni.

Zawracam w stronę kanału i posuwając się jego brzegiem, szukam wylotu zaułka, który poprowadzi mnie na tyły kamieniczek. Nad wodą dokazują chłopcy; jeden z nich podrywa wędkę z kłębem szmat na haczyku. Gdy macha nim przed twarzami pozostałych, ci odskakują, piszcząc z uciechy; muszę ich wyminąć, jeśli nie chcę się z żadnym zderzyć. Akurat wtedy mokry łach opada na kocie łby z plaśnięciem i widzę, że to nie szmaty, lecz martwy ptak, który zdążył się zacząć rozkładać.

Od strony zaułka odkrywam solidne tylne drzwi, które muszą należeć do domu malarza.

Tuż przed tym, zanim stracę nadzieję, że moje pukanie usłyszano w środku, otwiera mi jasnowłosa dziewczyna lat około siedemnastu.

- Geertje? - pyta mnie, nie tając ciekawości w głosie ani spojrzeniu. Bierze się pod boki i lustruje mnie wzrokiem od stóp do głów. Jej uwadze z pewnością nie umyka ani łata w dole spódnicy, ani niedopasowane guziki kubraka. - Nie spodziewałam się, że będziesz taka stara.

Czyżbym już znalazła się na cenzurowanym? Mam trzydzieści trzy lata, a Abe leży w grobie od ponad siedmiu, ale Pieter powiedział malarzowi, że jestem świeżo owdowiałą dwudziestopięciolatką.

- Wejdź. - Gdy dziewczyna się uśmiecha, w policzkach jej ładnej, sercowatej twarzy powstają dołeczki.

Odprężam się. Takiej młódce dwudziestopięciolatka jawi się leciwą matroną.

- Zaczekasz tu z nami - dodaje, kiedy staję za progiem.

- Powinnam zobaczyć się z panią.

- Później. Nocami dławi ją w piersi, dlatego w dzień często odpoczywa.

Kuchnia jest duża, z łupkową posadzką i długim dębowym stołem, przy którym pracuje odwrócona do nas plecami kobieta. Pod przeciwległą ścianą stoi pompa, z której dzióbka do kamiennego zlewu kapie woda. Obok ciągnie się szereg sięgających talii kredensów, których blaty rozjaśnia rząd okien z widokiem na wewnętrzny dziedziniec. Pod drugą ścianą rozpiera się piec, a także ruszt z rozległym paleniskiem, na którym buzuje ogień. Kobieta przy stole zwraca ku mnie zmizerniałą twarz, kiwa płytko i wraca do przerwanego zajęcia; tasakiem odcina nogi oskubanej kury.

- To Maartje, kucharka - objaśnia dziewczyna. Następnie ujmuje mnie za łokieć i prowadzi do pieca, przy którym w koszu śpi półroczne niemowlę. - Cieszę się, że już przyjechałaś. Bałam się, że i to umrze pod moją opieką. Bo wiesz, wszystkie poprzednie umarły.

Sięga po dzban stojący na rozgrzanej płycie i napełnia wodą fajansową misę, którą później kładzie na stole. Z kredensu bierze czystą szmatkę i kawałek mydła oliwnego.

- To twój jedyny czepek? Będziemy musiały znaleźć ci lepszy. Na razie włóż to. - Wskazuje fartuch wiszący na kołku.

Zdejmuję kubrak i odwieszam go przetartymi rękawami do ściany. Fartuch pachnie świeżością. Ktoś zadał sobie trud i wjechał czubkiem żelazka w każdą pliskę. Przeszedłszy do stołu, podkasuję rękawy aż za łokcie i zanurzam przedramiona w ciepłej wodzie, aby umyć ręce i twarz. Obok Maartje porcjuje drugą kurę; wzdrygam się za każdym uderzeniem tasaka.

Gdy już jestem czysta, zbliżam się do koszyka i dotykam niemowlęcego czoła. Chłopiec śpi, buzię ma zarumienioną od ciepła.

- Jak się nazywa?

- Tytus. Czwarty z kolei.

Becik jest lepki. Próbuję uwolnić kocyk z zaciśniętej piąstki, lecz chłopiec nie poddaje się nawet przez sen.

- Czy matka go karmi?

- Przestała. Zagląda tu mamka, ale mały jest nienasycony i woli kleik.

- Zbytnio się zgrzał. - Odsuwam koszyk od pieca.

- Pani mówi, że ma być trzymany w cieple - oponuje dziewczyna, choć zarazem pomaga mi w dźwiganiu. Nie spuszcza jednak oka z twarzy niemowlęcia, jakby się spodziewała, że to w każdej chwili może zacząć protestować.

Tytus gaworzy, wierci się, po czym znów uspokaja. W wyszywanym kaftaniku, nakryty obrębioną frędzlami chustą przywodzi mi na myśl afektowaną staruszkę. Kiedy mówię to na głos, dziewczyna się śmieje.

- Poczekaj - rzuca. - Zajmę się jabłkami, żeby Maartje nie miała powodów do narzekań.

Siadam na zydlu plecami do pieca i przyglądam się śpiącemu niemowlęciu, licząc, że wkrótce się obudzi. Dziewczyna nalewa cienkiego piwa z dzbana stojącego na stole i wręcza mi kubek.

- Jeśli zachce ci się pić, nabierz sobie wody z beczki w piwnicy, nigdy prosto z pompy. - Wróciwszy do stołu, zabiera się sprawnie do obierania jabłek. - Gdzie się urodziłaś? - pyta, lecz zanim zdążę odpowiedzieć, zniża głos do szeptu: - Pani udaje surową wobec nas, ale jest niefrasobliwa jak młode dziewczę, jeśli tylko pan ma dobry humor. Sama pochodzi z Fryzji, z lepszej rodziny od niego, z Uylenburghów.

- Niedomaga od połogu?

Dziewczyna ucieka wzrokiem.

- Dłużej. Myślałyśmy wszystkie, że to dziecko ją zabije, zanim zdąży się urodzić. Jej kasłanie budzi chłopca, dlatego będzie spał w izdebce na górze razem z tobą.

Między piecem i zbitymi z deszczułek drzwiami prowadzącymi do reszty domu znajduje się bedstede**. Być może to Maartje śpi w kuchni. Teraz rozdrabnia coś tłuczkiem, miarowo poruszając ramieniem. W rezultacie powstaje drobny czarny proszek, którym posypuje wyporcjowaną tuszkę, by wetrzeć go w skórę. Jej grube palce masują ciało, a ja czuję bezpodstawne ukłucie strachu. To przez żar bijący od pieca i przez tę dziewczynę, która gada o śmierci.

Paplając dalej, młódka trąca kosz i Tytus się porusza. Cmoka, rzuca głową i zaczyna płakać. Kiedy biorę go na ręce, jest rozgrzany i wilgotny. Pręży się w moich objęciach, odwraca ode mnie. Powietrze wypełnia nieprzyjemna woń.

- Potrzebna mi miednica. I szmatki - mówię.

- Ilse! - odzywa się Maartje, nie przerywając nacierania.

Ilse marszczy nos, ale przynosi mi żądane rzeczy. Zmieniam niemowlęciu pieluchę, ono jednak płacze jeszcze głośniej.

Ilse zerka na wewnętrzne drzwi.

- Bo pani usłyszy...

Wkrótce Tytus wtula się we mnie, zaspany i zadowolony.

- Polubił cię - stwierdza Ilse.

Główka dziecka opada. Gładzę je po pleckach i cicho nucę mu kołysankę, którą śpiewałam malutkiej Katrijn Beets w Hoorn, czując nostalgię za swoim dawnym życiem i za dziećmi, które kochałam jak własne. Trzymam chłopca pewnie jedną ręką, drugą odgarniając mu blond włoski. Samotność doskwierała mi jak lis gonionemu kurczęciu, ale tutaj, w ciepłej kuchni malarza, wracają mi siły witalne. Niemowlę rozbudza w moim sercu dawno zapomniane uczucia.

- Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy - mówię do Ilse, gdy Tytus zasypia.

Dziewczyna w odpowiedzi ściska mi przedramię.

- Bardzo się cieszę, że tu jesteś, Geertje.

Zbliża się Maartje, wycierając brudne dłonie w fartuch, który zakrywa jej suknię. Choć jest niewiele starsza ode mnie, ramiona ma zgarbione, a na twarzy nosi ponury wyraz. W pewnym momencie otwiera usta, charczy i spluwa w ogień masą flegmy.

Ilse upuszcza nóż, a gdy ten spada na kamienną podłogę, Tytus się wzdryga, cały napina i uderza w płacz.

W oczach dziewczyny maluje się strach. Uśmiecham się tyleż do niej, co do niemowlęcia, by uspokoić oboje. Ona jednak na mnie nie patrzy. Podążam wzrokiem za jej spojrzeniem, które pobiegło do drzwi - ku stojącej w progu kobiecie.

* Breestraat - ulica w południowej części Amsterdamu.

** Bedstede (nid.) - typowo holenderskie miejsce do spania w postaci szafy zamykanej drzwiami lub zasłoną, wbudowanej w boazerię pomieszczenia.

4

Pani domu wpatruje się we mnie. Jest blada i piękna, z łagodnymi brązowymi oczyma i delikatnie wzniesionymi brwiami. Włosy ma zakryte białym czepkiem, którego faliste troczki sięgają jej ramion. Sylwetką przypomina młodą dziewczynę. Podnoszę się, w pełni świadoma własnych przyklapniętych rękawów i spłowiałego płótna.

- Geertje Dircx. Miło cię poznać - mówi z wyrafinowanym akcentem.

Tytus odwraca główkę od matki, popłakuje w moje ramię. Dygam niezdarnie.

- Przyprowadź ją do salonu. - Kobieta wbija we mnie wzrok, lecz polecenie kieruje do Ilse. Jej chabrowa suknia szeleści, gdy okręca się zgrabnie i znika za progiem.

Płacz cichnie do przytłumionego pociągania nosem. Chcę odłożyć niemowlę do koszyka, ale Ilse łapie mnie za przegub.

- Weź go. Lepiej niech cię widzi z nim.

Następnie wiedzie mnie za wewnętrzne drzwi, ciasnymi i krętymi schodami w górę.

- Zaczekaj! - Tym razem, gdy obrzuca spojrzeniem mój siermiężny gorset i pomięte spódnice, dostrzegam w jej wzroku życzliwość. Poprawia mi na głowie czepek i naciąga na mnie fartuch, by zakrywał suknię od biodra do biodra. - Tak lepiej.

Tytus ucichł zupełnie, tuląc rozgrzaną buzię do mojego policzka. Tylko nie płacz, chcę mu szepnąć do uszka. Bądź grzeczny i słodki jak teraz, dopóki nie przekonam twojej mamy, żeby mnie polubiła.

Tuż zanim wkroczymy do salonu, dolatuje nas słabe echo kaszlu.

- Nie wspominaj nic o jej chorobie - szeptem przestrzega mnie Ilse.

Przestępujemy przez próg, mijamy łukowate przejście i już jesteśmy w wysokim na dwa piętra salonie, do którego światło wlewa się przez eleganckie okna, padając na podłogę w czarno-białą szachownicę. Wyobrażam sobie, jak Ilse szoruje te płyty każdego ranka, i zastanawiam się, czy ten obowiązek teraz spadnie na mnie.

W pomieszczeniu dominuje wysoka serwantka; próbuję sobie wyobrazić, jak wspinam się na palce, by zetrzeć z niej kurze. Na wszystkich ścianach tłoczą się obrazy. Po prawej przyszpila mnie spojrzeniem brodacz w turbanie. Przycupnięty nad nim Kupid z kołczanem pełnym strzał popatruje na drugą stronę pokoju, gdzie przed lustrem pręży się kokietka. Chciałabym się przyjrzeć im wszystkim dokładniej, ale pani czeka, aż podejdę do niewielkiego stołu na podwyższeniu.

- Możesz spocząć. - Gęsim piórem wskazuje krzesło obite skórą.

Z jej podołka na podłogę zeskakuje spaniel i machając puszystym ogonem, wesoło zatacza kółka wokół moich nóg.

- Luka!

Piesek wraca do stóp pani i zaczyna turlać między łapami czerwoną skórzaną piłeczkę.

Rzut oka w stronę drzwi i już wiem, że Ilse wycofała się z salonu.

Siadam, delikatnie przekładając niemowlę na kolana. Tytus natychmiast sięga po sznurówki mojego gorsetu.

Jego matka odkłada gęsie pióro do marmurowego kałamarza. Dłonie ma bieluteńkie, paznokcie różowe i idealnie owalne. Przed nią na blacie leży kartka zapisana do połowy filigranową pochyłą kaligrafią pełną zawijasów. Pani odsuwa ją na bok, sięga po starszy kawałek papieru, czyta przez chwilę i na koniec wzdycha.

- Beetsowie wyrażają się o tobie w samych superlatywach. Twierdzą, że ich dzieci pokochały cię niczym drugą rodzicielkę.

W oczach niespodziewanie stają mi łzy.

- Ja też je kochałam... - Biorę głęboki oddech i spuszczam wzrok na Tytusa, który właśnie wkłada sobie jedną z tasiemek do bezzębnej buzi.

- Mam tylko jednego syna. Troszczenie się o niego nie powinno ci nastręczyć problemów.

Odchyla się na oparcie i zwraca znużone spojrzenie ku oknu. Na zewnątrz wiruje śnieg; płatki topnieją, zanim opadną na ziemię. Przez kilka chwil słychać tylko zachwycone gaworzenie niemowlęcia.

Moja nowa pani jest ode mnie młodsza, choć niewiele. Poznaję jej oblicze z jednego z portretów wiszących w salonie, nie śmiem jednak odwrócić głowy, aby porównać dzieło z modelką. Na ramiona ma zarzuconą cienką jedwabną chustę, spiętą na piersi złotą szpilą wysadzaną różowym klejnotem. Jej smukłą szyję zdobi sznur pereł. W płatkach uszu migoczą brylanciki. Patrząc na nią, widzę w niej małą dziewczynkę, która przebrała się w rzeczy matki.

Gdy nasze spojrzenia się krzyżują, pani ściąga brwi. Palcami okręca obrączkę tak szybko, że dwa zdobiące ją czerwone kamienie przypominają ślad po ugryzieniu na nieskazitelnej poza tym skórze. Prześladuje mnie śmierć własnego syna; możliwe, że pani to wyczuwa.

Zanim zdąży się odezwać, Tytus wybucha płaczem. Kołyszę go na kolanie, szepczę mu do ucha, ale on nie przestaje zawodzić, nie daje się uspokoić w żaden sposób. Wstaję więc, przekładam go przez ramię i gładzę po pleckach.

- Co mu się stało? - dopytuje pani.

Mam przed sobą rozpieszczone dziecko, które rozczarowała wymyślna zabawka.

- Za gorąco mu, pszepani - odpowiadam, choć w salonie jest o wiele przyjemniej niż w dusznej kuchni. - Potrzebuje świeżego powietrza.

Znalazłszy się nagle wyżej, Tytus cichnie i toczy wokół spojrzeniem. Jeszcze raz pociąga nosem, po czym milknie, a ja mogę ponownie usiąść.

- Zabrałabyś go na zewnątrz w dzień taki jak dzisiejszy? - Zadziera brodę, wargi zaciska w wąską kreskę. Jeszcze nic nie postanowiła.

Spoglądam prosto w jej poważne oczy.

- Tak, pszepani. Opatuliłabym go szczelnie i zabrała na dwór.

Milczy przez chwilę, po czym ku mojej wielkiej uldze wybucha śmiechem. Wyciąga rękę, gładzi syna po różanym policzku.

- Czyżbym niepotrzebnie trzymała cię w cieple? - Jej dłoń wydaje się równie gładka i miękka jak skóra niemowlęcia.

Tytus macha rączkami, zachwycony maminym dotykiem. Chcę go jej podać, lecz ona nie czyni żadnego gestu, by wziąć chłopca ode mnie.

Czuję, jak szala wagi przechyla się na moją stronę.

- Uwielbia swoją mamę - mówię.

- Jest moim czwartym dzieckiem. Wszystkie poprzednie spoczywają tam. - Pokazuje za okno, a ja zdaję sobie sprawę, że ma na myśli Zuiderkerk z jego obracającym się złocistym kurkiem. Ona też wyprawiła pogrzebiki, przeżyła to samo co ja, lecz trzy razy z rzędu. Pamiętam jednak kłamstwo Pietera, który powiedział tej kobiecie i jej mężowi, że mój syn rośnie zdrowo na wsi. Przez moment drżę, że pani zacznie mnie wypytywać o niego. Jak mogę udawać, że żyje, skoro urodził się duchem?

Ale pani nie interesuje się moim życiem.

- Brat przekazał ci warunki? - Zdaje się zniecierpliwiona, jakby nie mogła się doczekać, kiedy sobie pójdę.

Pieter przekazał mi tylko, że moim głównym obowiązkiem będzie piecza nad niemowlęciem i że mam niesłychane szczęście, dostając tę posadę.

- Tak, pszepani.

Przesuwa kartkę po stole, wręcza mi gęsie pióro. Nie jestem pewna, czego ode mnie oczekuje.

- Tu. - Stuka palcem w puste miejsce pod tekstem.

Zaschnięta dudka skrobie po papierze. Ściskam ją mocniej i znów próbuję. Pojawia się kropla atramentu. Kreślę znak, którego nauczył mnie Abe, znak przynoszący szczęście.

- Geertje, ufam, że będzie ci u nas dobrze - mówi pani, odkładając pióro z powrotem do kałamarza. - Ilse pokaże ci, gdzie będziesz spać.

Zwiesza głowę.

Podnoszę się i dygam, moszczę Tytusa na biodrze i pod pretekstem, że muszę go uspokoić, pozwalam sobie rzucić na nią jeszcze jedno spojrzenie. Zapadła się w krześle, siedzi z oczyma na wpół przymkniętymi, z jedną białą dłonią przyciśniętą do piersi, a drugą wyciągniętą, by pogłaskać spaniela, który nie odstępuje jej boku.

Przytłacza cię ciężar zmartwień, pani... - myślę, schodząc po stopniach. Nie tylko tych pochowanych na cmentarzyku przy Zuiderkerk, ale też bliższych, mających źródło w tym wspaniałym domu.

5

Będę spała w czymś, co Ilse nazywa "wiszącym pokojem", a co jest zmyślną drewnianą konstrukcją rozciągniętą pomiędzy parterem i pierwszą kondygnacją. Wąskie schody prowadzą na coś w rodzaju podestu, tyle że nie do końca, skąd jedno okienko wyziera na przestronny salon, a drugie na jadalnię, w której stoi stół nakryty dla dwojga.

Do mojej izby wiodą drzwi z dębowych deszczułek wyposażone w mosiężną klamkę, wewnątrz otwierają się kolejne, mniejsze, za którymi znajduje się izdebka Tytusa.

Po wizycie w obszernym i przestrzennym salonie moja izba zdaje mi się ciasna i zagracona. Tłoczą się w niej małe bedstede, prosty stojak podtrzymujący miednicę i wiklinowa komoda. Omal się nie potykam o sterczący na środku emaliowany urynał. W przyległej izdebce zastaję drewnianą kołyskę, krzesło i voetenstoof*. Oba pomieszczenia mają okna wychodzące na wewnętrzny dziedziniec, który znajduje się od strony południowej, co zapewnia odpowiednią ilość światła. Czepkiem jednak niemal szoruję po suficie. Zupełnie jakbym została skazana na kantorek przeznaczony dla osoby o znacznie mniejszych gabarytach.

Przysiadam na łóżku. Materac okazuje się siennikiem, który zapadnie się pod moim ciężarem i będzie mnie kłuł gdzie popadnie. Tyle dobrego, że gdy zaglądam do komody, w dolnej szufladzie dostrzegam wełniane koce - posłużą mi za prześcieradło i nakrycie.

Rozwiązuję swój tobołek i wysypuję jego zawartość na łóżko obleczone w pościel. W gieźle, wziętym na zmianę, ukryłam przedmioty, z którymi nigdy się nie rozstaję. Są to: medalik ze Świętym Nicolaasem należący uprzednio do Abego i matczyny grzebień, wiekowy tak, że złuszczyła się z niego prawie cała farba. Modlitwa otrzymana od kuzynki Trijn, spisana na kartce o postrzępionych rogach. Resztę swojego majątku - ceramiczny dzban, lusterko, a nawet pierścionek, który dostałam od męża - musiałam zastawić u lichwiarza w Hoorn. Najbezpieczniej jest kochać przedmioty bez wartości, rzeczy, których nie da się sprzedać. Układam swoje skarby na półeczce przy oknie: grzebień i medalik nie pozwolą modlitwie Trijn gdzieś się stracić.

Trzaskają zewnętrzne drzwi dziedzińca. Z góry widzę, jak bruk przecina oklapnięty czepek Maartje, która wynosi do wychodka wiadro czegoś, co wygląda mi na obierki. Gdy wraca do kuchni z pustym cebrzykiem i zgarbionymi plecami, ogarnia mnie współczucie dla niej.

Na klatce schodowej rozlegają się męskie głosy. Uczniowie pana. Stąpnięcia ciężkich buciorów to wzmagają się, to cichną za moimi drzwiami. Wybuch śmiechu w odpowiedzi na jakiś żart bierze mnie przez zaskoczenie; rozlega się echem jeszcze długo po tym, jak młodzicy znikną.

Znowu kroki, lżejsze tym razem. Pukanie do drzwi. Otwieram i widzę Ilse.

- Geertje, długo ci zeszło!

Nieomal zapomniałam o swoich obowiązkach. Ale pani ma papier z moim podpisem - odtąd mój czas należy do niej.

- Tytus się obudził?

- Smacznie śpi. Zostawiłam go z Maartje.

Wymija mnie i wchodzi, mimo że nie zaprosiłam jej do środka. Obrzuca spojrzeniem izbę, zatrzymuje wzrok na moim skromnym dobytku. Chce mi się śmiać na widok jej rozczarowanej miny. Na blacie komody zostawiłam złożone giezło na zmianę. Ilse maca poślednią tkaninę.

- Trzeba będzie pomyśleć o wyprawce dla ciebie. Pani czasami daruje nam swoje stare rzeczy.

Zanim zdążę odpowiedzieć, Ilse mówi dalej:

- Jesteś mężatką?

To niespodziewane pytanie wprawia mnie w zakłopotanie.

- Mój mąż zmarł niecałe pół roku po naszym ślubie.

- Nie masz własnych dzieci?

Udaje mi się potrząsnąć głową. Z trudem taję irytację. Pragnę, by zostawiła mnie samą, dostrzegam jednak łzy w jej oczach.

- To takie smutne... - szepcze, chwytając się za gardło.

Serce mi mięknie. Cóż ona może wiedzieć o wdowieństwie, o samotności? Jej beztroska natura przywodzi mi na myśl mnie samą z przeszłości, z czasów, zanim smutek rozgościł się w mojej duszy.

Jej łzy znikają równie szybko, jak się pojawiły.

- Mnie czeka ślub za rok. Wychodzę za syna gospodarza spod Lejdy, gdzie się urodziłam. Chciałam, żebyśmy się pobrali już pół roku temu, ale rodzice nie pozwalają mu myśleć o ożenku, dopóki nie skończy dwudziestu jeden lat.

Na wspomnienie uczucia, któremu ktoś rzuca kłody pod nogi, Ilse wzdycha przeciągle, a ja zastanawiam się, czy pod Lejdą rzeczywiście czeka jakiś zakochany syn gospodarza, czy wie w ogóle o tej dziewczynie i jej marzeniach. Kiedy byłam w jej wieku, pracowałam w tawernie w Hoorn, gdzie uczyłam się unikać lepkich rąk i gasić obsceniczny zapał wyrazem niewinnego niezrozumienia.

- Chcesz zobaczyć piętro? - znów zmienia temat.

Waham się, mając w pamięci młodzików, którzy niedawno mijali moje drzwi.

- Nikomu nie będziemy przeszkadzać. Pani jest w salonie, a pan wyszedł. Uczniowie trzymają się poddasza.

Zanim wyjdę z izby, ona jest już w połowie schodów.

Pracownia, w której maluje pan, zajmuje cały front domu. Ilse czeka na mnie w progu. Zatrzymuję się tuż za nią, bojąc się wejść do środka sama.

Cztery duże okna wychodzące na Breestraat wpuszczają do wnętrza miękkie północne światło. Pośrodku pomieszczenia stoją zasłonięte płótnem sztalugi, obok nich wiklinowy zydel. W powietrzu unosi się woń terpentyny. Jak pan może ją wdychać przez cały boży dzień? Przy drzwiach widzę stół zastawiony naczynkami i buteleczkami zatkanymi a to korkiem, a to woskiem, ze sporadycznie zwisającą z szyjki poplamioną plakietką. Pod najdalszym oknem na przeciętych na pół balach spoczywa owalny kamień szlifierski. Przeciwległe ściany podpierają żeliwne piecyki.

- Chodź... - Ilse ciągnie mnie za sobą do przyległego pokoiku. - Pokażę ci gabinet.

Tyle przedmiotów naraz widziałam chyba tylko u lichwiarza. Półki sięgają od podłogi do sufitu, zastawione posążkami, muszelkami, ryngrafami i czaszkami.

- Nie wolno nam tu wchodzić - wyjaśnia dziewczyna. Bierze do rąk globus i wprawia go w ruch, czerpiąc zadowolenie z mojego zmieszania.

- Ostrożnie - przestrzegam ją, mając wrażenie, że gipsowa statuetka zaraz wyślizgnie się z jej dłoni.

- Chyba nie boisz się ich dotknąć? - pyta po chwili, muskając poroża i rogi nieżyjących od dawna zwierząt, które zdobią jedną ścianę.

Z ociąganiem gładzę zwinięte liście rośliny, której nazwy nie znam. Są suche i twarde pod moimi palcami.

- Spójrz! - mówi nagle Ilse i wskazuje na sufit. Słysząc mój krzyk, wybucha śmiechem.

Z krokwi zwisa truchło półsmoka, półwęża z nogami zamiast skrzydeł i długimi przerażającymi szczękami.

Moją uwagę odwraca od niego dopiero pukanie w drewno. Okręcam się na pięcie. W progu stoi gładko ogolony mężczyzna lat około dwudziestu dwóch, odziany w poplamiony kitel i stare spodnie. Ilse właśnie dla zabawy przymierza wypolerowany hełm. Gdy dostrzega ucznia, zdejmuje nakrycie głowy i rumieni się - ze wstydu albo zadowolenia.

- Co tu robicie? - pyta chłopak. Ton ma przyjazny. Opiera się jednym ramieniem o futrynę i obdarza Ilse uśmiechem. Staram się nie myśleć, co by powiedział Pieter, gdybym straciła tę posadę już pierwszego dnia.

- Mogłabym zapytać o to samo ciebie - odpiera Ilse. - Nie powinieneś przypadkiem ciężko pracować na poddaszu?

- Znudziło mnie szkicowanie własnej twarzy i zatęskniłem za miłym towarzystwem. A że usłyszałem głosy... - Chłopak zerka na mnie.

- Nie mamy czasu na pogaduszki z tobą. - Ilse odkłada hełm, wyciera dłonie o fartuch.

- Nie śmiałbym was zatrzymywać. - Ostentacyjnie odsuwa się na bok, żeby nas przepuścić.

Wychodzę pierwsza, trzymając fałdy sukni palcami i uważając, aby go nawet nie musnąć. Pachnie olejkiem lnianym i tytoniem. Pośpiesznie zbiegam po schodach.

Za plecami słyszę zduszone szepty i śmiechy, zanim Ilse bez tchu wpada za mną do mojej izby.

- Głupiec - kwituje. - Nie powinien w ogóle z nami rozmawiać. Sądzisz, że jest przystojny? Daleko mu do mojego Jana.

- Wydawał się przyjazny... - Mam się na baczności. Ilse gotowa wciągnąć mnie w swoje intrygi, podczas gdy ja nie mogę sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Posyła mi zniewalający uśmiech i ujmuje mnie pod łokieć.

- Nie ma nic złego w przyjaźni.

* Voetenstoof (nid.) - ogrzewacz do stóp w postaci drewnianej skrzynki otwieranej z jednej strony, z otworami w górnej części. Do środka wkładano naczynie z żarzącymi się węglami, które dawały ciepło. Gdy dodatkowo przykryło się kolana pledem, można było ogrzać nie tylko stopy, ale całe nogi.

6

O świcie budzi mnie ciche kwilenie niemowlęcia. Opuściwszy łóżko, natychmiast czuję, jak pokrywam się gęsią skórką. Wypycham okiennice na zewnątrz, odsłaniając widok na sine niebo zabarwione odrobiną oranżu.

W izdebce obok Tytus wije się w kołysce, machając piąstkami i wykrzywiając twarzyczkę z niezadowolenia.

- Ciii, baranku. - Gładzę go po głowie. - Zaraz poszukam dla ciebie czystej pieluszki i miseczki z ciepłą owsianką.

Minionego wieczoru zapomniałam poprosić o dzban z wodą.

Ubieram się po omacku, chowam włosy pod czepkiem. Tytus przygląda mi się, mamlając rożek becika. Uwalniam tkaninę z jego uścisku i biorę go na ręce.

W kuchni Maartje już napełnia wiadra wodą z pompy. Ilse nosi po dwa naraz, chwiejąc się lekko pod ich ciężarem.

- Geertje, będziesz musiała sama się sobą zająć. Mam dużo do zrobienia. - Przelewa wodę z wiader do żeliwnego kotła wiszącego nad paleniskiem.

Uśmiecham się, by ją udobruchać, ale nadaremno.

- Uwiń się ze swoimi obowiązkami - dodaje, wskazując na niemowlę. - Musisz mi pomóc przed pojawieniem się gościa.

Schyla się po dzban pełen zagrzanej wody i nie roniąc ani kropli, przykłada jedno ramię do wewnętrznych drzwi, aby pójść na górę.

Odnajduję uprane wczoraj pieluchy i już wkrótce Tytus do mnie grucha, patrząc mi prosto w twarz, chwytając troczki i przekrzywiając czepek na mojej głowie. Ubieram chłopca w czysty kaftanik, po czym układam go w koszu, byle nie za blisko pieca.

Na stole nie widzę śniadania ani dla niego, ani dla mnie.

Maartje podsyca ogień pogrzebaczem. Plecy ma mocno zgięte, co skłania mnie do zastanowienia, czy stos pacierzowy nie doskwiera jej przy schylaniu.

Postanawiam, że dziś będę odważniejsza.

- Maartje - zagajam, podchodząc do niej.

Łapie formę z chlebowym ciastem, wsuwa ją na szufli do piekarnika, po czym roznieca płomienie z taką gwałtownością, że sypiące się iskry grożą zajęciem moich spódnic.

Odskakuję. Przez chwilę z gniewu aż brak mi słów.

Niemowlę pomiaukuje w swoim koszu.

- Maartje - powtarzam głośniej. - Potrzebuję miskę owsianki i świeże mleko dla Tytusa.

Kucharka rzuca mi spojrzenie, w którym dostrzegam mieszaninę wrogości i szacunku; zdejmuje pokrywkę z rondla stojącego na piecu i chochlą nabiera dwie porcje.

Moment później karmię cienką owsianką uśmiechnięte niemowlę, na boku podjadając ze swojej miski. O Ilse przypominam sobie dopiero wtedy, gdy dziewczyna wpada z powrotem do kuchni.

Mam pomóc jej szorować podłogę w salonie, a następnie zetrzeć kurze ze wszystkich powierzchni w bawialni, gdzie zostanie przyjęty gość.

- Marszand - dopowiada Ilse. - Człowiek przy pieniądzach.

Pomógłszy ubrać się pani, przekazuje tę wiadomość z taką samą nonszalancją, z jaką wczoraj pokazała mi pracownię pana i jego kolekcję osobliwych przedmiotów.

Ponieważ widzi, że jestem chętna do pomocy, rozchmurza się wreszcie. Prowadzi mnie do pralni, gdzie czeka rząd mioteł i szczotek.

- Pan będzie w dobrym nastroju, jeśli sprzeda kilka obrazów - stwierdza z przekonaniem. - Poprzednim razem kupił nam kandyzowane migdały, a że Maartje ma słabe zęby, zjadłam i jej porcję. - Kiedy tak szczebiocze, w jej policzkach pojawiają się dołeczki.

Posadzka w salonie nie nosi śladów zabrudzenia, ale i tak zabieramy się do pracy. Ilse szybko mnie wyprzedza, ja też jednak wpadam w rytm, mocząc i wyżymając ścierkę, by zaraz przesuwać nią miarowo po kamieniu. Co jakiś czas unoszę wzrok na malowidła. Naprzeciw drzwi wejściowych na widoku kuli się naga kobieta, która nie zdążyła jeszcze spostrzec podglądającego ją mężczyzny, lecz i bez tego instynkt każe jej się lekko zakryć, gdy stopami sięga do pantofli, by je wzuć. Mam ochotę się zerwać, uświadomić jej, że ktoś ją szpieguje.

Do rzeczywistości przywołuje mnie ostra woń octu.

Nie trzeba wiele czasu, by posadzka lśniła wilgotną czystością.

Przechodzimy z miotełkami do bawialni. Rozpiera się w niej na kolumienkach z pożyłkowanego czerwonego marmuru wspaniały kominek, od którego nie mogę oderwać spojrzenia. O dziwo kamień w dotyku jest ciepły, a przy bliższej inspekcji okazuje się drewnem rzeźbionym w białe żyłki upodabniające je do drogiej skały.

- Nie ruszaj! - upomina mnie Ilse zza pleców. - Bo popalcujesz.

Prędko cofam rękę.

Dziewczyna klęka przy otwartym palenisku, dorzuca do rozpałki garść ogarków i zaczyna gmerać przy krzesiwie.

Nad kominkiem wisi obraz przedstawiający mężczyznę w całunie siedzącego w grobie z na wpół otwartymi oczyma i upiornie bladym obliczem. Równie dobrze mogłabym być znowu w Edamie, przycupnięta na brzeżku ławki u Świętego Mikołaja, i z resztą dzieciarni chłonąć opowieść o Łazarzu.

Odwracam się i zaczynam pieczołowicie ścierać kurze z ramy niosącego spokój pejzażu, na którym dwaj wiosłujący mężczyźni przepływają pod kamiennym mostkiem na rzece.

Stół pod oknem nakryto białym obrusem, na którym w marmurowej misie spoczywają dwie zakorkowane butelki. Pod przeciwległą ścianą znajduje się bedstede z zasłoniętym wejściem, dalej zaś stoi wirginał. Ilse wyciera umorusane sadzą dłonie w szmatkę, po czym sięga po czysty gałganek i zaczyna nim polerować wieko instrumentu.

W tym czasie ja chwytam szczoteczkę o miękkim włosiu, by zająć się wyściełanymi zielonym aksamitem krzesłami ustawionymi wokół stołu. Na części z nich spoczęły płótna gotowe do prezentacji. Jakichże cen musi żądać za nie malarz, by utrzymać tak wystawny dom, wykarmić rodzinę i służbę?

- Co myślisz o tym dżentelmenie? - Ilse obejmuje ramieniem górę malowidła, które ukazuje mężczyznę w oknie. Model nosi spłaszczone nakrycie głowy i staromodny płaszcz; ramię w bufiastym rękawie wspiera o parapet.

Słysząc nutę wyzwania w jej głosie, nie odpowiadam od razu. Czyżbym patrzyła na przodka pana domu?

- Jest bardzo przystojny - mówię, choć po prawdzie mężczyzna ma zaczerwieniony czubek nosa, a mętne oczy rozświetlone tylko plamkami bieli.

Ilse wybucha śmiechem.

- To twój nowy pan, Geertje! Lubi się przebierać w stare ubrania i malować sam siebie.

Patrzę ponownie na skryte oczy, zaczerwienione powieki.

- Nigdy bym nie wyszła za artystę - oświadcza Ilse. - Słyszałam, że raz namalował panią jako ladacznicę w karczmie, co ona sama uznała za świetny dowcip, do czasu, aż jej rodzina kazała mu zdjąć płótno ze ściany. Jaka kobieta znosi takie rzeczy?

- Muszę wracać do Tytusa - oznajmiam.

W kuchni zastaję Maartje skupioną na wyjmowaniu ostryg z muszli. Zapach upieczonego chleba miesza się z solankową wonią morskich żyjątek, co na moment przenosi mnie znów na rynek w Hoorn, gdzie zwykłam się targować o świeży połów.

Mogłabym jej pomóc, dopóki Tytus śpi. Cztery złociste bochny, pocięte na ćwiartki do przestygnięcia, spoczywają na blacie. Ostrygi, mięsiste i smakowite, kąpią się we własnym sosie. Maartje sięga po nóż i przykładając większą siłę, niż to konieczne, kroi cztery cytryny. Zgniata każdą połówkę w mocarnej pięści, pozwalając, by sok ściekał jej przez palce do dzbanka.

- Pokroić chleb?

Zanim kucharka zdąży zdecydować, czy chce mojej pomocy, czy nie, wewnętrzne drzwi się otwierają i do pomieszczenia wkracza mężczyzna z obrazu.

- Maartje, stara wiedźmo - rzuca, niuchając powietrze, po czym wyciąga przed siebie dłoń, odrywa solidny kawałek chleba i wgryza się w niego.

Ku mojemu zdziwieniu Maartje się śmieje i w żartobliwie groźnym geście unosi nóż.

Pan okazuje się stać w kontraście z ponurym mężczyzną z portretu na górze. Wyzierające z cienia oczy ma duże i pełne ciepła, a wyraz twarzy jowialny. Nosi długi płaszcz podbity brązowym futrem oraz kapelusz z szerokim rondem. Schludnie przycięta broda i wąsy zdają się rzucać rude odblaski.

Żuje, przyglądając mi się, w końcu przełyka i stwierdza:

- Siostra cieśli.

- Tak, pszepana. - Chcę dygnąć, lecz takie formalne zachowanie kłóci się z jego swobodą. Gdy tak na mnie patrzy, bardziej niż kiedykolwiek jestem świadoma swoich zbyt szerokich ramion, pospolitej twarzy.

- Żona i syn chyba cię polubili. Tylko to się dla mnie liczy.

Pochyla się nad koszem, by dotknąć czółka niemowlęcia. Nie jest wysokim mężczyzną, ale przewyższa mnie może o cal.

- Maartje, będziemy potrzebować więcej jedzenia - znów zwraca się do kucharki. - Uylenburgh przyprowadzi Dou. W Lejdzie koszt wykarmienia tego chłopca przekraczał jego zarobki.

Maartje mamrocze coś rozdrażniona. Zgarnia odrzucone połówki muszli do wiadra i wychodzi z nim na zewnątrz.

Z dłonią na klamce wewnętrznych drzwi pan odwraca się jeszcze do mnie. Intensywność jego spojrzenia działa na moje zmysły tak, jakby musnął mi skórę jednym z lamowanych futrem mankietów.

- Powiedz bratu, że na spłatę jego długu trzeba będzie czegoś więcej niż zajmowanie się dzieckiem i domem.

Policzki mi płoną.

- Długu?... - powtarzam, ale jego już nie ma i tylko uderzenia obcasów na schodach kontrapunktują jego śmiech.

Dalsza część w wersji pełnej