Rozdział 4
Było jeszcze pięć sesji. Każda z nich trwała po kilka godzin. Krzysztof zadawał Joannie pytania. Ona na nie odpowiadała. Nalegał, aby jej odpowiedzi były szczere. I żeby wyzwalały w niej uczucia rozbawienia, złości, zażenowania, wzruszenia, wstydu.
- Nie rozbieraj mnie aż do kości - prosiła.
Ale był bezwzględny. A ona rozumiała, że jeśli chce, aby jego obraz był na miarę ich wspólnych ambicji i oczekiwań, ona musi się odkrywać przed nim bardziej niż przed spowiednikiem.
Ostatniego dnia, kiedy na portrecie były już zarysy całej jej głowy oraz szyi, a także niektóre fragmenty twarzy, Krzysztof poprosił, aby Joanna opowiedziała, co czuje do niego.
- Co czuję teraz? - spytała
- Nie. Opowiedz od początku.
- Powiedziałeś, że masz zamówienie na zilustrowanie nowego wydania "Emancypantek". A Elżbieta twierdziła, że ma koleżankę - istny konterfekt Madzi Brzeskiej. Więc przyszedłeś go zobaczyć.
- I było w tym coś szczególnego?
- W tym wypowiedzianym przez ciebie zdaniu? Nic. Ale w twoim głosie - tak. Mówi się, że mężczyzna kocha oczami, a kobieta uszami. Pewnie chodzi o to, co mężczyzna mówi. Ale dla mnie ważne jest, jak mówi. Głos. Być może wynika to z moich dziecinnych wspomnień i doświadczeń, kiedy głos mego taty był dla mnie symbolem męskości, a co za tym idzie poczucia trwałości, pewności i bezpieczeństwa. Jestem jedną z tych, co kochają uszami. No więc najpierw pokochałam twój głos. A potem pokochałam twój zawód. Wyrastałam przecież w domu i w rodzinie bardzo ceniącej malarstwo. I sztukę w ogóle. A potem? Sama nie wiem. To już jest wielka - jak mawiają - magia. Połączenie fizycznego i psychicznego przyciągania do kogoś. Z jakiego powodu - nie wiadomo. Ja też tego nie wiem.
- I mogłabyś ze mną żyć? Tak na co dzień? Czy przypadkiem nie jest to, Joasiu, miłość idealna, romantyczna, do wyobrażonego przez ciebie mężczyzny?
- Nie wiem, czy mogłabym z tobą żyć na co dzień. I przeżyć z tobą całe życie. Ale chciałbym spróbować.
Cały czas patrzył na jej usta. Nie dlatego, żeby dobrze słyszeć jej słowa. Chciał zobaczyć jak nabrzmiewają, czerwienieją i drżą. Aby tak się stało, musiało paść to pytanie:
- Pamiętasz nasz pierwszy pocałunek?
Osiągnął swoje. Patrzył jeszcze przez moment i zaczął szkicować.
- Pewnie, że pamiętam. Był to pierwszy pocałunek w moim życiu, który sprawił mi przyjemność. Chciałam, żebyś mnie całował. Masz ...
- Tak?
Prawie nie odrywał wzroku od płótna. Od czasu do czasu zerkał na usta Joanny.
- Masz to, co chciałeś? - spytała.
Uśmiechnął się.
- Miałbym więcej, ale nie daje się jednocześnie malować i całować modelki.
- Do diabła z twoją profesjonalnością - pomyślała z pasją. - Wstań teraz od tych cholernych sztalug i pocałuj mnie. Jeśli rzeczywiście chcesz namalować prawdziwą Joannę.
Jakby wyczuł jej myśli. Rzucił pędzel na podłogę, zdjął kitel, wytarł ręce w ścierkę nasączoną terpentyną.
- Dość na dziś! - powiedział. - Chodź do mnie.
Kiedy pochylił się nad nią, żeby ją pocałować, raz jeszcze spojrzał na jej usta.
- Nawet teraz jest bardziej malarzem niż kochankiem - pomyślała z żalem.
Swój gotowy portret zobaczyła dopiero po dwóch tygodniach. Obraz stał na sztalugach, osłonięty płótnem. Krzysztof zrobił dla niej prawdziwą jego odsłonę. Nie czekał na pochwały. Zdawał sobie sprawę, że obraz jest świetny.
Joanna patrzyła na siebie, tak całkiem różną od odbicia w lustrze, tak inną niż na wszystkich fotografiach. Co kłamało? Lustro? Aparaty fotograficzne? Czy malarski pędzel Krzysztofa?
- Kiedyś - powiedziała - mawiało się o takich portretach pochlebiony.
Krzysztof się roześmiał.
- Nie, nie jest pochlebiony. Mówiłem przecież, że namaluję twoją duszę ukrytą w twoim dziewczęcym ciele.
- I taka jest, według ciebie, moja dusza?
- Tak, właśnie taka.
- No to jesteś jak Winicjusz. Kochasz chyba bardziej moją olśniewającą duszę niż moje znacznie mniej olśniewające ciało.
- Jemu też nic nie brakuje - powiedział.- I w dalszym ciągu moja propozycja, że je namaluję jako akt, jest aktualna.
Joanna użyła przymiotnika olśniewająca, bo nie znalazła innego określenia dla wyrażenia swojego zachwytu. Nie chodziło jej o to, że wyglądała na portrecie przepięknie i intrygująco. Wiedziała - to jest niezwykły obraz. Dzieło sztuki.
Utrzymany był w sepii. Dziewczyna na obrazie jakby wynurzała się z beżowego, zamglonego tła. Najpierw dostrzegało się jej oczy. Potem włosy. Jedno i drugie o kilka tonów ciemniejsze od tła. Ale i oczy, i włosy były rozświetlone. Nie światłem padającym na modelkę z zewnątrz, ale jej własnym. Miało się wrażenie, że jedynym źródłem światła są właśnie oczy i włosy Joanny. Myślała, że Krzysztof wyeksponuje także jej usta. Tak długo przecież nad nimi pracował. Ale nie. To nie były usta dziewczyny czekającej na pocałunek, ani dziewczyny, która przed chwilą była całowana. Tak, jak to kiedyś zamierzał, tylko oczy Joanny miały zapowiadać obietnicę. Ale czego?
Rozdział 5
- Mam dla ciebie niespodziankę - powiedział Krzysztof. - Dostałem propozycję wystawienia swoich prac w łazienkowskiej Kordegardzie. Tej nad kanałkiem. Świetne miejsce.
Joanna ucieszyła się.
- Kiedy?
- No, jest jeszcze trochę czasu. Na selekcję obrazów, ich oprawę. No i plakaty. A w każdym razie - zaproszenia. Oraz przygotowanie symbolicznego poczęstunku. Czy czegoś w tym rodzaju.
- Tym się nie martw - powiedziała Joanna - Poczęstunkiem. Wezme to na siebie.
Roześmiał się.
- To i gotować potrafisz? Szkoda, że tego nie widać na twoim portrecie.
- Możesz umieścić w podpisie, albo przypisie.
Poprosił ją i Helenę, aby pomogły mu w selekcji obrazów. Powyciągał z rozmaitych zakamarków i zakurzonych kątów pracowni swoje płótna. Porozkładał je stole, podłodze, nawet materacu. Dziewczyny chodziły między tymi obrazami, przyglądały im się z daleka i z bliska. Niektóre z wybranych przez Helenę nie podobały się Joannie. Niektóre z wybranych przez Joannę nie podobały się Helenie. Obu podobało się dziesięć. Ale tylko połowa z nich podobała się Krzysztofowi. Joanna starała się nie forsować swojego zdania. Tylko raz się zauporzyła. Koniecznie chciała, aby na wernisaż trafiła martwa natura ze zwiędłymi astrami, na którą zwróciła uwagę podczas swego pierwszego pobytu w pracowni na Świętojańskiej. Ten obraz - jej zdaniem - najlepiej wyrażał artystyczne credo Krzysztofa. Była w tym obrazie zaduma nad zwykłą koleją i biegiem rzeczy.
Przekonała ich i astry zostały dołączone do dwóch portretów: Heleny i Joanny. Potem Krzysztof wpadł na pomysł dodania jeszcze portreciku Madzi Brzeskiej. Wydało mu się zabawne i przekorne zestawienie dwóch wizerunków tej samej osoby w tak odmiennych i nie przystających do siebie stylach. Helena entuzjastycznie poparła pomysł. Joannie też wydał się interesujący. Potem Helena postawiła na sztalugach obraz zatytułowany "Dorastanie". Był to pień świeżo ściętego, starego drzewa. A właściwie układ jego słojów, raz grubszych, innym razem ledwo zaznaczonych, niektórych z zaschniętymi lub całkiem świeżymi kroplami żywicy. Joannę zachwyciła ta, utrzymana w spokojnych kolorach: weny, kremu i złota, metafora życia. Lat dobrych i tłustych oraz lat chudych. Pogodnych i zdrowych lub pełnych cierpienia. Spokojnych i niespokojnych. Szczęśliwych i tych z kataklizmami.
Następnym obrazem, który przeszedł dzięki ich akceptacji, przełamującej sceptycyzm Krzysztofa, było drzewo z dwoma dość cienkimi konarami, utrzymane w jesiennej tonacji brązu i czerwieni. Dla Joanny było to drzewo ze zwieszoną głową. Przypominało lub mogło symbolizować człowieka po przejściach. Albo - zwyczajnie - zmęczonego, utrudzonego, zrezygnowanego. Krzysztof zdecydował o wystawieniu jeszcze innego drzewa. Nazwał je "Bonzai". Rzeczywiście wyglądało na miniaturkę egzotycznego mini-baobabu, a ustawione było na lustrze. W ten sposób były to właściwie dwa drzewa. Obraz, odwrócony do góry nogami, pokazywał niemal dokładnie to samo. Tyle, że w lustrzanym, a wiec subtelnie odmiennym odwzorowaniu.
Helena i Krzysztof odkurzyli jeszcze jedno płótno, którego Joanna dotychczas nigdy nie widziała. Był to krzyż spleciony z kiści bladofioletowego bzu. Jak to u Krzysztofa - nieco już przywiędłych, jakby umęczonych przemijaniem i bliskością swej śmierci.
- Ten obraz - pomyślała Joanna - mógłby wisieć i w kościele, i w każdym domu. Jest w nim więcej prawdy o cierpieniu niż w zbitych na krzyż dwóch kawałkach drewna. Lub figurze zawieszonego na nich człowieka.
Jedyny obraz nie malowany na płótnie, ale drewnie nosił tytuł: "Zakochani". Na jednej z desek, umieszczonej nieco wyżej niż druga i pomalowanej na jasno beżowy kolor, znajdowała się zaznaczona kilkoma czarnymi kreskami sylwetka mężczyzny. Mężczyzna zamknięty był w oznaczonym brązem kwadracie. Na drugiej desce - jasnobłękitnej - sylwetka kobiety tkwiącej w ciemnoniebieskim okręgu. Joannę poraziły i ta różnica poziomów, na jakich się mężczyzna i kobieta znajdowali i to niemożliwe do pokonania zamknięcie każdego z nich w ich własnej, odrębnej przestrzeni. Czy tak właśnie Krzysztof traktował możliwość, czy raczej niemożliwość zakochania się i kochania? I czy namalował ten obraz zanim poznał Joannę? Czy teraz, patrząc na obraz, myślał o niej? O nich?
- Odsapnijmy przez moment - powiedziała Helena. - I napijmy się herbaty. Choć - o ile znam mojego brata - do herbaty niczego w jego lodówce czy kredensie nie znajdziemy.
- Przyniosłam chleb na grzanki, masło i ser - odrzekła Joanna.
- Joasiu, jesteś naszym prawdziwym rodzinnym skarbem! - zawołała Helena.
I dodała:
- Czy ty, Krzysiu, słyszałeś, co mówi twoja mądra siostra?
- Wiedziałem o tym, zanim moja mądra siostra zdołała to zauważyć.
Obie młode kobiety podeszły do stołu, zdjęły rozłożone na nim płótna. Joanna przetarła blat zmoczoną ścierką. Helena położyła pokrojone kromki chleba, smarowała je i przykrywała plasterkami sera. Posypała część majerankiem, inne pieprzem ziołowym, na reszcie położyła odrobinę roztartego czosnku.
- Te z czosnkiem sama zjem - powiedziała. - Nie mam dziś randki i mogę sobie nareszcie użyć do woli. Uwielbiam czosnek. Nawet z miodem.
- Dlaczego nie masz dziś randki? - zapytał Krzysztof, myjąc ręce nad kuchennym zlewem. - Zostałaś wyeksmitowana z willi pana mecenasa? I masz pewnie nadzieję, że tylko czasowo.
- Tak, mam taką nadzieję - odpowiedziała Helena. - Andrzej wyjechał z tym swoim złym duchem na jakiś kawalerski weekend.
Zrobiła minę, jakby wątpiła w prawdziwość informacji o powodzie wyjazdu.
- Pojechali do Krakowa. Do tak zwanego "kolegi z wojska". Który ma imieniny czy też urządza jakąś inną hulankę.
- Kto to jest ten zły duch? - spytała Joanna.
- A, to taki odwieczny przyjaciel Andrzeja. Gdyby nie to, że obaj są babiarzami, to pewnie by wystarczali sobie za całą resztę świata.
W głosie Heleny wyczuwało się rozżalenie i irytację. Ale nie z powodu faktu, że jej ukochany był kobieciarzem, tylko, że większy od niej wpływ na niego miał przyjaciel z lat dziecinnych.
Joanna bardzo słabo znała Helenę, ale uważała ją za wyjątkowo atrakcyjną kobietę. Tyle, że o tej atrakcyjności decydował dotąd jedynie wygląd Heleny. Dopiero teraz Joanna spojrzała na siostrę Krzysztofa z sympatią. Pomyślała, że jest miła, rozsądna, ma bardzo dużą wiedzę - i to nie tylko z dziedziny sztuki - oraz poczucie humoru i autoironii. Tak - Helena na pewno nie tylko mogła się podobać, ale można ją też było szczerze lubić.
- Może ten zły duch jest po prostu o ciebie zazdrosny - powiedziała. - Jeśli sam się zakocha, to wtedy pewnie wszystko się zmieni. I on, i cały wasz układ.
Helena wkładała przyszłe grzanki do piekarnika. Wzruszyła ramionami.
- Nie wyobrażam sobie, aby t e n c z ł o w i e k był w stanie się zakochać. Zmienia baby jak rękawiczki. A nawet jeszcze częściej. Jak koszule lub skarpetki.
Joanna mimo woli zaciekawiła się t y m c z ł o w i e k i e m.
- Przystojny? - spytała.
- Mnie się nie podoba - odparła Helena.
- Jest jeszcze twoja antagonistka - powiedział Krzysztof. - Groźniejsza od antagonisty.
Helena westchnęła. I wyjaśniła Joannie.
- To kobieta - trudno teraz wyjaśniać niuanse - która prowadzi dom Andrzeja. Ona też mnie nie lubi. A właściwie - nie znosi.
- Dlaczego? - zdziwiła się Joanna. - Jest zazdrosna o swoją pozycję w tym domu?
- Nie - powiedziała Helena wyjmując grzanki z piecyka. - Ja jej na pewno w niczym nie zagrażam. Nic by nie straciła ze swojej pozycji i roli. Trudno mnie posądzić o rywalizowanie w takich sprawach jak gotowanie, gospodarowanie czy zarządzanie domem. Ani tego nie lubię, ani nie umiem, ani nie mam zamiaru się tego uczyć.
- No więc? - spytała Joanna. - Jaki jest powód nielubienia ciebie?
Krzysztof sięgnął po grzankę. Joanna postawiła przed nim szklankę z herbatą, wsypała dwie i pół łyżeczki cukru, zamieszała. Helena przyglądała jej się w zamyśleniu.
- Wiesz co, Joasiu? - powiedziała. - W tej chwili zdałam sobie sprawę, że ty byś się jej spodobała. Kobieta, która troszczy się o mężczyznę do tego stopnia, że wie ile łyżeczek cukru trzeba wsypać do jego herbaty, to chyba taka, której ona szuka.
Milczała chwilę i dodała:
- Może i sam Andrzej także.
Rozdział 12
Dla rodziny Ostrowskich doktor Stanisław Wiechowicz pełnił rolę Oka Opatrzności. Przed wielu laty wyleczył panią Emilię z tak zwanej krwawej dyzenterii, stosując tarte jabłka, czerwone wino i jakąś przedziwną - daną mu przez Boga - moc uzdrawiania samą swoją obecnością. Doktor Wiechowicz leczył bez użycia niedostępnych jeszcze antybiotyków zapalenia otrzewnej, gangreny, a nawet niektóre przypadki najbardziej śmiertelnej ze śmiertelnych chorób - gruźlicy. Od czasów przedwojnia był sąsiadem i przyjacielem państwa Ostrowskich. Joannę znał - jak mawiał - jeszcze przed jej poczęciem. Zapewniał ją, że już wtedy wiedział, że wyrośnie na piękną pannę.
Kiedy po zerwaniu z Krzysztofem zaczęły się, a potem nasilały niedomagania Joanny, wszyscy kładli je na karb jej złamanego serca. Wprawdzie panny żyjące w połowie XX wieku rzadko zapadały w takich przypadkach na blednicę czy melancholię, ale nie było to jednak całkiem niemożliwe. Pan Michał i pani Mila cierpliwie starali się przeczekać zawroty głowy i gastryczne cierpienia córki, jej brak apetytu i brak chęci do życia w nadziei, że dwudziestoletni organizm sam naprawi duszne rany swojej właścicielki. Ale poprawa nie następowała. Joanna czuła się coraz gorzej. Coraz częściej występowały napadowe kołatania serca. Pojawiła się tak silna arytmia, że spanikowani rodzice musieli wzywać pogotowie. Lekarz zdiagnozował trzepotanie przedsionków, które wprawdzie samoistnie i jeszcze podczas jego wizyty ustąpiło, ale na tyle wszystkich zaalarmowało, że postanowiono wezwać na pomoc doktora Wiechowicza. Stary lekarz rozpoczął badanie od obejrzenia oczu, uszu i gardła swojej pacjentki. Bez używania stetoskopu wsłuchiwał się w bicie jej roztrzepotanego serca. Starannie zbadał brzuch. Przyjrzał się stopom Joanny, a nawet jej paznokciom. Potem kazał się Joannie ubrać i do pokoju zaprosił panią Emilię Ostrowską.
Mama Joanny miała oczy rozszerzone z przerażenia. Spodziewała się wszystkiego najgorszego. Doktor jednak po zbadaniu jej córki miał twarz równie spokojną i pogodną, jak przed badaniem.
- Kiedyś - powiedział - zalecano w takich przypadkach wydanie panienki za mąż. Nie tylko dla usunięcia jej ewentualnych niedoborów hormonalnych, ale przede wszystkim po to, aby użerając się z mężem, zajęta od rana do nocy domem i dziećmi, nie miała czasu na smętne rozmyślania. W przypadku naszej Joasi ta rada zdałaby się jednak psu na budę. Co więc zrobimy? Zrobimy tak: trzy razy dziennie panienka będzie zjadała stołową łyżkę granulofosfatu. Po śniadaniu odbywała obowiązkowy godzinny spacer. A na ogólne wzmocnienie dostanie zastrzyki biostyminy. To wprawdzie bardzo bolesna kuracja, ale ból fizyczny odwraca uwagę od bólów innego rodzaju. A co do tych sensacji sercowych - to trzy razy dziennie kropelki neocardiny. A jeśli serce zacznie szaleć - dziesięć miligramów propranololu.
- Nie znajduje więc pan doktor żadnej poważnej choroby? - spytała pani Mila, a w jej głosie brzmiała tak wielka ulga, jakby przedtem spodziewała się dla córki wyroku śmierci.
- Nie znajduję. Co nie znaczy, że panienka nie dorobi się takiej właśnie, jeśli w porę jej nie zapobiegniemy. My wszyscy - z Joasią włącznie. A nawet - z Joasią przede wszystkim. Bo bez twojej, dziecko, chęci wyzdrowienia nic moje specyfiki nie dadzą. Rozumiesz?
Joanna skinęła głową.
- No tak! - powiedział doktor Wiechowicz. - Rozumiesz, ale wyzdrowieć nie chcesz.
Nie zaprzeczyła.
Choć odczuwała lęk przed wychodzeniem z domu, uczęszczała jednak regularnie na swoje uczelniane zajęcia. Nie pogorszyły się jej wyniki w nauce. Nie pogorszyły się też jej stosunki z kolegami. Jak dawniej rozmawiała, uśmiechała się, a czasami śmiała z ich powiedzonek i żartów. Dwa razy dała się zaprosić do kawiarni w "Bristolu" i zjadła raz pączka, raz napoleonkę. Bez żadnych po tym zjedzeniu gastrycznych sensacji. Któregoś dnia, kiedy fizycznie czuła się nieco lepiej, poszła na Plac Zamkowy. Przystanęła przed witryną Desy. Jej serce znowu zatrzepotało swoimi przedsionkami ze strachu, że może pojawić się Krzysztof. Mieszkał przecież tak blisko. Ale stała i patrzyła na wystawę. Potem weszła do środka. Nie miała pojęcia ile jej serce wykonuje uderzeń na minutę, ale na pewno było ich nie mniej niż sto dwadzieścia. Sięgnęła do torebki, wyjęła opakowanie propranololu i połknęła gorzki proszek. Bez popijania. Poczuła pieczenie w przełyku. Potem zaniosła się kaszlem. Sprzedawca zaniepokoił się.
- Może szklankę wody?
Skinęła głową. Drugi z pracowników podsunął jej krzesło. Wypiła wodę. Pomaleńku odzyskiwała oddech, ale serce nadal szalało.
- Szuka pani czegoś szczególnego?
Znowu skinęła głową.
- Czy macie - mówiła z trudem, wciąż czując pieczenie w gardle - jakiś obraz Krzysztofa Michałowskiego?
I w tej samej chwili taki obraz dostrzegła. Niewielką martwą naturę utrzymaną w kolorze złocistego brązu. Krzysztof namalował rozsypane na stole przywiędłe kwiaty. A wokół nich jesienne liście w barwach sepii, spiżu i ugru.
- Bardzo dobry obraz - powiedział sprzedawca.
Joanna ujęła to inaczej.
- Bardzo piękny.
Naprawdę tak myślała.
Sprzedawca przypatrywał się jej uważnie. Na pewno nie była potencjalnym nabywcą ani tego, ani żadnego innego obrazu. Ale na pewno znała autora "Jesieni". Jej reakcja świadczyła, że znała go w jakiś szczególny i bardzo osobisty sposób.
Joanna wstała z krzesła i dziękując za udzieloną jej pomoc wyszła ze sklepu. Bardzo chciała przejść Świętojańską, koło znajomej bramy, ale wiedziała - nie zrobi tego ani dziś, ani przez wiele następnych lat. Ledwo żywa dojechała do domu, przeleżała do wieczora w łóżku i zasnęła dopiero późno w nocy. Serce nadal stukało przyspieszonym i nierównym rytmem.
Ponieważ zbliżały się święta i sylwester, otrzymywała od kolegów zaproszenia na prywatki. Nie odmawiała, ale nie obiecywała, że będzie na pewno. Któregoś wieczora, kiedy oglądała - bez zainteresowania - spektakl Teatru Telewizji, zadzwonił telefon. Teraz już nie odczuwała żadnego, ani miłego, ani przykrego podniecenia słysząc ten dźwięk. Nie ruszyła się z miejsca. Pani Mila wstała, wyszła do przedpokoju. Zawołała:
- Asiu, do ciebie.
Joanna podeszła do aparatu.
- Tak - powiedziała apatycznie.
- Dobry wieczór pani Joanno. Mówi Andrzej Guttry.
Joanna zdziwiła się. Czego może od niej chcieć Andrzej Guttry?
- Powinno się pytać o tego rodzaju plany znacznie, znacznie wcześniej, ale ...
Zawahał się.
- Tak? - powtórzyła apatycznie Joanna. - O co chciał mnie pan spytać?
- Czy ma pani plany sylwestrowe i w dodatku tak zobowiązujące, że w żaden sposób nie da się ich zmienić?
Nie miała, ale powiedziała, że zamierza spędzić sylwestra ze swoimi kolegami.
- A ja miałem wątłą, ale jednak nadzieję, że uda mi się panią namówić na bal w Filharmonii.
Bal sylwestrowy w Filharmonii! Prawdziwy bal. Najbardziej elegancki bal w Warszawie. Ileż to razy Joanna wyobrażała sobie ten właśnie bal. W przeświadczeniu, że może w jakimś odległym kiedyś i ona tam będzie. Odkąd jednak poznała Krzysztofa porzuciła myśli o prawdziwych balach. A tym bardziej o balu w Filharmonii. Krzysztof nigdy nie poszedłby na taki bal. Nie pasował do tego rodzaju imprez. Nie lubił ich. Nudziły go. Może nawet - gardził nimi. Jako filisterstwem.
- Nie słyszę pani - zaniepokoił się Andrzej Guttry.
- Bo nic nie mówiłam - odparła Joanna. - Zaskoczył mnie pan.
- Raz jeszcze przepraszam, że propozycja jest taka spóźniona.
Joanna pomyślała, że przeciwnie - nadchodzi w samą porę. Jeszcze kilka dni temu w ogóle nie brałaby jej pod uwagę. Tylko w tej chwili gotowa była powiedzieć "tak". Z dwóch powodów. Po pierwsze, że to Filharmonia. Po drugie, że nic na tym balu nie będzie jej się kojarzyło z Krzysztofem.
Chciała powiedzieć "dobrze", ale spróbowała wykazać więcej entuzjazmu.
- To bardzo atrakcyjna propozycja. Zawsze marzyłam o balu w Filharmonii. A jeśli odwołam moje dotychczasowe zobowiązania sylwestrowe, nikomu nie sprawię tym wielkiego zawodu.
- No, w to akurat nie wierzę - powiedział z galanterią. - Ale cieszę się ogromnie. Nigdy w życiu nie przeżywałem takiej tremy, jak przed tym telefonem. I nigdy chyba tak bardzo się nie bałem, że dostanę kosza.
Głos jej się odrobinę ożywił.
- No, w to akurat ja nie uwierzę - odparła, powtarzając jego słowa. - Ani w to, że bał się pan do mnie zatelefonować, ani w to, że kiedykolwiek dostał pan kosza.
I w tym momencie uświadomiła sobie, że nie wspomniał o Helenie. Niemożliwe, aby Helena zaakceptowała zaproszenie Joanny na bal sylwestrowy. A trudno było sobie wyobrazić, że wspólnie z Krzysztofem i Andrzejem Guttrym uknuli aż tak skomplikowaną intrygę. Żeby na nowo połączyć skłóconą parę?
- A co na to Helena? - spytała. - Moja obecność... W takiej sytuacji...
Przez chwilę milczał. Potem powiedział:
- Nasz związek z Heleną od dawna był w stanie agonalnym. Teraz najzwyczajniej umarł śmiercią naturalną.
Joanna nie uwierzyła.
- Czy ja w jakikolwiek sposób...
- Nie, pani Joanno. Jak powiedziałem, od bardzo dawna się na to zanosiło. Tak bywa.
Nie spytała o nic więcej. Nie było o co, ani po co pytać. Nawet nie wiedziała, czy jest rozczarowana, że to nie była intryga. Mająca uratować jej związek z Krzysztofem od naturalnej śmierci. Naturalnej? Czy tragicznej?
Andrzej Guttry zaproponował spotkanie, aby mogli ustalić i omówić szczegóły. Umówili się na następny dzień w herbaciarni "Gong" w Alejach Jerozolimskich. Oboje zamówili herbatę angielską. On bez śmietanki. Ona ze śmietanką.
- Chciałbym panią uprzedzić, że w Filharmonii są dwie sale taneczne. Jedna, to znane pani foyer. Tam orkiestra gra melodie klasyczne: walce, tanga, fokstroty, czasem kujawiaki. A nad ranem oczywiście białego mazura.
Powiedział oczywiście, jakby i dla niej każdy bal oczywiście zaczynał się polonezem, a kończył nad ranem oczywiście białym mazurem. Pewnie nie przyszło mu do głowy, że Joanna jeszcze nigdy nie była na prawdziwym balu.
- Natomiast na dole - ciągnął - znajduje się sala, gdzie big-bendowa orkiestra gra jazz. A tańczy się tam szybkie tańce. Najczęściej latynoamerykańskie, ale również rock-and-rolle i madisony. No i twisty.
- Oczywiście - pomyślała Joanna. - Powinien dodać oczywiście.
- Poruszyłem tę kwestię, ponieważ wiem, że paniom sprawia wiele kłopotu dobranie odpowiedniego stroju do tak rozmaitych stylów tanecznych.
- Z iloma paniami był na takich balach? - zastanawiała się Joanna. - I czy każda z nich była tam tylko raz? Za każdym razem nowy, inny Kopciuszek?
- Jeśli pozostają przez cały czas w górnej sali - mówił Andrzej Guttry - najodpowiedniejsza jest długa, typowo balowa suknia. Natomiast jeśli chcą spędzić więcej czasu w sali dolnej, sukienka musi być dostosowana do tańców szybkich. A jeśli w jednej i drugiej sali, no to mają problem.
- A jak będą ubrane inne panie? - spytała Joanna, pewna, że Andrzej zamierza spędzić Sylwestra z nią jako swoją partnerką, ale zarazem w szerszym gronie znajomych.
- Inne panie?
- No, chyba będą - oprócz mnie - także inne panie?
- Na balu - tak. Nawet wiele. Ale ze mną tylko jedna.
Zdziwiła się i speszyła.