Wtorek, cztery tygodnie wcześniej
Czasami wydaje nam się, że pewne rzeczy są trwałe niczym granitowe skały. Że życie toczy się po dobrze znanych torach, a to, co kochamy, będzie z nami na zawsze. Tymczasem wystarczy jeden moment, by wszystko, co mieliśmy za pewnik, rozprysło się jak porcelanowa filiżanka.
Życie uczy nas paradoksu. Najprostszy przepis na szczęście jest jednocześnie najtrudniejszy: łapanie chwil. Brzmi banalnie, prawda? Ile razy jednak udało nam się zatrzymać w biegu, spojrzeć w niebo, poczuć zapach świeżego deszczu i szczerze to docenić? Jak często patrzymy na osobę, którą kochamy, i zamiast planować, co będzie jutro, po prostu chłoniemy ten moment?
Uśmiech, dotyk dłoni, ciepło czyjegoś ciała, zapach włosów. Odgłos śmiechu, który rozbrzmiewa w pokoju obok. Otarcie się kota o nasze nogi. Jeszcze gorący jabłecznik na stole.
Właśnie tego dnia on też miał swoją rolę do odegrania.
Powietrze było ciężkie od zapachu ciasta, który Marek wyciągnął z piekarnika zaledwie kilka minut wcześniej. Znajdowali się w salonie - Małgorzata właśnie szukała serwetek i widelczyków, a Marek kończył układanie planszy do nowej gry, którą niedawno przywiozła z targów. Na zewnątrz wiatr robił z liśćmi na drzewach, co chciał, a deszcz bębnił o szyby. Końcówka sierpnia zdecydowanie sobie odpuściła i postanowiła dać przedsmak nadchodzącej jesieni. Bardzo niefajnie, ale z naturą nie da się dyskutować.
Marek podniósł się z fotela i jęknął. Małgorzata zerknęła na niego i z niepokojem zauważyła, że złapał się za skroń, a potem syknął z bólu.
- Wszystko w porządku? - Szybko odłożyła serwetki na stół.
- Tak, tylko... chyba przesadziłem z kawą - odparł, ale brzmiał niewyraźnie, jakby mówił przez watę.
Na chwilę zamarła. Marek zrobił krok do przodu, ale jego prawa noga zachowywała się tak, jakby odmawiała posłuszeństwa. Upadł na kolano, chwytając się regału, który zachwiał się pod jego ciężarem.
- Marek! - krzyknęła, gdy zobaczyła, jak twarz męża wykrzywia się w dziwnym grymasie.
- Nie... wiem... co... - próbował coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, nie mogąc wydostać się na zewnątrz.
Małgorzata podbiegła do niego, chwytając go pod ramię, ale był cięższy, niż przypuszczała. Jego ciało zaczęło osuwać się na podłogę.
- Marek, słyszysz mnie? Marek, patrz na mnie! - panikowała.
Wzrok jej męża wydawał się pusty, odległy, nieprzytomny. Jego prawa ręka opadła bezwładnie, a oddech stał się płytki i urywany.
Telefon. Małgorzata rzuciła się w stronę kuchni, gdzie zostawiła komórkę. Wpadła na stół, przewracając kubek z niedopitą herbatą. Drżącymi dłońmi wybrała numer alarmowy.
- Mój mąż! - krzyknęła do słuchawki, gdy tylko operator odebrał. - Coś się dzieje, to chyba udar! Mówi niewyraźnie, upadł, błagam, pomóżcie!
Operator zaczął zadawać pytania, ale Małgorzata nie mogła zebrać myśli. Jej wzrok utkwił w Marku, który leżał na podłodze, a jego klatka piersiowa unosiła się niespokojnie.
- Marek, wytrzymaj, karetka już jedzie, słyszysz mnie? - Usiadła obok niego, głaszcząc jego włosy i jednocześnie próbując opanować napływające do oczu łzy.
Czas zdawał się stać w miejscu. Każda sekunda ciągnęła się przez wieczność. Kiedy wreszcie Małgorzata usłyszała sygnał karetki, poczuła, jak nogi jej miękną.
Ratownicy wbiegli do domu z noszami. Wszystko działo się szybko - pytania, ciśnienie, tlen, znowu pytania, zastrzyk.
- Udar - oświadczył jeden z nich krótko. - Trzeba go natychmiast zabrać do szpitala.
Małgorzata chciała z nimi jechać, ale ktoś delikatnie, ale stanowczo odsunął ją na bok. Patrzyła, jak wynoszą Marka na noszach, bezwładnego jak lalka. Wybiegła za nimi.
Drzwi karetki zatrzasnęły się z trzaskiem, a światła sygnalizacyjne odbijały się od mokrego asfaltu coraz dalej. Małgorzata stała w drzwiach, z dłońmi zaciśniętymi na framudze, czując, jak jej świat rozpada się na kawałki.
Jak to udar?
Przecież Marek był zdrowy!
***
Dwie godziny później stała przy oknie w szpitalnym korytarzu, a telefon drżał jej w dłoni. Ledwo była w stanie go utrzymać. Nabrała powietrza, jakby chciała zanurkować w głębokiej wodzie. W końcu wybrała numer Kamili.
- Mamo? - Głos córki zabrzmiał czujnie. - Co się dzieje?
Małgorzata zacisnęła powieki, jakby to mogło uczynić rozmowę łatwiejszą.
- Tata miał udar. Jesteśmy w szpitalu. Nie wiem, co dalej...
Po drugiej stronie zapadła cisza. Małgorzata słyszała jedynie oddech córki, ciężki i nierówny.
- Jak to? - Kamila w końcu przerwała milczenie. - Kiedy? Dlaczego mnie nie poinformowałaś od razu?
- No, właśnie cię informuję. Wcześniej musiałam sama jakoś to ogarnąć.
- Zaraz przyjadę - odpowiedziała córka z napięciem w głosie. - A Patryk? Wie?
- Nie, jeszcze do niego nie dzwoniłam.
- To zadzwoń do niego jak najszybciej. Jest akurat w Poznaniu, więc szybko dotrze. Albo nie, czekaj, ja to zrobię.
Zanim Małgorzata zdążyła odpowiedzieć, Kamila się rozłączyła.
Patryk zjawił się pierwszy, niemal wbiegając na oddział. Jego włosy były potargane, a bluzę miał włożoną na lewą stronę.
- Co się dzieje, mamo? - Podszedł do niej tak blisko, że prawie się zachwiała. - Co powiedzieli lekarze? Jak to wygląda? Czy tata będzie...
- Nie wiem, synu. - Małgorzata uniosła ręce, jakby chciała odgrodzić się od jego pytań. - Lekarze mówią, że wszystko zależy od najbliższych godzin. Że uszkodzenia są poważne, ale...
- Ale co? - przerwał jej gwałtownie. - Czy jest szansa, że...?
- Nie wiem! - wyrwało się jej głośniej, niż zamierzała. - Po prostu nie wiem, Patryk.
Chwilę później przyjechała Kamila, jeszcze bardziej zdenerwowana.
- Co się dzieje? Co powiedzieli? Czy możemy go zobaczyć? - zasypała matkę tymi samymi pytaniami co wcześniej Patryk.
Małgorzata próbowała coś odpowiedzieć, ale słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Kamila i Patryk cały czas naciskali, zachowywali się zupełnie tak, jakby to ona była lekarzem i znała odpowiedzi na wszystkie pytania.
- Czy będzie mówił? Czy będzie chodził? Jak sobie poradzi? - drążyła Kamila.
- Na pewno będzie potrzebna rehabilitacja. Trzeba znaleźć najlepszych specjalistów. A co, jeśli tata będzie wymagał całodobowej opieki? - zastanawiał się Patryk.
Ich słowa odbijały się echem od ścian, a Małgorzata czuła, jak narasta w niej coś, czego nie potrafiła nawet nazwać. Jakby każda cząstka jej ciała krzyczała: "Dość!".
Zamiast na dzieci, zapatrzyła się na plamę na podłodze. Nieregularną, jakby ktoś rozlał kawę i nie wytarł jej zbyt dokładnie. A może to było zaschnięte błoto? Albo brudna guma do żucia wdeptana w ziemię? Małgorzata wpatrywała się w nią, a jej myśli odpływały coraz dalej i dalej. W tej chwili ta plama wydawała się ważniejsza niż wszystko inne. A może to rozmazana czekolada? Kto ją tu zostawił? I czy sprzątaczka tego nie zauważyła?
- Mamo, słyszysz nas? - Głos Kamili sprowadził ją z powrotem do rzeczywistości.
- Tak, tak, słyszę - rzuciła szybko, ale wciąż odnosiła wrażenie, jakby stała za szybą, oddzielona od całego tego zgiełku. - Po prostu... nie wiem, jak odpowiedzieć na wasze pytania. Nie mam pojęcia. I potwornie mnie to przeraża.
- To może usiądź - poradziła Kamila, chwytając matkę za rękę. - Oddychaj, dobrze?
Małgorzata poczuła ciepło dłoni córki i przez moment zrobiło jej się jakoś lepiej na duszy. Jej głowa huczała od nadmiaru myśli i świadomości, że właśnie coś się skończyło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki