1.
Mazurek rokiciński
"drogowy"
od Józefa Wichra
[wariant I]
Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.
Ej, bo mi się za lasem panny podobają. Józef Wicher nuci pod nosem tę
starą melodię. Siedzi sam w izbie, żona właśnie wyszła do kościoła. Na
piecu został czajnik, który prycha wrzątkiem. Pokrywka podskakuje w rytm
oberka i w tym podskakiwaniu Józef rozpoznaje starodawnego mazurka. Ile
razy go grał? Ile razy słyszał? Teraz siedzi przy stole i patrzy przez
pelargonie na widoczny za oknem las. Za ten las chodzili, za tym lasem
grali. Józef wstaje i szurając po linoleum, idzie do kuchni, by zestawić
czajnik z blachy. Pod stopami skrzypi Bóg wie jak stara, Bóg wie jak
zniszczona, wysłużona podłoga. Wracając, bierze skrzypce. Przez chwilę
je ogląda, przejeżdża palcami pod strunami, po zastygłej warstwie
kalafonii. Gładzi poobijane brzegi, dostraja struny i zaczyna grać.
Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.
Ej, bo mi się za lasem panny podobają. Tak gra, tak grali. Przed laty,
gdy chodzili muzykować. Józef Wicher chodzi ze skrzypcami po izbie.
Grając, wspomina te wyprawy, te mazurki drogowe, niosące się po polach
do sąsiednich wsi. Wreszcie odkłada skrzypce i podśpiewując pod nosem,
sięga po zdjęcia, starannie poukładane w blaszanej puszcze po
słodyczach. Przerzuca kolorowe zdjęcia dzieci i wnuków i dociera do
starych, połamanych i wyblakłych fotografii sprzed lat. Znajduje jedną,
zrobioną latem roku 1938. Jest na nim razem z bratem Franciszkiem i z Antonim Strycharzem. Pamięta tę chwilę jak dziś. Bo na tym zdjęciu
muzykanci grają właśnie tego starodawnego mazurka.
Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.
Ej, bo mi się za lasem panny podobają. Stali na polnej drodze, na skraju
Rokicin. Szli na pograjkę do Prawsi, która wprawdzie nie leżała za
lasem, lecz na jego skraju. Szli i skracali sobie drogę, grając. A ich
muzyka niosła się po polach. Teraz przystanęli, by dać się
sfotografować. Stali więc i patrzyli w obiektyw. Józef nie pamiętał już,
kim był fotograf. Czy to ten kulawy, z Odrzywołu, czy raczej ten chudy z wąsem, który miał zakład w Przysusze? Za każdym razem zadawał sobie to
pytanie i za każdym razem kapitulował.
Ej, powiedzcież mi, chłopcy, co się z wami stało?
Czy lat przeszło za dużo, czy może za mało? Zdjęcie jest formatu
pocztówkowego, z wycinanymi w ładny wzorek krawędziami. Widać na nim
trzech młodych chłopców. Ten stojący w środku jest nieco wyższy i starszy od pozostałych. Ma około dwudziestu lat i gra na skrzypcach.
Oczy śmieją mu się do obiektywu, a na czole łobuzersko odwija się
niesforna fala. To Franciszek Wicher, starszy brat Józefa. Franciszek
gra na skrzypcach, które kupił przed kilkoma tygodniami od starego
muzykanta w Kamiennej Woli. Jeszcze nie są dobrze rozegrane, jeszcze się
ich uczy. Nie widać tego na zdjęciu, ale na ich tylnej ściance
Franciszek wyrył swoje inicjały i datę: 38. Dwaj pozostali młodzieńcy to
Józef, ten z bębenkiem po prawej, i Antoni Strycharz, który pali
papierosa, trzyma ręce w kieszeniach i patrzy gdzieś w bok. Józef jest w pożyczonej od ojca czapce maciejówce, trochę za dużej i przez to
opadającej na ucho. Skupiony na bębnieniu, przejęty fotografowaniem, ma
poważną minę. Śmieszną jak na swój wiek. Po lewej stronie zdjęcia widać
uciętą przez fotografa bieloną kapliczkę. Tę, która poświęcona świętemu
Antoniemu strzeże drogi do Rokicin, by nikt i nic nie uległo zagubieniu.
Od kapliczki prowadzi wąska ścieżka, ale jej na zdjęciu nie widać. Widać
natomiast stojącą przy jej końcu zagrodę, wycofaną aż po sam las. Las
jest sosnowy, choć na zdjęciu to tylko zamazana ciemna linia u góry.
Właśnie na jej tle widać strzechę domu, który nie tak dawno należał do
kowala Wojciecha. W prawym górnym rogu ta linia drzew nagle się urywa i widać tam rozmazaną, podłużną plamę. Niewielu wie, czym była w trzydziestym ósmym. Ale Józef dobrze pamięta, że to dom Tomasza Kobieli,
diabelskiego muzykanta, którego wszyscy podejrzewali o zażyłe kontakty
ze złym. Teraz tej zagrody już nie ma i poza Józefem niewielu pamięta,
gdzie stała i kto w niej mieszkał. I to całe zdjęcie. Tylko tyle, ale
dla Józefa to cały świat. Odchodzący świat ostatniego pokolenia
wiejskich muzykantów. Ulepiony wokół ludzi, pełen łączących ich nici. I jednocześnie pokruszony na trudne do scalenia kawałki, które nie chcą
pasować do żadnej całości. Świat pełen opowieści i cichych, dogasających
w samotności dramatów. To zdjęcie przypomina mu stare historie. Historie
tych trzech chłopaków, ich przyjaźni i wzajemnych losów. Historie
miejsc, których już nie ma, albo które dawno zmieniły swój sens.
Historie przedmiotów. Pylista droga, którą chłopcy mają pod stopami,
prowadzi w stronę ich rodzinnej wsi, Rokicin. To na prawo. Z kolei idąc
w lewo i mijając kapliczkę, można dojść do Kadzidła, gdzie stoi
parafialny kościół i gdzie na cmentarzu leżą całe pokolenia rodu
Wichrów. Polna ścieżka, która skryła się za plecami Józefa, ma
zaprowadzić młodych muzykantów do Prawsi na pograjkę. A w następnym roku
będą do tej wsi wracać często i Józef, i Franciszek. To zresztą ostatnie
zdjęcie, na którym Franciszek się uśmiecha. Na kolejnych jest poważny,
skupiony i nie patrzy w obiektyw.
Ej, powiedzcież mi, chłopcy, co się z wami stało?
Czy lat przeszło za dużo, czy może za mało? Józef widzi to zdjęcie jako
fragment mapy swojego świata. Z pożółkłego obrazka wybiegają ścieżki we
wszystkich kierunkach. Nie tylko w stronę Rokicin, Kadzidła i Prawsi.
Ale także ku przeszłości i przyszłości. Kiedy robiono to zdjęcie,
wszyscy trzej jeszcze się przyjaźnili. Nie było między nimi tego, co ich
potem oddali od siebie. Antoni jeszcze nie wie, że kiedyś śmiertelnie
obrazi jednego z ciotecznych braci, co zakończy nie tylko ich
wieloletnią znajomość, ale i wspólne granie. Franciszek z Józefem
jeszcze nie znają przyczyny, która ich poróżni. Nie wiedzą też, że
spotkają ją właśnie w Prawsi, choć nie na tej pograjce. Na te tańce
zresztą nigdy nie dotrą. Z połowy drogi zawróci ich pożar, który,
przyczajony, wybuchnie w Rokicinach. Biegiem wrócą do rodzinnej wsi, by
ratować przed ogniem stodołę sąsiada. Dach wprawdzie spłonie
doszczętnie, ale zgromadzone zboże zostanie uratowane. Będą siedzieć po
wszystkim na trawie, osmaleni i zmęczeni, nawet nie żałując, że
przepadła im zabawa. A z nią na pewno jakieś pieniądze za granie.
Ej, chodźcie, muzykanci, chodźcie, chłopcy, za las.
Ej, bo panny nie będą długo czekać na was.
Ej, chodźcie do nas, chłopcy, chodźcie ze skrzypcami.
Ej, chodźcie do nas, chłopcy, chodźcie z oberkami
Pozwolimy wam tańczyć z pięknymi pannami. Tak, przepadła tamta zabawa.
Ale było wiele innych. Jednak nie o nich myślał Józef Wicher, wpatrując
się w zdjęcie sprzed lat. Patrzył na dwa rozmazane domostwa. Wspominał
swoje do nich wyprawy. Kilka lat wcześniej, przed zrobieniem tego
zdjęcia, Józef z bratem i z Antonim wyprawili się do domu po kowalu
Wojciechu. Mieli po kilkanaście lat i serca waliły im jak dzwony
kadzidlańskiego kościoła. A było się czego bać. Szli przecież do domu, w którym powiesił się człowiek. Józef pamiętał, jak wypychali do przodu
Franka, bo był najstarszy. Jak chyłkiem przemykali pod stodołą, bojąc
się przejść przez środek podwórka. Jak zaglądali przez okna, jakby chcąc
sprawdzić, czy duch Wojciecha nie przechadza się po izbie. A potem
weszli przez niechcące łatwo ustąpić drzwi i zobaczyli pod powałą
odcięty sznurek. Zobaczyli jego postrzępiony, konopny koniec, który
pozostał po tym, jak ich ojcowie odcięli ciało Wojciecha. Józef pamiętał
też, jak trwożliwie myszkowali po izbie, jak zaglądali do szafy i kufrów. Jak zeszli do piwniczki pod kuchnią i jak przedzierali się przez
lepkie pajęczyny. Jak z Antkiem chcieli się wycofać na podwórko i tam, w świetle słońca lękliwie czekać na odważniejszego Franka. I jak starszy
brat powstrzymał ich haniebną ucieczkę. I pamiętał, jak znaleźli w jednym ze słoików garść carskich monet, jak znaleźli resztki pisanych
cyrylicą dokumentów. Jakieś kwity pożyczkowe, jakieś świadectwa, jakieś
akty. I były też tam polskie monety, dwadzieścia srebrnych
dziesięciozłotówek, pewnie odkładanych przez Wojciecha na czarną
godzinę. I jak zabrali ten skarb, a potem w pełnym słońcu dzielili go
między siebie, dumni ze swej odwagi. Wtedy to Antek poprosił, by bracia
Wichrowie pozwolili mu wziąć polskie pieniądze, jedyne, które były coś
warte. Rozpłakał się nawet i tłumaczył, że wtedy będzie mógł odłożyć na
harmonię. A Wichrom harmonia niepotrzebna, przecież są z rodu skrzypków.
I zgodzili się bracia i zatrzymali bezwartościowe kopiejki i papiery po
kowalu. Józef przypomniał sobie, że w chwili, gdy kilka lat później
wędrowny fotograf uwiecznił ich na drodze do Rokicin, Antoni Strycharz
krzyknął do niego, nie wyciągając papierosa z ust, przyjedź pan za rok,
dwa, a sfotografujesz mnie z harmonią, nowiutką!
Nie będziemy zachodzić za las ze skrzypcami.
Nie będziemy zachodzić do was z oberkami.
Wy tańcować będziecie, my grać pod ścianami.
Wy bawić się będziecie, my stać pod ścianami. I nie dotarli tego dnia na
zabawę do Prawsi. A skoro nie dotarli, to zabawy pewnie nie było, bo
trudno się bawić bez muzyki. Ale Józef pamiętał, że prawie do Prawsi
doszli. Że już zbliżali się do zagrody Tomasza Kobieli, diabelskiego
skrzypka, którego się w okolicy bano. Bano się go na wesela prosić i bano urazić, nie prosząc. I Józef uśmiechał się nad fotografią,
wspominając lanie, jakie dostał od ojca, kiedy, zamiast uczyć się
Wichrowych oberków, zachodził do Kobieli po diabelskie. Tomasz pokazał
mu jeden czy dwa, Józef w lot złapał, miał przecież dziedziczne,
muzykanckie ucho. A potem ćwiczył za stodołą, u siebie, w Rokicinach.
Podczas obiadu ojciec nic nie mówił, a przecież zawsze był wesoły i dużo
opowiadał. A potem tylko powiedział synowi, albo będziesz grał po
Bożemu, nasze stare oberki, albo idź sobie do tego diabła. Ale żebyś
potem nie wracał. I Józef wiedział, że z diabelstwem żartów nie ma. Do
Kobieli już nie poszedł, nauczony świeżo oberek zarzucił i wrócił do
Wichrowego grania. I tak już miało zostać. Józef patrzył na zdjęcie i uśmiechał się do własnych wspomnień. A te wesołe przeplatały się ze
smutnymi. I wszystkie one pochodziły ze starej fotografii.
Ej, za las, chłopcy, za las, bo za lasem grają.
Ej, bo mi się za lasem panny podobają.