(Gdzieś wysoko ponad miastem, na dawnym wysypisku śmieci, które obecnie jest celem pielgrzymek kultu solarnego. Wokół rozciągają się pasma głębokich lejów niby gejzery jesiennej chandry).
Przeguby mojej śmierci! Ach! Bo wy nie wiecie. Nie znacie skutków nadejścia krańców świata przemienionego w kruchy proch ostały po praprzodkach.
,,Alea iacta est"
! Kości zostały rzucone! Będziem się kajać w gniewie niechybnego Sądu Pańskiego. Zgubny wyrok, moja miła, moja cnoto wielmożna... ,,Aequat omnes cinis; impares nascimur, pares morimur"
Rodzimy się nierówni, lecz równi umieramy. Ach, jak boli, jak parzy obficie! Ananke, wzywam cię do wybawienia twego dziedzica! Zaklinam cię, zła mojro! Gdzieżeś była w godzinie tysięcznego przemarszu umarłej hordy bastionów zwyrodnienia, depczących po zapadlinie ludzkich kości?
Już za późno! Obywatele Edenu są zgorszeni obłudą i zaprawieni ziarnem herezji.
Wszystko stracone... Ujarzmione zostały smoczyska bytu cielesnego. ,,Vanitas vanitatum et omnia vanitas"
.
Cierniowy pokutniku, błagam na kolanach, wzywam cię do walki, abyś nie dopuścił do zachwiania nadziei twego syna pierworodnego.
Nie karz mnie za grzechy, nie unicestwiaj mego jestestwa, miażdżąc go na drobne kawałki. Nie zmuszaj mnie do rozbicia blaszanego bębenka będącego wyznacznikiem naszej wspólnej równowagi, przez co będę musiał egzystować w krainie cieni, stawiając milknące kroki w płonącym krajobrazie poskręcanych w śmiechu, demonicznych latawców, które wciąż unoszą się w atmosferycznym żarze piekieł. ,,Kyrie eleison"
! Wybaw mnie, mój Ha-Nocri, od złego! "Przyjdź królestwo twoje jako w Niebie, tak i na Ziemi...
".
Nagle urwał w połowie zdania i nie kończąc błagalnego świadectwa, niczym bajroniczny buntownik ostatkiem sił wypowiedział te niepojęte słowa, które były początkiem jego predestynacji: ,,Alea iacta est"!
(Kilka godzin później...)
Leżałem w napełnionej po brzegi wannie. Byłem półprzytomny. Z lewej ręki ściekała obficie krew, kapiąc w równym tempie - kap, kap... kap, kap, kap - i spadając na kafelki w łazience.
Dokuczał mi wtedy tak potężny ból głowy, że nawet gdyby przejechało po niej tysiąc czołgów, nie oddałoby to w pełni tego, co czułem.
Ta błoga cisza - nie do opisania. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem podobnej - tak innej od tej przyziemnej, atmosferycznej.
Na początku uszy rejestrowały jedynie głuchy pisk, lecz teraz nie było już nic. Możliwe, że w tle unosiły się ryki podniebnych syren otaczających kamienicę. Zebrany tłum z zaciekawieniem przyglądał się nowej aferze w dzielnicy. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, które drzwi należy wyważyć, skąd dzwoniono i co się właściwie stało. To zresztą nie miało znaczenia. Mnie i tak już tam nie było...
Moje ciało stało się blade jak trupia czaszka pokryta wapnem, a lodowate kończyny rozkładały się niby zepsute mięso. Wokół roztaczał się jedynie ten nienaturalny szum, a wszystko wirowało jak na karuzeli wchodzącej w prędkość nadświetlną. Chciało mi się płakać i pragnąłem skulić się w kłębek niczym jeżyk, który boi się drapieżnika.
Zapewne zastanawiacie się, co się stało i jak do tego doszło? Szczerze? Nie mam pojęcia. Tak jakoś wyszło. Nie dałem rady; nie oswobodziłem drzemiącej w moim zakutym łbie dzikiej bestii, która pochłonęłaby wszystkie myśli wewnętrznym bólem, w każdej sekundzie istnienia rozrywającym serce na milion kawałków i zostawiającym po sobie pustkę po stracie najcenniejszego skarbu. Nawet nie byłem w stanie pójść na pogrzeb. Pozbierać się do kupy, poskładać wszystkie klocki w całość i wrzucić do dołu chociaż jedną białą różę. Powiedzieć: tak, maleństwo, będzie dobrze, bo cię kocham - i to mnie utrzyma na powierzchni. Przecież warto żyć, choć pozostaniesz już tylko ulotnym wspomnieniem po czymś niewytłumaczalnie wielkim.
Nie wyobrażam sobie spoglądać na nagrobek z tym samym co moje nazwiskiem, widzieć na nim ten rok i dzień. Nie, po prostu nie.
STOP! Przestań, skończ już, nie duś mnie! Dlaczego?! Przestań! Aaa! Pieprzona głowa! Nie dam rady, za dużo naraz, to się wymyka spod kontroli! Nie mogę wyrzucić z myśli tych wszystkich obrazów. Ten huk, to wszystko... było realne, mimo że już nic nie jest realne.
Od trzech nocy nie mogłem zasnąć. Dręczyła mnie posucha bezsenności, dlatego wziąłem przepisane przez lekarza leki nasenne, aby nieco ulżyć zmęczeniu, temu strasznemu wyczerpaniu. Chyba wziąłem ich za dużo. Popiłem nie tym płynem, co trzeba. Ale to była chwila.
Pod wpływem emocji ludzie robią różne rzeczy, ja jednak nigdy nie będę pewniejszy swojej decyzji niż byłem w tamtym momencie. To była chwila pełna upojenia i błogiego stanu, gdy trucizna pulsowała i krążyła w moim krwiobiegu. A w tle tylko: kap, kap... kap, kap, kap.
Nagle poczułem się tak, jakbym odleciał, błądząc w niebiańskich przestworzach. To była naturalna kolej rzeczy. Po bólu zawsze przychodziło ukojenie.
Wtedy też tak było... Uleciałem wraz z wiatrem i widziałem wszystko jak przez mgłę. Takie realne, a jednak nieznośnie odstające od rzeczywistości.
Bum! Ktoś wyważył drzwi. Stado pędzących ratowników wbiegło do łazienki. Lecz mnie już tam nie było, ślad po mojej świadomości zaginął.
Przypatrywałem się bezcelowej próbie odzyskania pacjenta i zastanawiałem, co właściwie dzieje się wokół mnie, a raczej wokół mojego ciała, gdyż dusza stała przyczajona w kącie i obserwowała tę scenę.
Po krótkiej reanimacji zabrali moje zakrwawione ciało do karetki, a ja powoli, jak w hipnotycznym uśpieniu, w sennej wizji świata zmarłych, szedłem za nimi, nie chcąc zostać w tym przepełnionym pustką i bezsensem mieszkaniu.
Zawieźli mnie do najbliższego szpitala. Pamiętam krzyki, zmobilizowaną kadrę lekarzy i pielęgniarek, długi rajd po białym korytarzu. Podłączyli mnie do aparatury, jakbym był robotem bądź eksperymentem medycznym, i zaczęli odliczać: raz, dwa, trzy, a ciało unosiło się jak wiotkie piórko i spadało z rozmachem, wracając do świata i grawitacji. Siedziałem na końcu sali operacyjnej i oglądałem reanimację niczym film z udziałem najlepszych efektów specjalnych. Oczywiście elektrowstrząsy ładowane w ciało również dawały mi się we znaki, ale odczuwałem to zaledwie jak uszczypnięcie.
Po prawie półgodzinnej walce o moje życie zespół medyczny stwierdził, że chyba nic z tego nie będzie i raczej się nie obudzę.
Było w tym coś dziwnego, potwornego. Nie byłem w stanie opuścić budynku szpitala, a ciało, które jeszcze nie tak dawno było moje, w dalszym ciągu było podłączone do respiratora.
Czy tak wyglądają zaświaty? Co teraz ze mną będzie? Czy już na wieki zostanę uwięziony w nieświadomym stanie czuwania? Niczego nie pojmowałem, wszystko okryte było gęstą poświatą ciężkiej mgły, która opadała na dno i podążała za mną po bezdrożach dotąd mi kompletnie nieznanej rzeczywistości.
Było to jak zawieszenie w wymiarze bez czasu, bez dnia i nocy. W otchłani pogrążonej w marazmie. Czas i przestrzeń były zdeformowane, wyzbyte realności. Wszystko działo się w zwolnionym tempie, jakby było nierzeczywiste, oddzielone od siebie sporą dylatacją, a przez to wieki oddalone ode mnie. Byłem niczym odłączony z zasilania banita stojący po złej stronie rzeki. Całkowicie pozbawiono mnie propriocepcji, pogrzebano żywcem w bezbarwnej krainie cieni.
Rezydowałem w nielogicznym obszarze, czując stan zagubienia w niepojętej dezintegracji złudnego bytu, w bezmiarze permanentnego rozszczepienia i rozpadu.
Ten nieogarniony eksterioryzacyjny stan rzeczy -postrzegania świata i przestrzeni spoza własnego fizycznego ciała - z jednej strony miał w sobie niezrównane piękno, a z drugiej zwiastował okropne niebezpieczeństwo, jakim w tych niecodziennych okolicznościach była niemożność wyjścia, niezdolność powrotu do światła z orbity chaosu.
Czułem się, jakby węzeł gordyjski oplatał mi szyję piekielnymi mackami, zaciskając solidną, niedającą się rozwiązać pętlę. Można to porównać do sytuacji, w której kapitan statku jako jedyny ocalały staje się rozbitkiem uwięzionym na małej wysepce, otoczonej i oddzielonej od reszty świata upiorną przepaścią niezgłębionego oceanu koloru krystalicznej gencjany.
Moja tułaczka po bezludnej, nieurodzajnej ziemi trwała długo, może nawet całe lata... W pewnym momencie podczas niekończącego się okresu straszliwego letargu, w jakim się znalazłem, gdy już straciłem nadzieję na odmianę losu, coś zaczęło mnie przyciągać w kierunku wyraźnego jak anielskie oblicze światła. Tak jasnego, jakby otoczyło mnie stado złocistych robaczków świętojańskich.
Z początku szumiący szereg sylab przeistoczył się w ekstazę pięknych melodii, które przybierały różne kształty, barwy, smaki i zapachy. Tysiące pigmentów zalewało moje oczodoły. Przypominało to wodospad kryształów, które wpadały do koryta, gdzie mieszały się jak farby na palecie malarskiej.
Owa moc - synestetyczna uczta doznań - była zbyt potężna, abym dał radę się jej przeciwstawić. Wchłonęła mnie jak trąba powietrzna pochłania bezwładny przedmiot - i nagle wszystko zgasło, zapanował mrok, ciemność jak w krypcie. Poczułem, że mogę ruszyć ręką, co było dość zaskakujące, ponieważ od dawna jej nie czułem. Udało mi się nawet otworzyć oczy. Wciąż były całkiem sprawne i znajdowały się na swoim miejscu.
Kiedy czarna plama przemieniła się w jasną plamę, a ta w czytelne kontury trójwymiarowego świata, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu zdałem sobie sprawę, że znalazłem się na łóżku w ciasnym pokoiku przepełnionym dziwnym zapachem starości, choroby oraz wszechobecnej bezczynności. W oknie były kraty, a drzwi nie miały klamki, przynajmniej od wewnątrz.
Powróciły do mnie ból, narastający niepokój, pustka, natłok myśli oraz głód i pragnienie - wtedy zrozumiałem, że wciąż żyję. Że jakimś cudem udało mi się przetrwać, a miejsce, w którym się obudziłem, zdecydowanie nie odpowiada moim wyobrażeniom nieba bądź czyśćca...