Rozdział 4
Budynek ratusza górujący nad placem przetrwał bez uszczerbku, tak jak i reszta kamienic. Alicja pamiętała, jak w ostatnich latach wojny niemieccy żołnierze usuwali z rynku krzewy i drzewa, co nie podobało się jej ojcu. "Chcą, żeby było jak u nich. Nonsens" - sarkał. Nie przepadał za miastem, rzadko bywał w Płocku, ale rynek był jedynym miejscem, w którym lubił przesiadywać. Znajdował ławeczkę pod drzewem i pozwalał sobie na odrobinę wytchnienia od pracy w gospodarstwie. Niewielki plac otoczony kamieniczkami wyglądał jak zawsze. Kilkoro z mieszkańców znieruchomiało na widok pędzonej grupy ludzi, ale gdy usłyszeli "folksdojcze" wykrzykiwane pogardliwie przez żołnierzy, odwracali wzrok i wracali do swoich zajęć. Alicja przełknęła ślinę. Poczuła się tak samotnie, jakby na płocki rynek pędzono tylko ją.
Ale nie była sama. W ciemnych oknach płockich kamienic, niczym w oczach miasta, po raz kolejny od początku wojny odbijały się te same obrazy. Strumień smutnych istnień docierający tu wszystkimi bocznymi uliczkami jak wtedy, gdy Niemcy stłoczyli tutaj Polaków i Żydów. I tak jak wtedy do niedawna pełne godności ludzkie istoty zamieniały się w rozpłakany i wystraszony kłębek. Alicja pomyślała, że za obszarpanymi firankami kryją się ludzie, którzy i wtedy myśleli, i dziś myślą: "Dobrze, że to nie ja", po czym spuszczają wzrok. Uzbrojeni strażnicy paradowali wokół, szurając i tupiąc wojskowymi obcasami, jakby przystępowali do oględzin koni na miejskiej giełdzie. Kilku z nich Alicja rozpoznała. Przysięgłaby, że pracowali w gospodarstwie Liedtków podczas żniw.
- Ile masz lat? - zapytał ją gruby jak maciora żołnierz, kiedy przyszła jej kolej.
- Czternaście - odparła, starając się mówić wyraźnie.
Akurat nauka polskich liczebników przychodziła jej bez trudu. Liczyła podskoki, podrzuty i w ogóle chyba wszystkie gwałtowne ruchy, których wykonywała mnóstwo. Dlatego bezbłędnie liczyła do stu. Ale świszczące polskie głoski brzmiały w jej ustach zabawnie, sama to czuła.
- Wyglądasz na starszą. - Przyjrzał jej się podejrzliwie, mrużąc oczy.
- To moja siostra - wtrąciła szybko Lodzia płynnym polskim. Uczyła się języka z Brunonem Kesslem, choć wszyscy twierdzili, że robią coś innego. Bruno, uczeń prestiżowej Małachowianki, czegoś ją jednak nauczył. - Naprawdę ma czternaście.
Mężczyzna wzruszył ramionami i odwrócił się do swojego towarzysza, który w wielkim zeszycie zapisywał wszystkie nazwiska.
- Ta jest za młoda na Warszawę - powiedział, przekrzywiając głowę, aż skóra na szyi zawinęła się w kilka grubych serdelków.
Za młoda? Alicja spojrzała na starszą siostrę, szukając w jej oczach odpowiedzi. Czy to dobrze, że jest za młoda na Warszawę? Co robią w Warszawie, że potrzebują starszych od niej?
- Pojedzie do Winiar. Młoda trochę... Dobra, dajcie z nią siostrę. - Żołnierz machnął wielką łapą, która wyglądała, jakby była zrobiona z pluszu i wypchana gałgankami.
- Co jest w Winiarach? - nie wytrzymała Alicja. Podziękowała sobie w duchu za to, że przyjaźniła się z polskimi służącymi i choć nadal mówiła słabo, rozumiała polski całkiem nieźle.
Człowiek, do którego skierowała to pytanie, poszedł już jednak dalej, mierząc z góry na dół mężczyznę wieszczącego wcześniej rozstrzelanie, jakby oceniał konia na targu.
- Ten do Warszawy. Niech sam się przekona, co nam tam zostawili jego krajanie. Cholerne szwaby.
- Lodzia, co jest w Winiarach? - powtórzyła szeptem.
Ale siostra nie odpowiedziała. Była blada jak ściana i trzęsła się jak w gorączce.
Po selekcji na płockim rynku grupa Alicji i Lodzi liczyła niewiele ponad dwadzieścia osób. Tworzyły ją głównie kobiety i nastoletni chłopcy, ale zostało też kilku nieco starszych mężczyzn. Alicja nachyliła się do ucha Lodzi, ale kiedy spytała: "Jak myślisz, co zamierzają z nami zrobić?", siostra znów zaszlochała. Dziewczyna spojrzała jej w twarz, jakby tam szukała odpowiedzi, ale ujrzawszy zapłakaną siostrę, westchnęła i delikatnie odsunęła z jej policzków przyklejone do nich kosmyki włosów.
Bolały ją nogi i pomyślała, że chętnie by usiadła, ale nie bardzo było gdzie. Bruk pokrywało jesienne błoto; na pewno był zimny i matka pewnie by jej powiedziała, że ma natychmiast wstawać, żeby nie dostać wilka. Alicja czuła w kościach, że tam, dokąd zmierzali, choroby nie będą mile widziane, ale przestała się obawiać rozstrzelania. Mimo powiewów chłodnego wiatru zrobiło jej się duszno. To pewnie przez bliskość ciał, szukających pocieszenia w innych ciałach. Alicja i Lodzia były niczym przyklejone do siebie, ale pozostałe osoby nie wyglądały na spokrewnione. Mimo to tuliły się do siebie i trzymały za ręce, jakby niedola stworzyła więzy krwi. Ludzie tłoczyli się tak blisko siebie, że brakowało powietrza. Dało się wyczuć intensywną woń potu, która rozlewała się na kolejne osoby z minuty na minutę. Gdy spojrzała w twarze ludzi stojących najbliżej, zobaczyła lecące po policzkach łzy, u innych dostrzegła głębokie zmarszczki na czole, jak u ojca, kiedy się czymś ogromnie martwił. Ale najbardziej wstrząsnął nią widok młodej dziewczyny, około dwudziestoletniej, w której oczach nie dostrzegła absolutnie niczego. To był pusty wzrok kogoś, komu odebrano nadzieję. Kto pewnie jeszcze kilkanaście dni wcześniej tu, na rynku w Płocku, robił zakupy, być może odwiedzał przyjaciół, a spacerując, uśmiechał się szeroko na widok leniwie płynącej Wisły. Alicja wiedziała, jak czuje się ta dziewczyna. Wszyscy ci stłoczeni w kuli strachu ludzie z dnia na dzień stali się wrogami powojennej Polski. Nie chciała się zastanawiać, co to może oznaczać. Zamiast tego podeszła do dziewczyny i mocno ją przytuliła. Chwilę potem Lodzia zrobiła to samo. Nieznajoma drgnęła zaskoczona, ale odwzajemniła uścisk.
- Nieważne, co się wydarzy - powiedziała Alicja. - Trzymajmy się razem.
Dziewczyna otworzyła usta, najwyraźniej chciała coś powiedzieć, ale na rynek wjechało z klekotem kilka wojskowych ciężarówek. Z jednej z nich spadła drewniana skrzynia i roztrzaskała się na bruku. Jej metalowe części turlały się po kamieniach, dzwoniąc jak wielkie monety. Z jednego z pojazdów wysiadł mężczyzna w garniturze i z kapeluszem na głowie, rozejrzał się i zaciskając szczęki, kilka razy obciągnął marynarkę, jakby ten rodzaj ubrania nie należał do jego codzienności. Był niewysoki, raptem kilkanaście centymetrów wyższy od Alicji. I dość szczupły, ale nie chudy. To zwróciło uwagę dziewczyny, bo po wojnie niemal wszyscy byli wychudzeni. Rozejrzał się wokół i kilka razy trzasnął drzwiami - usiłował je zamknąć, ale te odskakiwały z powrotem. Kiedy wiatr zdmuchnął z jego głowy kapelusz, Alicja o mało nie parsknęła, zwłaszcza że po coraz bardziej nerwowych ruchach widać było, że mężczyzna gotuje się ze złości. Miał ogorzałą, szeroką twarz kogoś, kto pracował w polu i komu nakazano robić coś innego. Chwilę później podbiegł do niego jeden z eskortujących grupę Alicji żołnierzy, podał mu kapelusz i wskazał grupkę skierowaną do Winiar. Mężczyzna kiwnął głową w geście podziękowania, włożył kapelusz, poprawił pistolet przy pasie i niespiesznie podszedł w ich kierunku. Podał rękę trzem strażnikom pilnującym dostępu do Niemców i chrząknął.
- Gotowi? - zapytał jednego z pilnujących. Spojrzał na zegarek, a potem na zegar wieży na rynku.
Wyglądał na kogoś, kto nie spał wiele godzin. Jego twarz skrywała wąsko osadzone oczy, które z powodu widocznej opuchlizny, sądząc po zapachu - spowodowanej alkoholem, zmieniły się w szparki. Czujnie łypał nimi we wszystkich kierunkach, czasem tylko zatrzymywał je na konkretnych osobach i wtedy źrenice zwężały mu się jak jaszczurce. Alicja wzdrygnęła się z obrzydzeniem, kiedy otaksował w ten sposób ją i Lodzię.
Żeby jakoś uciec spod tego wzroku, nabrała powietrza i zerknęła w głąb ulicy, którą dotarli na rynek. Kryła ją ciemność nocy. O tej porze w Schroettersdorfie pewnie jedliby już kolację, Mutti kazałaby im powoli sprzątać ze stołu, dziadek może opowiedziałby jeszcze jedną baśń. Snuł wspaniałe historie. Całe zimy spędzali z tymi baśniami, zasłuchani w nie podczas łupania orzechów. Przymknęła na chwilę oczy, żeby choć przez moment znaleźć się w domu. Dźwięk rozbijania orzechów, tak teraz kojący, wypełnił jej uszy, aż łzy zapiekły ją pod powiekami. Przysunęła się do siostry, a ta wtuliła się w nią niczym przestraszone zwierzę. Zupełnie nie tak jak starsza siostra. Alicji to jednak nie przeszkadzało. Od razu zareagowała, otaczając Lotte ramieniem i przysięgając jej, że się nią zaopiekuje.
Ciemna ulica, prowadząca do domu, wyglądała jak mroczna gardziel. Jak droga, która przestała istnieć, niczym w baśniach dziadka. Jakaś kobieta w chustce podeszła do zbierających się do odjazdu ciężarówek i częstując mundurowych dzikimi jabłkami, zapytała, dokąd jadą. Młody żołnierz, z ustami pełnymi owoców, wyjaśnił, że ci silni trafią do Warszawy, żeby odgruzować stolicę. "Warszawa potrzebuje teraz rąk do pracy. I dlatego kierują tam każdego, kto jest w stanie pracować wiele godzin dziennie". Zanim zdążył wyjaśnić resztę, kazano mu wsiadać do szoferki. Rynek opustoszał, kiedy ciężarówki z trzaskiem i hukiem opuściły plac i została na nim tylko grupa Alicji. Niewielki tłumek poruszył się niespokojnie, pełne trwogi szepty wędrowały między ludzkimi głowami niczym dym. Wystraszona masa drgnęła leniwie, gdy ostry głos nadzorcy nakazał wymarsz.
- Dlaczego nie chcą nam powiedzieć, co z nami zrobią? - zapytała szeptem Alicja, gdy skręcili w główną ulicę, prowadzącą w stronę Wisły.
Dziewczyna z martwym wzrokiem wskazała na karabin milicjanta i eskortujących ich żołnierzy. A potem wzruszyła ramionami i jej oczy znów stały się ciemne.
Wiele osób popłakiwało, a Lodzia nie wypowiedziała ani jednego słowa, odkąd wyszli z płockiej starówki. Nadal trzymały się mocno za ręce - rozłączały je tylko po to, by zmienić strony. Zamieniały się miejscami, bo noszenie walizki w jednej dłoni przez ostatnich kilka godzin sprawiało, że ramiona nie dawały rady.
Alicja zastanawiała się, czy walizki w ogóle będą im potrzebne. W jakim celu pędzono do Winiar ludzi, którzy nie byli wystarczająco silni, żeby pracować przy warszawskim gruzowisku? Odwróciła się i znów napotkała wzrok młodego Rosjanina, który wcześniej dmuchał jej dymem w twarz. Szedł tuż za nią. Złożył grube usta jak do pocałunku, a ona znów poczuła mdłości. Nogi ugięły się jej w kolanach, potknęła się i Rosjanin znów się zaśmiał. Po kilku godzinach bez możliwości odpoczynku nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Zdziwiła ją ta słabość. Potrafiła przecież nie siadać na tyłku przez dwanaście godzin ciągiem i nigdy nie była zmęczona. Zawsze było coś do zrobienia. Coś do zmalowania, jak mawiała jej matka.
- Stop! - krzyknął ktoś z przodu po ponad godzinie marszu. - Jesteśmy na miejscu.
Usłyszała, jak Lodzia ciężko wzdycha. Zanim siostra zdążyła zareagować, Alicja puściła jej dłoń i przesunęła się na przód pochodu. Od razu poczuła ciepło rozchodzące się po ciele. Księżyc świecił tak jasno, że bez trudu się zorientowała, gdzie są. Budynek starego dworku z werandą, na której bawiła się latem z rodzeństwem, stał jak dawniej, tylko nie było na nim stołu, przy którym rodzina pijała popołudniową kawę, a taras i schody wręcz zdawały się zasypane suchymi liśćmi i gałązkami. Drewniana huśtawka na starym klonie kiwała się pod wpływem wiatru. Ktoś przeciął sznur trzymający deskę i teraz jeden jej koniec zwisał smętnie, jakby był boleśnie świadomy trwałej nieobecności dzieci. Gdyby był dzień, a nie środek nocy, Alicja i Lodzia mogłyby teraz podziwiać widok na rzekę, bo zabudowania znajdowały się na skarpie, z której rozpościerał się identyczny widok, co z Gimnazjum Małachowskiego. Najpiękniejszy widok w Płocku! Szeroka panorama obejmująca meandrującą rzekę, urokliwe dzikie plaże i łąki aż po horyzont. Nieco niżej, w kierunku Wisły, rozciągał się przepiękny park z alejkami, którymi biegała, kiedy przyjeżdżała tu z ojcem. Znała to miejsce!
- Zobacz, Lodzia, to folwark Schiffera! - krzyknęła, wracając do siostry.
- Ciszej! - poprosiła Lotte i rozejrzała się z trwogą. Ale widać było, że i ona rozpoznaje majątek w Winiarach.
Wolfgang Schiffer był właścicielem ogromnego gospodarstwa nad Wisłą, a jego folwark w Winiarach uznawano za jedno z największych gospodarstw rolnych w okolicy Płocka. Hodowano tu bydło, uprawiano ogromne pola z pszenicą i żytem, a tacy bauerzy jak Arthur Liedtke przyjeżdżali tutaj po żywy inwentarz i ziarno. Sam właściciel darzony był ogromnym szacunkiem.
Ale z głównego budynku zwanego dworkiem nie wyszedł na ich powitanie pan Schiffer. W drzwiach pojawił się za to mężczyzna z jaszczurczymi oczami i patrząc z góry na tłoczącą się pod schodami grupę, odezwał się po polsku:
- Jesteście jak drzazga w palcu państwa polskiego. - Jego głos był cichy, beznamiętny, jakby nieznajomy opowiadał o urokach biegunki. - Jeśli nie znacie polskiego, to tu się go nauczycie, bo nikt nie zamierza do was mówić hitlerowską mową. Macie dług do spłacenia i możecie być pewni, że spłacicie wszystko z nawiązką.
Ludzie patrzyli na siebie nawzajem, niektórzy szeptali po niemiecku, usiłując się dowiedzieć, co takiego oznajmił ten człowiek. Nie była jednak pewna, czy dobrze zrozumiała mężczyznę o oczach jaszczurki.
- Dług? - szepnęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
- Ali, nie zabiją nas. - Lodzia odetchnęła z ulgą. - Chcą, żebyśmy tu pracowali. Nie zamierzają nas zastrzelić.
Wspominając tę chwilę wiele lat później, Alicja często się zastanawiała, czy nie byłoby lepiej, gdyby jednak to zrobili.
zapraszamy do zakupu pełnej wersji.