Obcy wiatr - Aleksandra Klonowska-Szałek

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (39,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- To się nazywa "zjawisko podwójnego muru".

Jedziemy przez Pojezierze Drawskie. To takie miejsce, o którym Warszawiacy mówią: "Słyszałem, że wy tam też macie coś w rodzaju Mazur". Mój osiemdziesięcioletni tata niemal leży na fotelu kierowcy, ale nie dlatego, że jest stary. W wymarzonym aucie nadal czuje się jak król życia. Lekko odwraca opartą na zagłówku głowę, ale i tak widzę, że zaciska usta.

- No wiesz - ciągnę - chodzi o to, że twój ojciec nie opowiadał, więc czułeś, że nie powinieneś pytać. Dwa mury.

Chrząka tylko, jakby w gardle utknęło mu coś twardego. Mogłabym pomyśleć, że w tym braku słów i kontaktu wzrokowego jest nadzwyczajny podziw dla przyrody pojezierza. Miga nam za oknem jak powierzchownie obejrzany film, taki, do którego koniecznie trzeba kiedyś wrócić.

- To były inne czasy - pada w końcu, trochę niewyraźnie. - Wtedy nie wspominało się przeszłości.

Wiem, kiedy nie chce ze mną o czymś rozmawiać. Czuję wtedy jego kropki na końcu zdań tak wyraźnie, jakby wyciskał mi je na czole.

Aż mnie skręca, żeby dowiedzieć się wreszcie czegoś prawdziwego, poznać jakiś szczegół, który wyjaśni mi te tajemnicze sprawy rodzinne. Ale ja też na chwilę milknę i koncentruję się na widoku za oknem. Droga wije się przed nami, tworząc tajemniczy leśny korytarz. Zakręca raz w lewo, raz w prawo, zaskakuje jeziorkami, którym kłaniają się drzewa pryskające świeżą zielenią. Jest dokładnie tak: absurdalnie poetycko. Kiedyś bałam się tych zakrętów. W dawnych czasach, gdy nie miałam prawie pięćdziesięciu lat, lecz dziesięć, i gdy jak zwykle spóźnialiśmy się na obiad do babci. Wystarczyło wyjść z domu wcześniej. Nigdy nam się to jednak nie udało i potem ojciec leciał na złamanie karku, wchodząc w te polodowcowe wiraże jak wariat. "Już się nażyłam" - pocieszałam się wtedy jako mała dziewczynka.

Teraz, kiedy mam już dzieci, męża i naprawdę się nażyłam, ojciec zwalnia przed każdym znakiem, jakby zwalniały jego ciało i myśli. "Starzeje się" - zauważam z niepokojem, zerkając na niego ukradkiem. Wygląda jak krasnolud forsujący bramy Ereboru, ale w rzeczywistości jest delikatny niczym słowiańska rusałka. Jest moim ojcem od niemal półwiecza, ale w tym przypadku nie znam granicy dociskania. Postanawiam zaryzykować.

- I nigdy nie chciałeś się dowiedzieć? Poznać całej tej historii rodzinnej? Przecież to wszystko musiało być dla ciebie dziwne.

Nie musi odpowiadać. Znam odpowiedź. Więc odpowiadam sobie sama. A właściwie jemu.

- Wiesz, że "Spiegel", ta niemiecka gazeta, uruchomiła na swojej stronie wyszukiwarkę członków rodziny, którzy byli w NSDAP?

- Coś takiego - odpowiada i po raz pierwszy odrywa wzrok od drogi. Ale nie kontynuuje. Poprawia się na fotelu, jakby coś uwierało go w plecy.

- Uznano, że dopiero wnuki i prawnuki są gotowe na poznanie prawdy. Z dystansu. Ich rodzice bali się prawdy, więc pewnie i tak nikt by z niej nie korzystał.

Tata milczy. Jest tyle rzeczy, które mógłby powiedzieć. Ale milczy.

- No to jesteśmy - rzuca w końcu. Ma piękny, niski głos. Kiedy śpiewa Ten zegar stary, brzmi jak Bernard Ładysz.

Ten zegar stary gdyby świat

Kuranty ciął jak z nut.

Zepsuty wszakże od stu lat,

Nakręcać próżny trud...

Lecz jeśli niespodzianie

Ktoś obcy tutaj stanie,

Pan zegar - gdy zapieje kur,

Dmie w rząd przedętych rur.

Czuję, że to ja jestem tym obcym. Przecież to bez sensu - powinnam znać prawdę. Bunt rośnie mi w brzuchu jak guz.

- Uhm - odpowiadam i trzaskam drzwiami auta, bo tata tego nie znosi.

Ojciec cmoka, zaciskając powieki, jakby zabolał go trzonowiec, ale wciąż nic nie mówi. Wychodzę z zesztywniałymi od napięcia mięśniami.

- Wiem, obiecałem - wyznaje w końcu winę miękkim głosem Świętego Mikołaja. Wyciąga z bagażnika niedużą torbę i podaje mi mój plecak. - Ale jakoś nie było okazji.

- Uhm - powtarzam i zakładam plecak na mokre od potu plecy.

Niechętnie rzucam okiem na jeden z kilkunastu niepozornych poniemieckich domków przy ulicy doktor Matusewicz. Identyczne ciągną się po obu stronach drogi. Rozpoznawałam numer dwudziesty wyłącznie dlatego, że żaden nie miał tak zadbanego żywopłotu i uporządkowanego podwórka, a także rudej werandy z blaszanym dachem, na której babcia zwykła była w dawnych czasach palić papierosy. Lubiłam tam z nią siedzieć, kiedy padał deszcz. Nie da się tego dostrzec od strony ulicy, ale tuż za domem kiedyś rozciągał się pięknie utrzymany ogród, pełen jabłoni i grusz. Kiedy dobiegła osiemdziesiątki, kazała wszystko ściąć do pnia. Machnęła tylko ręką, kiedy protestowaliśmy. "To nie wy musicie o to dbać" - ucięła wtedy. Teraz zostały tam tylko trawnik i jedna jabłonka.

- Nie wiem, czy będzie chciała z tobą rozmawiać o przeszłości. - Spogląda mi prosto w oczy, chyba po raz pierwszy, odkąd wyjechaliśmy ze Szczecina.

- Przypominam, że sam mnie do tego zachęcałeś. - Czuję, że mój pot ma zapach benzyny.

- Bo widziałem, co się z tobą dzieje, i pomyślałem, że może powinnaś się teraz skupić na czymś nowym. Wierzę w terapeutyczną moc pisania. Ale może spróbuj z pamiętnikiem. Myślałaś o tym? Może kiedyś go nawet wydasz. Pod jakimś pseudonimem czy coś...

Przewracam oczami, tata wzdycha, ale nagle jego wargi odsłaniają absurdalnie zdrowe górne zęby, a on macha ręką. Odwracam się. Babcia schodzi powoli po betonowych schodkach, wspierając się na lasce. Z daleka widzę lwią zmarszczkę, która zawsze nadawała jej twarzy lekko zagniewany wyraz. Bałam się jej jako dziecko, wprawiała mnie w nieustanny niepokój. Po kręgosłupie przechodzi mi lekki dreszcz. Za to mięśnie nagle przestają boleć.

- Czy wy kiedyś będziecie na czas? - Patrzy krytycznie na swojego syna, a on uśmiecha się przepraszająco, jak zawsze.

Lubi ją, to widać. Choć ona często się wyzłośliwia i mu docina, jest jak starsza, zgryźliwa przyjaciółka, to tata lubi tu przyjeżdżać. Czy ta więź między nimi wynika z siedemnastoletniej zaledwie różnicy wieku?

Babcia ściska mnie mocno, jak wtedy, gdy miałam pięć, dziesięć, piętnaście lat, i całuje prosto w usta, a ja znów nie zdążam się uchylić. Tata tłumaczył mi kiedyś, że to niemiecki zwyczaj. Wtedy nie dopytałam, skąd niby niemiecki. Babcia pachnie kawą, pieprzem i bzem. W tym jej uścisku czuć jeszcze siłę fizyczną, choć jest chyba o połowę niższa, niż kiedy rok wcześniej widziałam ją po raz ostatni. Czy to możliwe, żeby kurczyć się tak szybko? Otacza mnie w pasie ramieniem i ciągnie do domu. Moje ciało poddaje się jak ciało dziecka, które czeka na babcine ciepło, choć w głowie nadal układam sobie, co powiedzieć. Co zrobię, jeśli odmówi?

- Chodź, zaparzysz herbatę i pokroisz ciasto.

Zawsze potrafiła zarządzać ludźmi. Dobrze, że nie widziała, jak ja to robię. Może gdybym miała pięciu synów, jak ona, byłabym w tym lepsza.

- Podobno przyjeżdżasz z ważną sprawą - przechodzi do rzeczy, kiedy ojciec rozsiada się w fotelu, chwyta za pilota i włącza telewizor, a na pokrytej plastikową serwetą ławie lądują zastawa i mocno wysuszony sernik z lokalnego sklepu.

Kiedyś w tym domu nie kupowało się ciasta.

- Chcę cię o coś zapytać.

Tata włącza jakiś kabaret na Polsacie. Próbuję przekrzyczeć dwóch facetów przebranych za kobiety. Decybele chyba omijają ojca i babcię, jakby byli chronieni niewidzialnym polem siłowym. Jestem w tym pokoju jedyną osobą poniżej pięćdziesiątki i ze stosunkowo zdrowym słuchem.

- Sernika sobie nałóż - rozkazuje, a ja posłusznie nakładam sobie sernik. - I herbatę nalej wszystkim.

Nalewam wszystkim.

- Babciu... - zaczynam. Układałam to sobie w głowie przez całą trasę ze Szczecina, ale teraz z nerwów wszystko zapominam. - Trafiłam na coś z historii naszej rodziny. I mam sporo pytań. Tata nic nie wie - dodaję jeszcze w tempie, jakbym przewijała film na dwukrotnym przyspieszeniu.

Ojciec przełącza na inny kanał. Gra Lewandowski, cały stadion drze się jak opętany. Wypełniona słabą herbatą szklanka z koszyczkiem zawisa w powietrzu na chwilę dłużej.

- Znaleźliśmy coś z tatą. Właściwie tata znalazł - kontynuuję, a źrenice babci błyskawicznie przesuwają się ze mnie na ojca.

Ten wzdycha, jakby myślał, że nikt tego westchnienia nie wychwyci.

Brnę dalej:

- Chciałabym ci coś przeczytać. Mogę?

Nie słyszę odpowiedzi, ale i tak zakładam okulary, wyjmuję z plecaka wydruk.

- "Zajścia w Wyszogrodzie trzynastego i czternastego maja tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku. Nieznany epizod z życia miasta" - czytam głośno, po czym badam, jaki efekt wywarło na babci pierwsze zdanie.

Patrzy mi prosto w oczy, ale nie potrafię z nich nic wyczytać. Odchrząkuję i z kluchą w gardle kontynuuję:

- "W połowie tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku doszło do zamieszek między mieszkańcami miasta a funkcjonariuszami lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa. W wydarzeniach brała udział żona referenta gminnego Alicja Listke, córka folksdojcza drugiego stopnia". Alicja Listke to ty, prawda? Wtedy często mylono nazwiska, nikt na to nie zwracał uwagi...

Babcia milczy, wpatrzona w ekran telewizora, jakby Lewandowski był teraz najważniejszą osobą w jej życiu. Postanawiam nie odpuszczać.

- Rozmawiałam z wiceszefem IPN-u...

- I co ci powiedział? - Łypie na mnie. Może i nogi niedomagają, ale głos ma jak dzwon. Mosiężny, ciężki dzwon. Na szyję wystąpiły jej czerwone plamy, jak wtedy, kiedy z bratem rozbiliśmy jej ulubione filiżanki.

- Powiedział... żebym otworzyła wasze akta w IPN-ie - wypaliłam.

Babcia wstaje i nie ma w niej już żadnej dobrotliwości. Posyła mi twarde, zimne spojrzenie, które przeszywa mnie chłodem, mimo że pokój tonie w ciepłym słońcu.

- Ale po co?! - krzyczy.

Ojciec podskakuje na fotelu i spogląda na mnie w panice. Jego wzrok mówi: "Pamiętnik, pomyśl po prostu o pamiętniku!".

- Nie możesz tego zrobić. Przysięgnij, że tego nie zrobisz - mówi twardo babcia. - Przysięgnij, to opowiem ci, jak było.

- Babciu, ale... - Zaskoczyła mnie. Nie mam pojęcia, co powiedzieć.

Na ścianie za babcią wisi wielki sznur bursztynów. Są tak duże, że przypominają jaja prehistorycznych ptaków. Mają nietypowy kolor, bardziej pomarańczowy niż żółty.

Babcia obserwuje mnie uważnie.

- Nikt nigdy nie był zainteresowany moim życiem - dodaje szeptem. Mówi chyba bardziej do siebie niż do nas i zawiesza wzrok na samotnej jabłonce za oknem.

Szukam wzrokiem wsparcia u taty, a on odwzajemnia spojrzenie. Jest w nim niepokój. Oboje wiemy, że babcia nigdy nie mówi cicho. Promień słońca pada na jeden z fragmentów bursztynowego naszyjnika. Wygląda, jakby nagle zapłonął specjalnie dla mnie.

Rozdział 1

Jesień 1945

Dla Alicji Liedtke wojna miała zapach waty cukrowej. Może dlatego nie bała się jej tak bardzo jak inni.

Akurat dyżurowała przy garze z marmoladą na podwórku rodzinnego domu w Stróżewku. Pomarańczowe płomienie lizały miedziany sagan, który pod wpływem tej pieszczoty bulgotał i mruczał. Jakby z nią rozmawiał, gdy ona zgodnie z wielowiekową szwabską tradycją, nakazującą gotowanie marmolady z buraków cukrowych przez trzy dni i trzy noce, kręciła w nim wielkim, drewnianym mieszadłem. Kręciła bez przekonania, dopiero zresztą wtedy, gdy wnętrze gara syczało niby z ostrzeżeniem, że słodka melasa zaczyna przywierać do ścianek. Alicja przewracała przy tym oczami, bo jako nastoletnia dziewczyna wolałaby być w innym miejscu i robić inne rzeczy. Zerkała przy tym na drzwi domu, z których w każdej chwili mogła wyjść jej matka. A jej lepiej było nie podpadać.

W rodzinie Liedtków, która zamieszkiwała obszerny dom z piętrem przy swoim gospodarstwie w Stróżewku, o tradycję szczególnie zawzięcie dbała Olga Liedtke - matka zarówno Alicji, jak i Lotte, Elli, Alberta, Hermana i najmłodszej Waltraud. Wszyscy - łącznie z ojcem Alicji Arthurem, dziadkiem Augustem i babką Heleną - wiedzieli, że za Olgą stoi kilka pokoleń kobiet z połączonych rodzin Liedtke i Vogel, i to tych dawno martwych, więc nikt nie ośmieliłby się zaprotestować. Wśród Liedtków wiara w duchy była tak naturalna jak żniwa. Po pokojach nadal pałętali się czujni przodkowie i Olga przy każdej okazji podkreślała, że "w niepewnych czasach trzeba się trzymać tradycji", a robiła to tak głośno, żeby duchy usłyszały i czuły się spokojne, chroniąc domostwo przed zagrożeniami. Dlatego członkowie rodziny mogli sobie dowolnie wzdychać, jęczeć, popłakiwać po kątach, a i tak rzeczy działy się dokładnie tak, jak Olga to zaplanowała. Wielkie gary bulgotały przepisowo trzy dni i trzy noce, marmolada chlapała po ściankach, a każdy z domowników, który akurat wychodził z domu, chciał czy nie chciał, miał obowiązek ją pomieszać. Na trzeci dzień zawartość naczynia zmieniała się w gęstą masę, wzbijając w powietrze słodką chmurę o zapachu karmelu, która wprowadzała rodzinę w dobry nastrój tak samo skutecznie, jak sklejała w strąki włosy na głowie. Ale mieszanie to była najnudniejsza czynność na świecie. Żeby trochę zabić nudę, Alicja co rusz dorzucała do ogniska nowe polana, przez co pomarańczowe płomienie coraz mocniej lizały wyciekającą z pojemnika słodką maź.

To Alicja pierwsza usłyszała odgłos ciężkich buciorów rozgniatających żwir na ścieżce prowadzącej do domu, a właściwie całego gospodarstwa z domem, stodołą z kilkunastoma końmi, podwórkiem i stawem. Gospodarstwo Liedtków znane było w całej okolicy - nie tylko wśród kolonistów niemieckich, ale też ich polskich sąsiadów - z dobrego zarządzania i porządnego traktowania pracowników i pewnie z tego powodu nawet w czasie wojny Liedtkowie nie mieli zbyt wielu niepokojących wizyt. Jednak te ciężkie buty i ich miarowe chrzęszczenie nie zwiastowały niczego dobrego i Alicję nagle zaczęły boleć wszystkie zęby. Postanowiła mimo wszystko zachować spokój, bo też widok wcale nie był jakiś nadzwyczajny. Żołnierze. I co z tego? Jej życie od ósmego roku było wypełnione wojną. Właśnie kończyła czternaście lat, ale wyglądała na o pięć starszą. Dziadek August, który był kucharzem na dworze cara Mikołaja, tłumaczył jej, że ludzie szybciej rosną, kiedy jest wojna. Alicja urosła całkiem szybko, a przy okazji przestała się bać. Zawsze była najwyższa w towarzystwie, nie licząc jej brata Alberta, który zmarł kilka lat wcześniej w wyniku ukąszenia przez żmiję. Grube, czarne włosy i ciemna karnacja upodabniały ją do Włoszki, wąska talia kontrastowała z krągłością bioder, a obfity biust sprawiał, że mężczyźni przychodzący do domu Liedtków spuszczali wzrok z zakłopotaniem, widząc to dziecko-niedziecko potrafiące się śmiać z byle czego. Babcia Helena powtarzała, kręcąc głową z udawanym oburzeniem, że Ali wystarczy pokazać palec, a będzie się zanosić ze śmiechu. Alicja mogła być radosna, ponieważ nie pamiętała już czasów sprzed wojny. Życie i bezczelność nastolatki tryskały z niej jak woda z fontanny, a ostatnie pięć jesieni nauczyło ją żyć tu i teraz.

Teraz była marmolada z buraków. Jeśli żołnierze weszli, to i wyjdą, myślała sobie dziewczyna. Tak jak niemiecki Wehrmacht jesienią 1939, potem polscy partyzanci i ostatnio Armia Czerwona. A jak przypali się marmolada, to całą zimę będzie trzeba jeść na chlebie spaleniznę. Przyglądała się więc żołnierzom z czujnością, jakiej wymagały od niej trudne czasy, ale nie odeszła od ognia. Nie widzieli jej, skulonej za garnkiem, więc mogła się im przyjrzeć dokładniej. Każdy z nich wyglądał trochę inaczej, jakby po prostu skompletowali mundury wojskowych ubrań z tego, co pospiesznie znaleźli w miejscu, gdzie przechodził kiedyś front. Jej uwagę przykuły czapki rogatywki z orzełkami i biało-czerwone opaski z napisem "MO". Kilku wyglądało jak żołnierze Armii Czerwonej i jej podejrzenie się potwierdziło, kiedy usłyszała parę rosyjskich słów.

Mężczyźni stanęli na podwórku, a dwóch z nich zaczęło łomotać do drzwi. Otworzyła im Olga Liedtke, matka Alicji, z najmłodszą Waltraud na rękach. Nie zważając na trzymane przez kobietę niemowlę, żołnierze wyciągnęli ją z domu i weszli do środka. Po chwili na podwórku znalazła się cała rodzina, niekompletnie ubrana, a Alicja zamarła nad ogniskiem i garem, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Dopiero gdy usłyszała krótkie "pod mur", lepkie od cukru mieszadło wypadło jej z dłoni i utonęło w marmoladzie, a ona podbiegła do matki nie tyle wystraszona żołnierzami, ile zaniepokojona jej reakcją. Pragnęła jak najszybciej poczuć jej ochronne ramię na swoich plecach.

Olga Liedtke wyglądała, jakby cała krew odpłynęła jej z twarzy. Oczy, niegdyś wesołe, z każdym rokiem coraz głębiej wbijały się w oczodoły, niczym w proteście przed tym, co od kilku lat oglądały. Tak, Olga miała świadomość, co robią z tymi, których się ustawia pod murem. Kątem oka widziała, jak jej mąż Arthur przyciska do boku ich syna Hermana. Alicja i Lotte, dwie najstarsze córki, przytulały młodszą Ellę.

Olga kurczowo przytrzymywała na rękach roczną Waltraud, ściskając dłoń męża i modląc się, żeby Alicja nie zrobiła niczego głupiego. Zaciśnięte pięści córki, będące zapewne mimowolną reakcją na tak potworne traktowanie jej rodziny, a także wspomnienie o kilku jej wyskokach wystraszyły Olgę. Próbowała ostrzec męża, żeby miał Alicję pod kontrolą, ale Arthur, jeszcze przed godziną śniady od słońca na polach, teraz blady jak ściana i pokonany beznadzieją sytuacji, tulił Hermana, który przywarł do jego boku. Ella i Lotte płakały, zbite w kupkę z dziadkiem Augustem i babcią Heleną. Olga nie miała pojęcia, jak ratować bliskich, i widziała, że jej mąż, zawsze przecież będący głową rodziny, czuje się równie bezbronny w obliczu umundurowanych mężczyzn na ich podwórku.

- Alicja Liedtke i Leokadia Liedtke! - krzyknął milicjant. - Zabrać tylko ubrania, idziecie z nami. Szybko - dodał.

To zaskoczyło rodzinę tak bardzo, że Olga, zanim zdążyła pomyśleć, zadziałała odruchowo, nie zastanawiając się, co się wydarzy, jak pewnie tysiące wojennych matek chroniących życie swoich szczeniąt. Wcisnęła małą Waltraud mężowi i zrobiła krok do przodu.

- Dokąd chcecie je zabrać? - zapytała po polsku.

Radzieccy żołnierze się uśmiechali, patrząc na dziewczęta wzrokiem głodnych zwierząt. Pod Olgą ugięły się nogi.

- Nie twoja sprawa - odparł milicjant, wpychając ją do szeregu kolbą karabinu, jakby brzydził się jej dotknąć ręką. - Cholerni folksdojcze...

- Nie jesteśmy żadnymi...! - wykrzyknęła Alicja i Olga musiała przycisnąć ją do siebie, żeby uciszyć córkę, zanim uczyni lub powie coś, czego nie będzie można już cofnąć.

Miała ochotę wrzeszczeć do męża, żeby coś zrobił, przecież nie mogą zabrać z domu dwóch nastolatek. Ale Arthur Liedtke stał jak zamrożony. Olga wiedziała, co myśli. Że trzeba ratować pozostałe dzieci. Alicja sobie poradzi, zawsze sobie radziła. Pomoże Lotte. Dlatego nie zdziwiła się, kiedy mąż nagle wyrwał się z otępienia i cichym głosem nakazał dziewczętom pakowanie.

Alicja i Leokadia, zwana w domu Lodzią, bez słowa weszły na poddasze, gdzie znajdował się ich pokój. Za nimi podążyli rodzice. Olga zawsze pilnowała, żeby dziewczęta zachowywały porządek, ale teraz nie przeszkadzały jej ani stare książki z poradami medycznymi Alicji, rozrzucone po całym pokoju, ani skrawki materiałów na biurku Lodzi, która właśnie uczyła się szyć. Przypomniała sobie, jak wiele awantur robiła dziewczętom z powodu tego nieporządku, zrzucając wszystko na podłogę i wyzywając je od bałaganiar. Teraz dopiero zauważyła uszyte przez Lotte kolorowe narzuty na łóżka, jesienne kwiaty w wazonie, nowe zasłony i nie mogła znaleźć ani jednego powodu, dla którego córki miałyby zasługiwać na przezwiska.

Ale to nie był czas na żale. Zamiast tego postanowiła się skupić na przygotowaniu dziewcząt na wszystko, co mogło je spotkać. Dwie niewielkie walizki wyciągnięte spod łóżek szybko zapełniły się ubraniami. Długie, czarne włosy Alicji kładły się na umieszczanych w walizce swetrach i ciepłych skarpetach, które podawała jej matka, trzymająca na biodrze urodzoną pod koniec wojny Waltraud. Dziewczynka kwiliła cicho, jakby wyczuwała nastrój matki, której tak bardzo trzęsły się ręce, że wszystko jej z nich wypadało. Olga nie była tak zdenerwowana nawet kilkanaście tygodni temu, gdy całe kolonie niemieckie stały na rynku w Płocku, gotowe do ewakuacji do Niemiec. Sąsiedzi z Maszewa, Boryszewa i Stróżewka, czyli kolonii Schroet­tersdorf, postanowili wtedy, że zostają. Że nawet gdy w XVIII wieku zabrano im mienie i wywieziono w głąb Rosji, w końcu pozwolono im wrócić, a własność oddano. Tym razem pewnie będzie tak samo, perorowali najstarsi członkowie społeczności. Wprawdzie wtedy Arthur Liedtke zapakował wszystkich na wóz, a nawet przejechał na zachód jakieś trzy kilometry, jednak potem stanął w polu, wykrzyknął, że nie odda ziemi i trzydziestu koni, i zawrócił. Teraz wraz z dziadkiem Augustem, drugim mężem babci Heleny, musiał patrzeć, jak zabierają dwie jego najstarsze córki. Nie wiedział, dokąd idą ani czy dziewczęta wrócą. Tak jak żona czuł lodowaty pot, który spływał mu w dół pleców. Słyszał plotki o tym, co Rosjanie robili z niemieckimi dziewczętami, i nie potrafił spojrzeć Oldze w oczy.

- To twoja wina - szepnęła Olga Liedtke do męża. - Trzeba było uciekać, kiedy jeszcze mogliśmy.

- Mamo, uspokój się. Na pewno chcą nas odesłać do Niemiec. Tam się odnajdziemy. Czerwony Krzyż, wiemy, co robić. - Alicja miała wrażenie, że w jej gardle jest jakiś wielki przedmiot, który blokuje swobodne oddychanie.

Wyjęła z walizki dorzucone przez Olgę gryzące skarpety z wełny, których nigdy nie lubiła. Lotte była trupio blada i zesztywniała ze strachu. Jej młodsza siostra delikatnie odsunęła ją od walizki i sama włożyła do niej najpotrzebniejsze rzeczy dziewczyny. Na dole rozległy się ponaglające krzyki milicjanta i Waltraud zaczęła głośniej płakać.

- Niepotrzebnie wracaliśmy - szepnęła Olga, wycierająca nos wierzchem drżącej dłoni. - Trzeba było uciekać, kiedy jeszcze mogliśmy stąd wyjechać.

Arthur Liedtke nie powiedział nic. To milczenie i jego nieznośny ból w oczach Alicja miała zapamiętać na zawsze. Znajdziemy się - pomyślała, kiedy pchano ją po schodach na dół.

Rozdział 2

Mężczyźni poruszali się szybko, jakby się gdzieś spieszyli. Alicja niemal biegła, starając się za nimi nadążyć. Obok niej truchtała Lodzia, pociągająca nosem. Kurczowo zaciskała palce na dłoni Alicji, podczas gdy w drugim ręku trzymała niewielką walizkę. Po twarzy leciały jej łzy, które ocierała wnętrzem ramienia, by nawet na chwilę nie wypuścić dłoni siostry. Ten ciepły, drżący uchwyt był jak niewidzialna nić łącząca obie dziewczęta z domem rodzinnym. Obie skupiały się na tym, żeby za żadne skarby nie pozwolić rozdzielić ich dłoni, jakby wiedziały, że byłoby to jak przecięcie ważnej aorty.

Lodzia się odwróciła, by wzrokiem poszukać rodziców. Na jej krtani zacisnęła się metalowa obręcz strachu i rozpaczy, gdy nie dostrzegła ich biegnących w jej kierunku, żeby nakazać natychmiastowy powrót do domu. A przecież każdy scenariusz, który w ciągu tych kilku minut wymyśliła, zawierał szczęśliwy powrót do domu. Nie mogła opanować szczękania zębami. Gdy spojrzała na Alicję, zobaczyła tylko zaciśnięte usta, jak zawsze, gdy dziewczyna na coś się uparła.

- Ali? - szepnęła niemal bezgłośnie, licząc na to, że siostra odczyta słowa z ruchu jej warg.

- Musimy jakoś uciec - odszepnęła i nawet ten szept brzmiał twardo i zdecydowanie.

Alicja wyglądała, jakby za wszelką cenę chciała dostosować swój dziewczęcy, drobny krok do rytmicznego tupania żołnierzy. Stawiała długie kroki, bijąc kaloszami (nie było czasu szukać innych butów) w żwir. Rozpuszczone włosy dziewczyny rozwiewał wiatr, tworząc wokół jej twarzy coś na kształt firany, która to zasłania, to odsłania wnętrze domu. Lodzia aż westchnęła z podziwu nad siłą siostry. Czternastolatka wyglądała i zachowywała się jak dojrzała kobieta. Eskortujący dziewczęta mężczyźni patrzyli na nią z ukosa i Lodzi zrobiło się nagle niedobrze.

- Ali, proszę, nie narób nam kłopotów. - Ścisnęła mocniej rękę siostry.

Alicja odwzajemniła gest, ale nie spojrzała na siostrę. W domu zawsze się zastanawiano, jak to możliwe, że to Alicja, choć o pięć lat młodsza, zawsze sprawiała wrażenie starszej. Od małego potrafiła bez stękania przynieść siodło, a już w pierwszej klasie bez trudu dojeżdżała rowerem z Płocka do Stróżewka. Alicja sądziła, że niczym się nie wyróżnia, i to słabość siostry zdawała się jej rzeczą niepojętą. Dlatego przez całe dzieciństwo usiłowała odkryć prawdziwą naturę Lodzi, w jej mniemaniu niezwyciężoną i silną, ale z niewiadomych przyczyn tajoną. W tym celu dokonywała aktów, za które dostawała cięgi od matki. Jak wtedy, gdy włożyła na głowę prześcieradło i wystraszyła Lodzię wracającą po ciemku ze wsi od koleżanki. Siostra zemdlała ze strachu, a Alicja, chcąc nie chcąc, musiała pobiec po pomoc do domu, przyznać się do występku, a potem narazić się na srogie baty.

Lodzia znów płakała, ale teraz Alicja przynajmniej wiedziała, z jakiego powodu.

Dom rodzinny oddalał się być może bezpowrotnie, w miarę jak przybliżały się do głównej drogi na Płock. Wciąż oglądała się za siebie, ciesząc się w duchu, że już po żniwach i nic nie zasłania jej widoku. Za każdym razem, gdy się odwracała, eskortujący dziewczęta radziecki żołnierz wypuszczał w jej twarz kłąb papierosowego dymu, zanosząc się przy tym śmiechem podobnym do żabiego rechotu. Kaszlała od tego, ale desperacko pragnęła zachować w pamięci obraz rodziców i domu. Gdy kolejny raz spojrzała za ramię, stali w progu domu, przytuleni do siebie i bardzo, bardzo poważni. Wyglądali jak wtedy, gdy fotograf w Płocku robił portret rodowy podpisany "Familie Liedtke".

A może to jednak był sen? Jak jeden z tych, które śniła w ostatnich latach wojny. Gdyby je opisywała, stworzyłaby wielką księgę makabr. W tych snach baśnie braci Grimm łączyły się z wojenną rzeczywistością w najbardziej pokręcony sposób, jakby te bajki już wcześniej nie były wystarczająco pokręcone. Budziła się w mokrej od potu pościeli i biegła do dziadka zdać relację z tego, co jej się podczas śnienia przytrafiło. Głaskał ją wtedy po grubych, czarnych włosach, które i Alicję, i jej siostrę Lodzię upodabniały do Włoszek czystej krwi, i zaraz serwował opowieść o tym, jak był kucharzem na dworze cara Mikołaja i z torbą pełną kotletów mielonych uciekał przed rewolucją do rodziny na zachód.

Im dalej ponury orszak oddalał się od domu, im bliżej mu było do drogi łączącej Stróżewko z Płockiem, tym bardziej do Alicji docierało, że dziadek być może już nigdy nie opowie jej o kuchni cara Mikołaja. Zapach waty cukrowej stopniowo rozwiewał się w chłodnym powietrzu, aż zniknął zupełnie. Alicja odwróciła się po raz ostatni, ale domu nie było już widać. Serce prawie wyskoczyło jej z piersi. Nagłe poczucie straty czegoś bardzo ważnego, ważniejszego niż kiedykolwiek wcześniej, zabrało dziewczynie zdolność trzeźwego myślenia. Jakby ktoś zarzucił jej na twarz mokrą szmatę i odebrał na chwilę oddech.

Kiedy zebrała myśli, podchodzili już do głównej drogi. Z daleka Alicja widziała czekający na nich długi pochód kobiet i mężczyzn. Niektóre twarze rozpoznawała - byli to Niemcy, mieszkańcy okolicznych wiosek. Otaczali ich mundurowi z długą bronią. Większość więźniów miała spuszczone głowy, twarze tych, którzy z ciekawością patrzyli na dziewczęta, zdawały się blade jak wnętrze wczesnych kartofli.

- Co tak długo? - powiedział jeden z milicjantów, pstrykając wypalonym papierosem w kierunku stojącej za nim dziewczyny. Na jego twarzy widać było niewyspanie i skłonność do alkoholu.

Dziewczyna odskoczyła przestraszona. Alicja kojarzyła ją z wiejskich potańcówek.

- Guzdrały się - odparł krótko "ich" milicjant i kazał im dołączyć do pochodu.

- Dokąd idziemy? - odważyła się zapytać i wszystkie głowy odwróciły się w jej kierunku.

- Tam, gdzie wam każemy dojść - odparł z rechotem ten sam Rosjanin, który wypuszczał dym w jej twarz. Był niewiele starszy od Lodzi, ale z jakiegoś powodu miał dużo pewności siebie. - Dawaj! - krzyknął do przodu.

Pochód ruszył. W domach wzdłuż drogi ruszały się firanki. Poza tłumem kilkudziesięciu osób idących pieszo w nieznanym kierunku szosa była całkowicie pusta.

Rozdział 3

Grupa płynęła szosą wartko jak Wisła po wiosennych roztopach. Co jakiś czas zatrzymywała się na chwilę, by połączyć się z ponurymi dopływami, ciągnącymi z okolicznych wiosek zamieszkiwanych przez całe stulecia przez niemieckie rodziny, po czym dynamicznie ruszała dalej, popychana przez wiatr, który zerwał się niedawno i teraz rozwiewał jej czarne włosy na wszystkie strony świata.

- Zobacz, tu nie ma nikogo starego - szepnęła nagle Lodzia, do tej pory w trakcie marszu skupiona na własnych butach w niemym stuporze strachu. - Wszyscy młodzi.

Alicja powiodła wzrokiem po nowo przybyłych. Poszarzałe oblicza wyłaniały się z ciemniejących wiejskich dróżek w obstawie tych samych żołnierzy, którzy zabrali i je dwie. Wiele z tych twarzy było dziewczętom znane z wesel i wspólnych uroczystości. Choć były zbyt młode, żeby rozmawiać ze starszymi mężczyznami, znały ich z widzenia. Żadna z osób zasilających teraz ich pochód w nieznane nie przekroczyła trzydziestki.

- Zupełnie jakbyśmy szli ze znajomymi w weselnym orszaku. Może na końcu czeka nas wspólna wódka - rzuciła Alicja, żeby jakoś przełamać nastrój grozy. Zawsze wolała się śmiać, niż płakać.

- Alicja! - zgromiła ją Lotte. Ale zadziałało i teraz Lodzia ściskała rękę siostry nieco mniej kurczowo.

Chłopak, który szedł przed nią, nagle się odwrócił.

- Wiesz, dokąd nas pędzą? - zapytał.

Alicja kojarzyła go z jakiejś potańcówki. Był niższy od niej o głowę, ale Liedtkówny słynęły z tego, że wszystkie były postawne. Mógł być nawet odrobinę starszy od niej. Drobny wąsik świadczył o tym, że bardzo chce być uznany za starszego.

- Zwariowałeś? Niby skąd mam wiedzieć? Nie wiem, co mają w głowie - odparła.

Mężczyzna, który maszerował obok niego, odezwał się tonem starszego wujka, który nakazuje dzieciakom zamilknąć.

- Zemstę. Zemstę mają w głowie! - powiedział.

"Zemstę? Ale za co?" - chciała zapytać Lodzię. "Przecież ich rodzina zawsze pomagała Polakom, kiedy jeszcze rządzili tu Niemcy. Wstawiała się za nimi i załatwiała różne rzeczy. Więc niby za co ta zemsta, co?" Nie zdążyła, bo mężczyzna odezwał się ponownie.

- No przecież widać, że idziemy do Płocka - burknął. Miał starannie ogoloną twarz, jakby zabrano go prosto po porannej toalecie. - Pewnie rozstrzelają nas na rynku. Zrobią z nami to samo, co hitlerowcy z nimi.

Na dźwięk słowa "rozstrzelają" Lodzia zaczęła płakać, a Alicję przeszedł dreszcz strachu. Oczami wyobraźni zobaczyła siebie pod murem i kolana ugięły jej się tak, że niemal upadła. Spojrzała na Lodzię, ale siostra nie zamierzała jej pocieszać. Szła obok, wbijając wzrok w powierzchnię drogi. Wąskie ramiona jej drżały, rękawem ocierała nos.

Kobiece szlochy w grupie świadczyły o tym, że mężczyzna wystraszył więcej osób. Grupa zwolniła kroku, jakby bała się iść dalej, a gdzieś za Alicją rozległo się przeklinanie milicjantów. Płock był coraz bliżej. Rozpoznawała drzewa, nawet krzaki na drodze. Ciało zareagowało na prognozę mężczyzny i kiedy w szarości zmierzchu dostrzegła pierwsze zabudowania Płoc­ka, niemal przestała oddychać. Doskonale znała drogę wiodącą na rynek, a właśnie nią podążali. Wyczuła pod butami kamienny bruk, który zazwyczaj prowadził ją w najbardziej ekscytujące zakamarki miasta. Dla Alicji Płock był źródłem wszystkiego, co interesujące. To tu spotykała się z przyjaciółmi ze szkoły, tu nocowała u zaprzyjaźnionej rodziny Kesslów, którzy mieli na rynku sklep z artykułami skórzanymi, i stąd dojeżdżała do domu, ciesząc się samodzielnością. Płock pozwolił jej na to, by w końcu wyrwała się z dobrze strzeżonej rodzicielskiej kieszeni i odetchnęła tym samym powietrzem co miejskie nastolatki. Nieważne, czy polskie, czy niemieckie. Zresztą i tak wszyscy musieli rozmawiać po niemiecku. Pogrążona w rozmyślaniach nawet nie zauważyła, kiedy dotarli w pobliże rynku. Jeśli tamten człowiek miał rację, już tylko chwila dzieliła ją od tego, by skończyć jako trup pod murem. Coś jednak mówiło jej, że gdyby chciano ich zabić, zrobiono by to jeszcze w Stróżewku. Strażnicy na pewno woleliby być teraz w domach z rodzinami niż pędzić rozpłakany tłum przez kilkanaście kilometrów.

Alicja nabrała odwagi i rozejrzała się wokół. Fasady kamienic odrobinę ucierpiały w wyniku ostrzałów, wiatr przewiewał przez puste miejsca po wybitych szybach, wcześniej widziała też leje po bombach, ale poza tym miasto wydawało się nienaruszone. Pył, unoszący się na ulicach, osadzał się we włosach i trafiał do oczu Alicji, wywołując łzy. Mrugała rozpaczliwie, mijając rozmazane postaci mieszkańców. Porządkowali miasto. Na widok pochodu kilka osób podniosło z zaciekawieniem głowy, a potem szybko je opuściło.

- To ci folksdojcze. Oni to powinni robić - usłyszała od jednego z nich.

Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy. Mężczyzna mruknął coś, czego nie dosłyszała, i wrócił do swojej roboty.

Różnie ich nazywano. Alicja pamiętała jeszcze, jak mówiono o nich "Olędrzy". Ojciec jej tłumaczył, że od średniowiecza na terenach nadwiślańskich osiedlali się zaklinacze rzek. Ludzie, którzy pochodzili z dalekich krajów pokrytych siecią rzek i kanałów tak gęsto, że nauczyli się żyć z ciągłymi powodziami i tę wiedzę mogli wykorzystać w kraju nad Wisłą. Mówili różnymi językami i inaczej czcili Boga, ale dla polskiej ludności wszyscy byli Olędrami. Dla rodziny Liedtków i innych kolonistów to, jak ich nazywano, nigdy nie miało większego znaczenia, zwłaszcza że zarówno zwyczaje, jak i wiara zaczęły się wkrótce przenikać. Od Polaków jednak Olędrzy byli inni i zdaniem Arthura Liedtke tak powinno pozostać. Dlatego unikano polsko-olęderskich małżeństw, a osadnicy mieli własne szkoły i kościoły. Słowo "folksdojcz" pojawiło się nagle i w rodzinie Liedtków wywoływało wzdychanie połączone ze smutkiem. Alicja wiedziała, że ojciec żadnej listy zdrajców nie podpisywał i nie zamierzał.

- W Warszawie ponoć robią. Zagonili ich do odbudowy - odpowiedział ktoś.

- Jesteśmy Niemcami, nie żadnymi folksdojczami - szepnęła do siostry, ale ta tylko mocniej ścisnęła jej dłoń, nakazując milczenie.

Niespodziewana wrogość ze strony Polaków wywarła chyba mocne wrażenie na reszcie współmaszerujących, bo nikt nie odezwał się do momentu, gdy weszli na rynek w Płocku.

Rozdział 4

Budynek ratusza górujący nad placem przetrwał bez uszczerbku, tak jak i reszta kamienic. Alicja pamiętała, jak w ostatnich latach wojny niemieccy żołnierze usuwali z rynku krzewy i drzewa, co nie podobało się jej ojcu. "Chcą, żeby było jak u nich. Nonsens" - sarkał. Nie przepadał za miastem, rzadko bywał w Płocku, ale rynek był jedynym miejscem, w którym lubił przesiadywać. Znajdował ławeczkę pod drzewem i pozwalał sobie na odrobinę wytchnienia od pracy w gospodarstwie. Niewielki plac otoczony kamieniczkami wyglądał jak zawsze. Kilkoro z mieszkańców znieruchomiało na widok pędzonej grupy ludzi, ale gdy usłyszeli "folksdojcze" wykrzykiwane pogardliwie przez żołnierzy, odwracali wzrok i wracali do swoich zajęć. Alicja przełknęła ślinę. Poczuła się tak samotnie, jakby na płocki rynek pędzono tylko ją.

Ale nie była sama. W ciemnych oknach płockich kamienic, niczym w oczach miasta, po raz kolejny od początku wojny odbijały się te same obrazy. Strumień smutnych istnień docierający tu wszystkimi bocznymi uliczkami jak wtedy, gdy Niemcy stłoczyli tutaj Polaków i Żydów. I tak jak wtedy do niedawna pełne godności ludzkie istoty zamieniały się w rozpłakany i wystraszony kłębek. Alicja pomyślała, że za obszarpanymi firankami kryją się ludzie, którzy i wtedy myśleli, i dziś myślą: "Dobrze, że to nie ja", po czym spuszczają wzrok. Uzbrojeni strażnicy paradowali wokół, szurając i tupiąc wojskowymi obcasami, jakby przystępowali do oględzin koni na miejskiej giełdzie. Kilku z nich Alicja rozpoznała. Przysięgłaby, że pracowali w gospodarstwie Liedtków podczas żniw.

- Ile masz lat? - zapytał ją gruby jak maciora żołnierz, kiedy przyszła jej kolej.

- Czternaście - odparła, starając się mówić wyraźnie.

Akurat nauka polskich liczebników przychodziła jej bez trudu. Liczyła podskoki, podrzuty i w ogóle chyba wszystkie gwałtowne ruchy, których wykonywała mnóstwo. Dlatego bezbłędnie liczyła do stu. Ale świszczące polskie głoski brzmiały w jej ustach zabawnie, sama to czuła.

- Wyglądasz na starszą. - Przyjrzał jej się podejrzliwie, mrużąc oczy.

- To moja siostra - wtrąciła szybko Lodzia płynnym polskim. Uczyła się języka z Brunonem Kesslem, choć wszyscy twierdzili, że robią coś innego. Bruno, uczeń prestiżowej Małachowianki, czegoś ją jednak nauczył. - Naprawdę ma czternaście.

Mężczyzna wzruszył ramionami i odwrócił się do swojego towarzysza, który w wielkim zeszycie zapisywał wszystkie nazwiska.

- Ta jest za młoda na Warszawę - powiedział, przekrzywiając głowę, aż skóra na szyi zawinęła się w kilka grubych serdelków.

Za młoda? Alicja spojrzała na starszą siostrę, szukając w jej oczach odpowiedzi. Czy to dobrze, że jest za młoda na Warszawę? Co robią w Warszawie, że potrzebują starszych od niej?

- Pojedzie do Winiar. Młoda trochę... Dobra, dajcie z nią siostrę. - Żołnierz machnął wielką łapą, która wyglądała, jakby była zrobiona z pluszu i wypchana gałgankami.

- Co jest w Winiarach? - nie wytrzymała Alicja. Podziękowała sobie w duchu za to, że przyjaźniła się z polskimi służącymi i choć nadal mówiła słabo, rozumiała polski całkiem nieźle.

Człowiek, do którego skierowała to pytanie, poszedł już jednak dalej, mierząc z góry na dół mężczyznę wieszczącego wcześniej rozstrzelanie, jakby oceniał konia na targu.

- Ten do Warszawy. Niech sam się przekona, co nam tam zostawili jego krajanie. Cholerne szwaby.

- Lodzia, co jest w Winiarach? - powtórzyła szeptem.

Ale siostra nie odpowiedziała. Była blada jak ściana i trzęs­ła się jak w gorączce.

Po selekcji na płockim rynku grupa Alicji i Lodzi liczyła niewiele ponad dwadzieścia osób. Tworzyły ją głównie kobiety i nastoletni chłopcy, ale zostało też kilku nieco starszych mężczyzn. Alicja nachyliła się do ucha Lodzi, ale kiedy spytała: "Jak myślisz, co zamierzają z nami zrobić?", siostra znów zaszlochała. Dziewczyna spojrzała jej w twarz, jakby tam szukała odpowiedzi, ale ujrzawszy zapłakaną siostrę, westchnęła i delikatnie odsunęła z jej policzków przyklejone do nich kosmyki włosów.

Bolały ją nogi i pomyślała, że chętnie by usiadła, ale nie bardzo było gdzie. Bruk pokrywało jesienne błoto; na pewno był zimny i matka pewnie by jej powiedziała, że ma natychmiast wstawać, żeby nie dostać wilka. Alicja czuła w kościach, że tam, dokąd zmierzali, choroby nie będą mile widziane, ale przestała się obawiać rozstrzelania. Mimo powiewów chłodnego wiatru zrobiło jej się duszno. To pewnie przez bliskość ciał, szukających pocieszenia w innych ciałach. Alicja i Lodzia były niczym przyklejone do siebie, ale pozostałe osoby nie wyglądały na spokrewnione. Mimo to tuliły się do siebie i trzymały za ręce, jakby niedola stworzyła więzy krwi. Ludzie tłoczyli się tak blisko siebie, że brakowało powietrza. Dało się wyczuć intensywną woń potu, która rozlewała się na kolejne osoby z minuty na minutę. Gdy spojrzała w twarze ludzi stojących najbliżej, zobaczyła lecące po policzkach łzy, u innych dostrzegła głębokie zmarszczki na czole, jak u ojca, kiedy się czymś ogromnie martwił. Ale najbardziej wstrząsnął nią widok młodej dziewczyny, około dwudziestoletniej, w której oczach nie dostrzegła absolutnie niczego. To był pusty wzrok kogoś, komu odebrano nadzieję. Kto pewnie jeszcze kilkanaście dni wcześniej tu, na rynku w Płocku, robił zakupy, być może odwiedzał przyjaciół, a spacerując, uśmiechał się szeroko na widok leniwie płynącej Wisły. Alicja wiedziała, jak czuje się ta dziewczyna. Wszyscy ci stłoczeni w kuli strachu ludzie z dnia na dzień stali się wrogami powojennej Polski. Nie chciała się zastanawiać, co to może oznaczać. Zamiast tego podeszła do dziewczyny i mocno ją przytuliła. Chwilę potem Lodzia zrobiła to samo. Nieznajoma drgnęła zaskoczona, ale odwzajemniła uścisk.

- Nieważne, co się wydarzy - powiedziała Alicja. - Trzymajmy się razem.

Dziewczyna otworzyła usta, najwyraźniej chciała coś powiedzieć, ale na rynek wjechało z klekotem kilka wojskowych ciężarówek. Z jednej z nich spadła drewniana skrzynia i roztrzaskała się na bruku. Jej metalowe części turlały się po kamieniach, dzwoniąc jak wielkie monety. Z jednego z pojazdów wysiadł mężczyzna w garniturze i z kapeluszem na głowie, rozejrzał się i zaciskając szczęki, kilka razy obciągnął marynarkę, jakby ten rodzaj ubrania nie należał do jego codzienności. Był niewysoki, raptem kilkanaście centymetrów wyższy od Alicji. I dość szczupły, ale nie chudy. To zwróciło uwagę dziewczyny, bo po wojnie niemal wszyscy byli wychudzeni. Rozejrzał się wokół i kilka razy trzasnął drzwiami - usiłował je zamknąć, ale te odskakiwały z powrotem. Kiedy wiatr zdmuchnął z jego głowy kapelusz, Alicja o mało nie parsknęła, zwłaszcza że po coraz bardziej nerwowych ruchach widać było, że mężczyzna gotuje się ze złości. Miał ogorzałą, szeroką twarz kogoś, kto pracował w polu i komu nakazano robić coś innego. Chwilę później podbiegł do niego jeden z eskortujących grupę Alicji żołnierzy, podał mu kapelusz i wskazał grupkę skierowaną do Winiar. Mężczyzna kiwnął głową w geście podziękowania, włożył kapelusz, poprawił pistolet przy pasie i niespiesznie podszedł w ich kierunku. Podał rękę trzem strażnikom pilnującym dostępu do Niemców i chrząknął.

- Gotowi? - zapytał jednego z pilnujących. Spojrzał na zegarek, a potem na zegar wieży na rynku.

Wyglądał na kogoś, kto nie spał wiele godzin. Jego twarz skrywała wąsko osadzone oczy, które z powodu widocznej opuch­lizny, sądząc po zapachu - spowodowanej alkoholem, zmieniły się w szparki. Czujnie łypał nimi we wszystkich kierunkach, czasem tylko zatrzymywał je na konkretnych osobach i wtedy źrenice zwężały mu się jak jaszczurce. Alicja wzdrygnęła się z obrzydzeniem, kiedy otaksował w ten sposób ją i Lodzię.

Żeby jakoś uciec spod tego wzroku, nabrała powietrza i zerknęła w głąb ulicy, którą dotarli na rynek. Kryła ją ciemność nocy. O tej porze w Schroettersdorfie pewnie jedliby już kolację, Mutti kazałaby im powoli sprzątać ze stołu, dziadek może opowiedziałby jeszcze jedną baśń. Snuł wspaniałe historie. Całe zimy spędzali z tymi baśniami, zasłuchani w nie podczas łupania orzechów. Przymknęła na chwilę oczy, żeby choć przez moment znaleźć się w domu. Dźwięk rozbijania orzechów, tak teraz kojący, wypełnił jej uszy, aż łzy zapiekły ją pod powiekami. Przysunęła się do siostry, a ta wtuliła się w nią niczym przestraszone zwierzę. Zupełnie nie tak jak starsza siostra. Alicji to jednak nie przeszkadzało. Od razu zareagowała, otaczając Lotte ramieniem i przysięgając jej, że się nią zaopiekuje.

Ciemna ulica, prowadząca do domu, wyglądała jak mroczna gardziel. Jak droga, która przestała istnieć, niczym w baśniach dziadka. Jakaś kobieta w chustce podeszła do zbierających się do odjazdu ciężarówek i częstując mundurowych dzikimi jabłkami, zapytała, dokąd jadą. Młody żołnierz, z ustami pełnymi owoców, wyjaśnił, że ci silni trafią do Warszawy, żeby odgruzować stolicę. "Warszawa potrzebuje teraz rąk do pracy. I dlatego kierują tam każdego, kto jest w stanie pracować wiele godzin dziennie". Zanim zdążył wyjaśnić resztę, kazano mu wsiadać do szoferki. Rynek opustoszał, kiedy ciężarówki z trzaskiem i hukiem opuściły plac i została na nim tylko grupa Alicji. Niewielki tłumek poruszył się niespokojnie, pełne trwogi szepty wędrowały między ludzkimi głowami niczym dym. Wystraszona masa drgnęła leniwie, gdy ostry głos nadzorcy nakazał wymarsz.

- Dlaczego nie chcą nam powiedzieć, co z nami zrobią? - zapytała szeptem Alicja, gdy skręcili w główną ulicę, prowadzącą w stronę Wisły.

Dziewczyna z martwym wzrokiem wskazała na karabin milicjanta i eskortujących ich żołnierzy. A potem wzruszyła ramionami i jej oczy znów stały się ciemne.

Wiele osób popłakiwało, a Lodzia nie wypowiedziała ani jednego słowa, odkąd wyszli z płockiej starówki. Nadal trzymały się mocno za ręce - rozłączały je tylko po to, by zmienić strony. Zamieniały się miejscami, bo noszenie walizki w jednej dłoni przez ostatnich kilka godzin sprawiało, że ramiona nie dawały rady.

Alicja zastanawiała się, czy walizki w ogóle będą im potrzebne. W jakim celu pędzono do Winiar ludzi, którzy nie byli wystarczająco silni, żeby pracować przy warszawskim gruzowisku? Odwróciła się i znów napotkała wzrok młodego Rosjanina, który wcześniej dmuchał jej dymem w twarz. Szedł tuż za nią. Złożył grube usta jak do pocałunku, a ona znów poczuła mdłości. Nogi ugięły się jej w kolanach, potknęła się i Rosjanin znów się zaśmiał. Po kilku godzinach bez możliwości odpoczynku nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Zdziwiła ją ta słabość. Potrafiła przecież nie siadać na tyłku przez dwanaście godzin ciągiem i nigdy nie była zmęczona. Zawsze było coś do zrobienia. Coś do zmalowania, jak mawiała jej matka.

- Stop! - krzyknął ktoś z przodu po ponad godzinie marszu. - Jesteśmy na miejscu.

Usłyszała, jak Lodzia ciężko wzdycha. Zanim siostra zdążyła zareagować, Alicja puściła jej dłoń i przesunęła się na przód pochodu. Od razu poczuła ciepło rozchodzące się po ciele. Księżyc świecił tak jasno, że bez trudu się zorientowała, gdzie są. Budynek starego dworku z werandą, na której bawiła się latem z rodzeństwem, stał jak dawniej, tylko nie było na nim stołu, przy którym rodzina pijała popołudniową kawę, a taras i schody wręcz zdawały się zasypane suchymi liśćmi i gałązkami. Drewniana huśtawka na starym klonie kiwała się pod wpływem wiatru. Ktoś przeciął sznur trzymający deskę i teraz jeden jej koniec zwisał smętnie, jakby był boleśnie świadomy trwałej nieobecności dzieci. Gdyby był dzień, a nie środek nocy, Alicja i Lodzia mogłyby teraz podziwiać widok na rzekę, bo zabudowania znajdowały się na skarpie, z której rozpościerał się identyczny widok, co z Gimnazjum Małachowskiego. Najpiękniejszy widok w Płoc­ku! Szeroka panorama obejmująca meandrującą rzekę, urokliwe dzikie plaże i łąki aż po horyzont. Nieco niżej, w kierunku Wisły, rozciągał się przepiękny park z alejkami, którymi biegała, kiedy przyjeżdżała tu z ojcem. Znała to miejsce!

- Zobacz, Lodzia, to folwark Schiffera! - krzyknęła, wracając do siostry.

- Ciszej! - poprosiła Lotte i rozejrzała się z trwogą. Ale widać było, że i ona rozpoznaje majątek w Winiarach.

Wolfgang Schiffer był właścicielem ogromnego gospodarstwa nad Wisłą, a jego folwark w Winiarach uznawano za jedno z największych gospodarstw rolnych w okolicy Płocka. Hodowano tu bydło, uprawiano ogromne pola z pszenicą i żytem, a tacy bauerzy jak Arthur Liedtke przyjeżdżali tutaj po żywy inwentarz i ziarno. Sam właściciel darzony był ogromnym szacunkiem.

Ale z głównego budynku zwanego dworkiem nie wyszedł na ich powitanie pan Schiffer. W drzwiach pojawił się za to mężczyzna z jaszczurczymi oczami i patrząc z góry na tłoczącą się pod schodami grupę, odezwał się po polsku:

- Jesteście jak drzazga w palcu państwa polskiego. - Jego głos był cichy, beznamiętny, jakby nieznajomy opowiadał o urokach biegunki. - Jeśli nie znacie polskiego, to tu się go nauczycie, bo nikt nie zamierza do was mówić hitlerowską mową. Macie dług do spłacenia i możecie być pewni, że spłacicie wszystko z nawiązką.

Ludzie patrzyli na siebie nawzajem, niektórzy szeptali po niemiecku, usiłując się dowiedzieć, co takiego oznajmił ten człowiek. Nie była jednak pewna, czy dobrze zrozumiała mężczyznę o oczach jaszczurki.

- Dług? - szepnęła bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.

- Ali, nie zabiją nas. - Lodzia odetchnęła z ulgą. - Chcą, żebyśmy tu pracowali. Nie zamierzają nas zastrzelić.

Wspominając tę chwilę wiele lat później, Alicja często się zastanawiała, czy nie byłoby lepiej, gdyby jednak to zrobili.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.