rozdział 1
Był sobie raz Marsjanin nazwiskiem Valentine Michael Smith. Ci, którzy
ustalali skład pierwszej załogowej wyprawy na Marsa, byli gorącymi
zwolennikami teorii, że największym niebezpieczeństwem dla człowieka
jest on sam. W tamtych czasach - dokładnie osiem lat po założeniu
pierwszej stacji na Lunie - podróż między planetami mogła się odbywać
wyłącznie w stanie nieważkości, z powodu braku stałego przyśpieszenia.
258 dni z Terry na Marsa, tyle samo z powrotem plus 455 dni na Marsie -
tak długo bowiem trzeba było czekać, aż obie planety ponownie zbliżą się
do siebie na dogodną odległość.
Warunkiem podróży "Envoya" była możliwość uzupełnienia po drodze paliwa,
natomiast powrót zależał od tego, czy statek nie rozbije się podczas
lądowania na Marsie, a załodze uda się znaleźć wodę niezbędną do
chłodzenia reaktorów, oraz że nie zdarzy się żadna z tysiąca
nieprzewidzianych rzeczy, do których może w każdej chwili dojść.
Byłoby wysoce wskazane, żeby ośmiorgu ludziom, stłoczonym w ograniczonej
przestrzeni przez niemal trzy lata, udało się ułożyć współżycie ze sobą
na nieco lepszych zasadach, niż to się zwykle dzieje.
Propozycja wysłania całkowicie męskiej załogi została odrzucona; pomysł
uznano za niezdrowy i bynajmniej nie dający żadnych gwarancji sukcesu.
Władze doszły do wniosku, że optymalnym składem będzie cztery razy dwa,
oczywiście pod warunkiem, że uda się znaleźć cztery pary specjalistów w dziedzinach niezbędnych do realizacji tego rodzaju przedsięwzięcia.
Uniwersytet w Edynburgu, do którego w pierwszej kolejności zwrócono się
o pomoc, zlecił to zadanie Instytutowi Badań Społecznych. Po odrzuceniu
ochotników nienadających się ze względu na wiek, stan zdrowia, poziom
inteligencji, wykształcenie lub cechy charakteru pozostało około
dziewięciu tysięcy kandydatów prezentujących wszystkie poszukiwane
specjalności: astrogator, lekarz, kucharz, mechanik, dowódca statku,
semantyk, inżynier chemik, inżynier elektronik, fizyk, geolog,
biochemik, biolog, fizyk atomowy, fotograf, inżynier hydroponik,
inżynier rakietowy. Wśród setek kombinacji kandydatów posiadających
wymagane umiejętności trafiły się nawet trzy małżeństwa, ale we
wszystkich trzech przypadkach psychologowie, dokładnie badający
możliwości bezkonfliktowego współżycia każdego ewentualnego składu, aż
łapali się za głowy z przerażenia. Uniwersytet poradził Instytutowi
obniżenie wymagań, Instytut zaś zaproponował Uniwersytetowi zwrot
symbolicznej zapłaty, jaką otrzymał za podjęcie się tego zadania.
Pracujące na pełnych obrotach maszyny wyszukiwały i dopasowywały dane,
zmieniające się bezustannie z racji nieprzewidzianych zgonów, zgłoszeń
nowych ochotników albo wycofania się starych. Kapitan Michael Brant, w wieku niewiele ponad trzydziestu lat weteran linii księżycowej, znalazł
w Instytucie kogoś, kto przejrzał listę samotnych ochotniczek, które (w parze z kapitanem, rzecz jasna) mogły być brane pod uwagę przy doborze
załogi. Po przetestowaniu ewentualnych kombinacji na komputerowym
symulatorze Brant udał się do Australii, gdzie oświadczył się doktor
Winifred Coburn, starej pannie, od której był o osiem lat młodszy.
Zamigotały światełka, drukarki wypluły wstęgi taśm; załoga została
skompletowana. Kapitan Michael Brant, dowódca pilot, astrogator,
inżynier rakietowy, w wolnych chwilach kucharz i fotograf. Dr Winifred
Coburn Brant, lat 41, semantyk, pielęgniarka, oficer zaopatrzeniowy,
historyk. Francis X. Seeney, lat 28, pierwszy oficer, drugi pilot,
astrogator, astrofizyk, fotograf. Dr Olga Kovalic Seeney, lat 29,
kucharz, biochemik, specjalista od hydroponii. Dr Ward Smith, lat 45,
lekarz, biolog. Dr Mary Jane Lyle Smith, lat 26, inżynier atomowy,
technik elektronik. Sergiej Rimsky, lat 35, inżynier elektronik,
inżynier chemik, mechanik, specjalista od niskich temperatur. Eleanora
Alvarez Rimsky, lat 32, geolog, selenolog, specjalista od hydroponii.
Członkowie załogi posiadali wszystkie konieczne umiejętności, część z nich zresztą zdobyli zaledwie kilka tygodni przed startem. Co
ważniejsze, wszystkie badania wykazywały, że najprawdopodobniej będą
mogli ze sobą wytrzymać.
"Envoy" wystartował. Przez pierwszych kilka tygodni nadchodzące z niego
meldunki mogły być wychwytywane nawet przez amatorskie radiostacje;
potem, kiedy sygnały osłabły, wzmacniano je za pomocą aparatury
zainstalowanej na satelitach telekomunikacyjnych. Wydawało się, że
załoga jest w świetnej formie psychicznej i fizycznej. Najgroźniejszą
chorobą, z jaką musiał walczyć doktor Smith, był pojedynczy przypadek
grzybicy. Wszyscy bardzo szybko przyzwyczaili się do stanu nieważkości i po tygodniu już nikt nie potrzebował leków przeciwko nudnościom. Jeżeli
nawet kapitan Brant miał jakieś problemy z utrzymaniem dyscypliny na
pokładzie, to nic o tym nie wspomniał w żadnym ze swoich meldunków.
"Envoy" wszedł na orbitę parkingową nieco poniżej orbity Fobosa i spędził na niej dwa tygodnie, dokonując badań fotograficznych. Potem
kapitan Brant nadał depeszę następującej treści: "Lądujemy jutro o 12.00
czasu standardowego na południe od Lacus Soli".
Więcej meldunków nie otrzymano.
rozdział 3
Kapitan Willem van Tromp był bardzo dobrym człowiekiem i zbliżając się
do Ziemi, wysłał następującą depeszę:
"Mój pasażer nie może być narażony na jakiekolwiek publiczne kontakty.
Przygotować niskoprzeciążeniowy wahadłowiec, nosze, ambulans i zapewnić
ochronę".
Polecił także pokładowemu lekarzowi, żeby ten upewnił się, czy Valentine
Michael Smith został umieszczony w luksusowej izolatce w Bethesda
Medical Center, położony na wodnym materacu i odcięty od wszelkich
kontaktów ze światem zewnętrznym, a sam udał się na nadzwyczajne
posiedzenie Najwyższej Rady Federacji.
W chwili gdy Smith właśnie był przenoszony do łóżka, minister nauki
mówił z rozdrażnieniem:
- Zgadzam się, kapitanie, że sprawowana przez pana funkcja dowódcy
wyprawy daje prawo zażądania opieki medycznej dla osoby, która chwilowo
znajduje się pod pańskimi rozkazami, ale nie rozumiem, dlaczego usiłuje
pan teraz przeszkadzać mi w wykonywaniu moich obowiązków. Przecież ten
Smith to istna skarbnica naukowych informacji!
- Ja również tak uważam, panie ministrze.
- W takim razie dlaczego... - Minister nauki przerwał i zwrócił się do
ministra pokoju i bezpieczeństwa: - Davidzie, wydasz swoim ludziom
odpowiednie instrukcje?
Przecież nie możemy bez końca serwować uspokajających bajeczek
profesorowi Tiergartenowi i doktorowi Okajimie, nie wspominając już o innych.
Minister pokoju spojrzał na kapitana van Trompa, a ten potrząsnął głową.
- Ale dlaczego? - domagał się wyjaśnień minister nauki. - Przecież sam
pan powiedział, że on nie jest chory?
- Pozwól odpowiedzieć kapitanowi, Pierre - odezwał się minister pokoju.
- Kapitanie?
- Smith rzeczywiście nie jest chory, proszę pana - zaczął van Tromp -
ale nie czuje się najlepiej. Nigdy do tej pory nie miał do czynienia z ziemskim ciążeniem. Waży teraz dwa i pół raza więcej niż dotychczas i jego mięśnie nie bardzo mogą sobie z tym poradzić. Nie jest
przyzwyczajony do ziemskiego ciśnienia atmosferycznego. Nie jest
przyzwyczajony praktycznie do niczego i spowodowany tym stres jest
naprawdę znaczny. Do licha, panowie! Ja sam jestem wykończony, a przecież urodziłem się na tej planecie.
Minister nauki wydął pogardliwie wargi.
- Drogi kapitanie, jeżeli obawia się pan skutków nadmiernego ciążenia,
to pragnę pana uspokoić, że już się tym zajęliśmy. Mnie również zdarzyło
się kilka razy opuścić naszą miłą planetę. Ten człowiek musi po
prostu...
Kapitan van Tromp zdecydował, że nadszedł czas, by wreszcie dać upust
rozsadzającej go złości. Później będzie mógł się wytłumaczyć jak
najbardziej autentycznym zmęczeniem. Czuł się tak, jakby właśnie
wylądował na Jowiszu.
- Otóż to! - przerwał gwałtownie ministrowi. - "Ten człowiek"! Człowiek!
Czy wy nie widzicie, że on wcale nim nie jest?
- Hę?
- Smith nie jest człowiekiem!
- Czy mógłby pan to jakoś wyjaśnić, kapitanie?
- Jest inteligentną istotą, której bezpośrednimi przodkami byli ludzie,
ale teraz stał się bardziej Marsjaninem niż człowiekiem. Byliśmy
pierwszymi ludźmi, jakich ujrzał. Myśli jak Marsjanin, czuje jak
Marsjanin. Został wychowany przez rasę niemającą z nami absolutnie nic
wspólnego. Oni nawet nie mają płci! Biorąc pod uwagę pochodzenie, jest
człowiekiem, ale przez wzgląd na środowisko, w którym wyrósł, należy go
uznać za Marsjanina. Jeżeli chcecie wpędzić go w szaleństwo i zniszczyć
tę "skarbnicę wiedzy", to proszę bardzo, ściągajcie swoich jajogłowych
profesorów. Może i dobrze, że nie zdąży przyzwyczaić się do tej
zwariowanej planety. To w sumie nie mój interes - ja swoje zrobiłem!
Zapadła cisza, którą przerwał dopiero sekretarz generalny Douglas.
- I zrobił pan to wyśmienicie, kapitanie. Jeżeli ten człowiek, czy też
Marsjanin, potrzebuje kilku dni odpoczynku, to nie widzę powodu, dla
którego nauka nie mogłaby trochę poczekać. Spokojnie, Pete. Kapitan van
Tromp jest po prostu zmęczony.
- Jest coś, co nie może czekać - odezwał się minister informacji
publicznej.
- Tak, Jock?
- Jeżeli w możliwie najkrótszym czasie nie pokażemy Człowieka z Marsa w stereowizji, grożą nam zamieszki uliczne, panie sekretarzu.
- Hmm, chyba przesadzasz, Jock. I tak zapychamy Marsem całe wiadomości.
Na przykład jutro będę dekorował odznaczeniami kapitana i załogę, potem
kapitan van Tromp opowie o przebiegu wyprawy... Jak pan odpocznie, ma
się rozumieć.
Minister pokręcił głową.
- Co? Nie da rady, Jock?
- Ludzie czekali na prawdziwego, żywego Marsjanina. Ponieważ ekspedycja
go nie przywiozła, potrzebujemy w zamian Smitha. I to szybko.
- Żywego Marsjanina? - Sekretarz generalny Douglas ponownie zwrócił się
do kapitana van Trompa. - Macie jakieś filmy z Marsjanami?
- Całą masę.
- Problem rozwiązany, Jock. Jak zabraknie ci materiału na żywo, dawaj
filmy. A teraz, kapitanie, wracając do sprawy eksterytorialności:
powiada pan, że Marsjanie nie mieli nic przeciwko temu?
Van Tromp na moment przygryzł wargi.
- Proszę pana, rozmawiając z Marsjaninem, odnosi się wrażenie, jakby
rozmawiało się z echem. Nie ma sporu, ale nie ma też rezultatów.
- Może powinien pan zatrudnić tego... jak mu tam... semantyka? Przyszedł
tu z panem?
- Niestety nie. Doktor Mahmoud nie czuje się zbyt dobrze. Lekkie...
eee... załamanie nerwowe.
Kapitan van Tromp uznał, że określenie to dobrze oddaje stan, w jakim
znajduje się osobnik zalany w trupa.
- Kosmos daje się we znaki, co, kapitanie?
- Tak, zapewne.
Cholerne szczury lądowe!
- No cóż, niech go pan tu ściągnie, jak tylko poczuje się lepiej.
Przypuszczam, że ów młodzieniec z Marsa sporo nam wyjaśni.
- Być może - zgodził się van Tromp z powątpiewaniem w głosie.
***
Ów "młodzieniec z Marsa" starał się tymczasem utrzymać przy życiu. Jego
ciało, w niemożliwy sposób zgniecione i osłabione przez dziwaczny
kształt przestrzeni w tym niesamowitym miejscu, doznało wreszcie ulgi w miękkim wnętrzu gniazda, do którego je wsadzono. Teraz wreszcie mógł
skoncentrować się na utrzymaniu rytmu oddechu i bicia serca.
Niemal od razu poczuł, że grozi mu samoskonsumowanie. Jego płuca
pracowały równie energicznie jak w domu, serce zaś galopowało w szalonym
tempie, tłocząc w tętnice masy krwi - wszystko po to, by sprostać
ciśnieniu napierającej zewsząd przestrzeni, w dodatku wypełnionej
zabójczo bogatą i niebezpiecznie gorącą atmosferą. Musiał natychmiast
przedsięwziąć odpowiednie środki zaradcze.
Kiedy częstotliwość uderzeń serca spadła do dwudziestu na minutę, a oddech stał się niemal niewyczuwalny, odczekał dłuższą chwilę, aby
upewnić się, że nie dojdzie do mimowolnego odcieleśnienia, kiedy na
przykład skoncentruje się na jakichś innych sprawach. Uznawszy, że nie
grozi mu taka ewentualność, pozostawił na straży część drugiego poziomu
świadomości, wycofując całą resztę. Musiał dokładnie się przyjrzeć
konfiguracjom ostatnich wydarzeń, aby móc je do siebie dopasować, a następnie cieszyć się nimi i je pielęgnować. Gdyby tego nie uczynił,
mogłyby go pożreć.
Od czego powinien zacząć? Czy od chwili, kiedy opuścił dom, łącząc się z tymi, którzy teraz byli jego współtowarzyszami w gnieździe? A może od
momentu przybycia do tej ściśniętej przestrzeni? Znowu światła i hałasy
związane z tamtą chwilą wybuchły mu w mózgu wstrząsającym bólem. Nie,
nie był jeszcze w stanie ogarnąć tej konfiguracji. Z powrotem, z powrotem przed czas, kiedy pojawili się obcy, wśród których był teraz
jako jeden z nich. Nie, to za mało. Jeszcze dalej, przed powolne
dochodzenie do siebie, które nastąpiło po tym, jak po raz pierwszy
zrozumiał, że nie jest taki sam jak jego bracia z gniazda. Z powrotem, z powrotem do samego gniazda...
Smith nie myślał ziemskimi symbolami. Angielskiego, który już zdążył
sobie przyswoić w podstawowym zakresie, używał mniej więcej równie
swobodnie jak Hindus usiłujący dogadać się z Turkiem. Ten nowy język był
dla niego czymś takim jak dla nas książka kodowa z nudnymi i niedoskonałymi wyjaśnieniami. Jego myśli, będące pochodnymi rozwijającej
się od pół miliona lat całkowicie obcej kultury, sięgały tak daleko poza
to, co nazywa się ludzkim doświadczeniem, że były po prostu
nieprzetłumaczalne.
W sąsiednim pokoju doktor Thaddeus grał w karty z Tomem Meechumem,
osobistym pielęgniarzem Smitha. Thaddeus starał się cały czas nie
spuszczać oka ze znajdujących się na konsolecie wskaźników i mierników.
Kiedy częstotliwość pulsowania kontrolnej lampki elektrokardiografu
spadła z dziewięćdziesięciu dwóch do dwudziestu impulsów na minutę,
zerwał się z miejsca i wpadł do pokoju Smitha. Meechum deptał mu po
piętach.
Pacjent sprawiający wrażenie martwego leżał na lekko uginającej się
powierzchni pneumatycznego materaca.
- Wezwij doktora Nelsona! - rzucił Thaddeus.
- Już się robi. A może spróbowalibyśmy elektrowstrząsu? - podsunął
Meechum.
- Wezwij doktora Nelsona!
Pielęgniarz wybiegł na korytarz. Internista uważnie przyjrzał się
pacjentowi, nie dotykając go jednak nawet palcem. Po chwili w izolatce
zjawił się starszy lekarz, poruszający się ze starannie wyreżyserowaną
niezręcznością człowieka od dawna przebywającego w kosmosie i nieprzyzwyczajonego do ziemskiej grawitacji.
- Co się stało?
- Jakieś dwie minuty temu raptownie spadła temperatura ciała,
częstotliwość uderzeń serca i puls.
- Co pan zrobił?
- Nic. Zgodnie z pańskim poleceniem.
- To dobrze.
Nelson uważnie obejrzał Smitha, po czym popatrzył na wskaźniki
umieszczone nad łóżkiem, dokładnie takie same jak w pokoju obok.
- Proszę dać mi znać, gdyby się coś zmieniło - powiedział i odwrócił się
w stronę drzwi.
Thaddeus sprawiał wrażenie lekko zdezorientowanego.
- Ależ... - wykrztusił.
Nelson stanął.
- Tak, doktorze? Jaka jest pańska diagnoza?
- Eee... Nie chciałbym wypowiadać się na temat pańskiego pacjenta...
- Pytałem o pańską diagnozę.
- Oczywiście. To szok. - Zawahał się. - Może trochę nietypowy, ale
jednak szok, z którego pacjent może już nie wyjść.
Nelson skinął głową.
- Brzmi rozsądnie, ale to nie jest zwyczajny przypadek. Już kilka razy
widziałem go w takim stanie. Proszę spojrzeć.
Nelson uniósł ramię pacjenta i cofnął rękę; ramię zostało w powietrzu.
- Katalepsja? - zapytał Thaddeus.
- Może pan to nazywać, jak się panu podoba. Proszę tylko uważać, żeby
chorego nie niepokoić i dać mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.
Ułożył ramię Smitha w poprzedniej pozycji i wyszedł z pokoju.
Thaddeus popatrzył na pacjenta, potrząsnął głową i wraz z Meechumem
wrócił do sąsiedniego pomieszczenia. Pielęgniarz wziął karty do ręki.
- Dobiera pan?
- Nie.
- Wie pan co, doktorze? Według mnie do rana będzie po wszystkim. Wyjdzie
z tego, ale nogami do przodu.
- Nikt cię nie pyta o zdanie. Idź na papierosa do strażników. Chcę
chwilę pomyśleć.
Meechum wzruszył ramionami i wyszedł na korytarz. Komandosi pilnujący
drzwi izolatki wyprężyli się, po czym poznawszy, kto idzie, znowu
stanęli na "spocznij".
- Co to było za zamieszanie? - zapytał wyższy z nich.
- Pacjent urodził pięcioraczki i kłóciliśmy się, jak je ponazywać. Daj
który fajki i ognia.
Drugi komandos wydobył z kieszeni paczkę papierosów.
- Będziesz robił za mamkę?
- Zależy, ile pokarmu będę miał - odparł Meechum i wetknął papierosa do
ust. - Słowo daję, panowie, ja naprawdę nic o nim nie wiem.
- A co z tym rozkazem, żeby pod żadnym pozorem nie wpuszczać do niego
kobiet? To jakiś maniak seksualny czy co?
- Wiem tylko tyle, że przywieźli go z "Championa" i że ma mieć absolutny
spokój.
- Aha, z "Championa" - mruknął pierwszy żołnierz. - To by się nawet
zgadzało.
- Niby z czym?
- No, właśnie z tym. Od miesięcy żadnej nie miał, nie dotykał, ba, nawet
nie widział. I jest chory, no nie? Boją się, że gdyby jakąś dostał, toby
mu zaszkodziło. - Zamrugał nerwowo powiekami. - Mnie na pewno by
zaszkodziło.
***
Smith zdawał sobie sprawę, że przez krótki czas w pokoju oprócz niego
byli także lekarze, ale zgrokował, że ich zamiary nie są wrogie; nie
było potrzeby uruchamiania całego potencjału świadomości.
Rano, gdy zwykle pielęgniarki budzą pacjentów dotknięciem umoczonego w zimnej wodzie skrawka materiału, Smith powrócił. Przyśpieszył bicie
serca, wzmógł tempo oddychania i pogodnie rozejrzał się dookoła.
Obejrzał cały pokój, odnotowując z podziwem każdy szczegół. Ten pokój
był dla niego czymś zupełnie nowym; nie tylko nie przypominał niczego,
co Smith znał z Marsa, ale był również całkowicie odmienny od wąskich
metalowych pomieszczeń "Championa". Przeżywszy po raz wtóry wszystkie
wydarzenia, jakie związały jego gniazdo z tym miejscem, Smith był gotów
je zaakceptować, uznać, a nawet w pewnym stopniu pokochać.
W pewnej chwili poczuł obecność innej żywej istoty. Z sufitu opuszczał
się na nitce czarny długonogi pająk. Smith przyglądał mu się z zachwytem, zastanawiając się, czy to może jeden z jego braci w gnieździe.
Do izolatki wszedł doktor Archer Frame - internista, który objął dyżur
po Thaddeusie.
- Dzień dobry - powiedział. - Jak się czujesz?
Smith zajął się dokładną analizą jego wypowiedzi. W pierwszej części
rozpoznał stwierdzenie mające czysto formalne znaczenie, nie wymagające
żadnej reakcji, natomiast pytanie znalazł zarejestrowane w swojej
pamięci wraz z kilkoma wersjami tłumaczenia; gdy padało z ust doktora
Nelsona, znaczyło jedno, jeżeli słyszał je od kapitana van Trompa -
drugie.
Poczuł się skonsternowany, jak zresztą często, kiedy próbował się
porozumieć z tymi stworzeniami. Zmusił jednak swe ciało do zachowania
spokoju i zaryzykował odpowiedź:
- Czuję... dobrze.
- To dobrze! - odparło stworzenie jak echo. - Zaraz przyjdzie doktor
Nelson. Chyba już dojrzałeś do śniadania?
Smith zrozumiał wszystko, co do niego powiedziano, ale mimo to trudno mu
było w to uwierzyć. Zdawał sobie sprawę, że jego ciało mogło stanowić
dla kogoś po prostu jedno danie w jakimś urozmaiconym posiłku, ale skąd
miał wiedzieć, czy już dojrzał, czy jeszcze nie? Poza tym nie oczekiwał,
iż spotka go taki zaszczyt. Nie miał pojęcia, że świat, do którego
trafił, boryka się z tak poważnymi problemami żywnościowymi, iż istnieje
konieczność redukowania liczby żyjących osobników. Poczuł spokojny żal,
bo przecież czekało na niego jeszcze tyle wydarzeń, które mógłby
przeżyć, lecz nie miał najmniejszego zamiaru przeciwstawiać się losowi.
Wejście doktora Nelsona oszczędziło mu kłopotu tłumaczenia swoich uczuć
na język tych stworzeń. Lekarz pokładowy zbadał Smitha, zerknął na
wskaźniki, po czym zapytał:
- Co z ruchami jelit?
Smith zrozumiał pytanie, bo padało ono z ust lekarza już nie po raz
pierwszy.
- Bez zmian - odparł Frame.
- Zajmiemy się tym, ale najpierw musi coś zjeść. Dajcie tu tę tacę.
Nelson podał mu trzy pierwsze kęsy, a potem wcisnął mu łyżkę w rękę i kazał samodzielnie jeść. Była to dość męcząca czynność, ale napełniła go
uczuciem radosnego tryumfu, gdyż oto po raz pierwszy od chwili przybycia
do tego zadziwiającego miejsca robił coś zupełnie sam. Opróżnił talerz,
po czym zapytał, żeby móc odpowiednio uczcić tego, komu zawdzięczał
posiłek:
- Kto to jest?
- Nie kto, tylko co - poprawił go Nelson. - Syntetyczna galaretka
odżywcza. Teraz wiesz dokładnie tyle samo, co przedtem. Skończyłeś? W porządku, wyskakuj z tego łóżka.
- Proszę? - Dźwięku tego używało się wtedy, kiedy występowały jakieś
zakłócenia w przekazie informacji.
- Powiedziałem, żebyś wstał. No, już. Pochodź trochę. Jasne, jesteś
jeszcze słaby jak szczeniak, ale ciągle taki będziesz, jeśli nie
zaczniesz się ruszać.
Nelson otworzył zawór w materacu, wypuszczając z niego wodę. Smith
próbował opanować ogarniający go strach, bo wiedział, że Nelson nie chce
go skrzywdzić. Już po chwili leżał na sflaczałej warstwie wodoszczelnego
materiału.
- Doktorze Frame, proszę wziąć go z drugiej strony - polecił Nelson.
Z pomocą obu mężczyzn Smith przetoczył się przez krawędź łóżka.
- Dobra. A teraz wstawaj. Nie bój się, w razie czego zdążymy cię złapać.
Z wysiłkiem stanął na nogach - wysmukły młody mężczyzna o niedorozwiniętych mięśniach i nadmiernie rozbudowanej klatce piersiowej.
Na "Championie" przystrzyżono mu włosy i zgolono zarost. Najbardziej
zwracała uwagę jego twarz o łagodnych dziecięcych rysach, obdarzona
oczami, których spojrzenie zdawało się należeć do sędziwego starca.
Stał przez chwilę, lekko drżąc na całym ciele, po czym ostrożnie zrobił
pierwszy krok. Po dwóch dalszych twarz rozpromieniła mu się w radosnym
dziecinnym uśmiechu.
- Dobrze! - pochwalił go Nelson.
Spróbował zrobić jeszcze jeden krok, ale drżenie mięśni nasiliło się i osunął się tak szybko, że Frame i Nelson ledwo zdążyli go złapać.
- Do licha! - zaklął doktor Nelson. - Znowu ten jego trans. Połóżmy go
do łóżka... Albo nie, najpierw trzeba napełnić materac.
Frame przerwał dopływ wody w chwili, kiedy elastyczna powłoka wypełniła
się mniej więcej w trzech czwartych. Przenieśli Smitha na łóżko, nie bez
trudu, bo skulił się w pozycji embrionalnej.
- Proszę podłożyć mu poduszkę pod kark i zawołać mnie, kiedy pan uzna,
że jestem potrzebny - nakazał Frame'owi Nelson. - Po południu znowu
spróbujemy go trochę rozruszać. Za trzy miesiące będzie skakał po
drzewach jak małpa. W gruncie rzeczy nic mu nie dolega.
- Tak jest - odpowiedział niezupełnie przekonany Frame.
- Aha, jeszcze jedno: niech go pan nauczy korzystać z łazienki. Tylko
proszę wziąć pielęgniarza; nie chcę, żeby się przewrócił.
- Dobrze. Eee... Jak by mi pan radził, to znaczy w jaki sposób...
- Co? A, o to panu chodzi. Niech mu pan po prostu pokaże. Jeszcze
niewiele rozumie z tego, co się do niego mówi, ale jest diabelnie
bystry.
Smith zjadł obiad bez niczyjej pomocy. Posługacz, który przyszedł po
tacę, nachylił się nagle nad łóżkiem.
- Słuchaj, mam dla ciebie interesującą propozycję - wyszeptał.
- Proszę?
- Propozycję. Możesz łatwo zarobić kupę pieniędzy.
- Pieniędzy? Co to jest?
- Daj sobie spokój z filozofowaniem; każdy potrzebuje pieniędzy. Będę
się streszczał, bo nie mogę tu długo zostać. Nawet nie wiesz, ile trzeba
było kombinować, żeby mnie tu wkręcić. Jestem z "Peerless Features".
Płacimy za twoją historię sześćdziesiąt tysięcy, a ciebie o nic głowa
nie boli. Mamy najlepszych "cichych" pisarzy, jacy w ogóle są. Ty tylko
odpowiadasz na pytania, a oni składają wszystko do kupy. - Wyciągnął z zanadrza jakiś papier. - Tylko to podpisz.
Smith wziął formularz do ręki i zapatrzył się na niego, trzymając go do
góry nogami. Mężczyzna zmełł w ustach przekleństwo.
- Do licha! Nie czytasz po angielsku?
Smith zrozumiał na tyle, żeby odpowiedzieć:
- Nie.
- W takim razie... Dobra! Ja ci to przeczytam, ty odciśniesz mi pod tym
swój kciuk, a ja poświadczę jego autentyczność. Słuchaj: "Ja, niżej
podpisany Valentine Michael Smith, znany także jako Człowiek z Marsa,
przekazuję "Peerless Features" całkowite i wyłączne prawa do mojej
opowieści zatytułowanej Byłem więźniem na Marsie, w zamian za...".
- Salowy!
W drzwiach stanął doktor Frame. Papier zniknął równie szybko, jak się
pojawił.
- Już idę, proszę pana. Właśnie zabierałem tacę.
- Co tam czytałeś?
- Nic.
- I tak cię widziałem. Tego pacjenta pod żadnym pozorem nie wolno
niepokoić.
Wyszli razem z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Smith przez ponad
godzinę nie wykonał najmniejszego ruchu, ale choć starał się ze
wszystkich sił, nie mógł za nic zgrokować, o co w tym wszystkim
chodziło.
rozdział 4
Gillian Boardman była znakomitą pielęgniarką, a jej hobby stanowili
mężczyźni. Tego dnia sprawowała funkcję przełożonej piętra, na którym
leżał Smith. Kiedy dotarły do niej plotki, że chory z izolatki K-12
nigdy w życiu nie widział kobiety, nie uwierzyła im, niemniej jednak
postanowiła rzucić okiem na tajemniczego pacjenta.
Wiedziała o zakazie odwiedzania go przez kobiety i chociaż nie uważała
siebie za osobę odwiedzającą, to jednak zrezygnowała z zamiaru dostania
się do separatki przez starannie strzeżone drzwi. Komandosi mieli
nieprzyjemny zwyczaj ścisłego wykonywania rozkazów. Zamiast tego weszła
do sąsiedniej dyżurki.
Doktor Thaddeus uniósł głowę znad wskaźników.
- O, Buziaczek we własnej osobie! Cześć, kochanie. Co cię tutaj
sprowadza?
- Właśnie robię obchód. Jak tam twój pacjent?
- Niech cię o to główka nie boli, kruszyno. Nic do niego nie masz,
sprawdź w rozpisce.
- Już sprawdziłam. Chciałabym go zobaczyć.
- Odpowiem krótko: nie.
- Och, Tad, nie bądź takim służbistą.
Thaddeus nagle zainteresował się swoimi paznokciami.
- Gdybym wpuścił cię do jego pokoju, zesłaliby mnie na Antarktydę.
Doktor Nelson urządzi awanturę, nawet jeśli nakryje cię w dyżurce.
- Może tu przyjść?
- Tylko wtedy, jak go wezwę. Odsypia swoje przeciążeniowe zmęczenie.
- Więc czemu jesteś taki przepisowy?
- Już wystarczy, siostro.
- W porządku, doktorze. Śmierdziel! - parsknęła z furią.
- Jill!
- I do tego kabotyn!
Westchnął ciężko.
- Czy sobota wieczorem jeszcze jest aktualna?
Wzruszyła ramionami.
- Chyba tak. W dzisiejszych czasach dziewczyna nie może być zbyt
wybredna.
Wróciła do swego gabinetu i wzięła uniwersalny klucz. Kiedy już raz coś
sobie postanowiła, niełatwo było ją od tego odwieść. Pokój K-12 łączył
się bezpośrednio z małym pomieszczeniem służącym jako poczekalnia dla
odwiedzających, kiedy izolatkę zajmowała jakaś ważna osobistość. Teraz
było ono puste. Weszła tam, nie wzbudzając najmniejszego zainteresowania
strażników, nieświadomych, że wystrychnięto ich na dudka.
Przy drzwiach prowadzących do pokoju tajemniczego pacjenta na mgnienie
oka się zawahała, odczuwając podniecenie podobne do tego, gdy wykradała
się nocą ze szkolnego internatu. Po chwili nacisnęła klamkę i weszła do
środka.
Chory leżał w łóżku. Spojrzał w jej stronę, kiedy zamykała za sobą
drzwi. W pierwszym momencie odniosła wrażenie, że już niewiele jest w stanie mu pomóc. Jego pozbawiona wyrazu twarz zdawała się świadczyć o apatii, charakterystycznej dla nieuleczalnie chorych. Dopiero później
dostrzegła płonące ciekawością oczy. Czyżby miał porażone mięśnie
twarzy?
- Jak się dzisiaj miewamy? Lepiej? - zapytała z profesjonalną swobodą.
Smith przeanalizował oba pytania. Pierwsze z nich odnosiło się co
najmniej do dwóch osób, co było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Może
w ten sposób wyrażano chęć wzajemnego podziwiania i zbliżenia? Drugie
pytanie już wiele razy słyszał od Nelsona.
- Tak - odpowiedział.
- To dobrze.
Oprócz dziwnej nieruchomości twarzy nie dostrzegła w nim niczego
niezwykłego; jeżeli istotnie nigdy do tej pory nie widział kobiety, to
potrafił to doskonale ukryć.
- Mogę w czymś pomóc? - Zauważyła, że na stoliku nie ma szklanki. - Może
przynieść ci wody?
Smith od razu się zorientował, że ta istota jest inna od pozostałych.
Porównał to, co widział, z tym, co pokazywał mu na fotografiach doktor
Nelson, usiłując podczas podróży wyjaśnić mu zadziwiający układ, w jakim
ci ludzie żyli. Więc to właśnie jest "kobieta"...
Był poruszony, a jednocześnie jakby trochę zawiedziony. Opanował jednak
emocje, żeby móc bez przeszkód grokować to, co się wokół niego działo.
Udało mu się to tak dobrze, że doktor Thaddeus nie dostrzegł żadnej
zmiany na wskaźnikach.
Kiedy jednak przetłumaczył sobie ostatnie pytanie, doświadczył takiego
przypływu emocji, że niewiele brakowało, a pozwoliłby swemu sercu
znacznie przyśpieszyć rytm uderzeń. Pohamował się, zbeształ w duchu za
brak dyscypliny, po czym skontrolował dokładność tłumaczenia.
Wszystko się zgadzało. Ta kobieca istota ofiarowywała mu wodę. Chciała
się zbliżyć.
Odpowiedział z wielkim wysiłkiem, starając się dobrać odpowiednie
znaczenia i ze wszystkich sił próbując zachować należną powagę:
- Dziękuję ci za wodę. Obyś zawsze pił do woli.
Na twarzy siostry Boardman odbiło się lekkie zdziwienie.
- Och, jak miło!
Znalazła szklankę, napełniła ją wodą i mu podała.
- Ty pij - powiedział.
"Boi się, żebym go nie otruła?" - zapytała siebie w duchu, ale zrobiła,
o co prosił, gdyż uczynił to bardzo poważnym tonem. Napił się zaraz po
niej, po czym opadł na łóżko, jakby dokonał czegoś niezwykle ważnego.
Jill pomyślała, że z przygody, na którą po cichu liczyła, chyba będą
nici.
- Jeżeli nic więcej nie potrzebujesz, to ja już pójdę. Mam masę rzeczy
do roboty.
Ruszyła do drzwi, ale zatrzymał ją jego głos.
- Nie!
Przystanęła.
- Tak?
- Nie odchodź!
- Ale... Dobrze, ale zaraz i tak będę musiała. - Ponownie zbliżyła się
do łóżka. - Jeszcze czegoś potrzebujesz?
Zmierzył ją uważnym wzrokiem.
- Czy ty jesteś... kobieta?
Jill Boardman nie spodziewała się tego pytania. W pierwszym odruchu
chciała je zbyć jakimś żartem, lecz nie pozwoliła jej na to poważna
twarz i utkwione w niej oczy Smitha. Zaczęło do niej docierać, że to, co
wydawało się jej niemożliwe, jednak jest faktem: ten człowiek naprawdę
nigdy w życiu nie widział kobiety.
- Tak, jestem kobietą - powiedziała wolno i wyraźnie.
Smith nadal wpatrywał się w nią nieruchomym wzrokiem. Jill poczuła się
trochę nieswojo. Przebywanie pod ostrzałem męskich spojrzeń uważała za
coś zupełnie naturalnego, ale teraz czuła się tak, jakby ktoś badał ją
pod mikroskopem. Zadrżała.
- I jak? Chyba wyglądam na kobietę?
- Nie wiem - odparł powoli Smith. - Jak wygląda kobieta? Dlaczego jesteś
kobietą?
- Do licha! - Od chwili, kiedy skończyła dwanaście lat, żadna rozmowa z mężczyzną tak bardzo nie wymykała jej się z rąk jak ta. - Chyba nie
chcesz, żebym zdjęła ubranie i ci pokazała?
Smith potrzebował trochę czasu, żeby przeanalizować wszystkie symbole i dobrać znaczenia. Pierwszej wypowiedzi w ogóle nie mógł zgrokować; może
to jeden z tych nic nieznaczących formalnych dźwięków... chociaż
powiedziała to z taką siłą, że mogła to być nawet ostatnia wypowiedź,
poprzedzająca czasowe lub ostateczne wycofanie się świadomości. Być może
tak bardzo naruszył przyjęty sposób porozumiewania się z kobiecą istotą,
że była gotowa natychmiast się odcieleśnić.
Nie chciał, żeby ta kobieta umierała, chociaż być może było to jej prawo
lub nawet obowiązek. Raptowne przejście od rytuału dzielenia się wodą do
sytuacji, w której nowo pozyskany wodny brat miał zamiar wycofać się lub
nawet odcieleśnić, mogłoby wywołać u niego panikę, gdyby świadomie nie
blokował dostępu tego rodzaju emocjom. Postanowił jednak, że jeśli ona
umrze, on uczyni natychmiast to samo; po tym, jak podzielili się wodą,
nie mógł nic innego wygrokować.
Druga część wypowiedzi zawierała symbole, z którymi zdążył się już
zetknąć. Grokował jej znaczenie i wydawało mu się, że jednak istnieje
sposób na zażegnanie kryzysu. Może jeśli ta kobieta zdejmie ubranie, to
żadne z nich nie będzie musiało się odcieleśniać?
- Proszę - powiedział z radosnym uśmiechem.
Jill otworzyła bezwiednie usta, zamknęła je, po czym znowu otworzyła.
- A niech to! - wykrztusiła wreszcie.
Smith bez trudu zgrokował jej stan emocjonalny i domyślił się, że wybrał
złą odpowiedź. W związku z tym zaczął bezzwłocznie przygotowywać się do
odcieleśnienia, rozkoszując się po raz ostatni wspomnieniami tego, co
robił i widział, ze szczególnym uwzględnieniem tej kobiecej istoty.
Jednak po chwili dotarło do niego, że kobieta pochyla się nad nim, i zdał sobie sprawę, że ona wcale nie zamierza umrzeć.
Jill spojrzała mu prosto w oczy.
- Popraw mnie, jeśli się mylę - powiedziała - ale o ile dobrze
zrozumiałam, to chcesz, żebym się rozebrała.
Zdanie o tak skomplikowanej konstrukcji wymagało starannego tłumaczenia,
ale Smith dał sobie radę.
- Tak - odparł, mając nadzieję, że nie wywoła tym kolejnego kryzysu.
- Właśnie tak mi się wydawało. Bracie, ty wcale nie jesteś chory.
Najpierw zajął się słowem "brat" - najwyraźniej kobieta przypominała mu,
że byli połączeni przymierzem wody. Wezwał w duchu na pomoc swych innych
braci w gnieździe, żeby móc sprostać temu, czego ów nowy brat może od
niego chcieć.
- Nie jestem chory - zgodził się.
- Ale niech mnie kule biją, jeśli wiem, co ci jest. Nie rozbiorę się.
Zresztą muszę już iść. - Ruszyła w stronę bocznych drzwi, ale jeszcze
się zatrzymała i spojrzała na niego z zagadkowym uśmiechem. - Kiedyś,
przy jakiejś okazji, możesz mnie o to jeszcze raz ładnie poprosić. Sama
jestem ciekawa, co by z tego wynikło.
Wyszła z pokoju, a Smith odprężył się i chwilowo przestał zwracać uwagę
na otaczającą go rzeczywistość. Odczuwał wielkie zadowolenie z tego, że
potrafił znaleźć takie wyjście z sytuacji, które nie wymagało śmierci
ich obojga, lecz jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż ma jeszcze wiele
do zgrokowania. Ostatnie słowa kobiety zawierały kilka symboli zupełnie
dla niego nowych oraz kilka już znanych, ale zmienionych na tyle, że nie
był całkowicie pewien, czy dobrze je zrozumiał. Cieszył się jednak, że
mógł się porozumieć ze swoim wodnym bratem, choć to porozumienie było
zabarwione czymś niepokojącym, a zarazem nad wyraz przyjemnym. Myśląc o swoim nowym bracie, odczuwał w całym ciele niezwykłe mrowienie. Uczucie
to przypominało doznania, towarzyszące mu, kiedy po raz pierwszy
uczestniczył w ceremonii odcieleśnienia. Poczuł się bardzo szczęśliwy,
nie wiedząc dlaczego.
Żałował, że nie ma przy nim jego brata doktora Mahmouda. Jeszcze wiele
musiał zgrokować, a nie bardzo miał z czego.
***
Przez resztę dyżuru Jill czuła się tak, jakby nagle znalazła się w gęstej mgle. Przed oczami ciągle miała twarz Człowieka z Marsa, w uszach
zaś brzmiały jej te zwariowane rzeczy, które mówił. Nie, wcale nie
zwariowane - pracowała przez jakiś czas na oddziale psychiatrycznym i mogła z całą pewnością stwierdzić, że jego słowa nie nosiły znamion
szaleństwa. Bardziej adekwatne było chyba słowo "niewinność"... Chociaż
nie, to też nie było to. Wyraz jego twarzy był rzeczywiście niewinny,
ale oczu już nie. Jaka istota mogła mieć taką twarz?
Swego czasu Jill pracowała w szpitalu prowadzonym przez siostry zakonne
i teraz wyobraziła sobie twarz Smitha w zakonnym czepku. Nie, to nie
miało najmniejszego sensu; w jego twarzy nie było nic kobiecego.
Przebierała się właśnie w zwyczajne ubranie, kiedy jej koleżanka
wetknęła głowę do pokoju.
- Telefon do ciebie, Jill.
Włączyła tylko fonię, nie przerywając ubierania.
- Czy to Słowiczek? - zapytał donośny baryton.
- Zgadza się. To ty, Ben?
- Nieugięty bojownik o wolność prasy we własnej osobie. Maleńka, czy
jesteś zajęta?
- Zależy, co masz na myśli.
- Mam na myśli postawienie ci befsztyka, upojenie cię płynem o wysokiej
zawartości alkoholu i zadanie ci jednego pytania.
- Odpowiedź brzmi: nie.
- Och, nie o tym pytaniu myślałem.
- Czyżbyś znał inne? Pochwal się.
- Później. Chcę, żebyś najpierw trochę zmiękła.
- Prawdziwy befsztyk czy syntetyczny?
- Najprawdziwszy. Jak wbijesz w niego widelec, to zaryczy.
- Chyba masz otwarty kredyt, Ben.
- Twoja uwaga jest nieelegancka i dotyczy mało istotnej kwestii. Więc
jak?
- Namówiłeś mnie.
- Dach Centrum, za dziesięć minut.
Zdjęła ubranie, które już założyła, i wyciągnęła z szafy strój
przygotowany na tego typu awaryjne sytuacje. Był bardzo skromny i półprzezroczysty, do tego stopnia, że z drobiazgową dokładnością
odtwarzał to, co byłoby widać, gdyby nic na sobie nie miała. Popatrzyła
z zadowoleniem na odbicie w lustrze i wsiadła do pośpiesznej windy.
Wysiadła na dachu i rozejrzała się w poszukiwaniu Bena Caxtona, kiedy
ktoś delikatnie dotknął jej ramienia. Był to jeden z porządkowych.
- Czeka na panią taksówka, panno Boardman. Ten talbot kombi.
- Dziękuję, Jack.
Wsiadła do czekającej z otwartymi drzwiami maszyny i wzięła głęboki
oddech, żeby złośliwie pochwalić pomysłowość Bena, kiedy zobaczyła, że
jest zupełnie sama w kabinie. Taksówka wystartowała, zatoczyła szeroki
łuk i zgodnie z zaprogramowanym kierunkiem lotu skierowała się na drugą
stronę Potomaku, gdzie wylądowała na chwilę na jednym z parkingów; kiedy
Ben wsiadł, ponownie wystartowała.
- Aleś zważniał! - zawołała Jill. - Od kiedy zatrudniasz roboty, które
przywożą ci upatrzone kobiety?
Ben poklepał ją po kolanie.
- Mam swoje powody, maleńka - powiedział łagodnie. - Nikt nie może mnie
z tobą zobaczyć.
- Coś takiego!
- Ani ciebie ze mną, jeżeli już o to chodzi. Nie złość się, to było
konieczne.
- Hmm... Które z nas jest trędowate?
- Obydwoje, Jill. Jestem dziennikarzem...
- Już zaczęłam podejrzewać, że kimś zupełnie innym.
- ...ty zaś pielęgniarką ze szpitala, w którym trzymają Człowieka z Marsa.
- Czy właśnie dlatego nie jestem godna, abyś przedstawił mnie swojej
matce?
- Naprawdę nic nie rozumiesz, Jill? W okolicy jest teraz około tysiąca
reporterów, agentów, radiowców, filmowców. Każdy z nich starał się
przeprowadzić wywiad z Człowiekiem z Marsa, ale żadnemu się to nie
udało. Uważasz, że byłoby dobrze, gdyby widziano nas wychodzących razem
ze szpitala?
- Nie rozumiem, jakie by to mogło mieć znaczenie. Przecież ja nie jestem
Człowiekiem z Marsa.
Przyjrzał się jej badawczo.
- Rzeczywiście, nie jesteś. Ale pomożesz mi się z nim spotkać. Właśnie
dlatego nie zjawiłem się po ciebie osobiście.
- Że co, proszę? Ben, chyba za długo przebywałeś na słońcu bez nakrycia
głowy. Przecież jego pilnują komandosi!
- Wiem o tym. Trzeba to dokładnie omówić.
- Nie mam pojęcia, co tu jest do omawiania!
- Później. Najpierw coś zjemy.
- To brzmi znacznie rozsądniej. Czy twój kredyt wystarczy na New
Mayflower? Bo chyba rzeczywiście masz nieograniczony kredyt, prawda?
Caxton zmarszczył brwi.
- Jill, nie zaryzykowałbym pokazania się w restauracji leżącej bliżej
niż w Louisville, a ten grat nie doleci tam wcześniej niż za dwie
godziny. Co byś powiedziała na obiad u mnie?
- ...zapytał pająk muchę. Ben, jestem zbyt zmęczona na zapasy.
- O czym ty mówisz? Słowo rycerza, nawet cię nie tknę, żebym tak miał
paść trupem!
- No, nie wiem... Jeżeli będę przy tobie bezpieczna, to znaczy, że coś
jest bardzo nie w porządku. A, niech tam. Jak słowo, to słowo.
Caxton nacisnął odpowiednie guziki. Taksówka, zatrzymana uprzednio w powietrzu komendą "czekaj", skierowała się do hotelu, w którym mieszkał
Ben.
- Ile czasu potrzebujesz na wchłonięcie odpowiedniej ilości procentów,
kocia łapko? - zapytał, wystukując numer telefonu. - Nie wiem, na kiedy
mam zamówić befsztyki.
Jill zastanowiła się przez chwilę.
- Czy mam rozumieć, że twoja pułapka na myszy ma prywatną kuchnię?
- Coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że chyba da się tam zrobić porządny
befsztyk.
- Ja go zamówię. Daj mi słuchawkę.
Wydała polecenia, przerywając tylko raz, żeby upewnić się, czy Ben lubi
cykorię. Wysiedli z taksówki na dachu hotelu i zeszli do zajmowanego
przez mężczyznę apartamentu; był utrzymany w staromodnym stylu, a jedyną
oznakę luksusu stanowił rosnący na podłodze salonu trawnik. Jill zdjęła
buty i weszła boso do pokoju, czując, jak miękkie zielone blaszki
uginają się pod jej stopami.
- O rety, ale fajnie - westchnęła. - Od chwili, kiedy zaczęłam pracować
jako pielęgniarka, ciągle bolą mnie stopy.
- Siadaj, proszę.
- Nie ma mowy. Pragnę, żeby moje stopy zapamiętały to chociaż do jutra.
- Rób, co chcesz.
Ben poszedł do kuchni przyrządzić drinki.
Wkrótce Jill także się tam znalazła, czując się niemal jak u siebie w domu. Befsztyki, jak również wstępnie podpieczone ziemniaki wjechały na
górę specjalną windą. Jill przyprawiła sałatkę, wstawiła ją do lodówki,
po czym ustawiła w piecyku program smażenia befsztyków, ale go nie
uruchomiła.
- Ben, czy to urządzenie nie ma zdalnego sterowania?
Obejrzał rezultat jej poczynań i pstryknął wyłącznikiem.
- Powiedz mi, co byś zrobiła, gdybyś musiała coś ugotować nad ogniskiem?
- Dałabym sobie znakomicie radę, bo kiedyś byłam harcerką. A ty,
mądralo?
Przeszli z powrotem do salonu, gdzie Jill usiadła w kucki na trawniku, i zajęli się martini. Naprzeciwko fotela Bena stał udający akwarium
odbiornik stereowizji. Ben włączył go; po kilku sekundach znikły
początkowe zakłócenia, ustępując miejsca twarzy znanego komentatora
Augusta Greavesa.
- ...można z całą pewnością stwierdzić - mówił Greaves - że Człowiek z Marsa jest utrzymywany w stanie oszołomienia narkotycznego, po to, by
uniemożliwić mu ujawnienie tych faktów. Rząd znalazłby się w niezwykle...
Caxton wyłączył odbiornik.
- Gus, stary byku - powiedział uprzejmie - wiesz na ten temat dokładnie
tyle samo co ja. - Zmarszczył brwi. - Chociaż może masz rację, że rząd
szprycuje go narkotykami.
- Wcale nie - odezwała się Jill.
- Hę? Jak to, maleńka?
- Nikt mu nie podaje żadnych środków psychotropowych. - I tak
powiedziała już więcej, niż zamierzała. - Cały czas jest przy nim
lekarz, ale nic mu nie podają.
- Jesteś tego pewna? Przecież ty się nim nie opiekujesz?
- Nie. Mało tego, wydano nawet polecenie, żeby nie dopuszczać do niego
żadnych kobiet. Pilnują go komandosi.
Caxton skinął głową.
- Słyszałem o tym. A więc nie możesz z całą pewnością stwierdzić, czy
jest pod działaniem jakichś środków, czy nie.
Jill zagryzła wargi. Jeżeli chce, żeby jej uwierzył, musi mu wszystko
powiedzieć.
- Obiecasz, że mnie nie wsypiesz?
- Niby jak?
- Wszystko jedno. No, tak w ogóle.
- Hmm... To rzeczywiście dosyć ogólne pojęcie, ale niech tam. Nie wsypię
cię.
- To dobrze. Dolej mi jeszcze.
Kiedy zawartość szklanki została uzupełniona, Jill zaczęła dalej mówić:
- Wiem, że Człowieka z Marsa niczym nie szprycują, bo z nim rozmawiałam.
Ben przeciągle gwizdnął.
- Domyślałem się tego. Dziś rano powiedziałem sobie: "Zobacz się z Jill,
to twoja atutowa karta". Kochanie, masz następnego drinka. Masz sześć
drinków. Masz całą butelkę.
- Ejże, nie tak szybko!
- Jak sobie życzysz. A może chcesz, bym rozmasował twoje biedne małe
stópki? Szanowna pani, za chwilę zostanie z panią przeprowadzony wywiad.
Jak...
- Ben, nie! Przecież obiecałeś. Jedno słowo o mnie i wylatuję z pracy.
- Hmm... A co byś powiedziała o tym: "Jak dowiadujemy się z dobrze
poinformowanych źródeł...".
- Daj spokój!
- Dziewczyno, jeżeli umrę z ciekawości, będziesz musiała sama zjeść dwa
befsztyki!
- Dobrze, opowiem ci. Ale nie wolno ci tego wykorzystać.
Ben wysłuchał relacji o tym, jak dziewczynie udało się oszukać
strażników, nie przerywając jej ani słowem.
- Mogłabyś to zrobić jeszcze raz? - zapytał, kiedy skończyła.
- Przypuszczam, że tak, ale tego nie zrobię. To zbyt ryzykowne.
- A nie udałoby ci się jakoś mnie tam przemycić? Na przykład gdybym
przebrał się... bo ja wiem... za elektryka? Wiesz, kombinezon, czapeczka
i torba z narzędziami. Podrzuciłabyś mi klucz, a ja wtedy...
- Nie!
- Ale dlaczego? Dziecinko, bądźże rozsądna! To najbardziej pasjonująca
historia od czasu, kiedy Kolumb namówił Izabelę, żeby zastawiła swoje
klejnoty. Jedyne, czego się boję, to że mógłbym spotkać prawdziwego
elektryka i...
- Ja natomiast boję się o siebie - przerwała mu Jill. - Dla ciebie to
tylko dziennikarska sensacja, a dla mnie to moje życie. Zabiorą mi
czepek i wygnają z miasta, tak jak kiedyś robili z ladacznicami.
- Hmm... Może to i prawda.
- Na pewno prawda.
- Pani, za chwilę zostaniesz przekupiona.
- Ile mi dasz? Zapewnienie mi w miarę przyjemnego życia w Rio będzie cię
sporo kosztować.
- Chyba nie sądzisz, że przebiję Associated Press czy Reutera. Co
powiesz na stówę?
- Za kogo ty mnie masz?
- To obydwoje wiemy, teraz dyskutujemy już tylko o cenie. Sto
pięćdziesiąt?
- Bądź tak miły i znajdź mi numer Associated Press.
- Kapitol 10-9000. Jill, czy wyjdziesz za mnie za mąż? To najwięcej, ile
mogę ci zaofiarować.
- Co powiedziałeś? - zapytała ze zdumieniem.
- Czy wyjdziesz za mnie za mąż? Kiedy wygnają cię z miasta jak
ladacznicę, będę czekał zaraz za rogatkami i zaopiekuję się tobą,
uwalniając cię od nędzy i poniżenia. Wrócimy tutaj, będziesz mogła
ochłodzić stopy na mojej, to znaczy na naszej trawie i zapomnieć o swej
hańbie. Ale najpierw musisz mnie przemycić do jego izolatki.
- Ben, przez chwilę odniosłam wrażenie, że mówisz serio. Czy powtórzysz
to, jeśli wezwę Świadka?
Z piersi Caxtona wyrwało się ciężkie westchnienie.
- Możesz wzywać.
Wstała i delikatnie go pocałowała.
- Nie bój się, nie złapię cię za słowo. Ale na przyszłość pamiętaj:
rozmawiając ze starą panną, nigdy nie żartuj na temat małżeństwa.
- Wcale nie żartowałem.
- Czyżby? Dobra, wytrzyj sobie szminkę z twarzy, to opowiem ci wszystko,
co wiem, a potem zastanowimy się nad tym, jak mógłbyś to wykorzystać,
nie sprowadzając na mnie nieszczęścia. Musisz przyznać, że to uczciwe
postawienie sprawy, prawda?
- Chyba tak.
Zrelacjonowała mu ze szczegółami całą historię.
- Jestem pewna, że nie był pod działaniem żadnych środków
psychotropowych, i nie mam najmniejszych wątpliwości, że był przy
zdrowych zmysłach, chociaż jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mówił
takie dziwne rzeczy i zadawał takie cholerne pytania.
- Byłoby jeszcze dziwniej, gdyby tego nie robił.
- Jak to?
- Jill, niewiele wiemy o Marsie, ale jedno nie ulega najmniejszej
wątpliwości: Marsjanie to nie są ludzie. Wyobraź sobie, że nagle
znaleźliśmy się gdzieś głęboko w dżungli, na przykład wśród plemienia,
które nigdy nie widziało butów. Czy potrafiłabyś od razu przyswoić sobie
wszystkie niuanse zupełnie obcej kultury? To bardzo odległa analogia, bo
prawda jest dziwniejsza o całe czterdzieści milionów mil.
Dziewczyna skinęła głową.
- Sama się tego domyśliłam. Dlatego nie przywiązywałam większej wagi do
jego słów. Nie jestem głupia.
- Nie, jesteś nawet dość bystra. Jak na kobietę, rzecz jasna.
- Czy umyć ci głowę zawartością mojego kieliszka?
- Przepraszam. Kobiety są znacznie bardziej inteligentne od mężczyzn,
wystarczy tylko się rozejrzeć. Pozwolisz, że ci naleję?
Zgodziła się na zawarcie pokoju.
- Ben, nie rozumiem, dlaczego nie dopuszczają do niego kobiet. Wcale nie
jest maniakiem seksualnym.
- Najwidoczniej nie chcą mu aplikować jednocześnie zbyt wielu wstrząsów.
- Wcale nie sprawiał wrażenia wstrząśniętego. Był po prostu...
zainteresowany. Nawet nie czułam, że patrzy na mnie mężczyzna.
- Gdybyś zrobiła to, o co poprosił, chybabyś poczuła.
- Nie sądzę. Z pewnością powiedzieli mu, że dzielimy się na kobiety i mężczyzn, i po prostu chciał zobaczyć, na czym polega różnica.
- Vive la difference! - wykrzyknął z entuzjazmem Caxton.
- Nie bądź wulgarny.
- Nie jestem wulgarny, tylko wdzięczny za to, że urodziłem się
człowiekiem, a nie Marsjaninem.
- Mógłbyś wreszcie spoważnieć.
- Nigdy w życiu nie byłem poważniejszy.
- W takim razie bądź cicho. Na pewno nie miałabym z nim żadnych
kłopotów. Nie widziałeś jego twarzy.
- Co z jego twarzą?
Jill przez chwilę się zawahała.
- Widziałeś kiedyś anioła?
- Tylko ciebie, cherubinku. Poza tym nie.
- Ja też nie, ale... On właśnie tak wyglądał. Miał zupełnie spokojną,
nieziemsko niewinną twarz i mądre, stare oczy.
Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.
- "Nieziemski" to bardzo dobre słowo - powiedział powoli Ben. -
Chciałbym go zobaczyć.
- Ben, dlaczego oni trzymają go w zamknięciu? Przecież nie skrzywdziłby
nawet muchy.
Caxton splatał i rozplatał palce.
- Zapewne chcą go chronić. Całe życie spędził w warunkach niskiej
grawitacji Marsa, więc pewnie jest słaby jak szczeniak.
- Ale to przecież nic groźnego. Stwardnienie rozsiane jest znacznie
bardziej niebezpieczne, a przecież jakoś dajemy sobie z nim radę.
- Starają się nie dopuścić do tego, żeby się czymkolwiek zaraził. Tak
jak doświadczalne zwierzęta w laboratoriach Notre Dame1 - jest
maksymalnie chroniony.
- Jasne, brak przeciwciał. Ale z tego, co wiem, doktor Nelson - lekarz
pokładowy "Championa" - zatroszczył się o to jeszcze w czasie lotu.
Ciągle robił mu transfuzje, tak że w końcu wymienił mu ponad połowę
krwi.
- Mogę to wykorzystać, Jill? To niezły przebój.
- Tylko nie powołuj się na mnie. Dostał też szczepionki na wszystko z wyjątkiem lumbago. Ale przecież uzbrojeni strażnicy nie uchronią go
przed infekcją.
- Hmm... Jill, dowiedziałem się paru rzeczy, o których ty chyba nie masz
pojęcia. Nie mogę ich wykorzystać, bo muszę chronić swoich informatorów,
ale tobie powiem - tylko nikomu ani słowa!
- W porządku.
- To długa historia. Uzupełnić ci poziom płynu w szklance?
- Nie, chyba lepiej zająć się befsztykiem. Gdzie jest przycisk?
- Tutaj.
- To go naciśnij.
- Ja? Zaofiarowałaś się, że przyrządzisz obiad.
- Ben, umrę z głodu tu, gdzie leżę, ale nie będę wstawać specjalnie po
to, żeby nacisnąć guzik, który jest sześć cali od czubka twojego palca.
- Jak chcesz. - Nacisnął przycisk. - Ale nie zapomnij, kto zrobił obiad.
A teraz wracając do Valentine'a Michaela Smitha: istnieją poważne
wątpliwości, czy w ogóle ma prawo do tego nazwiska.
- Nie rozumiem.
- Kochanie, twój pupil jest pierwszym w historii międzyplanetarnym
bękartem.
- Co ty chrzanisz?
- Proszę cię, wyrażaj się jak na damę przystało. Pamiętasz jeszcze
cokolwiek o "Envoyu"? Były tam cztery pary. Dwie z nich to kapitan Brant
z małżonką i doktor Smith z małżonką. Otóż twój przyjaciel o twarzyczce
anioła jest synem pani Smith, ale jego ojcem jest kapitan Brant.
- Skąd o tym wiadomo? A poza tym kogo to może obchodzić? To obrzydliwe
grzebać się w skandalach sprzed tylu lat. Oni już nie żyją i trzeba ich
zostawić w spokoju!
- Jeżeli chodzi o to, skąd o tym wiadomo, to stąd, że chyba jeszcze
nigdy w historii nie było ośmiorga ludzi tak dokładnie przebadanych i opisanych. Grupa krwi, czynnik Rh, kolor włosów i oczu, cały bagaż
genetyczny - zresztą wiesz na ten temat więcej ode mnie. Nie ulega
najmniejszej wątpliwości, że jego matką była Mary Jane Lyle Smith, ojcem
zaś Michael Brant. Daje mu to niezłe pochodzenie: ojciec miał IQ 163,
matka 170, a w swoich dziedzinach obydwoje byli najwyższej klasy
specjalistami. A jeśli pytasz, kogo to obchodzi - ciągnął Ben - to
zaręczam ci, że całą masę ludzi, a będzie obchodzić jeszcze więcej,
kiedy sprawa się rozniesie. Słyszałaś kiedyś o napędzie Lyle?
- Oczywiście. "Champion" ma właśnie taki napęd.
- I każdy inny statek kosmiczny. Kto go wynalazł?
- Nie wiem. Zaraz! Więc to ona...
- Brawo, cygaro dla pani! Doktor Jane Lyle Smith. Udało jej się to
jeszcze przed startem "Envoya", ale szczegóły musieli dopracować inni,
więc przed wyruszeniem wyprawy uzyskała odpowiednie patenty i założyła
korporację - bynajmniej nie charytatywną - zbierającą wszelkie należne
dywidendy. Po pewnym czasie przejął ją rząd, ale teraz należy ona do
twego znajomka. To miliony, a może setki milionów dolarów. Nawet nie
będę próbował zgadywać.
Pojawił się obiad. Caxton opuścił spod sufitu dwa stoliki, jeden obok
swego fotela, a drugi kilka centymetrów nad trawnikiem, żeby Jill mogła
jeść, nie zmieniając pozycji.
- Miękkie? - zapytał.
- Wszpaaałe - odpowiedziała z pełnymi ustami.
- Dziękuję. Pamiętaj, że to moje dzieło.
- Ben, czy w takim razie Smith nie jest... eee... nielegalny? -
zapytała, przełknąwszy potężny kęs. - Czy on może dziedziczyć?
- Nie jest nielegalny. Doktor Mary Jane pracowała w Berkeley, a kalifornijskie prawo w ogóle nie zna takiego pojęcia jak bękarctwo. To
samo z kapitanem Brantem - Nowa Zelandia to jednak cywilizowany kraj. Z kolei w ojczystym stanie doktora Smitha, męża Mary Jane, dziecko jest
uznawane za potomka swych prawnych rodziców niezależnie od tego, z jakiego jest łoża. Jill, w świetle prawa ten człowiek ma troje rodziców!
- Co takiego? Przecież to niemożliwe! Ben, nie jestem prawnikiem, ale...
- Rzeczywiście, nie jesteś. Prawnicy nie przejmują się takimi
głupstwami. Smith jest legalny na bardzo wiele sposobów, zależnie od
tego, według jakiego prawa będziemy chcieli to oceniać, chociaż w rzeczywistości cały czas pozostaje bękartem. W dodatku nie tylko jego
matka była bogata - ojcom też nieźle się wiodło. Brant zebrał tę swoją
podejrzaną fortunę jako pilot w Lunar Enterprises. Wiesz, na czym to
polegało? Po prostu ogłosili wypłatę podwójnych dywidend. Brant
ryzykował, inwestował i jakoś zawsze wychodził na swoje. Z kolei Ward
Smith dostał pieniądze w spadku po rodzinie. Teraz Smith dziedziczy po
nich obu.
- A niech cię!
- To jeszcze nie wszystko, kochanie. Smith dziedziczy też po całej
załodze.
- Jak to?
- Cała ósemka podpisała specjalną klauzulę w kontrakcie, ustanawiając
siebie nawzajem swoimi spadkobiercami. Podeszli do tego z głową,
wzorując się na dokumentach z szesnastego i siedemnastego wieku, których
przez tyle lat w żaden sposób nie dało się podważyć. Mieli siłę
przebicia, tym bardziej że stawka była niemała. W grę wchodziła nawet
znaczna część aktywów Lunar Enterprises, więc niewykluczone, że Smith
okaże się teraz głównym udziałowcem.
Jill pomyślała o tej przypominającej dziecko istocie, która z tak
wzruszającym namaszczeniem przyjęła od niej szklankę wody, i poczuła
wielkie współczucie.
- Dałbym wiele za to, żeby zerknąć do dziennika pokładowego "Envoya" -
mówił dalej Caxton. - Odzyskali go, wiem o tym, ale wątpię, czy
kiedykolwiek opublikują.
- Dlaczego?
- Bo to paskudna historia. Tyle w każdym razie powiedział mi mój
informator, zanim wytrzeźwiał. Doktor Ward Smith, który przyjmował
poród, zastosował cesarskie cięcie i jego żona zmarła na stole
operacyjnym. Sądząc po tym, co zrobił później, o wszystkim wiedział -
mianowicie tym samym skalpelem podciął gardło kapitanowi Brantowi, a potem samemu sobie. Przepraszam, kochanie.
Jill otrząsnęła się jak po lodowatym prysznicu.
- Jestem pielęgniarką. Takie rzeczy nie robią na mnie wrażenia.
- Jesteś też kłamczuchą i właśnie za to cię kocham. Służyłem trzy lata w policji, Jill, ale nigdy nie zdołałem się przyzwyczaić do "takich
rzeczy".
- Co się stało z resztą załogi?
- Jeżeli nie wydobędziemy tego dziennika na światło dzienne, nigdy się
nie dowiemy, a mój wścibski dziennikarski nos mówi mi, że jednak warto.
Za zasłoną tajemnicy rodzą się wielkie tyranie.
- Ben, chyba byłoby najlepiej, gdybyśmy uwolnili go od tych wszystkich
spadków. On jest taki... nieziemski.
- Doskonałe określenie. Tym bardziej że wcale nie potrzebuje pieniędzy.
Wyobrażasz sobie, żeby Człowiek z Marsa chodził głodny i nagi? Każdy
rząd, tysiące różnych uniwersytetów i organizacji byłoby zachwyconych,
mogąc go gościć tak długo, jak tylko by zechciał.
- Najlepiej, żeby się tego wszystkiego zrzekł, i już.
- To nie takie proste, Jill. Pamiętasz tę słynną sprawę General Atomics
przeciwko Larkinowi?
- "Precedens Larkina"? Tak, uczyłam się o tym w szkole, jak wszyscy. Co
to ma wspólnego ze Smithem?
- Pomyśl. Rosjanie wysyłają pierwszy statek na Księżyc - rozbija się.
Stany Zjednoczone i Kanada wysyłają drugi - szczęśliwie wraca, ale nikt
nie zostaje na Księżycu. Potem do kolonizacji szykują się z jednej
strony Stany i państwa Commonwealthu, a z drugiej Rosjanie, ale
wszystkich wyprzedza General Atomics, wysyłając z jakiejś pożyczonej od
Ekwadoru wysepki własną ekspedycję. Kiedy na Księżycu zjawiają się
Amerykanie, a zaraz za nimi Rosjanie, ludzie z General Atomics już tam
są i śmieją im się w nos. Korporacja - niby szwajcarska, ale
kontrolowana przez Amerykanów - zgłasza roszczenia do całego Księżyca.
Federacja nie mogła położyć na nim łapy, bo wyobrażasz sobie, jak by
Rosjanie protestowali. W takiej sytuacji Sąd Najwyższy wydał
postanowienie, że Księżyc może stać się własnością wyłącznie osób
fizycznych, które na nim są, czyli w tym przypadku Larkina i jego
kumpli. Uznano ich za odrębny naród i przyjęto w poczet Federacji; sporo
ludzi nieźle się na tym obłowiło, zaś General Atomics i jej siostrzana
korporacja Lunar Enterprises uzyskały smakowite koncesje. Z takiego
obrotu sprawy nie wszyscy byli zadowoleni, tym bardziej że Sądu
Najwyższego bynajmniej powszechnie nie uznawano za niewzruszony
autorytet, niemniej jednak takie rozstrzygnięcie stanowiło możliwy do
przełknięcia kompromis. Zaraz potem pojawiły się przepisy dotyczące
przyszłej kolonizacji planet - wszystkie, rzecz jasna, oparte na
precedensie Larkina, bo tylko on zapewniał w miarę bezkrwawe
rozstrzygnięcie ewentualnych sporów. Spełniły swoje zadanie, bo przecież
trzecia wojna światowa wybuchła bynajmniej nie z powodu nieporozumień w kosmosie. Precedens Larkina obowiązuje do dziś i odnosi się także do
Smitha.
Jill potrząsnęła głową.
- Nie widzę związku.
- Skup się, dziewczyno. Według prawa Smith stanowi odrębny naród, a jednocześnie jest jedynym właścicielem planety Mars.
Notre Dame - w tym przypadku chodzi o nazwę szpitala (przyp tłum) [wróć]
rozdział 5
Jill miała oczy jak spodki.
- O jedno martini za dużo, Ben. Mogłabym przysiąc, że przed chwilą
powiedziałeś, iż mój pacjent jest właścicielem Marsa.
- Bo jest. Wystarczająco długo tam mieszkał. Smith to cały Mars: jego
król, prezydent, społeczeństwo, co tylko chcesz. Gdyby "Champion" nie
zostawił tam kolonistów, jego prawa mogłyby zostać podważone, ale Mars
jest cały czas zamieszkany przez ludzi, chociaż nie ma już na nim
Smitha. Zresztą nie będzie musiał się z nimi niczym dzielić, bo dopóki
nie zechce nadać im pełnego obywatelstwa, będą po prostu najzwyklejszymi
imigrantami.
- Fantastyczne!
- Ale zgodne z prawem. Kochanie, czy teraz już wiesz, dlaczego ludzie
interesują się Smithem? I dlaczego rząd trzyma go w ukryciu? To, co z nim robią, jest po prostu nielegalne. Smith jest również obywatelem
Federacji i Stanów Zjednoczonych; na obszarze Federacji nawet przestępcy
nie wolno przetrzymywać bez zapewnienia mu możliwości kontaktów ze
światem zewnętrznym. Nie wspominając już o tym, że zawsze i wszędzie
uwięzienie monarchy przybywającego z wizytą i uniemożliwienie mu
widzenia się z ludźmi czy choćby z prasą, czyli ze mną, było i jest
uznawane za akt wysoce nieprzyjazny, żeby użyć najłagodniejszego z nasuwających się określeń. Naprawdę mnie tam nie przemycisz?
- Co? Ale mnie nastraszyłeś. Czy ty wiesz, co mi zrobią, jak mnie
nakryją?
- W każdym razie nic brutalnego. Opierając się na oświadczeniu
podpisanym przez co najmniej trzech lekarzy, prawdopodobnie zamknęliby
cię w wyściełanej celi i we wszystkie lata przestępne pozwoliliby ci
wysyłać i otrzymywać listy. Znacznie bardziej jestem ciekaw, jakie mają
wobec niego plany.
- A czego się spodziewasz?
- No, na przykład mógłby umrzeć. Chociażby na chorobę przeciążeniową.
- Mogliby go zamordować?!
- Ciii! Tylko bez brzydkich słów. Nie, nie sądzę, żeby to zrobili.
Przede wszystkim dlatego, że jest dla nich prawdziwą kopalnią
informacji. Po drugie, stanowi pomost łączący nas z jedyną pozaziemską
cywilizacją, jaką udało nam się spotkać. Znasz klasykę? Czytałaś Wojnę
światów Wellsa?
- Dawno temu, w szkole.
- Załóżmy, że Marsjanie okażą się dla nas niezbyt mili. To całkiem
możliwe, a my nie mamy zielonego pojęcia, jakie są ich możliwości. Smith
mógłby odegrać rolę mediatora, dzięki któremu nie doszłoby do Pierwszej
Wojny Międzyplanetarnej. Oczywiście taka ewentualność jest bardzo mało
prawdopodobna, ale mimo to rząd nie chce jej lekceważyć. Odkrycie życia
na Marsie jest czymś, czego politycznych konsekwencji w gruncie rzeczy
nie udało nam się do dzisiaj pojąć.
- Więc myślisz, że jest bezpieczny?
- Przynajmniej na razie. Sekretarz generalny musi podjąć odpowiednią
decyzję. Sama wiesz, że jego administracja ledwo się trzyma.
- Nie interesuję się polityką.
- A powinnaś. Jest niemal tak ważna jak bicie twojego serca.
- Tym też się nie interesuję.
- Nie przerywaj mi, kiedy przemawiam. Sklecona naprędce większość,
której liderem jest Douglas, może rozpaść się w ciągu jednego dnia. Na
przykład Pakistan i tak cały czas jest jedną nogą poza koalicją.
Zostanie przegłosowany wniosek o votum nieufności i pan sekretarz
generalny Douglas znowu stanie się zwykłym prawnikiem. Człowiek z Marsa
może wynieść go na piedestał, ale może też go zniszczyć. Przemycisz
mnie?
- Prędzej wstąpię do klasztoru. Zostało ci jeszcze trochę kawy?
- Zaraz zobaczę.
Oboje wstali.
- Och, moje biedne stare kości - westchnęła Jill, przeciągając się. -
Przeszła mi ochota na tę kawę. Jutro mam ciężki dzień. Podrzuć mnie do
domu, dobrze? Albo raczej odeślij, tak będzie bezpieczniej.
- Dobrze, chociaż wieczór jeszcze młody. - Ben wyszedł do sypialni, skąd
po chwili wrócił, trzymając w ręku przedmiot wielkości małej
zapalniczki. - Więc nie przeszmuglujesz mnie do szpitala?
- Ben, naprawdę bardzo bym chciała, ale...
- W porządku. To mogłoby być naprawdę niebezpieczne, zresztą nie tylko
dla twojej kariery. - Pokazał jej trzymany w dłoni przedmiot. - Założysz
mu podsłuch w pokoju?
- Proszę? Co to jest?
- Największe dobrodziejstwo dla szpiegów od czasu wynalezienia Mickey
Finna1. Miniaturowy magnetofon napędzany sprężyną, więc nie do
wykrycia dla aparatury lokalizującej urządzenia elektryczne. Wszystko
upchnięte w plastykowej kostce. Można go nawet wyrzucić z jadącego
samochodu. Wykazuje aktywność nie większą niż tarcza zegarka, a jest
znacznie dokładniej ekranowany. Działa przez dwadzieścia cztery godziny,
po czym po prostu wyjmujesz starą taśmę i zakładasz nową.
- Czy również wybucha? - zapytała nieufnie.
- Mogłabyś go nawet zapiec w cieście.
- Ben, przez ciebie boję się teraz w ogóle tam pójść.
- Ale przecież możesz wejść do pokoju obok, prawda?
- Chyba tak.
- Ta zabaweczka ma nadzwyczajną czułość. Przyklej ją do ściany,
najlepiej zwyczajnym plastrem, a nagra wszystko, co będzie się działo w sąsiednim pomieszczeniu.
- Na pewno zwrócą na mnie uwagę, jeżeli ciągle będę włazić do tego
pokoju i z niego wyłazić, ale... Ben, ta izolatka ma jedną wspólną
ścianę z salką, do której wchodzi się z innego korytarza. Może być?
- Oczywiście. Zrobisz to?
- Hmm... Daj mi go. Jeszcze się zastanowię.
Caxton dokładnie wytarł magnetofon chusteczką.
- Załóż rękawiczki.
- Dlaczego?
- Za posiadanie takiego czegoś dostaje się darmowe skierowanie do
sanatorium za kratkami. Dotykaj tego tylko w rękawiczkach i nie daj się
złapać.
- Myślisz o samych miłych rzeczach!
- Rezygnujesz?
- Nie - odparła Jill z ciężkim westchnieniem.
- Dzielna dziewczyna!
Mignęła lampka i Ben spojrzał w górę.
- To pewnie twoja taksówka. Wezwałem ją, kiedy poszedłem po to
urządzonko.
- Och. Poszukaj moich butów, dobrze? I lepiej nie wychodź ze mną na
dach. Im rzadziej będziemy się razem pokazywać, tym lepiej.
- Jak chcesz.
Kiedy się wyprostował po założeniu jej pantofli, wzięła jego głowę w obie ręce i go pocałowała.
- Mój kochany Ben! Nic dobrego z tego nie wyjdzie, a poza tym do tej
pory nie miałam pojęcia, że jesteś kryminalistą, ale muszę przyznać, że
również znakomitym kucharzem. Oczywiście pod warunkiem, że to ja
ustalam, co i jak ma być przyrządzone. Możliwe, że nawet bym za ciebie
wyszła, gdyby mi się udało zmusić cię do ponownych oświadczyn.
- Moja propozycja cały czas jest aktualna.
- Czy gangsterzy żenią się ze swoimi ciziami, czy jak tam one się
nazywają? - zapytała i czym prędzej uciekła.
***
Jill nie miała żadnych kłopotów z założeniem podsłuchu. Pacjentka z pokoju, o którym wspomniała, była unieruchomiona w łóżku, więc
dziewczyna często zostawała u niej trochę dłużej, żeby umilić jej czas
szpitalnymi plotkami. Przykleiła magnetofon do ściany nad wysoko
zawieszoną półką, klepiąc bez chwili przerwy o tym, jak to sprzątaczki
nigdy, ale to nigdy nie ścierają kurzu z półek.
Wymiana taśmy następnego dnia również nie nastręczyła żadnych problemów,
bo pacjentka po prostu spała. Co prawda obudziła się właśnie wtedy,
kiedy Jill balansowała w dziwnej pozie na krześle, ale wystarczyło parę
pieprznych dowcipów, żeby zapomniała o tym wydarzeniu.
Jill wysłała taśmę pocztą, ponieważ mimo wszystko wydawało się to
pewniejsze od jakichś pomysłów w stylu filmów płaszcza i szpady,
natomiast druga wymiana taśmy w magnetofonie o mało nie zakończyła się
wpadką. Jill poczekała, aż pacjentka zaśnie, a następnie weszła do
pokoju i wdrapała się na krzesło, ale właśnie w tej chwili chora się
obudziła.
- Och, panna Boardman!
Jill zamarła w bezruchu.
- Jak się pani miewa, pani Fitschie? Dobrze się spało?
- Nie najgorzej - odpowiedziała kobieta poirytowanym głosem. - Swędzą
mnie plecy.
- Zaraz panią podrapię.
- To nic nie da. Czego pani ciągle szuka na mojej półce? Coś nie w porządku?
Jill usiłowała połknąć z powrotem żołądek, który podszedł jej do gardła.
- Myszy - wykrztusiła wreszcie.
- Myszy? O nie, w takim razie muszę dostać inny pokój!
Jill odkleiła magnetofon, schowała go do kieszeni i zeskoczyła na
podłogę.
- Po prostu sprawdzałam, czy nie ma tam mysich bobków. Nie ma.
- Jest pani pewna?
- Całkowicie. A teraz podrapiemy panią po plecach. O tak, proszę się
odwrócić.
Wobec takiego rozwoju sytuacji Jill zdecydowała się jednak wykorzystać
ów pokoik łączący się z izolatką, jednak kiedy zjawiła się tam z uniwersalnym kluczem, zobaczyła, że drzwi są otwarte, a w środku siedzi
dwóch komandosów. Podwojono straże.
- Szuka siostra kogoś? - zapytał jeden z żołnierzy.
- Nie. Tylko nie siadajcie na łóżku, chłopcy - rzuciła sucho. - Weźcie
sobie krzesła.
Żołnierze niechętnie wstali, a ona wyszła, starając się nie okazać
zdenerwowania.
Wychodząc z pracy, wciąż miała magnetofon w kieszeni; postanowiła
zwrócić go Caxtonowi. Odetchnęła swobodniej dopiero gdy znalazła się w taksówce i podała automatycznemu pilotowi kurs do hotelu, w którym
mieszkał Ben. Połączyła się z nim jeszcze w czasie lotu.
- Tu Caxton.
- Mówi Jill. Ben, muszę się z tobą zobaczyć.
- To chyba nie jest zbyt rozsądne - powiedział powoli.
- Ale ja muszę! Jestem już w drodze.
- Dobrze więc, skoro nie da się tego uniknąć.
- Jaki entuzjazm!
- Kochanie, to nie dlatego, żebym...
- Na razie!
Wyłączyła się, ochłonęła, po czym postanowiła nie obrażać się na niego.
Obydwoje wplątali się w coś, co ich znacznie przerastało. Szczególnie
ona - zawsze uważała, że od polityki trzeba się trzymać z daleka.
Kiedy znalazła się w jego ramionach, od razu poczuła się lepiej. Ben był
taki kochany; może rzeczywiście powinna wyjść za niego? Już otwierała
usta, żeby mu to powiedzieć, ale położył na nich dłoń.
- Nic nie mów - szepnął. - Może być podsłuch.
Skinęła głową, wyjęła z kieszeni magnetofon i mu podała. Uniósł wysoko
brwi, ale o nic nie zapytał, tylko wręczył jej popołudniowe wydanie
"Post".
- Czytałaś to? - zapytał zupełnie naturalnym głosem. - Przejrzyj sobie,
a ja tymczasem wezmę prysznic.
- Dzięki.
Podając jej gazetę, wskazał jeden z artykułów, a potem wyszedł z pokoju,
zabierając ze sobą magnetofon. Artykuł był jego pióra.
GNIAZDO WRON
Wszyscy wiemy, na czym polega podobieństwo między szpitalem i więzieniem: z obu tych instytucji bardzo trudno się wydostać. Jednak pod
pewnymi względami więzień jest odcięty od zewnętrznego świata w znacznie
mniejszym stopniu niż pacjent - przecież w każdej chwili może wezwać
adwokata lub Świadka, powołać się na Habeas Corpusct2 czy też
zażądać, żeby zarzuty wysuwane przeciwko niemu zostały przedstawione w sądzie.
W szpitalu natomiast wystarczy wywieszka z napisem "ZAKAZ ODWIEDZIN",
żeby pacjent został odgrodzony od ludzi w sposób znacznie bardziej
drastyczny, niż doświadczył tego nawet Człowiek w Żelaznej Masce.
Krewni, rzecz jasna, mają do niego dostęp, ale przecież Człowiek z Marsa, o którym tu mowa, nie ma żadnych krewnych. Załoga "Envoya" nie
posiadała zbyt licznych rodzin. Jeżeli nawet Człowiek w Żelaznej Masce -
to jest, przepraszam, Człowiek z Marsa - ma kogoś blisko z nim
spokrewnionego, dla kogo jego los nie byłby obojętny, to doprawdy nie
wiem, jak tej osobie udało się pozostać niezauważoną przez kilka tysięcy
reporterów.
Kto więc zabiera głos w imieniu Człowieka z Marsa? Kto postawił przy nim
uzbrojonych strażników? Na jakąż to straszliwą chorobę zapadł, że nie
wolno go odwiedzić i zamienić z nim choćby słowa? Pytam o to pana, panie
sekretarzu generalny. Wyjaśnienia mówiące o "ogólnym osłabieniu" czy
"chorobie przeciążeniowej" już nie wystarczają. Gdyby tak naprawdę było,
to o pacjenta troszczyłaby się zwykła pielęgniarka, nie zaś uzbrojeni
strażnicy.
Czyżby owa tajemnicza choroba była natury finansowej? A może, delikatnie
mówiąc, politycznej?
Dalszy ciąg był utrzymany w podobnym tonie. Ben podjudzał administrację,
usiłując sprowokować ją do gry w otwarte karty. Jill zdawała sobie
sprawę, że Caxton podejmuje tym spore ryzyko, ale nie miała pojęcia o rzeczywistych rozmiarach niebezpieczeństwa, jakie mogło mu grozić, ani o formie, w jakiej mogło się objawić.
Przejrzała całą gazetę; wypełniona była artykułami o "Championie",
zdjęciami sekretarza generalnego Douglasa przypinającego medale,
wywiadami z kapitanem van Trompem i jego dzielną załogą, a także
fotografiami przedstawiającymi Marsjan i ich miasta. O Smithie nie
znalazła prawie nic, jeśli nie liczyć lakonicznej wzmianki, że czuje się
lepiej i wraca do sił po męczącej podróży.
Zjawił się Ben i wręczył jej plik cieniutkiego papieru.
- Masz tu jeszcze jedną gazetę - powiedział i wyszedł.
"Gazeta" okazała się transkrypcją zawartości pierwszej taśmy.
Poszczególne osoby były oznaczone jako "pierwszy głos", "drugi głos"
itd., ale tam, gdzie mógł, Ben podopisywał nazwiska, a u góry pierwszej
strony napisał: "Wszystkie głosy męskie".
Większość dialogów wskazywała po prostu na to, że Smith był karmiony,
myty, masowany oraz że wykonywał niezbyt męczące ćwiczenia fizyczne pod
kontrolą głosów, z których jeden został zidentyfikowany jako "doktor
Nelson", drugi zaś występował po prostu jako "drugi lekarz".
Ale jeden fragment znacznie się różnił od pozostałych.
DR NELSON: Jak się czujesz, chłopcze? Możesz mówić?
SMITH: Tak.
DR NELSON: Pewien człowiek chciałby z tobą porozmawiać.
SMITH (po przerwie): Kto? (Dopisek Caxtona: Wszystkie wypowiedzi Smitha
są poprzedzone pauzami).
DR NELSON: Ten człowiek jest naszym wielkim... (niezrozumiałe słowo -
marsjańskie?). Jest naszym najstarszym Starym. Porozmawiasz z nim?
SMITH (po bardzo długim milczeniu): Jestem wielki szczęśliwy. Stary
będzie mówić, a ja będę słuchać i rosnąć.
DR NELSON: Nie, nie! On chce ci zadać kilka pytań.
SMITH: Ja nie mogę uczyć Starego.
DR NELSON: Stary tego chce. Czy pozwolisz mu zadać ci kilka pytań?
SMITH: Tak.
(Hałasy w tle).
DR NELSON: Proszę pana tędy. W razie potrzeby doktor Mahmoud będzie
służył pomocą jako tłumacz.
Nowy głos (przekreślone i dopisane ręką Bena: sekretarz generalny
Douglas!!!). SEKRETARZ GENERALNY: Chyba się bez tego obejdzie. Wspominał
pan, że Smith zna angielski?
DR NELSON: Tak i nie, ekscelencjo. Zna sporo słów, ale, jak mówi doktor
Mahmoud, nie potrafi ich osadzić we właściwym kontekście kulturowym.
Czasem prowadzi to do nieporozumień.
SEKRETARZ GENERALNY: Och, jestem pewien, że jakoś damy sobie radę. Kiedy
byłem młody, przejechałem autostopem całą Brazylię, nie znając ani słowa
po portugalsku. Gdyby był pan uprzejmy przedstawić nas, a potem zostawić
samych...
DR NELSON: Wolałbym jednak zostać z moim pacjentem.
SEKRETARZ GENERALNY: Doprawdy? Przykro mi, doktorze, ale muszę ponowić
swoją prośbę.
DR NELSON: A ja z równą przykrością muszę powtórzyć swoją odmowę. Ze
względu na etykę zawodową...
SEKRETARZ GENERALNY (przerywając mu): Jako prawnik wiem to i owo o odpowiedzialności lekarza, więc niech pan sobie oszczędzi tego bełkotu o etyce zawodowej. Czy ten pacjent osobiście zwrócił się do pana z prośbą
o pomoc?
DR NELSON: Niezupełnie, ale...
SEKRETARZ GENERALNY: Czy w ogóle miał możliwość wyboru lekarza? Wątpię.
Według prawa jest pod opieką państwa, a ja występuję tutaj de facto jako
jego najbliższy krewny. Zresztą jak się pan wkrótce przekona, nie tylko
de facto, ale także de jure. Chcę z nim zostać sam.
DR NELSON (po dłuższym milczeniu, bardzo oschle): Jeżeli stawia pan
sprawę w taki sposób, to ja się wycofuję.
SEKRETARZ GENERALNY: Niech pan nie bierze tego tak bardzo do siebie,
doktorze. W żadnym wypadku nie kwestionuję zasadności i fachowości
pańskiej opieki. Ale chyba nie odmówiłby pan matce możliwości
porozmawiania sam na sam z jej synem, prawda? Boi się pan, że zrobię mu
krzywdę?
DR NELSON: Nie, ale...
SEKRETARZ GENERALNY: No więc o co panu chodzi? Skończmy z tym wreszcie.
Proszę nas przedstawić i wyjść. To zamieszanie może źle wpłynąć na
pacjenta.
DR NELSON: Oczywiście, zaraz to zrobię. Ale potem proszę znaleźć nowego
lekarza dla pańskiego... eee... podopiecznego.
SEKRETARZ GENERALNY: Przykro mi, doktorze, naprawdę mi przykro. Proszę
się jeszcze zastanowić. Porozmawiamy o tym później. A teraz, jeśli pan
łaskaw...
DR NELSON: Proszę tutaj. Synu, to jest człowiek, który chce z tobą
rozmawiać. Nasz wielki Stary.
SMITH wydaje niezrozumiały dźwięk.
SEKRETARZ GENERALNY: Co on powiedział?
DR NELSON: To pełne szacunku powitanie. Według Mahmouda znaczy to
"Jestem tylko jajkiem" albo coś w tym rodzaju. W każdym razie ma bardzo
przyjazny wydźwięk. Synu, mów człowiek-mowa.
SMITH: Tak.
DR NELSON: Jeżeli wolno mi coś doradzić, to proszę używać możliwie
prostych słów.
SEKRETARZ GENERALNY: Och, z pewnością.
DR NELSON: Do zobaczenia, ekscelencjo. Do widzenia, synu.
SEKRETARZ GENERALNY: Dziękuję, doktorze. Do widzenia.
(Odgłos otwierania i zamykania drzwi).
SEKRETARZ GENERALNY: Jak się czujesz?
SMITH: Czuję dobrze.
SEKRETARZ GENERALNY: To znakomicie. Jeśli czegoś potrzebujesz, po prostu
powiedz. Chcemy, żeby ci było dobrze. Aha, miałbym do ciebie małą
prośbę. Umiesz pisać?
SMITH: Pisać? Co to jest pisać?
SEKRETARZ GENERALNY: Nieważne, wystarczy odcisk palca. Teraz coś ci
przeczytam. Będzie tam masa prawniczego żargonu, ale mówiąc po prostu,
chodzi o to, że opuszczając Marsa, zrzekłeś się, to znaczy zrezygnowałeś
ze wszystkich swoich ewentualnych roszczeń do tej planety. Rozumiesz? Że
przekazujesz ją pod opiekę rządu.
(Smith milczy).
SEKRETARZ GENERALNY: Dobra, spróbujmy od innej strony. Mars nie jest
twoją własnością, prawda?
SMITH: Nie rozumiem.
SEKRETARZ GENERALNY: Hmm... Więc może tak: chcesz tutaj zostać, prawda?
SMITH: Nie wiem. Przysłali mnie Starzy. (Długa, niemożliwa do
odtworzenia przemowa, coś jakby odgłosy walki żaby giganta ze stadem
kotów).
SEKRETARZ GENERALNY: Do licha, powinni go trochę lepiej nauczyć
angielskiego. Synu, nie masz się czego obawiać. Wystarczy, że odciśniesz
kciuk o tu, na dole tej strony. Podaj mi prawą rękę. Ejże, nie wykręcaj
jej tak! Uspokój się! Nic ci nie zrobię! Doktorze! Doktorze Nelson!
DRUGI LEKARZ: Tak?
SEKRETARZ GENERALNY: Proszę wezwać doktora Nelsona!
DRUGI LEKARZ: Doktora Nelsona? Ależ on już poszedł. Powiedział, że pan
go zwolnił.
SEKRETARZ GENERALNY: Tak powiedział? Niech go szlag trafi! No, niech pan
coś zrobi! Sztuczne oddychanie, zastrzyk, wszystko jedno co, tylko niech
pan tak nie stoi! Nie widzi pan, że ten człowiek umiera?
DRUGI LEKARZ: Nie sądzę, żebym mógł coś pomóc. Po prostu trzeba
poczekać, aż sam z tego wyjdzie. W każdym razie doktor Nelson tak
właśnie postępował.
SEKRETARZ GENERALNY: Niech diabli porwą doktora Nelsona!
Ani głos sekretarza generalnego, ani doktora Nelsona już się więcej nie
pojawiły. Z plotek, jakie do niej docierały, Jill dowiedziała się, że
Smith istotnie wpadł w kataleptyczny trans.
"Lista dialogowa", którą trzymała przed sobą, zawierała jeszcze dwie
wypowiedzi. Jedna z nich brzmiała: "Nie musisz szeptać, on i tak nic nie
słyszy", druga zaś: "Zabierz tę tacę. Nakarmimy go, jak dojdzie do
siebie".
Jill właśnie kończyła czytać, kiedy Ben wszedł do pokoju. Niósł kolejny
plik papierów, ale nie podał jej, tylko zapytał:
- Jesteś głodna?
- Chyba zaraz umrę.
- W takim razie chodźmy coś upolować.
W drodze na dach hotelu i podczas lotu taksówką nie zamienili ani słowa.
Na Platformie Aleksandryjskiej przesiedli się do innego wozu; Ben wybrał
jedyny o rejestracji z Baltimore. Gdy wznieśli się w powietrze, podał
kurs na Hagerstown w stanie Maryland i dopiero wtedy wyraźnie się
rozluźnił.
- Teraz możemy porozmawiać.
- Ben, po co ta tajemniczość?
- Przepraszam, kocia łapko. Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że
zainstalowali u mnie podsłuch, ale skoro ja mogłem im to zrobić, to oni
mnie też mogli. Tak samo nie dam głowy za to, że w taksówce, którą
wezwałem z mieszkania, był zainstalowany dodatkowy maleńki mikrofonik,
ale tak mogło być. Ludzie ze służb specjalnych czasem potrafią być
bardzo wścibscy. Ale ten wóz... - Poklepał miękkie obicie siedzenia. -
Przecież nie mogą "przygotować" tysięcy taksówek. Taka wybrana na chybił
trafił jest najbezpieczniejsza.
Ciałem Jill wstrząsnął dreszcz.
- Ben, chyba nie myślisz, że mogliby...
- Dobre sobie, oczywiście, że myślę! Przecież czytałaś mój artykuł. Od
ukazania się tego wydania minęło już ponad dziewięć godzin. Nie sądzisz
chyba, że władze pozwolą, żebym kopał je w brzuch, nie próbując mi się
zrewanżować?
- Ale przecież ty zawsze występowałeś przeciwko nim.
- Owszem, lecz teraz to zupełnie co innego. Tym razem oskarżyłem ich o przetrzymywanie więźnia politycznego. Jill, rząd funkcjonuje tak samo
jak każdy żywy organizm i dlatego kieruje się w swoim działaniu głównie
instynktem przetrwania. Jeśli uderzasz, on natychmiast odpowiada
uderzeniem. A tym razem ja go naprawdę uderzyłem. - Po chwili milczenia
dodał: - Tylko nie powinienem był ciebie do tego mieszać.
- Nie boję się. No, przynajmniej od chwili, kiedy oddałam ci to
urządzonko.
- Wszyscy wiedzą, że w taki czy inny sposób jesteś ze mną związana.
Kiedy sytuacja stanie się nieciekawa, nie trzeba będzie nic więcej.
Jill zamilkła. Trudno jej było uwierzyć, że ona, która nigdy nie
doświadczyła niczego bardziej przykrego niż kilka klapsów jako dziecko
czy parę szorstkich słów jako dorosła kobieta, teraz mogła znajdować się
w prawdziwym niebezpieczeństwie. Będąc pielęgniarką, nieraz stykała się
z ofiarami czyjejś bezwzględności, ale uważała, że jej nic takiego nie
ma prawa się przydarzyć.
Odezwała się dopiero wtedy, kiedy taksówka zaczęła schodzić do
lądowania.
- Ben? A jeśli on umrze? Co wtedy?
Zmarszczył brwi.
- To dobre pytanie. Jeżeli nie ma więcej pytań, wszystkie dzieci mogą
iść do domu.
- Nie wygłupiaj się.
- Jill, nie spałem przez ostatnie kilka nocy, próbując sobie na nie
odpowiedzieć. Oto najlepsze, co wymyśliłem: w chwili śmierci Smitha
wygasają jego prawa do Marsa. Jednocześnie koloniści z "Championa"
zgłaszają swoje roszczenia, na pewno uzgodnione z administracją jeszcze
przed wyruszeniem wyprawy. Co prawda "Champion" stanowi własność całej
Federacji, ale wcale nie jest wykluczone, że wszystkie sznurki trzyma w ręku nie kto inny, tylko sekretarz generalny Douglas. Gdyby sytuacja
rozwinęła się właśnie w taki sposób, byłby nie do ruszenia przez wiele
lat, choć równie dobrze mogłoby to nie mieć żadnego znaczenia.
- Dlaczego?
- Sąd wcale nie musi oprzeć się na precedensie Larkina.
Księżyc nie był zamieszkany, ale Mars był - przez Marsjan. Obecnie pod
względem prawnym Marsjanie są absolutnym zerem, ale Sąd Najwyższy mógłby
zdecydować, że pojawienie się ludzi na planecie zamieszkanej wcześniej
przez inną rasę z prawnego punktu widzenia nic nie zmienia. Prawo do
Marsa mógłby sobie rościć wyłącznie Marsjanin.
- Ben, to i tak byłaby niesamowita sprawa. Jeden człowiek posiadający na
własność całą planetę. To fantastyczne!
- Nie używaj tego słowa w obecności prawników. Na studiach uczą ich
tylko czepiania się drobiazgów, natomiast rzeczy naprawdę wielkie nie
robią na nich żadnego wrażenia. Poza tym istnieje przecież precedens: w piętnastym wieku papież podzielił zachodnią półkulę między Hiszpanię i Portugalię, a jakoś nikt nie przejął się za bardzo tym, że przecież te
ziemie należały wcześniej do Indian, którzy mieli własne prawa, zwyczaje
i sposób życia. Decyzja papieża weszła w życie. Popatrz na mapę i zwróć
uwagę, gdzie do dzisiaj mówi się po hiszpańsku, a gdzie po portugalsku.
- Tak, ale... Ben, przecież nie żyjemy w piętnastym wieku!
- O tym zadecydują prawnicy. Jill, jeżeli Sąd Najwyższy postanowi, że w tej sprawie można powołać się na precedens Larkina, Smith będzie mógł
rozdawać koncesje warte miliony, a nawet miliardy. Gdyby zrzekł się
swoich praw na rzecz rządu, wtedy Douglas położy na wszystkim łapę.
- Po co komuś aż tak wielka władza?
- A dlaczego ćmę ciągnie do światła? Zresztą niemal równie ważna jak
finanse Smitha jest jego pozycja nominalnego władcy Marsa. Sąd Najwyższy
może nie uznać jego prawa własności, ale nikt nie odbierze mu udziału w dochodach z napędu Lyle i Lunar Enterprises. A gdyby umarł? Od razu
pojawiłyby się setki krewnych, ale Fundacja Naukowa zdążyła się już
nauczyć, jak się takich "krewnych" odprawia z kwitkiem. Całkiem możliwe,
że gdyby Smith umarł, nie pozostawiając testamentu, to cała jego fortuna
przeszłaby na własność państwa.
- Masz na myśli Federację?
- Kolejne pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Co prawda jego rodzice
pochodzili z dwóch krajów należących do Federacji, on jednak urodził się
poza nią, a to dla ludzi opiekujących się spadkiem po jego rodzicach z pewnością nabrałoby ogromnego znaczenia. Dla Smitha raczej nie - nie
odróżniłby pełnomocnictwa od biletu do metra. Coś mi się zdaje, że
wszystko zgarnie ten, kto pierwszy go dopadnie i znajdzie sposób, żeby
wykorzystać sytuację. Wątpię, czy Lloyd zechciałby go ubezpieczyć od
następstw nieszczęśliwego wypadku. Dla instytucji ubezpieczeniowej byłby
to naprawdę marny interes.
- Biedny dzieciak!
Mickey Finn - napój zawierający bardzo silny narkotyk, na przykład zmuszający do mówienia (przyp tłum) [wróć]
Habeas Corpusct (Habeas Corpus Act) - angielska ustawa z 1679 roku, zabraniająca aresztowania obywatela bez nakazu sądu i zapewniająca właściwe postępowanie sądowe (przyp tłum) [wróć]
rozdział 6
Restauracja w Hagerstown miała to, co nazywa się "atmosferą": część
stołów ustawiono na trawniku schodzącym łagodnie do jeziora, część zaś
wśród gałęzi trzech ogromnych drzew. Jill chciała jeść na drzewie, ale
Ben dał w łapę maitre d'hotel i ten specjalnie dla nich ustawił stolik
tuż nad brzegiem jeziora. Ben zażądał dodatkowo, żeby przyniesiono im
odbiornik stereowizji.
Jill nie kryła rozczarowania.
- Po co płacić takie straszne pieniądze, jeżeli nawet nie możemy zjeść
na drzewie, a w dodatku musimy się gapić w to cholerne pudło?
- Cierpliwości, moja mała. Przy tamtych stołach są zainstalowane
mikrofony, żeby można było wezwać kelnera. Ten prawie na pewno nic
takiego nie ma, bo kelner wziął go spośród kilku rezerwowych. Co zaś
tyczy się stereowizji, to nie jest po amerykańsku i można jeść, nie
gapiąc się w ekran, ale przy okazji można wykorzystać fakt, że hałas z pewnością zakłóci odbiór z mikrofonu kierunkowego. Oczywiście
zakładając, że ludzie pana Douglasa zechcą aż tak bardzo się nami
interesować.
- Naprawdę myślisz, że nas śledzą? - zapytała Jill. - Chyba nie nadaję
się do roli przestępcy.
- To naprawdę nic strasznego. Kiedy zajmowałem się skandalem w General
Synthetics, nigdy nie spałem w jednym miejscu więcej niż dwa razy pod
rząd i odżywiałem się wyłącznie konserwami. Z czasem można to polubić.
Przyśpiesza przemianę materii.
- Na moją dobrą przemianę wpłynąłby zamożny pacjent w podeszłym wieku.
- Nie chcesz za mnie wyjść, Jill?
- Będę chciała, kiedy już wyślę swojego przyszłego męża na tamten świat.
Może zresztą stanę się wtedy tak bogata, że będę cię mogła trzymać jako
zwierzątko domowe?
- Zacznij już dzisiaj.
- Nic z tego. Dopiero wtedy, jak tamten wykorkuje.
Program rozrywkowy, atakujący w trakcie obiadu ich bębenki nielitościwym
strumieniem decybeli, został nagle przerwany. W odbiorniku pojawiła się
głowa spikera, który uśmiechnął się szeroko i powiedział:
- SSS, Światowa Sieć Stereowizyjna, i jej sponsor, Cukierki
Maltuzjańskie1 Sp. z o. o., mają przyjemność oddać czas
antenowy rządowi Federacji. Pamiętajcie, dziewczęta, każda z was ssie
cukierki maltuzjańskie - smaczne, niezawodne, dostępne bez recepty. Po
co ryzykować, stosując przestarzałe, nieestetyczne, szkodliwe i niepewne
sposoby? Po co ryzykować utratę jego miłości i szacunku? - Rozkoszny
spiker spojrzał gdzieś w bok, po czym pośpiesznie dokończył: - Oto mądra
dziewczyna, która stosuje cukierki maltuzjańskie. Zaraz po niej przed
kamerami wystąpi sam sekretarz generalny!
Pojawiła się trójwymiarowa młoda kobieta, tak zmysłowa, piersiasta i uwodzicielska, że każdy mężczyzna po prostu musiał nagle poczuć
niedosyt, spoglądając na swoją partnerkę. Dziewczyna przeciągnęła się i wyszeptała seksownym głosem:
- Ja nigdy nie rozstaję się z cukierkami maltuzjańskimi!
Obraz rozpłynął się, a w chwilę potem zabrzmiały dźwięki hymnu Chwała
wiecznemu pokojowi.
- A ty ssiesz te cukierki? - zapytał Ben.
- Nie twój interes! - parsknęła Jill, po czym dodała: - To oszukaństwo.
A poza tym skąd wiesz, czy ja tego potrzebuję?
Caxton nic nie odpowiedział, bo odbiornik wypełniła twarz sekretarza
generalnego Douglasa.
- Przyjaciele! - zaczął ojcowskim głosem. - Współobywatele Federacji!
Spotyka mnie dzisiaj niezwykły zaszczyt i wyróżnienie. Od chwili powrotu
naszego wspaniałego "Championa"...
Douglas przez dłuższy czas gratulował mieszkańcom Ziemi zakończonej
sukcesem próby nawiązania kontaktu z rasą żyjącą na
innej planecie, dając zręcznie do zrozumienia, że sukces ten osiągnięto
przy osobistym współudziale każdego z ludzi i że w gruncie rzeczy każdy
z nich mógłby stać na czele ekspedycji, gdyby nie to, że akurat miał coś
innego do roboty, oraz że on, sekretarz generalny, był jedynie
posłusznym instrumentem realizacji ich woli. Ogólna wymowa wypowiedzi
była taka, że przeciętny obywatel jest równy innym, będąc jednocześnie
lepszy niemal od wszystkich, i że stary dobry Joe Douglas stanowi
uosobienie takiego właśnie przeciętnego człowieka. Jego wymięty krawat i gładko przylizane włosy miały to wrażenie potwierdzać.
Ben zastanawiał się, kto mógł mu to przemówienie napisać.
Najprawdopodobniej James Sanforth, który z całego sztabu Douglasa miał
największe wyczucie w dobieraniu kojących przymiotników, miłych dla uszu
słuchaczy. Zanim zabrał się za politykę, pisywał teksty reklamówek i nie
miał żadnych skrupułów. Tak, ten kawałek o "dłoniach kołyszących
dziecko" z całą pewnością wyszedł spod jego pióra. Jim był jednym z tych
mężczyzn, którzy potrafią uwieść każdą dziewczynę, mając jako przynętę
choćby jeden cukierek.
- Wyłącz to! - zażądała Jill.
- Ciii, malutka. Muszę go wysłuchać.
- ...i tak oto, przyjaciele, mam zaszczyt przedstawić wam naszego
współobywatela Valentine'a Michaela Smitha, Człowieka z Marsa! Mike,
wiemy, że jesteś zmęczony i ostatnio nie najlepiej się czułeś, ale czy
mógłbyś powiedzieć parę słów do swoich przyjaciół?
Na ekranie pojawiło się półzbliżenie człowieka siedzącego na wózku
inwalidzkim. Z jednej strony stał Douglas, a z drugiej sztywno
wyprostowana niezwykle fotogeniczna pielęgniarka.
Jill ze zdumienia wciągnęła głośno powietrze.
- Cicho - szepnął Ben.
Gładką, dziecinną twarz człowieka siedzącego na wózku rozjaśnił
nieśmiały uśmiech. Spojrzał prosto w kamerę i powiedział:
- Witajcie. Wybaczcie, że siedzę. Jestem jeszcze trochę osłabiony.
Mówił z wyraźną trudnością; pielęgniarka nachyliła się nad nim, żeby
zbadać tętno.
Odpowiadając na pytania Douglasa, Człowiek z Marsa prawił komplementy
kapitanowi van Trompowi i jego załodze, dziękował za uratowanie i podkreślał, że wszyscy na Marsie są szalenie podekscytowani spotkaniem z Ziemianami, i że on osobiście ma nadzieję przyczynić się do nawiązania
przyjacielskich kontaktów między obiema planetami. Pielęgniarka już
chciała przerwać rozmowę, ale Douglas zapytał łagodnie:
- Mike, czy możesz nam odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie?
- Oczywiście, panie Douglas, jeżeli tylko będę potrafił.
- Co sądzisz o ziemskich dziewczętach?
- Ooo!
Na nagle zaróżowionej dziecięcej twarzy pojawił się ekstatyczny uśmiech.
Kamerzysta zrobił zbliżenie głowy i ramion sekretarza generalnego.
- Mike prosił mnie, bym wam przekazał - kontynuował ojcowskim tonem
Douglas - że wróci do was, jak tylko będzie mógł. Sami rozumiecie,
najpierw musi nabrać trochę sił. Być może zobaczycie go już za tydzień,
o ile lekarze uznają, że mu to nie zaszkodzi.
Pojawiła się kolejna reklamówka cukierków maltuzjańskich; jednoznacznie
wynikało z niej, że dziewczyna, która ich nie zażywa, jest nie tylko
niespełna rozumu, ale w pewnym sensie stanowi nawet zagrożenie dla
otoczenia i na jej widok każdy mężczyzna powinien bezzwłocznie przejść
na drugą stronę ulicy. Ben zmienił kanał, po czym odwrócił się do Jill i powiedział ponuro:
- No, wygląda na to, że mogę podrzeć jutrzejszy artykuł. Douglas ma go w swoich łapach.
- Ben!
- Słucham?
- To nie jest Człowiek z Marsa!
- Co takiego? Dziecino, jesteś pewna?
- Jest do niego podobny, ale to na pewno nie ten pacjent, którego
widziałam w izolatce.
Ben zwrócił jej uwagę, że przecież Smitha widziało już dziesiątki ludzi
- strażnicy, pielęgniarze, lekarze, kapitan i załoga "Championa". Być
może także i inni. Część z nich z całą pewnością oglądała program.
Administracja od samego początku musiałaby się liczyć z tym, że
niektórzy zauważą oszustwo. To nie miało sensu - ryzyko było zbyt duże.
W odpowiedzi Jill hardo wysunęła dolną wargę i upierała się, że to na
pewno nie był człowiek, z którym rozmawiała w szpitalu.
- Dobrze, niech będzie po twojemu! - prychnęła wreszcie ze złością. -
Mężczyźni!
- Ależ, Jill...
- Odwieź mnie do domu.
Ben wyszedł zamówić taksówkę. Nie wezwał jej z restauracji, tylko
poszedł na znajdujące się nieopodal lądowisko. W drodze powrotnej Jill
nie odezwała się ani słowem, natomiast Ben wyciągnął z teczki dialogi
spisane z taśmy i jeszcze raz uważnie je przeczytał. Skończywszy,
zastanawiał się przez chwilę, po czym powiedział:
- Jill?
- Tak, panie Caxton?
- Ja ci dam pana! Przepraszam cię. Nie miałem racji.
- W jaki sposób doszedłeś do tego wniosku?
Klepnął dłonią w leżący na kolanach plik papierów.
- Sądząc po tym, jak zachowywał się jeszcze wczoraj, to nie mógł być on.
W tak stresowej sytuacji z całą pewnością wpadłby w trans.
- Cieszę się, że wreszcie zacząłeś zwracać uwagę na oczywiste rzeczy.
- Czy byłabyś uprzejma kopnąć mnie raz, ale dobrze, a potem zostawić w spokoju? Czy wiesz, co to oznacza?
- Że posłużyli się jakimś aktorem. Powiedziałam ci to już godzinę temu.
- Zgadza się. Zupełnie niezły aktor. Ale tu chodzi o coś więcej. Według
mnie istnieją dwie możliwości: albo Smith nie żyje i...
- Mój Boże, nie żyje!
Jill przypomniała sobie tajemniczą ceremonię dzielenia się wodą i nagle
niemal poczuła obok siebie obecność dziwnej, niemożliwej do opisania
słowami osobowości Smitha.
- Kto wie? Jeżeli mam rację, to dubler pozostanie przy życiu tylko tak
długo, jak długo będą go potrzebować. Potem "umrze" i zostanie
wywieziony z miasta z tak stanowczym zakazem mówienia o całej sprawie,
że dostałby ataku astmy, gdyby próbował choćby pisnąć słowo na ten
temat. Kto wie, może nawet zrobiliby mu lobotomię? Jeżeli Smith
rzeczywiście jest martwy, to właściwie możemy od razu zająć się czymś
innym, bo nigdy nie uda nam się dowieść prawdy. Dlatego lepiej załóżmy,
że jednak żyje.
- Och, mam nadzieję!
- "Czym Hekuba dla ciebie lub ty dla Hekuby?" - zacytował niedokładnie
Caxton. - Jeżeli żyje, to i tak może się jeszcze okazać, że w tej
sprawie nie ma nic nieczystego. Przecież ważne osobistości bardzo często
korzystają z usług dublerów. Może za dwa lub trzy tygodnie nasz
przyjaciel Smith będzie już w tak dobrym stanie, że zdecydują się go
pokazać publiczności, chociaż, szczerze mówiąc, diabelnie w to wątpię.
- Dlaczego?
- Rusz mózgownicą, koteczku. Douglasowi już raz nie udało się wyciągnąć
od niego tego, co chciał. Ponieważ jednak ta sprawa nie może zostać
niezałatwiona, Douglas zapewne schowa Smitha tak głęboko, że nikt go nie
znajdzie. Nigdy nie będzie nam dane ujrzeć prawdziwego Człowieka z Marsa.
- Uważasz, że go zabije?
- Po co być aż tak brutalnym? Wystarczy, że go umieści w jakimś
prywatnym domu opieki i nie pozwoli kontaktować się z nikim z zewnątrz.
- O Boże! Ben, co robić?
Caxton się skrzywił.
- Na razie to oni ustalają reguły gry, ale mam zamiar zjawić się tam w towarzystwie Świadka i prawnika i zażądać widzenia ze Smithem. Może uda
mi się wyciągnąć tę sprawę na światło dzienne.
- Będę z tobą!
- Jeszcze czego. Sama powiedziałaś, że to może zniszczyć twoją karierę.
- Przecież potrzebujesz mnie, żebym go zidentyfikowała.
- Kiedy już stanę z nim twarzą w twarz, będę potrafił poznać, czy to
tylko zręczny aktor, czy naprawdę ktoś, kto całe życie spędził wśród
istot zupełnie innych niż ludzie. Gdyby jednak coś miało się nie udać,
będziesz moim ukrytym atutem - wiesz, że próbują bawić się z nami w chowanego, a w dodatku masz dostęp do Bethesda Center. Kochanie, jeżeli
słuch o mnie zaginie, możesz działać na własną rękę.
- Ben, oni chyba nie zrobią ci nic złego?
- Maluchu, tym razem walczę trzy kategorie wyżej, niż wynikałoby to z mojej wagi.
- To mi się wcale nie podoba. Co masz zamiar zrobić, kiedy już uda ci
się do niego dotrzeć?
- Zapytam go, czy chce wyjść ze szpitala. Jeżeli powie, że tak, to od
razu go zabiorę. W obecności Świadka nie odważą się nas zatrzymać.
- A co potem? Ciągle jeszcze potrzebuje opieki lekarskiej. Ben, on
naprawdę nie potrafi się o siebie zatroszczyć.
Caxton ponownie się skrzywił.
- Myślałem o tym. Moglibyśmy na przykład umieścić go w moim mieszkaniu
i...
- ...i ja bym się nim opiekowała. Zróbmy tak!
- Powoli, powoli. Douglas z całą pewnością coś by wykombinował, żeby
Smitha z powrotem zamknąć w klatce. Nas zresztą też. - Zmarszczył brwi.
- Ale znam kogoś, komu mogłoby to ujść na sucho.
- Kogo?
- Wiesz, kto to jest Jubal Harshaw?
- A kto nie wie?
- To właśnie jedna z jego zalet: wszyscy go znają. Dzięki temu nie można
go sobie podporządkować. Jest jednocześnie lekarzem i prawnikiem, a to
czyni go podwójnie uodpornionym.
A co najważniejsze, jest tak wielkim indywidualistą, że gdyby tylko miał
ochotę, stanąłby ze scyzorykiem w ręku przeciwko całej Federacji. To
zwiększa jego wartość jeszcze ośmiokrotnie. Poznałem go podczas jakiegoś
procesu o zniesławienie; jest przyjacielem, na którego zawsze można
liczyć. Jeżeli uda mi się wyciągnąć Smitha z Bethesda Center, zabiorę go
do Harshawa w Góry Pocono. Niech rządowe pieski usiłują go stamtąd
wyszarpać!
Cukierki Maltuzjańskie - środki antykoncepcyjne (przyp tłum) [wróć]
rozdział 7
Jill przejęła dyżur dziesięć minut wcześniej, niż wynikało z jej
rozkładu zajęć. Obiecała Benowi, że nie będzie ingerować w jego próbę
skontaktowania się ze Smithem, ale chciała być możliwie blisko.
Niewykluczone, że będą mu potrzebne posiłki.
Żołnierze zniknęli z korytarza. Dzięki tackom z lekami i pacjentom
czekającym na operacje przez następne dwie godziny Jill nie miała na nic
czasu; zdołała tylko w przelocie nacisnąć klamkę w drzwiach do pokoju
K-12. Były zamknięte, podobnie jak te prowadzące do minipoczekalni.
Korzystając z nieobecności strażników, miała zamiar wśliznąć się właśnie
przez to pomieszczenie, ale na razie musiała z tego zrezygnować, miała
zbyt wiele do roboty. Niemniej jednak starała się uważnie przyglądać
wszystkim osobom pojawiającym się na jej piętrze.
Ben się nie pokazał. Wzięta dyskretnie na spytki koleżanka także nie
widziała, żeby ktoś wchodził do pokoju K-12. Jill trochę to zdziwiło;
Ben nie ustalał dokładnie czasu, ale miał zamiar przypuścić szturm
możliwie wcześnie rano.
Musiała sprawdzić, co się dzieje. Korzystając z chwili spokoju, zapukała
do drzwi pomieszczenia, w którym przebywał lekarz sprawujący opiekę nad
Smithem, wsadziła głowę do środka i udała lekkie zdziwienie.
- Och! Dzień dobry, doktorze. Myślałam, że jest tu doktor Frame.
Lekarz siedzący przy konsolecie obejrzał ją od stóp do głów i jego twarz
rozpromieniła się w szerokim uśmiechu.
- Nie widziałem go dzisiaj, siostro. Jestem doktor Brush. Mogę w czymś
pomóc?
Widząc typową męską reakcję, Jill nieco się odprężyła.
- Och, to nic takiego. Jak się miewa Człowiek z Marsa?
- Proszę?
Uśmiechnęła się.
- Tutaj to nie tajemnica, doktorze. Pański pacjent... - Nie dokończyła,
pokazując ruchem głowy w stronę sąsiedniego pokoju.
- Że co? - Lekarz sprawiał wrażenie mocno zdezorientowanego. - To jego
tutaj trzymają?
- Jak to, czyżby go nie było?
- Nie, z dokładnością do sześciu miejsc po przecinku. To pani Rose
Bankerson, pacjentka doktora Garnera. Przenieśliśmy ją z samego rana.
- Naprawdę? A co się stało z Człowiekiem z Marsa?
- Nie mam pojęcia. Naprawdę straciłem okazję, żeby zobaczyć z bliska
Valentine'a Smitha?
- Jeszcze wczoraj tu był.
- Chyba tylko ja mogę mieć takiego pecha! Niech siostra zobaczy, co mi
się dostało.
Włączył monitor, na którym pojawił się obraz z kamery zainstalowanej w sąsiednim pokoju. W łóżku leżała drobna, stara kobieta.
- Co jej jest?
- Hmm... Gdyby nie to, że ta pani ma dużo za dużo pieniędzy, nazywałoby
się to po prostu starczą demencją, a tak leży tutaj, czekając na koniec
i ostateczną diagnozę.
Jill porozmawiała jeszcze chwilę z lekarzem, a potem pod pierwszym
lepszym pretekstem wyszła z dyżurki. Sprawdziła w książce oddziału - to,
co powiedział lekarz, zgadzało się: "V.M. Smith, K-12, przen.". A pod
spodem: "Do K-12 Rose S. Bankerson, dr Garner, dieta bez żadn. dod.".
Dlaczego przenosiny odbyły się w nocy? Zapewne żeby uniknąć
niepotrzebnych świadków. Ale dokąd go zabrali? Normalnie zadzwoniłaby po
prostu do izby przyjęć, ale po rozmowie z Benem i sfałszowanym wywiadzie
w stereowizji zrobiła się trochę przewrażliwiona. Postanowiła zaczekać i spróbować dowiedzieć się czegoś z nieoficjalnych źródeł.
Przede wszystkim jednak poszła do automatu telefonicznego i spróbowała
połączyć się z Benem. W redakcji powiedziano jej, że pan Caxton wyjechał
z miasta. W pierwszej chwili zaniemówiła ze zdumienia, ale zdołała się
jakoś wziąć w garść i poprosiła, żeby przekazano mu informację o jej
telefonie.
W domu również go nie było, nagrała więc prośbę, żeby natychmiast się z nią skontaktował.
***
Ben Caxton nie marnował czasu. Zatrudnił samego Jamesa Olivera
Cavendisha. Wprawdzie wystarczyłby jakikolwiek Świadek, ale Cavendish
cieszył się taką reputacją, że w sprawach, w których występował, sędzia
był już właściwie niepotrzebny. Zaawansowany wiekiem dżentelmen zeznawał
wielekroć przed Sądem Najwyższym, zaś krążące o nim plotki mówiły, że
łączna suma kwot zawartych w testamentach powierzonych jego pamięci
sięgała wielu miliardów. Był uczniem wielkiego doktora Samuela Renshawa,
natomiast trening hipnotyczny odebrał jako członek Kryształowej
Fundacji. Za jeden dzień pracy żądał więcej, niż Ben zarabiał przez
tydzień, lecz Caxton miał nadzieję, że gazeta pokryje wszystkie koszty.
Do tego zadania nawet najlepszy Świadek nie był wystarczająco dobry.
Ben najpierw wstąpił po młodszego Frisby'ego z kancelarii adwokackiej
Biddle, Frisby, Frisby, Biddle & Reed, potem zaś po Cavendisha.
Szczupła postać Świadka, spowita w białą szatę stanowiącą znak jego
profesji, nasunęła Benowi skojarzenia ze Statuą Wolności. Wcześniej
Caxton zapoznał Frisby'ego ze swoimi zamiarami (zdaniem adwokata
podejrzenia opierały się na wyjątkowo kruchych podstawach), żeby w obecności Świadka, tak jak wymagały tego przepisy, nie mówić o tym, co
ten miał dopiero zobaczyć i usłyszeć.
Wysiedli z taksówki przy Bethesda Center. Udali się od razu do biura
dyrekcji, gdzie Ben pokazał swoją legitymację i zapytał, czy mógłby
widzieć się z dyrektorem.
Siedząca za biurkiem kobieta spytała wyniośle, czy był umówiony, na co
Ben musiał przyznać, że nie.
- W takim razie ma pan bardzo wątłe szanse, żeby porozmawiać z doktorem
Broemerem. O jaką sprawę chodzi?
- Proszę mu powiedzieć - odrzekł Ben na tyle głośno, żeby wszyscy
znajdujący się w pobliżu go usłyszeli - że Caxton, ten od Gniazda wron,
przyszedł ze Świadkiem i prawnikiem, żeby przeprowadzić wywiad z Valentine'em Michaelem Smithem, Człowiekiem z Marsa.
Zaskoczył tym sekretarkę, która jednak szybko się opanowała i odparła
lodowatym tonem:
- Przekażę mu. Zechcą panowie usiąść.
- Dziękuję, poczekamy tutaj.
Frisby wyciągnął cygaro, Ben przechadzał się nerwowo, natomiast
Cavendish czekał cierpliwie, ze spokojem kogoś, kto widział już
wszystko, co dobre i złe na tym świecie. Wreszcie Królowa Śniegu wróciła
i oznajmiła:
- Przyjmie panów pan Berquist.
- Berquist? Gil Berquist?
- Pan Gilbert Berquist.
Gil Berquist był jednym z całego zastępu popychadeł Douglasa, oficjalnie
nazywanych jego asystentami.
- Nie interesuje mnie Berquist. Chcę rozmawiać z dyrektorem.
Ale Berquist już był przy nich z wyciągniętą ręką i szerokim uśmiechem
na twarzy.
- Benny Caxton! Jak się masz, brachu! Ciągle pisujesz te łzawe
historyjki? - Zerknął na Świadka.
- Ciągle. Co tu robisz, Gil?
- Jeżeli kiedykolwiek uda mi się opuścić służbę państwową, też zafunduję
sobie stałą kolumnę w jakiejś gazecie. To musi być bosko przeteleksować
rano kilkaset słów jakichś plotek, a potem robić przez resztę dnia to,
czego dusza zapragnie. Zazdroszczę ci, Ben.
- Zapytałem, co tutaj robisz, Gil. Chcę się widzieć z dyrektorem, a potem z Człowiekiem z Marsa. Nie przyszedłem tu po to, żebyś mnie
spławił w wielkopański sposób.
- Ależ, Ben! Doktor Broemer jest wprost rozchwytywany przez
dziennikarzy, więc sekretarz generalny przysłał mnie, żebym zdjął z barków dyrektora część tego ciężaru.
- Dobra. Chcę się widzieć ze Smithem.
- Mój kochany, z nim chce się widzieć każdy reporter, korespondent,
komentator, felietonista i redaktor, nie wspominając o ich żeńskich
odpowiednikach. Dwadzieścia minut temu była tutaj Polly Podglądaczka,
żeby przeprowadzić z nim wywiad o seksualnych zwyczajach Marsjan. -
Berquist z oburzeniem podniósł obie ręce.
- Chcę się widzieć ze Smithem. Pozwolisz mi czy nie?
- Ben, chodź do jakiejś knajpki, gdzie spokojnie pogawędzimy nad
szklaneczką czegoś mocniejszego. Powiem ci wszystko, co wiem.
- Nie chcę, żebyś mi cokolwiek mówił. Muszę porozmawiać ze Smithem. To
mój adwokat, Mark Frisby.
Tak jak było w zwyczaju, Ben nie przedstawił Świadka.
- My już się znamy - powiedział Berquist. - Jak tam ojciec, Mark? Ciągle
ma kłopoty z zatokami?
- Od czasu do czasu.
- To przez ten cholerny klimat. No, chodźże, Ben. I ty też, Mark.
Caxton nie miał zamiaru ustąpić.
- Chwileczkę! Chcę rozmawiać z Valentine'em Michaelem Smithem.
Reprezentuję redakcję "Post", a pośrednio dwieście milionów czytelników.
Czy mogę się z nim zobaczyć? Jeżeli nie, to wyraźnie mi to powiedz i uzasadnij odmowę.
Berquist ciężko westchnął.
- Mark, powiedz temu wścibskiemu skrybie, że nie może ot tak sobie
zwalać się na głowę choremu człowiekowi! Nawet tego wczorajszego wywiadu
Smith udzielił wbrew wyraźnym zaleceniom lekarza. Chłopak ma święte
prawo do tego, żeby w ciszy i spokoju odzyskiwać siły.
- Krążą plotki, że wczorajszy wywiad był sfałszowany - wtrącił się Ben.
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Berquista.
- Frisby, czy mógłbyś uświadomić swojego klienta, co to jest
zniesławienie? - powiedział zimno.
- Spokojnie, Ben.
- Wiem, co to jest zniesławienie, Gil. Ale kogo ja zniesławiam?
Człowieka z Marsa czy kogoś innego? Jeżeli tak, to wymień jego nazwisko.
- Podniósł głos. - Powtarzam jeszcze raz: słyszałem, że osobnik, który
wczoraj wieczorem wystąpił w stereo, nie był Człowiekiem z Marsa. Chcę
się z nim zobaczyć i osobiście go o to zapytać.
W zatłoczonym pomieszczeniu nagle zrobiło się bardzo cicho. Berquist
spojrzał wściekle na Świadka, ale zaraz się opanował i powiedział z uśmiechem:
- Ben, całkiem możliwe, że właśnie udało ci się uzyskać zgodę na wejście
do jego pokoju. A potem na salę sądową. Zaczekaj chwilę.
Bardzo szybko wrócił.
- Załatwiłem ci to, chociaż wcale na to nie zasługujesz - powiedział
zmęczonym głosem. - Chodź ze mną. Tylko ty. Przykro mi, Mark, ale nie
możemy tam robić zbyt wielkiego ścisku. Smith jest po prostu chory.
- Nic z tego - odparł Ben.
- Jak to?
- Albo my trzej, albo żaden z nas.
- Ben, nie wygłupiaj się. Przecież robimy dla ciebie wyjątek. Wiesz co?
Mark może iść z nami, ale poczeka na korytarzu, a on przecież nie jest
ci do niczego potrzebny. - Mówiąc to, wskazał na Cavendisha, który
zdawał się niczego nie słyszeć.
- Może i nie, ale po południu znajdziesz w moim artykule informację o tym, że rząd nie zgodził się na obecność Świadka podczas mojej rozmowy z Człowiekiem z Marsa.
Berquist się wzdrygnął.
- Dobrze więc, chodźcie wszyscy. Mam nadzieję, Ben, że te oszczerstwa
jeszcze kiedyś wyjdą ci bokiem.
Ze względu na wiek Cavendisha jechali najpierw windą, a potem ruchomym
chodnikiem wzdłuż laboratoriów i sal, mijając oddział za oddziałem. W pewnej chwili zatrzymał ich strażnik, który przekazał ich następnemu
posterunkowi. Wreszcie znaleźli się w dyżurce wypełnionej po sufit
aparaturą używaną do ciągłego obserwowania organizmu ciężko chorych
pacjentów.
- To jest doktor Tanner. - Berquist przedstawił im siedzącego w pokoju
lekarza. - Doktorze, panowie Caxton i Frisby. - Cavendish, rzecz jasna,
nie został przedstawiony.
Tanner sprawiał wrażenie lekko zaniepokojonego.
- Panowie, mam do was ogromną prośbę: nie mówcie ani nie róbcie niczego,
co mogłoby zaniepokoić pacjenta. Ma wybitnie neurotyczną osobowość i łatwo wpada w stan patologicznego transu, o ile można to tak określić.
- Epilepsja? - zapytał Ben.
- Laik mógłby tak powiedzieć, ale to raczej coś w rodzaju katalepsji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki