Obcy w obcym kraju - Robert A. Heinlein

Kup ebooka

42.00 zł
35.70 zł (34,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

roz­dział 1

Był sobie raz Mar­sja­nin nazwi­skiem Valen­tine Michael Smith. Ci, któ­rzy usta­lali skład pierw­szej zało­go­wej wyprawy na Marsa, byli gorą­cymi zwo­len­ni­kami teo­rii, że naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem dla czło­wieka jest on sam. W tam­tych cza­sach - dokład­nie osiem lat po zało­że­niu pierw­szej sta­cji na Lunie - podróż mię­dzy pla­ne­tami mogła się odby­wać wyłącz­nie w sta­nie nie­waż­ko­ści, z powodu braku sta­łego przy­śpie­sze­nia. 258 dni z Terry na Marsa, tyle samo z powro­tem plus 455 dni na Mar­sie - tak długo bowiem trzeba było cze­kać, aż obie pla­nety ponow­nie zbliżą się do sie­bie na dogodną odle­głość.

Warun­kiem podróży "Envoya" była moż­li­wość uzu­peł­nie­nia po dro­dze paliwa, nato­miast powrót zale­żał od tego, czy sta­tek nie roz­bije się pod­czas lądo­wa­nia na Mar­sie, a zało­dze uda się zna­leźć wodę nie­zbędną do chło­dze­nia reak­to­rów, oraz że nie zda­rzy się żadna z tysiąca nie­prze­wi­dzia­nych rze­czy, do któ­rych może w każ­dej chwili dojść.

Byłoby wysoce wska­zane, żeby ośmiorgu ludziom, stło­czo­nym w ogra­ni­czo­nej prze­strzeni przez nie­mal trzy lata, udało się uło­żyć współ­ży­cie ze sobą na nieco lep­szych zasa­dach, niż to się zwy­kle dzieje.

Pro­po­zy­cja wysła­nia cał­ko­wi­cie męskiej załogi została odrzu­cona; pomysł uznano za nie­zdrowy i by­naj­mniej nie dający żad­nych gwa­ran­cji suk­cesu. Wła­dze doszły do wnio­sku, że opty­mal­nym skła­dem będzie cztery razy dwa, oczy­wi­ście pod warun­kiem, że uda się zna­leźć cztery pary spe­cja­li­stów w dzie­dzi­nach nie­zbęd­nych do reali­za­cji tego rodzaju przed­się­wzię­cia.

Uni­wer­sy­tet w Edyn­burgu, do któ­rego w pierw­szej kolej­no­ści zwró­cono się o pomoc, zle­cił to zada­nie Insty­tu­towi Badań Spo­łecz­nych. Po odrzu­ce­niu ochot­ni­ków nie­na­da­ją­cych się ze względu na wiek, stan zdro­wia, poziom inte­li­gen­cji, wykształ­ce­nie lub cechy cha­rak­teru pozo­stało około dzie­wię­ciu tysięcy kan­dy­da­tów pre­zen­tu­ją­cych wszyst­kie poszu­ki­wane spe­cjal­no­ści: astro­ga­tor, lekarz, kucharz, mecha­nik, dowódca statku, seman­tyk, inży­nier che­mik, inży­nier elek­tro­nik, fizyk, geo­log, bioche­mik, bio­log, fizyk ato­mowy, foto­graf, inży­nier hydro­po­nik, inży­nier rakie­towy. Wśród setek kom­bi­na­cji kan­dy­da­tów posia­da­ją­cych wyma­gane umie­jęt­no­ści tra­fiły się nawet trzy mał­żeń­stwa, ale we wszyst­kich trzech przy­pad­kach psy­cho­lo­go­wie, dokład­nie bada­jący moż­li­wo­ści bez­kon­flik­to­wego współ­ży­cia każ­dego ewen­tu­al­nego składu, aż łapali się za głowy z prze­ra­że­nia. Uni­wer­sy­tet pora­dził Insty­tu­towi obni­że­nie wyma­gań, Insty­tut zaś zapro­po­no­wał Uni­wer­sy­tetowi zwrot sym­bo­licz­nej zapłaty, jaką otrzy­mał za pod­ję­cie się tego zada­nia.

Pra­cu­jące na peł­nych obro­tach maszyny wyszu­ki­wały i dopa­so­wy­wały dane, zmie­nia­jące się bez­u­stan­nie z racji nie­prze­wi­dzia­nych zgo­nów, zgło­szeń nowych ochot­ni­ków albo wyco­fa­nia się sta­rych. Kapi­tan Michael Brant, w wieku nie­wiele ponad trzy­dzie­stu lat wete­ran linii księ­ży­co­wej, zna­lazł w Insty­tu­cie kogoś, kto przej­rzał listę samot­nych ochot­ni­czek, które (w parze z kapi­ta­nem, rzecz jasna) mogły być brane pod uwagę przy dobo­rze załogi. Po prze­te­sto­wa­niu ewen­tu­al­nych kom­bi­na­cji na kom­pu­te­ro­wym symu­la­to­rze Brant udał się do Austra­lii, gdzie oświad­czył się dok­tor Wini­fred Coburn, sta­rej pan­nie, od któ­rej był o osiem lat młod­szy. Zami­go­tały świa­tełka, dru­karki wypluły wstęgi taśm; załoga została skom­ple­to­wana. Kapi­tan Michael Brant, dowódca pilot, astro­ga­tor, inży­nier rakie­towy, w wol­nych chwi­lach kucharz i foto­graf. Dr Wini­fred Coburn Brant, lat 41, seman­tyk, pie­lę­gniarka, ofi­cer zaopa­trze­niowy, histo­ryk. Fran­cis X. Seeney, lat 28, pierw­szy ofi­cer, drugi pilot, astro­ga­tor, astro­fi­zyk, foto­graf. Dr Olga Kova­lic Seeney, lat 29, kucharz, bio­che­mik, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Dr Ward Smith, lat 45, lekarz, bio­log. Dr Mary Jane Lyle Smith, lat 26, inży­nier ato­mowy, tech­nik elek­tro­nik. Ser­giej Rim­sky, lat 35, inży­nier elek­tro­nik, inży­nier che­mik, mecha­nik, spe­cja­li­sta od niskich tem­pe­ra­tur. Ele­anora Alva­rez Rim­sky, lat 32, geo­log, sele­no­log, spe­cja­li­sta od hydro­po­nii. Człon­ko­wie załogi posia­dali wszyst­kie konieczne umie­jęt­no­ści, część z nich zresztą zdo­byli zale­d­wie kilka tygo­dni przed star­tem. Co waż­niej­sze, wszyst­kie bada­nia wyka­zy­wały, że naj­praw­do­po­dob­niej będą mogli ze sobą wytrzy­mać.

"Envoy" wystar­to­wał. Przez pierw­szych kilka tygo­dni nad­cho­dzące z niego mel­dunki mogły być wychwy­ty­wane nawet przez ama­tor­skie radio­sta­cje; potem, kiedy sygnały osła­bły, wzmac­niano je za pomocą apa­ra­tury zain­sta­lo­wa­nej na sate­li­tach tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wyda­wało się, że załoga jest w świet­nej for­mie psy­chicz­nej i fizycz­nej. Naj­groź­niej­szą cho­robą, z jaką musiał wal­czyć dok­tor Smith, był poje­dyn­czy przy­pa­dek grzy­bicy. Wszy­scy bar­dzo szybko przy­zwy­cza­ili się do stanu nie­waż­ko­ści i po tygo­dniu już nikt nie potrze­bo­wał leków prze­ciwko nud­no­ściom. Jeżeli nawet kapi­tan Brant miał jakieś pro­blemy z utrzy­ma­niem dys­cy­pliny na pokła­dzie, to nic o tym nie wspo­mniał w żad­nym ze swo­ich mel­dun­ków.

"Envoy" wszedł na orbitę par­kin­gową nieco poni­żej orbity Fobosa i spę­dził na niej dwa tygo­dnie, doko­nu­jąc badań foto­gra­ficz­nych. Potem kapi­tan Brant nadał depe­szę nastę­pu­ją­cej tre­ści: "Lądu­jemy jutro o 12.00 czasu stan­dar­do­wego na połu­dnie od Lacus Soli".

Wię­cej mel­dun­ków nie otrzy­mano.

roz­dział 3

Kapi­tan Wil­lem van Tromp był bar­dzo dobrym czło­wie­kiem i zbli­ża­jąc się do Ziemi, wysłał nastę­pu­jącą depe­szę:

"Mój pasa­żer nie może być nara­żony na jakie­kol­wiek publiczne kon­takty. Przy­go­to­wać nisko­prze­cią­że­niowy waha­dło­wiec, nosze, ambu­lans i zapew­nić ochronę".

Pole­cił także pokła­do­wemu leka­rzowi, żeby ten upew­nił się, czy Valen­tine Michael Smith został umiesz­czony w luk­su­so­wej izo­latce w Bethesda Medi­cal Cen­ter, poło­żony na wod­nym mate­racu i odcięty od wszel­kich kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym, a sam udał się na nad­zwy­czajne posie­dze­nie Naj­wyż­szej Rady Fede­ra­cji.

W chwili gdy Smith wła­śnie był prze­no­szony do łóżka, mini­ster nauki mówił z roz­draż­nie­niem:

- Zga­dzam się, kapi­ta­nie, że spra­wo­wana przez pana funk­cja dowódcy wyprawy daje prawo zażą­da­nia opieki medycz­nej dla osoby, która chwi­lowo znaj­duje się pod pań­skimi roz­ka­zami, ale nie rozu­miem, dla­czego usi­łuje pan teraz prze­szka­dzać mi w wyko­ny­wa­niu moich obo­wiąz­ków. Prze­cież ten Smith to istna skarb­nica nauko­wych infor­ma­cji!

- Ja rów­nież tak uwa­żam, panie mini­strze.

- W takim razie dla­czego... - Mini­ster nauki prze­rwał i zwró­cił się do mini­stra pokoju i bez­pie­czeń­stwa: - Davi­dzie, wydasz swoim ludziom odpo­wied­nie instruk­cje?

Prze­cież nie możemy bez końca ser­wo­wać uspo­ka­ja­ją­cych baje­czek pro­fe­so­rowi Tier­gar­te­nowi i dok­to­rowi Oka­ji­mie, nie wspo­mi­na­jąc już o innych.

Mini­ster pokoju spoj­rzał na kapi­tana van Trompa, a ten potrzą­snął głową.

- Ale dla­czego? - doma­gał się wyja­śnień mini­ster nauki. - Prze­cież sam pan powie­dział, że on nie jest chory?

- Pozwól odpo­wie­dzieć kapi­ta­nowi, Pierre - ode­zwał się mini­ster pokoju. - Kapi­ta­nie?

- Smith rze­czy­wi­ście nie jest chory, pro­szę pana - zaczął van Tromp - ale nie czuje się naj­le­piej. Ni­gdy do tej pory nie miał do czy­nie­nia z ziem­skim cią­że­niem. Waży teraz dwa i pół raza wię­cej niż dotych­czas i jego mię­śnie nie bar­dzo mogą sobie z tym pora­dzić. Nie jest przy­zwy­cza­jony do ziem­skiego ciśnie­nia atmos­fe­rycz­nego. Nie jest przy­zwy­cza­jony prak­tycz­nie do niczego i spo­wo­do­wany tym stres jest naprawdę znaczny. Do licha, pano­wie! Ja sam jestem wykoń­czony, a prze­cież uro­dzi­łem się na tej pla­ne­cie.

Mini­ster nauki wydął pogar­dli­wie wargi.

- Drogi kapi­ta­nie, jeżeli oba­wia się pan skut­ków nad­mier­nego cią­że­nia, to pra­gnę pana uspo­koić, że już się tym zaję­li­śmy. Mnie rów­nież zda­rzyło się kilka razy opu­ścić naszą miłą pla­netę. Ten czło­wiek musi po pro­stu...

Kapi­tan van Tromp zde­cy­do­wał, że nad­szedł czas, by wresz­cie dać upust roz­sa­dza­ją­cej go zło­ści. Póź­niej będzie mógł się wytłu­ma­czyć jak naj­bar­dziej auten­tycz­nym zmę­cze­niem. Czuł się tak, jakby wła­śnie wylą­do­wał na Jowi­szu.

- Otóż to! - prze­rwał gwał­tow­nie mini­strowi. - "Ten czło­wiek"! Czło­wiek! Czy wy nie widzi­cie, że on wcale nim nie jest?

- Hę?

- Smith nie jest czło­wie­kiem!

- Czy mógłby pan to jakoś wyja­śnić, kapi­ta­nie?

- Jest inte­li­gentną istotą, któ­rej bez­po­śred­nimi przod­kami byli ludzie, ale teraz stał się bar­dziej Mar­sja­ni­nem niż czło­wie­kiem. Byli­śmy pierw­szymi ludźmi, jakich ujrzał. Myśli jak Mar­sja­nin, czuje jak Mar­sja­nin. Został wycho­wany przez rasę nie­ma­jącą z nami abso­lut­nie nic wspól­nego. Oni nawet nie mają płci! Bio­rąc pod uwagę pocho­dze­nie, jest czło­wie­kiem, ale przez wzgląd na śro­do­wi­sko, w któ­rym wyrósł, należy go uznać za Mar­sja­nina. Jeżeli chce­cie wpę­dzić go w sza­leń­stwo i znisz­czyć tę "skarb­nicę wie­dzy", to pro­szę bar­dzo, ścią­gaj­cie swo­ich jajo­gło­wych pro­fe­so­rów. Może i dobrze, że nie zdąży przy­zwy­czaić się do tej zwa­rio­wa­nej pla­nety. To w sumie nie mój inte­res - ja swoje zro­bi­łem!

Zapa­dła cisza, którą prze­rwał dopiero sekre­tarz gene­ralny Douglas.

- I zro­bił pan to wyśmie­ni­cie, kapi­ta­nie. Jeżeli ten czło­wiek, czy też Mar­sja­nin, potrze­buje kilku dni odpo­czynku, to nie widzę powodu, dla któ­rego nauka nie mogłaby tro­chę pocze­kać. Spo­koj­nie, Pete. Kapi­tan van Tromp jest po pro­stu zmę­czony.

- Jest coś, co nie może cze­kać - ode­zwał się mini­ster infor­ma­cji publicz­nej.

- Tak, Jock?

- Jeżeli w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie nie poka­żemy Czło­wieka z Marsa w ste­reo­wi­zji, grożą nam zamieszki uliczne, panie sekre­ta­rzu.

- Hmm, chyba prze­sa­dzasz, Jock. I tak zapy­chamy Mar­sem całe wia­do­mo­ści. Na przy­kład jutro będę deko­ro­wał odzna­cze­niami kapi­tana i załogę, potem kapi­tan van Tromp opo­wie o prze­biegu wyprawy... Jak pan odpocz­nie, ma się rozu­mieć.

Mini­ster pokrę­cił głową.

- Co? Nie da rady, Jock?

- Ludzie cze­kali na praw­dzi­wego, żywego Mar­sja­nina. Ponie­waż eks­pe­dy­cja go nie przy­wio­zła, potrze­bu­jemy w zamian Smi­tha. I to szybko.

- Żywego Mar­sja­nina? - Sekre­tarz gene­ralny Douglas ponow­nie zwró­cił się do kapi­tana van Trompa. - Macie jakieś filmy z Mar­sja­nami?

- Całą masę.

- Pro­blem roz­wią­zany, Jock. Jak zabrak­nie ci mate­riału na żywo, dawaj filmy. A teraz, kapi­ta­nie, wra­ca­jąc do sprawy eks­te­ry­to­rial­no­ści: powiada pan, że Mar­sja­nie nie mieli nic prze­ciwko temu?

Van Tromp na moment przy­gryzł wargi.

- Pro­szę pana, roz­ma­wia­jąc z Mar­sja­ni­nem, odnosi się wra­że­nie, jakby roz­ma­wiało się z echem. Nie ma sporu, ale nie ma też rezul­ta­tów.

- Może powi­nien pan zatrud­nić tego... jak mu tam... seman­tyka? Przy­szedł tu z panem?

- Nie­stety nie. Dok­tor Mah­moud nie czuje się zbyt dobrze. Lek­kie... eee... zała­ma­nie ner­wowe.

Kapi­tan van Tromp uznał, że okre­śle­nie to dobrze oddaje stan, w jakim znaj­duje się osob­nik zalany w trupa.

- Kosmos daje się we znaki, co, kapi­ta­nie?

- Tak, zapewne.

Cho­lerne szczury lądowe!

- No cóż, niech go pan tu ścią­gnie, jak tylko poczuje się lepiej. Przy­pusz­czam, że ów mło­dzie­niec z Marsa sporo nam wyja­śni.

- Być może - zgo­dził się van Tromp z powąt­pie­wa­niem w gło­sie.

***

Ów "mło­dzie­niec z Marsa" sta­rał się tym­cza­sem utrzy­mać przy życiu. Jego ciało, w nie­moż­liwy spo­sób zgnie­cione i osła­bione przez dzi­waczny kształt prze­strzeni w tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scu, doznało wresz­cie ulgi w mięk­kim wnę­trzu gniazda, do któ­rego je wsa­dzono. Teraz wresz­cie mógł skon­cen­tro­wać się na utrzy­ma­niu rytmu odde­chu i bicia serca.

Nie­mal od razu poczuł, że grozi mu samo­skon­su­mo­wa­nie. Jego płuca pra­co­wały rów­nie ener­gicz­nie jak w domu, serce zaś galo­po­wało w sza­lo­nym tem­pie, tło­cząc w tęt­nice masy krwi - wszystko po to, by spro­stać ciśnie­niu napie­ra­ją­cej zewsząd prze­strzeni, w dodatku wypeł­nio­nej zabój­czo bogatą i nie­bez­piecz­nie gorącą atmos­ferą. Musiał natych­miast przed­się­wziąć odpo­wied­nie środki zarad­cze.

Kiedy czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca spa­dła do dwu­dzie­stu na minutę, a oddech stał się nie­mal nie­wy­czu­walny, odcze­kał dłuż­szą chwilę, aby upew­nić się, że nie doj­dzie do mimo­wol­nego odcie­le­śnie­nia, kiedy na przy­kład skon­cen­truje się na jakichś innych spra­wach. Uznaw­szy, że nie grozi mu taka ewen­tu­al­ność, pozo­sta­wił na straży część dru­giego poziomu świa­do­mo­ści, wyco­fu­jąc całą resztę. Musiał dokład­nie się przyj­rzeć kon­fi­gu­ra­cjom ostat­nich wyda­rzeń, aby móc je do sie­bie dopa­so­wać, a następ­nie cie­szyć się nimi i je pie­lę­gno­wać. Gdyby tego nie uczy­nił, mogłyby go pożreć.

Od czego powi­nien zacząć? Czy od chwili, kiedy opu­ścił dom, łącząc się z tymi, któ­rzy teraz byli jego współ­to­wa­rzy­szami w gnieź­dzie? A może od momentu przy­by­cia do tej ści­śnię­tej prze­strzeni? Znowu świa­tła i hałasy zwią­zane z tamtą chwilą wybu­chły mu w mózgu wstrzą­sa­ją­cym bólem. Nie, nie był jesz­cze w sta­nie ogar­nąć tej kon­fi­gu­ra­cji. Z powro­tem, z powro­tem przed czas, kiedy poja­wili się obcy, wśród któ­rych był teraz jako jeden z nich. Nie, to za mało. Jesz­cze dalej, przed powolne docho­dze­nie do sie­bie, które nastą­piło po tym, jak po raz pierw­szy zro­zu­miał, że nie jest taki sam jak jego bra­cia z gniazda. Z powro­tem, z powro­tem do samego gniazda...

Smith nie myślał ziem­skimi sym­bo­lami. Angiel­skiego, który już zdą­żył sobie przy­swoić w pod­sta­wo­wym zakre­sie, uży­wał mniej wię­cej rów­nie swo­bod­nie jak Hin­dus usi­łu­jący doga­dać się z Tur­kiem. Ten nowy język był dla niego czymś takim jak dla nas książka kodowa z nud­nymi i nie­do­sko­na­łymi wyja­śnie­niami. Jego myśli, będące pochod­nymi roz­wi­ja­ją­cej się od pół miliona lat cał­ko­wi­cie obcej kul­tury, się­gały tak daleko poza to, co nazywa się ludz­kim doświad­cze­niem, że były po pro­stu nie­prze­tłu­ma­czalne.

W sąsied­nim pokoju dok­tor Thad­deus grał w karty z Tomem Meechu­mem, oso­bi­stym pie­lę­gnia­rzem Smi­tha. Thad­deus sta­rał się cały czas nie spusz­czać oka ze znaj­du­ją­cych się na kon­so­le­cie wskaź­ni­ków i mier­ni­ków. Kiedy czę­sto­tli­wość pul­so­wa­nia kon­tro­l­nej lampki elek­tro­kar­dio­grafu spa­dła z dzie­więć­dzie­się­ciu dwóch do dwu­dzie­stu impul­sów na minutę, zerwał się z miej­sca i wpadł do pokoju Smi­tha. Meechum dep­tał mu po pię­tach.

Pacjent spra­wia­jący wra­że­nie mar­twego leżał na lekko ugi­na­ją­cej się powierzchni pneu­ma­tycz­nego mate­raca.

- Wezwij dok­tora Nel­sona! - rzu­cił Thad­deus.

- Już się robi. A może spró­bo­wa­li­by­śmy elek­trow­strząsu? - pod­su­nął Meechum.

- Wezwij dok­tora Nel­sona!

Pie­lę­gniarz wybiegł na kory­tarz. Inter­ni­sta uważ­nie przyj­rzał się pacjen­towi, nie doty­ka­jąc go jed­nak nawet pal­cem. Po chwili w izo­latce zja­wił się star­szy lekarz, poru­sza­jący się ze sta­ran­nie wyre­ży­se­ro­waną nie­zręcz­no­ścią czło­wieka od dawna prze­by­wa­ją­cego w kosmo­sie i nie­przy­zwy­cza­jo­nego do ziem­skiej gra­wi­ta­cji.

- Co się stało?

- Jakieś dwie minuty temu rap­tow­nie spa­dła tem­pe­ra­tura ciała, czę­sto­tli­wość ude­rzeń serca i puls.

- Co pan zro­bił?

- Nic. Zgod­nie z pań­skim pole­ce­niem.

- To dobrze.

Nel­son uważ­nie obej­rzał Smi­tha, po czym popa­trzył na wskaź­niki umiesz­czone nad łóż­kiem, dokład­nie takie same jak w pokoju obok.

- Pro­szę dać mi znać, gdyby się coś zmie­niło - powie­dział i odwró­cił się w stronę drzwi.

Thad­deus spra­wiał wra­że­nie lekko zdez­o­rien­to­wa­nego.

- Ależ... - wykrztu­sił.

Nel­son sta­nął.

- Tak, dok­to­rze? Jaka jest pań­ska dia­gnoza?

- Eee... Nie chciał­bym wypo­wia­dać się na temat pań­skiego pacjenta...

- Pyta­łem o pań­ską dia­gnozę.

- Oczy­wi­ście. To szok. - Zawa­hał się. - Może tro­chę nie­ty­powy, ale jed­nak szok, z któ­rego pacjent może już nie wyjść.

Nel­son ski­nął głową.

- Brzmi roz­sąd­nie, ale to nie jest zwy­czajny przy­pa­dek. Już kilka razy widzia­łem go w takim sta­nie. Pro­szę spoj­rzeć.

Nel­son uniósł ramię pacjenta i cof­nął rękę; ramię zostało w powie­trzu.

- Kata­lep­sja? - zapy­tał Thad­deus.

- Może pan to nazy­wać, jak się panu podoba. Pro­szę tylko uwa­żać, żeby cho­rego nie nie­po­koić i dać mi znać, gdyby zaszły jakieś zmiany.

Uło­żył ramię Smi­tha w poprzed­niej pozy­cji i wyszedł z pokoju.

Thad­deus popa­trzył na pacjenta, potrzą­snął głową i wraz z Meechu­mem wró­cił do sąsied­niego pomiesz­cze­nia. Pie­lę­gniarz wziął karty do ręki.

- Dobiera pan?

- Nie.

- Wie pan co, dok­to­rze? Według mnie do rana będzie po wszyst­kim. Wyj­dzie z tego, ale nogami do przodu.

- Nikt cię nie pyta o zda­nie. Idź na papie­rosa do straż­ni­ków. Chcę chwilę pomy­śleć.

Meechum wzru­szył ramio­nami i wyszedł na kory­tarz. Koman­dosi pil­nu­jący drzwi izo­latki wyprę­żyli się, po czym poznaw­szy, kto idzie, znowu sta­nęli na "spo­cznij".

- Co to było za zamie­sza­nie? - zapy­tał wyż­szy z nich.

- Pacjent uro­dził pię­cio­raczki i kłó­ci­li­śmy się, jak je pona­zy­wać. Daj który fajki i ognia.

Drugi koman­dos wydo­był z kie­szeni paczkę papie­ro­sów.

- Będziesz robił za mamkę?

- Zależy, ile pokarmu będę miał - odparł Meechum i wetknął papie­rosa do ust. - Słowo daję, pano­wie, ja naprawdę nic o nim nie wiem.

- A co z tym roz­ka­zem, żeby pod żad­nym pozo­rem nie wpusz­czać do niego kobiet? To jakiś maniak sek­su­alny czy co?

- Wiem tylko tyle, że przy­wieźli go z "Cham­piona" i że ma mieć abso­lutny spo­kój.

- Aha, z "Cham­piona" - mruk­nął pierw­szy żoł­nierz. - To by się nawet zga­dzało.

- Niby z czym?

- No, wła­śnie z tym. Od mie­sięcy żad­nej nie miał, nie doty­kał, ba, nawet nie widział. I jest chory, no nie? Boją się, że gdyby jakąś dostał, toby mu zaszko­dziło. - Zamru­gał ner­wowo powie­kami. - Mnie na pewno by zaszko­dziło.

***

Smith zda­wał sobie sprawę, że przez krótki czas w pokoju oprócz niego byli także leka­rze, ale zgro­ko­wał, że ich zamiary nie są wro­gie; nie było potrzeby uru­cha­mia­nia całego poten­cjału świa­do­mo­ści.

Rano, gdy zwy­kle pie­lę­gniarki budzą pacjen­tów dotknię­ciem umo­czo­nego w zim­nej wodzie skrawka mate­riału, Smith powró­cił. Przy­śpie­szył bicie serca, wzmógł tempo oddy­cha­nia i pogod­nie rozej­rzał się dookoła. Obej­rzał cały pokój, odno­to­wu­jąc z podzi­wem każdy szcze­gół. Ten pokój był dla niego czymś zupeł­nie nowym; nie tylko nie przy­po­mi­nał niczego, co Smith znał z Marsa, ale był rów­nież cał­ko­wi­cie odmienny od wąskich meta­lo­wych pomiesz­czeń "Cham­piona". Prze­żyw­szy po raz wtóry wszyst­kie wyda­rze­nia, jakie zwią­zały jego gniazdo z tym miej­scem, Smith był gotów je zaak­cep­to­wać, uznać, a nawet w pew­nym stop­niu poko­chać.

W pew­nej chwili poczuł obec­ność innej żywej istoty. Z sufitu opusz­czał się na nitce czarny dłu­go­nogi pająk. Smith przy­glą­dał mu się z zachwy­tem, zasta­na­wia­jąc się, czy to może jeden z jego braci w gnieź­dzie.

Do izo­latki wszedł dok­tor Archer Frame - inter­ni­sta, który objął dyżur po Thad­deu­sie.

- Dzień dobry - powie­dział. - Jak się czu­jesz?

Smith zajął się dokładną ana­lizą jego wypo­wie­dzi. W pierw­szej czę­ści roz­po­znał stwier­dze­nie mające czy­sto for­malne zna­cze­nie, nie wyma­ga­jące żad­nej reak­cji, nato­miast pyta­nie zna­lazł zare­je­stro­wane w swo­jej pamięci wraz z kil­koma wer­sjami tłu­ma­cze­nia; gdy padało z ust dok­tora Nel­sona, zna­czyło jedno, jeżeli sły­szał je od kapi­tana van Trompa - dru­gie.

Poczuł się skon­ster­no­wany, jak zresztą czę­sto, kiedy pró­bo­wał się poro­zu­mieć z tymi stwo­rze­niami. Zmu­sił jed­nak swe ciało do zacho­wa­nia spo­koju i zary­zy­ko­wał odpo­wiedź:

- Czuję... dobrze.

- To dobrze! - odparło stwo­rze­nie jak echo. - Zaraz przyj­dzie dok­tor Nel­son. Chyba już doj­rza­łeś do śnia­da­nia?

Smith zro­zu­miał wszystko, co do niego powie­dziano, ale mimo to trudno mu było w to uwie­rzyć. Zda­wał sobie sprawę, że jego ciało mogło sta­no­wić dla kogoś po pro­stu jedno danie w jakimś uroz­ma­ico­nym posiłku, ale skąd miał wie­dzieć, czy już doj­rzał, czy jesz­cze nie? Poza tym nie ocze­ki­wał, iż spo­tka go taki zaszczyt. Nie miał poję­cia, że świat, do któ­rego tra­fił, boryka się z tak poważ­nymi pro­ble­mami żyw­no­ścio­wymi, iż ist­nieje koniecz­ność redu­ko­wa­nia liczby żyją­cych osob­ni­ków. Poczuł spo­kojny żal, bo prze­cież cze­kało na niego jesz­cze tyle wyda­rzeń, które mógłby prze­żyć, lecz nie miał naj­mniej­szego zamiaru prze­ciw­sta­wiać się losowi.

Wej­ście dok­tora Nel­sona oszczę­dziło mu kło­potu tłu­ma­cze­nia swo­ich uczuć na język tych stwo­rzeń. Lekarz pokła­dowy zba­dał Smi­tha, zer­k­nął na wskaź­niki, po czym zapy­tał:

- Co z ruchami jelit?

Smith zro­zu­miał pyta­nie, bo padało ono z ust leka­rza już nie po raz pierw­szy.

- Bez zmian - odparł Frame.

- Zaj­miemy się tym, ale naj­pierw musi coś zjeść. Daj­cie tu tę tacę.

Nel­son podał mu trzy pierw­sze kęsy, a potem wci­snął mu łyżkę w rękę i kazał samo­dziel­nie jeść. Była to dość męcząca czyn­ność, ale napeł­niła go uczu­ciem rado­snego try­umfu, gdyż oto po raz pierw­szy od chwili przy­by­cia do tego zadzi­wia­ją­cego miej­sca robił coś zupeł­nie sam. Opróż­nił talerz, po czym zapy­tał, żeby móc odpo­wied­nio uczcić tego, komu zawdzię­czał posi­łek:

- Kto to jest?

- Nie kto, tylko co - popra­wił go Nel­son. - Syn­te­tyczna gala­retka odżyw­cza. Teraz wiesz dokład­nie tyle samo, co przed­tem. Skoń­czy­łeś? W porządku, wyska­kuj z tego łóżka.

- Pro­szę? - Dźwięku tego uży­wało się wtedy, kiedy wystę­po­wały jakieś zakłó­ce­nia w prze­ka­zie infor­ma­cji.

- Powie­dzia­łem, żebyś wstał. No, już. Pochodź tro­chę. Jasne, jesteś jesz­cze słaby jak szcze­niak, ale cią­gle taki będziesz, jeśli nie zaczniesz się ruszać.

Nel­son otwo­rzył zawór w mate­racu, wypusz­cza­jąc z niego wodę. Smith pró­bo­wał opa­no­wać ogar­nia­jący go strach, bo wie­dział, że Nel­son nie chce go skrzyw­dzić. Już po chwili leżał na sfla­cza­łej war­stwie wodosz­czel­nego mate­riału.

- Dok­to­rze Frame, pro­szę wziąć go z dru­giej strony - pole­cił Nel­son.

Z pomocą obu męż­czyzn Smith prze­to­czył się przez kra­wędź łóżka.

- Dobra. A teraz wsta­waj. Nie bój się, w razie czego zdą­żymy cię zła­pać.

Z wysił­kiem sta­nął na nogach - wysmu­kły młody męż­czy­zna o nie­do­ro­zwi­nię­tych mię­śniach i nad­mier­nie roz­bu­do­wa­nej klatce pier­sio­wej. Na "Cham­pio­nie" przy­strzy­żono mu włosy i zgo­lono zarost. Naj­bar­dziej zwra­cała uwagę jego twarz o łagod­nych dzie­cię­cych rysach, obda­rzona oczami, któ­rych spoj­rze­nie zda­wało się nale­żeć do sędzi­wego starca.

Stał przez chwilę, lekko drżąc na całym ciele, po czym ostroż­nie zro­bił pierw­szy krok. Po dwóch dal­szych twarz roz­pro­mie­niła mu się w rado­snym dzie­cin­nym uśmie­chu.

- Dobrze! - pochwa­lił go Nel­son.

Spró­bo­wał zro­bić jesz­cze jeden krok, ale drże­nie mię­śni nasi­liło się i osu­nął się tak szybko, że Frame i Nel­son ledwo zdą­żyli go zła­pać.

- Do licha! - zaklął dok­tor Nel­son. - Znowu ten jego trans. Połóżmy go do łóżka... Albo nie, naj­pierw trzeba napeł­nić mate­rac.

Frame prze­rwał dopływ wody w chwili, kiedy ela­styczna powłoka wypeł­niła się mniej wię­cej w trzech czwar­tych. Prze­nie­śli Smi­tha na łóżko, nie bez trudu, bo sku­lił się w pozy­cji embrio­nal­nej.

- Pro­szę pod­ło­żyć mu poduszkę pod kark i zawo­łać mnie, kiedy pan uzna, że jestem potrzebny - naka­zał Frame'owi Nel­son. - Po połu­dniu znowu spró­bu­jemy go tro­chę roz­ru­szać. Za trzy mie­siące będzie ska­kał po drze­wach jak małpa. W grun­cie rze­czy nic mu nie dolega.

- Tak jest - odpo­wie­dział nie­zu­peł­nie prze­ko­nany Frame.

- Aha, jesz­cze jedno: niech go pan nauczy korzy­stać z łazienki. Tylko pro­szę wziąć pie­lę­gnia­rza; nie chcę, żeby się prze­wró­cił.

- Dobrze. Eee... Jak by mi pan radził, to zna­czy w jaki spo­sób...

- Co? A, o to panu cho­dzi. Niech mu pan po pro­stu pokaże. Jesz­cze nie­wiele rozu­mie z tego, co się do niego mówi, ale jest dia­bel­nie bystry.

Smith zjadł obiad bez niczy­jej pomocy. Posłu­gacz, który przy­szedł po tacę, nachy­lił się nagle nad łóż­kiem.

- Słu­chaj, mam dla cie­bie inte­re­su­jącą pro­po­zy­cję - wyszep­tał.

- Pro­szę?

- Pro­po­zy­cję. Możesz łatwo zaro­bić kupę pie­nię­dzy.

- Pie­nię­dzy? Co to jest?

- Daj sobie spo­kój z filo­zo­fo­wa­niem; każdy potrze­buje pie­nię­dzy. Będę się stresz­czał, bo nie mogę tu długo zostać. Nawet nie wiesz, ile trzeba było kom­bi­no­wać, żeby mnie tu wkrę­cić. Jestem z "Peer­less Featu­res". Pła­cimy za twoją histo­rię sześć­dzie­siąt tysięcy, a cie­bie o nic głowa nie boli. Mamy naj­lep­szych "cichych" pisa­rzy, jacy w ogóle są. Ty tylko odpo­wia­dasz na pyta­nia, a oni skła­dają wszystko do kupy. - Wycią­gnął z zana­drza jakiś papier. - Tylko to pod­pisz.

Smith wziął for­mu­larz do ręki i zapa­trzył się na niego, trzy­ma­jąc go do góry nogami. Męż­czy­zna zmełł w ustach prze­kleń­stwo.

- Do licha! Nie czy­tasz po angiel­sku?

Smith zro­zu­miał na tyle, żeby odpo­wie­dzieć:

- Nie.

- W takim razie... Dobra! Ja ci to prze­czy­tam, ty odci­śniesz mi pod tym swój kciuk, a ja poświad­czę jego auten­tycz­ność. Słu­chaj: "Ja, niżej pod­pi­sany Valen­tine Michael Smith, znany także jako Czło­wiek z Marsa, prze­ka­zuję "Peer­less Featu­res" cał­ko­wite i wyłączne prawa do mojej opo­wie­ści zaty­tu­ło­wa­nej Byłem więź­niem na Mar­sie, w zamian za...".

- Salowy!

W drzwiach sta­nął dok­tor Frame. Papier znik­nął rów­nie szybko, jak się poja­wił.

- Już idę, pro­szę pana. Wła­śnie zabie­ra­łem tacę.

- Co tam czy­ta­łeś?

- Nic.

- I tak cię widzia­łem. Tego pacjenta pod żad­nym pozo­rem nie wolno nie­po­koić.

Wyszli razem z pokoju, zamy­ka­jąc za sobą drzwi. Smith przez ponad godzinę nie wyko­nał naj­mniej­szego ruchu, ale choć sta­rał się ze wszyst­kich sił, nie mógł za nic zgro­ko­wać, o co w tym wszyst­kim cho­dziło.

roz­dział 4

Gil­lian Board­man była zna­ko­mitą pie­lę­gniarką, a jej hobby sta­no­wili męż­czyźni. Tego dnia spra­wo­wała funk­cję prze­ło­żo­nej pię­tra, na któ­rym leżał Smith. Kiedy dotarły do niej plotki, że chory z izo­latki K-12 ni­gdy w życiu nie widział kobiety, nie uwie­rzyła im, nie­mniej jed­nak posta­no­wiła rzu­cić okiem na tajem­ni­czego pacjenta.

Wie­działa o zaka­zie odwie­dza­nia go przez kobiety i cho­ciaż nie uwa­żała sie­bie za osobę odwie­dza­jącą, to jed­nak zre­zy­gno­wała z zamiaru dosta­nia się do sepa­ratki przez sta­ran­nie strze­żone drzwi. Koman­dosi mieli nie­przy­jemny zwy­czaj ści­słego wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów. Zamiast tego weszła do sąsied­niej dyżurki.

Dok­tor Thad­deus uniósł głowę znad wskaź­ni­ków.

- O, Buzia­czek we wła­snej oso­bie! Cześć, kocha­nie. Co cię tutaj spro­wa­dza?

- Wła­śnie robię obchód. Jak tam twój pacjent?

- Niech cię o to główka nie boli, kru­szyno. Nic do niego nie masz, sprawdź w roz­pi­sce.

- Już spraw­dzi­łam. Chcia­ła­bym go zoba­czyć.

- Odpo­wiem krótko: nie.

- Och, Tad, nie bądź takim służ­bi­stą.

Thad­deus nagle zain­te­re­so­wał się swo­imi paznok­ciami.

- Gdy­bym wpu­ścił cię do jego pokoju, zesła­liby mnie na Antark­tydę. Dok­tor Nel­son urzą­dzi awan­turę, nawet jeśli nakryje cię w dyżurce.

- Może tu przyjść?

- Tylko wtedy, jak go wezwę. Odsy­pia swoje prze­cią­że­niowe zmę­cze­nie.

- Więc czemu jesteś taki prze­pi­sowy?

- Już wystar­czy, sio­stro.

- W porządku, dok­to­rze. Śmier­dziel! - par­sk­nęła z furią.

- Jill!

- I do tego kabo­tyn!

Wes­tchnął ciężko.

- Czy sobota wie­czo­rem jesz­cze jest aktu­alna?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Chyba tak. W dzi­siej­szych cza­sach dziew­czyna nie może być zbyt wybredna.

Wró­ciła do swego gabi­netu i wzięła uni­wer­salny klucz. Kiedy już raz coś sobie posta­no­wiła, nie­ła­two było ją od tego odwieść. Pokój K-12 łączył się bez­po­śred­nio z małym pomiesz­cze­niem słu­żą­cym jako pocze­kal­nia dla odwie­dza­ją­cych, kiedy izo­latkę zaj­mo­wała jakaś ważna oso­bi­stość. Teraz było ono puste. Weszła tam, nie wzbu­dza­jąc naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia straż­ni­ków, nie­świa­do­mych, że wystrych­nięto ich na dudka.

Przy drzwiach pro­wa­dzą­cych do pokoju tajem­ni­czego pacjenta na mgnie­nie oka się zawa­hała, odczu­wa­jąc pod­nie­ce­nie podobne do tego, gdy wykra­dała się nocą ze szkol­nego inter­natu. Po chwili naci­snęła klamkę i weszła do środka.

Chory leżał w łóżku. Spoj­rzał w jej stronę, kiedy zamy­kała za sobą drzwi. W pierw­szym momen­cie odnio­sła wra­że­nie, że już nie­wiele jest w sta­nie mu pomóc. Jego pozba­wiona wyrazu twarz zda­wała się świad­czyć o apa­tii, cha­rak­te­ry­stycz­nej dla nie­ule­czal­nie cho­rych. Dopiero póź­niej dostrze­gła pło­nące cie­ka­wo­ścią oczy. Czyżby miał pora­żone mię­śnie twa­rzy?

- Jak się dzi­siaj mie­wamy? Lepiej? - zapy­tała z pro­fe­sjo­nalną swo­bodą.

Smith prze­ana­li­zo­wał oba pyta­nia. Pierw­sze z nich odno­siło się co naj­mniej do dwóch osób, co było dla niego cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe. Może w ten spo­sób wyra­żano chęć wza­jem­nego podzi­wia­nia i zbli­że­nia? Dru­gie pyta­nie już wiele razy sły­szał od Nel­sona.

- Tak - odpo­wie­dział.

- To dobrze.

Oprócz dziw­nej nie­ru­cho­mo­ści twa­rzy nie dostrze­gła w nim niczego nie­zwy­kłego; jeżeli istot­nie ni­gdy do tej pory nie widział kobiety, to potra­fił to dosko­nale ukryć.

- Mogę w czymś pomóc? - Zauwa­żyła, że na sto­liku nie ma szklanki. - Może przy­nieść ci wody?

Smith od razu się zorien­to­wał, że ta istota jest inna od pozo­sta­łych. Porów­nał to, co widział, z tym, co poka­zy­wał mu na foto­gra­fiach dok­tor Nel­son, usi­łu­jąc pod­czas podróży wyja­śnić mu zadzi­wia­jący układ, w jakim ci ludzie żyli. Więc to wła­śnie jest "kobieta"...

Był poru­szony, a jed­no­cze­śnie jakby tro­chę zawie­dziony. Opa­no­wał jed­nak emo­cje, żeby móc bez prze­szkód gro­ko­wać to, co się wokół niego działo. Udało mu się to tak dobrze, że dok­tor Thad­deus nie dostrzegł żad­nej zmiany na wskaź­ni­kach.

Kiedy jed­nak prze­tłu­ma­czył sobie ostat­nie pyta­nie, doświad­czył takiego przy­pływu emo­cji, że nie­wiele bra­ko­wało, a pozwo­liłby swemu sercu znacz­nie przy­śpie­szyć rytm ude­rzeń. Poha­mo­wał się, zbesz­tał w duchu za brak dys­cy­pliny, po czym skon­tro­lo­wał dokład­ność tłu­ma­cze­nia.

Wszystko się zga­dzało. Ta kobieca istota ofia­ro­wy­wała mu wodę. Chciała się zbli­żyć.

Odpo­wie­dział z wiel­kim wysił­kiem, sta­ra­jąc się dobrać odpo­wied­nie zna­cze­nia i ze wszyst­kich sił pró­bu­jąc zacho­wać należną powagę:

- Dzię­kuję ci za wodę. Obyś zawsze pił do woli.

Na twa­rzy sio­stry Board­man odbiło się lek­kie zdzi­wie­nie.

- Och, jak miło!

Zna­la­zła szklankę, napeł­niła ją wodą i mu podała.

- Ty pij - powie­dział.

"Boi się, żebym go nie otruła?" - zapy­tała sie­bie w duchu, ale zro­biła, o co pro­sił, gdyż uczy­nił to bar­dzo poważ­nym tonem. Napił się zaraz po niej, po czym opadł na łóżko, jakby doko­nał cze­goś nie­zwy­kle waż­nego.

Jill pomy­ślała, że z przy­gody, na którą po cichu liczyła, chyba będą nici.

- Jeżeli nic wię­cej nie potrze­bu­jesz, to ja już pójdę. Mam masę rze­czy do roboty.

Ruszyła do drzwi, ale zatrzy­mał ją jego głos.

- Nie!

Przy­sta­nęła.

- Tak?

- Nie odchodź!

- Ale... Dobrze, ale zaraz i tak będę musiała. - Ponow­nie zbli­żyła się do łóżka. - Jesz­cze cze­goś potrze­bu­jesz?

Zmie­rzył ją uważ­nym wzro­kiem.

- Czy ty jesteś... kobieta?

Jill Board­man nie spo­dzie­wała się tego pyta­nia. W pierw­szym odru­chu chciała je zbyć jakimś żar­tem, lecz nie pozwo­liła jej na to poważna twarz i utkwione w niej oczy Smi­tha. Zaczęło do niej docie­rać, że to, co wyda­wało się jej nie­moż­liwe, jed­nak jest fak­tem: ten czło­wiek naprawdę ni­gdy w życiu nie widział kobiety.

- Tak, jestem kobietą - powie­działa wolno i wyraź­nie.

Smith na­dal wpa­try­wał się w nią nie­ru­cho­mym wzro­kiem. Jill poczuła się tro­chę nie­swojo. Prze­by­wa­nie pod ostrza­łem męskich spoj­rzeń uwa­żała za coś zupeł­nie natu­ral­nego, ale teraz czuła się tak, jakby ktoś badał ją pod mikro­sko­pem. Zadrżała.

- I jak? Chyba wyglą­dam na kobietę?

- Nie wiem - odparł powoli Smith. - Jak wygląda kobieta? Dla­czego jesteś kobietą?

- Do licha! - Od chwili, kiedy skoń­czyła dwa­na­ście lat, żadna roz­mowa z męż­czy­zną tak bar­dzo nie wymy­kała jej się z rąk jak ta. - Chyba nie chcesz, żebym zdjęła ubra­nie i ci poka­zała?

Smith potrze­bo­wał tro­chę czasu, żeby prze­ana­li­zo­wać wszyst­kie sym­bole i dobrać zna­cze­nia. Pierw­szej wypo­wie­dzi w ogóle nie mógł zgro­ko­wać; może to jeden z tych nic nie­zna­czą­cych for­mal­nych dźwię­ków... cho­ciaż powie­działa to z taką siłą, że mogła to być nawet ostat­nia wypo­wiedź, poprze­dza­jąca cza­sowe lub osta­teczne wyco­fa­nie się świa­do­mo­ści. Być może tak bar­dzo naru­szył przy­jęty spo­sób poro­zu­mie­wa­nia się z kobiecą istotą, że była gotowa natych­miast się odcie­le­śnić.

Nie chciał, żeby ta kobieta umie­rała, cho­ciaż być może było to jej prawo lub nawet obo­wią­zek. Rap­towne przej­ście od rytu­ału dzie­le­nia się wodą do sytu­acji, w któ­rej nowo pozy­skany wodny brat miał zamiar wyco­fać się lub nawet odcie­le­śnić, mogłoby wywo­łać u niego panikę, gdyby świa­do­mie nie blo­ko­wał dostępu tego rodzaju emo­cjom. Posta­no­wił jed­nak, że jeśli ona umrze, on uczyni natych­miast to samo; po tym, jak podzie­lili się wodą, nie mógł nic innego wygro­ko­wać.

Druga część wypo­wie­dzi zawie­rała sym­bole, z któ­rymi zdą­żył się już zetknąć. Gro­ko­wał jej zna­cze­nie i wyda­wało mu się, że jed­nak ist­nieje spo­sób na zaże­gna­nie kry­zysu. Może jeśli ta kobieta zdej­mie ubra­nie, to żadne z nich nie będzie musiało się odcie­le­śniać?

- Pro­szę - powie­dział z rado­snym uśmie­chem.

Jill otwo­rzyła bez­wied­nie usta, zamknęła je, po czym znowu otwo­rzyła.

- A niech to! - wykrztu­siła wresz­cie.

Smith bez trudu zgro­ko­wał jej stan emo­cjo­nalny i domy­ślił się, że wybrał złą odpo­wiedź. W związku z tym zaczął bez­zwłocz­nie przy­go­to­wy­wać się do odcie­le­śnie­nia, roz­ko­szu­jąc się po raz ostatni wspo­mnie­niami tego, co robił i widział, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem tej kobie­cej istoty. Jed­nak po chwili dotarło do niego, że kobieta pochyla się nad nim, i zdał sobie sprawę, że ona wcale nie zamie­rza umrzeć.

Jill spoj­rzała mu pro­sto w oczy.

- Popraw mnie, jeśli się mylę - powie­działa - ale o ile dobrze zro­zu­mia­łam, to chcesz, żebym się roze­brała.

Zda­nie o tak skom­pli­ko­wa­nej kon­struk­cji wyma­gało sta­ran­nego tłu­ma­cze­nia, ale Smith dał sobie radę.

- Tak - odparł, mając nadzieję, że nie wywoła tym kolej­nego kry­zysu.

- Wła­śnie tak mi się wyda­wało. Bra­cie, ty wcale nie jesteś chory.

Naj­pierw zajął się sło­wem "brat" - naj­wy­raź­niej kobieta przy­po­mi­nała mu, że byli połą­czeni przy­mie­rzem wody. Wezwał w duchu na pomoc swych innych braci w gnieź­dzie, żeby móc spro­stać temu, czego ów nowy brat może od niego chcieć.

- Nie jestem chory - zgo­dził się.

- Ale niech mnie kule biją, jeśli wiem, co ci jest. Nie roz­biorę się. Zresztą muszę już iść. - Ruszyła w stronę bocz­nych drzwi, ale jesz­cze się zatrzy­mała i spoj­rzała na niego z zagad­ko­wym uśmie­chem. - Kie­dyś, przy jakiejś oka­zji, możesz mnie o to jesz­cze raz ład­nie popro­sić. Sama jestem cie­kawa, co by z tego wyni­kło.

Wyszła z pokoju, a Smith odprę­żył się i chwi­lowo prze­stał zwra­cać uwagę na ota­cza­jącą go rze­czy­wi­stość. Odczu­wał wiel­kie zado­wo­le­nie z tego, że potra­fił zna­leźć takie wyj­ście z sytu­acji, które nie wyma­gało śmierci ich obojga, lecz jed­no­cze­śnie zda­wał sobie sprawę, iż ma jesz­cze wiele do zgro­ko­wa­nia. Ostat­nie słowa kobiety zawie­rały kilka sym­boli zupeł­nie dla niego nowych oraz kilka już zna­nych, ale zmie­nio­nych na tyle, że nie był cał­ko­wi­cie pewien, czy dobrze je zro­zu­miał. Cie­szył się jed­nak, że mógł się poro­zu­mieć ze swoim wod­nym bra­tem, choć to poro­zu­mie­nie było zabar­wione czymś nie­po­ko­ją­cym, a zara­zem nad wyraz przy­jem­nym. Myśląc o swoim nowym bra­cie, odczu­wał w całym ciele nie­zwy­kłe mro­wie­nie. Uczu­cie to przy­po­mi­nało dozna­nia, towa­rzy­szące mu, kiedy po raz pierw­szy uczest­ni­czył w cere­mo­nii odcie­le­śnie­nia. Poczuł się bar­dzo szczę­śliwy, nie wie­dząc dla­czego.

Żało­wał, że nie ma przy nim jego brata dok­tora Mah­mo­uda. Jesz­cze wiele musiał zgro­ko­wać, a nie bar­dzo miał z czego.

***

Przez resztę dyżuru Jill czuła się tak, jakby nagle zna­la­zła się w gęstej mgle. Przed oczami cią­gle miała twarz Czło­wieka z Marsa, w uszach zaś brzmiały jej te zwa­rio­wane rze­czy, które mówił. Nie, wcale nie zwa­rio­wane - pra­co­wała przez jakiś czas na oddziale psy­chia­trycz­nym i mogła z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że jego słowa nie nosiły zna­mion sza­leń­stwa. Bar­dziej ade­kwatne było chyba słowo "nie­win­ność"... Cho­ciaż nie, to też nie było to. Wyraz jego twa­rzy był rze­czywiście nie­winny, ale oczu już nie. Jaka istota mogła mieć taką twarz?

Swego czasu Jill pra­co­wała w szpi­talu pro­wa­dzo­nym przez sio­stry zakonne i teraz wyobra­ziła sobie twarz Smi­tha w zakon­nym czepku. Nie, to nie miało naj­mniej­szego sensu; w jego twa­rzy nie było nic kobie­cego.

Prze­bie­rała się wła­śnie w zwy­czajne ubra­nie, kiedy jej kole­żanka wetknęła głowę do pokoju.

- Tele­fon do cie­bie, Jill.

Włą­czyła tylko fonię, nie prze­ry­wa­jąc ubie­ra­nia.

- Czy to Sło­wi­czek? - zapy­tał dono­śny bary­ton.

- Zga­dza się. To ty, Ben?

- Nie­ugięty bojow­nik o wol­ność prasy we wła­snej oso­bie. Maleńka, czy jesteś zajęta?

- Zależy, co masz na myśli.

- Mam na myśli posta­wie­nie ci bef­sztyka, upo­je­nie cię pły­nem o wyso­kiej zawar­to­ści alko­holu i zada­nie ci jed­nego pyta­nia.

- Odpo­wiedź brzmi: nie.

- Och, nie o tym pyta­niu myśla­łem.

- Czyż­byś znał inne? Pochwal się.

- Póź­niej. Chcę, żebyś naj­pierw tro­chę zmię­kła.

- Praw­dziwy bef­sztyk czy syn­te­tyczny?

- Naj­praw­dziw­szy. Jak wbi­jesz w niego wide­lec, to zary­czy.

- Chyba masz otwarty kre­dyt, Ben.

- Twoja uwaga jest nie­ele­gancka i doty­czy mało istot­nej kwe­stii. Więc jak?

- Namó­wi­łeś mnie.

- Dach Cen­trum, za dzie­sięć minut.

Zdjęła ubra­nie, które już zało­żyła, i wycią­gnęła z szafy strój przy­go­to­wany na tego typu awa­ryjne sytu­acje. Był bar­dzo skromny i pół­prze­zro­czy­sty, do tego stop­nia, że z dro­bia­zgową dokład­no­ścią odtwa­rzał to, co byłoby widać, gdyby nic na sobie nie miała. Popa­trzyła z zado­wo­le­niem na odbi­cie w lustrze i wsia­dła do pośpiesz­nej windy.

Wysia­dła na dachu i rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu Bena Caxtona, kiedy ktoś deli­kat­nie dotknął jej ramie­nia. Był to jeden z porząd­ko­wych.

- Czeka na panią tak­sówka, panno Board­man. Ten tal­bot kombi.

- Dzię­kuję, Jack.

Wsia­dła do cze­ka­ją­cej z otwar­tymi drzwiami maszyny i wzięła głę­boki oddech, żeby zło­śli­wie pochwa­lić pomy­sło­wość Bena, kiedy zoba­czyła, że jest zupeł­nie sama w kabi­nie. Tak­sówka wystar­to­wała, zato­czyła sze­roki łuk i zgod­nie z zapro­gra­mo­wa­nym kie­run­kiem lotu skie­ro­wała się na drugą stronę Poto­maku, gdzie wylą­do­wała na chwilę na jed­nym z par­kin­gów; kiedy Ben wsiadł, ponow­nie wystar­to­wała.

- Aleś zważ­niał! - zawo­łała Jill. - Od kiedy zatrud­niasz roboty, które przy­wożą ci upa­trzone kobiety?

Ben pokle­pał ją po kola­nie.

- Mam swoje powody, maleńka - powie­dział łagod­nie. - Nikt nie może mnie z tobą zoba­czyć.

- Coś takiego!

- Ani cie­bie ze mną, jeżeli już o to cho­dzi. Nie złość się, to było konieczne.

- Hmm... Które z nas jest trę­do­wate?

- Oby­dwoje, Jill. Jestem dzien­ni­ka­rzem...

- Już zaczę­łam podej­rze­wać, że kimś zupeł­nie innym.

- ...ty zaś pie­lę­gniarką ze szpi­tala, w któ­rym trzy­mają Czło­wieka z Marsa.

- Czy wła­śnie dla­tego nie jestem godna, abyś przed­sta­wił mnie swo­jej matce?

- Naprawdę nic nie rozu­miesz, Jill? W oko­licy jest teraz około tysiąca repor­te­rów, agen­tów, radiow­ców, fil­mow­ców. Każdy z nich sta­rał się prze­pro­wa­dzić wywiad z Czło­wie­kiem z Marsa, ale żad­nemu się to nie udało. Uwa­żasz, że byłoby dobrze, gdyby widziano nas wycho­dzą­cych razem ze szpi­tala?

- Nie rozu­miem, jakie by to mogło mieć zna­cze­nie. Prze­cież ja nie jestem Czło­wie­kiem z Marsa.

Przyj­rzał się jej badaw­czo.

- Rze­czy­wi­ście, nie jesteś. Ale pomo­żesz mi się z nim spo­tkać. Wła­śnie dla­tego nie zja­wi­łem się po cie­bie oso­bi­ście.

- Że co, pro­szę? Ben, chyba za długo prze­by­wa­łeś na słońcu bez nakry­cia głowy. Prze­cież jego pil­nują koman­dosi!

- Wiem o tym. Trzeba to dokład­nie omó­wić.

- Nie mam poję­cia, co tu jest do oma­wia­nia!

- Póź­niej. Naj­pierw coś zjemy.

- To brzmi znacz­nie roz­sąd­niej. Czy twój kre­dyt wystar­czy na New May­flo­wer? Bo chyba rze­czy­wi­ście masz nie­ogra­ni­czony kre­dyt, prawda?

Caxton zmarsz­czył brwi.

- Jill, nie zary­zy­ko­wał­bym poka­za­nia się w restau­ra­cji leżą­cej bli­żej niż w Louisville, a ten grat nie doleci tam wcze­śniej niż za dwie godziny. Co byś powie­działa na obiad u mnie?

- ...zapy­tał pająk muchę. Ben, jestem zbyt zmę­czona na zapasy.

- O czym ty mówisz? Słowo ryce­rza, nawet cię nie tknę, żebym tak miał paść tru­pem!

- No, nie wiem... Jeżeli będę przy tobie bez­pieczna, to zna­czy, że coś jest bar­dzo nie w porządku. A, niech tam. Jak słowo, to słowo.

Caxton naci­snął odpo­wied­nie guziki. Tak­sówka, zatrzy­mana uprzed­nio w powie­trzu komendą "cze­kaj", skie­ro­wała się do hotelu, w któ­rym miesz­kał Ben.

- Ile czasu potrze­bu­jesz na wchło­nię­cie odpo­wied­niej ilo­ści pro­cen­tów, kocia łapko? - zapy­tał, wystu­ku­jąc numer tele­fonu. - Nie wiem, na kiedy mam zamó­wić bef­sztyki.

Jill zasta­no­wiła się przez chwilę.

- Czy mam rozu­mieć, że twoja pułapka na myszy ma pry­watną kuch­nię?

- Coś w tym rodzaju. Wydaje mi się, że chyba da się tam zro­bić porządny bef­sztyk.

- Ja go zamó­wię. Daj mi słu­chawkę.

Wydała pole­ce­nia, prze­ry­wa­jąc tylko raz, żeby upew­nić się, czy Ben lubi cyko­rię. Wysie­dli z tak­sówki na dachu hotelu i zeszli do zaj­mo­wa­nego przez męż­czy­znę apar­ta­mentu; był utrzy­many w sta­ro­mod­nym stylu, a jedyną oznakę luk­susu sta­no­wił rosnący na pod­ło­dze salonu traw­nik. Jill zdjęła buty i weszła boso do pokoju, czu­jąc, jak mięk­kie zie­lone blaszki ugi­nają się pod jej sto­pami.

- O rety, ale faj­nie - wes­tchnęła. - Od chwili, kiedy zaczę­łam pra­co­wać jako pie­lę­gniarka, cią­gle bolą mnie stopy.

- Sia­daj, pro­szę.

- Nie ma mowy. Pra­gnę, żeby moje stopy zapa­mię­tały to cho­ciaż do jutra.

- Rób, co chcesz.

Ben poszedł do kuchni przy­rzą­dzić drinki.

Wkrótce Jill także się tam zna­la­zła, czu­jąc się nie­mal jak u sie­bie w domu. Bef­sztyki, jak rów­nież wstęp­nie pod­pie­czone ziem­niaki wje­chały na górę spe­cjalną windą. Jill przy­pra­wiła sałatkę, wsta­wiła ją do lodówki, po czym usta­wiła w pie­cyku pro­gram sma­że­nia bef­szty­ków, ale go nie uru­cho­miła.

- Ben, czy to urzą­dze­nie nie ma zdal­nego ste­ro­wa­nia?

Obej­rzał rezul­tat jej poczy­nań i pstryk­nął wyłącz­ni­kiem.

- Powiedz mi, co byś zro­biła, gdy­byś musiała coś ugo­to­wać nad ogni­skiem?

- Dała­bym sobie zna­ko­mi­cie radę, bo kie­dyś byłam har­cerką. A ty, mądralo?

Prze­szli z powro­tem do salonu, gdzie Jill usia­dła w kucki na traw­niku, i zajęli się mar­tini. Naprze­ciwko fotela Bena stał uda­jący akwa­rium odbior­nik ste­reo­wi­zji. Ben włą­czył go; po kilku sekun­dach zni­kły począt­kowe zakłó­ce­nia, ustę­pu­jąc miej­sca twa­rzy zna­nego komen­ta­tora Augu­sta Gre­avesa.

- ...można z całą pew­no­ścią stwier­dzić - mówił Gre­aves - że Czło­wiek z Marsa jest utrzy­my­wany w sta­nie oszo­ło­mie­nia nar­ko­tycz­nego, po to, by unie­moż­li­wić mu ujaw­nie­nie tych fak­tów. Rząd zna­la­złby się w nie­zwy­kle...

Caxton wyłą­czył odbior­nik.

- Gus, stary byku - powie­dział uprzej­mie - wiesz na ten temat dokład­nie tyle samo co ja. - Zmarsz­czył brwi. - Cho­ciaż może masz rację, że rząd szpry­cuje go nar­ko­ty­kami.

- Wcale nie - ode­zwała się Jill.

- Hę? Jak to, maleńka?

- Nikt mu nie podaje żad­nych środ­ków psy­cho­tro­po­wych. - I tak powie­działa już wię­cej, niż zamie­rzała. - Cały czas jest przy nim lekarz, ale nic mu nie podają.

- Jesteś tego pewna? Prze­cież ty się nim nie opie­ku­jesz?

- Nie. Mało tego, wydano nawet pole­ce­nie, żeby nie dopusz­czać do niego żad­nych kobiet. Pil­nują go koman­dosi.

Caxton ski­nął głową.

- Sły­sza­łem o tym. A więc nie możesz z całą pew­no­ścią stwier­dzić, czy jest pod dzia­ła­niem jakichś środ­ków, czy nie.

Jill zagry­zła wargi. Jeżeli chce, żeby jej uwie­rzył, musi mu wszystko powie­dzieć.

- Obie­casz, że mnie nie wsy­piesz?

- Niby jak?

- Wszystko jedno. No, tak w ogóle.

- Hmm... To rze­czy­wi­ście dosyć ogólne poję­cie, ale niech tam. Nie wsy­pię cię.

- To dobrze. Dolej mi jesz­cze.

Kiedy zawar­tość szklanki została uzu­peł­niona, Jill zaczęła dalej mówić:

- Wiem, że Czło­wieka z Marsa niczym nie szpry­cują, bo z nim roz­ma­wia­łam.

Ben prze­cią­gle gwizd­nął.

- Domy­śla­łem się tego. Dziś rano powie­dzia­łem sobie: "Zobacz się z Jill, to twoja atu­towa karta". Kocha­nie, masz następ­nego drinka. Masz sześć drin­ków. Masz całą butelkę.

- Ejże, nie tak szybko!

- Jak sobie życzysz. A może chcesz, bym roz­ma­so­wał twoje biedne małe stópki? Sza­nowna pani, za chwilę zosta­nie z panią prze­pro­wa­dzony wywiad. Jak...

- Ben, nie! Prze­cież obie­ca­łeś. Jedno słowo o mnie i wyla­tuję z pracy.

- Hmm... A co byś powie­działa o tym: "Jak dowia­du­jemy się z dobrze poin­for­mo­wa­nych źró­deł...".

- Daj spo­kój!

- Dziew­czyno, jeżeli umrę z cie­ka­wo­ści, będziesz musiała sama zjeść dwa bef­sztyki!

- Dobrze, opo­wiem ci. Ale nie wolno ci tego wyko­rzy­stać.

Ben wysłu­chał rela­cji o tym, jak dziew­czy­nie udało się oszu­kać straż­ni­ków, nie prze­ry­wa­jąc jej ani sło­wem.

- Mogła­byś to zro­bić jesz­cze raz? - zapy­tał, kiedy skoń­czyła.

- Przy­pusz­czam, że tak, ale tego nie zro­bię. To zbyt ryzy­kowne.

- A nie uda­łoby ci się jakoś mnie tam prze­my­cić? Na przy­kład gdy­bym prze­brał się... bo ja wiem... za elek­tryka? Wiesz, kom­bi­ne­zon, cza­peczka i torba z narzę­dziami. Pod­rzu­ci­ła­byś mi klucz, a ja wtedy...

- Nie!

- Ale dla­czego? Dzie­cinko, bądźże roz­sądna! To naj­bar­dziej pasjo­nu­jąca histo­ria od czasu, kiedy Kolumb namó­wił Iza­belę, żeby zasta­wiła swoje klej­noty. Jedyne, czego się boję, to że mógł­bym spo­tkać praw­dzi­wego elek­tryka i...

- Ja nato­miast boję się o sie­bie - prze­rwała mu Jill. - Dla cie­bie to tylko dzien­ni­kar­ska sen­sa­cja, a dla mnie to moje życie. Zabiorą mi cze­pek i wygnają z mia­sta, tak jak kie­dyś robili z ladacz­ni­cami.

- Hmm... Może to i prawda.

- Na pewno prawda.

- Pani, za chwilę zosta­niesz prze­ku­piona.

- Ile mi dasz? Zapew­nie­nie mi w miarę przy­jem­nego życia w Rio będzie cię sporo kosz­to­wać.

- Chyba nie sądzisz, że prze­biję Asso­cia­ted Press czy Reu­tera. Co powiesz na stówę?

- Za kogo ty mnie masz?

- To oby­dwoje wiemy, teraz dys­ku­tu­jemy już tylko o cenie. Sto pięć­dzie­siąt?

- Bądź tak miły i znajdź mi numer Asso­cia­ted Press.

- Kapi­tol 10-9000. Jill, czy wyj­dziesz za mnie za mąż? To naj­wię­cej, ile mogę ci zaofia­ro­wać.

- Co powie­dzia­łeś? - zapy­tała ze zdu­mie­niem.

- Czy wyj­dziesz za mnie za mąż? Kiedy wygnają cię z mia­sta jak ladacz­nicę, będę cze­kał zaraz za rogat­kami i zaopie­kuję się tobą, uwal­nia­jąc cię od nędzy i poni­że­nia. Wró­cimy tutaj, będziesz mogła ochło­dzić stopy na mojej, to zna­czy na naszej tra­wie i zapo­mnieć o swej hań­bie. Ale naj­pierw musisz mnie prze­my­cić do jego izo­latki.

- Ben, przez chwilę odnio­słam wra­że­nie, że mówisz serio. Czy powtó­rzysz to, jeśli wezwę Świadka?

Z piersi Caxtona wyrwało się cięż­kie wes­tchnie­nie.

- Możesz wzy­wać.

Wstała i deli­kat­nie go poca­ło­wała.

- Nie bój się, nie zła­pię cię za słowo. Ale na przy­szłość pamię­taj: roz­ma­wia­jąc ze starą panną, ni­gdy nie żar­tuj na temat mał­żeń­stwa.

- Wcale nie żar­to­wa­łem.

- Czyżby? Dobra, wytrzyj sobie szminkę z twa­rzy, to opo­wiem ci wszystko, co wiem, a potem zasta­no­wimy się nad tym, jak mógł­byś to wyko­rzy­stać, nie spro­wa­dza­jąc na mnie nie­szczę­ścia. Musisz przy­znać, że to uczciwe posta­wie­nie sprawy, prawda?

- Chyba tak.

Zre­la­cjo­no­wała mu ze szcze­gó­łami całą histo­rię.

- Jestem pewna, że nie był pod dzia­ła­niem żad­nych środ­ków psy­cho­tro­po­wych, i nie mam naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że był przy zdro­wych zmy­słach, cho­ciaż jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby ktoś mówił takie dziwne rze­czy i zada­wał takie cho­lerne pyta­nia.

- Byłoby jesz­cze dziw­niej, gdyby tego nie robił.

- Jak to?

- Jill, nie­wiele wiemy o Mar­sie, ale jedno nie ulega naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści: Mar­sja­nie to nie są ludzie. Wyobraź sobie, że nagle zna­leź­li­śmy się gdzieś głę­boko w dżun­gli, na przy­kład wśród ple­mie­nia, które ni­gdy nie widziało butów. Czy potra­fi­ła­byś od razu przy­swoić sobie wszyst­kie niu­anse zupeł­nie obcej kul­tury? To bar­dzo odle­gła ana­lo­gia, bo prawda jest dziw­niej­sza o całe czter­dzie­ści milio­nów mil.

Dziew­czyna ski­nęła głową.

- Sama się tego domy­śli­łam. Dla­tego nie przy­wią­zy­wa­łam więk­szej wagi do jego słów. Nie jestem głu­pia.

- Nie, jesteś nawet dość bystra. Jak na kobietę, rzecz jasna.

- Czy umyć ci głowę zawar­to­ścią mojego kie­liszka?

- Prze­pra­szam. Kobiety są znacz­nie bar­dziej inte­li­gentne od męż­czyzn, wystar­czy tylko się rozej­rzeć. Pozwo­lisz, że ci naleję?

Zgo­dziła się na zawar­cie pokoju.

- Ben, nie rozu­miem, dla­czego nie dopusz­czają do niego kobiet. Wcale nie jest mania­kiem sek­su­al­nym.

- Naj­wi­docz­niej nie chcą mu apli­ko­wać jed­no­cze­śnie zbyt wielu wstrzą­sów.

- Wcale nie spra­wiał wra­że­nia wstrzą­śnię­tego. Był po pro­stu... zain­te­re­so­wany. Nawet nie czu­łam, że patrzy na mnie męż­czy­zna.

- Gdy­byś zro­biła to, o co popro­sił, chy­ba­byś poczuła.

- Nie sądzę. Z pew­no­ścią powie­dzieli mu, że dzie­limy się na kobiety i męż­czyzn, i po pro­stu chciał zoba­czyć, na czym polega róż­nica.

- Vive la dif­fe­rence! - wykrzyk­nął z entu­zja­zmem Caxton.

- Nie bądź wul­garny.

- Nie jestem wul­garny, tylko wdzięczny za to, że uro­dzi­łem się czło­wie­kiem, a nie Mar­sja­ni­nem.

- Mógł­byś wresz­cie spo­waż­nieć.

- Ni­gdy w życiu nie byłem poważ­niej­szy.

- W takim razie bądź cicho. Na pewno nie mia­ła­bym z nim żad­nych kło­po­tów. Nie widzia­łeś jego twa­rzy.

- Co z jego twa­rzą?

Jill przez chwilę się zawa­hała.

- Widzia­łeś kie­dyś anioła?

- Tylko cie­bie, che­ru­binku. Poza tym nie.

- Ja też nie, ale... On wła­śnie tak wyglą­dał. Miał zupeł­nie spo­kojną, nie­ziem­sko nie­winną twarz i mądre, stare oczy.

Jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz.

- "Nie­ziem­ski" to bar­dzo dobre słowo - powie­dział powoli Ben. - Chciał­bym go zoba­czyć.

- Ben, dla­czego oni trzy­mają go w zamknię­ciu? Prze­cież nie skrzyw­dziłby nawet muchy.

Caxton spla­tał i roz­pla­tał palce.

- Zapewne chcą go chro­nić. Całe życie spę­dził w warun­kach niskiej gra­wi­ta­cji Marsa, więc pew­nie jest słaby jak szcze­niak.

- Ale to prze­cież nic groź­nego. Stward­nie­nie roz­siane jest znacz­nie bar­dziej nie­bez­pieczne, a prze­cież jakoś dajemy sobie z nim radę.

- Sta­rają się nie dopu­ścić do tego, żeby się czym­kol­wiek zara­ził. Tak jak doświad­czalne zwie­rzęta w labo­ra­to­riach Notre Dame1 - jest mak­sy­mal­nie chro­niony.

- Jasne, brak prze­ciw­ciał. Ale z tego, co wiem, dok­tor Nel­son - lekarz pokła­dowy "Cham­piona" - zatrosz­czył się o to jesz­cze w cza­sie lotu. Cią­gle robił mu trans­fu­zje, tak że w końcu wymie­nił mu ponad połowę krwi.

- Mogę to wyko­rzy­stać, Jill? To nie­zły prze­bój.

- Tylko nie powo­łuj się na mnie. Dostał też szcze­pionki na wszystko z wyjąt­kiem lum­bago. Ale prze­cież uzbro­jeni straż­nicy nie uchro­nią go przed infek­cją.

- Hmm... Jill, dowie­dzia­łem się paru rze­czy, o któ­rych ty chyba nie masz poję­cia. Nie mogę ich wyko­rzy­stać, bo muszę chro­nić swo­ich infor­ma­to­rów, ale tobie powiem - tylko nikomu ani słowa!

- W porządku.

- To długa histo­ria. Uzu­peł­nić ci poziom płynu w szklance?

- Nie, chyba lepiej zająć się bef­szty­kiem. Gdzie jest przy­cisk?

- Tutaj.

- To go naci­śnij.

- Ja? Zaofia­ro­wa­łaś się, że przy­rzą­dzisz obiad.

- Ben, umrę z głodu tu, gdzie leżę, ale nie będę wsta­wać spe­cjal­nie po to, żeby naci­snąć guzik, który jest sześć cali od czubka two­jego palca.

- Jak chcesz. - Naci­snął przy­cisk. - Ale nie zapo­mnij, kto zro­bił obiad. A teraz wra­ca­jąc do Valen­tine'a Micha­ela Smi­tha: ist­nieją poważne wąt­pli­wo­ści, czy w ogóle ma prawo do tego nazwi­ska.

- Nie rozu­miem.

- Kocha­nie, twój pupil jest pierw­szym w histo­rii mię­dzy­pla­ne­tar­nym bękar­tem.

- Co ty chrza­nisz?

- Pro­szę cię, wyra­żaj się jak na damę przy­stało. Pamię­tasz jesz­cze cokol­wiek o "Envoyu"? Były tam cztery pary. Dwie z nich to kapi­tan Brant z mał­żonką i dok­tor Smith z mał­żonką. Otóż twój przy­ja­ciel o twa­rzyczce anioła jest synem pani Smith, ale jego ojcem jest kapi­tan Brant.

- Skąd o tym wia­domo? A poza tym kogo to może obcho­dzić? To obrzy­dliwe grze­bać się w skan­da­lach sprzed tylu lat. Oni już nie żyją i trzeba ich zosta­wić w spo­koju!

- Jeżeli cho­dzi o to, skąd o tym wia­domo, to stąd, że chyba jesz­cze ni­gdy w histo­rii nie było ośmiorga ludzi tak dokład­nie prze­ba­da­nych i opi­sa­nych. Grupa krwi, czyn­nik Rh, kolor wło­sów i oczu, cały bagaż gene­tyczny - zresztą wiesz na ten temat wię­cej ode mnie. Nie ulega naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że jego matką była Mary Jane Lyle Smith, ojcem zaś Michael Brant. Daje mu to nie­złe pocho­dze­nie: ojciec miał IQ 163, matka 170, a w swo­ich dzie­dzi­nach oby­dwoje byli naj­wyż­szej klasy spe­cja­li­stami. A jeśli pytasz, kogo to obcho­dzi - cią­gnął Ben - to zarę­czam ci, że całą masę ludzi, a będzie obcho­dzić jesz­cze wię­cej, kiedy sprawa się roz­nie­sie. Sły­sza­łaś kie­dyś o napę­dzie Lyle?

- Oczy­wi­ście. "Cham­pion" ma wła­śnie taki napęd.

- I każdy inny sta­tek kosmiczny. Kto go wyna­lazł?

- Nie wiem. Zaraz! Więc to ona...

- Brawo, cygaro dla pani! Dok­tor Jane Lyle Smith. Udało jej się to jesz­cze przed star­tem "Envoya", ale szcze­góły musieli dopra­co­wać inni, więc przed wyru­sze­niem wyprawy uzy­skała odpo­wied­nie patenty i zało­żyła kor­po­ra­cję - by­naj­mniej nie cha­ry­ta­tywną - zbie­ra­jącą wszel­kie należne dywi­dendy. Po pew­nym cza­sie prze­jął ją rząd, ale teraz należy ona do twego zna­jomka. To miliony, a może setki milio­nów dola­rów. Nawet nie będę pró­bo­wał zga­dy­wać.

Poja­wił się obiad. Caxton opu­ścił spod sufitu dwa sto­liki, jeden obok swego fotela, a drugi kilka cen­ty­me­trów nad traw­ni­kiem, żeby Jill mogła jeść, nie zmie­nia­jąc pozy­cji.

- Mięk­kie? - zapy­tał.

- Wsz­pa­aałe - odpo­wie­działa z peł­nymi ustami.

- Dzię­kuję. Pamię­taj, że to moje dzieło.

- Ben, czy w takim razie Smith nie jest... eee... nie­le­galny? - zapy­tała, prze­łknąw­szy potężny kęs. - Czy on może dzie­dzi­czyć?

- Nie jest nie­le­galny. Dok­tor Mary Jane pra­co­wała w Ber­ke­ley, a kali­for­nij­skie prawo w ogóle nie zna takiego poję­cia jak bękarc­two. To samo z kapi­ta­nem Bran­tem - Nowa Zelan­dia to jed­nak cywi­li­zo­wany kraj. Z kolei w ojczy­stym sta­nie dok­tora Smi­tha, męża Mary Jane, dziecko jest uzna­wane za potomka swych praw­nych rodzi­ców nie­za­leż­nie od tego, z jakiego jest łoża. Jill, w świe­tle prawa ten czło­wiek ma troje rodzi­ców!

- Co takiego? Prze­cież to nie­moż­liwe! Ben, nie jestem praw­ni­kiem, ale...

- Rze­czy­wi­ście, nie jesteś. Praw­nicy nie przej­mują się takimi głup­stwami. Smith jest legalny na bar­dzo wiele spo­so­bów, zależ­nie od tego, według jakiego prawa będziemy chcieli to oce­niać, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści cały czas pozo­staje bękar­tem. W dodatku nie tylko jego matka była bogata - ojcom też nie­źle się wio­dło. Brant zebrał tę swoją podej­rzaną for­tunę jako pilot w Lunar Enter­pri­ses. Wiesz, na czym to pole­gało? Po pro­stu ogło­sili wypłatę podwój­nych dywi­dend. Brant ryzy­ko­wał, inwe­sto­wał i jakoś zawsze wycho­dził na swoje. Z kolei Ward Smith dostał pie­nią­dze w spadku po rodzi­nie. Teraz Smith dzie­dzi­czy po nich obu.

- A niech cię!

- To jesz­cze nie wszystko, kocha­nie. Smith dzie­dzi­czy też po całej zało­dze.

- Jak to?

- Cała ósemka pod­pi­sała spe­cjalną klau­zulę w kontr­ak­cie, usta­na­wia­jąc sie­bie nawza­jem swo­imi spad­ko­bier­cami. Pode­szli do tego z głową, wzo­ru­jąc się na doku­men­tach z szes­na­stego i sie­dem­na­stego wieku, któ­rych przez tyle lat w żaden spo­sób nie dało się pod­wa­żyć. Mieli siłę prze­bi­cia, tym bar­dziej że stawka była nie­mała. W grę wcho­dziła nawet znaczna część akty­wów Lunar Enter­pri­ses, więc nie­wy­klu­czone, że Smith okaże się teraz głów­nym udzia­łow­cem.

Jill pomy­ślała o tej przy­po­mi­na­ją­cej dziecko isto­cie, która z tak wzru­sza­ją­cym namasz­cze­niem przy­jęła od niej szklankę wody, i poczuła wiel­kie współ­czu­cie.

- Dał­bym wiele za to, żeby zer­k­nąć do dzien­nika pokła­do­wego "Envoya" - mówił dalej Caxton. - Odzy­skali go, wiem o tym, ale wąt­pię, czy kie­dy­kol­wiek opu­bli­kują.

- Dla­czego?

- Bo to paskudna histo­ria. Tyle w każ­dym razie powie­dział mi mój infor­ma­tor, zanim wytrzeź­wiał. Dok­tor Ward Smith, który przyj­mo­wał poród, zasto­so­wał cesar­skie cię­cie i jego żona zmarła na stole ope­ra­cyj­nym. Sądząc po tym, co zro­bił póź­niej, o wszyst­kim wie­dział - mia­no­wi­cie tym samym skal­pe­lem pod­ciął gar­dło kapi­ta­nowi Bran­towi, a potem samemu sobie. Prze­pra­szam, kocha­nie.

Jill otrzą­snęła się jak po lodo­wa­tym prysz­nicu.

- Jestem pie­lę­gniarką. Takie rze­czy nie robią na mnie wra­że­nia.

- Jesteś też kłam­czu­chą i wła­śnie za to cię kocham. Słu­ży­łem trzy lata w poli­cji, Jill, ale ni­gdy nie zdo­ła­łem się przy­zwy­czaić do "takich rze­czy".

- Co się stało z resztą załogi?

- Jeżeli nie wydo­bę­dziemy tego dzien­nika na świa­tło dzienne, ni­gdy się nie dowiemy, a mój wścib­ski dzien­nikarski nos mówi mi, że jed­nak warto. Za zasłoną tajem­nicy rodzą się wiel­kie tyra­nie.

- Ben, chyba byłoby naj­le­piej, gdy­by­śmy uwol­nili go od tych wszyst­kich spad­ków. On jest taki... nie­ziem­ski.

- Dosko­nałe okre­śle­nie. Tym bar­dziej że wcale nie potrze­buje pie­nię­dzy. Wyobra­żasz sobie, żeby Czło­wiek z Marsa cho­dził głodny i nagi? Każdy rząd, tysiące róż­nych uni­wer­sy­te­tów i orga­ni­za­cji byłoby zachwy­co­nych, mogąc go gościć tak długo, jak tylko by zechciał.

- Naj­le­piej, żeby się tego wszyst­kiego zrzekł, i już.

- To nie takie pro­ste, Jill. Pamię­tasz tę słynną sprawę Gene­ral Ato­mics prze­ciwko Lar­ki­nowi?

- "Pre­ce­dens Lar­kina"? Tak, uczy­łam się o tym w szkole, jak wszy­scy. Co to ma wspól­nego ze Smi­them?

- Pomyśl. Rosja­nie wysy­łają pierw­szy sta­tek na Księ­życ - roz­bija się. Stany Zjed­no­czone i Kanada wysy­łają drugi - szczę­śli­wie wraca, ale nikt nie zostaje na Księ­życu. Potem do kolo­ni­za­cji szy­kują się z jed­nej strony Stany i pań­stwa Com­mon­we­al­thu, a z dru­giej Rosja­nie, ale wszyst­kich wyprze­dza Gene­ral Ato­mics, wysy­łając z jakiejś poży­czo­nej od Ekwa­doru wysepki wła­sną eks­pe­dy­cję. Kiedy na Księ­życu zja­wiają się Ame­ry­ka­nie, a zaraz za nimi Rosja­nie, ludzie z Gene­ral Ato­mics już tam są i śmieją im się w nos. Kor­po­ra­cja - niby szwaj­car­ska, ale kon­tro­lo­wana przez Ame­ry­ka­nów - zgła­sza rosz­cze­nia do całego Księ­życa. Fede­ra­cja nie mogła poło­żyć na nim łapy, bo wyobra­żasz sobie, jak by Rosja­nie pro­te­sto­wali. W takiej sytu­acji Sąd Naj­wyż­szy wydał posta­no­wie­nie, że Księ­życ może stać się wła­sno­ścią wyłącz­nie osób fizycz­nych, które na nim są, czyli w tym przy­padku Lar­kina i jego kum­pli. Uznano ich za odrębny naród i przy­jęto w poczet Fede­ra­cji; sporo ludzi nie­źle się na tym obło­wiło, zaś Gene­ral Ato­mics i jej sio­strzana kor­po­ra­cja Lunar Enter­pri­ses uzy­skały sma­ko­wite kon­ce­sje. Z takiego obrotu sprawy nie wszy­scy byli zado­wo­leni, tym bar­dziej że Sądu Naj­wyż­szego by­naj­mniej powszech­nie nie uzna­wano za nie­wzru­szony auto­ry­tet, nie­mniej jed­nak takie roz­strzy­gnię­cie sta­no­wiło moż­liwy do prze­łknię­cia kom­pro­mis. Zaraz potem poja­wiły się prze­pisy doty­czące przy­szłej kolo­ni­za­cji pla­net - wszyst­kie, rzecz jasna, oparte na pre­ce­den­sie Lar­kina, bo tylko on zapew­niał w miarę bez­kr­wawe roz­strzy­gnię­cie ewen­tu­al­nych spo­rów. Speł­niły swoje zada­nie, bo prze­cież trze­cia wojna świa­towa wybu­chła by­naj­mniej nie z powodu nie­po­ro­zu­mień w kosmo­sie. Pre­ce­dens Lar­kina obo­wią­zuje do dziś i odnosi się także do Smi­tha.

Jill potrzą­snęła głową.

- Nie widzę związku.

- Skup się, dziew­czyno. Według prawa Smith sta­nowi odrębny naród, a jed­no­cze­śnie jest jedy­nym wła­ści­cie­lem pla­nety Mars.

Notre Dame - w tym przy­padku cho­dzi o nazwę szpi­tala (przyp tłum) [wróć]

roz­dział 5

Jill miała oczy jak spodki.

- O jedno mar­tini za dużo, Ben. Mogła­bym przy­siąc, że przed chwilą powie­dzia­łeś, iż mój pacjent jest wła­ści­cie­lem Marsa.

- Bo jest. Wystar­cza­jąco długo tam miesz­kał. Smith to cały Mars: jego król, pre­zy­dent, spo­łe­czeń­stwo, co tylko chcesz. Gdyby "Cham­pion" nie zosta­wił tam kolo­ni­stów, jego prawa mogłyby zostać pod­wa­żone, ale Mars jest cały czas zamiesz­kany przez ludzi, cho­ciaż nie ma już na nim Smi­tha. Zresztą nie będzie musiał się z nimi niczym dzie­lić, bo dopóki nie zechce nadać im peł­nego oby­wa­tel­stwa, będą po pro­stu naj­zwy­klej­szymi imi­gran­tami.

- Fan­ta­styczne!

- Ale zgodne z pra­wem. Kocha­nie, czy teraz już wiesz, dla­czego ludzie inte­re­sują się Smi­them? I dla­czego rząd trzyma go w ukry­ciu? To, co z nim robią, jest po pro­stu nie­le­galne. Smith jest rów­nież oby­wa­te­lem Fede­ra­cji i Sta­nów Zjed­no­czo­nych; na obsza­rze Fede­ra­cji nawet prze­stępcy nie wolno prze­trzy­my­wać bez zapew­nie­nia mu moż­li­wo­ści kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że zawsze i wszę­dzie uwię­zie­nie monar­chy przy­by­wa­ją­cego z wizytą i unie­moż­li­wie­nie mu widze­nia się z ludźmi czy choćby z prasą, czyli ze mną, było i jest uzna­wane za akt wysoce nie­przy­ja­zny, żeby użyć naj­ła­god­niej­szego z nasu­wa­ją­cych się okre­śleń. Naprawdę mnie tam nie prze­my­cisz?

- Co? Ale mnie nastra­szy­łeś. Czy ty wiesz, co mi zro­bią, jak mnie nakryją?

- W każ­dym razie nic bru­tal­nego. Opie­ra­jąc się na oświad­cze­niu pod­pi­sa­nym przez co naj­mniej trzech leka­rzy, praw­do­po­dob­nie zamknę­liby cię w wyście­ła­nej celi i we wszyst­kie lata prze­stępne pozwo­li­liby ci wysy­łać i otrzy­my­wać listy. Znacz­nie bar­dziej jestem cie­kaw, jakie mają wobec niego plany.

- A czego się spo­dzie­wasz?

- No, na przy­kład mógłby umrzeć. Cho­ciażby na cho­robę prze­cią­że­niową.

- Mogliby go zamor­do­wać?!

- Ciii! Tylko bez brzyd­kich słów. Nie, nie sądzę, żeby to zro­bili. Przede wszyst­kim dla­tego, że jest dla nich praw­dziwą kopal­nią infor­ma­cji. Po dru­gie, sta­nowi pomost łączący nas z jedyną poza­ziem­ską cywi­li­za­cją, jaką udało nam się spo­tkać. Znasz kla­sykę? Czy­ta­łaś Wojnę świa­tów Wel­lsa?

- Dawno temu, w szkole.

- Załóżmy, że Mar­sja­nie okażą się dla nas nie­zbyt mili. To cał­kiem moż­liwe, a my nie mamy zie­lo­nego poję­cia, jakie są ich moż­li­wo­ści. Smith mógłby ode­grać rolę media­tora, dzięki któ­remu nie doszłoby do Pierw­szej Wojny Mię­dzy­pla­ne­tar­nej. Oczy­wi­ście taka ewen­tu­al­ność jest bar­dzo mało praw­do­po­dobna, ale mimo to rząd nie chce jej lek­ce­wa­żyć. Odkry­cie życia na Mar­sie jest czymś, czego poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji w grun­cie rze­czy nie udało nam się do dzi­siaj pojąć.

- Więc myślisz, że jest bez­pieczny?

- Przy­naj­mniej na razie. Sekre­tarz gene­ralny musi pod­jąć odpo­wied­nią decy­zję. Sama wiesz, że jego admi­ni­stra­cja ledwo się trzyma.

- Nie inte­re­suję się poli­tyką.

- A powin­naś. Jest nie­mal tak ważna jak bicie two­jego serca.

- Tym też się nie inte­re­suję.

- Nie prze­ry­waj mi, kiedy prze­ma­wiam. Skle­cona naprędce więk­szość, któ­rej lide­rem jest Douglas, może roz­paść się w ciągu jed­nego dnia. Na przy­kład Paki­stan i tak cały czas jest jedną nogą poza koali­cją. Zosta­nie prze­gło­so­wany wnio­sek o votum nie­uf­no­ści i pan sekre­tarz gene­ralny Douglas znowu sta­nie się zwy­kłym praw­ni­kiem. Czło­wiek z Marsa może wynieść go na pie­de­stał, ale może też go znisz­czyć. Prze­my­cisz mnie?

- Prę­dzej wstą­pię do klasz­toru. Zostało ci jesz­cze tro­chę kawy?

- Zaraz zoba­czę.

Oboje wstali.

- Och, moje biedne stare kości - wes­tchnęła Jill, prze­cią­ga­jąc się. - Prze­szła mi ochota na tę kawę. Jutro mam ciężki dzień. Pod­rzuć mnie do domu, dobrze? Albo raczej ode­ślij, tak będzie bez­piecz­niej.

- Dobrze, cho­ciaż wie­czór jesz­cze młody. - Ben wyszedł do sypialni, skąd po chwili wró­cił, trzy­ma­jąc w ręku przed­miot wiel­ko­ści małej zapal­niczki. - Więc nie prze­szmu­glu­jesz mnie do szpi­tala?

- Ben, naprawdę bar­dzo bym chciała, ale...

- W porządku. To mogłoby być naprawdę nie­bez­pieczne, zresztą nie tylko dla two­jej kariery. - Poka­zał jej trzy­many w dłoni przed­miot. - Zało­żysz mu pod­słuch w pokoju?

- Pro­szę? Co to jest?

- Naj­więk­sze dobro­dziej­stwo dla szpie­gów od czasu wyna­le­zie­nia Mic­key Finna1. Minia­tu­rowy magne­to­fon napę­dzany sprę­żyną, więc nie do wykry­cia dla apa­ra­tury loka­li­zu­ją­cej urzą­dze­nia elek­tryczne. Wszystko upchnięte w pla­sty­ko­wej kostce. Można go nawet wyrzu­cić z jadą­cego samo­chodu. Wyka­zuje aktyw­ność nie więk­szą niż tar­cza zegarka, a jest znacz­nie dokład­niej ekra­no­wany. Działa przez dwa­dzie­ścia cztery godziny, po czym po pro­stu wyj­mu­jesz starą taśmę i zakła­dasz nową.

- Czy rów­nież wybu­cha? - zapy­tała nie­uf­nie.

- Mogła­byś go nawet zapiec w cie­ście.

- Ben, przez cie­bie boję się teraz w ogóle tam pójść.

- Ale prze­cież możesz wejść do pokoju obok, prawda?

- Chyba tak.

- Ta zaba­weczka ma nad­zwy­czajną czu­łość. Przy­klej ją do ściany, naj­le­piej zwy­czaj­nym pla­strem, a nagra wszystko, co będzie się działo w sąsied­nim pomiesz­cze­niu.

- Na pewno zwrócą na mnie uwagę, jeżeli cią­gle będę wła­zić do tego pokoju i z niego wyła­zić, ale... Ben, ta izo­latka ma jedną wspólną ścianę z salką, do któ­rej wcho­dzi się z innego kory­ta­rza. Może być?

- Oczy­wi­ście. Zro­bisz to?

- Hmm... Daj mi go. Jesz­cze się zasta­no­wię.

Caxton dokład­nie wytarł magne­to­fon chu­s­teczką.

- Załóż ręka­wiczki.

- Dla­czego?

- Za posia­da­nie takiego cze­goś dostaje się dar­mowe skie­ro­wa­nie do sana­to­rium za krat­kami. Doty­kaj tego tylko w ręka­wicz­kach i nie daj się zła­pać.

- Myślisz o samych miłych rze­czach!

- Rezy­gnu­jesz?

- Nie - odparła Jill z cięż­kim wes­tchnie­niem.

- Dzielna dziew­czyna!

Mignęła lampka i Ben spoj­rzał w górę.

- To pew­nie twoja tak­sówka. Wezwa­łem ją, kiedy posze­dłem po to urzą­dzonko.

- Och. Poszu­kaj moich butów, dobrze? I lepiej nie wychodź ze mną na dach. Im rza­dziej będziemy się razem poka­zy­wać, tym lepiej.

- Jak chcesz.

Kiedy się wypro­sto­wał po zało­że­niu jej pan­to­fli, wzięła jego głowę w obie ręce i go poca­ło­wała.

- Mój kochany Ben! Nic dobrego z tego nie wyj­dzie, a poza tym do tej pory nie mia­łam poję­cia, że jesteś kry­mi­na­li­stą, ale muszę przy­znać, że rów­nież zna­ko­mi­tym kucha­rzem. Oczy­wi­ście pod warun­kiem, że to ja usta­lam, co i jak ma być przy­rzą­dzone. Moż­liwe, że nawet bym za cie­bie wyszła, gdyby mi się udało zmu­sić cię do ponow­nych oświad­czyn.

- Moja pro­po­zy­cja cały czas jest aktu­alna.

- Czy gang­ste­rzy żenią się ze swo­imi ciziami, czy jak tam one się nazy­wają? - zapy­tała i czym prę­dzej ucie­kła.

***

Jill nie miała żad­nych kło­po­tów z zało­że­niem pod­słu­chu. Pacjentka z pokoju, o któ­rym wspo­mniała, była unie­ru­cho­miona w łóżku, więc dziew­czyna czę­sto zosta­wała u niej tro­chę dłu­żej, żeby umi­lić jej czas szpi­tal­nymi plot­kami. Przy­kle­iła magne­to­fon do ściany nad wysoko zawie­szoną półką, kle­piąc bez chwili prze­rwy o tym, jak to sprzą­taczki ni­gdy, ale to ni­gdy nie ście­rają kurzu z pó­łek.

Wymiana taśmy następ­nego dnia rów­nież nie nastrę­czyła żad­nych pro­ble­mów, bo pacjentka po pro­stu spała. Co prawda obu­dziła się wła­śnie wtedy, kiedy Jill balan­so­wała w dziw­nej pozie na krze­śle, ale wystar­czyło parę pie­prz­nych dow­ci­pów, żeby zapo­mniała o tym wyda­rze­niu.

Jill wysłała taśmę pocztą, ponie­waż mimo wszystko wyda­wało się to pew­niej­sze od jakichś pomy­słów w stylu fil­mów płasz­cza i szpady, nato­miast druga wymiana taśmy w magne­to­fo­nie o mało nie zakoń­czyła się wpadką. Jill pocze­kała, aż pacjentka zaśnie, a następ­nie weszła do pokoju i wdra­pała się na krze­sło, ale wła­śnie w tej chwili chora się obu­dziła.

- Och, panna Board­man!

Jill zamarła w bez­ru­chu.

- Jak się pani miewa, pani Fit­schie? Dobrze się spało?

- Nie naj­go­rzej - odpo­wie­działa kobieta poiry­to­wa­nym gło­sem. - Swę­dzą mnie plecy.

- Zaraz panią podra­pię.

- To nic nie da. Czego pani cią­gle szuka na mojej półce? Coś nie w porządku?

Jill usi­ło­wała połknąć z powro­tem żołą­dek, który pod­szedł jej do gar­dła.

- Myszy - wykrztu­siła wresz­cie.

- Myszy? O nie, w takim razie muszę dostać inny pokój!

Jill odkle­iła magne­to­fon, scho­wała go do kie­szeni i zesko­czyła na pod­łogę.

- Po pro­stu spraw­dza­łam, czy nie ma tam mysich bob­ków. Nie ma.

- Jest pani pewna?

- Cał­ko­wi­cie. A teraz podra­piemy panią po ple­cach. O tak, pro­szę się odwró­cić.

Wobec takiego roz­woju sytu­acji Jill zde­cy­do­wała się jed­nak wyko­rzy­stać ów pokoik łączący się z izo­latką, jed­nak kiedy zja­wiła się tam z uni­wer­sal­nym klu­czem, zoba­czyła, że drzwi są otwarte, a w środku sie­dzi dwóch koman­do­sów. Podwo­jono straże.

- Szuka sio­stra kogoś? - zapy­tał jeden z żoł­nie­rzy.

- Nie. Tylko nie sia­daj­cie na łóżku, chłopcy - rzu­ciła sucho. - Weź­cie sobie krze­sła.

Żoł­nie­rze nie­chęt­nie wstali, a ona wyszła, sta­ra­jąc się nie oka­zać zde­ner­wo­wa­nia.

Wycho­dząc z pracy, wciąż miała magne­to­fon w kie­szeni; posta­no­wiła zwró­cić go Caxto­nowi. Ode­tchnęła swo­bod­niej dopiero gdy zna­la­zła się w tak­sówce i podała auto­ma­tycz­nemu pilo­towi kurs do hotelu, w któ­rym miesz­kał Ben. Połą­czyła się z nim jesz­cze w cza­sie lotu.

- Tu Caxton.

- Mówi Jill. Ben, muszę się z tobą zoba­czyć.

- To chyba nie jest zbyt roz­sądne - powie­dział powoli.

- Ale ja muszę! Jestem już w dro­dze.

- Dobrze więc, skoro nie da się tego unik­nąć.

- Jaki entu­zjazm!

- Kocha­nie, to nie dla­tego, żebym...

- Na razie!

Wyłą­czyła się, ochło­nęła, po czym posta­no­wiła nie obra­żać się na niego. Oby­dwoje wplą­tali się w coś, co ich znacz­nie prze­ra­stało. Szcze­gól­nie ona - zawsze uwa­żała, że od poli­tyki trzeba się trzy­mać z daleka.

Kiedy zna­la­zła się w jego ramio­nach, od razu poczuła się lepiej. Ben był taki kochany; może rze­czy­wi­ście powinna wyjść za niego? Już otwie­rała usta, żeby mu to powie­dzieć, ale poło­żył na nich dłoń.

- Nic nie mów - szep­nął. - Może być pod­słuch.

Ski­nęła głową, wyjęła z kie­szeni magne­to­fon i mu podała. Uniósł wysoko brwi, ale o nic nie zapy­tał, tylko wrę­czył jej popo­łu­dniowe wyda­nie "Post".

- Czy­ta­łaś to? - zapy­tał zupeł­nie natu­ral­nym gło­sem. - Przej­rzyj sobie, a ja tym­cza­sem wezmę prysz­nic.

- Dzięki.

Poda­jąc jej gazetę, wska­zał jeden z arty­ku­łów, a potem wyszedł z pokoju, zabie­ra­jąc ze sobą magne­to­fon. Arty­kuł był jego pióra.

GNIAZDO WRON

Wszy­scy wiemy, na czym polega podo­bień­stwo mię­dzy szpi­ta­lem i wię­zie­niem: z obu tych insty­tu­cji bar­dzo trudno się wydo­stać. Jed­nak pod pew­nymi wzglę­dami wię­zień jest odcięty od zewnętrz­nego świata w znacz­nie mniej­szym stop­niu niż pacjent - prze­cież w każ­dej chwili może wezwać adwo­kata lub Świadka, powo­łać się na Habeas Cor­pu­sct2 czy też zażą­dać, żeby zarzuty wysu­wane prze­ciwko niemu zostały przed­sta­wione w sądzie.

W szpi­talu nato­miast wystar­czy wywieszka z napi­sem "ZAKAZ ODWIE­DZIN", żeby pacjent został odgro­dzony od ludzi w spo­sób znacz­nie bar­dziej dra­styczny, niż doświad­czył tego nawet Czło­wiek w Żela­znej Masce.

Krewni, rzecz jasna, mają do niego dostęp, ale prze­cież Czło­wiek z Marsa, o któ­rym tu mowa, nie ma żad­nych krew­nych. Załoga "Envoya" nie posia­dała zbyt licz­nych rodzin. Jeżeli nawet Czło­wiek w Żela­znej Masce - to jest, prze­pra­szam, Czło­wiek z Marsa - ma kogoś bli­sko z nim spo­krew­nio­nego, dla kogo jego los nie byłby obo­jętny, to doprawdy nie wiem, jak tej oso­bie udało się pozo­stać nie­zau­wa­żoną przez kilka tysięcy repor­te­rów.

Kto więc zabiera głos w imie­niu Czło­wieka z Marsa? Kto posta­wił przy nim uzbro­jo­nych straż­ni­ków? Na jakąż to strasz­liwą cho­robę zapadł, że nie wolno go odwie­dzić i zamie­nić z nim choćby słowa? Pytam o to pana, panie sekre­ta­rzu gene­ralny. Wyja­śnie­nia mówiące o "ogól­nym osła­bie­niu" czy "cho­ro­bie prze­cią­że­nio­wej" już nie wystar­czają. Gdyby tak naprawdę było, to o pacjenta trosz­czy­łaby się zwy­kła pie­lę­gniarka, nie zaś uzbro­jeni straż­nicy.

Czyżby owa tajem­ni­cza cho­roba była natury finan­so­wej? A może, deli­kat­nie mówiąc, poli­tycz­nej?

Dal­szy ciąg był utrzy­many w podob­nym tonie. Ben pod­ju­dzał admi­ni­stra­cję, usi­łu­jąc spro­wo­ko­wać ją do gry w otwarte karty. Jill zda­wała sobie sprawę, że Caxton podej­muje tym spore ryzyko, ale nie miała poję­cia o rze­czy­wi­stych roz­mia­rach nie­bez­pie­czeń­stwa, jakie mogło mu gro­zić, ani o for­mie, w jakiej mogło się obja­wić.

Przej­rzała całą gazetę; wypeł­niona była arty­ku­łami o "Cham­pio­nie", zdję­ciami sekre­ta­rza gene­ral­nego Douglasa przy­pi­na­ją­cego medale, wywia­dami z kapi­ta­nem van Trom­pem i jego dzielną załogą, a także foto­gra­fiami przed­sta­wia­ją­cymi Mar­sjan i ich mia­sta. O Smi­thie nie zna­la­zła pra­wie nic, jeśli nie liczyć lako­nicz­nej wzmianki, że czuje się lepiej i wraca do sił po męczą­cej podróży.

Zja­wił się Ben i wrę­czył jej plik cie­niut­kiego papieru.

- Masz tu jesz­cze jedną gazetę - powie­dział i wyszedł.

"Gazeta" oka­zała się trans­kryp­cją zawar­to­ści pierw­szej taśmy. Poszcze­gólne osoby były ozna­czone jako "pierw­szy głos", "drugi głos" itd., ale tam, gdzie mógł, Ben podo­pi­sy­wał nazwi­ska, a u góry pierw­szej strony napi­sał: "Wszyst­kie głosy męskie".

Więk­szość dia­lo­gów wska­zy­wała po pro­stu na to, że Smith był kar­miony, myty, maso­wany oraz że wyko­ny­wał nie­zbyt męczące ćwi­cze­nia fizyczne pod kon­trolą gło­sów, z któ­rych jeden został ziden­ty­fi­ko­wany jako "dok­tor Nel­son", drugi zaś wystę­po­wał po pro­stu jako "drugi lekarz".

Ale jeden frag­ment znacz­nie się róż­nił od pozo­sta­łych.

DR NEL­SON: Jak się czu­jesz, chłop­cze? Możesz mówić?

SMITH: Tak.

DR NEL­SON: Pewien czło­wiek chciałby z tobą poroz­ma­wiać.

SMITH (po prze­rwie): Kto? (Dopi­sek Caxtona: Wszyst­kie wypo­wie­dzi Smi­tha są poprze­dzone pau­zami).

DR NEL­SON: Ten czło­wiek jest naszym wiel­kim... (nie­zro­zu­miałe słowo - mar­sjań­skie?). Jest naszym naj­star­szym Sta­rym. Poroz­ma­wiasz z nim?

SMITH (po bar­dzo dłu­gim mil­cze­niu): Jestem wielki szczę­śliwy. Stary będzie mówić, a ja będę słu­chać i rosnąć.

DR NEL­SON: Nie, nie! On chce ci zadać kilka pytań.

SMITH: Ja nie mogę uczyć Sta­rego.

DR NEL­SON: Stary tego chce. Czy pozwo­lisz mu zadać ci kilka pytań?

SMITH: Tak.

(Hałasy w tle).

DR NEL­SON: Pro­szę pana tędy. W razie potrzeby dok­tor Mah­moud będzie słu­żył pomocą jako tłu­macz.

Nowy głos (prze­kre­ślone i dopi­sane ręką Bena: sekre­tarz gene­ralny Douglas!!!). SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Chyba się bez tego obej­dzie. Wspo­mi­nał pan, że Smith zna angiel­ski?

DR NEL­SON: Tak i nie, eks­ce­len­cjo. Zna sporo słów, ale, jak mówi dok­tor Mah­moud, nie potrafi ich osa­dzić we wła­ści­wym kon­tek­ście kul­tu­ro­wym. Cza­sem pro­wa­dzi to do nie­po­ro­zu­mień.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Och, jestem pewien, że jakoś damy sobie radę. Kiedy byłem młody, prze­je­cha­łem auto­sto­pem całą Bra­zy­lię, nie zna­jąc ani słowa po por­tu­gal­sku. Gdyby był pan uprzejmy przed­sta­wić nas, a potem zosta­wić samych...

DR NEL­SON: Wolał­bym jed­nak zostać z moim pacjen­tem.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Doprawdy? Przy­kro mi, dok­to­rze, ale muszę pono­wić swoją prośbę.

DR NEL­SON: A ja z równą przy­kro­ścią muszę powtó­rzyć swoją odmowę. Ze względu na etykę zawo­dową...

SEKRE­TARZ GENE­RALNY (prze­ry­wa­jąc mu): Jako praw­nik wiem to i owo o odpo­wie­dzial­no­ści leka­rza, więc niech pan sobie oszczę­dzi tego beł­kotu o etyce zawo­do­wej. Czy ten pacjent oso­bi­ście zwró­cił się do pana z prośbą o pomoc?

DR NEL­SON: Nie­zu­peł­nie, ale...

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Czy w ogóle miał moż­li­wość wyboru leka­rza? Wąt­pię. Według prawa jest pod opieką pań­stwa, a ja wystę­puję tutaj de facto jako jego naj­bliż­szy krewny. Zresztą jak się pan wkrótce prze­kona, nie tylko de facto, ale także de jure. Chcę z nim zostać sam.

DR NEL­SON (po dłuż­szym mil­cze­niu, bar­dzo oschle): Jeżeli sta­wia pan sprawę w taki spo­sób, to ja się wyco­fuję.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Niech pan nie bie­rze tego tak bar­dzo do sie­bie, dok­to­rze. W żad­nym wypadku nie kwe­stio­nuję zasad­no­ści i facho­wo­ści pań­skiej opieki. Ale chyba nie odmó­wiłby pan matce moż­li­wo­ści poroz­ma­wia­nia sam na sam z jej synem, prawda? Boi się pan, że zro­bię mu krzywdę?

DR NEL­SON: Nie, ale...

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: No więc o co panu cho­dzi? Skończmy z tym wresz­cie. Pro­szę nas przed­sta­wić i wyjść. To zamie­sza­nie może źle wpły­nąć na pacjenta.

DR NEL­SON: Oczy­wi­ście, zaraz to zro­bię. Ale potem pro­szę zna­leźć nowego leka­rza dla pań­skiego... eee... pod­opiecz­nego.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Przy­kro mi, dok­to­rze, naprawdę mi przy­kro. Pro­szę się jesz­cze zasta­no­wić. Poroz­ma­wiamy o tym póź­niej. A teraz, jeśli pan łaskaw...

DR NEL­SON: Pro­szę tutaj. Synu, to jest czło­wiek, który chce z tobą roz­ma­wiać. Nasz wielki Stary.

SMITH wydaje nie­zro­zu­miały dźwięk.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Co on powie­dział?

DR NEL­SON: To pełne sza­cunku powi­ta­nie. Według Mah­mo­uda zna­czy to "Jestem tylko jaj­kiem" albo coś w tym rodzaju. W każ­dym razie ma bar­dzo przy­ja­zny wydźwięk. Synu, mów czło­wiek-mowa.

SMITH: Tak.

DR NEL­SON: Jeżeli wolno mi coś dora­dzić, to pro­szę uży­wać moż­li­wie pro­stych słów.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Och, z pew­no­ścią.

DR NEL­SON: Do zoba­cze­nia, eks­ce­len­cjo. Do widze­nia, synu.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Dzię­kuję, dok­to­rze. Do widze­nia.

(Odgłos otwie­ra­nia i zamy­ka­nia drzwi).

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Jak się czu­jesz?

SMITH: Czuję dobrze.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: To zna­ko­mi­cie. Jeśli cze­goś potrze­bu­jesz, po pro­stu powiedz. Chcemy, żeby ci było dobrze. Aha, miał­bym do cie­bie małą prośbę. Umiesz pisać?

SMITH: Pisać? Co to jest pisać?

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Nie­ważne, wystar­czy odcisk palca. Teraz coś ci prze­czy­tam. Będzie tam masa praw­ni­czego żar­gonu, ale mówiąc po pro­stu, cho­dzi o to, że opusz­cza­jąc Marsa, zrze­kłeś się, to zna­czy zre­zy­gno­wa­łeś ze wszyst­kich swo­ich ewen­tu­al­nych rosz­czeń do tej pla­nety. Rozu­miesz? Że prze­ka­zu­jesz ją pod opiekę rządu.

(Smith mil­czy).

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Dobra, spró­bujmy od innej strony. Mars nie jest twoją wła­sno­ścią, prawda?

SMITH: Nie rozu­miem.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Hmm... Więc może tak: chcesz tutaj zostać, prawda?

SMITH: Nie wiem. Przy­słali mnie Sta­rzy. (Długa, nie­moż­liwa do odtwo­rze­nia prze­mowa, coś jakby odgłosy walki żaby giganta ze sta­dem kotów).

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Do licha, powinni go tro­chę lepiej nauczyć angiel­skiego. Synu, nie masz się czego oba­wiać. Wystar­czy, że odci­śniesz kciuk o tu, na dole tej strony. Podaj mi prawą rękę. Ejże, nie wykrę­caj jej tak! Uspo­kój się! Nic ci nie zro­bię! Dok­to­rze! Dok­to­rze Nel­son!

DRUGI LEKARZ: Tak?

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Pro­szę wezwać dok­tora Nel­sona!

DRUGI LEKARZ: Dok­tora Nel­sona? Ależ on już poszedł. Powie­dział, że pan go zwol­nił.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Tak powie­dział? Niech go szlag trafi! No, niech pan coś zrobi! Sztuczne oddy­cha­nie, zastrzyk, wszystko jedno co, tylko niech pan tak nie stoi! Nie widzi pan, że ten czło­wiek umiera?

DRUGI LEKARZ: Nie sądzę, żebym mógł coś pomóc. Po pro­stu trzeba pocze­kać, aż sam z tego wyj­dzie. W każ­dym razie dok­tor Nel­son tak wła­śnie postę­po­wał.

SEKRE­TARZ GENE­RALNY: Niech dia­bli porwą dok­tora Nel­sona!

Ani głos sekre­ta­rza gene­ral­nego, ani dok­tora Nel­sona już się wię­cej nie poja­wiły. Z plo­tek, jakie do niej docie­rały, Jill dowie­działa się, że Smith istot­nie wpadł w kata­lep­tyczny trans.

"Lista dia­lo­gowa", którą trzy­mała przed sobą, zawie­rała jesz­cze dwie wypo­wie­dzi. Jedna z nich brzmiała: "Nie musisz szep­tać, on i tak nic nie sły­szy", druga zaś: "Zabierz tę tacę. Nakar­mimy go, jak doj­dzie do sie­bie".

Jill wła­śnie koń­czyła czy­tać, kiedy Ben wszedł do pokoju. Niósł kolejny plik papie­rów, ale nie podał jej, tylko zapy­tał:

- Jesteś głodna?

- Chyba zaraz umrę.

- W takim razie chodźmy coś upo­lo­wać.

W dro­dze na dach hotelu i pod­czas lotu tak­sówką nie zamie­nili ani słowa. Na Plat­for­mie Alek­san­dryj­skiej prze­sie­dli się do innego wozu; Ben wybrał jedyny o reje­stra­cji z Bal­ti­more. Gdy wznie­śli się w powie­trze, podał kurs na Hager­stown w sta­nie Mary­land i dopiero wtedy wyraź­nie się roz­luź­nił.

- Teraz możemy poroz­ma­wiać.

- Ben, po co ta tajem­ni­czość?

- Prze­pra­szam, kocia łapko. Nie mogę z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że zain­sta­lo­wali u mnie pod­słuch, ale skoro ja mogłem im to zro­bić, to oni mnie też mogli. Tak samo nie dam głowy za to, że w tak­sówce, którą wezwa­łem z miesz­ka­nia, był zain­sta­lo­wany dodat­kowy maleńki mikro­fo­nik, ale tak mogło być. Ludzie ze służb spe­cjal­nych cza­sem potra­fią być bar­dzo wścib­scy. Ale ten wóz... - Pokle­pał mięk­kie obi­cie sie­dze­nia. - Prze­cież nie mogą "przy­go­to­wać" tysięcy tak­só­wek. Taka wybrana na chy­bił tra­fił jest naj­bez­piecz­niej­sza.

Cia­łem Jill wstrzą­snął dreszcz.

- Ben, chyba nie myślisz, że mogliby...

- Dobre sobie, oczy­wi­ście, że myślę! Prze­cież czy­ta­łaś mój arty­kuł. Od uka­za­nia się tego wyda­nia minęło już ponad dzie­więć godzin. Nie sądzisz chyba, że wła­dze pozwolą, żebym kopał je w brzuch, nie pró­bu­jąc mi się zre­wan­żo­wać?

- Ale prze­cież ty zawsze wystę­po­wa­łeś prze­ciwko nim.

- Ow­szem, lecz teraz to zupeł­nie co innego. Tym razem oskar­ży­łem ich o prze­trzy­my­wa­nie więź­nia poli­tycz­nego. Jill, rząd funk­cjo­nuje tak samo jak każdy żywy orga­nizm i dla­tego kie­ruje się w swoim dzia­ła­niu głów­nie instynk­tem prze­trwa­nia. Jeśli ude­rzasz, on natych­miast odpo­wiada ude­rze­niem. A tym razem ja go naprawdę ude­rzy­łem. - Po chwili mil­cze­nia dodał: - Tylko nie powi­nie­nem był cie­bie do tego mie­szać.

- Nie boję się. No, przy­naj­mniej od chwili, kiedy odda­łam ci to urzą­dzonko.

- Wszy­scy wie­dzą, że w taki czy inny spo­sób jesteś ze mną zwią­zana. Kiedy sytu­acja sta­nie się nie­cie­kawa, nie trzeba będzie nic wię­cej.

Jill zamil­kła. Trudno jej było uwie­rzyć, że ona, która ni­gdy nie doświad­czyła niczego bar­dziej przy­krego niż kilka klap­sów jako dziecko czy parę szorst­kich słów jako doro­sła kobieta, teraz mogła znaj­do­wać się w praw­dzi­wym nie­bez­pie­czeń­stwie. Będąc pie­lę­gniarką, nie­raz sty­kała się z ofia­rami czy­jejś bez­względ­no­ści, ale uwa­żała, że jej nic takiego nie ma prawa się przy­da­rzyć.

Ode­zwała się dopiero wtedy, kiedy tak­sówka zaczęła scho­dzić do lądo­wa­nia.

- Ben? A jeśli on umrze? Co wtedy?

Zmarsz­czył brwi.

- To dobre pyta­nie. Jeżeli nie ma wię­cej pytań, wszyst­kie dzieci mogą iść do domu.

- Nie wygłu­piaj się.

- Jill, nie spa­łem przez ostat­nie kilka nocy, pró­bu­jąc sobie na nie odpo­wie­dzieć. Oto naj­lep­sze, co wymy­śli­łem: w chwili śmierci Smi­tha wyga­sają jego prawa do Marsa. Jed­no­cze­śnie kolo­ni­ści z "Cham­piona" zgła­szają swoje rosz­cze­nia, na pewno uzgod­nione z admi­ni­stra­cją jesz­cze przed wyru­sze­niem wyprawy. Co prawda "Cham­pion" sta­nowi wła­sność całej Fede­ra­cji, ale wcale nie jest wyklu­czone, że wszyst­kie sznurki trzyma w ręku nie kto inny, tylko sekre­tarz gene­ralny Douglas. Gdyby sytu­acja roz­wi­nęła się wła­śnie w taki spo­sób, byłby nie do rusze­nia przez wiele lat, choć rów­nie dobrze mogłoby to nie mieć żad­nego zna­cze­nia.

- Dla­czego?

- Sąd wcale nie musi oprzeć się na pre­ce­den­sie Lar­kina.

Księ­życ nie był zamiesz­kany, ale Mars był - przez Mar­sjan. Obec­nie pod wzglę­dem praw­nym Mar­sjanie są abso­lut­nym zerem, ale Sąd Naj­wyż­szy mógłby zde­cy­do­wać, że poja­wie­nie się ludzi na pla­ne­cie zamiesz­ka­nej wcze­śniej przez inną rasę z praw­nego punktu widze­nia nic nie zmie­nia. Prawo do Marsa mógłby sobie rościć wyłącz­nie Mar­sjanin.

- Ben, to i tak byłaby nie­sa­mo­wita sprawa. Jeden czło­wiek posia­da­jący na wła­sność całą pla­netę. To fan­ta­styczne!

- Nie uży­waj tego słowa w obec­no­ści praw­ni­ków. Na stu­diach uczą ich tylko cze­pia­nia się dro­bia­zgów, nato­miast rze­czy naprawdę wiel­kie nie robią na nich żad­nego wra­że­nia. Poza tym ist­nieje prze­cież pre­ce­dens: w pięt­na­stym wieku papież podzie­lił zachod­nią pół­kulę mię­dzy Hisz­pa­nię i Por­tu­ga­lię, a jakoś nikt nie prze­jął się za bar­dzo tym, że prze­cież te zie­mie nale­żały wcze­śniej do Indian, któ­rzy mieli wła­sne prawa, zwy­czaje i spo­sób życia. Decy­zja papieża weszła w życie. Popatrz na mapę i zwróć uwagę, gdzie do dzi­siaj mówi się po hisz­pań­sku, a gdzie po por­tu­gal­sku.

- Tak, ale... Ben, prze­cież nie żyjemy w pięt­na­stym wieku!

- O tym zade­cy­dują praw­nicy. Jill, jeżeli Sąd Naj­wyż­szy posta­nowi, że w tej spra­wie można powo­łać się na pre­ce­dens Lar­kina, Smith będzie mógł roz­da­wać kon­ce­sje warte miliony, a nawet miliardy. Gdyby zrzekł się swo­ich praw na rzecz rządu, wtedy Douglas położy na wszyst­kim łapę.

- Po co komuś aż tak wielka wła­dza?

- A dla­czego ćmę cią­gnie do świa­tła? Zresztą nie­mal rów­nie ważna jak finanse Smi­tha jest jego pozy­cja nomi­nal­nego władcy Marsa. Sąd Naj­wyż­szy może nie uznać jego prawa wła­sno­ści, ale nikt nie odbie­rze mu udziału w docho­dach z napędu Lyle i Lunar Enter­pri­ses. A gdyby umarł? Od razu poja­wi­łyby się setki krew­nych, ale Fun­da­cja Naukowa zdą­żyła się już nauczyć, jak się takich "krew­nych" odpra­wia z kwit­kiem. Cał­kiem moż­liwe, że gdyby Smith umarł, nie pozo­sta­wia­jąc testa­mentu, to cała jego for­tuna prze­szłaby na wła­sność pań­stwa.

- Masz na myśli Fede­ra­cję?

- Kolejne pyta­nie, na które nie znam odpo­wie­dzi. Co prawda jego rodzice pocho­dzili z dwóch kra­jów nale­żą­cych do Fede­ra­cji, on jed­nak uro­dził się poza nią, a to dla ludzi opie­ku­ją­cych się spad­kiem po jego rodzi­cach z pew­no­ścią nabra­łoby ogrom­nego zna­cze­nia. Dla Smi­tha raczej nie - nie odróż­niłby peł­no­moc­nic­twa od biletu do metra. Coś mi się zdaje, że wszystko zgar­nie ten, kto pierw­szy go dopad­nie i znaj­dzie spo­sób, żeby wyko­rzy­stać sytu­ację. Wąt­pię, czy Lloyd zechciałby go ubez­pie­czyć od następstw nie­szczę­śli­wego wypadku. Dla insty­tu­cji ubez­pie­cze­nio­wej byłby to naprawdę marny inte­res.

- Biedny dzie­ciak!

Mic­key Finn - napój zawie­ra­jący bar­dzo silny nar­ko­tyk, na przy­kład zmu­sza­jący do mówie­nia (przyp tłum) [wróć]

Habeas Cor­pu­sct (Habeas Cor­pus Act) - angiel­ska ustawa z 1679 roku, zabra­nia­jąca aresz­to­wa­nia oby­wa­tela bez nakazu sądu i zapew­nia­jąca wła­ściwe postę­po­wa­nie sądowe (przyp tłum) [wróć]

roz­dział 6

Restau­ra­cja w Hager­stown miała to, co nazywa się "atmos­ferą": część sto­łów usta­wiono na traw­niku scho­dzą­cym łagod­nie do jeziora, część zaś wśród gałęzi trzech ogrom­nych drzew. Jill chciała jeść na drze­wie, ale Ben dał w łapę maitre d'hotel i ten spe­cjal­nie dla nich usta­wił sto­lik tuż nad brze­giem jeziora. Ben zażą­dał dodat­kowo, żeby przy­nie­siono im odbior­nik ste­reo­wi­zji.

Jill nie kryła roz­cza­ro­wa­nia.

- Po co pła­cić takie straszne pie­nią­dze, jeżeli nawet nie możemy zjeść na drze­wie, a w dodatku musimy się gapić w to cho­lerne pudło?

- Cier­pli­wo­ści, moja mała. Przy tam­tych sto­łach są zain­sta­lo­wane mikro­fony, żeby można było wezwać kel­nera. Ten pra­wie na pewno nic takiego nie ma, bo kel­ner wziął go spo­śród kilku rezer­wo­wych. Co zaś tyczy się ste­reo­wi­zji, to nie jest po ame­ry­kań­sku i można jeść, nie gapiąc się w ekran, ale przy oka­zji można wyko­rzy­stać fakt, że hałas z pew­no­ścią zakłóci odbiór z mikro­fonu kie­run­ko­wego. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że ludzie pana Douglasa zechcą aż tak bar­dzo się nami inte­re­so­wać.

- Naprawdę myślisz, że nas śle­dzą? - zapy­tała Jill. - Chyba nie nadaję się do roli prze­stępcy.

- To naprawdę nic strasz­nego. Kiedy zaj­mo­wa­łem się skan­da­lem w Gene­ral Syn­the­tics, ni­gdy nie spa­łem w jed­nym miej­scu wię­cej niż dwa razy pod rząd i odży­wia­łem się wyłącz­nie kon­ser­wami. Z cza­sem można to polu­bić. Przy­śpie­sza prze­mianę mate­rii.

- Na moją dobrą prze­mianę wpły­nąłby zamożny pacjent w pode­szłym wieku.

- Nie chcesz za mnie wyjść, Jill?

- Będę chciała, kiedy już wyślę swo­jego przy­szłego męża na tam­ten świat. Może zresztą stanę się wtedy tak bogata, że będę cię mogła trzy­mać jako zwie­rzątko domowe?

- Zacznij już dzi­siaj.

- Nic z tego. Dopiero wtedy, jak tam­ten wykor­kuje.

Pro­gram roz­ryw­kowy, ata­ku­jący w trak­cie obiadu ich bębenki nie­li­to­ści­wym stru­mie­niem decy­beli, został nagle prze­rwany. W odbior­niku poja­wiła się głowa spi­kera, który uśmiech­nął się sze­roko i powie­dział:

- SSS, Świa­towa Sieć Ste­reo­wi­zyjna, i jej spon­sor, Cukierki Mal­tu­zjań­skie1 Sp. z o. o., mają przy­jem­ność oddać czas ante­nowy rzą­dowi Fede­ra­cji. Pamię­taj­cie, dziew­częta, każda z was ssie cukierki mal­tu­zjań­skie - smaczne, nie­za­wodne, dostępne bez recepty. Po co ryzy­ko­wać, sto­su­jąc prze­sta­rzałe, nie­este­tyczne, szko­dliwe i nie­pewne spo­soby? Po co ryzy­ko­wać utratę jego miło­ści i sza­cunku? - Roz­koszny spi­ker spoj­rzał gdzieś w bok, po czym pośpiesz­nie dokoń­czył: - Oto mądra dziew­czyna, która sto­suje cukierki mal­tu­zjań­skie. Zaraz po niej przed kame­rami wystąpi sam sekre­tarz gene­ralny!

Poja­wiła się trój­wy­mia­rowa młoda kobieta, tak zmy­słowa, pier­sia­sta i uwo­dzi­ciel­ska, że każdy męż­czy­zna po pro­stu musiał nagle poczuć nie­do­syt, spo­glą­da­jąc na swoją part­nerkę. Dziew­czyna prze­cią­gnęła się i wyszep­tała sek­sow­nym gło­sem:

- Ja ni­gdy nie roz­staję się z cukier­kami mal­tu­zjań­skimi!

Obraz roz­pły­nął się, a w chwilę potem zabrzmiały dźwięki hymnu Chwała wiecz­nemu poko­jowi.

- A ty ssiesz te cukierki? - zapy­tał Ben.

- Nie twój inte­res! - par­sk­nęła Jill, po czym dodała: - To oszu­kań­stwo. A poza tym skąd wiesz, czy ja tego potrze­buję?

Caxton nic nie odpo­wie­dział, bo odbior­nik wypeł­niła twarz sekre­ta­rza gene­ral­nego Douglasa.

- Przy­ja­ciele! - zaczął ojcow­skim gło­sem. - Współ­o­by­wa­tele Fede­ra­cji! Spo­tyka mnie dzi­siaj nie­zwy­kły zaszczyt i wyróż­nie­nie. Od chwili powrotu naszego wspa­nia­łego "Cham­piona"...

Douglas przez dłuż­szy czas gra­tu­lo­wał miesz­kań­com Ziemi zakoń­czo­nej suk­ce­sem próby nawią­za­nia kon­taktu z rasą żyjącą na

innej pla­ne­cie, dając zręcz­nie do zro­zu­mie­nia, że suk­ces ten osią­gnięto przy oso­bi­stym współ­udziale każ­dego z ludzi i że w grun­cie rze­czy każdy z nich mógłby stać na czele eks­pe­dy­cji, gdyby nie to, że aku­rat miał coś innego do roboty, oraz że on, sekre­tarz gene­ralny, był jedy­nie posłusz­nym instru­men­tem reali­za­cji ich woli. Ogólna wymowa wypo­wie­dzi była taka, że prze­ciętny oby­wa­tel jest równy innym, będąc jed­no­cze­śnie lep­szy nie­mal od wszyst­kich, i że stary dobry Joe Douglas sta­nowi uoso­bie­nie takiego wła­śnie prze­cięt­nego czło­wieka. Jego wymięty kra­wat i gładko przy­li­zane włosy miały to wra­że­nie potwier­dzać.

Ben zasta­na­wiał się, kto mógł mu to prze­mó­wie­nie napi­sać. Naj­praw­do­po­dob­niej James San­forth, który z całego sztabu Douglasa miał naj­więk­sze wyczu­cie w dobie­ra­niu koją­cych przy­miot­ni­ków, miłych dla uszu słu­cha­czy. Zanim zabrał się za poli­tykę, pisy­wał tek­sty rekla­mó­wek i nie miał żad­nych skru­pu­łów. Tak, ten kawa­łek o "dło­niach koły­szą­cych dziecko" z całą pew­no­ścią wyszedł spod jego pióra. Jim był jed­nym z tych męż­czyzn, któ­rzy potra­fią uwieść każdą dziew­czynę, mając jako przy­nętę choćby jeden cukie­rek.

- Wyłącz to! - zażą­dała Jill.

- Ciii, malutka. Muszę go wysłu­chać.

- ...i tak oto, przy­ja­ciele, mam zaszczyt przed­sta­wić wam naszego współ­o­by­wa­tela Valen­tine'a Micha­ela Smi­tha, Czło­wieka z Marsa! Mike, wiemy, że jesteś zmę­czony i ostat­nio nie naj­le­piej się czu­łeś, ale czy mógł­byś powie­dzieć parę słów do swo­ich przy­ja­ciół?

Na ekra­nie poja­wiło się pół­zbli­że­nie czło­wieka sie­dzą­cego na wózku inwa­lidz­kim. Z jed­nej strony stał Douglas, a z dru­giej sztywno wypro­sto­wana nie­zwy­kle foto­ge­niczna pie­lę­gniarka.

Jill ze zdu­mie­nia wcią­gnęła gło­śno powie­trze.

- Cicho - szep­nął Ben.

Gładką, dzie­cinną twarz czło­wieka sie­dzą­cego na wózku roz­ja­śnił nie­śmiały uśmiech. Spoj­rzał pro­sto w kamerę i powie­dział:

- Witaj­cie. Wybacz­cie, że sie­dzę. Jestem jesz­cze tro­chę osła­biony.

Mówił z wyraźną trud­no­ścią; pie­lę­gniarka nachy­liła się nad nim, żeby zba­dać tętno.

Odpo­wia­da­jąc na pyta­nia Douglasa, Czło­wiek z Marsa pra­wił kom­ple­menty kapi­ta­nowi van Trom­powi i jego zało­dze, dzię­ko­wał za ura­to­wa­nie i pod­kre­ślał, że wszy­scy na Mar­sie są sza­le­nie pod­eks­cy­to­wani spo­tka­niem z Zie­mia­nami, i że on oso­bi­ście ma nadzieję przy­czy­nić się do nawią­za­nia przy­ja­ciel­skich kon­tak­tów mię­dzy obiema pla­ne­tami. Pie­lę­gniarka już chciała prze­rwać roz­mowę, ale Douglas zapy­tał łagod­nie:

- Mike, czy możesz nam odpo­wie­dzieć na jesz­cze jedno pyta­nie?

- Oczy­wi­ście, panie Douglas, jeżeli tylko będę potra­fił.

- Co sądzisz o ziem­skich dziew­czę­tach?

- Ooo!

Na nagle zaró­żo­wio­nej dzie­cię­cej twa­rzy poja­wił się eks­ta­tyczny uśmiech. Kame­rzy­sta zro­bił zbli­że­nie głowy i ramion sekre­ta­rza gene­ral­nego.

- Mike pro­sił mnie, bym wam prze­ka­zał - kon­ty­nu­ował ojcow­skim tonem Douglas - że wróci do was, jak tylko będzie mógł. Sami rozu­mie­cie, naj­pierw musi nabrać tro­chę sił. Być może zoba­czy­cie go już za tydzień, o ile leka­rze uznają, że mu to nie zaszko­dzi.

Poja­wiła się kolejna rekla­mówka cukier­ków mal­tu­zjań­skich; jed­no­znacz­nie wyni­kało z niej, że dziew­czyna, która ich nie zażywa, jest nie tylko nie­spełna rozumu, ale w pew­nym sen­sie sta­nowi nawet zagro­że­nie dla oto­cze­nia i na jej widok każdy męż­czy­zna powi­nien bez­zwłocz­nie przejść na drugą stronę ulicy. Ben zmie­nił kanał, po czym odwró­cił się do Jill i powie­dział ponuro:

- No, wygląda na to, że mogę podrzeć jutrzej­szy arty­kuł. Douglas ma go w swo­ich łapach.

- Ben!

- Słu­cham?

- To nie jest Czło­wiek z Marsa!

- Co takiego? Dzie­cino, jesteś pewna?

- Jest do niego podobny, ale to na pewno nie ten pacjent, któ­rego widzia­łam w izo­latce.

Ben zwró­cił jej uwagę, że prze­cież Smi­tha widziało już dzie­siątki ludzi - straż­nicy, pie­lę­gnia­rze, leka­rze, kapi­tan i załoga "Cham­piona". Być może także i inni. Część z nich z całą pew­no­ścią oglą­dała pro­gram. Admi­ni­stra­cja od samego początku musia­łaby się liczyć z tym, że nie­któ­rzy zauważą oszu­stwo. To nie miało sensu - ryzyko było zbyt duże.

W odpo­wie­dzi Jill hardo wysu­nęła dolną wargę i upie­rała się, że to na pewno nie był czło­wiek, z któ­rym roz­ma­wiała w szpi­talu.

- Dobrze, niech będzie po two­jemu! - prych­nęła wresz­cie ze zło­ścią. - Męż­czyźni!

- Ależ, Jill...

- Odwieź mnie do domu.

Ben wyszedł zamó­wić tak­sówkę. Nie wezwał jej z restau­ra­cji, tylko poszedł na znaj­du­jące się nie­opo­dal lądo­wi­sko. W dro­dze powrot­nej Jill nie ode­zwała się ani sło­wem, nato­miast Ben wycią­gnął z teczki dia­logi spi­sane z taśmy i jesz­cze raz uważ­nie je prze­czy­tał. Skoń­czyw­szy, zasta­na­wiał się przez chwilę, po czym powie­dział:

- Jill?

- Tak, panie Caxton?

- Ja ci dam pana! Prze­pra­szam cię. Nie mia­łem racji.

- W jaki spo­sób dosze­dłeś do tego wnio­sku?

Klep­nął dło­nią w leżący na kola­nach plik papie­rów.

- Sądząc po tym, jak zacho­wy­wał się jesz­cze wczo­raj, to nie mógł być on. W tak stre­so­wej sytu­acji z całą pew­no­ścią wpadłby w trans.

- Cie­szę się, że wresz­cie zaczą­łeś zwra­cać uwagę na oczy­wi­ste rze­czy.

- Czy była­byś uprzejma kop­nąć mnie raz, ale dobrze, a potem zosta­wić w spo­koju? Czy wiesz, co to ozna­cza?

- Że posłu­żyli się jakimś akto­rem. Powie­dzia­łam ci to już godzinę temu.

- Zga­dza się. Zupeł­nie nie­zły aktor. Ale tu cho­dzi o coś wię­cej. Według mnie ist­nieją dwie moż­li­wo­ści: albo Smith nie żyje i...

- Mój Boże, nie żyje!

Jill przy­po­mniała sobie tajem­ni­czą cere­mo­nię dzie­le­nia się wodą i nagle nie­mal poczuła obok sie­bie obec­ność dziw­nej, nie­moż­li­wej do opi­sa­nia sło­wami oso­bo­wo­ści Smi­tha.

- Kto wie? Jeżeli mam rację, to dubler pozo­sta­nie przy życiu tylko tak długo, jak długo będą go potrze­bo­wać. Potem "umrze" i zosta­nie wywie­ziony z mia­sta z tak sta­now­czym zaka­zem mówie­nia o całej spra­wie, że dostałby ataku astmy, gdyby pró­bo­wał choćby pisnąć słowo na ten temat. Kto wie, może nawet zro­bi­liby mu lobo­to­mię? Jeżeli Smith rze­czy­wi­ście jest mar­twy, to wła­ści­wie możemy od razu zająć się czymś innym, bo ni­gdy nie uda nam się dowieść prawdy. Dla­tego lepiej załóżmy, że jed­nak żyje.

- Och, mam nadzieję!

- "Czym Hekuba dla cie­bie lub ty dla Hekuby?" - zacy­to­wał nie­do­kład­nie Caxton. - Jeżeli żyje, to i tak może się jesz­cze oka­zać, że w tej spra­wie nie ma nic nie­czy­stego. Prze­cież ważne oso­bi­sto­ści bar­dzo czę­sto korzy­stają z usług duble­rów. Może za dwa lub trzy tygo­dnie nasz przy­ja­ciel Smith będzie już w tak dobrym sta­nie, że zde­cy­dują się go poka­zać publicz­no­ści, cho­ciaż, szcze­rze mówiąc, dia­bel­nie w to wąt­pię.

- Dla­czego?

- Rusz mózgow­nicą, koteczku. Dougla­sowi już raz nie udało się wycią­gnąć od niego tego, co chciał. Ponie­waż jed­nak ta sprawa nie może zostać nie­za­ła­twiona, Douglas zapewne schowa Smi­tha tak głę­boko, że nikt go nie znaj­dzie. Ni­gdy nie będzie nam dane ujrzeć praw­dzi­wego Czło­wieka z Marsa.

- Uwa­żasz, że go zabije?

- Po co być aż tak bru­tal­nym? Wystar­czy, że go umie­ści w jakimś pry­wat­nym domu opieki i nie pozwoli kon­tak­to­wać się z nikim z zewnątrz.

- O Boże! Ben, co robić?

Caxton się skrzy­wił.

- Na razie to oni usta­lają reguły gry, ale mam zamiar zja­wić się tam w towa­rzy­stwie Świadka i praw­nika i zażą­dać widze­nia ze Smi­them. Może uda mi się wycią­gnąć tę sprawę na świa­tło dzienne.

- Będę z tobą!

- Jesz­cze czego. Sama powie­dzia­łaś, że to może znisz­czyć twoją karierę.

- Prze­cież potrze­bu­jesz mnie, żebym go ziden­ty­fi­ko­wała.

- Kiedy już stanę z nim twa­rzą w twarz, będę potra­fił poznać, czy to tylko zręczny aktor, czy naprawdę ktoś, kto całe życie spę­dził wśród istot zupeł­nie innych niż ludzie. Gdyby jed­nak coś miało się nie udać, będziesz moim ukry­tym atu­tem - wiesz, że pró­bują bawić się z nami w cho­wa­nego, a w dodatku masz dostęp do Bethesda Cen­ter. Kocha­nie, jeżeli słuch o mnie zagi­nie, możesz dzia­łać na wła­sną rękę.

- Ben, oni chyba nie zro­bią ci nic złego?

- Malu­chu, tym razem wal­czę trzy kate­go­rie wyżej, niż wyni­ka­łoby to z mojej wagi.

- To mi się wcale nie podoba. Co masz zamiar zro­bić, kiedy już uda ci się do niego dotrzeć?

- Zapy­tam go, czy chce wyjść ze szpi­tala. Jeżeli powie, że tak, to od razu go zabiorę. W obec­no­ści Świadka nie odważą się nas zatrzy­mać.

- A co potem? Cią­gle jesz­cze potrze­buje opieki lekar­skiej. Ben, on naprawdę nie potrafi się o sie­bie zatrosz­czyć.

Caxton ponow­nie się skrzy­wił.

- Myśla­łem o tym. Mogli­by­śmy na przy­kład umie­ścić go w moim miesz­ka­niu i...

- ...i ja bym się nim opie­ko­wała. Zróbmy tak!

- Powoli, powoli. Douglas z całą pew­no­ścią coś by wykom­bi­no­wał, żeby Smi­tha z powro­tem zamknąć w klatce. Nas zresztą też. - Zmarsz­czył brwi. - Ale znam kogoś, komu mogłoby to ujść na sucho.

- Kogo?

- Wiesz, kto to jest Jubal Har­shaw?

- A kto nie wie?

- To wła­śnie jedna z jego zalet: wszy­scy go znają. Dzięki temu nie można go sobie pod­po­rząd­ko­wać. Jest jed­no­cze­śnie leka­rzem i praw­ni­kiem, a to czyni go podwój­nie uod­por­nio­nym.

A co naj­waż­niej­sze, jest tak wiel­kim indy­wi­du­ali­stą, że gdyby tylko miał ochotę, sta­nąłby ze scy­zo­ry­kiem w ręku prze­ciwko całej Fede­ra­cji. To zwięk­sza jego war­tość jesz­cze ośmio­krot­nie. Pozna­łem go pod­czas jakie­goś pro­cesu o znie­sła­wie­nie; jest przy­ja­cie­lem, na któ­rego zawsze można liczyć. Jeżeli uda mi się wycią­gnąć Smi­tha z Bethesda Cen­ter, zabiorę go do Har­shawa w Góry Pocono. Niech rzą­dowe pie­ski usi­łują go stam­tąd wyszar­pać!

Cukierki Mal­tu­zjań­skie - środki anty­kon­cep­cyjne (przyp tłum) [wróć]

roz­dział 7

Jill prze­jęła dyżur dzie­sięć minut wcze­śniej, niż wyni­kało z jej roz­kładu zajęć. Obie­cała Benowi, że nie będzie inge­ro­wać w jego próbę skon­tak­to­wa­nia się ze Smi­them, ale chciała być moż­li­wie bli­sko. Nie­wy­klu­czone, że będą mu potrzebne posiłki.

Żoł­nie­rze znik­nęli z kory­ta­rza. Dzięki tac­kom z lekami i pacjen­tom cze­ka­ją­cym na ope­ra­cje przez następne dwie godziny Jill nie miała na nic czasu; zdo­łała tylko w prze­lo­cie naci­snąć klamkę w drzwiach do pokoju K-12. Były zamknięte, podob­nie jak te pro­wa­dzące do mini­po­cze­kalni. Korzy­sta­jąc z nie­obec­no­ści straż­ni­ków, miała zamiar wśli­znąć się wła­śnie przez to pomiesz­cze­nie, ale na razie musiała z tego zre­zy­gno­wać, miała zbyt wiele do roboty. Nie­mniej jed­nak sta­rała się uważ­nie przy­glą­dać wszyst­kim oso­bom poja­wia­ją­cym się na jej pię­trze.

Ben się nie poka­zał. Wzięta dys­kret­nie na spytki kole­żanka także nie widziała, żeby ktoś wcho­dził do pokoju K-12. Jill tro­chę to zdzi­wiło; Ben nie usta­lał dokład­nie czasu, ale miał zamiar przy­pu­ścić szturm moż­li­wie wcze­śnie rano.

Musiała spraw­dzić, co się dzieje. Korzy­sta­jąc z chwili spo­koju, zapu­kała do drzwi pomiesz­cze­nia, w któ­rym prze­by­wał lekarz spra­wu­jący opiekę nad Smi­them, wsa­dziła głowę do środka i udała lek­kie zdzi­wie­nie.

- Och! Dzień dobry, dok­to­rze. Myśla­łam, że jest tu dok­tor Frame.

Lekarz sie­dzący przy kon­so­le­cie obej­rzał ją od stóp do głów i jego twarz roz­pro­mie­niła się w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Nie widzia­łem go dzi­siaj, sio­stro. Jestem dok­tor Brush. Mogę w czymś pomóc?

Widząc typową męską reak­cję, Jill nieco się odprę­żyła.

- Och, to nic takiego. Jak się miewa Czło­wiek z Marsa?

- Pro­szę?

Uśmiech­nęła się.

- Tutaj to nie tajem­nica, dok­to­rze. Pań­ski pacjent... - Nie dokoń­czyła, poka­zu­jąc ruchem głowy w stronę sąsied­niego pokoju.

- Że co? - Lekarz spra­wiał wra­że­nie mocno zdez­o­rien­to­wa­nego. - To jego tutaj trzy­mają?

- Jak to, czyżby go nie było?

- Nie, z dokład­no­ścią do sze­ściu miejsc po prze­cinku. To pani Rose Ban­ker­son, pacjentka dok­tora Gar­nera. Prze­nie­śli­śmy ją z samego rana.

- Naprawdę? A co się stało z Czło­wie­kiem z Marsa?

- Nie mam poję­cia. Naprawdę stra­ci­łem oka­zję, żeby zoba­czyć z bli­ska Valen­tine'a Smi­tha?

- Jesz­cze wczo­raj tu był.

- Chyba tylko ja mogę mieć takiego pecha! Niech sio­stra zoba­czy, co mi się dostało.

Włą­czył moni­tor, na któ­rym poja­wił się obraz z kamery zain­sta­lo­wa­nej w sąsied­nim pokoju. W łóżku leżała drobna, stara kobieta.

- Co jej jest?

- Hmm... Gdyby nie to, że ta pani ma dużo za dużo pie­nię­dzy, nazy­wa­łoby się to po pro­stu star­czą demen­cją, a tak leży tutaj, cze­ka­jąc na koniec i osta­teczną dia­gnozę.

Jill poroz­ma­wiała jesz­cze chwilę z leka­rzem, a potem pod pierw­szym lep­szym pre­tek­stem wyszła z dyżurki. Spraw­dziła w książce oddziału - to, co powie­dział lekarz, zga­dzało się: "V.M. Smith, K-12, przen.". A pod spodem: "Do K-12 Rose S. Ban­ker­son, dr Gar­ner, dieta bez żadn. dod.".

Dla­czego prze­no­siny odbyły się w nocy? Zapewne żeby unik­nąć nie­po­trzeb­nych świad­ków. Ale dokąd go zabrali? Nor­mal­nie zadzwo­ni­łaby po pro­stu do izby przy­jęć, ale po roz­mo­wie z Benem i sfał­szo­wa­nym wywia­dzie w ste­reo­wi­zji zro­biła się tro­chę prze­wraż­li­wiona. Posta­no­wiła zacze­kać i spró­bo­wać dowie­dzieć się cze­goś z nie­ofi­cjal­nych źró­deł.

Przede wszyst­kim jed­nak poszła do auto­matu tele­fo­nicz­nego i spró­bo­wała połą­czyć się z Benem. W redak­cji powie­dziano jej, że pan Caxton wyje­chał z mia­sta. W pierw­szej chwili zanie­mó­wiła ze zdu­mie­nia, ale zdo­łała się jakoś wziąć w garść i popro­siła, żeby prze­ka­zano mu infor­ma­cję o jej tele­fo­nie.

W domu rów­nież go nie było, nagrała więc prośbę, żeby natych­miast się z nią skon­tak­to­wał.

***

Ben Caxton nie mar­no­wał czasu. Zatrud­nił samego Jamesa Oli­vera Caven­di­sha. Wpraw­dzie wystar­czyłby jaki­kol­wiek Świa­dek, ale Caven­dish cie­szył się taką repu­ta­cją, że w spra­wach, w któ­rych wystę­po­wał, sędzia był już wła­ści­wie nie­po­trzebny. Zaawan­so­wany wie­kiem dżen­tel­men zezna­wał wie­le­kroć przed Sądem Naj­wyż­szym, zaś krą­żące o nim plotki mówiły, że łączna suma kwot zawar­tych w testa­men­tach powie­rzo­nych jego pamięci się­gała wielu miliar­dów. Był uczniem wiel­kiego dok­tora Samu­ela Ren­shawa, nato­miast tre­ning hip­no­tyczny ode­brał jako czło­nek Krysz­ta­ło­wej Fun­da­cji. Za jeden dzień pracy żądał wię­cej, niż Ben zara­biał przez tydzień, lecz Caxton miał nadzieję, że gazeta pokryje wszyst­kie koszty. Do tego zada­nia nawet naj­lep­szy Świa­dek nie był wystar­cza­jąco dobry.

Ben naj­pierw wstą­pił po młod­szego Frisby'ego z kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej Bid­dle, Frisby, Frisby, Bid­dle & Reed, potem zaś po Caven­di­sha. Szczu­pła postać Świadka, spo­wita w białą szatę sta­no­wiącą znak jego pro­fe­sji, nasu­nęła Benowi sko­ja­rze­nia ze Sta­tuą Wol­no­ści. Wcze­śniej Caxton zapo­znał Frisby'ego ze swo­imi zamia­rami (zda­niem adwo­kata podej­rze­nia opie­rały się na wyjąt­kowo kru­chych pod­sta­wach), żeby w obec­no­ści Świadka, tak jak wyma­gały tego prze­pisy, nie mówić o tym, co ten miał dopiero zoba­czyć i usły­szeć.

Wysie­dli z tak­sówki przy Bethesda Cen­ter. Udali się od razu do biura dyrek­cji, gdzie Ben poka­zał swoją legi­ty­ma­cję i zapy­tał, czy mógłby widzieć się z dyrek­to­rem.

Sie­dząca za biur­kiem kobieta spy­tała wynio­śle, czy był umó­wiony, na co Ben musiał przy­znać, że nie.

- W takim razie ma pan bar­dzo wątłe szanse, żeby poroz­ma­wiać z dok­to­rem Bro­eme­rem. O jaką sprawę cho­dzi?

- Pro­szę mu powie­dzieć - odrzekł Ben na tyle gło­śno, żeby wszy­scy znaj­du­jący się w pobliżu go usły­szeli - że Caxton, ten od Gniazda wron, przy­szedł ze Świad­kiem i praw­ni­kiem, żeby prze­pro­wa­dzić wywiad z Valen­tine'em Micha­elem Smi­them, Czło­wie­kiem z Marsa.

Zasko­czył tym sekre­tarkę, która jed­nak szybko się opa­no­wała i odparła lodo­wa­tym tonem:

- Prze­każę mu. Zechcą pano­wie usiąść.

- Dzię­kuję, pocze­kamy tutaj.

Frisby wycią­gnął cygaro, Ben prze­cha­dzał się ner­wowo, nato­miast Caven­dish cze­kał cier­pli­wie, ze spo­ko­jem kogoś, kto widział już wszystko, co dobre i złe na tym świe­cie. Wresz­cie Kró­lowa Śniegu wró­ciła i oznaj­miła:

- Przyj­mie panów pan Berqu­ist.

- Berqu­ist? Gil Berqu­ist?

- Pan Gil­bert Berqu­ist.

Gil Berqu­ist był jed­nym z całego zastępu popy­cha­deł Douglasa, ofi­cjal­nie nazy­wa­nych jego asy­sten­tami.

- Nie inte­re­suje mnie Berqu­ist. Chcę roz­ma­wiać z dyrek­to­rem.

Ale Berqu­ist już był przy nich z wycią­gniętą ręką i sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

- Benny Caxton! Jak się masz, bra­chu! Cią­gle pisu­jesz te łzawe histo­ryjki? - Zer­k­nął na Świadka.

- Cią­gle. Co tu robisz, Gil?

- Jeżeli kie­dy­kol­wiek uda mi się opu­ścić służbę pań­stwową, też zafun­duję sobie stałą kolumnę w jakiejś gaze­cie. To musi być bosko prze­te­lek­so­wać rano kil­ka­set słów jakichś plo­tek, a potem robić przez resztę dnia to, czego dusza zapra­gnie. Zazdrosz­czę ci, Ben.

- Zapy­ta­łem, co tutaj robisz, Gil. Chcę się widzieć z dyrek­to­rem, a potem z Czło­wie­kiem z Marsa. Nie przy­sze­dłem tu po to, żebyś mnie spła­wił w wiel­ko­pań­ski spo­sób.

- Ależ, Ben! Dok­tor Bro­emer jest wprost roz­chwy­ty­wany przez dzien­ni­ka­rzy, więc sekre­tarz gene­ralny przy­słał mnie, żebym zdjął z bar­ków dyrek­tora część tego cię­żaru.

- Dobra. Chcę się widzieć ze Smi­them.

- Mój kochany, z nim chce się widzieć każdy repor­ter, kore­spon­dent, komen­ta­tor, felie­to­ni­sta i redak­tor, nie wspo­mi­na­jąc o ich żeń­skich odpo­wied­ni­kach. Dwa­dzie­ścia minut temu była tutaj Polly Pod­glą­daczka, żeby prze­pro­wa­dzić z nim wywiad o sek­su­al­nych zwy­cza­jach Mar­sjan. - Berqu­ist z obu­rze­niem pod­niósł obie ręce.

- Chcę się widzieć ze Smi­them. Pozwo­lisz mi czy nie?

- Ben, chodź do jakiejś knajpki, gdzie spo­koj­nie poga­wę­dzimy nad szkla­neczką cze­goś moc­niej­szego. Powiem ci wszystko, co wiem.

- Nie chcę, żebyś mi cokol­wiek mówił. Muszę poroz­ma­wiać ze Smi­them. To mój adwo­kat, Mark Frisby.

Tak jak było w zwy­czaju, Ben nie przed­sta­wił Świadka.

- My już się znamy - powie­dział Berqu­ist. - Jak tam ojciec, Mark? Cią­gle ma kło­poty z zato­kami?

- Od czasu do czasu.

- To przez ten cho­lerny kli­mat. No, chodźże, Ben. I ty też, Mark.

Caxton nie miał zamiaru ustą­pić.

- Chwi­leczkę! Chcę roz­ma­wiać z Valen­tine'em Micha­elem Smi­them. Repre­zen­tuję redak­cję "Post", a pośred­nio dwie­ście milio­nów czy­tel­ni­ków. Czy mogę się z nim zoba­czyć? Jeżeli nie, to wyraź­nie mi to powiedz i uza­sad­nij odmowę.

Berqu­ist ciężko wes­tchnął.

- Mark, powiedz temu wścib­skiemu skry­bie, że nie może ot tak sobie zwa­lać się na głowę cho­remu czło­wie­kowi! Nawet tego wczo­raj­szego wywiadu Smith udzie­lił wbrew wyraź­nym zale­ce­niom leka­rza. Chło­pak ma święte prawo do tego, żeby w ciszy i spo­koju odzy­ski­wać siły.

- Krążą plotki, że wczo­raj­szy wywiad był sfał­szo­wany - wtrą­cił się Ben.

Uśmiech natych­miast znik­nął z twa­rzy Berqu­ista.

- Frisby, czy mógł­byś uświa­do­mić swo­jego klienta, co to jest znie­sła­wie­nie? - powie­dział zimno.

- Spo­koj­nie, Ben.

- Wiem, co to jest znie­sła­wie­nie, Gil. Ale kogo ja znie­sła­wiam? Czło­wieka z Marsa czy kogoś innego? Jeżeli tak, to wymień jego nazwi­sko. - Pod­niósł głos. - Powta­rzam jesz­cze raz: sły­sza­łem, że osob­nik, który wczo­raj wie­czo­rem wystą­pił w ste­reo, nie był Czło­wie­kiem z Marsa. Chcę się z nim zoba­czyć i oso­bi­ście go o to zapy­tać.

W zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu nagle zro­biło się bar­dzo cicho. Berqu­ist spoj­rzał wście­kle na Świadka, ale zaraz się opa­no­wał i powie­dział z uśmie­chem:

- Ben, cał­kiem moż­liwe, że wła­śnie udało ci się uzy­skać zgodę na wej­ście do jego pokoju. A potem na salę sądową. Zacze­kaj chwilę.

Bar­dzo szybko wró­cił.

- Zała­twi­łem ci to, cho­ciaż wcale na to nie zasłu­gu­jesz - powie­dział zmę­czo­nym gło­sem. - Chodź ze mną. Tylko ty. Przy­kro mi, Mark, ale nie możemy tam robić zbyt wiel­kiego ści­sku. Smith jest po pro­stu chory.

- Nic z tego - odparł Ben.

- Jak to?

- Albo my trzej, albo żaden z nas.

- Ben, nie wygłu­piaj się. Prze­cież robimy dla cie­bie wyją­tek. Wiesz co? Mark może iść z nami, ale poczeka na kory­ta­rzu, a on prze­cież nie jest ci do niczego potrzebny. - Mówiąc to, wska­zał na Caven­di­sha, który zda­wał się niczego nie sły­szeć.

- Może i nie, ale po połu­dniu znaj­dziesz w moim arty­kule infor­ma­cję o tym, że rząd nie zgo­dził się na obec­ność Świadka pod­czas mojej roz­mowy z Czło­wie­kiem z Marsa.

Berqu­ist się wzdry­gnął.

- Dobrze więc, chodź­cie wszy­scy. Mam nadzieję, Ben, że te oszczer­stwa jesz­cze kie­dyś wyjdą ci bokiem.

Ze względu na wiek Caven­di­sha jechali naj­pierw windą, a potem rucho­mym chod­ni­kiem wzdłuż labo­ra­to­riów i sal, mija­jąc oddział za oddzia­łem. W pew­nej chwili zatrzy­mał ich straż­nik, który prze­ka­zał ich następ­nemu poste­run­kowi. Wresz­cie zna­leźli się w dyżurce wypeł­nio­nej po sufit apa­ra­turą uży­waną do cią­głego obser­wo­wa­nia orga­ni­zmu ciężko cho­rych pacjen­tów.

- To jest dok­tor Tan­ner. - Berqu­ist przed­sta­wił im sie­dzą­cego w pokoju leka­rza. - Dok­to­rze, pano­wie Caxton i Frisby. - Caven­dish, rzecz jasna, nie został przed­sta­wiony.

Tan­ner spra­wiał wra­że­nie lekko zanie­po­ko­jo­nego.

- Pano­wie, mam do was ogromną prośbę: nie mów­cie ani nie rób­cie niczego, co mogłoby zanie­po­koić pacjenta. Ma wybit­nie neu­ro­tyczną oso­bo­wość i łatwo wpada w stan pato­lo­gicz­nego transu, o ile można to tak okre­ślić.

- Epi­lep­sja? - zapy­tał Ben.

- Laik mógłby tak powie­dzieć, ale to raczej coś w rodzaju kata­lep­sji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki