Obcy w miasteczku - Jacek Moszczyński

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Życie człowieka jest nieustanną walką. Wszyscy pragniemy przejść przez nie godnie, czerpać satysfakcję z tego, co robimy, i z tego, co już osiągnęliśmy. Jednak życie to także pasmo niezliczonych codziennych decyzji - zarówno dobrych, jak i złych. Ta książka jest opisem mojej walki o lepsze, szczęśliwsze życie - dla mnie i moich najbliższych.
Decyzje bywają trafne i rozsądne, ale także błędne, obciążające i niosące konsekwencje. Prezydent Woodrow Wilson powiedział kiedyś, że "wzrastamy do wielkości przez nasze marzenia". Marzenia towarzyszą mi od najmłodszych lat i nie pozwalam im umrzeć. Dzielę je na realistyczne i odległe, a do ich realizacji dążę - oczywiście na miarę możliwości. Sukces jest przypisany do nadziei i wiary w to, że marzenia można urzeczywistniać w codzienności.
W chwilach zwątpienia wielokrotnie powtarzałem sobie: zrobię to, zdobędę to, osiągnę to. Gdy sukces nie nadchodził, wracałem do podstaw, do wytrwałej pracy i konsekwencji w realizacji postawionych celów. Szanse na powodzenie tkwią w naszych postawach, w wierze, że możemy coś osiągnąć i się nie poddamy.
Dążenie do konkretnych celów odmieniło moje życie i mój los. Swoje dokonania zawdzięczam nie tylko własnej determinacji i pracowitości, lecz także wpływowi otoczenia - przede wszystkim rodziny, przyjaciół i znajomych. Nie bez znaczenia były też warunki zewnętrzne: środowisko naturalne czy miejsce pobytu. Wszystko to ukształtowało moją drogę.
Ogromne znaczenie miało również spotkanie z Janem Pawłem II, wówczas biskupem diecezji krakowskiej. Zawsze, gdy o tym myślę, przechodzi mnie niezwykły dreszcz emocji. To uczucie trudno opisać - do dziś jest dla mnie czymś wyjątkowym. Nawet teraz, gdy o tym piszę, czuję, jak wielki wpływ wywarł na moje życie. Był dla mnie prawie jak ojciec.
W tej książce chcę przedstawić moją drogę - od biednego emigranta do dobrze sytuowanego obywatela trzech krajów: Polski, USA i Kanady. Jeśli szukasz recepty na to, jak to szybko osiągnąć, to nic z tego. Jest to długa i kręta droga, a nie historia ze spadkiem po dziadku, darowizną od ojca czy wygraną na loterii w tle. Doświadczyło mnie mnóstwo przeróżnych sytuacji: niebezpiecznych, śmiesznych, ciekawych i dziwnych. Czasem były to epizody wręcz sensacyjne - wielokrotnie przekraczałem nielegalnie granice, podszywałem się pod cudze nazwiska, byłem poszukiwany przez policję. Jednak prawie zawsze kończyło się to szczęśliwie dla mnie i teraz spróbuję się tym z Wami podzielić.
Podróż na zachód - nową przygodę czas zacząć
Krętymi drogami międzystanowej autostrady I-90 pożyczony od U-Haul truck do przewozu mebli toczył się powoli, jakby z wysiłkiem. Maksymalna prędkość, jaką mogłem osiągnąć, to 55 mil na godzinę1 - blokada działała, naciskałem pedał gazu, silnik wył jak szalony, a wskazówka prędkościomierza i tak nie chciała piąć się wyżej. Na dodatek samochód z trudem radził sobie na podjazdach. Jadąc pod górę, zwalniał, jakby nie miał siły ciągnąć całego ładunku.
Był to największy model, jaki mogłem wypożyczyć - do tego ciągnął platformę, na której umocowany był van kontraktorski po sufit wypełniony większymi i mniejszymi narzędziami. Natomiast na dachu były umocowane w dwóch rzędach drabiny i elementy rusztowań.
Zmierzałem na zachód. Dopiero co minęliśmy długi most na rzece Missouri. Ponad dwieście lat temu właśnie w tej okolicy przebiegała granica terytoriów Indian i pionierów. Na wschód - ziemie francuskie, a na zachód od rzeki Missisipi - tereny indiańskie. Wielkie Równiny były wtedy niemal bezkresne, należały do Indian, głównie Dakotów.
Historia tego miejsca powracała mi w myślach. Francuzi uwikłani w konflikty w Europie i w swoich koloniach szukali szybkiej kasy na dozbrojenie armii. W 1803 roku sprzedali ogromne obszary, tzw. Luizjanę, Amerykanom za 15 milionów dolarów w złocie. W przeliczeniu wyszło zaledwie 7 dolarów za kilometr kwadratowy. Sprzedający nie zdawali sobie sprawy z potencjału drzemiącego w tych ziemiach. Amerykanie kupowali je "w ciemno", lecz późniejsza wyprawa Meriwethera Lewisa i Williama Clarka potwierdziła słuszność decyzji rządu. Wydane na ten zakup pieniądze okazały się drobiazgiem wobec ogromu bogactw, które wkrótce zaczęto tu wydobywać - w tym złota i srebra.
Ciężarówka powoli toczyła się w stronę ostatnich promieni zachodzącego słońca. Po prawej stronie mijałem jakieś ruiny - zapewne pozostałości po piecach do wypalania. Obok nich znajdowały się wyrobiska, chyba po węglu kamiennym. To musiały być pozostałości po pierwszych osadnikach, którzy w tych surowych warunkach próbowali budować swoje życie w Nowym Świecie.
Z zamyślenia o tamtych czasach i znużenia równomiernym stukotem kół o betonowe krawędzie płyt autostrady wyrwał mnie znajomy dźwięk telefonu. Gwałtownie przerwał on stan apatycznego kierowania samochodem, kiedy uwaga mózgu automatycznie kontroluje ruchy rąk na kierownicy, a stopy zawieszone nad pedałem gazu czy hamulca czekają na impuls.
1 78,55 km/h.