Rozdział 3
każdym kolejnym kilometrem Marcjanna czuła się coraz lepiej. Podróż mijała szybko i wygodnie. Deszcz nie padał od wielu dni, toteż wszystkie drogi były suche, a końskie kopyta nie zapadały się w błocie. Kiedy wóz z dziadkiem Feliksem i Marcjanną minął strumyk, przy którym wiejskie dzieci łapały żaby, dziewczyna w końcu poczuła, że może odetchnąć pełną piersią. Życie na wołyńskiej wsi było prostsze. Tutaj nie obowiązywały podziały: za swoich uważało się wszystkich sąsiadów, mówiło się raz po polsku, raz po ukraińsku, a wśród kuzynów miało się i katolików, i prawosławnych. Nie docierały tutaj echa konfliktu, w który zaangażowane były mieszkające w mieście elity. Mieszkańcy koncentrowali się na życiu codziennym.
Jechali w ciszy, raz po raz mijając stojące przy drodze handlarki i obnośnych kupców. Feliks w ogóle niewiele mówił. Odzywał się rzadko, ale kiedy już coś powiedział, zadziwiał rozmówcę trafnością przemyśleń i życiową mądrością. Jeśli prawdą jest to, że przeciwieństwa się przyciągają, dziadek Feliks i babcia Józefa dobrali się idealnie. Babci buzia się nie zamykała. Mówiła ciągle, czasem bez ładu i składu, a że mąż nie był dla niej kompanem do rozmowy, jak tylko uwinęła się z robotą w polu, biegła na plotki do sąsiadek. Józefa Olszak była znaną w okolicy personą.
Na horyzoncie pojawiły się znajome zabudowania. Marcjanna uśmiechnęła się szeroko na ich widok. W Lubomlu była panienką, tutaj mogła sobie pozwolić na to, żeby znowu być małą dziewczynką, biegającą boso po polu i jedzącą jabłka prosto z sadu.
- Co w ogóle słychać w Woli? - zapytała dziadka. - Co u wujka, ciotki, Rozalii i dziewczynek?
- Po staremu - skwitował Feliks.
O wiele bardziej wylewna okazała się babcia, która już czekała na nich przy drodze. Na widok wnuczki aż zapiszczała z radości.
- Marcysiu, aleś ty się zmieniła! Parę miesięcy cię nie widziałam, a tyś wyrosła na taką pannicę! Kawalerowie to się pewnie ustawiają do ciebie w kolejce, co? Niech cię uściskam!
Marcjanna rzuciła się babci w ramiona. Kiedy już się wyściskały, Józefa ukradkiem otarła łzy roboczą spódnicą.
- Co u was słychać, babciu? Jak się z dziadkiem czujecie?
- Stara bieda, dziecko, nie ma o czym mówić! - Machnęła ręką, a Marcjanna roześmiała się głośno, bo wiedziała, że babcia długo nie utrzyma języka za zębami. - Ale ty opowiadaj! Tacy dumni tu z ciebie jesteśmy! Wszystkim sąsiadkom opowiadam, jaką mam wykształconą wnuczkę. Wszystkim! - Otoczyła Marcjannę ramieniem, prowadząc ją w stronę domu. - Rozalka nie mogła się doczekać, kiedy przyjedziesz. Ciągle o ciebie pyta. Czteroletnie siostry to żadne towarzystwo dla takiej pannicy... Dobry Boże, kiedy wyście mi tak wyrosły, no kiedy... Chodź, najpierw coś zjesz! Utarłam ziemniaki na placki, na pewno jesteś głodna. Zjesz obiad, a potem pewnie polecisz do Rozalki i koleżanek. Tutaj wszyscy na ciebie czekają. Miła ciągle wypytuje o twój przyjazd!
- Miła? Bałam się, że w międzyczasie wszystkie moje koleżanki powychodziły za mąż i będę się nudzić, a tymczasem widzę, że u was bez większych zmian - ucieszyła się Marcjanna, wchodząc przez sień do kuchni.
Józefa zacmokała z niezadowoleniem.
- Rozalce to by się już przydało za mąż pójść, bo ile czasu ojciec z matką mają ją żywić? A koło Miły kręci się Dmytro od Wasiejki, tak mi się widzi, że będzie z tej mąki chleb... Ale wcześniej od Iwachiwów Katerina idzie za mąż, za dwa tygodnie. Będziesz miała okazję być na ślubie.
Milentyna Iwachiw była pierwszą przyjaciółką Marcjanny. Bawiły się razem jako małe brzdące, kiedy Marcysia wraz z rodzicami przyjeżdżała w odwiedziny do dziadków. Gdy dziewczyna zaczęła spędzać w Woli Ostrowieckiej całe wakacje, więź pomiędzy nimi jeszcze bardziej się zacieśniła.
Feliks wszedł do kuchni za żoną i wnuczką i położył walizkę Marcjanny na podłodze.
- No co ty! Nie wiesz, gdzie Marcysia będzie spać? Zanieś no walizkę do jej pokoju! - wydała polecenie Józefa, a mąż natychmiast je wykonał.
Babcia posadziła wnuczkę przy stole i postawiła przed nią solidną porcję placków ziemniaczanych, które polała śmietaną, bez przerwy przy tym trajkocząc.
- U Iwachiwów tak się złożyło, że trzy dziewczyny mieli rok po roku, Katerinę, Milentynę i jak tej najmłodszej było... - Zmarszczyła czoło. - O! Oksana. Widzisz, wypadło mi z głowy. Człowiek już stary jest, to i pamięć szwankuje... No więc oni będą pewnie teraz w niedługim czasie mieli trzy wesela! Gdyby tak nasza Rozalka za kogo poszła... Czy ja w ogóle dożyję? No i ty, Marcysiu, nam jeszcze zostałaś! Powiedz no mi - mrugnęła konspiracyjnie do wnuczki - masz jakiegoś kawalera w tym Lubomlu?
Marcjanna aż się zakrztusiła. Dlaczego wszyscy uparli się, żeby jak najszybciej wydać ją za mąż?
W kuchni pojawił się Feliks i spojrzał na żonę z dezaprobatą.
- Daj zjeść dziewczynie w spokoju! Tylko byś na wesela chodziła - mruknął.
- Lepiej na wesela niż na pogrzeby!
Uwaga dziadka musiała zaboleć babcię, gdyż zamilkła na kilka minut, co było do niej niepodobne. Marcjanna w spokoju skończyła posiłek, podziękowała i poszła się przebrać.
Kiedy wróciła do kuchni, Józefa znów miała dobry humor i nuciła pod nosem ukraińską przyśpiewkę.
- Pójdę przywitać się z ciocią i wujkiem - oznajmiła Marcjanna.
Babcia odwróciła się gwałtownie i złapała się za serce.
- Nie słyszałam, jak weszłaś! O, jak ładnie wyglądasz - pochwaliła prostą beżową sukienkę wnuczki. - Nie rozumiem, dlaczego na co dzień się tak nie nosisz. Dziewczyna wygląda najładniej, kiedy jest skromna i schludna! A te wszystkie obcasy, falbany... - Rozłożyła ręce.
Marcjanna pochyliła się, aby ucałować spracowane dłonie babci.
- Idę, babciu.
- Idź, tylko się nie zasiedź u Rozalki i wróć przed nocą!
Dziewczyna roześmiała się szczerze. Lata mijały, a Józefa wciąż troszczyła się o nią tak jak wtedy, gdy miała dziesięć lat.
Wybiegła z domu. Mogła iść drogą, ale wtedy byłoby dłużej, dlatego postanowiła, że pobiegnie przez pole. Minęła dwie stodoły, oborę i kurnik. Pozdrowiła sąsiadów i puściła się biegiem w stronę gospodarstwa Kowtoniuków. Na polu spotkała wujka Nikifora.
- Marcysia! - ucieszył się na jej widok. - Rozalia już nie może się ciebie doczekać!
- Dzień dobry, wujku. Ja też czekałam na nasze spotkanie! Lecę do niej, do zobaczenia!
- Leć, leć - roześmiał się Nikifor. - Noc was zastanie, a wy się jeszcze nie nagadacie!
Rozalia musiała usłyszeć głos kuzynki, bo kiedy Marcjanna zbliżała się do drewnianej chaty, dziewczyna stała w drzwiach.
- Marcysiu, tak się cieszę!
Okrzyki radości wyciągnęły z domu ciotkę Teodorę, która na widok skaczących i piszczących dziewcząt pokiwała ze śmiechem głową. W ślad za matką podążyły bliźniaczki Helenka i Zosia, młodsze córki Kowtoniuków.
- Chodźcie do domu, placek upiekłam!
- Później! - Dziewczęta już biegły w stronę stawu. - Potem, mamo, na razie nie jesteśmy głodne!
I znów Marcjanna biegła przez pole, tym razem w towarzystwie Rozalii. Roześmiane dziewczęta przekrzykiwały się nawzajem, próbując zrelacjonować sobie wydarzenia z ostatnich miesięcy. Kiedy dotarły nad staw, po dzieciach, które Marcjanna widziała w drodze do dziadków, zostały tylko ślady patyków na ziemi. Promyki słońca przyjemnie ogrzewały ciało złaknione ciepła po mroźnej zimie i stosunkowo chłodnej wiośnie. Lato tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku zapowiadało się gorące i słoneczne. Marcjanna ufnie patrzyła w przyszłość.
- I jak, poderwałaś któregoś z tych przystojnych ułanów, którzy stacjonują w koszarach obok twojego domu? - zapytała ze śmiechem Rozalia.
- No wiesz! - Marcjanna dość wiarygodnie udała oburzenie. - To oni powinni się za mną uganiać, nie ja za nimi...
- Ależ ci zazdroszczę!
- Przystojnych ułanów?
- A czego innego? - Rozalia pokazała kuzynce język. Mimo że obie były już dorosłe, czasem zachowywały się jak dzieci. - Na twoim miejscu dawno byłabym żoną któregoś z nich! Nie wiem, na co czekasz!
Marcjanna zerwała polny kwiat, a potem drugi, trzeci i kolejny, po czym zaczęła pleść z nich wianek.
- Nie denerwuje cię to, że wszyscy tak wyglądają twojego ślubu? Prawdę mówiąc, ja mam dość. Nie chcę się spieszyć, a tymczasem mam wrażenie, że cała rodzina oprócz tatki nie robi nic innego, tylko wyczekuje mojego zamążpójścia.
Rozalia wystawiła twarz do słońca. Przymknęła oczy.
- Nie zastanawiam się nad tym. Prawda jest taka, że i młodsze ode mnie wychodzą za mąż. U nas we wsi znów się szykuje kilka ślubów.
- Tak, babcia zdążyła o tym wspomnieć. Katerina, podobno u Miły też coś się kroi.
- Andzia Jasińska idzie za Ryśka od Kwiatkowskich.
Marcjanna oderwała wzrok od wianka i spojrzała z niedowierzaniem na krewną.
- Za Ryśka? Naprawdę? Przecież on... - zawahała się, jakby się zastanawiała, jak przekazać to, co miała do powiedzenia - nigdy nie był zbyt urodziwy. Ma na twarzy potworne blizny po ospie, którą przeszedł w dzieciństwie, i jest niższy od Andzi chyba o głowę!
- Może nie jest szczególnie przystojny, ale za to gospodarny. Dogadał się z rodzicami Andzi, złożył im dobrą propozycję. - Rozalia bezradnie rozłożyła ręce. - Wiesz przecież, jak działa ten świat.
- Myślisz, że nasze mamy też nie kochały naszych ojców? Że to przyszło z czasem? - zapytała Marcjanna.
- Myślę, że chodzisz z głową w chmurach - stwierdziła Rozalia i odwróciła wzrok.
Marcjanna miała dziwne wrażenie, że kuzynka nie zachowuje się w jej towarzystwie tak swobodnie, jak zeszłego lata. Unikała patrzenia w oczy, odpowiadała półsłówkami. Coś się w Rozalii zmieniło. Marcjanna jeszcze nie wiedziała co, ale miała wielką nadzieję, że wkrótce się tego dowie.
Skupiła się na pleceniu wianka, podczas gdy Rozalia rzucała w stronę stawu kamieniami w taki sposób, aby te odbijały się i podskakiwały na wodzie. Marcjanna mimo wielu prób nigdy się tego nie nauczyła. Kiedy były małymi dziewczynkami, po cichu zazdrościła ciotecznej siostrze tej umiejętności.
- Tata mówił, że gdy był w mieście, wszyscy dyskutowali tylko o zbliżającej się wojnie. - Cisza przedłużyła się na tyle, że nagła uwaga Rozalii zdziwiła Marcjannę, zupełnie jakby zapomniała, że nie jest nad stawem sama. - Jak myślisz, będzie ta wojna?
- Nie wiem, mam nadzieję, że nie. - Marcjanna wzruszyła ramionami. - A nawet jeśli wojna wybuchnie, na pewno nie dotrze do spokojnego, odległego od Niemiec Wołynia!
- A co mówi twój tata?
- Tata uważa, że Hitler sięgnie w końcu i po tereny należące do Polski - przyznała niechętnie Marcjanna. - Ale chyba nie myślisz, że dotrze i tu? Możemy spać spokojnie. Wojna nas nie dotyczy. Jeśli wybuchnie, to gdzieś przy polsko-niemieckiej granicy.
Rozstały się na rozdrożu dróg. Marcjanna przez chwilę obserwowała oddalającą się kuzynkę i zdziwiła się, kiedy zobaczyła, że Rozalia zamiast skręcić w prawo, w stronę swojego domu, idzie w kierunku wsi. Dlaczego jej o tym nie powiedziała? Co ukrywa? Marcjanna wzruszyła ramionami. Po chwili myślała już tylko o świeżym miodzie, który na pewno czekał na nią w domu. Dziadek doskonale wiedział, że kiedy jego wnuczka przyjeżdża na lato, musi dostawać miód prosto z ula.
Następnego dnia była niedziela. Babcia przywdziała odświętne ubranie: wełnianą spódnicę, którą podszyła krajką, i zapinaną pod szyją białą bluzkę, obowiązkowo wykrochmaloną i wyprasowaną. Na głowie zawiązała białą chustę w drobne kwiatki*. W takim stroju Wołynianki tłumnie ruszały do kościoła lub cerkwi. Rozdzielały się przed świątyniami, a potem razem wracały do swoich domostw.
* Opis stroju pochodzi z książki Anny Herbich Dziewczyny z Wołynia, Znak Horyzont, Kraków 2018.
Marcjanna ucieszyła się, kiedy zobaczyła Miłę w towarzystwie sióstr, brata i rodziców. Planowała odwiedzić koleżankę po południu, ale nie mogła odmówić sobie krótkiej rozmowy.
- Mam ci tyle do opowiedzenia! - wyszeptała podekscytowała Milentyna prosto do ucha dziewczyny.
- Przyjdziesz do nas jutro? - zapytała Marcjanna. - Babcia powiedziała, że zrobi kaszę jaglaną z zacierką, a ja nie mogę sobie odmówić takiego rarytasu. Przyjdź! Coś mi się wydaje, że wyjadę stąd grubsza, niż przyjechałam...
- Tobie by się przydało! - roześmiała się Miła. - Jesteś taka szczuplutka! Zobaczymy się jutro, teraz muszę iść.
Wsiadła na furmankę, którą powoził jej ojciec Fedor Iwachiw, i pomachała przyjaciółce.
Do świątyni Marcjanna pojechała w towarzystwie babci, dziadka, cioci, Rozalii i bliźniaczek. Hania i Zosia były urocze, ale trzeba przyznać, że dawały matce popalić. Podczas mszy Teodora dwukrotnie musiała wychodzić z dziewczynkami na zewnątrz, żeby je uspokoić.
- Rozpieścili je - szepnęła Rozalia Marcjannie do ucha. - Mnie zawsze trzymali krótko, a one wchodzą im na głowę.
- Skąd ja to znam... Tak to już jest z młodszym rodzeństwem.
Dziewczęta, czując na sobie oburzone spojrzenie babci Józefy, przestały rozmawiać i skupiły się na mszy. Marcjanna ukradkiem ziewnęła. Nic nie mogła poradzić na to, że w kościele zawsze chciało jej się spać.
Po nabożeństwie spotkali się z wujem Nikiforem, który wyszedł z cerkwi, i razem udali się w stronę gospodarstwa dziadków. Babcia Józefa zaprosiła całą rodzinę na niedzielny obiad.
- Gdzie wczoraj poszłaś, jak się rozstałyśmy? - zapytała Marcjanna Rozalię niby mimochodem, ale tak naprawdę zżerała ją ciekawość.
- A gdzie miałam pójść? Do domu!
Reakcja siostry ciotecznej tylko utwierdziła ją w przekonaniu, że ta coś ukrywa.
- Widziałam, jak szłaś w kierunku wsi - powiedziała, czym przyciągnęła uwagę ciotki Teodory.
Rozalia, widząc, że matka przysłuchuje się rozmowie, spanikowała i wyładowała całą swoją złość na kuzynce.
- Musiałaś się pomylić! Po tym, jak się rozstałyśmy, poszłam prosto do domu. Nie wygaduj głupstw!
- O której to było? - Teodora spojrzała na Rozalię z niepokojem.
- Nie wiem, nie pamiętam, słońce zachodziło, ale było jeszcze jasno... - bąknęła Rozalia.
Marcjanna odwróciła wzrok. Kiedy rozstawała się z kuzynką, słońce wciąż było wysoko na niebie. Rozalia coś ukrywała nie tylko przed nią, lecz także przed rodzicami. Nie zamierzała jej zdradzać, ale coraz mniej podobała jej się ta cała sytuacja.
Na szczęście spotkanie z Milentyną skutecznie odwróciło uwagę Marcjanny od dziwnego zachowania Rozalii. Miła przyszła w poniedziałek, kiedy dziewczyna pomagała babci w ogródku warzywnym. Józefa siedziała na wysokim taborecie i krok po kroku tłumaczyła wnuczce, co ma robić. Wizytę młodej sąsiadki przyjęła z zadowoleniem. Liczyła, że dziewczyna przyniesie ze wsi jakieś nowiny. Odkąd zaczęła mieć problemy z chodzeniem, jeszcze bardziej cieszyła się z każdych odwiedzin. Każdego wieczoru nacierała nogi maścią z kasztanowca, ale poprawa była nieznaczna. Łydki puchły i bolały, utrudniając codzienne funkcjonowanie.
- Co tam słychać u twoich rodziców? - zapytała Józefa Milentynę, która od razu przystąpiła do odchwaszczania grządek, wspierając w tym nieco zdezorientowaną Marcjannę. - Ostatnio widziałam się we wsi z Wierą. Opowiadała mi o tym strasznym nieszczęściu, które spotkało jej bratanicę...
- Co się stało? - zainteresowała się Marcjanna.
- Jej dziecko urodziło się martwe. Okropna historia. Biedna Ira jest załamana.
- Ech, i taka prawda, że przez całe życie będzie nosić ten krzyż - przyznała ze smutkiem Józefa, a Marcjanna odniosła wrażenie, że jednak nie wie wszystkiego o swojej rodzinie. I rzeczywiście, kolejne słowa babci to potwierdziły. - Przed Janiną i Teodorą urodziłam jeszcze jedno dziecko, chłopca, ale zmarł dwa tygodnie po porodzie. Przyszedł na świat miesiąc za wcześnie, słaby był od urodzenia, chorowity. Straszne to było przeżycie, i dla mnie, i dla Feliksa, i dla naszych rodziców. Cała rodzina cierpiała, bo to było nasze pierwsze dziecko... Złóż, proszę, ode mnie kondolencje Irze i jej mężowi. Będę się za nich modlić!
- Dziękuję. Całe szczęście, że Ira ma już dwoje dzieci i ma dla kogo żyć.
Marcjanna pracowała w ciszy, przysłuchując się rozmowie. Babcia Józefa miała w sobie coś takiego, że w jej towarzystwie każdy się otwierał. Była prostą wiejską kobietą, która ledwo czytała i pisała, czego wstydziła się Janina, ale Marcjannie wcale to nie przeszkadzało. Mądrości życiowej nie nauczają przecież nawet w najlepszych szkołach.
- No, ale żeby nie było, że na świecie same tragedie! Cieszę się na myśl o ślubie Kateriny. U mnie z chodzeniem coraz słabiej, a nie chcę Feliksa odrywać od roboty, której w polu co niemiara. Raczej nie dam rady przyjść, żeby osobiście złożyć jej gratulacje, ale przekaż jej, że myślę o niej ciepło i życzę jej jak najlepiej.
- Ale ty, Marcysiu, chyba przyjdziesz? - zapytała Milentyna.
- Oczywiście!
Marcjanna lubiła ukraińskie śluby. Podobały jej się bardziej niż polskie. Były bardziej okazałe i huczne. Jako dziecko często zakradała się do cerkwi, żeby przyglądać się ceremoniom.
- Pani Olszakowa, a słyszała pani, jaki cud nawiedził chatę Sawickich? - zagadnęła Milentyna Józefę.
- A słyszałam, co miałam nie słyszeć! Córkę pochowali, zdążyli opłakać, a tymczasem ona zapukała do ich drzwi! - podchwyciła temat babcia.
- Jak to: pochowali, opłakali, a ona zapukała do ich drzwi? - Marcjanna aż zbladła.
Babcia często snuła historie o duchach, które wywierały na Marcjannie ogromne wrażenie. Kiedyś Józefa opowiedziała jej historię chłopca z sąsiedniej wsi, który wyruszył nocą do lasu i spotkał w nim diabła. Tak się przestraszył nieborak, że stracił mowę!
- Ich córka chorowała od wielu lat - wyjaśniła Józefa. - Ona w ogóle urodziła się jakaś taka lichawa, od dziecka były z nią same problemy... No i w końcu jej się pogorszyło. Sawicka to już chyba dawno straciła nadzieję, że dziewczyna wróci do zdrowia, no i w końcu jej się zmarło. Młodej, nie starej, oczywiście.
- Do rzeczy, babciu. - Marcysia przewróciła oczami.
- Przecież cały czas mówię do rzeczy! Jak zmarła, to ją pochowali na cmentarzu. Jak to u nas, na Wołyniu, na tamten świat porządnie ją wyprawili, założyli biżuterię i piękną suknię, do trumny włożyli kosztowności... No i po pogrzebie wrócili do domu. - Józefa zrobiła pauzę na zaczerpnięcie powietrza. - W nocy na cmentarz przyszli szabrownicy. Otworzyli trumnę, a wtedy dziewczyna wstała i poszła do domu.
Marcjanna poczuła, że włosy zjeżyły jej się na karku. Po co dopytywała, no po co? Mogła się spodziewać, że to opowieść z gatunku tych o diable, którego chłopiec spotkał w lesie.
- Tak było - potwierdziła Milentyna. - Sawiccy przeszczęśliwi, że dobry Bóg im zwrócił jedyną córkę. Bo u nich w domu sześciu chłopców i tylko jedna dziewczyna.
- Starczy tego dobrego! - postanowiła Józefa. - Wy, młode, macie swoje sprawy do obgadania, nie będziecie przecież przez całe popołudnie ze staruchą siedzieć.
- Babciu... - Marcjanna chciała zaprotestować, ale staruszka nie pozwoliła jej skończyć.
- Prędko, do domu! Zjecie kaszę na ciepło, a potem już was nie ma! - Babcia próbowała brzmieć groźnie, ale jej to nie wyszło, bo po chwili zaczęła się głośno śmiać. Powoli skierowała się w stronę domu, żeby przygotować posiłek.
Dziewczęta szły za Józefą, dopasowując się do jej tempa.
- Twoja babcia jest taką ciepłą osobą. We wsi wszyscy ją szanują - powiedziała Milentyna, kiedy już zajadały się kaszą jaglaną z zacierkami.
Niby proste danie, a jednak był to ulubiony przysmak Marcjanny. Babcia kiedyś zdradziła jej sekret przyrządzania zacierek. Pokazała jej wszystko krok po kroku. Nasypała do blaszanej miseczki trochę mąki i dolała wody, potem ulepiła małe kluseczki i wrzuciła je do wrzątku. Chwilę pogotowała i gotowe! Marcjanna nie mogła uwierzyć, że wystarczy tak niewiele, aby przygotować tak wspaniałe danie!
Teraz uśmiechnęła się do koleżanki. Cóż miała powiedzieć? Że doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż jest szczęściarą, że ma taką babcię?
- Jak Katerina czuje się przed ślubem? Jest zdenerwowana?
- Jest bardzo szczęśliwa. Nerwy pewnie dopadną ją dzień przed ceremonią. Nigdy nie dogadywała się z mamą. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze skakały sobie do gardeł, dlatego jest teraz zadowolona, że w końcu nie będzie musiała mieszkać z matką pod jednym dachem - zachichotała Milentyna.
- A ty? - Marcjanna czujnie spojrzała na koleżankę.
- Co ja?
- Nie udawaj! Słyszałam, że ty i Dmytro... No wiesz!
Milentyna przeżuła kaszę i powoli skinęła głową.
- Dobrze słyszałaś - powiedziała tajemniczo.
Uwadze Marcjanny nie umknęło, że kiedy Miła mówiła o młodym Wasiejce, jej oczy lśniły tajemniczym blaskiem. Tak opowiadać o mężczyźnie może tylko zakochana kobieta.
- No dobrze! Już dobrze! - W końcu Milentyna nie wytrzymała. - Jest wspaniały. Czuły, opiekuńczy, kochany... O takim mężu zawsze marzyłam! Nie mogę się doczekać dnia, kiedy Dmytro uczyni mnie najszczęśliwszą kobietą na świecie! I nic więcej mi nie będzie potrzeba...
- Ale nie jesteście po słowie? Dmytro nie rozmawiał z twoimi rodzicami?
Marcjanna miała wrażenie, jakby w jednej sekundzie z Milentyny uszło całe powietrze.
- Jeszcze nie - przyznała niechętnie. - Ale to tylko kwestia czasu! Niedługo Dmytro poprosi rodziców o moją rękę. Wiesz, tak mi z nim dobrze...
- Dobrze? - Marcjanna aż zadrżała. - W jakim sensie?
Na twarzy przyjaciółki pojawił się krwistoczerwony rumieniec.
- Miła... Czy ty z nim... no wiesz... - Zielczyńska zakryła usta dłonią. Tego się po Milentynie nie spodziewała!
- A na co mam czekać? Kochamy się, niedługo weźmiemy ślub, wszystko idzie we właściwym kierunku!
- No nie wiem... Mężczyźni są dziwni. Babcia zawsze przestrzegała mnie, żebym za bardzo z nimi się nie spoufalała, bo różnie może być. Dziś kochają tę, jutro tamtą, a dziewczyna potem zostaje sama albo, nie daj Boże, z brzuchem.
- Dmytro taki nie jest! - Milentyna się zdenerwowała. - To uczciwy mężczyzna! Nawet go nie znasz, a próbujesz oceniać! Ja przynajmniej nikomu nie robię krzywdy swoim postępowaniem...
- O czym ty mówisz? - Marcjanna zmrużyła oczy.
- O niczym konkretnym. Po prostu głośno myślę. - Miła wyglądała tak, jakby żałowała wypowiedzianych słów.
- Na pewno?
- Na pewno!
Marcjanna przez dłuższą chwilę wpatrywała się w koleżankę. Miała wrażenie, że nie jest z nią do końca szczera, ale postanowiła nie drążyć. Skoro Miła nie chciała mówić, nie zmusi jej do tego.
- No dobra, to teraz mi powiedz, jak to jest być z mężczyzną? Dziwnie? - zapytała szeptem.
- Dziwnie? Nie, chyba nie. Może na początku, ale potem... - urwała, widząc minę koleżanki. - A idź ty!
Dziewczęta głośno się roześmiały.