Rozdział 1
Stare Kiejkuty, Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadu - wiosna 1995 roku
- Czy podchorąży Anita czytała regulamin strzelnicy? - zapytał niewysoki
pułkownik służbowym tonem. Jego siwizna i częściowa łysina świadczyły o tym, że ma już za sobą kawał życia. Ale wysportowana sylwetka nie
pozostawiała wątpliwości co do formy fizycznej.
- Tak jest, panie pułkowniku!
- To chyba podchorąży powinna pamiętać, że cały czas należy mieć na
oczach okulary ochronne. Tak czy nie?
- Tak, panie pułkowniku. Ale... ale my dopiero czekamy na swoją kolej -
odpowiedziała dziewczyna, wskazując na metalowe tarcze.
- A czy podchorąży Anita wie, co to rykoszet? Aha, jeszcze jedno: proszę
coś zrobić z tymi włosami.
Dziewczyna bez słowa zdjęła bejsbolówkę, z wdziękiem przeczesała palcami
długie włosy i spięła je w kok tuż nad karkiem. Następnie włożyła czapkę
i przezroczyste okulary, po czym usiadła obok tych, którzy czekali na
swoją kolej.
- Marcin, nie słyszałeś, co mówił pułkownik? - zwróciła się do wysokiego
chłopaka łapiącego opaleniznę w wiosennym słońcu.
- Słyszałem. Pułkownik jak zawsze robi niepotrzebny młyn. Nie widzisz,
że się opalamy? - Marcin skinął głową w kierunku innych. - Dziewczyno,
łap hebanek! Na wyjazd w teren będzie jak znalazł. A ty blada jak mąka...
- Sam jesteś mąka - odburknęła i założyła na uszy ciemnozielone
słuchawki Peltora.
Po chwili rozległa się kanonada strzałów. Kilku strzelców pokrywało
ogniem metalowe tarcze. Zgodnie ze scenariuszem chowali się za tekturowe
zasłony, klękali i oddawali strzał. Potem przeładowywali broń i znowu
strzelając, zbliżali się do małych okrągłych tarcz, tak zwanych lizaków,
po wcześniejszym wyeliminowaniu większych, określanych chłopakami, które
po trafieniu przewracały się z łoskotem. Grzmot nie ustawał.
W pewnym momencie pułkownik kątem oka dostrzegł zamieszanie wśród
oczekujących. Odwrócił się i zobaczył, jak jedna z osób trzyma się za
delikatnie zakrwawiony policzek.
- Stop! - krzyknął. - Wstrzymać ogień!
Huk ustał jak ucięty nożem.
Pułkownik podszedł sprężystym krokiem do zranionego chłopaka.
- Podchorąży Marcin, co się stało?
- Chyba dostałem rykoszetem...
Pułkownik machnął w stronę pielęgniarki, zawsze dyżurującej podczas
strzelania. Ta natychmiast podeszła do chłopaka, spojrzała na niego i zaczęła szukać czegoś w swojej czerwonej torbie.
- Panie pułkowniku, nic mi nie będzie. To tylko niewielkie draśnięcie...
Pułkownik kontrolnie spojrzał po pozostałych. Wszyscy mieli okulary
ochronne.
Anita zdjęła słuchawki i szepnęła do Sebastiana:
- Mówiłam mu, żeby założył okulary.
- E tam, też nie miałem. A ty co taka święta? Sama wcześniej nie
zakładałaś.
- Ale założyłam.
- Ale-srale. Wiesz, w sumie to dobrze na tym wyszedł. Zazdroszczę mu.
- Co ty pieprzysz? - Anita spojrzała na kolegę zdumiona.
- Nie będzie mógł się całować z dziewczynami w policzki, tylko od razu w usta!
- Obaj jesteście pojebami - skwitowała, kręcąc głową, po czym zniżyła
głos: - Wpadniesz wieczorem? Pouczymy się. Jutro prasówka z ostatnich
dwóch tygodni.
- A koleżanki z pokoju się pozbyłaś?
- Sebastian, ja mówię o nauce! Jak masz takie pomysły, to cię nie
wpuszczę. Nawet nie myśl o tym.
- I tak wejdę. Z balkonu przez lufcik. - Sebastian puścił do niej oko.
- Jasne! I zaklinujesz się jak ostatnio po imprezie. Gdyby nie Marcin,
wisiałbyś tak do pobudki, aż pułkownik znalazłby cię na porannym
obchodzie.
- Sam bym wyszedł.
- Akurat! Marcin wyciągał cię parę minut i też się napocił. Dobrze, że
nie spadł, jak przechodził po tych balkonach. Nieźle nagrzani byliście -
żachnęła się Anita, zaraz jednak dodała: - Postaram się, żeby Bożenki
nie było. Zresztą pewnie jak zawsze będzie w bilarda przy winie grać ze
swoim ukochanym.
- Z jakim ukochanym? - zdziwił się Sebastian. - O kim ty gadasz?
- Co się tak dziwisz? O twoim współspaczu.
- Poważnie? Myślałem, że oni tak tylko, no wiesz...
- Wy, chłopy, to tylko o jednym myślicie. W ogóle nie zauważacie, co się
dzieje obok was - spuentowała Anita, zerkając w bok. - Dobra, Marcina
już chyba opatrzyli. Wracamy do strzelania.
Po chwili powietrze znów przecięły wystrzały. Wtórowały im metaliczne
dźwięki trafień i przewracających się tarcz. Nikt z oczekujących na
swoją kolejkę nawet na moment nie zdjął już okularów. Niektórzy opalali
się, korzystając z wolnej chwili, inni kibicowali strzelającym kolegom i koleżankom.
- Ty, Marcin, a słyszałeś, że Bożenka i... sam wiesz kto - zwrócił się do
kumpla Sebastian.
- No co ty? - zdumiał się Marcin. - Nie wiedziałeś? Urządzasz sobie
życie z Anitką, to nie widzisz, co się dzieje u innych.
- Ja? Ja niczego sobie, kurwa, nie urządzam.
- Dobra, dobra. Powiedz lepiej, kiedy znowu będę cię z lufcika wyciągał...
- Roześmiał się, gdy odgłos strzałów ucichł. - Chodź, zaraz nasza kolej.
A trzeba jeszcze naładować magazynki.
* * *
- A co to za facet siedzi na końcu auli? - szepnął Sebastian.
Marcin wstał i udając, że poprawia polowy mundur, obejrzał się za
siebie. Starszy mężczyzna w ostatnim rządzie, z grubą teczką na
kolanach, akurat coś notował. W pewnej chwili podniósł głowę i ich wzrok
się spotkał. Chłopak dla niepoznaki rozejrzał się po kameralnej auli,
przeciągnął i usiadł.
- Nie wiem - mruknął do kolegi. - Pewnie ktoś z centrali przyjechał.
- Ale nie ma dzisiaj żadnego wykładu z gościnnym występem.
- Podchorąży Sebastian! - rozległ się donośny głos oficera prowadzącego
zajęcia z podstaw pracy informacyjnej wywiadu.
- O kurwa, chyba cię wywołują - rzucił Marcin.
Sebastian poderwał się na równe nogi do postawy zasadniczej, odruchowo
poprawiając bluzę munduru.
- Panie Sebastianie, jedną z najważniejszych spraw, jakie ostatnio się
wydarzyły, jest pewne morderstwo dokonane w Krakowie. Jaki to ma związek
z zagadnieniami międzynarodowymi? Proszę nam powiedzieć.
- Panie poruczniku... - wydukał niepewnie Sebastian. - No więc... ta sprawa,
choć miała miejsce w Krakowie, ma charakter... światowy w pewnym sensie.
- Światowy, mówi pan. To interesujące. Proszę kontynuować.
- Rozprawa, która ciągnie się od dłuższego czasu, dotyczy morderstwa
dyrektora Caritasu powiązanego z najwyższymi hierarchami w Kościele
katolickim. Nie tylko w Polsce, ale i w Watykanie, czy nawet szerzej: w Rzymie.
- Mhmm... To bardzo ciekawe. Ale chyba jednak wyciąga pan za daleko idące
wnioski. Rzym i Stolica Apostolska faktycznie znajdują się za granicą. I wydaje się, że na tym sprawy międzynarodowe w tej historii się kończą,
nie uważa pan?
- Tak jest - odpowiedział Sebastian.
- Jutro po zajęciach przyjdzie pan do mnie na poprawkę.
Po auli rozeszły się ciche śmiechy.
- Nie ma co się śmiać, szanowni państwo. Mamy jeszcze drugiego
kwiatuszka w ostatniej prasówce. Pani Anita.
- Tak, panie poruczniku. - Anita wstała i z wdziękiem zarzuciła do tyłu
rozpuszczone włosy.
- Państwo pozwolą, przeczytam tę fascynującą informację, którą pani
podchorąży znalazła w prasie. "W ostatnią środę na ulicę Szwedzką w Warszawie wezwany został patrol policji, który w melinie osób z półświatka ujawnił ciężko ranną kobietę. Zostało wezwane pogotowie
ratunkowe. Na miejscu policjanci zastali mężczyznę w stanie kompletnego
upojenia alkoholowego. Ustalono, że to doskonale znany funkcjonariuszom
z komendy przy Cyryla i Metodego Kazimierz S., pseudonim "Kazik
Siekiereczka". W mieszkaniu znaleziono również zakrwawioną siekierę. Ze
wstępnych ustaleń wynika, że kobieta była konkubiną Kazimierza S. i została prawdopodobnie zaatakowana tym narzędziem".
Aulę znów wypełniła zbiorowa wesołość.
- Pani Anito, co tak się państwo uwzięli na te kryminalne historie?
Razem to czytacie czy jak? Czy teraz może powinniśmy się do pani zwracać
"Siekiereczka"? No, słucham?
- Mówiłem, że życie sobie układacie - szepnął Marcin do siedzącego obok
Sebastiana.
- Panie poruczniku, bo na początku tak światowo było z tą ulicą...
Szwedzką - próbowała tłumaczyć Anita.
- Jak będzie pani w Warszawie, proponuję się tam przejść, na tę światową
ulicę. Tylko nie w nocy i najlepiej z panem Sebastianem, skoro taki z niego wielbiciel kryminału.
- Tak jest!
- Panią też zapraszam jutro na poprawkę. I może jednak znajdziecie coś o zamachu terrorystycznym w Oklahoma City. Przypomnę, że zginęło tam
prawie dwieście osób...
Dziewczyna usiadła ze zrezygnowaną miną.
- Czyżbyś miała inne plany na dzisiaj? - Nachylił się do niej Marcin. -
Wieczór miał być stosunkowo udany?
- Spadaj... Kurwa, jak ja nie lubię tych prasówek. - Anita uderzyła dłonią
w blat składanego stolika.
- Nie denerwuj się. Może wam jakoś pomóc?
- Nam? - Odwróciła się i popukała palcem w czoło. - Ochłoń, chłopaku.
Marcin wzruszył ramionami.
- To wy zawaliliście prasówkę. Chciałem tylko pomóc.
* * *
- I co, mistrzowie pióra? Popłynęliście? - Marcin siedział razem z Anitą
i Sebastianem w stołówce. - Kurwa, znowu te pieprzone rumuńskie
kiełbaski. Już nimi rzygam...
- Chyba kiełbaski z Rumuna - prychnęła Anita. - Daj spokój, mam wieczór
z głowy. A chciałam iść na basen i do sauny.
- Pułkownik na pewno by się ucieszył na twój widok. - Marcin wymownie
poruszył brwiami. - Zobaczysz, doprowadzisz go kiedyś w tej saunie do
zawału. A jeszcze jak Bożenka dołączy w tym swoim czarnym bikini. Ach!
- W dupie mam Rumuna. Pizzę sobie wezmę w bufecie - wtrącił grzebiący
widelcem w talerzu Sebastian. - Patrz, Marcin, facet, który był w auli,
nie wyjechał.
- O kim wy mówicie? - Anita spojrzała na nich, marszcząc czoło.
- O typie, który siedzi koło komendanta. Jakby się nam przyglądał...
- Co ty pierniczysz, Sebastian? Może Anicie się przygląda, ale nam?
Chyba jesteś przeczulony. - Marcin ukroił kawałek podłużnego rumsztyku.
- A właśnie, Anita, słyszałem, że na zajęciach z techniki w laboratorium
fotograficznym u was w drużynie dziewczyny nic nie mają pod tymi białymi
fartuchami. Prawda to? - zapytał z pełnymi ustami.
- Mamy. Buty i spodnie. A co?
- Nic. Tak tylko zapytałem. I bez staników?
- Bez. Zostawiamy je w pokojach...
- A ja wam mówię, że ten typek nam się przygląda - przerwał im
Sebastian.
Cała trójka popatrzyła w kierunku mężczyzny, który właśnie wstał i wraz
z komendantem skierował się do sąsiedniego kasyna. Jakby na komendę
podnieśli do ust kubki z zielonym wzorkiem i napisem "MSW" i wzięli po
dużym łyku kompotu.
- Ty, Sebastian, jakieś zwidy masz czy co? - rzucił Marcin, odstawiając
kubek na stół. - Dobra, chodźmy już. Dam wam swoje notatki, geniusze
pracy informacyjnej, żebyście nie tracili czasu na studiowanie gazet.
Prosto ze stołówki poszli do znajdującego się naprzeciwko internatu.
Marcin szybko podrzucił kolegom notatki, a potem wrócił do swojego
pokoju.
Jego współlokatora nie było. Pewnie poszedł do świetlicy na telewizję,
pomyślał chłopak. Rozpiął pas, zdjął bluzę, a potem wyjął z brezentowej
raportówki skrypty i rzucił je na biurko. Położył się na łóżku. Nie
chciało mu się zdejmować butów, bo przecież miał jeszcze iść na pizzę z Sebastianem. Z bocznej kieszeni spodni wyciągnął portfel, a z niego
zdjęcie swojej żony. Lubił je. Ela prezentowała się na nim obłędnie.
Miała obcisłe żółte body z dużym dekoltem, czerwoną krótką spódniczkę i drewniaki na wysokich koturnach.
Ostatnio nie układało im się najlepiej. Coraz częściej dochodziło między
nimi do nieporozumień i kłótni. Czasami Marcin przebąkiwał nawet o rozstaniu. Mimo to żona bardzo go pociągała i tak naprawdę nie wyobrażał
sobie życia bez niej. Zamknął oczy, przywołując w pamięci obraz jej
boskiego ciała. Jeszcze kilka dni i się zobaczymy, zdążył pomyśleć,
zanim zasnął.
Ze snu wyrwał go głos dyżurnego płynący z głośnika, nazywanego
kołchoźnikiem: "Podchorąży Marcin, podchorąży Anita i podchorąży
Sebastian stawią się natychmiast u dyżurnego. Sprawa pilna!".
- Co jest, kurwa... - mruknął Marcin, zrywając się na równe nogi.
Spojrzał na zegarek. Było po dwudziestej drugiej. Cisza nocna.
"Powtarzam: podchorąży Marcin, podchorąży Anita i podchorąży Sebastian
stawią się natychmiast u dyżurnego. Sprawa pilna!"
Może to alarm? - przeszło mu przez myśl. W sumie dawno nie było, od zimy
tylko raz...
Miesiąc temu w środku nocy wywieźli ich czterdzieści kilometrów od
ośrodka i kazali piechotą wracać lasami i polami, przez topniejący śnieg
i mokradła.
Ale dla naszej trójki tylko? - kalkulował, ubierając się pospiesznie.
Miał jakieś nieokreślone przeczucie, że dzieje się coś ważnego.
Ekscytacja mieszała się w nim z obawą.
Wyszedł szybko na korytarz i walnął pięścią w drzwi sąsiedniego pokoju.
Te od razu się otworzyły. Pierwszy pokazał się Sebastian, a tuż za nim,
dopinająca mundur i poprawiająca rozwichrzone włosy, Anita.
- O co chodzi? - rzuciła spłoszona.
- Wiem tyle co ty. - Marcin skierował się w stronę schodów.
Już po chwili cała trójka była na parterze. Przed kontuarem dyżurnego
stał komendant.
- Meldujemy się, panie pułkowniku - zaczął Marcin, stukając w pozycji
zasadniczej obcasami butów.
Anita i Sebastian mu zawtórowali.
Komendant kiwnął na nich głową, aby poszli za nim do tylnego wyjścia z internatu.
- Słuchajcie - zaczął ściszonym głosem - w kasynie czeka na was pewien
bardzo doświadczony oficer z centrali. Chce z wami porozmawiać. Macie mu
powiedzieć wszystko, o co zapyta. Żadnych tajemnic. Zrozumiano? - Gdy
cała trójka kiwnęła głowami, dodał: - To może zająć trochę czasu. Udacie
się do niego pojedynczo. Może pierwszy... podchorąży Marcin.
- Ale panie pułkowniku - odezwała się niepewnie Anita. - Jutro mamy
poprawkę z prasówki. Trochę zawaliliśmy i pan wie...
- Wiem, wiem. Poprawkę macie przesuniętą na pojutrze.
- Kurwa, tak czułem, tak czułem... - szepnął Sebastian, gdy komendanta i Marcin wyszli z budynku.
- Co czułeś? - spytała zdezorientowana Anita.
- No ten typ, co się nam przyglądał w auli i stołówce. To o niego
chodzi. Z nim mamy się spotkać.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i poprawiła włosy.
- Chodź, mamy jeszcze trochę czasu dla siebie. - Pociągnęła chłopaka na
schody.
- Mieliśmy się uczyć.
- Mamy czas.
Dyskretnie, ale stanowczo chwyciła go za pośladek, posyłając mu
spojrzenie swoich piwnych oczu, które mówiły wszystko. Jeszcze na
korytarzu zaczęła rozpinać bluzę. Pod spodem nie miała bielizny.
Sebastian spojrzał na jej odsłonięte krągłe piersi i poczuł narastające
podniecenie. Gdy dziewczyna rozchyliła usta i wilgotnym językiem powoli
oblizała górną wargę, miał wrażenie, że zaraz eksploduje jak
niedoświadczony małolat. Gwałtownie nabrał powietrza i wypuścił je
przeciągle, żeby się opanować.
Weszli do pokoju, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi.
* * *
Marcin zdjął czapkę i stanął w progu kasyna, w którym panował lekki
półmrok. Stuknął obcasami, po czym skierował się do ostatniego stolika
przed stołem bilardowym. Obok jakichś teczek na stole stała szklanka z bursztynowym płynem i kostkami lodu.
- Proszę siadać - powiedział siedzący przy stoliku mężczyzna. - Na
wstępie zaznaczę, że ta rozmowa jest ściśle tajna. Nikt poza nami nie
może wiedzieć o tym, co tu usłyszysz. Czy to jasne?
- Tak jest, panie...
- Na razie wystarczy "panie" - uciął nieznajomy, zmierzył chłopaka
wzrokiem i otworzył jedną z teczek. - Marcin Łodyna. Hmm... Co my tu mamy?
- Tak jest. Marcin Łodyna.
- Nie popisał się pan z tym piwem w Starych Kiejkutach.
- No wie pan....
- To jak to było?
- Mówiłem kolegom i koleżankom, że spokojnie wychodzę z ośrodka i przez
zamarznięte jezioro, wzdłuż brzegu, omijając posterunki i patrole
nadwiślańczyków, chodzę po piwo do knajpy. Wie pan, moja pozycja rosła w ich oczach...
- Wiem, wiem. Dobra, a jak było naprawdę?
- Naprawdę... Bardziej prozaicznie. Piwo kupowałem na wyjazdach terenowych
i chowałem je w piwnicy, pan wie, tam koło magazynu. A potem mówiłem
wszystkim, że idę po takie, którego nie było u nas w kasynie. W tym
czasie ukrywałem się pod materacami gimnastycznymi na jakąś godzinę.
Później częstowałem piwem kolegów i koleżanki.
- Paru opiekunów nawet się na to nabrało.
- No wiem. Ale w końcu BPM mnie przyuważył w tej piwnicy.
- Słucham? Kto ma tu przezwisko "Błyskawiczne Przekazanie Materiałów"?
- Nie, to nie tak! Bezkonkurencyjny Pan... - Marcin urwał.
- A, faktycznie. No tak, co nieco do mnie dotarło. Zapomniałem. Ciekawe
przezwisko. Nawet trafne. Dobra, widzę, że skończyłeś Nauki Polityczne
na Uniwersytecie Warszawskim. Trochę dłużej studiowałeś, niż to wynika z pięcioletniego systemu.
- Tak... Wyjazdy handlowe do Niemiec, Bułgarii, potem praca na południu
Francji przy winobraniu, następnie handel i pomoc na budowie w Szwecji.
Jako student miałem łatwiej. No i do woja mnie nie brali.
- A czym w tej Bułgarii czy tam Szwecji handlowałeś?
- Różnie. W Bułgarii biseptol i prezerwatywy dobrze kiedyś szły. Trochę
badziewia z Różyca. W Szwecji sery, pościel, polska wódka. Pan wie,
przebitka duża. Tyko policji trzeba było pryskać czasem, jak namierzali
nas na parkingach w Malmö czy Ystad.
Mężczyzna zerknął do teczki.
- Widzę, że interesujesz się też architekturą i sztuką.
Marcin krótko kiwnął głową.
- Tak, zwłaszcza włoskim renesansem. Ale nie tylko.
- Uczyłeś się francuskiego i hiszpańskiego.
- Tak. Francuski zarzuciłem, ale hiszpański znam całkiem nieźle.
- Marzy ci się słoneczna Hiszpania?
- Niezupełnie. Ameryka Południowa, a najbardziej Wenezuela. Żeby tak
pojechać na placówkę do Caracas albo Bogoty. Spełniłyby się moje
marzenia z lat dziecięcych.
- To znaczy?
- Pierwsza książka, jaką przeczytałem w życiu, miałem wtedy sześć lat,
to była Wyspa Robinsona Arkadego Fiedlera...
- Aaa, teraz rozumiem - przerwał Marcinowi rozmówca, nie odrywając
wzroku od dokumentów. - Nie lubisz wojska, zatem co tu robisz?
- Zupactwa nie lubię. Tutaj to co innego. To wywiad. Najlepsi z najlepszych.
- Rozumiem. Pracę magisterską pisałeś z... Gdzieś tu było... - Mężczyzna
wertował kolejne strony.
- Z systemów politycznych w pozaeuropejskich krajach socjalistycznych.
Na przykładzie Korei Północnej, Kuby, Mongolii i Angoli.
- Ciekawe. I co mi o tym powiesz? Dotarłeś do dokumentów, jakichś
interesujących informacji?
- Studiowałem z kolegami z tych krajów, więc miałem okazję do wielu
rozmów - odparł Marcin. - Poza tym sporo materiałów było na wydziale.
Wykładowcy czasem jeździli po świecie, mieli swoje spostrzeżenia...
- Z Korei Północnej też miałeś kolegów?
- Tak. Do czasu, jak jednej nocy wywieźli ich z Polski. Jakoś w połowie
moich studiów to było. Z nimi też biznesy robiłem. Za twardą walutę.
- A czym z nimi handlowałeś?
- Przywozili na przykład hafty na jedwabiu, naciągnięte na blejtramach z balsy. Piękne. Niestety po tym, jak ich wywieźli, kontakt nam się urwał.
Dzisiaj nie wiem, czy w ogóle żyją, czy nie trafili do jakichś obozów
reedukacyjnych...
- Rozumiem. Co tu jeszcze mamy, nagrody rektora za dobre wyniki w nauce,
studia ukończone z bardzo wysoką notą, karate, wspinaczka, survival...
- Mogę o coś zapytać? - przerwał Marcin.
Mężczyzna poprawił okulary, które lekko obsunęły mu się na nosie.
- Słucham?
- Czemu mają służyć te rozmowy z nami? O co chodzi? Widzieliśmy pana w auli. Sebastian z Anitą się nie popisali...
- Posłuchaj, jesteś z waszej trójki najstarszy. Wcześniej pracowałeś na
Rakowieckiej u naszych sąsiadów z ostatniego piętra.
- Na Samochodowej.
- Dobra, na Samochodowej. Powiem krótko i mam nadzieję, że zrozumiesz. -
Mężczyzna zdjął okulary i złożył je. - Polska musi szukać sojuszników.
Ale jak to w życiu, nie ma nic za darmo. Musimy coś dać od siebie, żeby
być w NATO i Unii Europejskiej. Żeby nasze wstąpienie było znaczące,
odczuwalne dla sojuszników.
- Handel, tak?
- Można to tak nazwać. Ale stawką jest przyszłość Polski w strukturach
euroatlantyckich. Zachodni sojusznicy są bardzo pragmatyczni. A Rosjanie
będą nam rzucać kłody pod nogi, o ile już tego nie robią. Pewnie w przyszłości ich działania będą nastawione na oderwanie czy odsunięcie
nas od Zachodu. Musimy się temu przeciwstawić. Sami jesteśmy za słabi,
ale gdy zawiążemy sojusz z Zachodem, USA będą się z nami liczyć.
Rozumiesz? - Mężczyzna wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze.
- Oczywiście - odpowiedział Marcin po chwili wahania.
- Nie wystarczą takie akcje jak ta w Sankt Petersburgu z młodymi
pracownikami naukowymi filologii rosyjskiej z twojej uczelni. To może
być za mało.
- Nie rozumiem...?
- Nie omawiano z wami tej sprawy? Szkoda. Kiedy nasi sąsiedzi ze Wschodu
przestali być naszymi sojusznikami, pojawiła się potrzeba powołania
komórki zajmującej się tym terenem. Czy wiesz, jak trudno rozpocząć
takie działania?
- Zdaję sobie sprawę...
- Dzięki uprzejmości prezydenta Warszawy, który patronował temu
wyjazdowi, a przede wszystkim dzięki temu, że zastępca szefa nowej
komórki był jego serdecznym przyjacielem, udało się. Wśród
przedstawicieli delegacji ulokowaliśmy naszych ludzi. I tak się to
zaczęło. Ale mniejsza o to. Do rzeczy... Po zakończeniu szkolenia i przejściu do Centrali Zarządu Wywiadu UOP proponuję tobie, Sebastianowi
i Anicie pracę w pionie naukowo-technicznym.
- Ale ja chciałem do kontrwywiadu zagranicznego, a Sebastian do
nielegałów... - Marcin urwał.
- Takie są decyzje kierownictwa. A dokładnie dyrektora. O szczegółach
dowiecie się już niedługo. Spotkamy się na balu oficerskim po
zakończeniu szkolenia. Twoja urocza żona też będzie, mam nadzieję?
Marcin popatrzył badawczo na mężczyznę. Zrobiło mu się gorąco, a przez
jego ciało przeszły dziwne dreszcze. Zacisnął lekko usta, by nie dać po
sobie poznać irytacji. Po chwili poczuł, że wraca do równowagi.
- Będzie - odparł krótko.
- Świetnie. Możesz odejść. I zawołaj Sebastiana. Anitę zostawię sobie na
deser. - Mężczyzna wychylił whisky do dna, po czym zaczął energicznie
przekładać teczki z dokumentami.
- Tak jest. - Marcin stuknął obcasami.
* * *
- Przede wszystkim nic, o czym będziemy tu rozmawiać, nie może się
wydostać poza to pomieszczenie, zrozumiałeś?
- Tak jest - odparł Sebastian, nieco zaskoczony tonem tego komunikatu.
Mężczyzna otworzył jedną z teczek i uśmiechnął się pod nosem. Przez
chwilę wertował kartki.
- Sebastian Tomanowicz... Powiedz mi Sebastian, to na Akademii
Górniczo-Hutniczej uczą zakładania podsłuchów? Niezłą aferę wywołałeś w akademiku...
- Hmm... - zmieszał się chłopak. - To nie było żadne podsłuchiwanie, tylko
takie głupie żarty.
Tak naprawdę pytanie go zaskoczyło. Nie spodziewał się, że ktoś jeszcze
wyciągnie jego perypetie ze studenckich lat. Poczuł się niezręcznie.
- Kretyńskie żarty. Gdyby ktoś nagłośnił tę sprawę, łatwo się domyślić,
jaki byłby finał.
- Tak, wiem. To trochę jak dzisiaj na tej nieszczęsnej prasówce. Czasem
z człowieka wychodzi taka sztubacka natura, w końcu to szkoła... -
Sebastian zawiesił głos i spojrzał na mężczyznę trzymającego w dłoni
pełną szklankę z whisky. Miał wrażenie, że stukanie kostek lodu słychać
w całej sali.
- Poruszyłeś temat zamordowania jakiegoś księdza sprzed roku. Ale
przejdźmy dalej...
- To nie był zwykły ksiądz - przerwał Sebastian, próbując się
wytłumaczyć.
- Dobra, dajmy temu spokój.
Na chwilę zapadło milczenie. W końcu mężczyzna odstawił szklankę na
stolik i podjął:
- Więc jak to było z tym podsłuchem?
- Zmontowałem proste urządzenie, powiedzmy podsłuchowe, i podrzuciłem do
pokoju jednej parki, która lubiła się głośno zabawić. Wie pan, co mam na
myśli... - Uśmiechnął się Sebastian.
- A potem puściłeś nagranie w radiowęźle, tak? Żeby odgłosy z tej ich
zabawy usłyszeli wszyscy w akademiku!
- Mhmm... No tak.
- Miałeś szczęście, że nie rozdmuchano tej sprawy. - Mężczyzna ponownie
zerknął do teczki. - Bo z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki,
Informatyki i Elektroniki na pewno byś wyleciał z hukiem.
- Pewnie tak - odparł Sebastian już bez cienia uśmiechu.
- A jak to się stało, że krakus mieszkający przy placu na Groblach stał
się bywalcem miasteczka studenckiego?
- Wiadomo, tam najlepsze imprezy, kumple, koleżanki z całej Polski...
- Dobrze, do rzeczy. Zaprosiłem cię tutaj, bo postanowiliśmy wcielić cię
do kilkuosobowego zespołu. To, co będziesz robił, będzie nie tylko
ściśle tajne, ale też bardzo wyjątkowe.
- Mnie? - zapytał ze zdziwieniem Sebastian. - Ja przecież jestem w drugiej połowie rankingu...
- Liczą się zupełnie inne kwestie. Na przykład to, że dobrze znasz język
rosyjski. - Mężczyzna wziął solidny łyk whisky.
- A do jakiego kraju trzeba będzie wyjechać? Jaki to pion naszej służby?
Rosja, Białoruś, a może Ukraina?
- Pion naukowo-techniczny. Reszty dowiesz się w swoim czasie. Widzę, że
pracę magisterką obroniłeś na cztery plus. I temat też interesujący:
"Wykorzystanie zjawiska indukcji elektromagnetycznej w przemyśle
maszynowym". Bardzo ciekawe zagadnienie. Idealnie pasuje do członka
pionu naukowo-technicznego.
- No tak, interesowałem się tym, ale ja chciałem w wywiadzie... do
nielegałów.
- Słyszałem o twoich preferencjach. - Mężczyzna pokiwał głową i spojrzał
Sebastianowi w oczy.- Powiedz mi, dlaczego wylądowałeś w OKKW? Nie
lepiej byłoby ci w jakichś zakładach przemysłowych jako inżynier? Bo ja
wiem, w koncernie zagranicznym typu Siemens, General Electrics. Tam
chyba są lepsze perspektywy dla młodego człowieka z technicznym
wykształceniem?
- Mój ojciec jest policjantem, a dziadek był żołnierzem. Zawsze
marzyłem, by zostać oficerem. Dlatego gdy zgłosił się do mnie wywiad,
nie mogłem odmówić.
- Jasne. - Mężczyzna poprawił okulary. - A ten twój znajomy, doktorant z Korei Północnej, który mieszkał w akademiku? Nadal utrzymujesz z nim
kontakt?
- Choi Nam?
- Tak.
- Nie, ostatnio widziałem się z nim poprzedniej wiosny. Miał wtedy
bronić pracy doktorskiej. Potem kontakt nagle jakoś się urwał. Ja miałem
zajętą głowę pracą magisterską, sprawami związanymi z przyjęciem do
służby. Nie wiem, może wrócił do siebie. A dlaczego pan o niego pyta?
- Po prostu pytam. A profesor Zimmerman, u którego pisałeś pracę
magisterską?
- Wspaniały człowiek i świetny naukowiec - odparł z zapałem Tomanowicz.
- Specjalista od wykorzystania prądu zmiennego w maszynach
przemysłowych. Bardzo go cenię. Nie bez przyczyny dał mi czwórkę plus na
obronie.
- Czemu nie piątkę?
- Bo profesor twierdzi, że na piątkę to on może zdać.
- A Pan Bóg na szóstkę, co? - Uśmiechnął się mężczyzna.
- Coś w tym stylu.
- Na razie to wszystko. Poproś Anitę. A my zobaczymy się na balu.
* * *
Anita usiadła naprzeciwko mężczyzny, który właśnie skończył wertować
dokumenty i wyprostował się, jakby chciał rozciągnąć zastałe mięśnie.
Widać było, że jest zmęczony.
- Anita Wandol - odezwał się, mierząc ją wzrokiem.
- Aha...To znaczy tak jest.
- Twoi rodzice pracują w Puławach w Wojskowym Ośrodku Naukowo-Badawczym
Służby Weterynaryjnej?
- Tak, ale... No tak. - To pytanie zupełnie ją zaskoczyło. Swoim zwyczajem
z wdziękiem poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na policzek. Czuła,
że to nie jest normalna rozmowa. Skąd po roku od rozmowy z kadrowcem
pytania o moich rodziców? - zastanawiała się. Uśmiechnęła się sztucznie
i zastygła w oczekiwaniu.
Mężczyzna tymczasem czytał kolejny dokument, co chwilę zerkając na nią
badawczo.
- Skończyłaś mikrobiologię w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.
Bardzo ciekawy temat pracy magisterskiej: "Wykorzystanie broni
biologicznej w konflikcie zbrojnym". Skąd taki pomysł? Chyba nie za
bardzo pasuje do charakteru studiów, co?
- Zawsze interesowały mnie mikroorganizmy. Mikrobiologia w praktycznym
użyciu jest fascynująca. Poza tym rodzice zarazili mnie pasją do broni
biologicznej - odparła Anita, wciąż się uśmiechając.
- Myśli pani, że na wojnie może być to skuteczne rozwiązanie?
- Na wojnie, ale i podczas zamachów terrorystycznych. Skala może być
ogromna i nie jest to nic nowego. Już w czternastym wieku Tatarzy
oblegający twierdzę Kaffa przerzucali katapultami za mury miasta ciała
chorych na dżumę - recytowała jak na egzaminie. - Tym sposobem wywołali
zarazę wśród mieszkańców twierdzy. W starożytności z kolei Scytowie
maczali groty strzał we krwi rozkładających się zwłok. A teraz zapewne w różnych laboratoriach w Chinach, USA czy Rosji też pracują nad jakimiś
wirusami albo zarazkami...
- Intrygujące - przerwał jej mężczyzna. - Widzę, że zawsze byłaś wzorową
uczennicą i studentką. Żadnych negatywnych opinii. A potem nagle studia
na filologii wschodniosłowiańskiej. Co się stało?
- Miłość, wspólne plany na przyszłość. Narzeczony, na szczęście już
były, zniechęcił mnie do dalszej nauki. Ciągnął mnie na Lubelszczyznę,
żeby budować jakąś pieprzoną fermę hodowlaną... - Dziewczyna jakby się
zmieszała. - Przepraszam. Po prostu trochę żałuję.
- Fermy czy studiów?
- Studiów.
- Rozumiem. Czyli zaczęłaś się uczyć rosyjskiego. Półtora roku. To
sporo.
- Tak, tu też mi dobrze z nim idzie. Ale na SGGW chodziłam całe studia
na lektorat z niemieckiego i angielskiego.
- Pewnie jesteś ciekawa, dlaczego cię tu wezwałem.
- Tak. Nie ukrywam, że bardzo mnie to zaskoczyło.
- Decyzją Dyrektora Zarządu Wywiadu UOP trafisz do pionu
naukowo-technicznego razem z Marcinem i Sebastianem.
- Ooo... A czym będziemy się tam zajmowali? Jeśli mogę zapytać. -
Uśmiechnęła się już nieco swobodniej.
- Dowiecie się wszystkiego w swoim czasie. Na razie pamiętaj, żeby z nikim o tym nie rozmawiać.
- Rozumiem.
- Na balu oficerskim będziesz z Sebastianem? - Nieznajomy odwzajemnił
uśmiech, wyraźnie dwuznacznie.
- Nie tylko... Ze wszystkimi.
- W takim razie widzimy się na balu niedługo. Do zobaczenia.
* * *
Anita przeciągnęła się jak leniwa kotka. Jej włosy rozsypały się na
nagim torsie Sebastiana, który mruczał coś niezrozumiale pod nosem.
Wąski tapczan był w zupełnym nieładzie. Na podłodze leżały porozrzucane
ubrania, na przykrytym szkłem biurku leżał stanik i skręcone rajstopy.
Kochali się tej nocy już drugi raz, tym razem krótko i bez zbędnych
słów. Jakby się spieszyli, jakby ich głowy coś zajmowało. Dziewczyna
spojrzała na zegarek. Do pobudki zostały im cztery godziny. Sebastian
odgarnął delikatnie jej włosy i zaczął całować po szyi, a jego dłonie
powędrowały na jej pośladki.
- A co ty taki aktywny dzisiaj jesteś? Wiosna tak na ciebie działa? -
Odsunęła jego dłoń i wskazała na reproduktor. - Słuchają nas, kurwa -
szepnęła. - Mówię ci, oni słuchają.
- Nic nie poradzę, że tak na mnie działasz. Poza tym jest wyjątkowa
okazja. Masz dziś wolny pokój - wymruczał Sebastian i z jeszcze większym
zapałem wrócił do całowania.
Anita odsunęła jego głowę, wstała i naciągnęła T-shirt. Potem włączyła
lampkę na biurku.
- Spadaj już. Jestem zmęczona.
- Prasówką?
- Kurwa, jaką prasówką, Sebastian! Rozmową! Cały czas o tym myślę!
Sebastian uśmiechnął się pod nosem i zaczął przecierać oślepione
światłem oczy.
- Jak na przesłuchaniu, kurwa... - skwitował.
- Ty, a jeśli propozycja tego gościa to jakaś mina? - Anita znów zniżyła
głos do ledwo słyszalnego szeptu.
- Nie mam pojęcia. Dobrze wiesz, że moim marzeniem wcale nie było
pracować w pionie naukowo-technicznym, choć mam ku temu odpowiednie
wykształcenie.
- A nie myślisz, że w tym wszystkim jest za dużo niewiadomych?
- To jakaś tajna operacja. Chuj wie, o co tak na prawdę chodzi. -
Chłopak też powoli zaczął się ubierać. - Wiesz, ten facet pytał mnie o pewnego Koreańczyka z Północy, z którym imprezowałem w miasteczku
akademickim - powiedział, nachylając się do ucha Anity.
- Myślisz, że może chodzić o Koreę Północną? - odszepnęła, podając mu
pas.
Sebastian wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Zapytamy Marcina, jak u niego wyglądała ta rozmowa. A ciebie
pytał o twoją specjalizację z mikrobiologii w tym ośrodku... Cholera,
znowu zapomniałem!
- Diagnostyki i Zwalczania Zagrożeń Biologicznych w Puławach. Tak. I o pracę rodziców też.
- Teraz tak sobie myślę, że to może być związane z terroryzmem. Sam już
nie wiem. Może jednak będzie ciekawie? - Sebastian pomógł Anicie szukać
buta pod drugim łóżkiem.
- Na razie nie ma co zakładać, że będzie źle. Wszystko się okaże
niedługo. A tak z innej beczki, co ty tak dzisiaj wyskoczyłeś na
prasówce z tym zamordowanym księdzem z Caritasu? - Anita poprawiła
poduszkę, kilka razy w nią klepiąc, po czym wyciągnęła się na materacu.
- Myślałem, że znasz tę sprawę. Mój stary w zeszłym roku zajmował się
tym zboczeńcem. Teraz w gazetach znowu o tym wspominają, bo zaczął się
proces mordercy.
- Zboczeńcem?
- Ksiądz dyrektor był pedziem i posuwał osobistego kierowcę, którego w szybkim tempie awansował na swojego asystenta. - Sebastian z wysiłkiem
wciągnął but na stopę.
- O kurwa, ciekawe. I co dalej?
- Gdy tylko nachodziła go ochota, wysyłał jego żonę z dziećmi na
wakacje, a sam korzystał z jego dupy na wszystkie sposoby. Dobrze mu za
to płacił. Podobno zwykłe ruchy posuwisto-zwrotne mu nie wystarczały. -
Wciągnął drugi but.
- Weź, to obrzydliwe!
- Pytałaś, to mówię. W pewnym momencie asystent nie wytrzymywał
psychicznie. Pojechał na tandetę i kupił od ruskich cyjanek.
- Nie gadaj!
- No serio. I słuchaj dalej. W cukierni kupił ptysie i nawalił do nich
tego ruskiego cyjanku. Potem nakarmił zboka tymi ciastkami. A ten nic! -
Sebastian zapiął pas.
- Jak to nic? Po cyjanku?
- Nie wiadomo, czy to był cyjanek, czy jakieś inne ruskie gówno. Mało
tego! Klecha zaczął się do niego jak zwykle dobierać. No to ten, w akcie
desperacji, wyciągnął ukryty w szufladzie młotek i kilka razy walnął go
w głowę. Kiedy już nie wykazywał oznak życia, zawinął go w dywan i ukrył
w pokoju. Tyle.
Sebastian usiadł na łóżku i zaczął głaskać Anitę po głowie, jakby wcale
nie zamierzał wychodzić z pokoju.
- Oj, czekaj... - Ze zniecierpliwieniem odsunęła jego dłoń. - Siadasz mi,
kurwa, w pościeli w tych ciuchach po strzelnicy... A wracając do tematu,
to był zboczeniec. Zasłużył sobie.
- Ojcu ta sprawa zżarła sporo nerwów. Zatrzymał mordercę, który na swój
sposób był też ofiarą.
- Ale powiedz, dlaczego wspomniałeś akurat o tym na prasówce?
- Pomyślałem, że dotyczy to Watykanu, skąd wywodzi się szefostwo tego
zboka. Poza tym o tych sprawach trzeba mówić otwarcie. Dlatego jak tylko
mam okazję, to o tym wspominam. A że w prasie akurat była wzmianka o procesie tego nieszczęśnika, który sprzedał duszę diabłu... Dobra, idę.
Śpij dobrze.
Sebastian wyszedł z pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi.
Rozdział 2
Morze Śródziemne - maj 1981 roku
Ogromny prom pasażerski linii Tirrenia oddalał się od portu w Palermo. Z odległości na tle rozpromienionej słońcem tafli morza wyglądał jak mały
biały punkt. Ślad torowy, niczym spieniona morska autostrada, zanikał w błękitnej toni Morza Tyrreńskiego, które niebawem miało połączyć swe
wody z Morzem Śródziemnym.
Zabudowa miasta rozgrzanego ciepłym majowym słońcem stawała się dla
pasażerów stojących na tarasach pokładowych coraz mniej widoczna. Nawet
wysokie maszty jachtów zacumowanych w malowniczej marinie rozmywały się
w oddali. Jedynie łańcuch Gór Palermitańskich, które królują nad
wybrzeżem, wciąż było widać jak na dłoni. Z perspektywy płynących promem
wyglądały niezwykle majestatycznie. Powoli zmieniały swoją barwę w zachodzącym słońcu.
Kiedy prom skręcił na zachód, panorama miasta całkiem zniknęła.
Jednostka obrała kurs na Afrykę Północną. Podróż do Tunisu, zgodnie z planem, miała trwać jedenaście godzin.
Stefan Kafer stał na platformie widokowej oparty o metalową barierkę.
Jego wyjątkowo niebieskie oczy kontrastowały z czarną czupryną lekko
przyprószoną siwizną. Miał na sobie rozpinany beżowy kardigan i jasnobrązowe sztruksy. Wpatrzony w oddalającą się Sycylię obejmował
ramieniem Francescę, która wtuliła głowę w jego tors. Gdy gładził jej
proste kruczoczarne włosy, wydawało się, że z każdym jego ruchem mocniej
przyciska do niego wydatne piersi.
Francesca czuła się przy nim bezpieczna. Chyba nigdy wcześniej nie
potrzebowała tego poczucia tak bardzo. Ani w czasie ich licznych wojaży,
ani podczas ostatniego pobytu w Rzymie, ani nawet w nagłej podróży na
południe Włoch, która wydawała się jej zupełnie nieracjonalną ucieczką.
Nie wiedziała, jak będzie wyglądać to jej nowe życie. Czy będzie
szczęśliwa, czy coś razem osiągną? Czy Stefan będzie kiedyś dobrym
ojcem? Czy zbudują wspólnie kochającą się rodzinę? Stojąc tak przy nim,
wpatrzona w morską dal, odnosiła wrażenie, że wszystkie te pytania mnożą
się w jej głowie. A na większość z nich nie znajdowała odpowiedzi.
Chciała wierzyć, że ich miłość jest prawdziwa, szczera, że pomoże jej
znaleźć lekarstwo na to wszystko, co ją nurtuje.
Najbardziej niepokoiły ją dziwne zachowania Stefana, które wcześniej nie
miały miejsca, a które zaobserwowała u niego w Rzymie. Czasem sprawiał
wrażenie przygnębionego, tajemniczego, w dodatku zbywał jej pytania na
temat wyjazdu odpowiedziami typu: "Wkrótce wszystko ci wyjaśnię".
Jedyne, czego się dowiedziała, to że z Tunisu udadzą się do Maroka. Nie
podał jej żadnych szczegółów. Bardzo ją to irytowało. Miała nawet ochotę
wybuchnąć, ale pamiętała, jak Stefan wypominał w żartach jej typowe dla
Włoszek gestykulowanie, nerwowe chodzenie z miejsca w miejsce i wyrzucanie z siebie podniesionym głosem dziesiątek słów. Starała się
więc tego unikać. Zwłaszcza teraz, kiedy musiała o siebie szczególnie
dbać i unikać uniesień.
Natomiast Stefana nachodziła pewna konstatacja, czy jest w stanie
zapewnić swojej ukochanej wszystko to, o czym marzy. Była taka ufna w stosunku do niego. Nie mógł jej zawieść. Za dużo błędów popełnił już w życiu. Przyszedł czas, by los się odwrócił. Zwłaszcza teraz, kiedy
wiedział, że Francesca jest w ciąży.
Kiedy przypłynęli z Neapolu do Palermo, zatrzymali się na trzy noce w niewielkim pokoju w kamienicy u starszej samotnej kobiety. Był to jeden
z niskobudżetowych pokoi dla turystów o mniej zasobnym portfelu. Włoszka
prawdopodobnie w ten sposób dorabiała sobie do skromnej emerytury.
Budynek znajdował się przy rzadko uczęszczanej uliczce, prostopadłej do
głównej ulicy prowadzącej do portu. Nie było w nim ani telewizora, ani
radia. Nie chcąc rzucać się w oczy, nie opuszczali swojego lokum aż do
dnia wejścia na prom. Przez ten krótki czas byli zupełnie odcięci od
świata zewnętrznego. W pobliskiej restauracji zamawiali posiłki, które
przynosiła im właścicielka. Siedzieli wówczas na niewielkim tarasie,
skąpanym w zielonym bluszczu i wypełnionym kwitnącymi w donicach
roślinami. Godzinami przyglądali się wchodzącym i wychodzącym z portu
jednostkom.
Stefan zamrugał nerwowo i wyciągnął z bocznej kieszeni swetra bilet.
Przyjrzał mu się jeszcze raz bardzo dokładnie, jakby chciał się upewnić,
jaki jest dzień.
- Czternasty maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku -
przeczytał ledwie słyszalnym dla Franceski szeptem.
Znowu zaczął analizować moment zaokrętowania się. Próbował przypomnieć
sobie twarze i zachowania spotkanych w drodze do portu osób. Kolejny raz
wracał myślami do momentu, kiedy wchodzili na prom. Miał wówczas
nieodparte wrażenie, że ktoś za nimi podąża, ktoś ich śledzi, obserwuje.
Nie był pewien, czy są to jedynie wytwory jego wyobraźni, czy faktycznie
ich bezpieczeństwo jest zagrożone. A może oni już wpadli na nasz trop i cały prom jest obstawiony, a my jesteśmy tu jak w wielkiej pływającej
pułapce? - zastanawiał się. Co chwilę delikatnie gładził włosy
Franceski. To dawało mu wewnętrzny spokój. Pozwalało odgonić złe myśli.
W pewnym momencie zauważył stojącego kilka metrów obok mężczyznę z bujnym czarnym wąsem, opartego, jak oni, o balustradę bakburty. Ubrany
był w jasnoniebieską, rozpiętą do połowy koszulę i białe spodnie z płótna żeglarskiego. Oczy ukrył pod ciemnymi okularami w czarnych
oprawkach. W dłoni trzymał dopalającego się papierosa.
Zimny dreszcz przeszedł po ciele Stefana. Pierwszą myślą było to, że
mężczyzna ich obserwuje. Wydawało mu się, że gdzieś już go dzisiaj
widział. Być może kiedy szliśmy z Francescą do portu? - rozważał. Zaczął
mu się uważnie, acz dyskretnie przyglądać. Po kilku minutach uspokoił
się jednak, choć nie był pewny, czy zagrożenie minęło. Mężczyzna nie
wpatrywał się w nich, a jedynie był lekko odwrócony w ich kierunku i z zaciekawieniem czytał gazetę. Drugą trzymał pod pachą. A może czyta
tylko dla niepoznaki, a w rzeczywistości nas pilnuje? Żeby w najmniej
oczekiwanym momencie zaatakować? - Kafer wrócił do wcześniejszych
rozważań.
Spojrzał na pierwszą stronę gazety, którą mężczyzna trzymał w dłoni.
Była to "La Repubblica". Charakterystyczny tytuł od razu rzucił mu się w oczy. Gdy spojrzał na nagłówek na pierwszej stronie, złożony dużymi,
pogrubionymi literami, poczuł się, jakby przeszył go piorun. Ferito il
papa! "Papież został ranny", przetłumaczył szybko w myślach. Pod spodem
widniało zdjęcie papamobile z rannym papieżem w środku. To dlatego
dzisiaj rano w kawiarni na dole tyle mówili o papieżu, a właścicielka
ciągle powtarzała: papa, papa...
- Cazzo, a więc jednak! - przeklął na tyle głośno, że Francesca
poluzowała uścisk, w którym tkwili od kilkunastu minut.
Spojrzała na niego i poprawiła opadające na twarz włosy.
- Coś się stało? - spytała zdziwiona. - Dlaczego przeklinasz?
- Spójrz na gazetę, tam. - Stefan wskazał ręką na mężczyznę, po czym
szybkim krokiem ruszył w jego kierunku. - Cholera, cały dzień byliśmy w pokoju! - rzucił jeszcze.
- No byliśmy. Santa Madonna... Przecież się źle czułam... - szepnęła
Francesca, kręcąc ze smutkiem głową.
- Czy papież żyje? Co się stało? - zapytał Stefan z taką emocją w głosie, że mężczyzna aż się wzdrygnął.
Sprawiał wrażenie wystraszonego. Zrobił krok do tylu i ścisnął dłonią
balustradę, o którą dotąd jedynie się opierał.
- To pan nic nie wie? - zapytał. - Zamach był wczoraj. Jakiś Turek
strzelał na placu Świętego Piotra. Papież przeszedł wielogodzinną
operację. Żyje, ale jego stan jest poważny.
- Czy zamachowca złapano?
- Tak. Od razu został zatrzymany. To chyba jakiś szaleniec...
- Jak można próbować zabić papieża, Santa Madonna - wtrąciła się
równie zszokowana Francesca, która właśnie podeszła do Stefana i złapała
go za przedramię.
- Jak widać, można - jakby od niechcenia mruknął mężczyzna, a po chwili
dodał: - Proszę, weźcie gazety. Ja już przeczytałem. - Złożył w pół "La
Repubblicę", potem wyciągnął spod pachy "Corriere Della Sera" i podał
obie Stefanowi. - Do widzenia państwu. Udanej podróży. - Uśmiechnął się,
po czym ruszył w kierunku korytarza prowadzącego do kajut.
Wzięli gazety niemal jednocześnie i półszeptem zaczęli czytać. "Młody
turecki neonazista oddał dwa strzały na placu Świętego Piotra... operacja...
niebezpieczeństwo wydaje się zażegnane..."
- Turecki neonazista - mruknął pod nosem Stefan. - Ciekawe, bardzo
ciekawe! - Uderzył dłonią w gazetę.
Francesca spojrzała na niego ze zdziwieniem. Był tak zdenerwowany, jakby
ten zamach dotknął go osobiście. Nie zapytała jednak, dlaczego tak się
zachowuje. Zrzuciła to na barki dziwnego nastroju ostatnich dni. Wzięła
od Stefana "Corriere Della Sera" i przeczytała, tym razem na głos:
- "Papież przez cztery godziny walczył ze śmiercią... Turecki terrorysta
strzelał do niego, gdy błogosławił tłum... Mehmet Ali Agca już groził, że
zabije Wojtyłę w Turcji...".
Popatrzyła na Stefana pytającym wzrokiem, ale ten nie zwrócił na to
uwagi, bo w tym samym momencie dostrzegł, że dyskretnie przygląda się im
jakiś szczupły mężczyzna stojący po drugiej stronie pokładu.
Czy znowu mam jakieś przywidzenia? Czy tym razem naprawdę jesteśmy
obserwowani? - zastanawiał się Stefan. Nieznajomy co jakiś czas, jakby
nie chcąc stracić ich z oczu, zerkał w ich kierunku. Miał dziwnie
obojętną minę, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. O ile ten
pierwszy z gazetami wyglądał i okazał się Włochem, o tyle ten ma
zupełnie inne rysy. Jakieś... polskie? Słowiańskie? Scheisse, scheisse,
przeklął w myślach Kafer. Był coraz bardziej zdenerwowany. Przyglądał
się nieznajomemu jeszcze kilka chwil, aż w końcu dyskretnie nachylił się
do ucha Franceski i szepnął:
- Chodźmy w stronę bufetu, kochanie. Odczekamy tam krótką chwilę.
Zamówimy kolację i śniadanie, a potem pójdziemy prosto do naszej kajuty.
O nic nie pytaj. Po prostu chodźmy, proszę.
Ponownie rzucił okiem na mężczyznę, który nie drgnął ani o centymetr.
Wydawał się jeszcze bardziej zimny, jakby niepasujący do tego
śródziemnomorskiego krajobrazu, zachodzącego słońca, ciepłego wiatru,
przechadzających się po pokładzie czasem wyzywająco ubranych kobiet.
Francesca posłała Stefanowi spojrzenie pełne zdziwienia, ale i strachu,
gdy delikatnie, choć stanowczo chwycił ją za dłoń i lekko pociągnął za
sobą. Chcąc nie chcąc, z wrodzonym sobie wdziękiem i ekspresją w ruchach, małymi kroczkami, stukając szpilkami o pokład, ruszyła za nim.
* * *
Grecki frachtowiec "Chrysafenios" płynący z Pireusu przez Tunis do
Afryki Północnej wyglądał na bardzo dobrze utrzymany. Mesa oficerska
była gustownie urządzona, pełna różnych marynistycznych elementów,
począwszy od wioseł, kawałków sieci, starego koła sterowego, zdjęć w sepii, oprawionych pod szkłem w cienkich ramkach, rysunków antycznych
bóstw po miniaturowe flagi sygnałowe. Nie zdarzało się, żeby któryś z oficerów pojawiał się w tym pomieszczeniu po cywilnemu, jak to bywało u innych armatorów. Widać było wysoką dyscyplinę. Marynarze i motorzyści
mieli swoją niezależną mesę. Tylko czasem przychodzili tutaj w charakterystycznych, granatowych mundurach wyjściowych, kiedy statek
wchodził do portu albo na pokładzie odbywały się jakieś uroczystości.
Po opuszczeniu portu w Tunisie dziób statku od kilku godzin rozdzierał
wzburzoną taflę morza, pozostawiając za sobą charakterystyczne fale,
które szybko ulegały zniekształceniu, miotane silnym wiatrem. Unosił się
lekko i gwałtownie opadał. Pogoda była sztormowa.
Stefan i Francesca weszli na mostek kapitański. Z tego miejsca widok był
niezwykły. Błękitno-szara przestrzeń rozciągała się aż po horyzont.
Promienie słoneczne przedzierały się przez nieliczne dziury w chmurach.
Stan morza i wiatru, jak usłyszeli od drugiego oficera, wynosił około
pięciu, czasem może sześciu stopni w skali Beauforta.
- To tylko zwykły fresh breeze. Fala długa i niewysoka. Ale na
wysokości Algieru zapewniam, że się uspokoi. Takie mamy prognozy -
rzucił z uśmiechem znad stołu nawigacyjnego drugi oficer, widząc nieco
przestraszone miny pasażerów.
Stefan dopiero po wejściu na pokład frachtowca w Tunisie poczuł w końcu
spokój. I choć wciąż targały nim skrajne emocje, pojawiła się też
nadzieja na to, że jego plan się powiódł. Nawet smagający przednią szybę
mostku i boczne bulaje wiatr niosący krople wody oraz wycieraczka zwana
wirującą szybą nie były w stanie zniszczyć nadziei, jaka zakiełkowała w jego sercu. Tak bardzo marzył o nowym życiu z dala od świata, który go
przerósł, w którym zupełnie się pogubił. Przez moment stanęły mu przed
oczami jego córeczki, których prawdopodobnie nigdy już nie zobaczy.
Docierało do niego, że nie będzie widział, jak dorastają, jak wchodzą w życie, jak stają się pięknymi nastolatkami, a potem dojrzałymi
kobietami. Zdawał sobie sprawę, że będzie im brakować ojca i że jeśli
jednak kiedyś, jakimś cudem, się spotkają, będą do niego miały wielki
żal. Żal, o którym trudno będzie im zapomnieć.
Patrząc na spływającą po szybie wodę, przypominał sobie lata spędzone z Ericą w Niemczech. Te wspaniałe chwile, chwile radości, kiedy razem
dochodzili do swojej pozycji, kupowali pierwszy dom, samochód,
rozpoczynali pracę. A jednak czegoś mu brakowało, chciał czegoś więcej.
Czy słusznie? Poczuł znajome ukłucie wyrzutów sumienia. Obiecałem matce,
że będę przyzwoitym człowiekiem. Ile już razy złamałem tę obietnicę... -
pomyślał z wyrzutem. Zawiodłem cię, mamo, we wszystkich sferach swojego
życia. Odruchowo wykrzywił usta, jakby sam do siebie czuł odrazę.
Głośny dźwięk wycieraczki nagle ucichł. Deszcz przestał bębnić w szybę.
Zza chmur przebiły się pierwsze promienie słońca. Morze jakby na moment
się uspokoiło.
Stefan spojrzał na Francescę. Podobnie jak on była nieobecna, patrzyła
nieruchomym wzrokiem przed siebie. Był pewny, że to przy tej kobiecie
chce się zestarzeć. Że nie ma już powrotu do dawnego życia. Kiedy kilka
dni wcześniej dowiedział się, że będą mieli dziecko, obiecał sobie, iż
zrobi wszystko, by w końcu być dobrym mężem i ojcem. Stworzyć prawdziwą
rodzinę. Taką, z której byłaby dumna jego matka, gdyby tylko żyła.
Wiedział, że czeka go bardzo trudna rozmowa, w której będzie musiał
wyznać Francesce całą prawdę. Wytłumaczyć, dlaczego muszą się ukrywać i uciekać. Nie mógł się doczekać, aż przepłyną przez Cieśninę Gibraltarską
i w jakiś symboliczny sposób zostawią za sobą przeszłość.
- Natura ma moc - rzuciła Francesca, przerywając ciszę. - Wiesz, Stefan,
takie obcowanie z naturą jest eliksirem dla mojej duszy.
- Co cię tak wzięło na filozoficzne przemyślenia, moja... bogini, moja...
Irene? - zapytał z uśmiechem.
- Kto? Kim jest Irene? Mam być zazdrosna?
- To imię kobiece. Pochodzi od greckiej bogini Ejrene, matki bogactwa i czarów wiosny.
- Ach, to już wiem, dlaczego czasem mówisz tak do mnie w nocy,
zniekształcając nieco to imię: la mi Irena. - Francesca ujęła w dłonie
twarz Stefana i delikatnie go pocałowała.
- To powiesz mi, skąd te przemyślenia? - drążył.
- W końcu pochodzę z rodziny, która wiele pokoleń mieszkała na wysokim
brzegu Sardynii. Wiesz, jak tak patrzę na te fale, chmury, na promienie
słońca, dochodzę do wniosku... - zawiesiła głos i odsunęła dłoń Stefana,
która powędrowała na jej wciętą talię. - To stwierdzam, że natura ma
wielką moc. A taka jak ta wzmaga pożądanie. Ach, i ten zapach morskiej
bryzy. Słony, wilgotny...
- No właśnie... - wyszeptał Stefan do jej ucha, odsuwając wcześniej pukiel
lśniących włosów. - Chodźmy do kabiny. Pragnę cię.
- Oj, ja nie o tym - żachnęła się. - No, może nie tylko. Popatrz, jak
słońce walczy zaciekle, uwięzione w tej szarości, w tej gęstwinie chmur.
A te wzburzone fale!
- Ależ cię wzięło. Widzę, że w przyszłości musimy spędzać więcej czasu
na morzu. Tymczasem chodźmy do kajuty, bo mam ochotę pogrążyć się w otchłani twojego piękna...
Francesca uśmiechnęła się i popatrzyła na niego tak, że poczuł ten wzrok
w najdalszych zakamarkach swojego ciała.
- Tak. Naturze trudno się oprzeć, kochanie - szepnęła zmysłowo.
Pożegnali się z drugim oficerem i trzymając się poręczy wzdłuż
korytarza, poszli w kierunku kabiny.
* * *
Leżeli nadzy, przykryci grubym, puszystym kocem. Oboje milczeli od kilku
minut.
Francesca, zmęczona namiętnym seksem, miała zamknięte oczy i uśmiechała
się błogo. W palcach obracała wisiorek na grubym złotym łańcuchu
spoczywający między jej piersiami. Stefan głaskał ją po biodrze,
szepcząc co jakiś czas: la mia Irena, la mia Irena... Ciszę w kabinie
zakłócał jedynie monotonny odległy szum silnika frachtowca i dźwięk fal
uderzających o dziób statku. Wokół panował półmrok. Jedynie zielona
lampka nad drzwiami niemrawo rozjaśniała wnętrze kabiny. Przez niewielki
bulaj, zakryty osadzoną w masywnych ramach pokrywą sztormową zakręcaną
na śruby, nie przedzierał się ani jeden promień dziennego światła. Nie
bardzo im się to podobało, ale przed wyjściem z portu kapitan
poinformował ich, że jest to środek zapobiegawczy przed spodziewanym
sztormem.
- Muszę ci coś powiedzieć... - zaczął spokojnie Stefan, po czym zrobił
pauzę, żeby nabrać powietrza w pierś. Wiedział, że od tej rozmowy wiele
zależy. Tak bardzo chciał, by Francesca go zrozumiała, by wybaczyła mu
kłamstwa, którymi karmił ją od kilkunastu dni. Bez wyjawienia jej prawdy
nie będzie mógł budować z nią związku, a przecież o niczym innym nie
marzył.
- Tak? - wymruczała, wciąż z zamkniętymi oczami.
- Wiesz, że chcę z tobą być i wspólnie wychować nasze dziecko. Jestem
tego pewny bardziej niż kiedykolwiek wcześniej... - zawiesił głos, a potem
znowu nabrał powietrza i powoli je wypuścił. - Jest jednak coś, o czym
musisz wiedzieć. To bardzo ważne. Od tego wiele zależy. Chyba nawet
wszystko.
Francesca Revanolli otworzyła oczy. Były szkliste, jakby błysnęły w mroku. Odruchowo przeczesała palcami gęste włosy.
- Co masz mi do powiedzenia? Co jest tak bardzo ważne? Proszę, mów. Może
w końcu wyjaśnisz mi to wszystko, tę naszą dziwną morską... ucieczkę -
zapytała cichym, stłumionym głosem. Oddychała ciężko, patrząc na Stefana
zimnym wzrokiem. Podświadomie przeczuwała, że zaraz usłyszy coś złego.
Stefan milczał jeszcze przez dłuższą chwilę. W końcu się odezwał:
- Mieszkając i pracując w Niemczech, nawiązałem kontakt z pewną firmą, w zasadzie z pewną grupą kapitałową...
- Wiem, mówiłeś mi coś o wielkim kontrakcie, który miał zmienić twoje
życie - przerwała mu.
- Tak, tylko że... - zrobił pauzę. - Francesco, za tą grupą kapitałową,
jak się okazało później, stali Rosjanie.
- Kto?
- Rosjanie, a dokładniej radziecki wywiad. To ich całe KGB. Wiesz, co to
oznacza?
Francesca się wzdrygnęła i wyprostowała odruchowo. Szukała jakichś słów,
które oddałyby jej stan, myśli przebiegające przez jej głowę z prędkością światła. Była zupełnie zdezorientowana. Jakby znalazła się w innym wymiarze. Świecie, który był dla niej kompletnie obcy. W którym
wcale nie chciała się znaleźć.
- Rosjanie? Radziecki wywiad? - powtórzyła w końcu. - O czym ty mówisz?
Co to wszystko znaczy, Stefan? Ja nie wiem... Ja nie rozumiem... Czego oni
mogli od ciebie chcieć? W co ty się wpakowałeś? Powiedz mi, kochanie,
proszę. Co to wszystko oznacza dla nas? Dla naszego życia, dla naszej
miłości, dla naszego dziecka? No powiedz! - Gwałtownie chwyciła jego
twarz, zacisnęła na policzkach ostre paznokcie i potrząsnęła nią,
krzycząc: - Mów! Słyszysz?! Mów, do jasnej cholery! W co się
wpakowałeś?! - Oczy zaszły jej łzami. Zdawało się, że w każdej chwili
mogą spłynąć strumieniem po jej policzkach.
Stefan delikatnie oderwał jej dłonie od swojej twarzy i ścisnął je w swoich.
- Posłuchaj, najdroższa. Ci Rosjanie, o których mówię... - zawahał się. -
Jak by ci to powiedzieć, żebyś dobrze mnie zrozumiała. Oni... oni zlecili
mi podłożenie ładunków wybuchowych w kościele w parafii Świętego Tomasza
w Rzymie, gdzie mszę miał odprawiać papież.
Francesca zamrugała kilka razy, chwilowo odpędzając łzy.
- Co ty mówisz, Stefan? Chyba ci się coś pomieszało w głowie? Czy ty się
dobrze czujesz? Przecież to jakieś niedorzeczności. Mio dio sei pazzo!
- Posłuchaj mnie spokojnie, proszę...
- Jakie spokojnie?! Stefan! Czy ty słyszysz, o czym ty mówisz?!
Rosjanie, zamach, papież... - Głos drżał jej z emocji. - Przecież tam
jakiś Turek czy...
Stefan delikatnie dotknął jej ust.
- Tak, Turek. Pewnie takich jak ja było więcej. Na wszelki wypadek,
gdyby mi nie wyszło. A nie wyszło mi przez ciebie, kochanie.
- Słucham? Nie rozumiem. Na jaki wszelki wypadek?! Co miało ci nie
wyjść? Dlaczego przeze mnie? Stefan! - krzyknęła. Tym razem łzy
popłynęły z całą mocą.
Po chwili Francesca zakryła dłońmi twarz i głęboko nabrała powietrza.
Zacisnęła mocno usta. Uspokajała się. Przetarła mokre oczy i zapytała
zrezygnowanym głosem:
- Kochanie, o co tu chodzi? Proszę cię, powiedz mi wszystko.
- Posłuchaj, może źle się wyraziłem: nie przez ciebie, a dzięki tobie -
poprawił się Stefan. - Coś się we mnie złamało, zmieniło. Sam nie wiem...
Jakbym przejrzał na oczy. Uzmysłowiłaś mi, że jestem innym człowiekiem,
że mogę być innym człowiekiem. Że wystarczy się postarać, chcieć. I nie
zrobiłem tego, do czego mnie wynajęli.
- Ci... Rosjanie? - zapytała niepewnie.
- Tak.
- Może to nie ja, ale Bóg, kochanie? Może to był jakiś znak od niego?
- Nie wiem. Ale wiem, że miłość do ciebie sprawiła, że nie...
- Zabiłeś Ojca Świętego?
Stefan pokiwał głową.
- I wiesz co jeszcze? Co mnie powstrzymało? - Spojrzał poważnie na
ukochaną. - Może wspomnienia z lat młodzieńczych, z dzieciństwa. Coś, co
kiedyś było dla mnie ważne, istotne, a o czym przez te wszystkie lata
zapomniałem, wyparłem z pamięci. Rozumiesz?
Teraz ona przytaknęła, wycierając resztki łez.
- A więc nie chodziło o pomoc przy elektryczności, gdy kilka dni temu
pojechaliśmy do tego kościoła? - zapytała.
- Nie. Nie mogłem tego zrobić. Nie byłem w stanie...
W kajucie zapadła cisza. W tym momencie do Stefana dotarło, że
jednostajny szum silnika przycichł. Statek płynął spokojniej, wolniej,
nie było już słychać, jak dziób rozbija fale. Jedynie co jakiś czas
odczuwali lekkie kołysanie.
Nagle, nie wiedzieć czemu, zapragnął światła. Podniósł się i zaczął
odkręcać motylkowe nakrętki przy bulajach. Po chwili podniósł osłonę i w kajucie momentalnie zrobiło się jasno. Na niebie świeciło jaskrawe
słońce, nieprzesłonięte już chmurami. Stefan spojrzał na Francescę.
Wydawało mu się, że przez jej zapłakane oczy przemknął uśmiech. Usiadł
obok niej i pogładził opuchnięte od płaczu policzki.
- Kochanie - odezwał się spokojnie - postanowiłem uciec z tobą i zamknąć
ten rozdział w swoim życiu raz na zawsze.
Pokręciła głową, nadal zdezorientowana.
- Ale dlaczego tyle tajemnic i kłamstw? Dlaczego? Nie mogłeś mi o tym...
Stefan znowu nakrył jej usta palcem.
- Chciałem cię chronić. Chciałem, żebyśmy uciekli i zaczęli wszystko od
nowa. A kiedy powiedziałaś mi, że będziemy mieli dziecko, byłem już
pewny, że tak będzie najlepiej.
Objął ją i przytulił, tak jak lubiła najbardziej. Z całych sił, mocno.
Zaczął delikatnie całować jej włosy, czoło, policzki, w końcu wilgotne
oczy.
- Gdzie my się teraz podziejemy? - zapytała. - Z czego będziemy żyć?
- Nie martw się. Russe nieźle mi zapłacili za robotę... - Schylił głowę
i pocałował ją w brzuch. - Niczego nam nie zabraknie. Naszemu dziecku
też.
Francesca zdecydowanie odsunęła jego głowę, jakby wstąpiła w nią nowa
energia, jakby chwila słabości i załamania minęła. Zapomniała o wielkich
łzach, płynących jeszcze przed chwilą po jej policzkach.
- Co ty mówisz? Nie rozumiesz?! Naprawdę nie rozumiesz? - Przeszyła go
lodowatym wzrokiem. - Przecież oni ci tego nie darują! Doskonale o tym
wiesz. Będziemy się całe życie ukrywać w jakichś obskurnych norach?
Uciekać i oglądać się za siebie? Tego chcesz dla mnie i naszego dziecka?
Wiecznej tułaczki w ciągłym strachu?! Wśród obcych ludzi?!
- Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci.
- Obiecujesz? Co obiecujesz? Jak ty to sobie wyobrażasz? Za co będziemy
żyć?
- Kochanie, proszę cię, uspokój się. Zrób to dla siebie i dla niego... -
Stefan skinął głową w kierunku jej brzucha. - Wszystko się ułoży,
zobaczysz.
Złapał ją za ramiona, ale Francesca szarpnęła się, wyrywając z jego
uścisku. Spojrzała na bulaj wypełniony światłem słonecznym i zmrużyła
oczy.
Wstał z łóżka i podszedł do zamkniętej na mosiężny zamek szafki.
Otworzył ją, odsunął energicznie walizki z rzeczami, po czym wyciągnął
długą wytartą torbę z naturalnej skóry z pękatymi bocznymi kieszeniami,
którą kupił na bazarze w Neapolu. Szybkimi ruchami odpiął grube paski.
- Pół miliona marek niemieckich, widzisz? To pozwoli nam rozpocząć nowe
życie.
Przez chwilę przekładał pliki banknotów, po czym zapiął klamry, wcisnął
torbę z powrotem i zasłonił walizkami.
Podszedł do Franceski i popatrzył na nią łagodnym wzrokiem.
- La mia Irena. Gdy dotrzemy do Maroka, zaczniemy nowe życie.
Westchnęła ciężko.
- Gdzie ty mnie ciągniesz? Jak wchodziliśmy na pokład tego statku,
mówiłeś, że to tylko na chwilę, że przesiądziemy się i popłyniemy czy
polecimy dalej.
- Nie chciałem cię martwić. Poza tym Maroko to piękny kraj.
- A co my będziemy robić u Arabów? - prychnęła. - Jak ty sobie
wyobrażasz naszą egzystencję w tym kraju? Na tej pustyni?
- Kochanie, pamiętasz, jak z pół roku temu byłem na Sardynii w delegacji?
- Tak. Chodziło o jakieś prace przy detonacjach w kopalni w Gonnesa,
prawda?
- Właśnie. No więc wtedy w waszym biurze w Cagliari poznałem pewnego
Polaka. Rozmawiałem z nim i...
- Jak to rozmawiałeś? Po jakiemu? Znasz język polski?
- Tak, znam. I posłuchaj...
- Ale skąd znasz? - drążyła Francesca.
- To długa historia, kiedyś ci opowiem. Teraz to bez znaczenia.
- Znowu tajemnice! Tylko tyle masz mi do powiedzenia? "Kiedyś ci
opowiem"? "To długa historia"? Wyobraź sobie, że dla mnie ma znaczenie
wszystko, co jest związane z nami, ze mną, z naszym dzieckiem! Poza tym
nie kojarzę żadnego Polaka, który robił z naszą firmą interesy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki