Obcy horyzont - Marcin Faliński, Rafał Barnaś

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Stare Kiej­kuty, Ośro­dek Kształ­ce­nia Kadr Wywiadu - wio­sna 1995 roku

- Czy pod­cho­rąży Anita czy­tała regu­la­min strzel­nicy? - zapy­tał nie­wy­soki puł­kow­nik służ­bo­wym tonem. Jego siwi­zna i czę­ściowa łysina świad­czyły o tym, że ma już za sobą kawał życia. Ale wyspor­to­wana syl­wetka nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści co do formy fizycz­nej.

- Tak jest, panie puł­kow­niku!

- To chyba pod­cho­rąży powinna pamię­tać, że cały czas należy mieć na oczach oku­lary ochronne. Tak czy nie?

- Tak, panie puł­kow­niku. Ale... ale my dopiero cze­kamy na swoją kolej - odpo­wie­działa dziew­czyna, wska­zu­jąc na meta­lowe tar­cze.

- A czy pod­cho­rąży Anita wie, co to ryko­szet? Aha, jesz­cze jedno: pro­szę coś zro­bić z tymi wło­sami.

Dziew­czyna bez słowa zdjęła bejs­bo­lówkę, z wdzię­kiem prze­cze­sała pal­cami dłu­gie włosy i spięła je w kok tuż nad kar­kiem. Następ­nie wło­żyła czapkę i prze­zro­czy­ste oku­lary, po czym usia­dła obok tych, któ­rzy cze­kali na swoją kolej.

- Mar­cin, nie sły­sza­łeś, co mówił puł­kow­nik? - zwró­ciła się do wyso­kiego chło­paka łapią­cego opa­le­ni­znę w wio­sen­nym słońcu.

- Sły­sza­łem. Puł­kow­nik jak zawsze robi nie­po­trzebny młyn. Nie widzisz, że się opa­lamy? - Mar­cin ski­nął głową w kie­runku innych. - Dziew­czyno, łap heba­nek! Na wyjazd w teren będzie jak zna­lazł. A ty blada jak mąka...

- Sam jesteś mąka - odburk­nęła i zało­żyła na uszy ciem­no­zie­lone słu­chawki Pel­tora.

Po chwili roz­le­gła się kano­nada strza­łów. Kilku strzel­ców pokry­wało ogniem meta­lowe tar­cze. Zgod­nie ze sce­na­riu­szem cho­wali się za tek­tu­rowe zasłony, klę­kali i odda­wali strzał. Potem prze­ła­do­wy­wali broń i znowu strze­la­jąc, zbli­żali się do małych okrą­głych tarcz, tak zwa­nych liza­ków, po wcze­śniej­szym wyeli­mi­no­wa­niu więk­szych, okre­śla­nych chło­pa­kami, które po tra­fie­niu prze­wra­cały się z łosko­tem. Grzmot nie usta­wał.

W pew­nym momen­cie puł­kow­nik kątem oka dostrzegł zamie­sza­nie wśród ocze­ku­ją­cych. Odwró­cił się i zoba­czył, jak jedna z osób trzyma się za deli­kat­nie zakrwa­wiony poli­czek.

- Stop! - krzyk­nął. - Wstrzy­mać ogień!

Huk ustał jak ucięty nożem.

Puł­kow­nik pod­szedł sprę­ży­stym kro­kiem do zra­nio­nego chło­paka.

- Pod­cho­rąży Mar­cin, co się stało?

- Chyba dosta­łem ryko­sze­tem...

Puł­kow­nik mach­nął w stronę pie­lę­gniarki, zawsze dyżu­ru­ją­cej pod­czas strze­la­nia. Ta natych­miast pode­szła do chło­paka, spoj­rzała na niego i zaczęła szu­kać cze­goś w swo­jej czer­wo­nej tor­bie.

- Panie puł­kow­niku, nic mi nie będzie. To tylko nie­wiel­kie dra­śnię­cie...

Puł­kow­nik kon­tro­l­nie spoj­rzał po pozo­sta­łych. Wszy­scy mieli oku­lary ochronne.

Anita zdjęła słu­chawki i szep­nęła do Seba­stiana:

- Mówi­łam mu, żeby zało­żył oku­lary.

- E tam, też nie mia­łem. A ty co taka święta? Sama wcze­śniej nie zakła­da­łaś.

- Ale zało­ży­łam.

- Ale-srale. Wiesz, w sumie to dobrze na tym wyszedł. Zazdrosz­czę mu.

- Co ty pie­przysz? - Anita spoj­rzała na kolegę zdu­miona.

- Nie będzie mógł się cało­wać z dziew­czy­nami w policzki, tylko od razu w usta!

- Obaj jeste­ście poje­bami - skwi­to­wała, krę­cąc głową, po czym zni­żyła głos: - Wpad­niesz wie­czo­rem? Pouczymy się. Jutro pra­sówka z ostat­nich dwóch tygo­dni.

- A kole­żanki z pokoju się pozby­łaś?

- Seba­stian, ja mówię o nauce! Jak masz takie pomy­sły, to cię nie wpusz­czę. Nawet nie myśl o tym.

- I tak wejdę. Z bal­konu przez luf­cik. - Seba­stian puścił do niej oko.

- Jasne! I zakli­nu­jesz się jak ostat­nio po impre­zie. Gdyby nie Mar­cin, wisiał­byś tak do pobudki, aż puł­kow­nik zna­la­złby cię na poran­nym obcho­dzie.

- Sam bym wyszedł.

- Aku­rat! Mar­cin wycią­gał cię parę minut i też się napo­cił. Dobrze, że nie spadł, jak prze­cho­dził po tych bal­ko­nach. Nie­źle nagrzani byli­ście - żach­nęła się Anita, zaraz jed­nak dodała: - Posta­ram się, żeby Bożenki nie było. Zresztą pew­nie jak zawsze będzie w bilarda przy winie grać ze swoim uko­cha­nym.

- Z jakim uko­cha­nym? - zdzi­wił się Seba­stian. - O kim ty gadasz?

- Co się tak dzi­wisz? O twoim współ­spa­czu.

- Poważ­nie? Myśla­łem, że oni tak tylko, no wiesz...

- Wy, chłopy, to tylko o jed­nym myśli­cie. W ogóle nie zauwa­ża­cie, co się dzieje obok was - spu­en­to­wała Anita, zer­ka­jąc w bok. - Dobra, Mar­cina już chyba opa­trzyli. Wra­camy do strze­la­nia.

Po chwili powie­trze znów prze­cięły wystrzały. Wtó­ro­wały im meta­liczne dźwięki tra­fień i prze­wra­ca­ją­cych się tarcz. Nikt z ocze­ku­ją­cych na swoją kolejkę nawet na moment nie zdjął już oku­la­rów. Nie­któ­rzy opa­lali się, korzy­sta­jąc z wol­nej chwili, inni kibi­co­wali strze­la­ją­cym kole­gom i kole­żan­kom.

- Ty, Mar­cin, a sły­sza­łeś, że Bożenka i... sam wiesz kto - zwró­cił się do kum­pla Seba­stian.

- No co ty? - zdu­miał się Mar­cin. - Nie wie­dzia­łeś? Urzą­dzasz sobie życie z Anitką, to nie widzisz, co się dzieje u innych.

- Ja? Ja niczego sobie, kurwa, nie urzą­dzam.

- Dobra, dobra. Powiedz lepiej, kiedy znowu będę cię z luf­cika wycią­gał... - Roze­śmiał się, gdy odgłos strza­łów ucichł. - Chodź, zaraz nasza kolej. A trzeba jesz­cze nała­do­wać maga­zynki.

* * *

- A co to za facet sie­dzi na końcu auli? - szep­nął Seba­stian.

Mar­cin wstał i uda­jąc, że popra­wia polowy mun­dur, obej­rzał się za sie­bie. Star­szy męż­czy­zna w ostat­nim rzą­dzie, z grubą teczką na kola­nach, aku­rat coś noto­wał. W pew­nej chwili pod­niósł głowę i ich wzrok się spo­tkał. Chło­pak dla nie­po­znaki rozej­rzał się po kame­ral­nej auli, prze­cią­gnął i usiadł.

- Nie wiem - mruk­nął do kolegi. - Pew­nie ktoś z cen­trali przy­je­chał.

- Ale nie ma dzi­siaj żad­nego wykładu z gościn­nym wystę­pem.

- Pod­cho­rąży Seba­stian! - roz­legł się dono­śny głos ofi­cera pro­wa­dzą­cego zaję­cia z pod­staw pracy infor­ma­cyj­nej wywiadu.

- O kurwa, chyba cię wywo­łują - rzu­cił Mar­cin.

Seba­stian pode­rwał się na równe nogi do postawy zasad­ni­czej, odru­chowo popra­wia­jąc bluzę mun­duru.

- Panie Seba­stia­nie, jedną z naj­waż­niej­szych spraw, jakie ostat­nio się wyda­rzyły, jest pewne mor­der­stwo doko­nane w Kra­ko­wie. Jaki to ma zwią­zek z zagad­nie­niami mię­dzy­na­ro­do­wymi? Pro­szę nam powie­dzieć.

- Panie porucz­niku... - wydu­kał nie­pew­nie Seba­stian. - No więc... ta sprawa, choć miała miej­sce w Kra­ko­wie, ma cha­rak­ter... świa­towy w pew­nym sen­sie.

- Świa­towy, mówi pan. To inte­re­su­jące. Pro­szę kon­ty­nu­ować.

- Roz­prawa, która cią­gnie się od dłuż­szego czasu, doty­czy mor­der­stwa dyrek­tora Cari­tasu powią­za­nego z naj­wyż­szymi hie­rar­chami w Kościele kato­lic­kim. Nie tylko w Pol­sce, ale i w Waty­ka­nie, czy nawet sze­rzej: w Rzy­mie.

- Mhmm... To bar­dzo cie­kawe. Ale chyba jed­nak wyciąga pan za daleko idące wnio­ski. Rzym i Sto­lica Apo­stol­ska fak­tycz­nie znaj­dują się za gra­nicą. I wydaje się, że na tym sprawy mię­dzy­na­ro­dowe w tej histo­rii się koń­czą, nie uważa pan?

- Tak jest - odpo­wie­dział Seba­stian.

- Jutro po zaję­ciach przyj­dzie pan do mnie na poprawkę.

Po auli roze­szły się ciche śmie­chy.

- Nie ma co się śmiać, sza­nowni pań­stwo. Mamy jesz­cze dru­giego kwia­tuszka w ostat­niej pra­sówce. Pani Anita.

- Tak, panie porucz­niku. - Anita wstała i z wdzię­kiem zarzu­ciła do tyłu roz­pusz­czone włosy.

- Pań­stwo pozwolą, prze­czy­tam tę fascy­nu­jącą infor­ma­cję, którą pani pod­cho­rąży zna­la­zła w pra­sie. "W ostat­nią środę na ulicę Szwedzką w War­sza­wie wezwany został patrol poli­cji, który w meli­nie osób z pół­światka ujaw­nił ciężko ranną kobietę. Zostało wezwane pogo­to­wie ratun­kowe. Na miej­scu poli­cjanci zastali męż­czy­znę w sta­nie kom­plet­nego upo­je­nia alko­ho­lo­wego. Usta­lono, że to dosko­nale znany funk­cjo­na­riu­szom z komendy przy Cyryla i Meto­dego Kazi­mierz S., pseu­do­nim "Kazik Sie­kie­reczka". W miesz­ka­niu zna­le­ziono rów­nież zakrwa­wioną sie­kierę. Ze wstęp­nych usta­leń wynika, że kobieta była kon­ku­biną Kazi­mierza S. i została praw­do­po­dob­nie zaata­ko­wana tym narzę­dziem".

Aulę znów wypeł­niła zbio­rowa weso­łość.

- Pani Anito, co tak się pań­stwo uwzięli na te kry­mi­nalne histo­rie? Razem to czy­ta­cie czy jak? Czy teraz może powin­ni­śmy się do pani zwra­cać "Sie­kie­reczka"? No, słu­cham?

- Mówi­łem, że życie sobie ukła­da­cie - szep­nął Mar­cin do sie­dzą­cego obok Seba­stiana.

- Panie porucz­niku, bo na początku tak świa­towo było z tą ulicą... Szwedzką - pró­bo­wała tłu­ma­czyć Anita.

- Jak będzie pani w War­sza­wie, pro­po­nuję się tam przejść, na tę świa­tową ulicę. Tylko nie w nocy i naj­le­piej z panem Seba­stia­nem, skoro taki z niego wiel­bi­ciel kry­mi­nału.

- Tak jest!

- Panią też zapra­szam jutro na poprawkę. I może jed­nak znaj­dzie­cie coś o zama­chu ter­ro­ry­stycz­nym w Okla­homa City. Przy­po­mnę, że zgi­nęło tam pra­wie dwie­ście osób...

Dziew­czyna usia­dła ze zre­zy­gno­waną miną.

- Czyż­byś miała inne plany na dzi­siaj? - Nachy­lił się do niej Mar­cin. - Wie­czór miał być sto­sun­kowo udany?

- Spa­daj... Kurwa, jak ja nie lubię tych pra­só­wek. - Anita ude­rzyła dło­nią w blat skła­da­nego sto­lika.

- Nie dener­wuj się. Może wam jakoś pomóc?

- Nam? - Odwró­ciła się i popu­kała pal­cem w czoło. - Ochłoń, chło­paku.

Mar­cin wzru­szył ramio­nami.

- To wy zawa­li­li­ście pra­sówkę. Chcia­łem tylko pomóc.

* * *

- I co, mistrzo­wie pióra? Popły­nę­li­ście? - Mar­cin sie­dział razem z Anitą i Seba­stia­nem w sto­łówce. - Kurwa, znowu te pie­przone rumuń­skie kieł­ba­ski. Już nimi rzy­gam...

- Chyba kieł­ba­ski z Rumuna - prych­nęła Anita. - Daj spo­kój, mam wie­czór z głowy. A chcia­łam iść na basen i do sauny.

- Puł­kow­nik na pewno by się ucie­szył na twój widok. - Mar­cin wymow­nie poru­szył brwiami. - Zoba­czysz, dopro­wa­dzisz go kie­dyś w tej sau­nie do zawału. A jesz­cze jak Bożenka dołą­czy w tym swoim czar­nym bikini. Ach!

- W dupie mam Rumuna. Pizzę sobie wezmę w bufe­cie - wtrą­cił grze­biący widel­cem w tale­rzu Seba­stian. - Patrz, Mar­cin, facet, który był w auli, nie wyje­chał.

- O kim wy mówi­cie? - Anita spoj­rzała na nich, marsz­cząc czoło.

- O typie, który sie­dzi koło komen­danta. Jakby się nam przy­glą­dał...

- Co ty pier­ni­czysz, Seba­stian? Może Ani­cie się przy­gląda, ale nam? Chyba jesteś prze­czu­lony. - Mar­cin ukroił kawa­łek podłuż­nego rumsz­tyku. - A wła­śnie, Anita, sły­sza­łem, że na zaję­ciach z tech­niki w labo­ra­to­rium foto­gra­ficz­nym u was w dru­ży­nie dziew­czyny nic nie mają pod tymi bia­łymi far­tu­chami. Prawda to? - zapy­tał z peł­nymi ustami.

- Mamy. Buty i spodnie. A co?

- Nic. Tak tylko zapy­ta­łem. I bez sta­ni­ków?

- Bez. Zosta­wiamy je w poko­jach...

- A ja wam mówię, że ten typek nam się przy­gląda - prze­rwał im Seba­stian.

Cała trójka popa­trzyła w kie­runku męż­czy­zny, który wła­śnie wstał i wraz z komen­dan­tem skie­ro­wał się do sąsied­niego kasyna. Jakby na komendę pod­nie­śli do ust kubki z zie­lo­nym wzor­kiem i napi­sem "MSW" i wzięli po dużym łyku kom­potu.

- Ty, Seba­stian, jakieś zwidy masz czy co? - rzu­cił Mar­cin, odsta­wia­jąc kubek na stół. - Dobra, chodźmy już. Dam wam swoje notatki, geniu­sze pracy infor­ma­cyj­nej, żeby­ście nie tra­cili czasu na stu­dio­wa­nie gazet.

Pro­sto ze sto­łówki poszli do znaj­du­ją­cego się naprze­ciwko inter­natu. Mar­cin szybko pod­rzu­cił kole­gom notatki, a potem wró­cił do swo­jego pokoju.

Jego współ­lo­ka­tora nie było. Pew­nie poszedł do świe­tlicy na tele­wi­zję, pomy­ślał chło­pak. Roz­piął pas, zdjął bluzę, a potem wyjął z bre­zen­to­wej rapor­tówki skrypty i rzu­cił je na biurko. Poło­żył się na łóżku. Nie chciało mu się zdej­mo­wać butów, bo prze­cież miał jesz­cze iść na pizzę z Seba­stia­nem. Z bocz­nej kie­szeni spodni wycią­gnął port­fel, a z niego zdję­cie swo­jej żony. Lubił je. Ela pre­zen­to­wała się na nim obłęd­nie. Miała obci­słe żółte body z dużym dekol­tem, czer­woną krótką spód­niczkę i drew­niaki na wyso­kich kotur­nach.

Ostat­nio nie ukła­dało im się naj­le­piej. Coraz czę­ściej docho­dziło mię­dzy nimi do nie­po­ro­zu­mień i kłótni. Cza­sami Mar­cin prze­bą­ki­wał nawet o roz­sta­niu. Mimo to żona bar­dzo go pocią­gała i tak naprawdę nie wyobra­żał sobie życia bez niej. Zamknął oczy, przy­wo­łu­jąc w pamięci obraz jej boskiego ciała. Jesz­cze kilka dni i się zoba­czymy, zdą­żył pomy­śleć, zanim zasnął.

Ze snu wyrwał go głos dyżur­nego pły­nący z gło­śnika, nazy­wa­nego koł­choź­ni­kiem: "Pod­cho­rąży Mar­cin, pod­cho­rąży Anita i pod­cho­rąży Seba­stian sta­wią się natych­miast u dyżur­nego. Sprawa pilna!".

- Co jest, kurwa... - mruk­nął Mar­cin, zry­wa­jąc się na równe nogi.

Spoj­rzał na zega­rek. Było po dwu­dzie­stej dru­giej. Cisza nocna.

"Powta­rzam: pod­cho­rąży Mar­cin, pod­cho­rąży Anita i pod­cho­rąży Seba­stian sta­wią się natych­miast u dyżur­nego. Sprawa pilna!"

Może to alarm? - prze­szło mu przez myśl. W sumie dawno nie było, od zimy tylko raz...

Mie­siąc temu w środku nocy wywieźli ich czter­dzie­ści kilo­me­trów od ośrodka i kazali pie­chotą wra­cać lasami i polami, przez top­nie­jący śnieg i mokra­dła.

Ale dla naszej trójki tylko? - kal­ku­lo­wał, ubie­ra­jąc się pospiesz­nie. Miał jakieś nie­okre­ślone prze­czu­cie, że dzieje się coś waż­nego. Eks­cy­ta­cja mie­szała się w nim z obawą.

Wyszedł szybko na kory­tarz i wal­nął pię­ścią w drzwi sąsied­niego pokoju. Te od razu się otwo­rzyły. Pierw­szy poka­zał się Seba­stian, a tuż za nim, dopi­na­jąca mun­dur i popra­wia­jąca roz­wi­chrzone włosy, Anita.

- O co cho­dzi? - rzu­ciła spło­szona.

- Wiem tyle co ty. - Mar­cin skie­ro­wał się w stronę scho­dów.

Już po chwili cała trójka była na par­te­rze. Przed kon­tu­arem dyżur­nego stał komen­dant.

- Mel­du­jemy się, panie puł­kow­niku - zaczął Mar­cin, stu­ka­jąc w pozy­cji zasad­ni­czej obca­sami butów.

Anita i Seba­stian mu zawtó­ro­wali.

Komen­dant kiw­nął na nich głową, aby poszli za nim do tyl­nego wyj­ścia z inter­natu.

- Słu­chaj­cie - zaczął ści­szo­nym gło­sem - w kasy­nie czeka na was pewien bar­dzo doświad­czony ofi­cer z cen­trali. Chce z wami poroz­ma­wiać. Macie mu powie­dzieć wszystko, o co zapyta. Żad­nych tajem­nic. Zro­zu­miano? - Gdy cała trójka kiw­nęła gło­wami, dodał: - To może zająć tro­chę czasu. Uda­cie się do niego poje­dyn­czo. Może pierw­szy... pod­cho­rąży Mar­cin.

- Ale panie puł­kow­niku - ode­zwała się nie­pew­nie Anita. - Jutro mamy poprawkę z pra­sówki. Tro­chę zawa­li­li­śmy i pan wie...

- Wiem, wiem. Poprawkę macie prze­su­niętą na poju­trze.

- Kurwa, tak czu­łem, tak czu­łem... - szep­nął Seba­stian, gdy komen­danta i Mar­cin wyszli z budynku.

- Co czu­łeś? - spy­tała zdez­o­rien­to­wana Anita.

- No ten typ, co się nam przy­glą­dał w auli i sto­łówce. To o niego cho­dzi. Z nim mamy się spo­tkać.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami i popra­wiła włosy.

- Chodź, mamy jesz­cze tro­chę czasu dla sie­bie. - Pocią­gnęła chło­paka na schody.

- Mie­li­śmy się uczyć.

- Mamy czas.

Dys­kret­nie, ale sta­now­czo chwy­ciła go za pośla­dek, posy­ła­jąc mu spoj­rze­nie swo­ich piw­nych oczu, które mówiły wszystko. Jesz­cze na kory­ta­rzu zaczęła roz­pi­nać bluzę. Pod spodem nie miała bie­li­zny. Seba­stian spoj­rzał na jej odsło­nięte krą­głe piersi i poczuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Gdy dziew­czyna roz­chy­liła usta i wil­got­nym języ­kiem powoli obli­zała górną wargę, miał wra­że­nie, że zaraz eks­plo­duje jak nie­do­świad­czony mało­lat. Gwał­tow­nie nabrał powie­trza i wypu­ścił je prze­cią­gle, żeby się opa­no­wać.

Weszli do pokoju, z trza­skiem zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

* * *

Mar­cin zdjął czapkę i sta­nął w progu kasyna, w któ­rym pano­wał lekki pół­mrok. Stuk­nął obca­sami, po czym skie­ro­wał się do ostat­niego sto­lika przed sto­łem bilar­do­wym. Obok jakichś teczek na stole stała szklanka z bursz­ty­no­wym pły­nem i kost­kami lodu.

- Pro­szę sia­dać - powie­dział sie­dzący przy sto­liku męż­czy­zna. - Na wstę­pie zazna­czę, że ta roz­mowa jest ści­śle tajna. Nikt poza nami nie może wie­dzieć o tym, co tu usły­szysz. Czy to jasne?

- Tak jest, panie...

- Na razie wystar­czy "panie" - uciął nie­zna­jomy, zmie­rzył chło­paka wzro­kiem i otwo­rzył jedną z teczek. - Mar­cin Łodyna. Hmm... Co my tu mamy?

- Tak jest. Mar­cin Łodyna.

- Nie popi­sał się pan z tym piwem w Sta­rych Kiej­ku­tach.

- No wie pan....

- To jak to było?

- Mówi­łem kole­gom i kole­żan­kom, że spo­koj­nie wycho­dzę z ośrodka i przez zamar­z­nięte jezioro, wzdłuż brzegu, omi­ja­jąc poste­runki i patrole nad­wi­ślań­czy­ków, cho­dzę po piwo do knajpy. Wie pan, moja pozy­cja rosła w ich oczach...

- Wiem, wiem. Dobra, a jak było naprawdę?

- Naprawdę... Bar­dziej pro­za­icz­nie. Piwo kupo­wa­łem na wyjaz­dach tere­no­wych i cho­wa­łem je w piw­nicy, pan wie, tam koło maga­zynu. A potem mówi­łem wszyst­kim, że idę po takie, któ­rego nie było u nas w kasy­nie. W tym cza­sie ukry­wa­łem się pod mate­ra­cami gim­na­stycz­nymi na jakąś godzinę. Póź­niej czę­sto­wa­łem piwem kole­gów i kole­żanki.

- Paru opie­ku­nów nawet się na to nabrało.

- No wiem. Ale w końcu BPM mnie przy­uwa­żył w tej piw­nicy.

- Słu­cham? Kto ma tu prze­zwi­sko "Bły­ska­wiczne Prze­ka­za­nie Mate­ria­łów"?

- Nie, to nie tak! Bez­kon­ku­ren­cyjny Pan... - Mar­cin urwał.

- A, fak­tycz­nie. No tak, co nieco do mnie dotarło. Zapo­mnia­łem. Cie­kawe prze­zwi­sko. Nawet trafne. Dobra, widzę, że skoń­czy­łeś Nauki Poli­tyczne na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Tro­chę dłu­żej stu­dio­wa­łeś, niż to wynika z pię­cio­let­niego sys­temu.

- Tak... Wyjazdy han­dlowe do Nie­miec, Buł­ga­rii, potem praca na połu­dniu Fran­cji przy wino­bra­niu, następ­nie han­del i pomoc na budo­wie w Szwe­cji. Jako stu­dent mia­łem łatwiej. No i do woja mnie nie brali.

- A czym w tej Buł­ga­rii czy tam Szwe­cji han­dlo­wa­łeś?

- Róż­nie. W Buł­ga­rii bisep­tol i pre­zer­wa­tywy dobrze kie­dyś szły. Tro­chę badzie­wia z Różyca. W Szwe­cji sery, pościel, pol­ska wódka. Pan wie, prze­bitka duża. Tyko poli­cji trzeba było pry­skać cza­sem, jak namie­rzali nas na par­kin­gach w Malmö czy Ystad.

Męż­czy­zna zer­k­nął do teczki.

- Widzę, że inte­re­su­jesz się też archi­tek­turą i sztuką.

Mar­cin krótko kiw­nął głową.

- Tak, zwłasz­cza wło­skim rene­san­sem. Ale nie tylko.

- Uczy­łeś się fran­cu­skiego i hisz­pań­skiego.

- Tak. Fran­cu­ski zarzu­ci­łem, ale hisz­pań­ski znam cał­kiem nie­źle.

- Marzy ci się sło­neczna Hisz­pa­nia?

- Nie­zu­peł­nie. Ame­ryka Połu­dniowa, a naj­bar­dziej Wene­zu­ela. Żeby tak poje­chać na pla­cówkę do Cara­cas albo Bogoty. Speł­ni­łyby się moje marze­nia z lat dzie­cię­cych.

- To zna­czy?

- Pierw­sza książka, jaką prze­czy­ta­łem w życiu, mia­łem wtedy sześć lat, to była Wyspa Robin­sona Arka­dego Fie­dlera...

- Aaa, teraz rozu­miem - prze­rwał Mar­ci­nowi roz­mówca, nie odry­wa­jąc wzroku od doku­men­tów. - Nie lubisz woj­ska, zatem co tu robisz?

- Zupac­twa nie lubię. Tutaj to co innego. To wywiad. Naj­lepsi z naj­lep­szych.

- Rozu­miem. Pracę magi­ster­ską pisa­łeś z... Gdzieś tu było... - Męż­czy­zna wer­to­wał kolejne strony.

- Z sys­te­mów poli­tycz­nych w poza­eu­ro­pej­skich kra­jach socja­li­stycz­nych. Na przy­kła­dzie Korei Pół­noc­nej, Kuby, Mon­go­lii i Angoli.

- Cie­kawe. I co mi o tym powiesz? Dotar­łeś do doku­men­tów, jakichś inte­re­su­ją­cych infor­ma­cji?

- Stu­dio­wa­łem z kole­gami z tych kra­jów, więc mia­łem oka­zję do wielu roz­mów - odparł Mar­cin. - Poza tym sporo mate­ria­łów było na wydziale. Wykła­dowcy cza­sem jeź­dzili po świe­cie, mieli swoje spo­strze­że­nia...

- Z Korei Pół­noc­nej też mia­łeś kole­gów?

- Tak. Do czasu, jak jed­nej nocy wywieźli ich z Pol­ski. Jakoś w poło­wie moich stu­diów to było. Z nimi też biz­nesy robi­łem. Za twardą walutę.

- A czym z nimi han­dlo­wa­łeś?

- Przy­wo­zili na przy­kład hafty na jedwa­biu, nacią­gnięte na blejt­ra­mach z balsy. Piękne. Nie­stety po tym, jak ich wywieźli, kon­takt nam się urwał. Dzi­siaj nie wiem, czy w ogóle żyją, czy nie tra­fili do jakichś obo­zów reedu­ka­cyj­nych...

- Rozu­miem. Co tu jesz­cze mamy, nagrody rek­tora za dobre wyniki w nauce, stu­dia ukoń­czone z bar­dzo wysoką notą, karate, wspi­naczka, survi­val...

- Mogę o coś zapy­tać? - prze­rwał Mar­cin.

Męż­czy­zna popra­wił oku­lary, które lekko obsu­nęły mu się na nosie.

- Słu­cham?

- Czemu mają słu­żyć te roz­mowy z nami? O co cho­dzi? Widzie­li­śmy pana w auli. Seba­stian z Anitą się nie popi­sali...

- Posłu­chaj, jesteś z waszej trójki naj­star­szy. Wcze­śniej pra­co­wa­łeś na Rako­wiec­kiej u naszych sąsia­dów z ostat­niego pię­tra.

- Na Samo­cho­do­wej.

- Dobra, na Samo­cho­do­wej. Powiem krótko i mam nadzieję, że zro­zu­miesz. - Męż­czy­zna zdjął oku­lary i zło­żył je. - Pol­ska musi szu­kać sojusz­ni­ków. Ale jak to w życiu, nie ma nic za darmo. Musimy coś dać od sie­bie, żeby być w NATO i Unii Euro­pej­skiej. Żeby nasze wstą­pie­nie było zna­czące, odczu­walne dla sojusz­ni­ków.

- Han­del, tak?

- Można to tak nazwać. Ale stawką jest przy­szłość Pol­ski w struk­tu­rach euro­atlan­tyc­kich. Zachodni sojusz­nicy są bar­dzo prag­ma­tyczni. A Rosja­nie będą nam rzu­cać kłody pod nogi, o ile już tego nie robią. Pew­nie w przy­szło­ści ich dzia­ła­nia będą nasta­wione na ode­rwa­nie czy odsu­nię­cie nas od Zachodu. Musimy się temu prze­ciw­sta­wić. Sami jeste­śmy za słabi, ale gdy zawią­żemy sojusz z Zacho­dem, USA będą się z nami liczyć. Rozu­miesz? - Męż­czy­zna wziął głę­boki oddech i powoli wypu­ścił powie­trze.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dział Mar­cin po chwili waha­nia.

- Nie wystar­czą takie akcje jak ta w Sankt Peters­burgu z mło­dymi pra­cow­ni­kami nauko­wymi filo­lo­gii rosyj­skiej z two­jej uczelni. To może być za mało.

- Nie rozu­miem...?

- Nie oma­wiano z wami tej sprawy? Szkoda. Kiedy nasi sąsie­dzi ze Wschodu prze­stali być naszymi sojusz­ni­kami, poja­wiła się potrzeba powo­ła­nia komórki zaj­mu­ją­cej się tym tere­nem. Czy wiesz, jak trudno roz­po­cząć takie dzia­ła­nia?

- Zdaję sobie sprawę...

- Dzięki uprzej­mo­ści pre­zy­denta War­szawy, który patro­no­wał temu wyjaz­dowi, a przede wszyst­kim dzięki temu, że zastępca szefa nowej komórki był jego ser­decz­nym przy­ja­cie­lem, udało się. Wśród przed­sta­wi­cieli dele­ga­cji ulo­ko­wa­li­śmy naszych ludzi. I tak się to zaczęło. Ale mniej­sza o to. Do rze­czy... Po zakoń­cze­niu szko­le­nia i przej­ściu do Cen­trali Zarządu Wywiadu UOP pro­po­nuję tobie, Seba­stia­nowi i Ani­cie pracę w pio­nie naukowo-tech­nicz­nym.

- Ale ja chcia­łem do kontr­wy­wiadu zagra­nicz­nego, a Seba­stian do nie­le­ga­łów... - Mar­cin urwał.

- Takie są decy­zje kie­row­nic­twa. A dokład­nie dyrek­tora. O szcze­gó­łach dowie­cie się już nie­długo. Spo­tkamy się na balu ofi­cer­skim po zakoń­cze­niu szko­le­nia. Twoja uro­cza żona też będzie, mam nadzieję?

Mar­cin popa­trzył badaw­czo na męż­czy­znę. Zro­biło mu się gorąco, a przez jego ciało prze­szły dziwne dresz­cze. Zaci­snął lekko usta, by nie dać po sobie poznać iry­ta­cji. Po chwili poczuł, że wraca do rów­no­wagi.

- Będzie - odparł krótko.

- Świet­nie. Możesz odejść. I zawo­łaj Seba­stiana. Anitę zosta­wię sobie na deser. - Męż­czy­zna wychy­lił whi­sky do dna, po czym zaczął ener­gicz­nie prze­kła­dać teczki z doku­men­tami.

- Tak jest. - Mar­cin stuk­nął obca­sami.

* * *

- Przede wszyst­kim nic, o czym będziemy tu roz­ma­wiać, nie może się wydo­stać poza to pomiesz­cze­nie, zro­zu­mia­łeś?

- Tak jest - odparł Seba­stian, nieco zasko­czony tonem tego komu­ni­katu.

Męż­czy­zna otwo­rzył jedną z teczek i uśmiech­nął się pod nosem. Przez chwilę wer­to­wał kartki.

- Seba­stian Toma­no­wicz... Powiedz mi Seba­stian, to na Aka­de­mii Gór­ni­czo-Hut­ni­czej uczą zakła­da­nia pod­słu­chów? Nie­złą aferę wywo­ła­łeś w aka­de­miku...

- Hmm... - zmie­szał się chło­pak. - To nie było żadne pod­słu­chi­wa­nie, tylko takie głu­pie żarty.

Tak naprawdę pyta­nie go zasko­czyło. Nie spo­dzie­wał się, że ktoś jesz­cze wycią­gnie jego pery­pe­tie ze stu­denc­kich lat. Poczuł się nie­zręcz­nie.

- Kre­tyń­skie żarty. Gdyby ktoś nagło­śnił tę sprawę, łatwo się domy­ślić, jaki byłby finał.

- Tak, wiem. To tro­chę jak dzi­siaj na tej nie­szczę­snej pra­sówce. Cza­sem z czło­wieka wycho­dzi taka sztu­backa natura, w końcu to szkoła... - Seba­stian zawie­sił głos i spoj­rzał na męż­czy­znę trzy­ma­ją­cego w dłoni pełną szklankę z whi­sky. Miał wra­że­nie, że stu­ka­nie kostek lodu sły­chać w całej sali.

- Poru­szy­łeś temat zamor­do­wa­nia jakie­goś księ­dza sprzed roku. Ale przejdźmy dalej...

- To nie był zwy­kły ksiądz - prze­rwał Seba­stian, pró­bu­jąc się wytłu­ma­czyć.

- Dobra, dajmy temu spo­kój.

Na chwilę zapa­dło mil­cze­nie. W końcu męż­czy­zna odsta­wił szklankę na sto­lik i pod­jął:

- Więc jak to było z tym pod­słu­chem?

- Zmon­to­wa­łem pro­ste urzą­dze­nie, powiedzmy pod­słu­chowe, i pod­rzu­ci­łem do pokoju jed­nej parki, która lubiła się gło­śno zaba­wić. Wie pan, co mam na myśli... - Uśmiech­nął się Seba­stian.

- A potem puści­łeś nagra­nie w radio­węźle, tak? Żeby odgłosy z tej ich zabawy usły­szeli wszy­scy w aka­de­miku!

- Mhmm... No tak.

- Mia­łeś szczę­ście, że nie roz­dmu­chano tej sprawy. - Męż­czy­zna ponow­nie zer­k­nął do teczki. - Bo z Wydziału Elek­tro­tech­niki, Auto­ma­tyki, Infor­ma­tyki i Elek­tro­niki na pewno byś wyle­ciał z hukiem.

- Pew­nie tak - odparł Seba­stian już bez cie­nia uśmie­chu.

- A jak to się stało, że kra­kus miesz­ka­jący przy placu na Gro­blach stał się bywal­cem mia­steczka stu­denc­kiego?

- Wia­domo, tam naj­lep­sze imprezy, kum­ple, kole­żanki z całej Pol­ski...

- Dobrze, do rze­czy. Zapro­si­łem cię tutaj, bo posta­no­wi­li­śmy wcie­lić cię do kil­ku­oso­bo­wego zespołu. To, co będziesz robił, będzie nie tylko ści­śle tajne, ale też bar­dzo wyjąt­kowe.

- Mnie? - zapy­tał ze zdzi­wie­niem Seba­stian. - Ja prze­cież jestem w dru­giej poło­wie ran­kingu...

- Liczą się zupeł­nie inne kwe­stie. Na przy­kład to, że dobrze znasz język rosyj­ski. - Męż­czy­zna wziął solidny łyk whi­sky.

- A do jakiego kraju trzeba będzie wyje­chać? Jaki to pion naszej służby? Rosja, Bia­ło­ruś, a może Ukra­ina?

- Pion naukowo-tech­niczny. Reszty dowiesz się w swoim cza­sie. Widzę, że pracę magi­sterką obro­ni­łeś na cztery plus. I temat też inte­re­su­jący: "Wyko­rzy­sta­nie zja­wi­ska induk­cji elek­tro­ma­gne­tycz­nej w prze­my­śle maszy­no­wym". Bar­dzo cie­kawe zagad­nie­nie. Ide­al­nie pasuje do członka pionu naukowo-tech­nicz­nego.

- No tak, inte­re­so­wa­łem się tym, ale ja chcia­łem w wywia­dzie... do nie­le­ga­łów.

- Sły­sza­łem o two­ich pre­fe­ren­cjach. - Męż­czy­zna poki­wał głową i spoj­rzał Seba­stia­nowi w oczy.- Powiedz mi, dla­czego wylą­do­wa­łeś w OKKW? Nie lepiej byłoby ci w jakichś zakła­dach prze­my­sło­wych jako inży­nier? Bo ja wiem, w kon­cer­nie zagra­nicz­nym typu Sie­mens, Gene­ral Elec­trics. Tam chyba są lep­sze per­spek­tywy dla mło­dego czło­wieka z tech­nicz­nym wykształ­ce­niem?

- Mój ojciec jest poli­cjan­tem, a dzia­dek był żoł­nie­rzem. Zawsze marzy­łem, by zostać ofi­ce­rem. Dla­tego gdy zgło­sił się do mnie wywiad, nie mogłem odmó­wić.

- Jasne. - Męż­czy­zna popra­wił oku­lary. - A ten twój zna­jomy, dok­to­rant z Korei Pół­noc­nej, który miesz­kał w aka­de­miku? Na­dal utrzy­mu­jesz z nim kon­takt?

- Choi Nam?

- Tak.

- Nie, ostat­nio widzia­łem się z nim poprzed­niej wio­sny. Miał wtedy bro­nić pracy dok­tor­skiej. Potem kon­takt nagle jakoś się urwał. Ja mia­łem zajętą głowę pracą magi­ster­ską, spra­wami zwią­za­nymi z przy­ję­ciem do służby. Nie wiem, może wró­cił do sie­bie. A dla­czego pan o niego pyta?

- Po pro­stu pytam. A pro­fe­sor Zim­mer­man, u któ­rego pisa­łeś pracę magi­ster­ską?

- Wspa­niały czło­wiek i świetny nauko­wiec - odparł z zapa­łem Toma­no­wicz. - Spe­cja­li­sta od wyko­rzy­sta­nia prądu zmien­nego w maszy­nach prze­my­sło­wych. Bar­dzo go cenię. Nie bez przy­czyny dał mi czwórkę plus na obro­nie.

- Czemu nie piątkę?

- Bo pro­fe­sor twier­dzi, że na piątkę to on może zdać.

- A Pan Bóg na szóstkę, co? - Uśmiech­nął się męż­czy­zna.

- Coś w tym stylu.

- Na razie to wszystko. Poproś Anitę. A my zoba­czymy się na balu.

* * *

Anita usia­dła naprze­ciwko męż­czy­zny, który wła­śnie skoń­czył wer­to­wać doku­menty i wypro­sto­wał się, jakby chciał roz­cią­gnąć zastałe mię­śnie. Widać było, że jest zmę­czony.

- Anita Wan­dol - ode­zwał się, mie­rząc ją wzro­kiem.

- Aha...To zna­czy tak jest.

- Twoi rodzice pra­cują w Puła­wach w Woj­sko­wym Ośrodku Naukowo-Badaw­czym Służby Wete­ry­na­ryj­nej?

- Tak, ale... No tak. - To pyta­nie zupeł­nie ją zasko­czyło. Swoim zwy­cza­jem z wdzię­kiem popra­wiła kosmyk wło­sów, który opadł jej na poli­czek. Czuła, że to nie jest nor­malna roz­mowa. Skąd po roku od roz­mowy z kadrow­cem pyta­nia o moich rodzi­ców? - zasta­na­wiała się. Uśmiech­nęła się sztucz­nie i zasty­gła w ocze­ki­wa­niu.

Męż­czy­zna tym­cza­sem czy­tał kolejny doku­ment, co chwilę zer­ka­jąc na nią badaw­czo.

- Skoń­czy­łaś mikro­bio­lo­gię w Szkole Głów­nej Gospo­dar­stwa Wiej­skiego. Bar­dzo cie­kawy temat pracy magi­ster­skiej: "Wyko­rzy­sta­nie broni bio­lo­gicz­nej w kon­flik­cie zbroj­nym". Skąd taki pomysł? Chyba nie za bar­dzo pasuje do cha­rak­teru stu­diów, co?

- Zawsze inte­re­so­wały mnie mikro­or­ga­ni­zmy. Mikro­bio­lo­gia w prak­tycz­nym uży­ciu jest fascy­nu­jąca. Poza tym rodzice zara­zili mnie pasją do broni bio­lo­gicz­nej - odparła Anita, wciąż się uśmie­cha­jąc.

- Myśli pani, że na woj­nie może być to sku­teczne roz­wią­za­nie?

- Na woj­nie, ale i pod­czas zama­chów ter­ro­ry­stycz­nych. Skala może być ogromna i nie jest to nic nowego. Już w czter­na­stym wieku Tata­rzy oble­ga­jący twier­dzę Kaffa prze­rzu­cali kata­pul­tami za mury mia­sta ciała cho­rych na dżumę - recy­to­wała jak na egza­mi­nie. - Tym spo­so­bem wywo­łali zarazę wśród miesz­kań­ców twier­dzy. W sta­ro­żyt­no­ści z kolei Scy­to­wie maczali groty strzał we krwi roz­kła­da­ją­cych się zwłok. A teraz zapewne w róż­nych labo­ra­to­riach w Chi­nach, USA czy Rosji też pra­cują nad jaki­miś wiru­sami albo zaraz­kami...

- Intry­gu­jące - prze­rwał jej męż­czy­zna. - Widzę, że zawsze byłaś wzo­rową uczen­nicą i stu­dentką. Żad­nych nega­tyw­nych opi­nii. A potem nagle stu­dia na filo­lo­gii wschod­nio­sło­wiań­skiej. Co się stało?

- Miłość, wspólne plany na przy­szłość. Narze­czony, na szczę­ście już były, znie­chę­cił mnie do dal­szej nauki. Cią­gnął mnie na Lubelsz­czy­znę, żeby budo­wać jakąś pie­przoną fermę hodow­laną... - Dziew­czyna jakby się zmie­szała. - Prze­pra­szam. Po pro­stu tro­chę żałuję.

- Fermy czy stu­diów?

- Stu­diów.

- Rozu­miem. Czyli zaczę­łaś się uczyć rosyj­skiego. Pół­tora roku. To sporo.

- Tak, tu też mi dobrze z nim idzie. Ale na SGGW cho­dzi­łam całe stu­dia na lek­to­rat z nie­miec­kiego i angiel­skiego.

- Pew­nie jesteś cie­kawa, dla­czego cię tu wezwa­łem.

- Tak. Nie ukry­wam, że bar­dzo mnie to zasko­czyło.

- Decy­zją Dyrek­tora Zarządu Wywiadu UOP tra­fisz do pionu naukowo-tech­nicz­nego razem z Mar­ci­nem i Seba­stia­nem.

- Ooo... A czym będziemy się tam zaj­mo­wali? Jeśli mogę zapy­tać. - Uśmiech­nęła się już nieco swo­bod­niej.

- Dowie­cie się wszyst­kiego w swoim cza­sie. Na razie pamię­taj, żeby z nikim o tym nie roz­ma­wiać.

- Rozu­miem.

- Na balu ofi­cer­skim będziesz z Seba­stia­nem? - Nie­zna­jomy odwza­jem­nił uśmiech, wyraź­nie dwu­znacz­nie.

- Nie tylko... Ze wszyst­kimi.

- W takim razie widzimy się na balu nie­długo. Do zoba­cze­nia.

* * *

Anita prze­cią­gnęła się jak leniwa kotka. Jej włosy roz­sy­pały się na nagim tor­sie Seba­stiana, który mru­czał coś nie­zro­zu­miale pod nosem. Wąski tap­czan był w zupeł­nym nie­ła­dzie. Na pod­ło­dze leżały poroz­rzu­cane ubra­nia, na przy­kry­tym szkłem biurku leżał sta­nik i skrę­cone raj­stopy.

Kochali się tej nocy już drugi raz, tym razem krótko i bez zbęd­nych słów. Jakby się spie­szyli, jakby ich głowy coś zaj­mo­wało. Dziew­czyna spoj­rzała na zega­rek. Do pobudki zostały im cztery godziny. Seba­stian odgar­nął deli­kat­nie jej włosy i zaczął cało­wać po szyi, a jego dło­nie powę­dro­wały na jej pośladki.

- A co ty taki aktywny dzi­siaj jesteś? Wio­sna tak na cie­bie działa? - Odsu­nęła jego dłoń i wska­zała na repro­duk­tor. - Słu­chają nas, kurwa - szep­nęła. - Mówię ci, oni słu­chają.

- Nic nie pora­dzę, że tak na mnie dzia­łasz. Poza tym jest wyjąt­kowa oka­zja. Masz dziś wolny pokój - wymru­czał Seba­stian i z jesz­cze więk­szym zapa­łem wró­cił do cało­wa­nia.

Anita odsu­nęła jego głowę, wstała i nacią­gnęła T-shirt. Potem włą­czyła lampkę na biurku.

- Spa­daj już. Jestem zmę­czona.

- Pra­sówką?

- Kurwa, jaką pra­sówką, Seba­stian! Roz­mową! Cały czas o tym myślę!

Seba­stian uśmiech­nął się pod nosem i zaczął prze­cie­rać ośle­pione świa­tłem oczy.

- Jak na prze­słu­cha­niu, kurwa... - skwi­to­wał.

- Ty, a jeśli pro­po­zy­cja tego gościa to jakaś mina? - Anita znów zni­żyła głos do ledwo sły­szal­nego szeptu.

- Nie mam poję­cia. Dobrze wiesz, że moim marze­niem wcale nie było pra­co­wać w pio­nie naukowo-tech­nicz­nym, choć mam ku temu odpo­wied­nie wykształ­ce­nie.

- A nie myślisz, że w tym wszyst­kim jest za dużo nie­wia­do­mych?

- To jakaś tajna ope­ra­cja. Chuj wie, o co tak na prawdę cho­dzi. - Chło­pak też powoli zaczął się ubie­rać. - Wiesz, ten facet pytał mnie o pew­nego Kore­ań­czyka z Pół­nocy, z któ­rym impre­zo­wa­łem w mia­steczku aka­de­mic­kim - powie­dział, nachy­la­jąc się do ucha Anity.

- Myślisz, że może cho­dzić o Koreę Pół­nocną? - odszep­nęła, poda­jąc mu pas.

Seba­stian wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem. Zapy­tamy Mar­cina, jak u niego wyglą­dała ta roz­mowa. A cie­bie pytał o twoją spe­cja­li­za­cję z mikro­bio­lo­gii w tym ośrodku... Cho­lera, znowu zapo­mnia­łem!

- Dia­gno­styki i Zwal­cza­nia Zagro­żeń Bio­lo­gicz­nych w Puła­wach. Tak. I o pracę rodzi­ców też.

- Teraz tak sobie myślę, że to może być zwią­zane z ter­ro­ry­zmem. Sam już nie wiem. Może jed­nak będzie cie­ka­wie? - Seba­stian pomógł Ani­cie szu­kać buta pod dru­gim łóż­kiem.

- Na razie nie ma co zakła­dać, że będzie źle. Wszystko się okaże nie­długo. A tak z innej beczki, co ty tak dzi­siaj wysko­czy­łeś na pra­sówce z tym zamor­do­wa­nym księ­dzem z Cari­tasu? - Anita popra­wiła poduszkę, kilka razy w nią kle­piąc, po czym wycią­gnęła się na mate­racu.

- Myśla­łem, że znasz tę sprawę. Mój stary w zeszłym roku zaj­mo­wał się tym zbo­czeń­cem. Teraz w gaze­tach znowu o tym wspo­mi­nają, bo zaczął się pro­ces mor­dercy.

- Zbo­czeń­cem?

- Ksiądz dyrek­tor był pedziem i posu­wał oso­bi­stego kie­rowcę, któ­rego w szyb­kim tem­pie awan­so­wał na swo­jego asy­stenta. - Seba­stian z wysił­kiem wcią­gnął but na stopę.

- O kurwa, cie­kawe. I co dalej?

- Gdy tylko nacho­dziła go ochota, wysy­łał jego żonę z dziećmi na waka­cje, a sam korzy­stał z jego dupy na wszyst­kie spo­soby. Dobrze mu za to pła­cił. Podobno zwy­kłe ruchy posu­wi­sto-zwrotne mu nie wystar­czały. - Wcią­gnął drugi but.

- Weź, to obrzy­dliwe!

- Pyta­łaś, to mówię. W pew­nym momen­cie asy­stent nie wytrzy­my­wał psy­chicz­nie. Poje­chał na tan­detę i kupił od ruskich cyja­nek.

- Nie gadaj!

- No serio. I słu­chaj dalej. W cukierni kupił pty­sie i nawa­lił do nich tego ruskiego cyjanku. Potem nakar­mił zboka tymi ciast­kami. A ten nic! - Seba­stian zapiął pas.

- Jak to nic? Po cyjanku?

- Nie wia­domo, czy to był cyja­nek, czy jakieś inne ruskie gówno. Mało tego! Kle­cha zaczął się do niego jak zwy­kle dobie­rać. No to ten, w akcie despe­ra­cji, wycią­gnął ukryty w szu­fla­dzie mło­tek i kilka razy wal­nął go w głowę. Kiedy już nie wyka­zy­wał oznak życia, zawi­nął go w dywan i ukrył w pokoju. Tyle.

Seba­stian usiadł na łóżku i zaczął gła­skać Anitę po gło­wie, jakby wcale nie zamie­rzał wycho­dzić z pokoju.

- Oj, cze­kaj... - Ze znie­cier­pli­wie­niem odsu­nęła jego dłoń. - Sia­dasz mi, kurwa, w pościeli w tych ciu­chach po strzel­nicy... A wra­ca­jąc do tematu, to był zbo­cze­niec. Zasłu­żył sobie.

- Ojcu ta sprawa zżarła sporo ner­wów. Zatrzy­mał mor­dercę, który na swój spo­sób był też ofiarą.

- Ale powiedz, dla­czego wspo­mnia­łeś aku­rat o tym na pra­sówce?

- Pomy­śla­łem, że doty­czy to Waty­kanu, skąd wywo­dzi się sze­fo­stwo tego zboka. Poza tym o tych spra­wach trzeba mówić otwar­cie. Dla­tego jak tylko mam oka­zję, to o tym wspo­mi­nam. A że w pra­sie aku­rat była wzmianka o pro­ce­sie tego nie­szczę­śnika, który sprze­dał duszę dia­błu... Dobra, idę. Śpij dobrze.

Seba­stian wyszedł z pokoju i deli­kat­nie zamknął za sobą drzwi.

Rozdział 2

Morze Śród­ziemne - maj 1981 roku

Ogromny prom pasa­żer­ski linii Tir­re­nia odda­lał się od portu w Palermo. Z odle­gło­ści na tle roz­pro­mie­nio­nej słoń­cem tafli morza wyglą­dał jak mały biały punkt. Ślad torowy, niczym spie­niona mor­ska auto­strada, zani­kał w błę­kit­nej toni Morza Tyr­reń­skiego, które nie­ba­wem miało połą­czyć swe wody z Morzem Śród­ziem­nym.

Zabu­dowa mia­sta roz­grza­nego cie­płym majo­wym słoń­cem sta­wała się dla pasa­że­rów sto­ją­cych na tara­sach pokła­do­wych coraz mniej widoczna. Nawet wyso­kie maszty jach­tów zacu­mo­wa­nych w malow­ni­czej mari­nie roz­my­wały się w oddali. Jedy­nie łań­cuch Gór Paler­mi­tań­skich, które kró­lują nad wybrze­żem, wciąż było widać jak na dłoni. Z per­spek­tywy pły­ną­cych pro­mem wyglą­dały nie­zwy­kle maje­sta­tycz­nie. Powoli zmie­niały swoją barwę w zacho­dzą­cym słońcu.

Kiedy prom skrę­cił na zachód, pano­rama mia­sta cał­kiem znik­nęła. Jed­nostka obrała kurs na Afrykę Pół­nocną. Podróż do Tunisu, zgod­nie z pla­nem, miała trwać jede­na­ście godzin.

Ste­fan Kafer stał na plat­for­mie wido­ko­wej oparty o meta­lową barierkę. Jego wyjąt­kowo nie­bie­skie oczy kon­tra­sto­wały z czarną czu­pryną lekko przy­pró­szoną siwi­zną. Miał na sobie roz­pi­nany beżowy kar­di­gan i jasno­brą­zowe sztruksy. Wpa­trzony w odda­la­jącą się Sycy­lię obej­mo­wał ramie­niem Fran­ce­scę, która wtu­liła głowę w jego tors. Gdy gła­dził jej pro­ste kru­czo­czarne włosy, wyda­wało się, że z każ­dym jego ruchem moc­niej przy­ci­ska do niego wydatne piersi.

Fran­ce­sca czuła się przy nim bez­pieczna. Chyba ni­gdy wcze­śniej nie potrze­bo­wała tego poczu­cia tak bar­dzo. Ani w cza­sie ich licz­nych wojaży, ani pod­czas ostat­niego pobytu w Rzy­mie, ani nawet w nagłej podróży na połu­dnie Włoch, która wyda­wała się jej zupeł­nie nie­ra­cjo­nalną ucieczką. Nie wie­działa, jak będzie wyglą­dać to jej nowe życie. Czy będzie szczę­śliwa, czy coś razem osią­gną? Czy Ste­fan będzie kie­dyś dobrym ojcem? Czy zbu­dują wspól­nie kocha­jącą się rodzinę? Sto­jąc tak przy nim, wpa­trzona w mor­ską dal, odno­siła wra­że­nie, że wszyst­kie te pyta­nia mnożą się w jej gło­wie. A na więk­szość z nich nie znaj­do­wała odpo­wie­dzi. Chciała wie­rzyć, że ich miłość jest praw­dziwa, szczera, że pomoże jej zna­leźć lekar­stwo na to wszystko, co ją nur­tuje.

Naj­bar­dziej nie­po­ko­iły ją dziwne zacho­wa­nia Ste­fana, które wcze­śniej nie miały miej­sca, a które zaob­ser­wo­wała u niego w Rzy­mie. Cza­sem spra­wiał wra­że­nie przy­gnę­bio­nego, tajem­ni­czego, w dodatku zby­wał jej pyta­nia na temat wyjazdu odpo­wie­dziami typu: "Wkrótce wszystko ci wyja­śnię". Jedyne, czego się dowie­działa, to że z Tunisu uda­dzą się do Maroka. Nie podał jej żad­nych szcze­gó­łów. Bar­dzo ją to iry­to­wało. Miała nawet ochotę wybuch­nąć, ale pamię­tała, jak Ste­fan wypo­mi­nał w żar­tach jej typowe dla Wło­szek gesty­ku­lo­wa­nie, ner­wowe cho­dze­nie z miej­sca w miej­sce i wyrzu­ca­nie z sie­bie pod­nie­sio­nym gło­sem dzie­sią­tek słów. Sta­rała się więc tego uni­kać. Zwłasz­cza teraz, kiedy musiała o sie­bie szcze­gól­nie dbać i uni­kać unie­sień.

Nato­miast Ste­fana nacho­dziła pewna kon­sta­ta­cja, czy jest w sta­nie zapew­nić swo­jej uko­cha­nej wszystko to, o czym marzy. Była taka ufna w sto­sunku do niego. Nie mógł jej zawieść. Za dużo błę­dów popeł­nił już w życiu. Przy­szedł czas, by los się odwró­cił. Zwłasz­cza teraz, kiedy wie­dział, że Fran­ce­sca jest w ciąży.

Kiedy przy­pły­nęli z Neapolu do Palermo, zatrzy­mali się na trzy noce w nie­wiel­kim pokoju w kamie­nicy u star­szej samot­nej kobiety. Był to jeden z nisko­bu­dże­to­wych pokoi dla tury­stów o mniej zasob­nym port­felu. Włoszka praw­do­po­dob­nie w ten spo­sób dora­biała sobie do skrom­nej eme­ry­tury. Budy­nek znaj­do­wał się przy rzadko uczęsz­cza­nej uliczce, pro­sto­pa­dłej do głów­nej ulicy pro­wa­dzą­cej do portu. Nie było w nim ani tele­wi­zora, ani radia. Nie chcąc rzu­cać się w oczy, nie opusz­czali swo­jego lokum aż do dnia wej­ścia na prom. Przez ten krótki czas byli zupeł­nie odcięci od świata zewnętrz­nego. W pobli­skiej restau­ra­cji zama­wiali posiłki, które przy­no­siła im wła­ści­cielka. Sie­dzieli wów­czas na nie­wiel­kim tara­sie, ską­pa­nym w zie­lo­nym blusz­czu i wypeł­nio­nym kwit­ną­cymi w doni­cach rośli­nami. Godzi­nami przy­glą­dali się wcho­dzą­cym i wycho­dzą­cym z portu jed­nost­kom.

Ste­fan zamru­gał ner­wowo i wycią­gnął z bocz­nej kie­szeni swe­tra bilet. Przyj­rzał mu się jesz­cze raz bar­dzo dokład­nie, jakby chciał się upew­nić, jaki jest dzień.

- Czter­na­sty maja tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tego pierw­szego roku - prze­czy­tał led­wie sły­szal­nym dla Fran­ce­ski szep­tem.

Znowu zaczął ana­li­zo­wać moment zaokrę­to­wa­nia się. Pró­bo­wał przy­po­mnieć sobie twa­rze i zacho­wa­nia spo­tka­nych w dro­dze do portu osób. Kolejny raz wra­cał myślami do momentu, kiedy wcho­dzili na prom. Miał wów­czas nie­od­parte wra­że­nie, że ktoś za nimi podąża, ktoś ich śle­dzi, obser­wuje. Nie był pewien, czy są to jedy­nie wytwory jego wyobraźni, czy fak­tycz­nie ich bez­pie­czeń­stwo jest zagro­żone. A może oni już wpa­dli na nasz trop i cały prom jest obsta­wiony, a my jeste­śmy tu jak w wiel­kiej pły­wa­ją­cej pułapce? - zasta­na­wiał się. Co chwilę deli­kat­nie gła­dził włosy Fran­ce­ski. To dawało mu wewnętrzny spo­kój. Pozwa­lało odgo­nić złe myśli.

W pew­nym momen­cie zauwa­żył sto­ją­cego kilka metrów obok męż­czy­znę z buj­nym czar­nym wąsem, opar­tego, jak oni, o balu­stradę bak­burty. Ubrany był w jasno­nie­bie­ską, roz­piętą do połowy koszulę i białe spodnie z płótna żeglar­skiego. Oczy ukrył pod ciem­nymi oku­la­rami w czar­nych opraw­kach. W dłoni trzy­mał dopa­la­ją­cego się papie­rosa.

Zimny dreszcz prze­szedł po ciele Ste­fana. Pierw­szą myślą było to, że męż­czy­zna ich obser­wuje. Wyda­wało mu się, że gdzieś już go dzi­siaj widział. Być może kiedy szli­śmy z Fran­ce­scą do portu? - roz­wa­żał. Zaczął mu się uważ­nie, acz dys­kret­nie przy­glą­dać. Po kilku minu­tach uspo­koił się jed­nak, choć nie był pewny, czy zagro­że­nie minęło. Męż­czy­zna nie wpa­try­wał się w nich, a jedy­nie był lekko odwró­cony w ich kie­runku i z zacie­ka­wie­niem czy­tał gazetę. Drugą trzy­mał pod pachą. A może czyta tylko dla nie­po­znaki, a w rze­czy­wi­sto­ści nas pil­nuje? Żeby w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie zaata­ko­wać? - Kafer wró­cił do wcze­śniej­szych roz­wa­żań.

Spoj­rzał na pierw­szą stronę gazety, którą męż­czy­zna trzy­mał w dłoni. Była to "La Repub­blica". Cha­rak­te­ry­styczny tytuł od razu rzu­cił mu się w oczy. Gdy spoj­rzał na nagłó­wek na pierw­szej stro­nie, zło­żony dużymi, pogru­bio­nymi lite­rami, poczuł się, jakby prze­szył go pio­run. Ferito il papa! "Papież został ranny", prze­tłu­ma­czył szybko w myślach. Pod spodem wid­niało zdję­cie papa­mo­bile z ran­nym papie­żem w środku. To dla­tego dzi­siaj rano w kawiarni na dole tyle mówili o papieżu, a wła­ści­cielka cią­gle powta­rzała: papa, papa...

- Cazzo, a więc jed­nak! - prze­klął na tyle gło­śno, że Fran­ce­sca polu­zo­wała uścisk, w któ­rym tkwili od kil­ku­na­stu minut.

Spoj­rzała na niego i popra­wiła opa­da­jące na twarz włosy.

- Coś się stało? - spy­tała zdzi­wiona. - Dla­czego prze­kli­nasz?

- Spójrz na gazetę, tam. - Ste­fan wska­zał ręką na męż­czy­znę, po czym szyb­kim kro­kiem ruszył w jego kie­runku. - Cho­lera, cały dzień byli­śmy w pokoju! - rzu­cił jesz­cze.

- No byli­śmy. Santa Madonna... Prze­cież się źle czu­łam... - szep­nęła Fran­ce­sca, krę­cąc ze smut­kiem głową.

- Czy papież żyje? Co się stało? - zapy­tał Ste­fan z taką emo­cją w gło­sie, że męż­czy­zna aż się wzdry­gnął.

Spra­wiał wra­że­nie wystra­szo­nego. Zro­bił krok do tylu i ści­snął dło­nią balu­stradę, o którą dotąd jedy­nie się opie­rał.

- To pan nic nie wie? - zapy­tał. - Zamach był wczo­raj. Jakiś Turek strze­lał na placu Świę­tego Pio­tra. Papież prze­szedł wie­lo­go­dzinną ope­ra­cję. Żyje, ale jego stan jest poważny.

- Czy zama­chowca zła­pano?

- Tak. Od razu został zatrzy­many. To chyba jakiś sza­le­niec...

- Jak można pró­bo­wać zabić papieża, Santa Madonna - wtrą­ciła się rów­nie zszo­ko­wana Fran­ce­sca, która wła­śnie pode­szła do Ste­fana i zła­pała go za przed­ra­mię.

- Jak widać, można - jakby od nie­chce­nia mruk­nął męż­czy­zna, a po chwili dodał: - Pro­szę, weź­cie gazety. Ja już prze­czy­ta­łem. - Zło­żył w pół "La Repub­blicę", potem wycią­gnął spod pachy "Cor­riere Della Sera" i podał obie Ste­fa­nowi. - Do widze­nia pań­stwu. Uda­nej podróży. - Uśmiech­nął się, po czym ruszył w kie­runku kory­ta­rza pro­wa­dzą­cego do kajut.

Wzięli gazety nie­mal jed­no­cze­śnie i pół­szep­tem zaczęli czy­tać. "Młody turecki neo­na­zi­sta oddał dwa strzały na placu Świę­tego Pio­tra... ope­ra­cja... nie­bez­pie­czeń­stwo wydaje się zaże­gnane..."

- Turecki neo­na­zi­sta - mruk­nął pod nosem Ste­fan. - Cie­kawe, bar­dzo cie­kawe! - Ude­rzył dło­nią w gazetę.

Fran­ce­sca spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem. Był tak zde­ner­wo­wany, jakby ten zamach dotknął go oso­bi­ście. Nie zapy­tała jed­nak, dla­czego tak się zacho­wuje. Zrzu­ciła to na barki dziw­nego nastroju ostat­nich dni. Wzięła od Ste­fana "Cor­riere Della Sera" i prze­czy­tała, tym razem na głos:

- "Papież przez cztery godziny wal­czył ze śmier­cią... Turecki ter­ro­ry­sta strze­lał do niego, gdy bło­go­sła­wił tłum... Meh­met Ali Agca już gro­ził, że zabije Woj­tyłę w Tur­cji...".

Popa­trzyła na Ste­fana pyta­ją­cym wzro­kiem, ale ten nie zwró­cił na to uwagi, bo w tym samym momen­cie dostrzegł, że dys­kret­nie przy­gląda się im jakiś szczu­pły męż­czy­zna sto­jący po dru­giej stro­nie pokładu.

Czy znowu mam jakieś przy­wi­dze­nia? Czy tym razem naprawdę jeste­śmy obser­wo­wani? - zasta­na­wiał się Ste­fan. Nie­zna­jomy co jakiś czas, jakby nie chcąc stra­cić ich z oczu, zer­kał w ich kie­runku. Miał dziw­nie obo­jętną minę, jego twarz nie wyra­żała żad­nych emo­cji. O ile ten pierw­szy z gaze­tami wyglą­dał i oka­zał się Wło­chem, o tyle ten ma zupeł­nie inne rysy. Jakieś... pol­skie? Sło­wiań­skie? Sche­isse, sche­isse, prze­klął w myślach Kafer. Był coraz bar­dziej zde­ner­wo­wany. Przy­glą­dał się nie­zna­jo­memu jesz­cze kilka chwil, aż w końcu dys­kret­nie nachy­lił się do ucha Fran­ce­ski i szep­nął:

- Chodźmy w stronę bufetu, kocha­nie. Odcze­kamy tam krótką chwilę. Zamó­wimy kola­cję i śnia­da­nie, a potem pój­dziemy pro­sto do naszej kajuty. O nic nie pytaj. Po pro­stu chodźmy, pro­szę.

Ponow­nie rzu­cił okiem na męż­czy­znę, który nie drgnął ani o cen­ty­metr. Wyda­wał się jesz­cze bar­dziej zimny, jakby nie­pa­su­jący do tego śród­ziem­no­mor­skiego kra­jo­brazu, zacho­dzą­cego słońca, cie­płego wia­tru, prze­cha­dza­ją­cych się po pokła­dzie cza­sem wyzy­wa­jąco ubra­nych kobiet.

Fran­ce­sca posłała Ste­fa­nowi spoj­rze­nie pełne zdzi­wie­nia, ale i stra­chu, gdy deli­kat­nie, choć sta­now­czo chwy­cił ją za dłoń i lekko pocią­gnął za sobą. Chcąc nie chcąc, z wro­dzo­nym sobie wdzię­kiem i eks­pre­sją w ruchach, małymi krocz­kami, stu­ka­jąc szpil­kami o pokład, ruszyła za nim.

* * *

Grecki frach­to­wiec "Chry­sa­fe­nios" pły­nący z Pireusu przez Tunis do Afryki Pół­noc­nej wyglą­dał na bar­dzo dobrze utrzy­many. Mesa ofi­cer­ska była gustow­nie urzą­dzona, pełna róż­nych mary­ni­stycz­nych ele­men­tów, począw­szy od wio­seł, kawał­ków sieci, sta­rego koła ste­ro­wego, zdjęć w sepii, opra­wio­nych pod szkłem w cien­kich ram­kach, rysun­ków antycz­nych bóstw po minia­tu­rowe flagi sygna­łowe. Nie zda­rzało się, żeby któ­ryś z ofi­ce­rów poja­wiał się w tym pomiesz­cze­niu po cywil­nemu, jak to bywało u innych arma­to­rów. Widać było wysoką dys­cy­plinę. Mary­na­rze i moto­rzy­ści mieli swoją nie­za­leżną mesę. Tylko cza­sem przy­cho­dzili tutaj w cha­rak­te­ry­stycz­nych, gra­na­to­wych mun­du­rach wyj­ścio­wych, kiedy sta­tek wcho­dził do portu albo na pokła­dzie odby­wały się jakieś uro­czy­sto­ści.

Po opusz­cze­niu portu w Tuni­sie dziób statku od kilku godzin roz­dzie­rał wzbu­rzoną taflę morza, pozo­sta­wia­jąc za sobą cha­rak­te­ry­styczne fale, które szybko ule­gały znie­kształ­ce­niu, mio­tane sil­nym wia­trem. Uno­sił się lekko i gwał­tow­nie opa­dał. Pogoda była sztor­mowa.

Ste­fan i Fran­ce­sca weszli na mostek kapi­tań­ski. Z tego miej­sca widok był nie­zwy­kły. Błę­kitno-szara prze­strzeń roz­cią­gała się aż po hory­zont. Pro­mie­nie sło­neczne prze­dzie­rały się przez nie­liczne dziury w chmu­rach. Stan morza i wia­tru, jak usły­szeli od dru­giego ofi­cera, wyno­sił około pię­ciu, cza­sem może sze­ściu stopni w skali Beau­forta.

- To tylko zwy­kły fresh bre­eze. Fala długa i nie­wy­soka. Ale na wyso­ko­ści Algieru zapew­niam, że się uspo­koi. Takie mamy pro­gnozy - rzu­cił z uśmie­chem znad stołu nawi­ga­cyj­nego drugi ofi­cer, widząc nieco prze­stra­szone miny pasa­że­rów.

Ste­fan dopiero po wej­ściu na pokład frach­towca w Tuni­sie poczuł w końcu spo­kój. I choć wciąż tar­gały nim skrajne emo­cje, poja­wiła się też nadzieja na to, że jego plan się powiódł. Nawet sma­ga­jący przed­nią szybę mostku i boczne bulaje wiatr nio­sący kro­ple wody oraz wycie­raczka zwana wiru­jącą szybą nie były w sta­nie znisz­czyć nadziei, jaka zakieł­ko­wała w jego sercu. Tak bar­dzo marzył o nowym życiu z dala od świata, który go prze­rósł, w któ­rym zupeł­nie się pogu­bił. Przez moment sta­nęły mu przed oczami jego córeczki, któ­rych praw­do­po­dob­nie ni­gdy już nie zoba­czy. Docie­rało do niego, że nie będzie widział, jak dora­stają, jak wcho­dzą w życie, jak stają się pięk­nymi nasto­lat­kami, a potem doj­rza­łymi kobie­tami. Zda­wał sobie sprawę, że będzie im bra­ko­wać ojca i że jeśli jed­nak kie­dyś, jakimś cudem, się spo­tkają, będą do niego miały wielki żal. Żal, o któ­rym trudno będzie im zapo­mnieć.

Patrząc na spły­wa­jącą po szy­bie wodę, przy­po­mi­nał sobie lata spę­dzone z Ericą w Niem­czech. Te wspa­niałe chwile, chwile rado­ści, kiedy razem docho­dzili do swo­jej pozy­cji, kupo­wali pierw­szy dom, samo­chód, roz­po­czy­nali pracę. A jed­nak cze­goś mu bra­ko­wało, chciał cze­goś wię­cej. Czy słusz­nie? Poczuł zna­jome ukłu­cie wyrzu­tów sumie­nia. Obie­ca­łem matce, że będę przy­zwo­itym czło­wie­kiem. Ile już razy zła­ma­łem tę obiet­nicę... - pomy­ślał z wyrzu­tem. Zawio­dłem cię, mamo, we wszyst­kich sfe­rach swo­jego życia. Odru­chowo wykrzy­wił usta, jakby sam do sie­bie czuł odrazę.

Gło­śny dźwięk wycie­raczki nagle ucichł. Deszcz prze­stał bęb­nić w szybę. Zza chmur prze­biły się pierw­sze pro­mie­nie słońca. Morze jakby na moment się uspo­ko­iło.

Ste­fan spoj­rzał na Fran­ce­scę. Podob­nie jak on była nie­obecna, patrzyła nie­ru­cho­mym wzro­kiem przed sie­bie. Był pewny, że to przy tej kobie­cie chce się zesta­rzeć. Że nie ma już powrotu do daw­nego życia. Kiedy kilka dni wcze­śniej dowie­dział się, że będą mieli dziecko, obie­cał sobie, iż zrobi wszystko, by w końcu być dobrym mężem i ojcem. Stwo­rzyć praw­dziwą rodzinę. Taką, z któ­rej byłaby dumna jego matka, gdyby tylko żyła. Wie­dział, że czeka go bar­dzo trudna roz­mowa, w któ­rej będzie musiał wyznać Fran­ce­sce całą prawdę. Wytłu­ma­czyć, dla­czego muszą się ukry­wać i ucie­kać. Nie mógł się docze­kać, aż prze­płyną przez Cie­śninę Gibral­tar­ską i w jakiś sym­bo­liczny spo­sób zosta­wią za sobą prze­szłość.

- Natura ma moc - rzu­ciła Fran­ce­sca, prze­ry­wa­jąc ciszę. - Wiesz, Ste­fan, takie obco­wa­nie z naturą jest elik­si­rem dla mojej duszy.

- Co cię tak wzięło na filo­zo­ficzne prze­my­śle­nia, moja... bogini, moja... Irene? - zapy­tał z uśmie­chem.

- Kto? Kim jest Irene? Mam być zazdro­sna?

- To imię kobiece. Pocho­dzi od grec­kiej bogini Ejrene, matki bogac­twa i cza­rów wio­sny.

- Ach, to już wiem, dla­czego cza­sem mówisz tak do mnie w nocy, znie­kształ­ca­jąc nieco to imię: la mi Irena. - Fran­ce­sca ujęła w dło­nie twarz Ste­fana i deli­kat­nie go poca­ło­wała.

- To powiesz mi, skąd te prze­my­śle­nia? - drą­żył.

- W końcu pocho­dzę z rodziny, która wiele poko­leń miesz­kała na wyso­kim brzegu Sar­dy­nii. Wiesz, jak tak patrzę na te fale, chmury, na pro­mie­nie słońca, docho­dzę do wnio­sku... - zawie­siła głos i odsu­nęła dłoń Ste­fana, która powę­dro­wała na jej wciętą talię. - To stwier­dzam, że natura ma wielką moc. A taka jak ta wzmaga pożą­da­nie. Ach, i ten zapach mor­skiej bryzy. Słony, wil­gotny...

- No wła­śnie... - wyszep­tał Ste­fan do jej ucha, odsu­wa­jąc wcze­śniej pukiel lśnią­cych wło­sów. - Chodźmy do kabiny. Pra­gnę cię.

- Oj, ja nie o tym - żach­nęła się. - No, może nie tylko. Popatrz, jak słońce wal­czy zacie­kle, uwię­zione w tej sza­ro­ści, w tej gęstwi­nie chmur. A te wzbu­rzone fale!

- Ależ cię wzięło. Widzę, że w przy­szło­ści musimy spę­dzać wię­cej czasu na morzu. Tym­cza­sem chodźmy do kajuty, bo mam ochotę pogrą­żyć się w otchłani two­jego piękna...

Fran­ce­sca uśmiech­nęła się i popa­trzyła na niego tak, że poczuł ten wzrok w naj­dal­szych zaka­mar­kach swo­jego ciała.

- Tak. Natu­rze trudno się oprzeć, kocha­nie - szep­nęła zmy­słowo.

Poże­gnali się z dru­gim ofi­ce­rem i trzy­ma­jąc się porę­czy wzdłuż kory­ta­rza, poszli w kie­runku kabiny.

* * *

Leżeli nadzy, przy­kryci gru­bym, puszy­stym kocem. Oboje mil­czeli od kilku minut.

Fran­ce­sca, zmę­czona namięt­nym sek­sem, miała zamknięte oczy i uśmie­chała się błogo. W pal­cach obra­cała wisio­rek na gru­bym zło­tym łań­cu­chu spo­czy­wa­jący mię­dzy jej pier­siami. Ste­fan gła­skał ją po bio­drze, szep­cząc co jakiś czas: la mia Irena, la mia Irena... Ciszę w kabi­nie zakłó­cał jedy­nie mono­tonny odle­gły szum sil­nika frach­towca i dźwięk fal ude­rza­ją­cych o dziób statku. Wokół pano­wał pół­mrok. Jedy­nie zie­lona lampka nad drzwiami nie­mrawo roz­ja­śniała wnę­trze kabiny. Przez nie­wielki bulaj, zakryty osa­dzoną w masyw­nych ramach pokrywą sztor­mową zakrę­caną na śruby, nie prze­dzie­rał się ani jeden pro­mień dzien­nego świa­tła. Nie bar­dzo im się to podo­bało, ale przed wyj­ściem z portu kapi­tan poin­for­mo­wał ich, że jest to śro­dek zapo­bie­gaw­czy przed spo­dzie­wa­nym sztor­mem.

- Muszę ci coś powie­dzieć... - zaczął spo­koj­nie Ste­fan, po czym zro­bił pauzę, żeby nabrać powie­trza w pierś. Wie­dział, że od tej roz­mowy wiele zależy. Tak bar­dzo chciał, by Fran­ce­sca go zro­zu­miała, by wyba­czyła mu kłam­stwa, któ­rymi kar­mił ją od kil­ku­na­stu dni. Bez wyja­wie­nia jej prawdy nie będzie mógł budo­wać z nią związku, a prze­cież o niczym innym nie marzył.

- Tak? - wymru­czała, wciąż z zamknię­tymi oczami.

- Wiesz, że chcę z tobą być i wspól­nie wycho­wać nasze dziecko. Jestem tego pewny bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej... - zawie­sił głos, a potem znowu nabrał powie­trza i powoli je wypu­ścił. - Jest jed­nak coś, o czym musisz wie­dzieć. To bar­dzo ważne. Od tego wiele zależy. Chyba nawet wszystko.

Fran­ce­sca Reva­nolli otwo­rzyła oczy. Były szkli­ste, jakby bły­snęły w mroku. Odru­chowo prze­cze­sała pal­cami gęste włosy.

- Co masz mi do powie­dze­nia? Co jest tak bar­dzo ważne? Pro­szę, mów. Może w końcu wyja­śnisz mi to wszystko, tę naszą dziwną mor­ską... ucieczkę - zapy­tała cichym, stłu­mio­nym gło­sem. Oddy­chała ciężko, patrząc na Ste­fana zim­nym wzro­kiem. Pod­świa­do­mie prze­czu­wała, że zaraz usły­szy coś złego.

Ste­fan mil­czał jesz­cze przez dłuż­szą chwilę. W końcu się ode­zwał:

- Miesz­ka­jąc i pra­cu­jąc w Niem­czech, nawią­za­łem kon­takt z pewną firmą, w zasa­dzie z pewną grupą kapi­ta­łową...

- Wiem, mówi­łeś mi coś o wiel­kim kontr­ak­cie, który miał zmie­nić twoje życie - prze­rwała mu.

- Tak, tylko że... - zro­bił pauzę. - Fran­ce­sco, za tą grupą kapi­ta­łową, jak się oka­zało póź­niej, stali Rosja­nie.

- Kto?

- Rosja­nie, a dokład­niej radziecki wywiad. To ich całe KGB. Wiesz, co to ozna­cza?

Fran­ce­sca się wzdry­gnęła i wypro­sto­wała odru­chowo. Szu­kała jakichś słów, które odda­łyby jej stan, myśli prze­bie­ga­jące przez jej głowę z pręd­ko­ścią świa­tła. Była zupeł­nie zdez­o­rien­to­wana. Jakby zna­la­zła się w innym wymia­rze. Świe­cie, który był dla niej kom­plet­nie obcy. W któ­rym wcale nie chciała się zna­leźć.

- Rosja­nie? Radziecki wywiad? - powtó­rzyła w końcu. - O czym ty mówisz? Co to wszystko zna­czy, Ste­fan? Ja nie wiem... Ja nie rozu­miem... Czego oni mogli od cie­bie chcieć? W co ty się wpa­ko­wa­łeś? Powiedz mi, kocha­nie, pro­szę. Co to wszystko ozna­cza dla nas? Dla naszego życia, dla naszej miło­ści, dla naszego dziecka? No powiedz! - Gwał­tow­nie chwy­ciła jego twarz, zaci­snęła na policz­kach ostre paznok­cie i potrzą­snęła nią, krzy­cząc: - Mów! Sły­szysz?! Mów, do jasnej cho­lery! W co się wpa­ko­wa­łeś?! - Oczy zaszły jej łzami. Zda­wało się, że w każ­dej chwili mogą spły­nąć stru­mie­niem po jej policz­kach.

Ste­fan deli­kat­nie ode­rwał jej dło­nie od swo­jej twa­rzy i ści­snął je w swo­ich.

- Posłu­chaj, naj­droż­sza. Ci Rosja­nie, o któ­rych mówię... - zawa­hał się. - Jak by ci to powie­dzieć, żebyś dobrze mnie zro­zu­miała. Oni... oni zle­cili mi pod­ło­że­nie ładun­ków wybu­cho­wych w kościele w para­fii Świę­tego Toma­sza w Rzy­mie, gdzie mszę miał odpra­wiać papież.

Fran­ce­sca zamru­gała kilka razy, chwi­lowo odpę­dza­jąc łzy.

- Co ty mówisz, Ste­fan? Chyba ci się coś pomie­szało w gło­wie? Czy ty się dobrze czu­jesz? Prze­cież to jakieś nie­do­rzecz­no­ści. Mio dio sei pazzo!

- Posłu­chaj mnie spo­koj­nie, pro­szę...

- Jakie spo­koj­nie?! Ste­fan! Czy ty sły­szysz, o czym ty mówisz?! Rosja­nie, zamach, papież... - Głos drżał jej z emo­cji. - Prze­cież tam jakiś Turek czy...

Ste­fan deli­kat­nie dotknął jej ust.

- Tak, Turek. Pew­nie takich jak ja było wię­cej. Na wszelki wypa­dek, gdyby mi nie wyszło. A nie wyszło mi przez cie­bie, kocha­nie.

- Słu­cham? Nie rozu­miem. Na jaki wszelki wypa­dek?! Co miało ci nie wyjść? Dla­czego przeze mnie? Ste­fan! - krzyk­nęła. Tym razem łzy popły­nęły z całą mocą.

Po chwili Fran­ce­sca zakryła dłońmi twarz i głę­boko nabrała powie­trza. Zaci­snęła mocno usta. Uspo­ka­jała się. Prze­tarła mokre oczy i zapy­tała zre­zy­gno­wa­nym gło­sem:

- Kocha­nie, o co tu cho­dzi? Pro­szę cię, powiedz mi wszystko.

- Posłu­chaj, może źle się wyra­zi­łem: nie przez cie­bie, a dzięki tobie - popra­wił się Ste­fan. - Coś się we mnie zła­mało, zmie­niło. Sam nie wiem... Jak­bym przej­rzał na oczy. Uzmy­sło­wi­łaś mi, że jestem innym czło­wie­kiem, że mogę być innym czło­wie­kiem. Że wystar­czy się posta­rać, chcieć. I nie zro­bi­łem tego, do czego mnie wyna­jęli.

- Ci... Rosja­nie? - zapy­tała nie­pew­nie.

- Tak.

- Może to nie ja, ale Bóg, kocha­nie? Może to był jakiś znak od niego?

- Nie wiem. Ale wiem, że miłość do cie­bie spra­wiła, że nie...

- Zabi­łeś Ojca Świę­tego?

Ste­fan poki­wał głową.

- I wiesz co jesz­cze? Co mnie powstrzy­mało? - Spoj­rzał poważ­nie na uko­chaną. - Może wspo­mnie­nia z lat mło­dzień­czych, z dzie­ciń­stwa. Coś, co kie­dyś było dla mnie ważne, istotne, a o czym przez te wszyst­kie lata zapo­mnia­łem, wypar­łem z pamięci. Rozu­miesz?

Teraz ona przy­tak­nęła, wycie­ra­jąc resztki łez.

- A więc nie cho­dziło o pomoc przy elek­trycz­no­ści, gdy kilka dni temu poje­cha­li­śmy do tego kościoła? - zapy­tała.

- Nie. Nie mogłem tego zro­bić. Nie byłem w sta­nie...

W kaju­cie zapa­dła cisza. W tym momen­cie do Ste­fana dotarło, że jed­no­stajny szum sil­nika przy­cichł. Sta­tek pły­nął spo­koj­niej, wol­niej, nie było już sły­chać, jak dziób roz­bija fale. Jedy­nie co jakiś czas odczu­wali lek­kie koły­sa­nie.

Nagle, nie wie­dzieć czemu, zapra­gnął świa­tła. Pod­niósł się i zaczął odkrę­cać motyl­kowe nakrętki przy bula­jach. Po chwili pod­niósł osłonę i w kaju­cie momen­tal­nie zro­biło się jasno. Na nie­bie świe­ciło jaskrawe słońce, nie­prze­sło­nięte już chmu­rami. Ste­fan spoj­rzał na Fran­ce­scę. Wyda­wało mu się, że przez jej zapła­kane oczy prze­mknął uśmiech. Usiadł obok niej i pogła­dził opuch­nięte od pła­czu policzki.

- Kocha­nie - ode­zwał się spo­koj­nie - posta­no­wi­łem uciec z tobą i zamknąć ten roz­dział w swoim życiu raz na zawsze.

Pokrę­ciła głową, na­dal zdez­o­rien­to­wana.

- Ale dla­czego tyle tajem­nic i kłamstw? Dla­czego? Nie mogłeś mi o tym...

Ste­fan znowu nakrył jej usta pal­cem.

- Chcia­łem cię chro­nić. Chcia­łem, żeby­śmy ucie­kli i zaczęli wszystko od nowa. A kiedy powie­dzia­łaś mi, że będziemy mieli dziecko, byłem już pewny, że tak będzie naj­le­piej.

Objął ją i przy­tu­lił, tak jak lubiła naj­bar­dziej. Z całych sił, mocno. Zaczął deli­kat­nie cało­wać jej włosy, czoło, policzki, w końcu wil­gotne oczy.

- Gdzie my się teraz podzie­jemy? - zapy­tała. - Z czego będziemy żyć?

- Nie martw się. Russe nie­źle mi zapła­cili za robotę... - Schy­lił głowę i poca­ło­wał ją w brzuch. - Niczego nam nie zabrak­nie. Naszemu dziecku też.

Fran­ce­sca zde­cy­do­wa­nie odsu­nęła jego głowę, jakby wstą­piła w nią nowa ener­gia, jakby chwila sła­bo­ści i zała­ma­nia minęła. Zapo­mniała o wiel­kich łzach, pły­ną­cych jesz­cze przed chwilą po jej policz­kach.

- Co ty mówisz? Nie rozu­miesz?! Naprawdę nie rozu­miesz? - Prze­szyła go lodo­wa­tym wzro­kiem. - Prze­cież oni ci tego nie darują! Dosko­nale o tym wiesz. Będziemy się całe życie ukry­wać w jakichś obskur­nych norach? Ucie­kać i oglą­dać się za sie­bie? Tego chcesz dla mnie i naszego dziecka? Wiecz­nej tułaczki w cią­głym stra­chu?! Wśród obcych ludzi?!

- Uspo­kój się. Wszystko będzie dobrze. Obie­cuję ci.

- Obie­cu­jesz? Co obie­cu­jesz? Jak ty to sobie wyobra­żasz? Za co będziemy żyć?

- Kocha­nie, pro­szę cię, uspo­kój się. Zrób to dla sie­bie i dla niego... - Ste­fan ski­nął głową w kie­runku jej brzu­cha. - Wszystko się ułoży, zoba­czysz.

Zła­pał ją za ramiona, ale Fran­ce­sca szarp­nęła się, wyry­wa­jąc z jego uści­sku. Spoj­rzała na bulaj wypeł­niony świa­tłem sło­necz­nym i zmru­żyła oczy.

Wstał z łóżka i pod­szedł do zamknię­tej na mosiężny zamek szafki. Otwo­rzył ją, odsu­nął ener­gicz­nie walizki z rze­czami, po czym wycią­gnął długą wytartą torbę z natu­ral­nej skóry z pęka­tymi bocz­nymi kie­sze­niami, którą kupił na baza­rze w Neapolu. Szyb­kimi ruchami odpiął grube paski.

- Pół miliona marek nie­miec­kich, widzisz? To pozwoli nam roz­po­cząć nowe życie.

Przez chwilę prze­kła­dał pliki bank­no­tów, po czym zapiął klamry, wci­snął torbę z powro­tem i zasło­nił waliz­kami.

Pod­szedł do Fran­ce­ski i popa­trzył na nią łagod­nym wzro­kiem.

- La mia Irena. Gdy dotrzemy do Maroka, zaczniemy nowe życie.

Wes­tchnęła ciężko.

- Gdzie ty mnie cią­gniesz? Jak wcho­dzi­li­śmy na pokład tego statku, mówi­łeś, że to tylko na chwilę, że prze­sią­dziemy się i popły­niemy czy pole­cimy dalej.

- Nie chcia­łem cię mar­twić. Poza tym Maroko to piękny kraj.

- A co my będziemy robić u Ara­bów? - prych­nęła. - Jak ty sobie wyobra­żasz naszą egzy­sten­cję w tym kraju? Na tej pustyni?

- Kocha­nie, pamię­tasz, jak z pół roku temu byłem na Sar­dy­nii w dele­ga­cji?

- Tak. Cho­dziło o jakieś prace przy deto­na­cjach w kopalni w Gon­nesa, prawda?

- Wła­śnie. No więc wtedy w waszym biu­rze w Cagliari pozna­łem pew­nego Polaka. Roz­ma­wia­łem z nim i...

- Jak to roz­ma­wia­łeś? Po jakiemu? Znasz język pol­ski?

- Tak, znam. I posłu­chaj...

- Ale skąd znasz? - drą­żyła Fran­ce­sca.

- To długa histo­ria, kie­dyś ci opo­wiem. Teraz to bez zna­cze­nia.

- Znowu tajem­nice! Tylko tyle masz mi do powie­dze­nia? "Kie­dyś ci opo­wiem"? "To długa histo­ria"? Wyobraź sobie, że dla mnie ma zna­cze­nie wszystko, co jest zwią­zane z nami, ze mną, z naszym dziec­kiem! Poza tym nie koja­rzę żad­nego Polaka, który robił z naszą firmą inte­resy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki