ROZDZIAŁ 2
W Sandefjord mamy wszystko. A raczej - nie mamy wszystkiego i o to właśnie mi chodzi. Brakuje nam niepożądanych składników, które sprawiają, że życie jest takie niemiłe w wielu innych miejscach: zanieczyszczeń powietrza, biedy, kryzysów w branży nieruchomości, nadmiernej przestępczości, problemów z imigrantami - mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. To nie jest miejsce, w którym mali chłopcy pojawiają się ot tak, znienacka, z pustym spojrzeniem, bez rodziców, z niczym poza foliową torbą zawierającą kąpielówki z Batmanem i postrzępiony dziecięcy ręcznik. Sandefjord nie jest tego typu miejscem. Nie był.
To ten rodzaj miasteczka, w którym wszyscy chcą żyć. Piękne jak z pocztówek, czyste i zabudowane po sam szczyt fiordu, często pada ofiarą kpin ze strony mieszkańców mniej atrakcyjnych miejscowości. Nie można ich oczywiście za to winić - nie każdy ma przecież przywilej mieszkania w takim miejscu. Tutaj wszyscy mają piękne domy kupione na własność, nowy samochód w garażu, dobrze płatną pracę, kilka wyjazdów zagranicznych w ciągu roku i domek letniskowy w górach. A przynajmniej wszyscy, których znam.
Telefon zadzwonił w porze lunchu. Dopiero zaczęłam się odprężać po wydarzeniach minionej doby i choć w biurze byłam zaledwie godzinę, postanowiłam zrobić sobie wczesną przerwę na posiłek, żeby móc przedłużyć rzęsy - Johan je uwielbia. Kiedy oddalałam się od swojego biura w Kilen, mijałam sklep rybny, łodzie ściągnięte na brzeg przed nastaniem zimy i stalowoszare wody wewnętrznej zatoki, uświadomiłam sobie, że całe miasteczko wygląda tak, jak ja się czuję - jest zimne i przemoczone deszczem. Po drodze kilkakrotnie zajrzałam do telefonu, choć nie jestem pewna dlaczego. Później, kiedy leżałam na stole, a młoda dziewczyna pracowała w pocie czoła nad moimi nowymi rzęsami, usłyszałam wibracje dobiegające z torebki. Raz za razem. To nie mógł być nikt z pracy - nic, co robię, nie jest aż tak ważne, żeby ktoś wielokrotnie próbował się do mnie dodzwonić. Dziewczyna przerwała na moment i zapytała, czy chcę odebrać.
- Nie - odparłam, próbując zwalczyć w sobie uczucie irytacji. Czy wtedy, na jakimkolwiek poziomie, wiedziałam to, co wiem teraz?
- Cecilia Wilborg? - usłyszałam łagodny, kobiecy głos, kiedy w końcu za szóstym razem odebrałam telefon, wychodząc z salonu na zewnątrz.
- Tak?
- Nazywam się Vera Jensrud i dzwonię ze szkoły ?ster?yparken. Cieszę się, że udało mi się panią złapać. Znalezienie pani numeru nie było łatwym zadaniem. Zakładam, że zna pani powód, dla którego dzwonię?
- Obawiam się, że nie. Tak naprawdę jestem w tym momencie nieco zajęta - skłamałam, szczypiąc skórę dłoni. - W czym mogę pani pomóc?
- Czy to prawda, że dziś rano zostawiła pani w szkole małego chłopca?
- Tak, zgadza się.
- Czy mogę spytać, jakie relacje panią z nim łączą, pani Wilborg?
- Żadne. Absolutnie żadne. Obawiam się, że muszę już...
- Ale Tobias mieszka z panią i pani rodziną, prawda? - Przerwała mi Vera Jensrud.
Wybucham krótkim, nerwowym śmiechem.
- Słucham?
- Proszę posłuchać, ten chłopiec nie chodzi do naszej szkoły.
- To do której chodzi?
- Tego nie wiemy. Nie chce powiedzieć. Może sobie pani tylko wyobrazić, jakie to wszystko trudne dla wszystkich, włącznie z tym dzieckiem. Musimy bezzwłocznie ustalić, kim jest i pod czyją znajduje się opieką, a jak dotąd udało się nam tylko dowiedzieć, że mieszka z wami.
Zerkam przelotnie na mój biurowiec, starając się nie krzyknąć.
- Z całą pewnością z nami nie mieszka! Nie znam tego dziecka!
- Ale przywiozła go pani tutaj dziś rano?
- Owszem, ale poznałam go dopiero wczoraj.
- Rozumiem. - W głosie Very Jensrud dało się wyczuć niepewność, jakby nie potrafiła zdecydować, czy powinna uwierzyć niewiele mówiącemu ośmiolatkowi, czy mnie. - Chwileczkę. Twierdzi pani, że spotkała go wczoraj? Ale przenocował u was w domu?
Zawahałam się. Poczułam, jak wpełza we mnie paskudny i zimny strach, jak trucizna w pory skóry. Wiatr szarpał moją kurtką i przebiegłam krótki odcinek dzielący mnie od biura.
- Tak. To była bardzo dziwna sytuacja. Powiedział, że chodzi do waszej szkoły, więc uznałam, że najlepiej będzie go tam po prostu przywieźć.
- Zakładam, że rozmawiała pani z jego rodzicami, zanim zabrała go pani do siebie na noc? Z tego powodu właśnie dzwonię, bo chciałbym się dowiedzieć, czy w jakikolwiek sposób się z nimi pani skontaktowała.
- To nie tak... Kobieta na basenie kilkakrotnie próbowała do nich telefonować, ale nie odebrali telefonu.
- A później, kiedy próbowała pani dzwonić z domu?
- No cóż... nie próbowałam. Tobias poprosił wyraźnie, żebym tego nie robiła.
- Pani Wilborg, ten chłopiec ma nie więcej niż osiem lat. Czy nie przyszło pani do głowy, żeby spróbować zadzwonić do jego rodziców, zanim postanowiła go pani przenocować?
- Przykro mi, że nie potrafię wam pomóc. Obawiam się, że muszę już kończyć... - wymamrotałam i się rozłączyłam. Telefon zadzwonił ponownie, zanim jeszcze zdążył zgasnąć ekran, a kiedy się zorientowałam, że obserwują mnie faceci z biura po przeciwnej stronie, odebrałam połączenie. Wyprężyłam pierś, ale odwróciłam głowę, żeby nie zauważyli mojej irytacji. - Słucham? Przecież mówiłam, że nie mogę wam pomóc!
- Pani Wilborg, mówi inspektor policji Thor Ellefsen. Siedzę tutaj z panią Verą Jensrud, nauczycielką ze szkoły ?ster?yparken, jak również pracownikiem opieki społecznej. Proszę bardzo, żeby jak najszybciej pani do nas dołączyła, żebyśmy mogli przedyskutować tę sytuację.
- Proszę posłuchać - powiedziałam tak spokojnie, jak tylko potrafiłam, choć zdążyła mnie już przepełnić panika i poczułam, że cała drętwieję. - Oczywiście, że chciałabym pomóc i jest mi bardzo przykro z powodu tego dziecka. Nie jestem po prostu przekonana, czy uda mi się cokolwiek dodać do waszego... śledztwa.
- Chłopiec twierdzi, że z panią mieszka.
- To nieprawda.
- To wyjątkowo dziwna sytuacja. Czy uda się pani tutaj przyjechać w ciągu kwadransa? Uważam, że powinien pani również towarzyszyć mąż.
- Johan? Och, nie, nie. To naprawdę nie jest konieczne.
- W tego typu przypadkach preferujemy obecność obojga partnerów. Naprawdę przydałaby się nam pomoc pani i męża. Jeśli pani woli, możemy sami do niego zadzwonić.
- Nie, ja się z nim skontaktuję. - Irytacja ustąpiła już miejsca wściekłości. Kiedy się rozłączyłam, popatrzyłam na lekko wzburzone morze, na rzędy małych domków przy brzegu, na biało-szare, nisko wiszące chmury, na połacie zadeptanych liści w kolorze ochry w parku po drugiej stronie ulicy.
Kochałam to miasteczko przez całe życie, ale w takich chwilach go nienawidziłam i miałam ochotę przebić się przez nie jak jakiś gigant, rozbijając i niszcząc wszystko po drodze, aż pozostaną jedynie zwęglone szczątki. A teraz, jadąc powoli i w zamyśleniu do szkoły, w której rano wysadziłam Tobiasa, czuję się niewiele lepiej. Widzę zaparkowany samochód Johana i wyobrażam sobie, jak siedzi poważny i zamyślony za kierownicą, wypatrując mnie i zastanawiając się, dlaczego został wezwany przez policję. Będzie się martwił o to dziecko, wyginał nadgarstki i stresował wpływem całej tej sytuacji na mnie. Zanim mnie zauważy, w ostatnich kilku minutach przed dotarciem na miejsce muszę przypomnieć sobie jeszcze raz wszystkie wydarzenia z wczorajszego wieczoru i dzisiejszego poranka, żeby we właściwy sposób dobierać słowa.
Zanim Johan wrócił do domu z lotniska, udało mi się przywrócić w domu pozory normalności. Dziewczęta niechętnie poszły do łóżek, podekscytowane obecnością chłopca. W całym domu panowała atmosfera niepewności. Umieściłam Tobiasa w pokoju należącym do Marialuz w piwnicy i natychmiast poczułam się źle, że zostawiłam go dwa piętra niżej, szczególnie w tak niespokojny wieczór. Ale musiałam przecież postąpić tak, żeby wyszło jak najlepiej dla mojej rodziny, prawda?
Usłyszałam ciche stuknięcie drzwi na parterze, a po nim znajomy odgłos kroków Johana. Kiedy wszedł na górę, odwróciłam się w jego stronę, siedząc na fotelu przy oknach na całą wysokość ściany, i uśmiechnęłam się do niego najładniej, jak tylko potrafiłam. Zapaliłam świeczki w niezliczonych metalowych słoiczkach, a w kominku trzaskał ogień. Na stole stała butelka ulubionego wina Johana, Côte de Beaune-Villages. Napełniłam mu kieliszek i patrzyłam, jak siada ciężko na sofie, pocierając oczy. Usiadłam przy nim i spojrzałam tak, jak powinna patrzeć kochająca żona.
Wiem już, że facetów należy traktować w sposób stanowiący połączenie zwykłej rezerwy, ostrej nagany i szczerej adoracji. To na nich działa, przywraca ich do pionu. Nie można być miłą przez cały czas. To poważny błąd.
- Skarbie - wyszeptałam - wyglądasz na wyczerpanego. Położymy cię za chwilę do łóżka... - Zmrużyłam lekko oczy i położyłam mu dłoń na udzie. - Tęskniłam za tobą...
Johan się uśmiechnął, a na jego twarzy zagościła wdzięczność za tak ciepłe powitanie w domu. Nie zawsze jestem taka miła, łagodnie mówiąc, kiedy zostawia mnie na cztery dni samą z dziećmi.
- Muszę ci o czymś powiedzieć - ciągnęłam. - Kolega Hermine z basenu zostaje dziś tutaj na noc, okej? Jest na dole, w pokoju Marialuz.
- W środku tygodnia?
- Tak... Chyba miał miejsce jakiś rodzinny problem i uznałam, że tak będzie najlepiej.
Johan pokiwał z zamyśleniem głową.
- Dlaczego nie dałaś mu jednego z pokoi gościnnych na naszym piętrze?
- Hermine i Nicoline fatalnie się dziś zachowywały, kłóciły się i krzyczały przez cały czas. Pomyślałam, że będzie najlepiej, jeśli damy mu odrobinę prywatności. - Roześmiałam się krótko. - Jest przecież i tak pod naszym dachem. Poza tym wyglądał na bardzo zmęczonego. To taki drobniutki chłopiec.
- Jaki rodzinny problem miałaś na myśli, kochanie? - Johan popatrzył na rubinowy osad w kieliszku z winem i zmarszczył czoło.
- Och, nie jestem pewna. Nie chciałam się w to mieszać, szczerze mówiąc. Daj. - Zabrałam mu kieliszek z dłoni i pociągnęłam za ręce, by wstał. Stanęłam na palcach i zadarłam głowę w oczekiwaniu na całusa. Johan był nieco zmieszany, ale pochylił się i pocałował mnie pospiesznie w usta. Przyciągnęłam go bliżej do siebie i wsunęłam mu język w usta, przywierając do niego całym ciałem. Odsunął się po chwili i popatrzył na mnie zaskoczony, ale zadowolony.
- Skarbie... - wyszeptał.
- Ciii - odparłam i razem wbiegliśmy po schodach w mrok. Kiedy szłam przed nim korytarzem w stronę sypialni, zerknęłam przelotnie w świetlik dachowy i zobaczyłam dziwny, niepokojący księżyc wyłaniający się zza gęstej chmury. Wciąż padał deszcz. Moje myśli pobiegły nagle w miejsce, w które nigdy nie pozwalam im biec - do innej zimnej, ciemnej nocy, najciemniejszej w moim życiu.
Słyszałam praktycznie trzask płomieni, zawodzący na zewnątrz wiatr, mój własny oddech przerywany od czasu do czasu wysokimi jękami, kiedy przeszywał mnie ból. Wciąż nie wierzę, że przeżyłam... Nie należę do osób, które łatwo wytrącić z równowagi, ale w tej chwili, starając się odwzajemnić pocałunki Johana, poczułam przypływ paniki i musiałam przełknąć łzy. Strach nie minął, a kiedy Johan się na mnie położył, musiałam sięgnąć do włącznika lampki przy łóżku, żeby się upewnić, że to naprawdę on.
Później, kiedy jego oddech zmienił się w powolne, spokojne pomruki, leżałam długo na wznak, walcząc ze spływającymi po policzkach łzami. Ich przyczyną nie były już złe wspomnienia ani ja sama, ale mały chłopiec.
***
Johan czeka na mnie na parkingu. Parkuję dość niezdarnie dwa miejsca za jego teslą. Uśmiecha się, ale ma poważne spojrzenie.
- Powiedzieli, że chodzi o tego chłopca.
- Tak, najwyraźniej - odpowiadam i ruszamy żwirową dróżką w stronę wesołego, żółtego budynku szkoły.
- Nie jestem pewien, czy wspomniałaś wczoraj wieczorem, o jakiego rodzaju problemy rodzinne chodziło.
- Daj spokój, Johan, czekają na nas. Już ci mówiłam, że nie wiem. Chciałam mu po prostu pomóc i założyłam, że szkoła najlepiej sobie poradzi w tej sytuacji.
- To... co my tutaj w ogóle robimy?
- Wygląda na to, że on w ogóle nie chodzi do tej szkoły.
- Ale... powiedział przecież, że chodzi. Do której jest w takim razie zapisany?
- Wygląda na to, że wszyscy szukają odpowiedzi na to pytanie.
W tej samej chwili w drzwiach mniejszego budynku przylegającego do gmachu szkolnego pojawiają się mężczyzna i kobieta, którzy wskazują nam gestami drogę.
- Ja będę mówiła, dobrze, skarbie? - mówię cicho i uśmiecham się uspokajająco do męża.
Wewnątrz zostajemy przedstawieni inspektorowi policji Thorowi Ellefsenowi, nauczycielce Verze Jensrud i pracownicy opieki społecznej, Laili Engebretsen. Ta ostatnia wygląda znajomo i dopiero po chwili uświadamiam sobie, dlaczego - kiedyś nazywała się Laila Hansen i razem chodziłyśmy do podstawówki. W tamtych czasach była zahukaną, pulchną dziewczynką z kucykami i ciuchami po kimś z rodziny. Niewiele się zmieniła. "Niechlujna" to słowo, które natychmiast przychodzi mi do głowy. Muszę przyznać, że przeobraziła się z dziwnie wysokiej i grubokościstej w coś, co ludzie określiliby mianem "postawnej", ale z całą pewnością zachowała tę charakterystyczną, klaunowatą sylwetkę, którą zapamiętałam z dzieciństwa. Jestem zaskoczona, że wyszła za mąż i zmieniła nazwisko. Ciekawe, jaki facet dał się porwać jej wątpliwemu seksapilowi.
Uśmiecha się do nas przelotnie, ale dość szybko na jej twarzy pojawia się wyraz powagi i smutku. Kiwa głową w stronę okienka z widokiem na inne pomieszczenie, w którym Tobias siedzi na podłodze otoczony wesołymi poduszkami z Ikei w kształcie zwierzęcych głów. Patrzy na ekran telewizora, choć musi być świadom okienka i ludzi, którzy z troską go obserwują. Czuję ucisk w żołądku, jakby czyjaś dłoń wykręcała mi wnętrzności. Odwracam się do Very, Laili i Thora, próbując przywdziać podobny wyraz troski i empatii.
- Cecilio, Johanie - mówi Laila - dziękuję za przybycie, szczególnie w tak krótkim czasie. - Unoszę brew i wydymam usta w wyrazie zgody. Zgadza się, to był krótki czas, ale zaraz sobie przypominam, że jesteśmy tu po to, by okazać chęć pomocy i troskę.
- Ależ oczywiście - odpowiadam. - Bardzo się martwimy o Tobiasa.
- Tak - przyznaje Vera Jensrud.
- To naprawdę bardzo nietypowa sytuacja - dodaje Thor Ellefsen. - Jestem policjantem w Sandefjord od trzydziestu dwóch lat i powiem szczerze, że z czymś takim się jeszcze nie spotkałem. Jesteśmy trochę zagubieni i mamy nadzieję, że przekażecie nam jakieś cenne informacje. - Kiwamy z Johanem głowami. Siadam na niskiej zielonej sofie i tracę Tobiasa z pola widzenia, ale chłopiec pozostaje w mojej głowie, jakby mój mózg zapamiętał wszystkie cechy tego małego przybysza znikąd: gładką oliwkową skórę; miękkie czarne włosy; poważne, choć pozbawione wyrazu oczy; ostre, zbyt duże zęby, które wydają się nowym nabytkiem w jego rozwoju; drobne małe dłonie, które zaciska w piąstki. - Czy może nam pani zrelacjonować wydarzenia z poprzedniego wieczoru, które doprowadziły do tego, że Tobias znalazł się na noc w państwa domu? - pyta Ellefsen.
Kiwam głową, odchrząkuję i zaczynam mówić. Opowiadam o tym, jak zobaczyłam Tobiasa na basenie, na jak wystraszonego wyglądał. Wspominam o recepcjonistce i o tym, że nikt po niego nie przyjechał, oraz o numerze telefonu rodziców, który prowadził od razu do poczty głosowej. Mówię o tym, jak zawiozłam chłopca pod adres w ?ster?ya. Przerywam, zdenerwowana, zauważywszy, jak na mnie patrzą.
- Jaki to był adres?
- ?ster?ysvingen 8.
Laila Engebretsen kiwa głową.
- Podał nam dokładnie taki sam adres - przyznaje cicho. - Biedny chłopiec. To dla niego taka trauma. Nie ufa dorosłym. Dopiero po dwóch godzinach udało mi się wycisnąć z niego kilka słów.
- Problem w tym - wtrąca inspektor Ellefsen - że dom przy ?ster?ysvingen 8 został opuszczony w dwa tysiące dziesiątym, kiedy zmarła właścicielka, starsza kobieta. Jej syn, który odziedziczył budynek, mieszka w Kristiansund i nigdy tu nie przyjeżdża.
- Ale... weszłam do środka. Z chłopcem. I wyglądało na to, że ktoś niedawno tam przebywał. Znalazłam na piętrze materace i lampę...
- Zorientowaliśmy się, że dom mógł kilkakrotnie pełnić rolę squatu. Byliśmy tam dwa czy trzy razy, ale w środku nie było nikogo. Minionej zimy nocowało tam kilkoro Łotyszów imających się różnych prac, nigdzie niezarejestrowanych. Jak pewnie pani pamięta, przez kilka ostatnich lat mieliśmy tutaj w Sandefjord żebraków z Europy Wschodniej. Rumunów. Zastanawialiśmy się, czy również nie korzystali okazjonalnie z tego domu.
- Ale co z Tobiasem? - pyta Johan z czerwonymi plamami na twarzy. Robi mu się tak, kiedy jest wzburzony, i mogę sobie jedynie wyobrazić, jakie myśli krążą mu teraz po głowie. Johan jest niezwykle wrażliwym człowiekiem. - Kto się nim zajmie?
Przyciskam dyskretnie, ale mocno, kolano do jego uda. Musi zrozumieć, że to ja prowadzę tutaj rozmowę.
- Wygląda na to, że jest synem tych bezdomnych? - dodaję.
- Sprawdzamy to, ale od kilku lat nie mamy żadnych zgłoszeń mówiących o grupach osób z Europy Wschodniej z dziećmi. Poza tym mówi płynnie po norwesku.
- Wygląda na dziecko romskiego pochodzenia - zauważam.
- Rom? - pyta Laila, a w jej łagodnych oczach pojawia się nagle jakiś chłód.
- Tak myślę. Wspomnieliście, że były tutaj problemy z żebrzącymi Rumunami. Jest całkiem prawdopodobne, że to jeden z nich. - Laila zapisuje coś w notatniku. Widzę to wyraźnie z miejsca, w którym siedzę. "Rumun?"
- Okej, wróćmy do wczorajszego wieczoru. Co pani zrobiła, kiedy się okazało, że w domu przy ?ster?ysvingen 8 nikogo nie ma? - Inspektor Ellefsen patrzy mi intensywnie w oczy i natychmiast czuję się irracjonalnie zestresowana. Nie zrobiłam przecież nic złego.
- Zamierzałam do kogoś zadzwonić.
- Do kogo?
- Chyba do recepcjonistki z basenu. Gdyby mi się to nie udało, myślałam o policji lub opiece społecznej.
- Ale nie zadzwoniła pani?
- Zrobiłabym to, ale telefon był w domu, zabrała go moja starsza córka. Grała na nim w samochodzie w Minecrafta.
- Rozumiem. Co zatem pani zrobiła?
- Szczerze mówiąc, trochę mnie to przeraziło. Ten dom... był taki pusty i zimny. Na zewnątrz lał deszcz, a ja byłam wyczerpana po całym dniu. Wtorki są dla mnie bardzo trudne. A ten chłopiec, Tobias... zrobiło mi się go bardzo żal. Wcale nie wyglądał na zaskoczonego widokiem opuszczonego budynku. Sprawiał wrażenie odrzuconego przez los. Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do mnie do domu. Pomyślałam, że zrobię mu kubek gorącej czekolady i jakąś przekąskę. Planowałam zadzwonić w kilka miejsc...
- Ale tego pani nie zrobiła.
Przełykam głośno ślinę, pamiętając o zatroskanej minie, ale wracam myślami do tej irracjonalnej paniki. Mam ochotę wstać, wyjść, pobiec do samochodu i oddalić się od tych grzecznych twarzy, uważnych spojrzeń i wnikliwych pytań.
- Nie, nie zrobiłam.
- Dlaczego, Cecilio? - pyta łagodnym głosem Laila.
- Jak już powiedziałam, byłam zmęczona. Rozbita. Kiedy wróciliśmy do domu, Tobias zapytał, czy mogę go przenocować. Błagał, dokładniej rzecz biorąc. Powiedziałam, że muszę zatelefonować w kilka miejsc, ale tak się zdenerwował i wystraszył, że po prostu nie wiedziałam już, co mam robić. Chyba po prostu nie widziałam niczego złego w tym, żeby został na jedną noc. Powiedział mi, że chodzi do tej szkoły, byłam więc spokojna, że będziecie w stanie mu pomóc, jeśli faktycznie ma jakieś rodzinne problemy.
- Wydaje mi się, że powinna pani była przynajmniej wejść z Tobiasem do szkoły dziś rano, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku - powiedziała powoli Vera Jensrud, patrząc na mnie jak na kryminalistkę, a nie zatroskaną matkę. Suka.
- No cóż, powinnam była, ale zasugerował mi, żebym tego nie robiła - przyznaję. - Powiedział: "Dziękuję, dalej pójdę już sam". Dokładnie tak. - Tak naprawdę poprosił mnie, żebym go odprowadziła, ale odpowiedziałam, że się spieszę, i tylko się pochyliłam, żeby otworzyć mu tylne drzwi, wypełniając samochód rześkim powietrzem. Potem gapiłam się przez okno, aż w końcu wysiadł i zatrzasnął delikatnie drzwi. Czuję gorąco na twarzy. Swędzą mnie stopy. Zerkam przelotnie na Johana, który patrzy na mnie z wyrazem współczucia na twarzy, wymieszanym jednak z czymś jeszcze - z szokiem.
- Ale on ma tylko siedem lat - mówi Vera Jensrud, zapisując coś w notatniku. Mam ochotę zdzielić ją dłonią w tę pomarszczoną gębę.
- Osiem - poprawiam ją.
Zapada długa cisza. Czuję, że Johan nie spuszcza ze mnie wzroku. Laila Engebretsen szeleści kartkami, pewnie po to, by złagodzić napięcie.
- Tak czy inaczej, cieszymy się, że jesteś tu z nami.
- To co teraz będzie z tym biednym dzieckiem? - pytam.
Laila wymienia zdawkowe spojrzenia z inspektorem Ellefsenem.
- Cóż, robimy wszystko co w naszej mocy, żeby określić pochodzenie tego dziecka i zlokalizować jego rodzinę. Na razie zostanie w bezpiecznym, rodzinnym otoczeniu tutaj w Sandefjord.
Kiwam głową.
- A w dłuższej perspektywie?
- Mamy nadzieję szybko rozwiązać ten problem i zapewnić Tobiasowi możliwość stabilnego rodzinnego życia.
- Czyli udało się wam znaleźć dla niego jakieś tymczasowe miejsce? - upewnia się szczerze zatroskany Johan.
- W związku z międzynarodową sytuacją z migrantami, których setki, jeśli nie tysiące trafiły również do Norwegii, nasze tymczasowe rodziny zastępcze są niestety całkowicie niedostępne w tym regionie. W tej fazie traumatycznej sytuacji najważniejsze jest ograniczenie liczby zmian, na które narażone jest dziecko. Chcielibyśmy zapytać, czy byliby państwo gotowi rozważyć przyjęcie Tobiasa na jakiś czas, może na kilka tygodni. Chyba zdążył się do was przekonać. Wiemy również oczywiście, że moglibyście zapewnić mu bezpieczne rodzinne środowisko w czasie, który jest nam potrzebny do rozwiązania problemu.
Laila Engebretsen patrzy na mnie z oczekiwaniem, jakby prosiła mnie o zwyczajną przysługę, na przykład o podlewanie jej roślin czy odbieranie poczty w trakcie jej wyjazdu na Teneryfę. Rzadko mi się to zdarza, ale odbiera mi mowę. Kręcę mocno głową, ale zauważam jednocześnie, że Johan kiwa swoją. Kiedy widzę, jak jego podbródek unosi się i opada, mam ochotę go w niego walnąć. Widzę, jak jego warga drży, a w oczach pojawiają się łzy.
- Oczywiście, że się nim zaopiekujemy - mówi i zaraz dodaje: - Dziękuję. Dziękuję.