Rozdział pierwszy Ordynator - owoce sukcesu, czyli koniec początku
Kolejny dzień. Sprawdzam pocztę. Trzy anonse: Allegro - skasować, Pudelek donosi (co za debil nazwał tak ten portal?!) - skasować, Pudelek donosi - skasować (jak zablokować to gówno?!), oferta nurkowań - skasować, reklama Leroy Merlin - skasować, oferty pracy...
OK. Przerwa. Zalałem kawę. Odprawa - zabrać kalendarz!
- Proszę czytać raport z dyżuru - przerywam poranną wymianę plotek w pokoju lekarskim.
- Raport... Przyjęcia... Pooperacyjni... - Jednostajny głos doktora Bocianowskiego usypia. Zamyślam się. - Interwencje... Brak krwi...
Czemu ten uroczy, zawsze elegancko ubrany siedemdziesięciolatek w staroświeckiej muszce, dawny wieloletni dyrektor szpitala na Solcu, musi dorabiać do emerytury nocnymi dyżurami? - myślę. I co będzie, jeśli to jemu coś się stanie?
Z drugiej strony, gdyby nie tacy jak on, dyżuranci z zewnątrz, już teraz trzeba by było zamknąć oddział...
- Proszę powtórzyć, zamyśliłem się. Dla kogo brakuje krwi?
- ...OK, proszę poinformować ich, że po raz trzeci "spadną" z zabiegu.
- Pozostały plan operacyjny na dziś bez zmian, babcia z sali jedenastej prosiła, żebym ją zrobił, umyjemy się razem. Ma osiemdziesiąt osiem lat, niech się nie stresuje, wiek ma swoje prawa.
- Plan na jutro - rzucam w stronę asystenta. - Marcin, rozpisz tych, którzy dziś spadli. Powiedz im, że to znów warunkowo, bo zależy od krwi, to samo dotyczy operacji nerek.
- Sprawy bieżące: dyrekcja podała nowe dyrektywy NFZ. Do wglądu w sekretariacie, jak zwykle niejasne.
- Jak zwykle - mruczy Marcin, po czym dodaje ciszej: - I tak zmienią je najdalej za tydzień.
Dwa łyki kawy. Uporządkować myśli. Co jeszcze muszę zrobić przed zabiegami?
Telefon na tomografię - mogę zejść za kwadrans. Zabieg za dwadzieścia pięć minut, jest chwila na przejrzenie poczty.
Przyszły dwie kolejne propozycje pracy, tym razem prywatna klinika w Arabii Saudyjskiej szuka urologa, szpital w Irlandii zatrudni konsultanta. Wczoraj dzwoniła pani z firmy headhunterskiej i namawiała mnie na pracę w Hiszpanii. Poszukują urologa, płacą sześć tysięcy euro brutto miesięcznie, pochodne, premie, dyżury pod telefonem, etc. Zbyłem ją:
- Jeśli pani znajdzie również pracę dla mojej żony, to chętnie.
- Będę próbowała, ale na miejscu byłoby prościej szukać.
- Nie chcę prowizorki i działań partyzanckich, to mam tutaj. Będzie oferta, to rozpatrzę.
- Prześlę propozycję mailem, pozostajemy w kontakcie, do widzenia.
- Do widzenia, czekam.
Kolejna przerwa między zabiegami. Można zrobić przegląd prasy przesłanej przez dyrekcję - ciekawe, co nowego po doktorze Mengele, po "skórach". Kogo tym razem aresztowali i wyprowadzili z pracy lub dyżuru?
DRRR, DRRR, DRRR - dzwoni telefon.
- Słucham?
- Czy to Warszawa?
- Tak.
- Szpital?
- Tak.
- Jaki?
- Wolski.
- Wolski?
- Tak, Wolski.
- A gdzie to właściwie jest?
- A do kogo pani chciała się dodzwonić?
Po drugiej stronie ktoś ciężko wzdycha:
- Bo ja w sprawie męża Mariana.
- Ale w czym mogę pomóc? Tu doktor Mrówczyk.
- Bo... bo... mężowi spuchły nogi w zeszłą środę.
- A czy mąż u nas leży?
- Nie, ale...
- To proszę zgłosić się do swojego lekarza.
- Ale ja nie mam lekarza.
- To proszę sobie wybrać, zapisać się i zgłosić.
- Ale jak mam się zgłosić? Osobiście?
- Myślę, że tak będzie najlepiej - odpowiadam, patrząc na zegarek. Zabieg! - I - dodaję szybko - przepraszam, ale jestem zajęty, do widzenia pani.
DRRR, DRRR, DRRR, DRRR - znowu dzwoni telefon.
- Izba przyjęć?
- Nie, urologia.
- To proszę przełączyć.
- Nie mam możliwości.
- Jak to pan nie ma? To co pan tam właściwie robisz?
- ...Do widzenia.
Na szczęście za chwilę przeprowadzam zabieg. Jeszcze jeden telefon i zapomniałbym, po co tu jestem.
PUK, PUK.
- Proszę.
- Panie ordynatorze, ktoś do pana dzwoni!
- Czemu nie na mój numer?
- Bo nie znał?
- To może i dobrze - wzdycham.
- Słucham? W czym mogę pomóc?
- Ja ze skargą do pana ordynatora...
- Co się stało?
- Nie chcieli mnie zapisać przez telefon na środę do doktora Iwańskiego. Powiedzieli, że może być piątek, a jak powiedziałem, że mi piątki nie pasują, to pani była chamska i oznajmiła, że mogę do kogo innego i że nie ma czasu ze mną rozmawiać!
- Może rzeczywiście nie ma czasu. Tam pracują tylko dwie panie; rejestrują, umawiają zabiegi, odbierają telefony, a pacjentów jest ponad sześćdziesięciu dziennie.
- Ale ja na was płacę!
- Myślę, że ta rozmowa nie ma sensu.
- Za moje pieniondze siem chamie wykształciłeś! - słyszę jeszcze.
- Żegnam. - Odkładam delikatnie słuchawkę.
PUK, PUK, PUK.
- Proszę?
- Panie ordynatorze...
- Tak, pani Aniu?
- Zamówiłam trzy ryzy papieru, dali jedną. Dzwoniłam do zaopatrzenia, powiedzieli, że więcej nie dadzą...
- Co ja pani poradzę... Wie pani co? Jak się zgłosi jakaś firma, to ją pani podeślę, spróbuję naciągnąć. Coś jeszcze? - pytam, widząc zakłopotanie na poczciwej twarzy mojej oddziałowej.
- Tak, zepsuła się kolejna dźwignia Albarrana...
- To proszę dać do naprawy i... - podpowiadam uprzejmie, ale pani Ania wchodzi mi w słowo:
- Nie da się jej już naprawić. Byli z serwisu i mówili, że trzeba kupić nową, więc dzwoniłam do zaopatrzenia, a tamci odesłali mnie do dyrektora, a dyrektor odmówił - wzdycha.
- OK, ja to załatwię - mówię szybko. - A co z pozostałymi?
- Została ostatnia.
- Jak to? - pytam spokojnie.
- Trzy są w naprawie od sześciu miesięcy - informuje mnie, wzdychając, oddziałowa.
- To trzeba monitować - niepotrzebnie ją pouczam.
- Dzwoniłam wielokrotnie i słyszałam, że jak szpital nie płaci, to nic nie zrobią.
Wykonuję w jej stronę zapraszający gest.
- Dobrze, niech pani usiądzie, zadzwonię do nich.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.