Obchód - Piotr Jan Marczyński

Kup ebooka

34.50 zł
28.92 zł (28,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Prolog

Pradziadek był felczerem, mama chciała być lekarką, ja zostałem lekarzem.

Zaraz, to nie tak. Najpierw oczywiście chciałem być śmieciarzem. Ku utrapieniu rodziców i babci, zainspirowany pracującą pod oknem śmieciarką, budowałem własną - z kilku taboretów i wiklinowego fotelika, który w moich oczach do złudzenia przypominał podnoszący się na zawiasie pojemnik - i tak zaimprowizowanym pojazdem rysowałem dębowy parkiet trzydziestu metrów kwadratowych mieszkania rodziców.

Już ta pierwsza, szybko zresztą porzucona, ścieżka kariery doprowadziła mnie do progu sławy. "Pana syn zakłóca spokój całej kamienicy", pisał do mojego ojca anonimowy donosiciel.

Później nie byłem już oryginalny: swój przyszły zawód zmieniałem systematycznie, uprzedni porzucając bez żalu. Aż wreszcie objawienie - z zapartym tchem (dosłownie w jedną noc) przeczytałem Pacjentów Jürgena Thorwalda, a wkrótce potem jego Stulecie chirurgów. I już wiedziałem, co będę robić.

Będę chirurgiem.

A skoro inaczej się nie da, skończę medycynę.

Decyzja ta, podjęta bodajże w drugiej klasie liceum, spotkała się z różnym odbiorem. Mama była zachwycona, widząc w niej z jednej strony kontynuację własnych marzeń, a z drugiej bodziec, który mógłby mnie zmotywować do nauki.

Biegunowo inna była reakcja ciotecznej babci, która poinformowana dwa lata później, że mam wymarzony indeks, skomentowała krótko: "To niemożliwe". Oddawało to chyba wierniej "wiarę" (niezaślepioną matczyną miłością) rodziny w moje możliwości. Zapamiętałem to ciotecznej babci do końca życia i przypomniałem po obronieniu doktoratu - podczas (jej oczywiście) dziewięćdziesiątych urodzin.

Potem kilka lat nauki, trochę wzlotów i upadków - i z dyplomem lekarza w ręce stanąłem na rozdrożu kariery: musiałem wybrać między pracą bosmana na żaglowcu a posadą lekarza stażysty. Nie bez wewnętrznej rozterki założyłem biały kitel.

Jeszcze tylko rok stażu i droga do chirurgii stanęła przede mną otworem. A jak długa to droga, miało się dopiero okazać.

 

Wydawnictwo Melanż poleca:

Zapraszamy na stronę www.melanz.com.pl

BIOGRAFIE

Piotr Szarama Jerzy Kulej. W cieniu podium

Stanisław Mikulski Niechętnie o sobie

Emil Karewicz Moje trzy po trzy

Lidia Grychtołówna W metropoliach świata. Kartki z pamiętnika

Grażyna Biskupska  Skorpion z wydziału terroru

PROZA

Dorota Kowalska Pasjonaci. Rozmowy o tym, co w życiu ważne

Dorota Kowalska Barbara Piwnik rozmawia z Dorotą Kowalską

Iwona Sulik Byłam rzecznikiem rządu

Krystyna Gucewicz Jeszcze wczoraj miałam raka

POWIEŚCI

Małgorzata Wachowicz Pokochaj mnie

Anna Mentlewicz Zemsta na ekranie

Anna Mentlewicz Pewna pani z telewizji

Krzysztof Beśka Przepustka do piekła

Krzysztof Beśka Spowiedź w fotoplastikonie

Krzysztof Beśka Rikszą do nieba

Krzysztof Beśka Autoportret z samowarem

Tomasz Turowski Egzekucja

Tomasz Turowski Moskwa nie boi się krwi

Tomasz Turowski Krwawiące serce Azji

Tomasz Turowski Dżungla we krwi

Alina Lużyńska Łza przeszłości

Paweł Oksanowicz Biuro Spełniania Marzeń

Halina  Teresa  Godecka Celestyna

Halina  Teresa  Godecka Michasia

Marta Kijańska (Nie)winna

REPORTAŻ

Dorota Kowalska W kręgu zła

KRYMINAŁY

Kasia Magiera Echo milczenia

Alek Rogoziński Morderstwo na Korfu

Alek Rogoziński Ukochany z piekła rodem

Paweł Oksanowicz Kra Kra krakowski kryminał

DZIENNIKI

Rajmund Kalicki Dziennik podróży na Ocolorę

Janusz Drzewucki Życie w biegu. O ludziach, miejscach, literaturze, piłce nożnej, maratonach i całej reszcie

HISTORIA

Jacek M. Kowalski, Robert J. Kudelski, Robert Sulik Lista Grundmanna. Tajemnice skarbów Dolnego Śląska

Sławomir Bogacki, Robert J. Kudelski Tajemnice wydobyte z jeziora

OPOWIADANIA

Literacki MELANŻ z Pragi

POEZJA

Stan Borys Daleko donikąd

Krystyna Gucewicz Wtorek z kremem waniliowym

Marta Kijańska Nigdy zawsze

Marta Kijańska Okno życia

DRAMAT

Hamlet w przekładzie Ryszarda Długołęckiego

ALBUM FOTOGRAFICZNY

Maciej Billewicz O Czesławie Miłoszu mniej znanym

PORADNIK KULINARNY

Anna Popek, Magdalena M. Krupa Siostry gotują

 

Rozdział pierwszy   Ordynator - owoce sukcesu, czyli koniec początku

Kolejny dzień. Sprawdzam pocztę. Trzy anonse: Allegro - skasować, Pudelek donosi (co za debil nazwał tak ten portal?!) - skasować, Pudelek donosi - skasować (jak zablokować to gówno?!), oferta nurkowań - skasować, reklama Leroy Merlin - skasować, oferty pracy...

OK. Przerwa. Zalałem kawę. Odprawa - zabrać kalendarz!

- Proszę czytać raport z dyżuru - przerywam poranną wymianę plotek w pokoju lekarskim.

- Raport... Przyjęcia... Pooperacyjni... - Jednostajny głos doktora Bocianowskiego usypia. Zamyślam się. - Interwencje... Brak krwi...

Czemu ten uroczy, zawsze elegancko ubrany siedemdziesięciolatek w staroświeckiej muszce, dawny wieloletni dyrektor szpitala na Solcu, musi dorabiać do emerytury nocnymi dyżurami? - myślę. I co będzie, jeśli to jemu coś się stanie?

Z drugiej strony, gdyby nie tacy jak on, dyżuranci z zewnątrz, już teraz trzeba by było zamknąć oddział...

- Proszę powtórzyć, zamyśliłem się. Dla kogo brakuje krwi?

- ...OK, proszę poinformować ich, że po raz trzeci "spadną" z zabiegu.

- Pozostały plan operacyjny na dziś bez zmian, babcia z sali jedenastej prosiła, żebym ją zrobił, umyjemy się razem. Ma osiemdziesiąt osiem lat, niech się nie stresuje, wiek ma swoje prawa.

- Plan na jutro - rzucam w stronę asystenta. - Marcin, rozpisz tych, którzy dziś spadli. Powiedz im, że to znów warunkowo, bo zależy od krwi, to samo dotyczy operacji nerek.

- Sprawy bieżące: dyrekcja podała nowe dyrektywy NFZ. Do wglądu w sekretariacie, jak zwykle niejasne.

- Jak zwykle - mruczy Marcin, po czym dodaje ciszej: - I tak zmienią je najdalej za tydzień.

Dwa łyki kawy. Uporządkować myśli. Co jeszcze muszę zrobić przed zabiegami?

Telefon na tomografię - mogę zejść za kwadrans. Zabieg za dwadzieścia pięć minut, jest chwila na przejrzenie poczty.

Przyszły dwie kolejne propozycje pracy, tym razem prywatna klinika w Arabii Saudyjskiej szuka urologa, szpital w Irlandii zatrudni konsultanta. Wczoraj dzwoniła pani z firmy headhunterskiej i namawiała mnie na pracę w Hiszpanii. Poszukują urologa, płacą sześć tysięcy euro brutto miesięcznie, pochodne, premie, dyżury pod telefonem, etc. Zbyłem ją:

- Jeśli pani znajdzie również pracę dla mojej żony, to chętnie.

- Będę próbowała, ale na miejscu byłoby prościej szukać.

- Nie chcę prowizorki i działań partyzanckich, to mam tutaj. Będzie oferta, to rozpatrzę.

- Prześlę propozycję mailem, pozostajemy w kontakcie, do widzenia.

- Do widzenia, czekam.

Kolejna przerwa między zabiegami. Można zrobić przegląd prasy przesłanej przez dyrekcję - ciekawe, co nowego po doktorze Mengele, po "skórach". Kogo tym razem aresztowali i wyprowadzili z pracy lub dyżuru?

DRRR, DRRR, DRRR - dzwoni telefon.

- Słucham?

- Czy to Warszawa?

- Tak.

- Szpital?

- Tak.

- Jaki?

- Wolski.

- Wolski?

- Tak, Wolski.

- A gdzie to właściwie jest?

- A do kogo pani chciała się dodzwonić?

Po drugiej stronie ktoś ciężko wzdycha:

- Bo ja w sprawie męża Mariana.

- Ale w czym mogę pomóc? Tu doktor Mrówczyk.

- Bo... bo... mężowi spuchły nogi w zeszłą środę.

- A czy mąż u nas leży?

- Nie, ale...

- To proszę zgłosić się do swojego lekarza.

- Ale ja nie mam lekarza.

- To proszę sobie wybrać, zapisać się i zgłosić.

- Ale jak mam się zgłosić? Osobiście?

- Myślę, że tak będzie najlepiej - odpowiadam, patrząc na zegarek. Zabieg! - I - dodaję szybko - przepraszam, ale jestem zajęty, do widzenia pani.

DRRR, DRRR, DRRR, DRRR - znowu dzwoni telefon.

- Izba przyjęć?

- Nie, urologia.

- To proszę przełączyć.

- Nie mam możliwości.

- Jak to pan nie ma? To co pan tam właściwie robisz?

- ...Do widzenia.

Na szczęście za chwilę przeprowadzam zabieg. Jeszcze jeden telefon i zapomniałbym, po co tu jestem.

PUK, PUK.

- Proszę.

- Panie ordynatorze, ktoś do pana dzwoni!

- Czemu nie na mój numer?

- Bo nie znał?

- To może i dobrze - wzdycham.

- Słucham? W czym mogę pomóc?

- Ja ze skargą do pana ordynatora...

- Co się stało?

- Nie chcieli mnie zapisać przez telefon na środę do doktora Iwańskiego. Powiedzieli, że może być piątek, a jak powiedziałem, że mi piątki nie pasują, to pani była chamska i oznajmiła, że mogę do kogo innego i że nie ma czasu ze mną rozmawiać!

- Może rzeczywiście nie ma czasu. Tam pracują tylko dwie panie; rejestrują, umawiają zabiegi, odbierają telefony, a pacjentów jest ponad sześćdziesięciu dziennie.

- Ale ja na was płacę!

- Myślę, że ta rozmowa nie ma sensu.

- Za moje pieniondze siem chamie wykształciłeś! - słyszę jeszcze.

- Żegnam. - Odkładam delikatnie słuchawkę.

PUK, PUK, PUK.

- Proszę?

- Panie ordynatorze...

- Tak, pani Aniu?

- Zamówiłam trzy ryzy papieru, dali jedną. Dzwoniłam do zaopatrzenia, powiedzieli, że więcej nie dadzą...

- Co ja pani poradzę... Wie pani co? Jak się zgłosi jakaś firma, to ją pani podeślę, spróbuję naciągnąć. Coś jeszcze? - pytam, widząc zakłopotanie na poczciwej twarzy mojej oddziałowej.

- Tak, zepsuła się kolejna dźwignia Albarrana...

- To proszę dać do naprawy i... - podpowiadam uprzejmie, ale pani Ania wchodzi mi w słowo:

- Nie da się jej już naprawić. Byli z serwisu i mówili, że trzeba kupić nową, więc dzwoniłam do zaopatrzenia, a tamci odesłali mnie do dyrektora, a dyrektor odmówił - wzdycha.

- OK, ja to załatwię - mówię szybko. - A co z pozostałymi?

- Została ostatnia.

- Jak to? - pytam spokojnie.

- Trzy są w naprawie od sześciu miesięcy - informuje mnie, wzdychając, oddziałowa.

- To trzeba monitować - niepotrzebnie ją pouczam.

- Dzwoniłam wielokrotnie i słyszałam, że jak szpital nie płaci, to nic nie zrobią.

Wykonuję w jej stronę zapraszający gest.

- Dobrze, niech pani usiądzie, zadzwonię do nich.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.