Obca - Lina Bengtsdotter

Reflow text when sidebars are open.
Do porannej odprawy pozostało jeszcze pół godziny. Charlie nie musiała się spieszyć po wyjściu z gabinetu Evy.
Przestało padać i w powietrzu czuło się świeżość. Jesień była ulubioną porą roku Charlie. Czas zgnilizny, jak mawiała Betty. Betty, którą lęk dopadał już przed Świętym Janem, kiedy sypały się kwiaty czereśni. Jednak dla Charlie jesień oznaczała odrodzenie, obietnicę rutyny, porządku i spokoju. Uwielbiała zapach owoców dzikiej róży i nowych książek, wszystko to przywodziło jej na myśl początek szkoły po nieskończenie długich, nieprzewidywalnych wakacjach. Tej jesieni było jednak inaczej. Tak jakby Charlie tylko udawała, że interesuje się tym, co dzieje się wokół niej, że pracuje i uczestniczy w rozmowach, udawała, że żyje, a jednocześnie wszystko dookoła w pewien pełen sprzeczności sposób wydawało się wielkie i napawało lękiem. Kilka dni temu mało brakowało, a zawiesiłaby w oknie koc, żeby odciąć się od światła wpadającego przez szpary między listwami żaluzji. Przeraziło ją już samo to, że o tym pomyślała. Nie wolno jej było stać się jak Betty. Nigdy taka jak Betty.
Wyjęła telefon, żeby sprawdzić, czy Susanne oddzwoniła. Nie oddzwoniła. Po zamknięciu sprawy z Gullsp?ng obiecały sobie utrzymywać kontakt i wkrótce znów się spotkać. Przez pierwsze tygodnie Susanne dzwoniła niemal każdego wieczoru podczas spaceru z psem. Rozmawiały o jej małżeństwie, w którym działo się gorzej niż kiedykolwiek, o tym wszystkim, co było nie do końca takie, jak sobie wyobrażały. Ale jakiś czas temu Susanne przestała odbierać telefony, a kiedy Charlie pytała, czy coś się stało, odpisywała krótko, że wszystko u niej okej, że po prostu ma dużo na głowie.
Charlie odczekała kilka sygnałów i rozłączyła się, gdy tylko odezwała się poczta głosowa. Susanne chciała, żeby zostawić ją w spokoju, i Charlie zamierzała to uszanować.
Kristina z recepcji wróciła z zagranicznych wakacji i choć tygodniami mówiła o tej podróży, Charlie zapomniała już, gdzie była. Teraz Kristina stała przy ekspresie do kawy w kuchni przylegającej do salki konferencyjnej i opowiadała, jak jej tam było cudownie, ciepły kraj, morze, basen, o wszystkim, co widziała. Uratowało jej to życie, bo w Szwecji nie było zbyt ciepło, jeśliby pominąć te upalne tygodnie w czerwcu, ale wtedy przecież była w pracy. Jednak potem... lato tak jakby nie mogło się rozkręcić.
Charlie próbowała przypomnieć sobie lato. Nie zastanawiała się nad pogodą. Te kilka razy, kiedy miała wolne po powrocie z Gullsp?ng, spała przez większą część dnia.
Kristina powiedziała, że już tęskni do przyszłego lata.
- A ja nie - stwierdziła Charlie i wzięła sobie drożdżówkę z półmiska na stole.
- Żartujesz?
- Nie. Nie lubię ani lata, ani wolnego, ani świąt i takich tam. Nie lubię nawet podróżować - dodała.
Potem żałowała, bo wiedziała przecież dobrze, że omawianie własnych przyzwyczajeń z Kristiną to zwykła strata czasu. Dlaczego nigdy nie może utrzymać języka za zębami? Ile razy ugrzęzły w niekończących się dyskusjach na najbardziej błahe tematy tylko dlatego, że coś ją zirytowało albo po prostu znudziło? Z Kristiną rozmawiało się o przepisach, pogodzie i cenach mieszkań za metr kwadratowy. Konkretnie, prosto i normalnie.
- To właściwie godne ubolewania - stwierdziła Kristina - nie lubić lata.
- A co w tym godnego ubolewania? Mamy przecież więcej pór roku niż lato, więc o wiele smutniejsze jest życie tylko dla tej jednej. A jeśli człowiek miałby być smutny każdego pochmurnego dnia, to co? To wtedy ile zostanie mu dni na radość, jeśli to właśnie na niej najbardziej mu zależy?
Kristina spojrzała na nią pustym wzrokiem.
- Mój Boże - powiedziała po chwili. - Chyba nie musisz się zaraz złościć z tego powodu, że trochę narzekam na pogodę i porę roku.
- Nie złoszczę się, zareagowałam tylko na to, że twoim zdaniem jestem godna ubolewania.
- Nigdy nie powiedziałam, że jesteś godna ubolewania.
Do pokoju wszedł Hugo. Kristina się rozjaśniła.
- Widzę, że ktoś tu był w ciepłych krajach - odezwał się.
Uśmiechnął się do Kristiny i skinął Charlie głową.
Kristina zapomniała o Charlie i znowu zaczęła opowiadać o temperaturze, okolicach, wycieczkach. Potem nagle umilkła i pogratulowała Hugonowi, mówiąc, że jakiś ptaszek ćwierkał jej do ucha.
- Dziękuję - powiedział Hugo. - To naprawdę wspaniałe uczucie.
Zerknął w stronę Charlie.
- Słyszałaś, Charlie? - spytała Kristina. - Słyszałaś, że ktoś tu zostanie tatusiem?
- Nie, ale teraz słyszę. - Charlie odwróciła się w stronę Hugona i uśmiechnęła na tyle, na ile była w stanie. - Wspaniałe wieści. Cieszę się.
- Dziękuję - odparł Hugo, a na jego policzkach pojawił się i zniknął rumieniec.
"Przynajmniej ma na tyle rozumu, żeby się wstydzić - pomyślała Charlie. - Zawsze to coś".
- A jak się czuje Anna? - pytała dalej Kristina, która bynajmniej nie wyczuła nastroju.
- Rzeczywiście czuła się kiepsko - odpowiedział Hugo. - Ale teraz jest lepiej, całe szczęście.
- Nie będzie cię na poniedziałkowej odprawie? - spytała zdziwiona Kristina, kiedy Charlie wstała i ruszyła do drzwi.
- Będę, ale zostały jeszcze całe trzy minuty.
Poszła do toalety i puściła na nadgarstki strumień lodowatej wody. Coś, czego nauczyła ją Betty. "Kiedy krew się w tobie gotuje, a czaszka płonie, najlepsza jest lodowata woda. Trzymaj nadgarstki tak, o właśnie, nie zabieraj ich, za chwilę nic nie będziesz czuć, jak po znieczuleniu. Wytrzymaj, kotku. Wytrzymaj. O tak, czujesz teraz? Czujesz, jak wszystko po prostu znika?"
Charlie zamknęła oczy, próbując sprawić, żeby wszystko zniknęło, nie myśleć o niczym, tylko biały pokój, biała podłoga, biały sufit, białe ściany bez okien. Ale twarz żony Hugona cały czas pojawiała się jej przed oczyma, jej dłonie na brzuchu, ręka Hugona troskliwie obejmująca jej ramiona, radość z dziecka.
Charlie uprawiała seks z Hugonem nie dalej jak miesiąc temu. Stał przy barze w jej ulubionym lokalu, stał i głupio się uśmiechał, udając, że znalazł się tam przypadkiem. Kiedy zaproponował jej drinka, powiedziała, że nie chce, że skończyli się widywać na gruncie prywatnym, ale on się upierał. Chyba mogli wypić po drinku i porozmawiać o tym, co było? Charlie w końcu się zgodziła, ale tylko na drinka, zastrzegła: żadnego gadania o tym, co było, bo nie miała ochoty roztrząsać ich romansu. Wiedziała już to, co powinna wiedzieć: że Hugo był tchórzliwym i fałszywym człowiekiem, mającym o sobie zbyt wygórowane mniemanie. Wiedziała, a jednak jej uczucia zdawały się to ignorować. Często słyszała, że jest racjonalna, ale kiedy w grę wchodził Hugo, jej intelekt był bez szans w starciu z pożądaniem. Jedyne, czego pragnęła, kiedy tak siedzieli, popijając każde swoje Long Island Iced Tea, to zabrać go do domu i uprawiać seks przez całą noc. I właśnie dlatego, po trzecim drinku, dokładnie tak zrobiła.
"Ciesz się, że on nie jest twój, Charline. Co byś zrobiła z takim facetem bez sumienia?"
Charlie otworzyła oczy. Nie chciała Hugona. Sądziła, że go chce, bo wmówiła sobie, że jest inny, że jest w nim jakaś głębia. A on jest tylko...
"A on jest tylko zwyczajnym mężczyzną, kochanie. Nie marnuj swojego czasu".
Ktoś pociągnął za klamkę.
- Przepraszam. - Usłyszała głos Andersa. - Nie zauważyłem, że zamknięte.
Charlie zakręciła kurki. Przetarła oczy wilgotnymi palcami, osuszyła dłonie papierem toaletowym i wyszła.
- Wszystko w porządku? - spytał Anders.
- Tak. To tylko lekkie przeziębienie.
- Co powiesz na spotkanie dziś wieczorem? Już sto lat razem nie wychodziliśmy.
- Osiem miesięcy.
- Naprawdę tak dawno? - Anders zmarszczył czoło, jakby nie do końca mógł w to uwierzyć. - Chyba rzeczywiście masz rację. Ostatni miesiąc przed urodzeniem się Sama przesiedziałem w domu, a potem... Od tego czasu ani razu nie wyszedłem na miasto.
- Maria cię nie puści - powiedziała z uśmiechem Charlie.
- Wyobraź sobie, że mam wolną wolę.
- Chyba że tak. W takim razie wyskoczymy gdzieś po pracy.
- Zadzwonię tylko do Marii i się upewnię - rzucił Anders.
- Świetnie. Temat jest otwarty.
Światło kłuło mnie w oczy, kiedy wyszłam przez bramę szpitala. Po spędzeniu ponad tygodnia w łóżku czułam się dziwnie krucha. Jakby świat się zmienił i stał czymś innym. Nie wiem, czy to przez kolory, dźwięki, powietrze, ale coś było zaburzone. Chwyciłam tatę za ramię, zamknęłam oczy i dałam się prowadzić do samochodu.
- Dlaczego masz zamknięte oczy, Francesco? - zapytała mama.
- To światło - odpowiedziałam. - To całe światło sprawia mi ból.
Tata zdjął moją dłoń ze swojego ramienia, ale ja nie otwierałam oczu i szłam, wyciągając przed siebie obie ręce. Kiedy uchyliłam powieki, zobaczyłam, jak rodzice patrzą po sobie, a mama znacząco kręci głową. Jeśli cokolwiek wyprowadzało ją z równowagi, to kiedy zachowywałam się jak wariatka.
- Dokąd jedziemy? - spytałam, gdy wcisnęłam się już na tylne siedzenie sportowego wozu taty.
Ktoś mógłby zauważyć, że z moimi długimi nogami powinnam siedzieć z przodu, ale nie sądzę, żeby cokolwiek na całym świecie było na tyle ważne, by przesadziło mamę na tylną kanapę.
Tata powiedział, że jedziemy do Gudhammar. Odwołał wszystkie spotkania w Szwajcarii w najbliższych dniach. Dopiero wtedy dotarła do mnie powaga sytuacji. Tata nigdy wcześniej nie odwołał żadnego spotkania. Spotkanie to spotkanie, termin to termin, umowa to umowa. A w Gudhammar spędzaliśmy tylko święta i wakacje.
- A potem? - dopytywałam. - Co będziemy robić w Gudhammar?
- Porozmawiamy o tym, jak możemy ci pomóc - odparł. - Musimy w spokoju to przedyskutować, zanim postanowimy, co dalej.
- Dlaczego nie wracam do Adamsbergu?
- Chyba sama rozumiesz dlaczego - powiedział tata.
Odparłam, że wcale tego nie rozumiem, że jeśli ktokolwiek miałby rzucać szkołę, to raczej Henrik Stiernberg i jego przyjaciele.
- Dość już gadania o Henriku Stiernbergu - uciął tata. - Ten temat jest zamknięty.
Pomyślałam, że dla mnie ten temat nigdy nie będzie zamknięty, nie mam ani dość gadania o Henriku, ani zastanawiania się nad karą dla niego. Bo nawet jeśli to prawda, co mówili, ten żałosny gang chłopaków o królewskich imionach, że nie spotkali Paula w wieczór, kiedy odbywał się bal, to i tak na nich spadała wina za jego śmierć. Odkąd tylko Paul pojawił się w Adamsbergu, dokuczali mu z powodu ubrania, tego, jak gestykulował, kiedy coś opowiadał, dialektu. Szydzili z niego, że wciąż czytał, z jego filozoficznych wypowiedzi na lekcjach, zainteresowania mózgiem, ciałem, życiem i śmiercią. Nie śmiali się z jego dowcipów, choć był najbystrzejszy z nas wszystkich. I nie ograniczali się do prześladowań psychicznych, bo wpadali na niego na korytarzach i popychali, jakby był niewidzialny.
"Jestem jak łabędź - mawiał, kiedy pytałam, jakim cudem potrafi się powstrzymać przed tym, żeby im oddać - to wszystko zwyczajnie po mnie spływa". Pewnego razu poprawiłam go, zauważając, że w tym powiedzeniu woda spływa po kaczce, a nie po łabędziu. A Paul roześmiał się i odparł, że to samo tyczy się łabędzi - chłód nigdy nie sięga ich skóry. Stwierdziłam, że nie znam się na tych mechanizmach obronnych, ale może istnieje jakiś powód, dla którego mówi się "po kaczce" zamiast "po łabędziu". Bo kaczki są też dość głupie, tak jak gęsi.
Paul powiedział, że on głupi nie jest, po prostu nie zamierza się przejmować. Nie przejmował się, co myśli o nim jakaś banda dupków.
Czy mu wtedy uwierzyłam? Pamiętam, że pomyślałam sobie, że to chyba najlepszy sposób, mimo wszystko, po prostu dać błotu spłynąć, ale potem zrozumiałam, że to nie działało - chłód jednak przecisnął się przez wszystkie warstwy ochronne Paula, wprost do serca. Na domiar złego moja własna siostra została dziewczyną Henrika Stiernberga, najgorszego z nich wszystkich. Nie rzuciła go nawet po tym, co się stało z Paulem. Kiedy zapytałam ją dlaczego, powiedziała, że przykro jej z powodu mojej straty, tak jakbyśmy ledwie się znały: "Bardzo mi przykro z powodu twojej straty, Francesco". I zaraz potem oznajmiła, że wierzy Henrikowi, kocha go i że to nie jest niczyja wina, że ktoś odebrał sobie życie.
Przez chwilę myślałam o swojej siostrze, o jej odwiedzinach w szpitalu. Za pierwszym razem płakała, tak jakbym już umarła, a za drugim, kiedy wiedziała, że przeżyję, płakała z powodu tych strasznych kłamstw, jakie rozsiewałam o jej chłopaku. "Już wcześniej robiłaś podobne rzeczy", oświadczyła, przypominając to, o co oskarżyłam starszego brata Erika Vendta. Nawet nie miałam siły zaprotestować.
- A Cécile? - odezwałam się, kiedy tata zjechał na autostradę. - Co będzie z Cécile?
Tata spojrzał mi w oczy we wstecznym lusterku i powiedział, że nic nie będzie z Cécile.
- Nie rozumiem, jak możecie pozwalać jej dalej tam chodzić.
- Skupiasz się nie na tym, co trzeba, Francesco - stwierdziła mama. - Jedyne, o czym masz teraz myśleć, to własne zdrowie.
Oznajmiłam, że jestem zdrowa, a chore jest pozwalać córce chodzić do szkoły, w której...
- Koniec dyskusji na ten temat - przerwał mi tata. - Porozmawiajmy o czymś innym.
Nie miałam ochoty rozmawiać o niczym innym. Miałam serdecznie dość tego, że tata decydował, o czym wolno mówić, zamknęłam więc oczy, udając, że śpię, a uczucie ulgi, że nie wracam do szkoły, rozlało się po moim ciele.
Ale najpierw i tak musieliśmy zajechać do Adamsbergu po trochę ubrań.
- Chodź ze mną - zaproponowała mama, kiedy zatrzymaliśmy się na parkingu. - Mogłabyś przynajmniej powiedzieć "cześć" Cécile.
Pokręciłam głową, bo nie miałam ochoty mówić Cécile "cześć", a poza tym nie chciałam ryzykować, że natknę się na Henrika Stiernberga albo kogokolwiek z jego bandy. Gdyby tak się stało, mogłabym urządzić scenę. To jeden z wielu moich problemów: nieumiejętność panowania nad impulsami.
Kiedy mama i tata już poszli, usiadłam na przednim fotelu i podniosłam wzrok na potężny biały budynek Adamsbergu. Całe to miejsce miało w sobie coś zimnego i nieprzyjaznego. Pomyślałam, że to aż nieprawdopodobne, jak długo tam wytrzymałam. Przez pięć lat modliłam się przed każdym posiłkiem i śpiewałam głupie pieśni o wspaniałości szkoły. Nosiłam ich niedopasowaną marynarkę z wielkodziobym orłem na piersi, próbowałam dostosować się do szeregu, być dobrą koleżanką i tak dalej, ale prawda była taka, że nienawidziłam tego miejsca od pierwszej chwili.
Dookoła budynku mieściły się internaty: Majoren, Talludden, Norra, no i Högsäter, który był moim domem, odkąd zaczęłam szkołę. "Esse non videri", głosił napis nad wejściem do mojego internatu. "Być, nie będąc widzianym", wyjaśnił tata, kiedy pierwszy raz przekraczaliśmy bramy szkoły. Powiedział to w taki sposób, jakby te słowa były piękne i wcale nie nieprzyjemne.
Miałam zaledwie jedenaście lat, kiedy wprowadziłam się do Högsäter, najmłodsza w całym Adamsbergu. Cécile i ja miałyśmy obie zacząć szóstą klasę, ale w równoległych grupach, i miałyśmy nie mieszkać razem. To dlatego, żeby dać nam szansę na nowy start. Czas, żebyśmy my, dziewczynki, mogły zacząć wszystko od nowa, uznała mama. Gdy tata tego pierwszego dnia szkoły wniósł moje walizki do domku na niewielkim wzniesieniu, z trudem hamowałam łzy. Nie chciałam spać razem z nieznajomymi ludźmi. Czy przynajmniej nie mogłabym zamieszkać w tym samym internacie co Cécile? Ale tata tylko pogłaskał mnie po głowie i powiedział, że teraz zacznie się najfajniejszy okres w moim życiu. Wiedział to, bo tak było w jego przypadku.
Ale ja nie byłam taka jak tata ani taka jak mama, ani taka jak Cécile. Byłam obca na tym świecie, obca we własnej rodzinie.
"Opisz ich - poprosił Paul, kiedy poskarżyłam mu się na to uczucie wyobcowania. - Opisz swoją rodzinę".
Dostał krótką wersję: moja siostra jest hipokrytką, tata łgarzem, a mama... moja mama to tylko papierowa laleczka powiewająca na wietrze.
Tata musiał odczuć jako porażkę to, że jego własna córka została relegowana ze szkoły, którą sam opisywał jako "podstawę swojej kariery". Rikard Mild naprawdę jak najlepiej wykorzystał swój czas w najbardziej snobistycznej szkole z internatem w Szwecji. Jego twarz widniała na ścianie przy jadalni, obok innych uczniów, którzy skończyli szkołę z najwyższymi ocenami ze wszystkich przedmiotów.
Tata wyglądał głupio na tej starej fotografii. Zaczesane na mokro włosy leżały mu płasko na czole, a zęby miał krzywe.
"Dziwne, że udało mu się zdobyć mamę - powiedziała Cécile, kiedy raz wspólnie przyglądałyśmy się zdjęciu. - Dziwne, że z taką twarzą udało mu się zdobyć najładniejszą dziewczynę w całym Sztokholmie".
Zapytałam ją, skąd wie, że mama była najładniejszą dziewczyną w całym Sztokholmie, a ona odpowiedziała, że od taty.
Stwierdziłam, że tata to bardzo mało wiarygodne źródło informacji o mamie. Według niego mama jest najdoskonalszym człowiekiem na świecie, i tu się myli, bo ktokolwiek spędziłby z nią więcej niż pięć minut, dostrzegłby, że ma ona całkiem sporo wad. Tata, zazwyczaj taki przenikliwy, w tej sprawie był kompletnym ślepcem.
Cécile powiedziała, że to miłość sprawia, że dostrzega się piękne cechy w człowieku. Kiedy ona wyjdzie za mąż, to też za takiego mężczyznę, który dostrzeże w niej piękno.
Odparłam, że jeśli ja, wbrew oczekiwaniom, wyszłabym za mąż, to za takiego mężczyznę, który potrafiłby mnie rozbawić i który nie sypiałby z innymi. Po co komu zapewnienia o własnej doskonałości, jeśli jest się zdradzanym?
Cécile stwierdziła, że nie powinnam wypowiadać się o rzeczach, o których nie mam pojęcia.
Przypomniałam jej o nocnych awanturach rodziców właśnie na ten temat, o tym, jak stałyśmy za drzwiami i słyszałyśmy płacz mamy z powodów, które tata nazywał kłamstwem. Ale ja widziałam wystarczająco wiele razy jego spojrzenia i dłonie dotykające innych kobiet, żeby zdawać sobie sprawę, że oskarżenia mamy nie brały się znikąd.
Rodzice zwlekali. Nie mogłam wysiedzieć w miejscu, więc wyszłam z samochodu. Z torebki wygrzebałam paczkę z ostatnim papierosem. Stałam przekornie, nie kryjąc się, w jasny dzień, i paliłam. Prawie miałam nadzieję, że zobaczy mnie ktoś z trzecioroczniaków albo jakiś nauczyciel. Byłoby cudownie poczuć, że ich groźby już nie mogą mnie dosięgnąć. Byłam relegowana, samotna. Nie miałam się czego bać, nie mogło być gorzej. Podeszłam bliżej żwirowej ścieżki prowadzącej w głąb terenów szkoły, stanęłam obok inskrypcji wypisanej złotymi literami na metalowej płycie łączącej skrzydła bramy i przeczytałam łacińskie słowa (w Adamsbergu łacina wciąż jeszcze była światowym językiem): "Non est ad astra mollis e terris via"1. Zapomniałam już, co to znaczy, ale kiedy ktoś mi to wyjaśnił, brzmiało dość przerażająco.
Mamy i taty nie było nigdzie widać. Pewnie ugrzęźli, bo przecież musieli sobie pokadzić z jakimś nauczycielem. Sama nie wiem czemu, ale poszłam na wzgórze do kaplicy. Dom Boży zawsze był otwarty, więc weszłam do środka. Powoli podążałam główną nawą do miejsca, w którym razem z Paulem siadywałam na mszach. Usiadłam na ławce i podniosłam wzrok na ukrzyżowanego Jezusa. Ileż to razy, będąc tu, wędrowałam myślami zupełnie gdzie indziej? Palcami przesunęłam po napisie wyrytym przez Paula na półce na psałterze: "Bóg nie ż". Więcej nie zdążył, bo pani Asp go powstrzymała i dopilnowała, by dostał ostrzeżenie. Pomacałam się po kieszeniach w poszukiwaniu czegoś ostrego. W szpitalu zabrali mi wszystko, czym mogłabym zrobić sobie krzywdę, ale przy wypisie odzyskałam przynajmniej swój pęk kluczy. Wyciągnęłam je i dokończyłam to, co zaczął Paul. "Bóg nie żyje".
Potem wróciłam do samochodu.
Po dwudziestu minutach przyszli rodzice, niosąc walizkę.
- Cécile pozdrawia - powiedziała mama po tym, jak poprosiła mnie, żebym przesiadła się do tyłu.
Zapytałam, dlaczego Cécile nie zeszła do samochodu i sama nie przekazała pozdrowień. Mama odparła, że Cécile przygotowuje się do krajowych testów z angielskiego.
Powiedziałam, że krajowe testy są na wiosnę.
Mama z westchnieniem stwierdziła, że pewnie coś źle zrozumiała. Tak czy siak, to bez znaczenia, skoro i tak nie odzywam się do Cécile. Nic przyjemnego, taka rozmowa z kimś, kto traktuje cię jak powietrze.
Już chciałam odpowiedzieć, że będę się do niej znowu odzywać, kiedy mi uwierzy, uwierzy własnej siostrze, a nie temu idiocie, swojemu chłopakowi, ale uznałam, że to się mija z celem. Rodzice zawsze wierzyli w wersję wydarzeń Cécile. Co do mnie, to jakby wychodzili z założenia, że kłamię, dopóki nie zostanie udowodnione, że jest inaczej. Nie robili z tego tajemnicy, a na swoją obronę dodawali, że to moja wina, bo za często mijałam się z prawdą. Ale moje zachowanie mogłoby także być wynikiem owej niewiary. Trudno - jak mawiał tata - stwierdzić, co było pierwsze: jajko czy kura.
- To leżało w szufladzie twojego biurka. - Mama podała mi kopertę.
Przyjęłam ją i ujrzałam swoje imię zapisane ozdobnym pismem Paula. Poczułam się zagubiona. Czyżby ostatecznie jednak napisał ten list pożegnalny?
- Czy to od n i e g o? - spytała mama.
Pokiwałam głową.
- Nie otworzysz?
- Potem.
Charlie próbowała znaleźć wygodną pozycję na krześle z odchylonym oparciem. Na lewo po przekątnej siedziała Eva, psycholożka.
Eva właśnie omówiła ramy ich spotkania. Ważne, żeby pilnować godziny rozpoczęcia i zakończenia, ważne, żeby otwarcie mówić, jeśli coś było nie tak, ważna jest też świadomość, że co powiedzą w tym pokoju, oczywiście w nim zostanie.
Ton głosu Evy był przyjazny, ale potrafiła spojrzeć surowo, jeśli było trzeba. Charlie ją sprawdziła, więc wiedziała, że Eva była członkinią Towarzystwa Psychologicznego z piętnastoletnim stażem w zawodzie. To był pierwszy warunek Charlie, kiedy szef zażądał od niej pójścia na terapię: ma to być osoba dobrze wykształcona, a nie jakiś zadowolony z siebie zadufek po ośmiotygodniowym kursie rozwoju osobistego. Nie chciała marnować czasu na kogoś, kto będzie klepał komunały i zwierzał się jej z własnego życia. Najchętniej uniknęłaby całego tego zamieszania, dlatego odsuwała to spotkanie, ile się tylko dało. Próbowała udowodnić Challemu, że dobrze się czuje, że w stu procentach ogarnia swoje życie i swoją pracę, ale po wydarzeniach zeszłego lata nadwyrężyła kredyt zaufania u szefa.
Tak czy owak, siedziała teraz w sprytnie skonstruowanym krześle w gabinecie Evy. Za oknem połyskiwały złote jesienne liście olbrzymiego dębu, a deszcz spływał po szybie cienkimi strużkami.
- Opowiedz mi, Charline - poprosiła Eva - co cię skłoniło do przyjścia.
- Możesz mówić do mnie "Charlie".
- Co cię skłoniło do przyjścia, Charlie?
- To przez mojego szefa. Postawił mi ultimatum. Jego zdaniem potrzebuję pomocy.
- Ach tak.
Eva przyjrzała się jej bacznie, a Charlie pomyślała, że terapeutka pewnie notuje w pamięci: "Możliwy brak samoświadomości".
- Zgadzasz się z tym?
- Że potrzebuję pomocy?
- Tak.
- Pewnie potrzebuję, ale nie przyszłabym, gdyby nie to, że zależy mi na pracy.
- Czy mogłabyś mi co nieco o sobie opowiedzieć? Wiem, gdzie pracujesz, ale niewiele więcej.
- Co więcej musisz wiedzieć?
Eva uśmiechnęła się i oznajmiła, że praca to nie wszystko. Może powiedziałaby ogólnie, kim jest.
- Jasne - zgodziła się Charlie. - Lubię... - Przerwała. Co tak naprawdę lubiła? Czytanie, picie, samotność. W tej chwili nie przychodziło jej do głowy nic, co nie brzmiałoby dołująco. - Lubię czytać.
Kiedy spostrzegła, że Eva czeka na coś więcej, miała ochotę dodać, że uwielbia też trenować, ale dlaczego miałaby kłamać?
- Czy już wcześniej korzystałaś z pomocy psychiatrycznej? - zapytała po chwili Eva.
- Tak, kilka spotkań, kiedy byłam dorosła, i przez dłuższy czas, gdy byłam nastolatką. Miałam czternaście lat, kiedy zmarła moja mama.
- Trudny wiek na utratę rodzica.
Charlie pokiwała głową.
- A ojciec?
- Nieznany.
- Rozumiem. Jakie miałaś relacje z mamą?
- Były... - Charlie nie wiedziała, co powiedzieć. Skomplikowane? - Moja mama była bardzo specyficzna.
- To znaczy?
- Raczej nie przypominała innych matek. Chyba można powiedzieć, że usilnie się staram do niej nie upodobnić.
- To raczej naturalne - stwierdziła Eva - że człowiek stara się nie powtarzać błędów swoich rodziców. Ale próba podkreślenia swojej odrębności od matki to zarazem dowód, że się od niej wywodzisz. Może dopiero kiedy zaczniesz działać bardziej niezależnie, poczujesz się wolna.
- Jasne.
- Możemy do tego wrócić. Ale najpierw chciałabym, żebyś mi wyjaśniła, dlaczego twój szef postawił ci to ultimatum. Że musisz pójść na terapię.
W głowie Charlie zaszemrała Betty. W czasie swoich gorszych okresów mawiała: "To jakby podwodne prądy próbowały mnie ściągnąć na dno. Jeśli jestem spokojna i rozmyślam, tonę. Najlepiej nie myśleć, nie mówić. Od tego robi się tylko gorzej".
- To pewnie przez picie - odparła Charlie. - Zdarza się, że trochę przeholuję. A powodem, dla którego tu siedzę, jest to, że dotychczas trzymałam to pod kontrolą i piłam tylko wtedy, gdy miałam wolne, nigdy na dzień przed pracą, w każdym razie niedużo, ale w ostatnim czasie zdarzało mi się, że wypiłam kilka kieliszków, choć następnego dnia miałam pracować, i pewnie czuć było ode mnie alkohol. Challe, mój szef, ma naprawdę niebywały węch.
- Może na twoje szczęście - odezwała się Eva. - Dzięki temu w porę otrzymałaś pomoc.
- Skąd wiesz, że w porę? - Charlie nie mogła powstrzymać pytania.
- Jesteś świadoma swoich problemów i mówisz o nich otwarcie. To całkiem dobry punkt wyjścia.
- Od dawna o tym wiedziałam, a mimo to niewiele mogłam na to poradzić, tak że nie wiem, czy to coś da.
- Dopiero co mówiłaś, że dotychczas nad tym panowałaś.
- Zdarzyło się już, że straciłam kontrolę.
- Tak czy owak, teraz jesteś tutaj.
- Tak, teraz jestem tutaj.
Nastąpiło kilka minut powierzchownej rozmowy. Potem zapadła cisza. Charlie przyglądała się obrazom na ścianie za Evą. Były oprawione i przedstawiały... test Rorschacha - teraz to zobaczyła. Starała się dostrzec w figurach kształty, które powiedzą coś o jej zdrowiu psychicznym, ale Eva jej przerwała - chciała się dowiedzieć czegoś więcej o jej obowiązkach służbowych.
Charlie opowiedziała o swojej pracy w Narodowym Departamencie Operacyjnym, o tym, jak ona i jej koledzy są włączani do pomocy lokalnej policji w trudnych przypadkach w całym kraju.
- Jak poza tym wygląda twoja sytuacja życiowa? - zapytała Eva.
- Samotna, bezdzietna - odparła Charlie.
- Wróćmy do twojego picia. - Eva nie skomentowała stanu cywilnego Charlie. - Od jak dawna jest to problem?
- Nie wiem dokładnie. Pewnie zależy, kogo spytać.
- Pytam ciebie.
- Od samego początku bardzo lubiłam pić i zawsze piłam więcej niż ludzie wokół mnie. Nigdy tak naprawdę nie rozumiałam tego "jeden kieliszek i dziękuję". Ale nie nazwałabym siebie alkoholiczką tylko dlatego, że piję więcej niż inni. Chyba można powiedzieć, że to przejściowe: miewam spokojniejsze okresy.
- A ten okres, który poprzedził nasze spotkanie, kiedy się zaczął?
- Szczerze mówiąc, nie pamiętam, ale kilka miesięcy temu wróciłam do Gullsp?ng, miejsca, w którym dorastałam. To niewielka miejscowość w Västergötlandzie - dodała, zauważywszy, że Eva nie zna tej miejscowości. - Mieszkałam tam do śmierci mamy. Później przeprowadziłam się do Sztokholmu.
- Masz tu krewnych?
- Nie, trafiłam do rodziny zastępczej.
- Jak było?
Charlie nie wiedziała, co powiedzieć. Bo co właściwie można powiedzieć o życiu w małym szeregowcu w gminie Huddinge? Oczyma duszy zobaczyła ogród, porządnie zagrabioną żwirową dróżkę, rabaty, na których wszystko rosło w równych rzędach, i jabłonkę nigdy nierodzącą owoców. Pomyślała o pierwszym spotkaniu z rodzicami zastępczymi Bengtem i Leną, no i z ich córką Lisen, o tym, jak całą trójką sztywno powitali ją w swym klinicznie czystym domu. Z pozoru nowa rodzina była dokładnie taka, o jakiej marzyła w gorszych okresach Betty: spokojni, porządni ludzie pilnujący regularnych godzin snu, wspólnych posiłków, z mamą, która pakowała rzeczy na gimnastykę i przyrządzała domowe posiłki, nie załamując się nerwowo. Lena nigdy nie leżała na kanapie, modląc się o ciemność i ciszę. Nigdy nie urządzała przyjęć i nie zapraszała ludzi, których nie znała. Charlie przypomniała sobie swój pokoik, świeżo upraną pościel w łóżku, zapach mydła i róż. "Czuj się jak u siebie w domu - powiedziała Lena pierwszego wieczoru. - Naprawdę mam nadzieję, że będziesz się tu czuła jak u siebie w domu, Charline, i że ty i Lisen będziecie jak siostry".
Ale Charlie nigdy nie czuła się u siebie w tym domu w Huddinge i nigdy nie były z Lisen jak siostry.
Eva odchrząknęła.
- Jakoś tam się układało - odezwała się Charlie - w tej rodzinie zastępczej. Panował tam ład i porządek, a ja mogłam się skupić na szkole.
- Wspaniale - powiedziała Eva - ale wróćmy do początku tego okresu. Pojechałaś do Gullsp?ng w pierwszych tygodniach lata. Po co?
- Praca. Zaginęła młoda dziewczyna, Annabelle Roos, może czytałaś w gazecie.
- Tak, słyszałam o tym.
- Pojechaliśmy, żeby pomóc lokalnej policji. Powrót tam nie był łatwy, o wiele trudniejszy, niż się spodziewałam.
- Pod jakim względem?
- Obudziło to we mnie mnóstwo wspomnień i wtedy...
Charlie przypomniała sobie szczupłe ciało Annabelle wyławiane z czarnych wód rzeki Gullsp?ng i przyjaciela Betty Mattiasa, znikającego w tej samej czarnej toni dwie dekady wcześniej, zobaczyła dwie dziewczynki i płaczącego chłopczyka między nimi jeszcze dalej w przeszłości, na długo przed jej urodzeniem.
- Wtedy co? - Eva pochyliła się na krześle.
- Można powiedzieć, że do pewnego stopnia zaangażowałam się osobiście w pracę. A potem popełniłam błąd i zostałam odsunięta od sprawy, co też, rzecz jasna, miało na mnie wpływ. Kiedy przyjechałam do Sztokholmu, myślałam, że wszystko wróci do normy, ale tak się nie stało. Wręcz się pogorszyło.
- Co się pogorszyło?
- Lęki, poczucie beznadziei, problemy z zasypianiem. Źle sypiam, a kiedy w końcu uda mi się zasnąć, mam nieprzyjemne sny.
- Opisz je.
- Sny?
- Tak.
- Zaczęło się od powrotu z Gullsp?ng, potem trochę się uspokoiło, ale teraz zajmuję się sprawą, która porusza mnie bardziej, niżbym chciała.
Eva zapytała o rodzaj sprawy i Charlie opowiedziała jej o dwóch młodych Estonkach, które zostały zamordowane i porzucone w lesie na peryferiach miasta. Jedna z nich miała trzyletnią córeczkę, głodną dziewczynkę o podkrążonych oczach, która przez co najmniej dwie doby siedziała sama w mieszkaniu. Córka wciąż jeszcze nie wypowiedziała ani słowa, mimo że od jej znalezienia minęły już dwa tygodnie.
Eva stwierdziła, że każdego by to poruszyło, że małe porzucone dzieci u większości ludzi budzą takie uczucia. Ale dziewczynce nic się nie stało?
- Żyje - powiedziała Charlie. - Ale niewiele więcej. Dziś w nocy śniłam, że to moje dziecko, że to ja byłam jej mamą. Chciałam biec do domu i ją ratować, ale nie mogłam, bo przecież nie żyłam. A potem, w następnym śnie, to ja byłam dzieckiem i... sama rozumiesz.
- Zażywasz jakieś leki? - spytała Eva, nie komentując snów.
- Sertralinę - odparła Charlie - sto miligramów. - Nie dodała, że czasem uzupełniała dawkę o sobril albo tabletkę nasenną, albo i jedno, i drugie.
- Nic więcej?
Charlie pokręciła głową.
- Wiesz o tym, że koszmary senne są częstym skutkiem ubocznym zażywania sertraliny?
Charlie kiwnęła głową. Wiedziała to wszystko, ale brała sertralinę od wielu lat, więc to prawdopodobnie nie miało związku.
Eva splotła dłonie na kolanie.
- A ten błąd, o którym wspomniałaś - podjęła. - Chciałabym się na chwilę tu zatrzymać.
Charlie pomyślała o tym wieczorze i nocy w pubie. Lukrecjowe shoty w kieliszkach, wino, piwo, Johan. Głupotą było grzebanie w jego życiu po powrocie do Sztokholmu. Jeśli człowiek chciał ruszyć dalej, powinien zamknąć za sobą drzwi i zostawić pewne sprawy w spokoju - wiedziała o tym doskonale, ale zamiast tego zajrzała pod każdy napotkany kamień. Zaczęło się od tego, że chciała się dowiedzieć, gdzie mieszka, sprawdzić, czy nie jest żonaty, że nie skłamał, mówiąc, że jest synem przyjaciela Betty. Wszystko na to wskazywało.
- Charlie? - Eva patrzyła na nią.
- Przepraszam. Co powiedziałaś?
- Poprosiłam cię, żebyś opowiedziała mi o tym błędzie, o którym wspomniałaś wcześniej.
- Rzeczywiście. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, ale wypiłam za dużo i wzięłam sobie dziennikarza do pokoju. Następnego dnia do prasy wyciekły poufne informacje na temat sprawy. Ale to nie ja byłam źródłem przecieku, nawet jeśli wszyscy tak sądzili. I tak, wynikły z tego problemy, rzecz jasna.
Eva przez chwilę siedziała w milczeniu, jakby czekała na ciąg dalszy. Potem zapytała:
- Czy jeśli byłabyś trzeźwa, spędziłabyś noc z tym mężczyzną? Jak myślisz?
- Boże, nie!
- Czemu nie?
Charlie nie wiedziała, co na to odrzec, więc powiedziała prawdę: że nie pamięta, kiedy ostatnio była trzeźwa w łóżku z mężczyzną. Czy to coś złego?
- A jak uważasz?
- Uważam, że to oczywiście była głupota, ale poza tym... to znaczy kiedy nie jestem na służbie? Czy twoim zdaniem jest coś złego w takich przygodnych kontaktach?
- Zależy ci na mojej opinii?
Charlie odparła, że nie, ale to nie była prawda, bo jeśli miała z czymś problem, to właśnie z ludźmi, którzy lubią osądzać innych.
- Tak czy siak, trudno mi na to odpowiedzieć, ale wykorzystywanie seksu jako drogi ucieczki od problemów nie jest zbyt konstruktywne.
- W każdym razie chyba lepsze niż alkohol?
- Z tego, co zrozumiałam, stosujesz i jedno, i drugie?
Charlie westchnęła i wyjrzała przez okno, śledząc wzrokiem przelatującego kosa.
- Nie mówię, że seks z nieznajomymi jest zły. Mówię tylko, że powinnaś się zastanowić, dlaczego to robisz. Jaki masz cel.
- Nie wystarczy, że poprawia mi to samopoczucie? Czy musi w tym być głębszy cel? Dlaczego nie można po prostu robić czegoś, dzięki czemu człowiek czuje się dobrze?
- Pewnie, że można. Ale to, co na chwilę poprawia twoje samopoczucie, niekoniecznie będzie tak działało na dłuższą metę.
Charlie skinęła głową. Smutne, ale prawdziwe.
- Chcę przez to powiedzieć, że zażywanie narkotyków poprawia samopoczucie narkomana - ciągnęła Eva - ale to nie znaczy, że...
- Tak, tak, rozumiem.
Charlie zaczynała żałować, że zażądała wykształconego psychologa. Łatwiej byłoby pogadać z uśmiechniętym life coachem, który podsunąłby jej nowe odmiany jogi i medytacji. Jeśli naprawdę miałaby uzyskać jakąś pomoc, musiałaby kopać głęboko, a nie wiedziała, czy ma na to siłę. Czuła się taka zmęczona.
- Wróćmy do twojej mamy - odezwała się Eva. - Jaka ona była?
- Była... inna.
Charlie spojrzała na zegar. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, ile jeszcze zostało czasu, bo żeby opisać Betty, nie starczyłoby jej życia. Bo Betty była tak pełna sprzeczności i kontrastów, ciemności i światła, siły i bezsilności. Kiedy Charlie studiowała psychologię, próbowała znaleźć diagnozę pasującą do Betty, ale za każdym razem czuła, że to nie to. Tak jakby wszelkie ramy były za ciasne, jeśli chodziło o Betty Lager.
Charlie upiła duży łyk wina.
- Kto to? - zapytał Anders.
- Nie widzisz? - zdziwiła się Charlie. - Przestań się tak gapić.
- Wydaje się znajomy - stwierdził - ale nie mam pamięci do twarzy. Powinienem go znać?
- Johan Ro - podpowiedziała. - Dziennikarz z zeszłego lata.
Anders rozjaśnił się w uśmiechu.
- Rzeczywiście, teraz pamiętam.
Charlie nie mogła powstrzymać uczucia irytacji, że wyglądał na takiego ucieszonego. Czy już zapomniał o następstwach tej znajomości?
- Doprowadził do tego, że zostałam odsunięta od sprawy.
- Szczerze mówiąc, raczej sama do tego doprowadziłaś - powiedział Anders. - Bo nie sądzę, żeby zmuszał cię do seksu, a potem prosił o informacje na temat dochodzenia.
Charlie zapomniała, jaki przemądrzały robił się po alkoholu.
- Nigdy nie przekazałam mu żadnych informacji o dochodzeniu.
- A jednak następnego dnia pisali o tym w gazecie - skwitował. - Czy to przypadkiem nie ty nie wierzysz w przypadki?
- Oczywiście, że wierzę w przypadki.
- Czemu się tak wściekasz? Myślałem, że już dałaś temu spokój.
- Anders! - Charlie pochyliła się ku niemu. - Nigdy nie przekazywałam mu żadnych informacji o sprawie.
- No to skąd o tym wiedział? - Nie przestawał się uśmiechać, jakby ich rozmowa była zabawna. - Może powinniśmy go zapytać - dodał, wstając.
- Przestań, do cholery - powiedziała Charlie. - Siadaj.
- Spokojnie, idę tylko do toalety. Ale może ty powinnaś podejść się przywitać.
- Dlaczego miałabym to robić?
- A dlaczego nie? Widać, że próbuje nawiązać kontakt. Siedzi i właśnie wpatruje się w twój profil w lustrze za barem.
"Nie podchodź - prosiła w myślach, kiedy Anders sobie poszedł. - Nie podchodź i nie rozdrapuj". Ale Johan już był w drodze.
- Cześć - przywitał się. - Tak myślałem, że to ty.
- Cześć! - Charlie próbowała wyglądać na mile zaskoczoną. - Fajnie cię widzieć. Wszystko u ciebie dobrze?
- Zupełnie dobrze. - Johan się uśmiechnął. - A u ciebie?
Pomyślała, że musiała chyba wyprzeć to, jak ten uśmiech na nią działał.
- Świetnie - odparła.
- Dzwoniłem do ciebie.
- Tak? - odpowiedziała ze zdziwieniem i zawstydziła się fałszu we własnym głosie.
W pierwszej chwili nawet się ucieszyła i chciała oddzwonić, ale w końcu tego nie zrobiła. Zadziałał instynkt samozachowawczy, bo ostatnie, czego jej było trzeba po Gullsp?ng, to człowiek przypominający jej te wydarzenia, ktoś, kto wiedział tak dużo o jej rodzinnej historii. Johan, utracony syn Mattiasa.
- Tak, dzwoniłem kilka razy, a nawet zostawiłem wiadomość. Ale zrozumiałem aluzję, kiedy nie oddzwoniłaś.
- Trochę dużo się działo, ja...
- Nic się nie stało - przerwał jej. - Rozumiem.
I coś w jego spojrzeniu mówiło jej, że tak było, że naprawdę rozumiał. Charlie przypomniała sobie słowa Betty o jego ojcu, Mattiasie: "To jedyny człowiek, który wie o mnie wszystko, a mimo to mnie lubi".
Czy to możliwe, żeby Johan miał równie dużo zrozumienia dla zagubionych dusz, co jego ojciec? Ale zaraz potem pomyślała, że nie ma co brać tego za pewnik. Johan może i znał jej tajemnice, ale nie znał jej. Nie znali się i pewnie lepiej, żeby tak zostało.
- Przysiądziesz się na chwilę? - zapytała Charlie. Skąd jej to przyszło do głowy?
Ale było już za późno.
Anders wrócił do stolika i wesoło przywitał się z Johanem. Charlie widziała, że był już nieźle wstawiony.
- Spotkałem koleżankę ze szkoły - powiedział. - Zaproponowała mi drinka przy barze. Czy macie coś przeciwko temu, żebym...?
- Nie ma sprawy - zgodziła się Charlie. - I tak zaraz muszę iść.
Anders zniknął i zostali sami z Johanem.
- Chcesz wina? - spytała.
Johan przytaknął, więc nalała mu do kieliszka Andersa i podała. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, błądząc wzrokiem po sali. Muzyka płynąca z głośników była donośna, nierytmiczna i brzęcząca. Charlie dojrzała Andersa i jego koleżankę przy barze. Rozmawiali zetknięci głowami. "Może, żeby przekrzyczeć muzykę", pomyślała Charlie, bo Anders naprawdę nie był typem zbliżającym się do kobiet, z którymi się nie ożenił. A może był? Jeśli życie czegoś ją nauczyło, to tego, że człowiek nigdy nie jest w stanie poznać do końca drugiego człowieka i że nawet ci niby-prości i przewidywalni byli zdolni do czynów, które na pozór są wbrew ich naturze. Ona sama wyobrażała sobie, że potrafi kontrolować swoje emocje - nic bardziej mylnego. Choćby teraz: siedziała tu z tym mężczyzną, rozsądek podpowiadał jej, że powinna się z nim szybko i uprzejmie pożegnać, ale zamiast tego podniosła swój kieliszek i powiedziała, że fajnie go widzieć, że sporo o nim myślała tej jesieni.
- Naprawdę? - Znów się uśmiechnął.
- A czemu miałabym tego nie robić? Nie każdego dnia w życiu pojawia się utracony brat.
- Wolałbym, żebyś nie widziała we mnie brata.
- Czemu nie?
Charlie poczuła ogarniające ją w piersiach ciepło, kiedy Johan odpowiedział, że to nie bratersko-siostrzaną miłość czuli do siebie zeszłego lata.
- Więc co to było? - zapytała, odstawiając kieliszek. Zawsze mówiła prosto z mostu, picie powinno ją uspokoić.
- You tell me.
- Żądza? - Charlie znów nachyliła się po wino. - Chwilowe pomieszanie zmysłów? Porzucone potomstwo dwojga szaleńców poszukujące u siebie nawzajem pocieszenia?
- A może po prostu dwoje dorosłych, niespokrewnionych ze sobą ludzi plus pożądanie? - powiedział Johan.
- Brzmi zdecydowanie przyjemniej.
Upiła łyk wina. Znowu pomyślała o tym artykule, o nastolatce - nie dawało jej to spokoju.
- Nawiasem mówiąc, przeczytałam twój artykuł - powiedziała. - Ten o Francesce Mild. Wiesz może coś więcej? To znaczy więcej, niż napisałeś w artykule?
- Nie, jest tam prawie wszystko. Trudno było skłonić ludzi do rozmowy o Francesce Mild. Można by nawet przypuszczać, że czegoś się obawiają. A co?
Charlie wzruszyła ramionami.
- Uważam, że to dziwne, że nikt w Gullsp?ng o niej nie wspomniał. Wiesz: kiedy szukaliśmy Annabelle. Przecież to byłoby zupełnie naturalne wspomnieć o dziewczynie, która zaginęła wcześniej.
- Tak, pewnie masz rację. Ale to było dawno temu, może ludzie zapomnieli.
- Mieszkańcy małych miejscowości nie zapominają, wierz mi.
Charlie przypomniała sobie zdjęcia Franceski, uczennicy szkoły z internatem, ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, i buntowniczy wyraz jej twarzy.
Dokończyli wino. Anders wciąż siedział z koleżanką przy barze.
- Pójdziemy? - spytała Charlie.
- Dokąd?
- Do mnie.
"Powtórzenia - pomyślała, kiedy odbierali kurtki i wychodzili z Riche. - Czy życie to niekończąca się seria powtórek?"
Było parę minut po piątej, kiedy ktoś zapukał do drzwi pokoju Charlie. Anders chciał wiedzieć, czy niedługo skończy. Chwilę jej zajęło, zanim przypomniała sobie o planowanym wyjściu na miasto.
- Wolno ci? - Nie mogła się powstrzymać, żeby nie zapytać.
Chyba nie bardzo wierzyła, że to wypali. Właściwie wolałaby zostać w pracy, posiedzieć w swoim pokoju, patrzeć, jak za oknami zapada ciemność, i spróbować znaleźć coś nowego w trwającym właśnie śledztwie. Ale wiedziała też, że dopiero gdy pozwoli sobie na odpoczynek i oderwie myśli od sprawy, będzie umiała spojrzeć na nią pod innym kątem.
- Nie jestem niczyim niewolnikiem - powiedział Anders, a Charlie zdusiła pokusę, żeby mu odpowiedzieć, że z jej punktu widzenia niewiele mu do tego brakuje.
- Moje czy twoje rejony? - zapytała.
Anders udawał, że nie wie, co ma na myśli, ale rozjaśnił się w uśmiechu, kiedy zaproponowała Riche.
*
W Riche było gwarno, mimo że jeszcze nie minęła szósta. Andersowi udało się złapać kelnera i dostali mały stolik w głębi sali.
- Jesteś głodna, prawda? - zapytał.
Pokiwała głową.
- Co byś chciała?
- Cokolwiek - odparła. - Jestem taka głodna, że nie mam siły zastanawiać się nad menu.
Anders spojrzał na kelnera, który zaraz podszedł do ich stolika. Zamówił dwa carpaccio z wołowiny i dwa kieliszki czerwonego wina, którego nazwy Charlie nawet nie usłyszała. Anders przerwał i zapytał, czy nie wolałaby innego wina, ale pokręciła głową, oznajmiając, że polega na nim. To całe wybieranie gatunków win w ogóle jej nie interesowało - i tak nie czuła różnicy. Czy już tak dawno nie wychodzili razem, że zdążył o tym zapomnieć? Poza tym wolała piwo od wina, ale teraz nie miała siły mu o tym przypominać.
Brzdęknęła komórka Andersa. Wyjął ją i się uśmiechnął.
- Co tam? - spytała Charlie.
- To Sam - odpowiedział. Odwrócił telefon w jej stronę i pokazał krótki filmik: synek siedział na kocu, a po brodzie ciekła mu strużka śliny. - Siedzi bez podparcia.
- Szybko się rozwija - stwierdziła Charlie, choć nie za bardzo wiedziała, czy to prawda. Nie znała się na rozwoju niemowląt.
- Zapewne jest dość zwyczajny - powiedział Anders - ale dla nas to i tak prawdziwy cud.
Jeszcze raz włączył odtwarzanie. Charlie próbowała zamaskować wewnętrzne znudzenie, biorąc do ręki jego telefon i przyglądając się uważnie.
- Jest śliczny - skomentowała, oddając komórkę.
- Boże, ależ jestem głodny. - Anders westchnął. - To chyba przez niedosypianie, w kółko tylko podjadam.
- Ze mną jest to samo - powiedziała. - Kiedy nie dosypiam, jem cały czas.
- Źle śpisz?
- Tak.
- A co nie daje ci spać?
- Nie wiem. Kłębiące się w głowie myśli.
- Jakie myśli?
- No na przykład teraz pracujemy nad dość okropną sprawą.
- Czyli nic więcej?
Dlaczego pokierowała rozmowę w tę stronę? Przecież wiedziała, że Anders będzie się dopytywał. Zawsze go ciekawiło, kim była i co czuła, ale po Gullsp?ng pytań o jej pochodzenie i samopoczucie było więcej niż kiedykolwiek. Nie wiedziała, czy to troska, czy ciekawość, a może i jedno, i drugie.
- Zwyczajne problemy ze snem - skwitowała. - Wiesz, błędne koło. Myślę o tym, że mam spać, i dlatego nie śpię... No, rozumiesz.
- Rozumiem - zgodził się. - Może dlatego jesteś trochę nie w sosie. To znaczy z powodu braku snu.
- Nic mi nie jest.
- Właśnie, że jest, Lager. Coś ci jest, odkąd wróciliśmy z Västergötlandu, a wcześniej w sumie też. Jak się zastanowić, to nie wiem, czy kiedykolwiek było z tobą całkiem okej.
Charlie czuła narastającą irytację. Spośród wszystkich kolegów z Andersem niewątpliwie najlepiej się dogadywała. Mimo że wiedli zupełnie inne życie i pochodzili z różnych środowisk, jakoś odnaleźli się nawzajem. Rzadko zgadzali się w różnych sprawach, często się ze sobą sprzeczali, ale jeszcze częściej śmiali. Jednak teraz coś między nimi się zmieniło. Nie zapomniała, jak ją wystawił Challemu po wpadce w Gullsp?ng. Może na jego miejscu zrobiłaby to samo, ale i tak ją to gryzło.
- Chodzę na terapię - oznajmiła krótko. - Próbuję uporządkować sobie pewne rzeczy.
- Co się stało? - Anders odstawił kieliszek i spojrzał na nią uważnie. - Co się właściwie wydarzyło zeszłego lata w Gullsp?ng?
- Co się wydarzyło? - Charlie odwzajemniła spojrzenie. - Zaginęła siedemnastolatka i została znaleziona martwa przy przepustach na zaporze. Nazywała się Annabelle Roos. Myślałam, że też tam byłeś.
- Oprócz tego działo się mnóstwo innych rzeczy - powiedział Anders. - Wydaje ci się, że nie wiem? Naprawdę nie byłaś sobą.
Podano jedzenie. Dopiero wtedy Charlie zdała sobie sprawę, jak bardzo była głodna. Wzięła do ust mięso z rukolą i orzeszkami piniowymi. Smak był boski.
- Tak czy owak, fajnie, że mogliśmy znowu gdzieś razem wyjść - stwierdziła. - Że znowu jesteś w grze.
- Nie jestem w grze - odparł Anders.
- Czemu?
Polał swoje danie oliwą i posypał płatkami soli i pieprzem.
- Chodzi o Marię. Wydaje mi się, że mamy pierwszy poważny kryzys.
Charlie odłożyła sztućce.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
W jej świecie cały związek Andersa i Marii stanowił jeden długi kryzys.
- Awantury i narzekanie o wszystko - wyjaśnił. - A kilka dni temu powiedziała, że nie jest pewna, co do mnie czuje. To prawda, była zła, ale mimo wszystko. Ciągle siedzi mi to w głowie. "Czy to już wszystko?", powiedziała. "Czy tak już będzie do końca życia?" Jakby żyła w jakimś piekle.
- Może potrzebujecie odpocząć od siebie przez jakiś czas - podsunęła Charlie. - Złapać oddech, przemyśleć pewne sprawy i...
- Nie chcę. Naprawdę nie chcę być bez niej.
- Rozumiem - powiedziała Charlie, choć nie rozumiała.
Spotkały się z Marią zaledwie kilka razy i od pierwszej chwili czuły do siebie wzajemną niechęć. Sytuacji nie polepszyło też to, że Maria dowiedziała się o romansie Charlie z Hugonem. Najwyraźniej znały się z żoną Hugona. Kiedy romans wyszedł na jaw, Maria zabroniła Andersowi pracować sam na sam z Charlie, a on nawet nie zaprotestował. Zamiast tego zaczął ukrywać przed żoną ich współpracę. To właściwie paranoja wytrzymywać na co dzień z takim człowiekiem jak Maria.
- Jest nieszczęśliwa - mówił dalej Anders. - Nie jest szczęśliwa.
- A ty?
- Tak, chyba. To jasne, że nie chodzę pijany ze szczęścia non stop, ale... Chodzi o to, że dla mnie rozwód nie jest żadną alternatywą.
- Dlaczego nie?
- Dlatego, że w moim świecie, to znaczy w świecie, z którego oboje z Marią pochodzimy... no, rozwód to pieprzona porażka i tyle.
"A tam, skąd ja pochodzę, porażką jest padać przed kimś plackiem i nie umieć stanąć na własne nogi - pomyślała Charlie. - Okazuje się, że uprzywilejowanym nie zawsze jest łatwiej".
- Ale może jednak i tak masz rację - dodał Anders. - Że potrzebujemy trochę czasu dla siebie. Tylko boję się, że następnym krokiem będzie stwierdzenie, że nam nie wychodzi, a potem to już tylko separacja. A samotność... mnie przeraża.
- Co cię w niej przeraża?
- Pytanie, czemu ciebie nie przeraża.
- Raczej nigdy tak nie twierdziłam. Chodzi tylko o to, że bycie razem, takie fałszywe bycie razem, wynikające z przekonania, że się należy do tej jednej jedynej osoby, wyobrażanie sobie, że obietnice, obrączki i dzieci mają cię uodpornić na samotność, przeraża mnie o wiele bardziej.
- A co cię uszczęśliwia? - zapytał Anders.
Charlie pomyślała, że to mogła być ironia.
- Co rozumiesz przez szczęście?
- Po prostu uszczęśliwia.
- Ludzie różnie wyobrażają sobie szczęście.
- A ty?
- Nie wiem - przyznała. - Jeśli za szczęście uznaje się to bulgoczące, łaskoczące uczucie oszołomienia, to wydaje mi się, że to nie jest stan, który jakoś szczególnie długo trwa. Jak dla mnie, polega ono głównie na nieodczuwaniu lęku. Wydaje mi się, że cenię sobie to uczucie wyżej od wielu innych. Nie czuć lęku to dla mnie szczęście.
- Brzmi okropnie.
- Co w tym okropnego?
- Że szczęście to po prostu nieodczuwanie lęku. Mówisz jak nieszczęśliwy człowiek.
"A ty jak człowiek, który nigdy nie przeżył prawdziwego lęku", pomyślała Charlie.
Zamówili butelkę takiego samego wina, jakie mieli w kieliszkach. Zadzwonił telefon Andersa. Oczywiście Maria. Wyłączył dźwięk.
- Nie chodzi o to, że ona nie wie, że wyszedłem na miasto - wyjaśnił. - Ale nie mam siły kłamać, że nie jestem z tobą. Wyślę tylko esemesa, czy wszystko dobrze z Samem.
"Rób sobie, co chcesz", powiedziała Charlie w duchu.
- Nie patrz w prawo - mruknął Anders - ale przy barze siedzi gość, który się na ciebie gapi.
Charlie natychmiast odwróciła się w prawo, a facet przy barze pochwycił jej spojrzenie. Poznała go w jednej chwili. Johan Ro. "Nie - pomyślała. - Nie teraz".
Po skończonej odprawie Challe spytał, czy Charlie ma chwilę na rozmowę w jego gabinecie. Poszła za nim i zamknęła za sobą drzwi.
- Sprawdzałem nadgodziny i urlopy pracowników - zaczął Challe, kiedy już zasiadł za biurkiem.
- I?
- I nie zdziwiłem się odkryciem, że to ty masz najwięcej zaległego urlopu.
- Aha.
- Zamierzasz kiedyś go wybrać?
- Wzięłam przecież dwa tygodnie w lipcu.
- Wzięłaś półtora - poprawił Challe - i ani jednego tygodnia zeszłego lata.
- No dobrze, ale teraz jestem w środku ważnego śledztwa.
- Wszystkie są ważne. Zawsze jest coś do zrobienia.
Charlie czuła, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa - za chwilę powie, że nikt nie skorzysta na tym, że Charlie zaangażuje się emocjonalnie w sprawę. Widział już ten schemat, mówił o tym ostatnim razem, kiedy poruszali ten temat. Zbyt się angażowała w przypadki skrzywdzonych młodych kobiet, ryzykowała szybkie wypalenie, co nie było dobre ani dla ofiar przestępstwa, ani dla ich krewnych, ani dla niej samej.
Charlie zobaczyła oczyma duszy nagie ciała kobiet, wzrok trzyletniej dziewczynki, która została w mieszkaniu. Jak tu się nie angażować?
- Nie mówię, że masz wziąć wolne tu i teraz, Charlie. Myślę tylko, że ty, tak jak każdy człowiek, potrzebujesz dłuższych okresów spokoju, by odzyskać siły od czasu do czasu.
Charlie odparła, że to prawda, tylko że ludzie odzyskują siły na różne sposoby.
Challe zgodził się z nią, ale jego obowiązkiem było zareagować, kiedy jego zdaniem pracownicy potrzebują wypoczynku. Bo nie ma ludzi niezastąpionych. Cmentarze są tego dowodem.
Charlie nie uśmiechnęła się, słysząc to idiotyczne powiedzenie. Zamiast tego zapytała, czy ta rozmowa ma coś wspólnego z wypadkami zeszłego lata.
- Ma coś wspólnego z wieloma rzeczami - odparł Challe. - Z wydarzeniami w Västergötlandzie, twoim imprezowaniem i z tym, że wyglądasz na wyczerpaną. Widziałem zdecydowanie zbyt wielu ambitnych ludzi w tym zawodzie, którzy poszli na dno, a nie stać mnie, żeby cię stracić.
- Nie stracisz - zapewniła Charlie, powstrzymując komentarz: "Czy dopiero co nie powiedziałeś, że nie ma ludzi niezastąpionych? To jak to właściwie jest według ciebie?".
- Nie wiesz tego, człowiek nie może postanowić, że się nie wyczerpie i nie wypali. Powinnaś być tego świadoma.
- Tak, jestem, ale w takim razie ja już osiągnęłam ten poziom. Poszłam na terapię. Zrobiłam wszystko, czego ode mnie żądałeś.
- I bardzo dobrze - powiedział Challe - ale moim zdaniem powinnaś wziąć sobie kilka tygodni wolnego w jednym ciągu. Może gdy zamkniemy to śledztwo. Nie będę cię zmuszał - mówił dalej, widząc wzrok Charlie - ale przemyśl to.
- Jasne. Pomyślę.
Wyszła z gabinetu ze ściśniętym gardłem. O wiele bardziej lubiła Challego w roli wymagającego szefa, niż kiedy przechodził na ojcowski ton.
A jeśli tak dobrze wie, co dla niej dobre, powinien rozumieć, że długi urlop w tej sytuacji będzie dla niej zgubny. Czym miałaby wypełnić dni? Czytaniem? A co dalej? Istniało ryzyko, że wyjdzie na miasto, wypije piwo, potem jeszcze jedno, a kiedy już wróci do pracy, jej potrzeba odzyskania sił będzie o wiele większa niż kiedykolwiek.
Kiedy Charlie wróciła do swojego pokoju, zabrała się z powrotem do czasochłonnego zajęcia, jakim było wyszukiwanie ludzi z kręgów obu Estonek. Jeden wielki mętlik złożony z przezwisk, numerów telefonów na kartę i ślepych uliczek. Charlie denerwowało to, że śledztwo nie posuwa się naprzód. DNA pobrane z ciał kobiet nie pasowało do żadnego w systemie, a tych kilka wskazówek, które mieli, donikąd nie doprowadziło.
Po kilku godzinach poczuła, że potrzebuje przerwy. Aby oderwać myśli od sprawy, wpisała w wyszukiwarkę "Johan Ro". Już dawno tego nie robiła. Na liście wyników zobaczyła artykuł, którego jeszcze nie czytała. Co się stało z Francescą Mild? Charlie kliknęła link do tekstu. "W nocy z 7 na 8 października 1989 roku zaginęła szesnastoletnia uczennica szkoły z internatem Francesca Mild. Przebywała wtedy w rodzinnym domu Gudhammar, w okolicy miejscowości Gullsp?ng w Västergötlandzie".
Charlie przerwała czytanie i zaczęła jeszcze raz od początku. "Gullsp?ng w Västergötlandzie". Rok 1989. Dlaczego nigdy nie usłyszała ani słowa o tej dziewczynie, kiedy trwały poszukiwania Annabelle? Pokręciła głową i wróciła do lektury. Tego wieczoru rodzice byli na przyjęciu, a Francesca została sama ze starszą siostrą. Siostra wcześnie poszła spać i dopiero następnego ranka zauważono zaginięcie Franceski.
"Minęło dwadzieścia siedem lat, odkąd Francesca Mild zaginęła bez śladu, ale do dziś nie wiadomo, co jej się przydarzyło. Było wiele teorii. Jej paszport zniknął, więc z początku zakładano, że odeszła z własnej woli".
Charlie przewinęła fragment o podejrzewanym samobójstwie, poszukiwaniach w jeziorze, przeprowadzonych rozmowach z uczniami, przyjaciółmi i krewnymi. Nic to nie dało. Było też zdjęcie rodziny Mildów na szerokich kamiennych schodach przed rodzinnym dworkiem. Mężczyzna i kobieta stojący za dwiema nastolatkami, które wyglądały na rówieśniczki. Wszyscy mieli na twarzach sztuczne uśmiechy poza jedną z córek, która wpatrywała się w obiektyw aparatu wzrokiem wyrażającym zarówno rezygnację, jak i przekorę. Francesca Mild.
Trochę dalej było jeszcze jedno zdjęcie, z internatu w Adamsbergu. Uczniowie w granatowych mundurkach, chłopcy w spodniach, dziewczęta w plisowanych spódniczkach. I młodsza wersja Franceski Mild. Stała w pierwszym rzędzie jako jedyna dziewczynka, z rękami założonymi na piersi.
Co się z nią stało?
Wzrok Charlie zatrzymał się na nazwisku Johana pod tekstem. Czy powinna się z nim skontaktować? Nie, właściwie czemu miałoby to służyć?
Johan rozejrzał się po pokoju. Charlie widziała, jak patrzy na książki ułożone w stosy na podłodze i parapetach.
Pomyślała, że to jest właśnie powód, dla którego woli iść do domu partnera, niż przyprowadzać go do siebie. Nie lubiła być pod lupą, gdy ktoś oglądał jej dom i na tej podstawie ją oceniał.
- Dlaczego nie masz półek na książki? - zapytał Johan.
- Bo to betonowe ściany - odpowiedziała. - Wszystko, co się na nich powiesi, spada.
- Może powinnaś użyć kołków rozporowych?
- Może, ale nie mam siły się tym zajmować.
- Ma się wrażenie, że dopiero co się wprowadziłaś.
- Mylne. Po prostu nie interesuje mnie kupowanie rzeczy i urządzanie mieszkania. - Charlie weszła do kuchni. - Chodź.
Johan wskazał na miseczki, które zostały po Lillith.
- Masz kota? - zapytał.
- Miałam - odparła. - Latem wzięłam z Lyckebo dziką kotkę.
- Co się stało?
- Zdechła.
- Samochód?
- Nie, nie wypuszczałam jej, bałam się, że nie poradzi sobie w miejskim środowisku. Zachorowała.
Pomyślała o kotce, która początkowo zdawała się czuć bardzo dobrze. Odrobaczyła ją, jej sierść zrobiła się gładka, a kontury żeber się wygładziły. I wtedy nagle przestała jeść.
Charlie odstawiła suchą karmę i zaczęła kupować jedynie drogie paczuszki luksusowego kociego pokarmu. Kiedy to nie zadziałało, wzięła kotkę do weterynarza, który po chwili stwierdził, że stan jest poważny, kot umiera. Wyrwała zwierzę z jego naturalnego środowiska. Wszystko to była jej wina. Weterynarz powiedział, że to nie dlatego, absolutnie nie, ale jeśli rzeczywiście chce zrobić coś dobrego dla tego kota, to powinna pozwolić mu zasnąć.
Charlie błagała, żeby spróbował ją ratować. Cena nie grała roli, ani nikłe prawdopodobieństwo wygranej. "Proszę ją ratować - błagała, nie dbając o to, że w jej głosie brzmiała desperacja. - Proszę zrobić wszystko, co się da". Ale weterynarz odparł, że będzie to jedynie przedłużanie cierpienia, więc w końcu Charlie się poddała i pozwoliła mu zrobić Lillith zastrzyk. Siedziała z drobnym ciepłym ciałkiem na kolanach. Tuż przed tym, jak kotka miała na zawsze zamknąć oczy, spojrzała jeszcze na Charlie smutnym wzrokiem, który zdawał się mówić: "Dziękuję. Dziękuję, że próbowałaś".
Popatrzyła na Johana.
- Czego się napijesz?
- Może herbaty.
- Czarnej, białej, czerwonej czy z ziół, które sama ususzyłam?
- Żartujesz, prawda?
- Tak.
- Ja też żartowałem. Kiedy powiedziałem, że chcę herbaty. Co masz? Whisky?
- Skończyła się. Ale mam piwo.
Johan się roześmiał, kiedy otworzyła lodówkę.
- Przepraszam - powiedział, gdy spojrzała na niego pytająco. - Po prostu nie tego człowiek się spodziewa po lodówce kobiety. Zapomniałem już, że jesteś dość... nieprzewidywalna.
Charlie uśmiechnęła się na wspomnienie ich żartu z zeszłego lata. Podała Johanowi butelkę i sama wzięła drugą. Usiedli w pokoju.
- Francesca Mild - powiedziała Charlie. - Jak wpadłeś na pomysł, żeby o niej napisać?
- To było po powrocie z Gullsp?ng - wyjaśnił. - Sądziłem, że odzyskam spokój ducha, jeśli odwiedzę miejsce, w którym zaginął mój ojciec, zobaczę Lyckebo, porozmawiam z tobą o nim, ale chciałem wiedzieć więcej i więcej. Nie odzyskałem spokoju.
- Witam w moim świecie.
- A ty? Dlaczego cię to ciekawi?
- Miejsce - odparła. - I...
- Co?
- Może sprawa Annabelle: że inna dziewczyna w tym samym wieku także zaginęła w Gullsp?ng.
- Ale to wydarzyło się trzydzieści lat temu.
- Mimo wszystko.
Charlie upiła duży łyk piwa i pomyślała, że było coś więcej, co nie pozwalało jej zapomnieć o Francesce Mild. Nie potrafiła ani sformułować tego w myślach, ani ubrać w słowa.
- Tak czy siak, natknąłem się na sprawę Franceski i zacząłem w tym grzebać - mówił dalej Johan. - Nie było łatwo, bo prawie nic nie znalazłem o tym w sieci. To wzbudziło moją ciekawość. A im trudniej było wyciągnąć z ludzi informacje, tym wydawało mi się to ważniejsze. Kiedy skontaktowałem się ze szkołą z internatem, do której chodziła, żeby zdobyć namiary na jej kolegów z klasy, ludzie nie byli zbyt chętni do współpracy. Może chodzi o reputację szkoły, ale i tak jest to dość znaczące.
Charlie skinęła głową. Ten prosty ruch spowodował zawrót głowy. Próbowała skupić wzrok na grzbietach książek w stosie, ale wszystko jej się zamazywało. Nie widziała wyraźnie.
- A kiedy złapałem kilkoro z tych, którzy chodzili w tamtym czasie do szkoły, nikt nie chciał gadać.
- Dziwisz się? - spytała Charlie. - Nie czytałeś o kulturze milczenia obowiązującej w takich miejscach?