Rozdział 1
Marta Kępa umieściła na Facebooku świeżo wykonane selfie, a potem ruszyła przez galerię handlową niemal tanecznym krokiem. Wiedziała, że się spóźnia, lecz nie zamierzała biec. Była pewna, że Barnaba zamówi jej ulubioną kawę i cierpliwie poczeka, więc chciała jeszcze przez moment celebrować w sobie podniecenie, oczekiwanie, przyjemne wrażenie posiadania, które działało na nią tak, jakby wstrzyknęła do żył ekstrakt szczęścia. Ważyła w myślach szanse na to, że to uczucie utrzyma się w niej do wieczora. Może nawet pozwoli zarwać noc? Bezwiednie uśmiechała się do mijanych ludzi, nuciła pod nosem i promieniała. Jakże ona kochała ten stan!
Wyglądała bardziej na licealistkę niż na studentkę. Wydawała się delikatna i krucha. Miała lekko zadarty nos, ogromne, piwne oczy w ciemnej oprawie i urocze dołeczki w policzkach, co sprawiało, że w naturalny sposób wywoływała w ludziach chęć otoczenia jej opieką. Grube, czekoladowe włosy zazwyczaj wiązała w kitkę. Od dziecka słyszała, że odziedziczyła urodę po Genowefie Kępie, prababce po mieczu, którą znała z kilku niewyraźnych czarno-białych fotografii. Nie umiała z nich odczytać rysów antenatki, ale wierzyła rodzinie na słowo. Do matki, która przewyższała ją o bite dziesięć centymetrów, w ogóle nie była podobna.
Wyszła z budynku na rynek Manufaktury, wyminęła grupę rozchichotanych dzieciaków i dwie kobiety z niemowlętami w wózkach. Ciężka płócienna torba w azteckie wzory obiła się o jej udo. Wywołało to ciepły ucisk wokół serca. Jest! Już ją ma! Najlepszy gwarant udanego wieczoru. Ta książka pachniała jak obietnica, jak marzenie i nadzieja, że kiedyś się spełni.
W kawiarni panował klimatyczny półmrok, więc wytężyła wzrok, rozglądając się dookoła. Zgodnie z jej przewidywaniami chłopak już czekał, zająwszy stolik w kącie za żywą ścianą pnących się roślin, które zapewniały dyskretną izolację od gwaru oraz ciekawskich spojrzeń. Na okrągłym blacie stały dwa solidne, półlitrowe kubki i talerzyki z ciastem. Spośród kilku dostępnych w lokalu serników właśnie ten lubiła najbardziej: puszysty, na ciemnym spodzie, z grubą warstwą owoców zatopionych w galaretce. Jak miło, że Barnaba to zapamiętał.
- Teraz legancko? - zapytał. Przeczesał palcami włosy i wskazał wymownie na siebie.
- Sztos - przyznała i posłała mu szeroki uśmiech. - Wreszcie wyglądasz jak człowiek, a nie jak koszmar mojego dzieciństwa.
- Nie lubiłaś brokułów? - Wstał, cmoknął Martę w policzek i z kurtuazją odsunął dla niej krzesło.
- Brokułów, kalafiorów, fasolki, marchewki, że o brukselce nie wspomnę. Do tego mięsa, serów, jajek i ryb - rozgadała się. Usiadła, płócienną torbę ułożyła na kolanach i głaskała koniuszkami palców pokrytych bladoróżowym lakierem. - Każdy posiłek zmieniał się w horror. Wciąż coś we mnie wmuszali, a mi smakowały wyłącznie słodycze.
- Współczuję...
- Dziękuję. Na szczęście było, minęło.
- ...twoim rodzicom. Nieźle ich wymęczyłaś.
- No, może faktycznie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. W kółko marudzili, że jestem za chuda i za niska, wozili mnie po szpitalach, wymyślali kolejne choroby, ale żadna się nie potwierdziła. Nasz lekarz rodzinny wreszcie ich przekonał, że lepiej bym jadła to, co chcę, niż żebym nie jadła wcale. Mama piekła serniki, placki z owocami, keksy, smażyła naleśniki z domowymi konfiturami, wszystko, co słodkie. Dwa razy w roku badali mi krew, ładowali we mnie suplementy i jakoś nie padłam trupem.
- Ale teraz już tak nie wydziwiasz?
- Nie. Przełamałam się w wakacje po szóstej klasie. Odkryłam, że smakują mi wędzone ryby i ogórki.
- W komplecie? - Zaśmiał się.
- Obowiązkowo. I tak jakoś poszło. Od tamtego lata zaczęłam próbować różnych potraw. To był jedyny raz, gdy rodzice zrezygnowali z all inclusive za granicą na rzecz urlopu nad polskim morzem, bo miałam złamany obojczyk i chodziłam zagipsowana jak mumia. Opłaciło się. Znormalniałam. - Marta wbiła widelec w galaretkę i wraz z połówką truskawki wsunęła go do ust. Zamruczała z rozkoszy. - Ale słodycze nadal kocham.
Barnaba oblizał wargi. Lubił brzmienie jej głosu, niskiego, nieco zachrypniętego, kojarzącego się z jazzem. Zaskakująco kontrastował z sylwetką dziewczyny. Podobało mu się, jak gestykulowała: energicznie, szeroko, pewnie, jak mrużyła oczy, przechylała głowę, gdy czekała na reakcję rozmówcy, i jak mimowolnym ruchem poprawiała gumkę na włosach. To, co mówiła, wydawało mu się niekiedy dziecinne, jakby nie zdążyła się jeszcze pogodzić z bezwzględnością świata i wciąż próbowała się buntować, ale nie miał do niej pretensji o niedojrzałość. Z tego, co zdradziła, wywnioskował, że dorastała jako jedynaczka i pępek świata. Rodzice ją rozpieszczali i nie szczędzili uwagi. Pewnie dlatego sprawiała wrażenie nieco egocentrycznej.
- One ciebie też - zdecydował się na w miarę niewinny komplement. - Wyglądasz epicko, jakbyś właśnie dotknęła nieba - dodał, siląc się na romantyzm i licząc po cichu, że to ma związek z jego osobą.
- Bo dotknęłam - odparła. Wyciągnęła z torby solidny tom i położyła na stoliku. - Widzisz?
- No? - Uniósł brwi. Upił łyk kawy i czekał na dalsze wyjaśnienia.
- Kupiłam nową książkę Firysiów. Zbiór reportaży z podróży po Chile.
- Aha - przyznał, przełknąwszy rozczarowanie. - To jest to małżeństwo, które prowadzi profil podróżniczy na Insta?
- Na Fejsie też. Kocham ich! - Piwne oczy roziskrzyły się entuzjazmem. - Są genialni. Od lat żyją non stop w drodze. Przerobili starego vana tak, że da się w nim spać, rzucili etaty w korpo i po prostu ruszyli przed siebie. Mają od groma followersów, zarabiają na reklamach i na luzie sobie podróżują. Czadowo, nie?
- Czadowo - przyznał. - Dopóki nie urodzą im się dzieci i są zdrowi. Chciałabyś tak żyć, bez rodziny, przyjaciół? - W jego głosie wybrzmiała delikatna nutka niepokoju.
- Chciałabym zwiedzać świat, a dotąd było z tym słabo. Hotele w kurortach się nie liczą. To jak lizanie cukierka przez papierek. O Ameryce Południowej marzę od dziecka...
- Ale?
- Moim zdaniem to nierozsądne łączyć wszystkie plany tylko z jednym człowiekiem. Oni większość czasu spędzają we dwoje, na dodatek się z tego utrzymują. Kiedyś się sobą znudzą i zostaną kompletnie z niczym.
Barnabę zaskoczyła gorycz w jej głosie. Uniósł brwi, rzucił spojrzeniem w głąb sali, jakby szukał czyjegoś wsparcia w tej rozmowie, po czym wrócił do Marty. Jej tęczówki wciąż lśniły głęboką zielenią, lecz w kącikach oczu czaił się cień.
- O czym ty mówisz? - zapytał.
Poprawiła się na krześle, schowała książkę do torby i obciągnęła bluzkę, jakby tym sposobem próbowała się zdyscyplinować.
- O faktach - odparła rzeczowo. - Jedna trzecia małżeństw w Polsce się rozwodzi. Najczęściej są to ludzie między trzydziestką a czterdziestką, bez dzieci albo z jednym.
- Śledzisz statystyki w tym zakresie?
- Ostatnio wpadły mi w oko i przypadkiem zapamiętałam.
- Przypadkiem?
- No - potwierdziła.
Wiedział, że to nieprawda. Nie potrafiła kłamać. Gdy to robiła, czerwieniał jej nos i policzki, a spojrzenie mimowolnie uciekało w bok od rozmówcy.
- Nie chcesz, to nie gadaj. Mam tylko nadzieję, że nikt nie złamał ci serca. Czasem wydaje mi się, że coś cię gniecie i...
- Nikt nie złamał mi serca - przerwała stanowczo. - W każdym razie nie tak, jak myślisz. Dotąd jeszcze nie byłam zakochana.
- Dotąd?
- Zostawmy ten temat. Szkoda nerwów. Powiedz lepiej, po co przebrałeś się za brokuł. - Zachichotała nieco sztucznie, jakby wbrew sobie.
- Dla hajsu.
- Przecież pracujesz w weekendy w McDonaldzie.
- Brakowało mi tysiaka.
- Nie mogłeś poprosić rodziców?
- Oni już dołożyli, ile mogli.
- Do czego?
Westchnął. Oparł łokcie na stole i splótł palce obu dłoni.
- Pochodzę z Mirowa. To wieś między Częstochową a Krakowem z zamkiem z czasów Kazimierza Wielkiego.
- I chcesz go kupić? - zadrwiła.
- Nie - odpowiedział z pobłażliwym uśmiechem. - To ruina. Chociaż, gdyby go odbudować jak ten w Bobolicach...
- No dobra, to opowiadaj - zarządziła i skupiła się na pałaszowaniu sernika.
Barnaba wahał się przez moment. Dotąd nie wspominał jej o swoich bliskich. Ona także niewiele mu zdradziła. Wiedział tylko tyle, że na parterze domu Kępów przy ulicy Rojnej na Teofilowie matka dziewczyny prowadzi gabinet fryzjersko-kosmetyczny. Kilka razy odprowadził Martę pod furtkę i choć nie zaprosiła go do środka, szyld rzucał się w oczy, podobnie jak nowa kia niro pod wiatą oraz ogród pełen zadbanych kwiatowych rabatek, skalniaków i równo przyciętych krzewów.
U niego po podwórzu biegały zwierzęta, kręciło się mnóstwo ludzi, panował wieczny galimatias, lecz nie wstydził się swoich korzeni. Wręcz przeciwnie. Rozpierała go duma, że należy do licznej, zżytej i wielopokoleniowej rodziny.
- Muszę zacząć od czasów wojny. Moja prababcia została wywieziona z Mirowa do pracy pod Barlinek. Mojego pradziadka, warszawiaka z urodzenia, zgarnęli w łapance i trafił do sąsiedniej miejscowości. Poznali się, zaiskrzyło i... Sama rozumiesz... W tamtych czasach życie nieustannie wisiało na włosku. Ze wszystkim można było czekać, ale nie z tym... W listopadzie czterdziestego czwartego roku urodził się ich syn. Niemcy by go prababci zabrali i trafiłby do sierocińca albo do zniemczenia, gdyby nie...
- Umarł? - Marta spojrzała na Barnabę z powagą.
- Przeciwnie. Na strychu nad stodołą mieszkały z prababcią dwie kobiety. Pomogły jej przy porodzie. Niestety strasznie krwawiła i po paru godzinach zmarła. Naziści nie wdawali się w detale, niczego nie sprawdzali, bo zielenieli ze strachu przed nadciągającym frontem. Uwierzyli, że śmierć zabrała matkę z dzieckiem w brzuchu. Pradziadek był w stanie ogarnąć pogrzeb, ale syna już nie bardzo. Na szczęście te dwie kobiety go wyręczyły. Nie pytaj, jak zdołały ukryć noworodka i czym go karmiły. Utrzymały go przy życiu przez kilka tygodni, do dnia, kiedy niemieccy gospodarze zwiali za Odrę. Pradziadek wiedział już, że cała jego warszawska rodzina zginęła. Był załamany, schorowany i nie pomyślał, żeby chociaż podziękować. W sumie bez słowa zabrał dziecko, a potem do końca życia sobie wyrzucał, że nie zainteresował się, czy one mają dokąd pójść i czy nie trzeba im pomóc.
- Smutne, ale co ma do rzeczy tysiąc złotych? - Marta zerknęła łakomie na ciasto chłopaka. Bez wahania odsunął od siebie talerzyk.
- Śmiało. Jedz - zachęcił i przez chwilę kontemplował w milczeniu jej rozanieloną minę, gdy wsunęła do ust puszystą masę. Dziewczyna oblizała łyżeczkę i przymknęła oczy, mrucząc z zadowolenia. Barnaba poczuł silny ucisk w dole brzucha. - Warszawa była w gruzach, więc pradziadek obrał kierunek na Mirów i niedoszłych teściów. Przyjęli go oczywiście z otwartymi ramionami. Zmarł na gruźlicę kilka lat później, ale zdążył wpoić synowi, że jest coś winny tamtym kobietom, które go ukrywały. Dziadek, gdy dorósł, próbował ich szukać. Bez skutku. Znał tylko przybliżony wiek, imiona i nazwiska, które przecież mogły się zmienić. Ale miał megafuksa. Dwa miesiące temu Anka, moja siostra, przypadkiem trafiła na właściwy trop. Okazało się, że jedna z kobiet podpadła po wojnie nowej władzy, aresztowali ją i słuch po niej zaginął, ale druga żyje. Nie zapomniała dziadka i zaprosiła go na imprezę z okazji setnych urodzin w połowie lipca.
- Wypas - podsumowała Marta i rzuciła spojrzenie na roślinny parawan pnący się za plecami chłopaka.
- Tyle że ona w latach sześćdziesiątych wyemigrowała do Chicago, a taka wycieczka kosztuje. Dziadek nawet nie marzy, że to się uda. Bez babci się nigdzie nie ruszy, zresztą we dwoje też baliby się jechać. Nie ten wiek i języka nie znają. W tajemnicy przed nimi uruchomiliśmy rodzinną zrzutkę. Każdy zadeklarował, ile mógł. Ja tysiaka. Te wygłupy w kostiumie brokułu to kawałek trzyosobowej wyprawy do Stanów. Zdecydowaliśmy, że Anka poleci z nimi. Wszystko się zgrało, bo dziadkowie będą w sobotę obchodzić pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Zjadą się krewni i znajomi, przyjdą sąsiedzi. Umówiliśmy się, że przy tej okazji uroczyście wręczymy dziadkowi kasę. Gdybyś chciała... - zawahał się, czy to w ogóle jest stosowne i czy nie rzuca propozycji na wyrost. - Gdyby ci pasowało, możesz tam wbijać ze mną - zakończył i wytarł dłonie o spodnie, bo nagle zrobiły się wilgotne. Rany boskie, pomyślał, i po co ja z tym wyskoczyłem? Otrząsnął się i szybko dodał: - To taka luźna propozycja. Bez napinki.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wciąż nurkowała wzrokiem między soczyście zielonymi liśćmi. Usta drżały jej lekko, jakby hamowała słowa, które same pchały się, by je wypowiedzieć. Policzki zbladły. Zaciskała palce na okładce książki o Chile z taką siłą, że pobielały jej kostki. Barnaba się zaniepokoił.
- Marta? Co się dzieje?
Milczała jeszcze przez kilka sekund, po czym odezwała się łamiącym głosem:
- Tam siedzi typ około pięćdziesiątki w garniturze i typiara na oko w naszym wieku w czerwonej tunice. Widzisz?
Odwrócił się na krześle.
- No?
- Na co ci wyglądają?
- Bo ja wiem? Na ojca i córkę?
- Jesteś pewien?
Przeczesał palcami włosy, zbity z tropu i nieco urażony nagłą zmianą tematu na jakichś obcych ludzi. Mężczyzna pochylił się nad twarzą towarzyszki, by pocałować ją w usta. Położył dłoń na jej brzuchu. Barnaba dostrzegł wyraźną wypukłość, która mogła oznaczać tylko jedno.
- Wycofuję się - rzucił. - To para. Preggersi. Znaczy będą mieć typiątko. Spora różnica wieku, ale jeśli im obojgu to odpowiada... Ciebie to wkurza?
- Ekstremalnie!
- Bo? On ją krzywdzi albo coś w tym stylu? Znasz ją?
- Jego znam - wyszeptała, a oczy jej się zaszkliły. - To mój tata.