Dzieciństwo
Moja matka urodziła się w ostatnich dniach 1959 roku w gospodarstwie rolnym nad rzeką Agri, w regionie Basilicata. Moi dziadkowie zazwyczaj nie spędzali zimy w tym na wpół zrujnowanym budynku, lecz przenosili się do pobliskiego miasteczka, tym razem jednak zaskoczyła ich śnieżyca i moja matka urodziła się w szopie, otoczona kotami i cherlawym bydłem. Ponieważ jej rodzice pracowali w polu, większość czasu spędzała z babkami. Jedna z nich, tak samo jak ja, należała do kategorii accidental American, bo urodziła się w Ohio, gdzie jej ojciec był tylko przejazdem - nic nie wiemy o tym nomadzie czy może najemnym żołnierzu, prócz tego, że dał początek serii nierozważnych migracji - a potem przeprowadziła się z matką do Basilicaty, stając się imigrantką na opak: porzucała przyszłość, by rozpaść się w przeszłości. (Kiedy będę miała sześć lat, zdarzy mi się to samo i przeniosę się z Brooklynu do mieściny w Basilicacie, gdzie więcej było zwierząt gospodarskich niż ludzi). W miasteczku traktowano ją jak jakąś tajemniczą postać. Choć nigdy nie mówiła po angielsku, posiadała zawsze produkty obcych marek, dżinsowe płótno odporne na zużycie i świece, które się nie topiły, mimo że świeciły godzinami. Druga babka była milcząca i krucha, jej świat kręcił się wokół mistycznych zjawisk na niebie i egzorcyzmów odprawianych przy użyciu srebrnej łyżeczki kładzionej na czole; chodziła boso w procesjach i żywiła głębokie przekonanie, że ma uprzywilejowaną relację z Matką Boską.
Kiedy byłam mała, matka brała mnie na spacer wzdłuż rzeki, niedaleko której się urodziła, a ja nie potrafiłam połączyć tego, co widziałam, z mitycznymi i burzliwymi wodami, w których zanurzyła ją rodzina, żeby zbić jej gorączkę, gdy miała cztery lata i chorowała na zapalenie opon mózgowych. Gdy tylko się zorientowali, że ma wysoką temperaturę, pobiegli wykąpać ją w rzece, ale w zgodnej opinii lekarzy i sąsiadów to impulsywne remedium na nic się nie przydało. Choroba mogła sprawić, że oślepnie, oszaleje, ogłuchnie lub umrze. Kobiety zajęte czuwaniem nad jej zagrożonym istnieniem i odmawianiem modlitw przy łóżeczku, w którym leżała opatulona i zgasła, jednomyślnie zagłosowały za głuchotą. Będzie jej trudno, ale przynajmniej zobaczy świat i znajdzie sposób, by się porozumieć.
Mój dziadek Vincenzo był niski, śniady i bałamutny. On i moja babka Maria wyemigrowali w latach sześćdziesiątych do Ameryki nie dlatego, że byli biedni - tak, byli - czy potrzebowali lepszej pracy, ale dlatego, że on zachowywał się zbyt swobodnie wobec miejscowych kobiet i babka z tego powodu cierpiała. Grał na akordeonie na weselach i przyjęciach, nosił ciemne spodnie i koszule z podwiniętymi rękawami, i nie dało się zobaczyć śladu siwizny w jego zaczesanych do tyłu i potraktowanych żelatyną włosach. Ich małżeństwo zostało zaaranżowane, byli kuzynami pierwszego stopnia i jeśli wierzyć sąsiedzkim szeptom i plotkom, to właśnie z powodu niewłaściwego zmieszania się krwi wszyscy moi wujowie, mówiąc oględnie, nie imponowali wzrostem, a moja matka ogłuchła. Dziadkowie złamali prawa pokrewieństwa i zostali za to ukarani. Tyle że moja matka straciła słuch z powodu choroby zakaźnej, zaś moi wujowie byli tak samo niscy jak wielu chłopaków z Południa w tamtych latach. Wampiry i arystokraci łączyli się z sobie podobnymi dla zachowania gatunku. Zdaniem niektórych - niezbyt rzetelnych - antropologów pewne afrykańskie plemiona miały robić to samo dla zapobieżenia klątwom, tymczasem w rzeczywistości te ostatnie wypracowały szczegółowe zasady zakazujące związków między zbyt bliskimi krewnymi. W niektórych kulturach nie pozwalano nawet wiązać się z chłopakiem mającym to samo zwierzę opiekuńcze, i kto wie, czy w mojej rodzinie nieudane miłości nie były skutkiem właśnie tego spotkania niemożliwych do pogodzenia duchów i totemów.
Moja babka była żoną żywcem wyjętą z włościańskich lektur, łagodną, gdy on był wybuchowy, praktyczną, kiedy on kombinował. Miała jasną skórę, szerokie usta i wąskie wargi. Jako nastolatka durzyła się w innym chłopcu, nieśmiałym jak ona, ale to mojego dziadka chciały wszystkie, więc nie miała wyboru. Wyrzec się cudzej zazdrości - tego się nie robi w małym miasteczku. Jeśli ktoś mówił coś małostkowego, kręciła głową albo zatykała nieszczęśnikowi usta. Nie złościła się często. Nie umiała bronić swojej córki, kiedy ludzie nazywali ją niemową albo mówili, że jest biedaczyną, której Bóg musi poświęcać więcej uwagi.
Moja matka broniła się sama i nie pobłażała tym, którzy jej nie rozumieli, gdy coś mówiła. Kiedy miała cztery lata, wylała kociołek wrzątku na sąsiadkę, kiedy ta ją obgadywała - poznała to po gestykulacji kobiety i jej pełnych politowania spojrzeniach. Potem wychylona przez okno zanosiła się śmiechem przy cichej aprobacie swojej rodziny.
Żyła w zgodzie tylko z rodzeństwem i babkami, które mówiły dialektem, niemal nie otwierając ust. Ich głoski wargowe były przez to nie do odczytania, ale miały wyczucie gestu i ciągle jej dotykały - później moja matka będzie tak samo dotykać mnie. Jej rodzeństwo w gruncie rzeczy nie wierzyło, że jest głucha, więc kiedy bawili się w chowanego i głośno odliczali, zostawiając ją samą na uliczkach miasteczka, nie robili tego, by ją wykluczyć, ale dlatego, że ufali jej zmysłowi orientacji. Dla nich moja matka nie była ani ofiarą, ani nikim wyjątkowym. Jeszcze dziś, po bardzo odmiennych losach i sześćdziesięciu latach życia w Stanach, które sprawiło, że moi wujowie niemal zupełnie zapomnieli włoskiego, mówią do niej tak, jakby mogła ich słyszeć, prowadzą śmieszne i asynchroniczne rozmowy typowe dla rodzin, które rozpadły się na drobne kawałki.
Jako dziecko była ruchliwa i nieprzyjazna, więc aby ją okiełznać, jej rodzice posłali ją do Potenzy, do szkoły z internatem prowadzonej przez zakonnice. Nauczycielki rozpoznawały ją po olśniewającym uśmiechu, a kiedy nie nosiła mundurka, wkładała swetry w paski. Raczej trudno było ją zobaczyć z lalką w ręku.
W szkole nauczyła się wyrażać siebie dzięki torturom. W domu nigdy nie mieliśmy dużych noży kuchennych, bo przypominały jej lata szkolne, kiedy zakonnice z Instytutu Błogosławionej Magdaleny z Canossy kładły jej taki na języku i kazały krzyczeć, by nauczyła się wydobywać dźwięki ze swoich strun głosowych, albo kazały jej dotykać drutów pod napięciem i krzyczeć jeszcze głośniej. To w taki sposób matka nauczyła się rozpoznawać dźwięk własnego głosu.
Potrafiła mówić lepiej niż inne dziewczynki, bo po chorobie zachowała jeszcze resztki słuchu, który słabł stopniowo, aż znikł na zawsze. Z początku nie żyła w komorze ciszy, jej narząd Cortiego rozpadał się w nieregularnym rytmie, dźwięki pojawiały się i znikały, świat był miejscem pełnym fantasmagorycznych obecności i nagłych skowytów. Czasami próbuje mi opisać przerażenie, jakiego doznaje, głuchawa i cierpiąca na nieustanne bóle głowy: to tak, jakby żyła z kimś przyczajonym za jej plecami, kto stara się ją nieustannie przestraszyć. Gdy mój brat i ja byliśmy mali, robiliśmy to naprawdę: wpadaliśmy znienacka do pokoju, skakaliśmy jej na plecy, by zadygotała od niespodziewanego kontaktu, i liczyliśmy, że się roześmieje, ale ona reagowała na nasze napaści długim milczeniem, podczas którego żałowaliśmy naszego okrucieństwa, jednak nie na tyle, by przestać. Wisząca nad nią groźba zasadzki zmieniła nieodwracalnie jej ciało; zgarbiła plecy i odebrała zdolność patrzenia ludziom prosto w oczy.
W szkole moja matka opanowała język migowy. Używała go w kontaktach z zakonnicami, które ją uczyły, i z głuchymi koleżankami, a później jeszcze z moim ojcem, choć on gardził miganiem - jednak nigdy ze słyszącymi. Nigdy nie poprosiła ani swoich rodziców, ani trójki rodzeństwa, ani nawet własnych dzieci, by się go nauczyły. Nietrudno mi zrozumieć, czemu wyrzekła się narzucania innym swojego prywatnego języka, bo sama bardzo długo bałam się głośno mówić: język migowy jest widoczny i teatralny, nieustannie wystawia człowieka na widok publiczny. Z miejsca eksponuje niepełnosprawność. Gdy moja matka, wypatrując sobie oczy i napinając nerwy, czytała ludziom z ust i próbowała rozszyfrować, o czym mówią, albo gdy mówiła - piskliwie, głośno i z niepoprawnym akcentem - sprawiała jedynie wrażenie niegramatycznej imigrantki, zwykłej cudzoziemki. Czasem, gdy wsiadała do autobusu i kierowcy pytali, czy nie jest przypadkiem Peruwianką albo Rumunką, potwierdzająco kiwała głową bez dalszych wyjaśnień, niemalże podłechtana ich pomyłką.
Oprócz słuchu moja matka straciła też coś innego: jej przyjaciółkę z internatu zabrała woda.
Dziewczynki wyjechały z zakonnicami na kolonie letnie, nosiły szmaragdowozielone kostiumy kąpielowe i wiązane pod brodą płócienne kapelusiki. Jedna z nich wypłynęła zbyt daleko, nie była zdolna wydobyć z siebie głosu, i wessało ją morze.
To było traumatyczne doświadczenie dla wszystkich uczennic i od tamtego momentu przerażające wieczorne opowieści o tym, jak można umrzeć, stały się jeszcze straszniejsze. Legendy opowiadane sobie przed pójściem spać przez te małe mimowolne tancerki nieustannie wstrząsane wewnętrznym niepokojem, przypominały wiadomości z dziewiętnastowiecznych kronik prasowych okraszanych ilustracjami zmarłych ciężarnych żon, które rodziły, leżąc już w trumnie. Bohaterką ich historii była głucha dziewczynka, która nie potrafiła się porozumieć i została pogrzebana z powodu tymczasowego zatrzymania akcji serca, a kiedy otwierali trumnę, miała palce zdarte do mięsa od drapania po drewnie niczym Malpelo z opowiadania Vergi skrobiący po czerwonym piasku kopalni. Śmierć jej przyjaciółki została mi opowiedziana ze wszystkimi okrutnymi detalami i z jej przyczyny moja matka do dziś boi się wsiąść sama do windy, a ja - pływać.
Moja matka wracała do domu w San Martino na letnie wakacje, póki jej rodzice nie wyjechali do Ameryki, zostawiając ją na miejscu samą z bratem, który również uczył się w szkole z internatem. Dziadkowie mieli stać się imigrantami, musieli opanować nowy język, a nigdy nie mówili dobrze nawet we własnym. Moja matka uczyła się w porządnej szkole, więc był powód, by zostawić ją we Włoszech. Mimo swoich codziennych buntów przywiązała się do zakonnic i nieźle się uczyła. Co prawda, babka chciała zabrać córkę ze sobą, ale podczas spotkania nauczycielki powiedziały jej: "Naprawdę chcesz, żeby już zupełnie nic nie umiała powiedzieć i czuła się samotna w nieznanym środowisku? Nie może do was dołączyć później?". Babka nie miała na to dobrej odpowiedzi, wystarczająco już ją przytłaczały niepokoje związane z wyjazdem.
Wyruszyli w drogę, kiedy moja matka miała dwanaście lat. Przed wyjazdem przywieźli jej białą sukienkę i płócienne buciki nieodpowiednie do jej wieku. Po ich wyjeździe moja matka stała się jeszcze bardziej szorstka i gwałtowna, ale kiedy ją pytam, czy czuła się porzucona, zaprzecza. Jej rodzice ukończyli tylko szkołę podstawową. Byli zabawni i dobrzy, nieszczególnie błyskotliwi, ale zdolni do fundamentalnej intuicji: nie będą przy niej zawsze, nie będą potrafili chronić jej w każdym momencie. Moja matka musiała się usamodzielnić i to zrobiła. Życie mojego ojca potoczy się inaczej.
Matka mojego ojca była atrakcyjną krawcową, córką pasterza z Canale Monterano i kobiety z Monteleone di Spoleto, którą poznał podczas sezonowego przegonu bydła. Dorastała w małej umbryjskiej mieścinie z matką i rodzeństwem. Mężczyzna w jej rodzinie był nieistotny, znaczenia nabierał jedynie latem, kiedy zarabiał przy wypasie. Z braćmi żyła w zgodzie, z siostrami poróżniły ją zazdrość i sprawy sercowe.
Najstarszej ukradła narzeczonego, który został moim dziadkiem.
W czasie drugiej wojny światowej moja babka Rufina znalazła pracę w zamożnym domu, gdzie szyła gospodarzom ubrania. Zalecał się do niej niemiecki żołnierz, który wcześniej aresztował jej młodszego brata w przekonaniu, że chłopak sympatyzował z komunistami. Babka Rufina poszła pieszo do zajmowanego przez Niemców gospodarstwa na obrzeżach miasteczka, by odzyskać brata: nie był komunistą, po prostu szedł drogą w niewłaściwym momencie. (A ja nie zyskałam przywileju posiadania partyzantów w rodzinie - została mi osoba mniej lub bardziej uległa wobec władzy). W zamian za brata obiecała cerować żołnierzom skarpety i koszule. Pewnego dnia, po tym, jak ten Niemiec przyniósł jej kosz bielizny do prania, powiedział na głos: "Jeśli ja mieć szczęście, wrócić po ta blondynka". Moja babka siedziała w innym pomieszczeniu zajęta cerowaniem, ale nie zarumieniła się, kiedy usłyszała, co mówi. W młodości miała miedziane włosy i do dziś czuje się urażona z powodu tej niedokładności. Babka Rufina nienawidziła faszystów i komunistów, ale dla Niemców była miła: młodzi naziści dostawali w tyłek jak wszyscy inni, ale przynajmniej byli cudzoziemcami, łatwiej się zabijać między nieznajomymi.
Zalecał się też do niej fotograf z innej miejscowości. Przesyłał jej listy przez sąsiada. Otwierała koperty i w środku znajdowała fotografie zachodów słońca, które ją nudziły i wywoływały poczucie skrępowania. Sztuka zawsze ją drażniła.
Na przyjęciach w domu, gdzie służyła, często bywał lekarz z innego miasteczka i zawsze prosił ją do tanga, ona się jednak wstydziła. Lekarz bardzo się jej podobał, ale wiedziała, że jest prosta i niewykształcona. Nie czytała książek, ledwie umiała pisać. Była piękna, co miałaby jednak robić jako żona lekarza? Czułaby się zagubiona. Dlatego zaręczyła się z podkuwaczem koni, byłym chłopakiem swojej starszej siostry, i za niego później wyszła.
Nie czuła się winna, że go jej ukradła. Trwała wojna, wszystko się zmieniało. Zaś mój dziadek, który "gdy go wyrzucano przez drzwi, wracał oknem", szybko dostrzegł, że mimo swoich wyszukanych fryzur i próżności ta dziewczyna jest wściekle oszczędna i ma taką samą obsesję na punkcie pieniędzy jak on.
Oboje mieli dobrą pracę, której oddawali się bez dyskusji. Kiedy moja babka była w ciąży, nie zauważyła nawet, że odeszły jej wody, myślała tylko o szyciu na swoim singerze, kupionym z drugiej ręki na raty, kiedy miała szesnaście lat.
Doczekali się trójki dzieci. Najstarsza córka nie żyje, a najmłodszy, mój ojciec, urodził się głuchy.
Ciotka, której nigdy nie poznałam, miała na imię Wanda i zmarła w wieku trzech lat. Tamtego dnia moja babka barwiła w wannie tkaniny, używając wrzątku, by dobrze utrwalić kolor, i w pewnej chwili wyszła do kuchni, a może by otworzyć komuś drzwi. Ten detal zmienia się za każdym razem, kiedy opowiada tę historię. Gdy wróciła do łazienki, zastała dziewczynkę w wannie. Całymi dniami zmieniała jej opatrunki, nakładała olej, by nawilżyć pomarszczoną i delikatną jak pajęczyna skórę, pomagali jej krewni i sąsiedzi, ale po kilku dniach córka zmarła. Na fotografii w rodzinnym grobowcu dziewczynka ma skórę zmienioną metodami ówczesnej postprodukcji, rażąco błękitną sukienkę i loki. Była już zjawą.
Moja babka Rufina jest słabo wykształcona i niezbyt dobrze włada językiem, ma jednak szczególny sposób określania kolorów, przywołujący pojęcia, które odchodzą już w niepamięć: w jej świecie nie ma niebieskiego, są lazuryt i bławatek. Kiedy ją odwiedzam, pokazuje mi skórzane rękawiczki albo lniane spódnice rozłożone na łóżku. Gdy pytam, czy mogę wziąć te "brązowe", ona mnie poprawia: "głowa Maura", wyjaśnia też, że to nie róż, lecz cyklamen, odróżnia barwinek od niezapominajki i uparcie twierdzi, że to ważne, by nazywać rzeczy po imieniu, a ja w tym czasie myślę o jej córce zabitej kolorem.
Twierdzi, że mój ojciec ogłuchł, kiedy była z nim w ciąży i przechodziła przez ulicę. Przestraszyła się samochodu, który pojawił się znienacka, i zaczęła krzyczeć na środku jezdni. Zaraz po porodzie udawała, że to nieprawda, że przecież on ją słyszy. Matka i syn nigdy nie byli sobie tak bliscy jak w tamtych dniach, oboje niewrażliwi na oczywistość. Mój dziadek nie mówił wiele, więc zapewne ktoś inny wtargnął w bezdźwięczną intymność rozmów matki z synem i wytłumaczył jej, że trzeba się skonsultować z lekarzami, bo niemowlę nie reaguje na głos. Po nic niedających badaniach w różnych klinikach zaczęły się pielgrzymki: moi dziadkowie nie mieli dość pieniędzy na wyjazd do Lourdes, zamiast tego na dziecku położył ręce ojciec Pio. Następnego ranka obudziło się wciąż głuche, ale przynajmniej bez stygmatów. Jako mały chłopiec nie był szczególnie niespokojny, zepsuł się dopiero wtedy, gdy wysłali go do Rzymu, do szkoły z internatem przy via Nomentana.
Moja babka przyjeżdżała po niego w każdy piątek, znosząc udrękę wielogodzinnej jazdy autobusem z Monteleone di Spoleto po krętych drogach wśród iglastych lasów i drucianych siatek broniących skały przed osunięciem, aż w pewnym momencie zdecydowali z dziadkiem, że przeprowadzą się do Rzymu, by odwiedziny były łatwiejsze. Była jedną z najpiękniejszych dziewczyn w miasteczku, smukłą i prostą, a jako matka wszystko zrobiła źle.
W mieście została portierką, ale nie miała do tego charakteru, po prostu myła schody i nie wdawała się w plotki. Jej mąż podkuwał konie na Testaccio, w miejscu, którego już nie ma, gdzieś pośród rozsypujących się łuków i małych sklepików, gdzie Rzym, zanim zatopił się w Tybrze, był garbowaną skórą i rdzą.