Skoro świt, a nim grube mroki
pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania, zajętego w
gospodzie
zum Bär
na kwaterę dowódcy. Gudin
zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany
poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i zwolna weszło do izby
kilku oficerów w kostyumach, narzuconych niedbale, oraz sierżant
jednej z kompanii trzeciego batalionu. Generał wlazł na wysokie
posłanie łóżka, usiadł w kuczki i zwrócił się do sierżanta, który,
wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy
kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.
- No i jakże, byłeś? - zapytał, wycierając oczy.
- Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się
rzeka zakręca...
- Co rzeka! Widziałeś ich? - zawołał porywczo i z
niepokojem.
- Zdaleka...
- Któż to był? Szyldwachy?
- Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.
- Gdzież oni byli?
- Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole,
inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku
szyldwachów.
- Czy was spostrzegli?
- Tak, obywatelu generale... - szepnął sierżant nieśmiało.
- Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?
- Nie, obywatelu...
- Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie
doszedł?
- Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą
jezior, które tam leżą i któreśmy zdaleka widzieli.
Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie,
rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednem z
okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do
izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w
podwórzach i zaułkach między domostwami.
Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.
- Dziękuję... - rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy.
Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem
zawołał:
- Czy to prawda, co opowiadają naoczni świadkowie i znawcy,
że te pozycye są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że
nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski
geniusz w kpa się tu zamieni, że białe Austryaki zarzucą nas z tych
gór swemi pochyłemi bermycami, - powiedz, Râteau...
- To jest miejsce nie do zdobycia - rzekł sierżant posępnie.
W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał
zwolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnem nienawiści kapitana,
stojącego we framudze drugiego okna.
- Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi
kilka pytań? - rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym
zamknięte było jadowite szyderstwo.
- Uprzejmie proszę... - rzekł Gudin.
- A więc to prawdą jest, co powiadają, - zwrócił się kapitan
do sierżanta, - że, stojąc na Grimsel, nieprzyjaciel zasypałby nas
nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie
zatłuc nas, wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze
Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austryaków pod Näfels, z
taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nietylko
śmierci, ale także hańby naszego geniuszu... Râteau! - rzekł
kapitan głośniej. - Ty wiesz, że ja się nie boję...
- Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać
sierżantowi jakieś tam pytanie... - rzekł Gudin.
- Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście od
miejsca, gdzie się dolina zwęża - do jezior?
- Szliśmy - rzekł sierżant - chyba ze trzy godziny.
- Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?
- Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem w najszerszych
miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie
cały spód jego zajmuje rzeka.
- Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na
wysokości kilkuset metrów?
- Nie inaczej, obywatelu-kapitanie.
- Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej
dwóch ludzi?
- Tak jest, obywatelu.
- Że zanim w pięć batalionów zdołamy dotrzeć do jezior, już
Austryacy, ukryci za skałami mogą wystrzelać połowę naszej kolumny,
idącej dwójkami?
- Tak myślę...
- A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą
na Grimsel?
- Dostrzegłem ją, obywatelu.
- I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?
- Tak jest.
Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:
- O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.
- Obywatele! - powiedział niedbale Gudin, zwracając się do
wszystkich - wyruszamy dziś i to niezwłocznie dla zdobycia szturmem
przejść: Grimsel, Furka, Gotthard....
- I Monte Rosa... - szepnął kapitan Le Gras tak cicho i
niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za
kaszel.
- Plan operacyi całej wydany został w kwaterze głównej.
Podpisał go Massena. Uruchomiliśmy 27 termidora 30 tysięcy wojska.
Bracia nasi walczą w tej chwili na śmierć i życie. Idą w górę
Reussu, uderzają na przejście
zum Stein, aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie
Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie, tutaj w Gutannen?
Zwyciężymy, czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale
pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do
nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej
wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten
plan w obecności, dajmy na to kapitana Le Gras. Może zechce tu
również zostać jeszcze podpułkownik Labruy?re...
Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancyi. Gudin
zerwał się z łóżka i, wdziewając pośpiesznie swój uniform,
rozkładał mapy, wskazywał linie operacyjne pochodu, wyznaczone
czerwoną barwą - i szybko wykładał:
- Wiadomo... - mówił - że arcyksiąże Karol zajmuje swemi
wojskami olbrzymi łańcuch pozycyi: od Simplonu i mieściny Brieg w
dolinie Rodanu - aż do Zurichu. Ma on do rozporządzenia 78
batalionów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64.613 żołnierza i
13.299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka
Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą
dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami
napoprzek do niej idącemi, - więc z Meyen i z Issi; dalej: - rozdół
Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i
Zurich. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy
wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy,
rozerwać ich łączność - i wygnać, - zanim tamci nadciągną. Thurreau
uderzy na brygadę Straucha w dolinie Vallais, my wstąpimy na
Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycyi u źródeł Rodanu i
weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską
stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy, zajmiemy
przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę
Reussu... Wiadomo - mówił, ożywiając się i gwałtownymi ruchy
wskazując na mapę, że rozstaliśmy się w Interkirchen z generałem
Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataliony i
trzy kompanie w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen,
wysadzić nieprzyjaciela z pomiędzy lodów i zejść przez Meyen-Thal
do Waasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do
wąwozu Reussu. Z czoła, od Fluelen uderzy na Austryaków sam
Lecourb. Chciejcież zważyć, że los operacyi od nas zależy! Jeżeli
obierzemy Grimsel, to zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce,
bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linią.
Czworobok ten idzie: z Interkirchen do Waasen, z Waasen do
Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel a z Grimsel do
Interkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Urseren, - niceśmy
nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach, jak w fortecy i
mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gotthard, a z Chur przez
dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie
tej głównej pozycyi za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy
oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta - drwić ze słów moich. Gdyby
nie to, że dziś idziemy, powinienbym cię, obywatelu, natychmiast
skazać na śmierć...
- O!... - mruknął Le Gras, przymykając swe piękne oczy.
- Tak! - zawołał Gudin, - niesubordynacya dosięgła takiego
stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze
mruczą, gdy się wydaje rozkazy...
- Generale! - szepnął Le Gras, - niesubordynacya idzie
jeszcze dalej: żołnierze nietylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po
całych dniach.
- Ja im w tych górach obiadu nie stworzę!...
- Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób
idyliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i
niepodzielnej rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów
braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt,
a zostawiają, jako ślad swego pochodu, - ruiny i popioły. Cóż to
uczyniliśmy z Meiringen, z Interkirchen?
- Kogo śmiesz pytać, obywatelu? - wrzasnął Gudin.
- Generała, który ma prawo skazać mię na śmierć i
rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece
pozbawionym koligacyi, że nie mam nawet stryja, któryby mię
protegował... Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród
sankiulotów za dni wrześniowych. To też, kiedy generał brygady
Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonni?re zapytuje mię.
- Nie odpowiadam na podobne zaczepki! - rzekł dumnie
generał, bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając
usta. - Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San
Domingo w armii Ardenów pod Ferrandem, byłem w armii północnej i w
reńskiej, byłem w Niemczech pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem
szlify w dolinie Kintzig...
- Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacyi, której celem
jest zdobycie Grimsel - rzeki wolno i ozięble podpułkownik
Labruy?re, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką, wygoloną twarzą,
obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu. Milczał on
dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie
rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznogcie.
- Kapitan Le Gras? - rzekł generał, potężnym aktem woli
tłumiąc w sobie rozszalałą pasyę i usiłując zagasić blask
nienawiści w spojrzeniu. - Słucham... co za plan?
- Wczoraj nad wieczorem - zaczął mówić Le Gras - wracając z
rekonesansu, po zbadaniu całej wyższej części doliny Hasli, za
zbliżeniem się do wodospadu Handeck, spostrzegłem chłopa, który na
zboczu góry kosił trawę. Dałem znak grenadyerom i zbliżyłem się na
ich czele do podnóża tak ostrożnie, że Szwajcar nas nie dostrzegł.
Zakomenderowałem pocichu, i czterech żołnierzy na cel go wzięło.
Wówczas krzyknąłem, rozkazując, żeby schodził do nas bez zwłoki.
Chłop oniemiał z przerażenia. Wprędce zsunął się po stromej
pochyłości i stanął przed nami wylękły. Zacząłem go badać, skąd
jest i co tam robił. Jest to gospodarz stąd, z Gutannen, nazywa się
Fahner. Dowiedziawszy się, że idziemy z Interkirchen w górę Hasli,
uciekł pospołu z innymi mieszkańcami tej wioski z bydłem i
dobytkiem - w nagie góry. Na zapytanie, gdzie się obecnie ci
mieszkańcy znajdują, wskazał mi ręką jakieś wertepy pod szczytami.
W istocie - odgłos dzwonków, które pasterze tutejsi przywiązują do
szyi krów i kóz, słyszałem niezmiernie wysoko. Począłem ściśle
rozpytywać tego chłopa o ścieżki i drogi górskie, gdyż
niepodobieństwem mi się wydawało zdobycie przełęczy od frontu, -
jak to już raz zresztą miałem honor wczoraj zaznaczyć w twojej,
obywatelu generale, przytomności.
Po długiej indagacyi udało mi się wydusić z niego
oświadczenie, że stąd na Grimsel można przejść nietylko dołem,
nietylko brzegiem Aaru, jak tego żąda czerwona linia, ale także i
górą po szczytach. Wziąwszy tę okoliczność pod uwagę - mówił Le
Gras - przyszedłem do wniosku, że zamiast wdzierania się na
przełęcz z dołu, po gładkich ścianach, w szacie, co prawda,
geniuszu francuskiego, ale także wśród gradu kul i zepchniętych
urwisk, - może byłoby wygodniej przebyć łańcuch górą, stamtąd niby
z obłoku, zwalić się na nieprzyjaciela i wziąć szponami cały jego
obóz, jak orlik bierze gniazdo trznadlów...
Gudin usiadł na krzesełku, przywalony niezmiernym ciężarem
tej wiadomości. W gardle mu tak zaschło, że nie był w stanie słowa
przemówić. Cierpiał nieznośnie, dostrzegając bez wzniesienia
powieki, że Le Gras patrzy na niego i że się od niechcenia, z
pobłażliwością uśmiecha.
- Gdzież jest ów chłop? - zapytał nareszcie dowódca.
- Trzymam go pod strażą w izbie, przeznaczonej na moją
kwaterę. Rozmawialiśmy z nim w nocy. Właśnie podpułkownik...
- Czy istotnie zna ścieżkę, po której mogłoby przejść pięć
batalionów wojska?
- Mówi, że góra w pewnem miejscu jest dostępną. Jest to,
rzecz naturalna, przeprawa ogromnie trudna. Trzeba iść po
lodowcu...
- Ach, więc tak... - rzekł Gudin, aby tylko coś powiedzieć.
- Stamtąd możemy odrazu wstąpić na Furkę, czy zejść wprost
do Urseren. Chłop zgodził się przeprowadzić nas aż do Grimsel.
Kiedy go pytałem, jakiejby za to żądał nagrody, wyraził życzenie.
Pragnąłby otrzymać na własność łąkę, leżącą z prawej strony Aaru u
wejścia do ciasnego Hasli. Nie wiem, czy postąpiłem roztropnie:
przyrzekłem mu...
- Przewodnik zostanie sowicie wynagrodzony, jeżeli zasłuży.
To się zobaczy... Cokolwiekbądź i którędykolwiek, - idziemy - rzekł
generał, przybierając minę tęgą. - W każdym razie pragnąłbym
zobaczyć tego człowieka i sam z nim pomówić. Za chwilę będę panom
służył. Chciejcie obwieścić pochód.
Obydwaj projektodawcy opuścili mieszkanie generała i wśród
tłumu wojska przeszli do obszernej chaty, stojącej w pobliżu
protestanckiego kościoła. Tam właśnie pojmany Fahner siedział,
strzeżony, jak oko w głowie przez kilku żołnierzy. Dwaj oficerowie
jęli zadawać mu nowe pytania, na co Fahner odpowiadał straszliwą
francuszczyzną. Nim zdołali pojąć to wszystko, co im prawił, i
zakreślić na mapie miejscowości, które nazywał, dały się słyszeć
gromkie okrzyki, zwiastujące, że dowódca już wyszedł. Przerwano
tedy rozprawę i Fahner w otoczeniu żołnierzy, na których czele
szedł Le Gras, wyprowadzony został z izby. Przede drzwiami hotelu
na wybrukowanem wzniesieniu stał Guchn. Pióra i szerokie galony na
jego trójgraniastym kapeluszu, haft na wysokim odwiniętym kołnierzu
i na szerokich klapach fraka - mimo półcienia - błyszczały tak
uderzająco, że Fahner odrazu poznał wodza i zdjął kapelusz.
Zdumiewała go tylko młodość tego naczelnika. Gudin miał lat
dwadzieścia dziewięć.
Długie włosy, czarne jak krucze pióra, spadały pierścieniami
na jego ramiona. Piękne czarne oczy uśmiechały się szczerze do
wiarusów, pozdrawiających Francyę. Oficerowie tworzyli szeregi,
umieszczając na drodze kompanie już gotowe do marszu. Bataliony
drugi, czwarty i piąty stały jeszcze w łąkach. Część pierwszego
myła się dopiero na brzegu Aaru. Żołnierze czesali swe długie,
zakurzone i skudłane włosy, wiązali je w tyle głowy jedni drugim
powrózkami w harcopfy, prali koszule i niewysuszone kładli na się z
pośpiechem, łatali trzewiki i czyścili karabiny.
Dwa szeregi grenadyerów ubranych wyciągnęły się daleko w
opłotki po jednej i po drugiej stronie miasteczka. Czerwone pompony
i trójkolorowe kokardy na ogromnych czarnych kapeluszach utworzyły
długi szlak barwny; białe skórzane pasy od ładownic i pałaszów,
krzyżujące się na piersiach żołnierzy, odbijały wyraźnie od
czarnych chustek i granatowych mundurów. Cała ta kolumna była
obdarta i wynędzniała. Prawie wszyscy mieli chodaki dziurawe,
kamasze bez guzików a wystrzępione, jak mokassiny, spodnie
rozmaitej barwy i pochodzenia. Z pod fraków, wyciętych na piersiach
półokrągło tuż prawie pod klapami, widniały zamiast kamizelek
brudne koszule. Natomiast każdy miał guziki na żabotach i w tyle
fraka, spinające zawinięte brzegi pół, wyczyszczone cegłą na
czysto.
Gudin w towarzystwie kilku oficerów przeszedł wzdłuż
szeregu, a później skierował się ku domostwu, w którego drzwiach
stał Le Gras z Fahnerem.
- Oto jest przewodnik, generale - rzekł kapitan, rozsuwając
żołnierzy.
Dowódca zobaczył przed sobą mężczyznę wielkiego wzrostu z
rękoma i stopami kolosalnych rozmiarów. Rudawy zarost okrywał
policzki tego chłopa aż prawie do samych powiek, dawno niestrzyżone
włosy sterczały na jego wielkiej głowie, jak pęki trzciny. Duże,
łagodne, siwe oczy spoglądały na dowódcę ciekawie, oczy potomka
Normanów, którzy, według legendy, przyszli ze Skandynawii, osiedli
w Haslithal i zbudowali jej małe mieściny. Fahner miał na sobie
podarty kusy spencerek, brudną koszulę i krótkie zgrzebne spodnie.
Na nogach miał trepy wystrugane z drzewa, bez przyszwy, podbite
szeregiem ćwieków z ogromnymi łbami a przywiązane do stopy
sznurkami.
- Czy jest droga stąd na Grimsel, oprócz idącej w głębi
doliny? - zapytał Gudin.
- Droga?... Nie, drogi niema.
- A wszakże mówiłeś, że przejść można?
- Przejść można - odpowiedział Fabner. - Tak, przejść można.
- Gdzież jest to przejście?
- Tam... - rzekł chłop, wysuwając się naprzód i wskazując
najbliższy szczyt po lewej ręce od Gutannen. Ażeby zobaczyć tę
drogę, wszyscy musieli zadrzeć głowy.
- Czy sądzisz, że tamtędy może przejść cała nasza kolumna?
- Czy może? Cała kolumna? Dlaczegożby nie mogła przejść cała
kolumna? Dobrze mówię: cała kolumna... Tam przejdzie każdy, kto zna
drogę. Kto nie zna i kto jest słaby - ten idzie dołem, a później
obok jezior. Komu pilno do Realp, do Hospenthal, albo do Andermatt,
taki idzie przez tę wysoką drogę. Kto zna miejsce, bo kto jest
słaby w rękach albo w nogach...
- A ty znasz ją, obywatelu?
- Czy ja znam tę drogę? No tak, ja ją znam, tę drogę. Ja tam
chodzę, jak każdy inny w Hasli. Teraz śniegi już zeszły, lawiny w
tem miejscu się nie trafiają. Dlaczegóż? przejść można, kto zna
drogę i kto jest silny... Od wodospadu pójdzie się na lewo do
Gelmersee...
- Czy z Grimsel nie dostrzegą nas, gdybyśmy szli tamtędy?
- Z Grimsel? Czy dostrzegą? Jakże to można zahaczyć takiego,
co idzie górami? Nie, nie dostrzegą z Grimsel...
Generał zamyślił się i, nie spojrzawszy już na Fahnera,
odszedł do swej kwatery. Niebawem kazał sobie podać konia.
Wówczas już oddziały wojska tłoczyły się w opłotkach,
zdążając na południe od Gutannen w górę Aaru. Dwa bataliony szły w
nieładzie z nad rzeki ku drodze wprost przez łąkę, wbijając w
ziemię wyhodowane trawy i maleńkie działki żyta, które dnia tego 14
sierpnia, stało jeszcze niedojrzałe. Na łąkach i na podcieniu
górskiem leżał mrok głęboki, ale już granatowy. Wyżej był
rozkoszny, ciemny błękit, przez który przebijały się odprysłe
promienie i padały na ukos od szczytów niezmiernych krzesanic
Nägelisgrätli aż do północnego końca szerokiej doliny. Te drżące,
półjasne smugi podobne były do strun jakiejś niezmiernej liry. Same
czuby turni stały już w ogniu słonecznym. Lasy u podnóża gór, ledwo
w mroku widzialne, siklawy, jak białe nitki snujące się między
skałami, dziwne barwy i szerokie powietrze zimnego poranku
napełniały serca żołnierzy, oficerów i wodza szczytną fantazyą.
Kompanie szły, jak jeden człowiek, mocno, równo, sprężyście,
zostawiając poza sobą spustoszoną wioseczkę o szarych dachach
domostw i obór. Z ciemnej jego gęstwiny powiał na idących chłód
ostro przeciągający. Słychać też było huk donośny. Wkrótce koń
Gudina zatrzymał się na wzniesieniu, jak wysoki stopień leżącem w
dolinie. Widać było stamtąd piany wodospadu, fruwające między
kosmatemi i czarnemi jak noc ścianami świerków. Młody generał tknął
konia ostrogą i kłusem dojechał do brzegu rzeki. Stał naprost
głównego koryta żółtawo-burych wód Aaru, które tam zlatują nagle do
jamy na siedemdziesiąt metrów głębokiej. Z boku do tej samej
przepaści skacze z taką furyą, jakby był strzałem wysadzony z ziemi
Aerlenbach, potok srebrzysty, ten, co "wody błękitnemi spada",
wylęgły w lodach i jeszcze nie zbrudzony mułem ziemi. Z rykiem
chwytają się za bary te dwie rzeki w głębinie, zmagają tam,
trzaskając łbami o granit. Z czeluści, która wiekuiście wzdycha,
wypadają chmurki wodnego pyłu, ogromne banie mgły ledwie widocznej,
kołyszą się i błądzą nad dołem to tam, to sam, rozsiewając naokół
deszcz drobny i spływając po głazach długiemi smugami, jak łzy
cienkiemi. Niżej w kipiących pianach siepią się potworne kłęby,
zupełnie jak nagie ciała zdychające w kurczach boleści. Gudin mocno
zdarł konia i patrzał w dziwną przepaść. Na widok boju tych pian
wspaniałych, myśli jego porzuciły rzeczywistość. Wydało mu się
przez chwilę, że widzi tam, pośród pyłu wody znienawidzoną aż do
śmierci, chudą, bladą twarz, z długimi kudłami nieporządnej baby i
oczami wilka, kościstą twarz Bonapartego ze sztychu Hudges'a, czy
portretu Guerin'a. Znowu poczuł w sobie ciosy zazdrości i zachwytu,
nienawiści i uwielbienia. Sława czynów chudego Korsykanina nie
dawała nm chwili spokoju. Każdy biuletyn wojny włoskiej zatruwał mu
pokarm i napój, niby kropla jadu. Kiedy Napoleon odpłynął do
Egiptu, Gudin w skrytości ducha i ze drżeniem serca oczekiwał
wieści, że zginął tam, że zarżnięty został ten tygrys, który
poczynał już kłami i pazurami szarpać świat strupieszały. Ale oto w
początkach sierpnia tego, 1799 roku, doszła Gudina wiadomość, że
Korsykanin ma wracać. I zaraz ta pogłoska przeleciała nad armiami,
jak wrzask wojennej trąby...
Siwy, piękny koń Gudina, połechtany ostrogą, w podskokach
wybiegł z lasu na obszerną łąkę, nisko rozłożoną u stóp łańcuchów
górskich i zupełnie podobną do placu, na którym stoi Gutannen.
Tutaj kończyła się szeroka dolina. W górę szedł stamtąd ciasny
wąwóz między stromemi skałami, a na końcu jego widać było
poprzeczne górskie sioło: Grimsel.
Bataliony wojska stały już uszykowane na tej łące i
nieruchomo spoglądały na wylot szczeliny Hasli i na otaczające
turnie. Z prawej strony widać było drożynę, prowadzącą na przełęcz.
Była to perć, wybrukowana płaskimi głazami i dobrze ubita.
Zbudowano ją w wieku XV, czasu krwawych walk między berneńczykami a
chłopstwem z doliny Rodanu, jakie wynikały zazwyczaj z powodu "600
owiec i 20 koni". Drożyna szła odrazu w górę, wysoko nad Aarem,
który wypadał z pomiędzy skał na łąkę, jak zziajane i śmiertelnie
poranione zwierzę.
Fahner, podążający szybko za generałem, wskazywał ciągle
ręką na lewo, gdzie ze szczytu góry zlatywał na samo dno doliny
wodospad Gelmerbach. Kapitan Le Gras zbliżył się do Gudina i szpadą
wskazał mu kierunek pochodu, mówiąc:
- Zaszedłszy poza łańcuch tych szczytów, znikniemy dla
Austryaków na całą dobę. Ujrzą nas aż wtedy, gdy wyjdziemy z za
ostatniego, który tam oto widać...
Twarz jego wyrażała niepokój. Bał się, by generał na złość
nie uparł się iść doliną Hasli.
- Dwie kompanie pierwszego batalionu - rzekł Gudin wyniośle
- udadzą się natychmiast ścieżką w górę Hasli. Ukażą się
demonstracyjnie nieprzyjacielowi, stoczą z nim utarczkę, jeżeli to
będzie możebne...
W oczach kapitana błysnęła radość i głęboka wdzięczność.
Młody dowódca wykonywał jego plan i rozwijał go trafnie.
- W pobliżu jezior jest na Aarze zerwany mostek kamienny...
- szepnął jeszcze Le Gras nieśmiało.
- Właśnie... Dwie kompanie pierwszego batalionu zajmą się
ostentacyjnie naprawianiem mostku... - rzekł znowu Gudin z taką
powagą, jak gdyby bardzo dawno myślał o zerwanym moście, którego
reparacya, może służyć za wyborny sposób bałamucenia Austryaków i
maskowania czynu istotnego. Po chwili obwieścił zgromadzonym
oficerom, że sam uda się w towarzystwie dwóch kompanii doliną Aaru.
Wypocząwszy, kolumna ma bez wielkiego pośpiechu wstępować na górę
obok Gelmerbachu ścieżkami, które wskaże chłop - przewodnik. Nad
jeziorem Gelmersee całe wojsko ma się zatrzymać i czekać.
- Będziecie tam wypoczywali - mówił - dopóki nie przybędę.
Mam nadzieję, że zdołam powrócić zanim wszyscy dojdziecie do owego
jeziora.
Dwie kompanie uszykowały się i dwójkami poczęły wstępować na
ścieżkę. Gudin ze swymi adjutantami wjechał między tłum żołnierzy i
posuwał się zwolna. Wkrótce półbatalion znikł w lesie świerkowym, w
ostatnim lesie, za którym dalej gdzieniegdzie czepiały się tylko
karłowate olszyny i kosodrzewina. Między szczytami Nägelisgrätli
strzelały już promienie słońca na przeciwlegle wyżyny. Wielkie,
świetliste place blasku skoczyły na czarne pole granitów, na dzikie
krzesanice, gdzie już tylko gdzieniegdzie żółty mech połyskuje.
Zwolna to światło przybliżało się do rzeki, objęło las świerkowy,
wynalazło w nim i zatliło wszystkie krople rosy, wypędziło barwy
granatowe rozpostarło inne pełne odmian i cieniów. Za lasem ukazała
się w słońcu szybko maszerująca kolumna, podobna z oddalenia do
wielkiej piły, która się wrzyna w bok góry. Pióra na kapeluszu
Gudina połyskiwały, i każdy ruch jego głowy widać było doskonale.
Le Gras, stojąc przed frontem swej kompanii, tłumaczył żołnierzom,
w jaki sposób wykonany będzie atak na Niemców. Starzy
grenadyerowie, którzy z niejednego już pieca chleb jedli, pojęli go
natychmiast i dopytywali się o drobne szczegóły. Młodzi zasięgali
iuformacyi od wyjadaczów, i z osłupieniem szukali oczyma owej drogi
na gładkich ścianach górskiego łańcucha. Byli to ludzie z
rozmaitych stron Francyi: z pod Pirenejów i z pod Ardenów,
Bretończycy i Normandowie, górale i chłopi z równin.
- A wy tam pojmujecie, o co rzecz idzie? - zapytał Le Gras
dwóch żołnierzy, nadzwyczaj ciekawie przysłuchujących się temu, co
mówił.
-
Oui, je comprends..! oui - rzekł jeden z nich, wskazując
ręką na góry.
L'ennemi la, - nous la! Apr?s nous l'ennemi... z tyłu za
łeb i kolanem go ścierwę!
Vous comprenez? Cały szereg prędkich, gwałtownych i
plastycznych ruchów ilustrował doskonale odpowiedź starego
żołnierza i zrozumiany został wybornie przez wszystkich.
- To to, tak właśnie! - mówił kapitan ze śmiechem.
- Ty rozumiesz, co gadał?... - zwrócił się ten stary
żołnierz do młodszego kolegi, z którym przed chwilą rozmawiał.
- Coś miarkuję, ale jak to to ma być, tego nie mogę...
- Tak, widzisz, będzie. Twoje szwaby siedzą na tamtej górze,
co stoi napoprzek - prawda?
- No, juścić prawda.
- Jakby my do nich szli dołem, toby nas przecie kamieniami
zafrygały. Tak gadał Legra - i sprawiedliwie. Tak, widzisz bracie,
ten stary świcer z Gutanowa, co go Legra wczoraj zajął, ma pokazać
drogę niby tędy, miarkujesz?
- A i gdzież tu tędy przejdzie, ogłupieliście? - zaperzył
się młody. - To ta i wy rozumiecie, co gadają! Jakże by to wlazł,
na takie mury?
- To już nie moja głowa. Mówią, że wlezie. Jakeś stąd
patrzał, to się widziało, że
żeneral i te dwie kompanie, co z nim poszły, że mówię idą
po gładkiej ścianie, jak mucha po szybie, a ona tam przecie jest
dróżka - i niezła. Wiesz tera?
- Oj, głupie, głupie ludzie, żeby w takich przecież górach
siedzieć! słyszane rzeczy...
- Czekaj, bracie, jak cię jeszcze szwab wytnie w zęby kulką
na takim koniuszeczku góry, to se dopiero namachasz kozłów, zanim
się roztrzepiesz po kamieniach. Ale co tam!...
Rira bien qui rira le dernier... Wiesz co znaczy taka
gadka?
- Ij - co mi ta przyjdzie z waszej gadki? Ckliwo mi oto
patrzeć na takie...
- Weźże i chlipnij tego czerwonego wińska. Za gorzałkę ono
nie obstoi, to jest prawda, ale zawsze człowieka coniebądź
otrzeźwi...
Obadwaj pociągnęli z manierki i zakąsili skibką uschniętego
chleba. Starszy żołnierz należał do kategoryi wytrawnych lisów.
Widział świata niemało i w niejednej wojnie łba nadstawiał. Z
Berlina, gdzie się znalazł po ukończeniu pierwszej z tych wojen w
jego życiu, poszedł z kilkoma kamratami do Francyi, zasłyszawszy,
że się tam tęgo biją i złudzony obietnicą, że tam więcej kamratów
znajdzie. Towarzysze rozproszyli się po drodze, on zaś sam dowlókł
się do granic francuskich i, poszukując swoich, zapisywał się do
rozmaitych pułków z kolei. Tymczasem lata upływały na szukaniu
daremnem. Języka się poduczył, nabrał przywiązania do kapitana Le
Gras, do kapralów i sierżantów swego batalionu, którzy mu na
biwakach różne różności opowiadali. - Został. Ostatnimi czasy, po
rozpoczęciu wojny z Austryą, zetknął się ze swojakiem.:Był nim
jeniec, młody piechur, wzięty w kupie innych Austryaków w potyczce
pod Zurichem. Stary wiarus dołożył wszelkich starań, ażeby jeńca
namówić do wstąpienia w szeregi francuskie, a władze do przyjęcia
go na żołnierza. Gdy mu się to udało, rozpostarł nad przybłędą
iście braterską opiekę. Uczył go języka, choć sam ledwo piąte przez
dziesiąte mówił i rozumiał, czyścił mu karabin, łatał uniform,
zaplatał włosy, wyręczał we wszystkiem i oddawał mu najlepszą część
jadła i napitku. Za to wszystko gadał do niego... I młody polubił
wiarusa taką mocą przywiązania, jaka tylko na wojnie wyrasta. W
ciągu sześciu miesięcy zrośli się ze sobą, jak dwie połowy tej
samej kości żyjącego ciała.
Ledwo żołnierze spożyli po kromce chleba, już kapitanowie
wywoływali przed kompaniami rozkaz wstępowania na górę. Rozmowy
nagle ucichły i kolumna wolno ruszyła z miejsca, jak monstrualny
wąż, migając łuską bagnetów i ładownic. Przewodnik, który
postępował na czele, wprowadził pierwszy batalion, idący za nim na
ścieżkę obok wodospadu Gelmerbach. Żołnierze mieli ciągle przed
oczyma białą pręgę wody, zlatującą na dolinę z wysokości stu metrów
z górą. Szyk wojskowy rozbił się wkrótce, gdy każdy grenadyer
musiał własnym przemysłem odszukiwać sposób wdzierania się na górę.
Ścieżka ginęła wśród złomów strąconych kamieni i drzew, a tylko
kiedy niekiedy spostrzedz ją było można w postaci głębokich,
ślizkich i prostopadle zbiegających wyżłobień w glinie. Na tem
zboczu łańcucha wciąż jeszcze leżały cienie. Kroplista rosa, jak
śnieg bieliła się na świerkach i trawach. Mokre kosówki wyciągały z
gęstwiny swe długie gałęzie i zagradzały drogę żołnierzom. Ludzie
szli rzeźko, przejęci ciekawością, co też spostrzegą za krawędzią,
z której zlatywał wodospad; - z bezwiedną uciechą wciągali w płuca
powietrze czyste i rzadkie i, jak ogromna kompania wesołych
turystów, skracali sobie drogę, przecinając ścieżkę zygzakowatą.
Cały las u podnóża rozciągnięty wrzał od gwaru, który, wzmagając
się ciągle zagłuszył wkrótce jęk białej siklawy. Starsi i młodsi
oficerowie nie powstrzymali tego nieładu, sami uniesieni rozkoszą
wdzierania się na stromą pochyłość o tak cudownym poranku.
Stanąwszy na wierzchołku pierwszej skały, postępujący na czele
procesyi ze zdumieniem ujrzeli przed sobą jezioro, staw, nie
większy od Czarnego pod Kościelcem w Tatrach. Za tem jeziorem stała
rozwarta dolina Diechterthal, pusta, raptownie dźwigająca się do
góry, pozbawiona już drzew, a pełna smutnych wałów, osypisk i brył
kamiennych, wśród których kipiał dziki potok. Z prawej i lewej
strony śmigały stamtąd w górę brunatne, szare i czarne turnie o
powierzchniach stromych i gładkich, wypolerowanych przez wody. Tu i
ówdzie widać było na nich rysy, żłoby i faliste linie, tajemnicze
hieroglify lodowców, które stamtąd przed wiekami odeszły. Nizko na
zrębach tych skał wisiały kępy kosodrzewiny, podobne z oddalenia do
mchu. Wyżej kołysały się w przestworze pogięte jej gałązki, nie
grubsze dla oka od ździebeł trawy.
W pewnem miejscu, wychylając się daleko z pomiędzy dwóch
krzesanic, wisiała nad otchłanią krawędź lodowca. Ten gzems,
niezmiernie równo wykrajany i gładki, stał w płomieniach słońca, i
oślepiająco czysta farba lodu ciskała się w oczy nadchodzącego
wojska, raziła je i zdawała się być podobną do niezmiernego miecza,
który jakaś ręka podniesiony trzyma.
Kiedy całe wojsko odbywało ten pierwszy etap swej drogi,
Gudin szybkim marszem dosięgnął końca Hasli i znalazł się przy
zburzonym moście na Aarze. Nie tracąc ani chwili czasu, szkoczył na
koniu w rzekę i przebył ją szczęśliwie. Kiedy jednak siwy arab
wyskoczył na brzeg, koło uszu generała świsnęły kule, a z za wału,
zakrywającego dwa jeziora grimselskie wysunął się oddział żołnierzy
w białych mundurach. Dwie kompanie Gudina przebyły rzekę i nagłym
marszem rzuciły się na Austryaków. Bermyce jeszcze raz dały ognia i
cofnęły się w stronę gospody, przy jeziorach stojącej. Gudin nie
poszedł za niemi. Odjechał jeszcze dalej na bok w górę rzeki, tam
się zatrzymał ze swymi oficerami i począł rozpatrywać miejscowość.
Wówczas dopiero zrozumiał, co chciał uczynić, zamyślając zdobywać
tę przełęcz. Dolina Hasli tam się kończyła. Zamykała ją poprzeczna
góra, na tysiąc stóp wzniesiona ponad jeziorami, a łącząca dwa
kolosalne łańcuchy górskie. Grobla ta miała kształt siodła, a boki
jej, spadające raptownie, tworzyły amfiteatr, u stóp którego leżały
dwa ciemnozielone jeziora. Była to granitowa pustynia, jama z
kamieni, miejsce, którego widok przejmował dreszczem, jak myśl o
śmierci. Skały tam były nagie, śliskie i tylko u dołu powleczone
żółtaworudymi mchami. Wyżej bieliły się tu i ówdzie szare piamy.
Były to miejsca puste po taflach, które się urwały. Naokół
wyszczerzał swe zęby szereg N?gelisgr?tli i piramidy
Finsteraarhornu. Od stóp jego wydzierał się z lodów bury Aar.
Gudina począł zaraz nękać dziwny hałas tej rzeki. Wody jej
monotonnie jęczały, długą, wciąż powracającą gamą okrutnego szumu,
zanosiły jakąś skargę, zawodziły jakąś pieśń, złożoną z potwornych
melodyi. Zdawało się, że z głębi tych zimnych pieczar głosi epos
natura - o przedwiecznych pracach kropel, o wiekuistem zwycięstwie
wód i umieraniu kamienia, o wielkich pochodach lodu, o nacisku,
który cierpią skały i o cieple, rodzącem walki...
Kupa żołnierzy austryackich, odepchnięta do schroniska, dała
widocznie znać o przybyciu Francuzów, bo szczyt przejścia Grimsel
ożył niejako. Na starej dróżce ukazywały się tłumnie białe figurki
z wielkimi czarnymi łbami, nie większe od koników polnych, i
zajmowały sprawnie każde załamanie się perci, idącej po stromem
zboczu nieregularnymi skrętami i zębami. Gudin wysłał swoje dwie
kompanie pod samo schronisko i polecił im przez dzień cały ukazywać
się, cofać, odbudowywać most, wspinać na skały i wogóle sprawować,
jak awangarda napastniczej kolumny. Sam przeleciał na koniu galopem
cały ów wązki zakręt, dotarł do podnóża góry, wszystkiemu się
przyjrzał i co koń wyskoczy wrócił do brodu. Przebył rzekę ~ i w
towarzystwie tylko dwóch subalterów oraz luzaka, dozorującego
konie, śpiesznie wrócił na miejsce, skąd całe wojsko poczęło iść na
góry. Czarne ślady na rosie, zdeptane trawy i ułamane krzewy
wskazywały mu kierunek pochodu. Generał i dwaj oficerowie zsiedli z
koni, zostawili je żołnierzowi, a sami odrazu puścili się w drogę.
Gudin biegł pod górę jak jeleń w swych węgierskich butach, za
których ugalonowane, krótkie cholewy nalało mu się pełno wody
podczas przebywania rzeki. Z umęczenia i niepokoju wewnętrznego
niebawem tchu mu zabrakło, więc odwiązał z bioder szarfę, z szyi
chustkę, rozpiął frak, kamizelkę, koszulę i tak z odkrytą piersią
sadził na przełaj. ośmnaście kompanii grenadyerskich wypoczywało,
siedząc półkolem na brzegu jeziorka Gelmer, kiedy na zrębie skały
zjawił się młody generał, zmordowany tak bardzo, że z każdego jego
włosa pot kapał.
- Idziemy dalej w tę dolinę? - zagadnął odrazu przewodnika,
ukazując na Diechterthal.
- O, nie! - rzekł Fahner. - Ta dolina nie zaprowadziłaby nas
w stronę Grimsel. My pójdziemy wprost na szczyty.
- Którędy? - spytali oficerowie, zdumieni tem oświadczeniem,
gdyż naokół widać było tylko ściany pionowe.
- Pójdziemy poza tą skałą. Innej drogi niema - rzekł
Szwajcar obojętnie.
Zaraz też ujął swą siekierę na długiem toporzysku z obuchem
okrągłym, niby jabłko, i szerokimi krokami poszedł brzegiem
jeziora. Kompanie uszykowały się i okrążyły jezioro. Ślad drogi
wlókł się do podnóża wydatnej skały, która czarnemi taflami
schodziła wprost do wód jeziorka. Wyminąwszy tę skałę, wojsko
zobaczyło nareszcie swoją drogę. Dreszcz strachu i szept stłumiony
przeleciał wskroś tłumu. W tem miejscu masa granitu, tworząca
łańcuch cały, rozpękła się i jakby rozsunęła w dwie strony. Między
chropowatemi powierzchniami tych ścian, wznosił się do góry wązki
przesmyk, niby komin, od samego jeziorka aż do białych stogów
lodowych. Z górnego krańca owego przejścia wywalał się na dół
lodowiec, zczerniały po wierzchu, a jasnozielony w swych
pęknięciach i pieczarach. Ta szczelina od jeziora Celmer do szczytu
Thier?lplistock, wspinająca się na przestrzeni 2000 metrów, wydała
się żołnierzom Gudina podobną do wielkiej trumny, wysłanej
prześcieradłem, której wieko na ich przyjęcie odwalone, zatrzaśnie
się, skoro tylko tam wstąpią. Słońce, wzbijając się coraz wyżej,
sięgało już promieniami i do tej czeluści, ale oświetlony był
dopiero jej wylot szczytowy. W tych punktach ogrzanych rodziły się
seledynowe obłoczki, stały na miejscu, biorąc na się przeróżne
postacie, a potem wolno pełzły w górę kominem ku jasnemu szafirowi
nieba. Niżej lód szarzał w pół zmroku, a z trupiej jego masy tchnął
na ludzi strach wielkooki, strach, co łechce pod deką piersiową i
ściska pięty żelaznymi kleszczami.
Przewodnik brnął zwolna po kostki w piasku rozmytym,
zmiękłym i pociętym przez mnóstwo strumyków.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.