O żołnierzu-tułaczu - Stefan Żeromski

Kup ebooka

5.99 zł
4.79 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania, zajętego w gospodzie "Zum Bär" na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i zwolna weszło do izby kilku oficerów w kostjumach narzuconych niedbale, oraz sierżant jednej z kompanij trzeciego bataljonu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kucki i zwrócił się do sierżanta, który wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.

- No i jakże, byłeś? - zapytał, wycierając oczy.

- Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca. . .

- Co rzeka! Widziałeś ich? - zawołał porywczo i z niepokojem.

- Zdaleka. . .

- Któż to był? Szyldwachy?

- Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.

- Gdzież oni byli?

- Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole, inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku szyldwachów.

- Czy was spostrzegli?

- Tak, obywatelu generale. . . - szepnął sierżant nieśmiało.

- Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?

- Nie, obywatelu. . .

- Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie doszedł?

- Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą jezior, które tam leżą i któreśmy zdaleka widzieli.

Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie, rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednem z okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w podwórzach i zaułkach między domostwami.

Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.

- Dziękuję. . . -rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy.

Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem zawołał:

- Czy to prawda, co opowiadają naoczni świadkowie-znawcy, że te pozycje są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski genjusz w kpa się tu zamieni, że białe Austrjaki zarzucą nas z tych gór swemi pochyłemi bermycami - powiedz, Râteau. . .

- To jest miejsce nie do zdobycia - rzekł sierżant posępnie.

W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał zwolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnem nienawiści kapitana, stojącego we framudze drugiego okna.

- Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? - rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.

- Uprzejmie proszę. . . - rzekł Gudin.

- A więc to prawdą jest, co powiadają, - zwrócił się kapitan do sierżanta, - że stojąc na Grimsel, nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas, wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austrjaków pod Näfels, z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nie tylko śmierci, ale także hańby naszego genjuszu. . . Râteau! - rzekł kapitan głośniej - ty wiesz, że ja się nie boję. . .

- Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie. . . - rzekł Gudin.

- Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście do miejsca, gdzie się dolina zwęża - do jezior?

- Szliśmy - rzekł sierżant - chyba ze trzy godziny.

- Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?

- Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem w najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.

- Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?

- Nie inaczej, obywatelu kapitanie.

- Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej dwóch ludzi?

- Tak jest, obywatelu.

- Że zanim w pięć bataljonów zdołamy dotrzeć do jezior, już Austrjacy ukryci za skałami mogą wystrzelać połowę naszej kolumny, idącej dwójkami?

- Tak myślę. . .

- A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą na Grimsel?

- Dostrzegłem ją, obywatelu.

- I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?

- Tak jest.

Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:

- O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.

- Obywatele,-powiedział niedbale Gudin, zwracając się do wszystkich, - wyruszamy dziś i to niezwłocznie dla zdobycia szturmem przejść: Grimsel, Furka, Gothard. . .

- I Monte Rosa - szepnął kapitan Le Gras tak cicho i niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za kaszel.

- Plan operacji całej wydany został w kwaterze głównej. Podpisał go Masséna. Uruchomiliśmy 27 termidora trzydzieści tysięcy wojska. Bracia nasi walczą w tej chwili na śmierć i życie. Idą w góry Reussu, uderzają na przejście "Zum Stein", aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie, tutaj w Gutannen? Zwyciężymy czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten plan w obecności, dajmy na to, kapitana Le Gras. Może zechce tu również zostać jeszcze podpułkownik Labruy?re. . .

Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancji. Gudin zerwał się z łóżka i wdziewając pośpiesznie swój uniform, rozkładał mapy, wskazywał linje operacyjne pochodu, wyznaczone czerwoną barwą - i szybko wykładał:

- Wiadomo. . . - mówił - że arcyksiążę Karol zajmuje swemi wojskami olbrzymi łańcuch pozycyj: od Simplonu i mieściny Brieg w dolinie Rodanu - aż do Zürichu. Ma on do rozporządzenia 78 bataljonów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64613 żołnierza i 13299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami napoprzek do niej idącemi - więc z Meyen i z Issi; dalej: - rozdół Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i Zürich. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy, rozerwać ich łączność - i wygnać - zanim tamci nadciągną. Thurreau uderzy na brygadę Straucha w dolinie Vallais, my wstąpimy na Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycyj u źródeł Rodanu i weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy, zajmujemy przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę Reussu. . . Wiadomo - mówił ożywiając się i gwałtownemi ruchy wskazując na mapę - że rozstaliśmy się w Interkirchen z generałem Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataljony i trzy kompanje w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen, wysadzić nieprzyjaciela spomiędzy lodów i zejść przez Meyen-Tal do Waasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do wąwozu Reussu. Z czoła, od Flüelen, uderzy na Austrjaków sam Lecourbe. Chciejżeż zważyć, że los operacji od nas zależy! Jeżeli obierzemy Grimsel, zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce, bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linją. Czworobok ten idzie: z Interkirchen do Waasen, z Waasen do Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel, a z Grimsel do Interkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Useren - niceśmy nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach jak w fortecy i mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gothard, a z Chur przez dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie tej głównej pozycji za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta - drwić ze słow moich. Gdyby nie to, że dziś idziemy, powinienbym cię, obywatelu, natychmiast skazać na śmierć. . .

- O!. . . - mruknął Le Gras, przymykając swe piękne oczy.

- Tak, - zawołał Gudin, - niesubordynacja dosięgła takiego stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze mruczą, gdy się wydaje rozkazy. . .

- Generale! - szepnął Le Gras - niesubordynacja idzie jeszcze dalej: żołnierze nie tylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.

- Ja im w tych górach obiadu nie stworzę!. . .

- Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idylliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają, jako ślad swego pochodu, ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Interkirchen?

- Kogo śmiesz pytać, obywatelu? - wrzasnął Gudin.

- Generała, który ma prawo skazać mnie na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawiony koligacyj, że nie mam nawet stryja, któryby mię protegował. . . Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. Toteż, kiedy generał brygady Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonni?re zapytuje mię. . .

- Nie odpowiadam na podobne zaczepki! - rzekł dumnie generał, bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. - Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo w armji Ardenów pod Ferrandem, byłem w armji północnej i w reńskiej, byłem w Niemczech pod Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kintzig. . .

- Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacji, której celem jest zdobycie Grimsel - rzekł wolno i ozięble podpułkownik Labruy?re, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu.

Milczał on dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznokcie.

- Kapitan Le Gras? - rzekł generał, potężnym aktem woli tłumiąc w sobie rozszalałą pasję i usiłując zagasić blask nienawiści w spojrzeniu. - Słucham. . . co za plan?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.