5.
5.
Dawno, dawno temu, Morze Południowochińskie przemierzały żaglowce i w lasach Malajów pełno było zwierzyny. W Szanghaju mieszkał wówczas
chłopiec imieniem Tan Ki Ni. Był najmłodszym z dziewięciorga dzieci w rodzinie handlarza piórami ptaków. Osobliwe to zajęcie, na pół
poetyckie, na pół okrutne, przynosiło niewielki dochód. Nie były to
praktyczne piórka domowego ptactwa, sycące pierzyny w zamożnych
sypialniach czy przydatne w pracy skryby. Nieszczęśnik sprzedawał pióra
ptaków rajskich. Stubarwne lekkie abstrakcje. Smutne wspomnienia
skrzydeł.
Kiedy Tan Ki Ni miał lat dziewiętnaście, starsi bracia przejęli
przedziwną pracownię ojca. Dla chłopca nie znaleźli w niej miejsca.
Pewnego dnia ten wyszedł z domu i nigdy już nie powrócił. Nikt w Szanghaju nie wiedział, co stało się z młodym Chińczykiem i niebawem o nim zapomniano. Ja znam dalszy ciąg tej historii.
Tan Ki Ni wszedł w porcie na pokład statku płynącego na Malaje. Być może
wśród gości zajmujących kabiny był Joseph Conrad. Tan nie mógł jednak o tym wiedzieć. Podróżujący pod pokładem nie widywali pasażerów pierwszej
klasy. Nie mając pieniędzy na bilet, Tan obiecał odpracować jego koszt u przyjaciół kapitana statku, w mieście Malakka.
W końcu dziewiętnastego stulecia Malakka była sporym portem strzegącym
niczym Scylla wąskiej cieśniny między Półwyspem Malajskim a wschodnim
wybrzeżem Sumatry. Tan Ki Ni pracował tam dwanaście miesięcy.
Pozostawiano mu tylko tyle pieniędzy, by co kilka tygodni mógł strzyc
głowę na zero. Jego praca w starej, pozbawionej kanalizacji Malakce
polegała na wywożeniu z zamożnych rezydencji ekskrementów, w metalowych
kadziach, a następnie sprzedawaniu tego cennego ładunku jako nawozu
farmerom w głębi kraju.
Pożyteczną firmą dowodził stary Malaj. Miał na imię Kayan i rzadko już
przytomniał w chmurach opium. Jego młoda żona była wielkiej urody.
Śniada i szczupła jak kobra. Dziewczyna nosiła imię Malam, które po
malajsku oznacza noc.
Trudno powiedzieć, co stało się naprawdę, bowiem świadkowie tej historii
dawno już wędrują w lasach szczęśliwych, odległych i nam jeszcze
niedostępnych. Czy Kayan zapalił zbyt mocne opium, czy piękna Malam,
zakochana w młodym przewoźniku nieczystości, namówiła chłopca do spisku.
W każdym razie Tan Ki Ni ożenił się z Malam, starszą od niego o lat
sześć, i przejął firmę. Zamieszkali w domu zmarłego, wysoko na
wzgórzach, skąd o świcie, we mgle, dostrzec można było siwy brzeg
Sumatry. A może to były klucze czapli, sunące na północ, do Chin?
Przejąwszy pieniądze Kayana, Tan porzucił pracę, widząc swoją szansę
zupełnie gdzie indziej. Wkrótce zasłynął jako najpotężniejszy handlarz
opium w całym archipelagu. Jego łodzie przywoziły towar z Jawy, a on
sprzedawał go bogatym kupcom półwyspu. Malam okazała się bezpłodna. Tan
Ki Ni zamieszkał z kilkunastoletnią dziewczyną, córką chińskiego aktora.
W owym czasie, u progu nowego stulecia, stał się najsłynniejszą postacią
Malajów. Używając terminów współczesnych, nazwalibyśmy go gangsterem
wielkiego formatu. Kontrolował cały handel narkotykami. Posiadał sieć
domów publicznych w portowej dzielnicy. Słynął z wielkodusznego gestu i okrucieństwa. Budził zazdrość, respekt i grozę.
Ze związku z młodą Chinką urodziło się czworo dzieci. Życie wielkiego
gangstera i jego rodziny jest szybkie, gwałtowne i nieprzewidywalne.
Dlatego kiedy Tan Ki Ni uciekał z Malakki w łodzi o wygaszonych
latarniach, zabrał ze sobą w pośpiechu tylko jednego syna.
Niespokojne wiosną Morze Południowochińskie zaniosło ich na brzeg
równikowej wyspy Borneo. W jej wnętrzu wciąż rządziły klany łowców głów.
W wysokich drzewach wędrowały miedziane, wpółludzkie postacie
orangutanów. Wąski pas brzegu i nieliczne miasteczka wyspy należały już
do Brytyjczyków, w kolonii o nazwie Borneo Północne. Tan Ki Ni wylądował
w porcie Sandakan, stolicy prowincji, i niewiele więcej wiadomo o jego
losach.
Syn - Fung Czo - pojawia się w naszej opowieści w epoce wielkiej wojny.
Ma rodzinę, żonę i maleńkiego syna. Ukrywa ich w lesie. Sam, kiedy
Japończycy zajmują Sandakan, zaciąga się do brytyjskiej armii i znika w dżungli, gdzie pomaga przeżyć rozbitym alianckim oddziałom.
Gęsta puszcza, potworny klimat i brak dróg utrudniał prowadzenie wojny.
Walk było niewiele. Armie szukały się na ślepo w zaroślach. To na Borneo
jednak, oprócz filipińskiego półwyspu Bataan, Japończycy wsławili się
szczególnym bestialstwem. W obozie jenieckim na terenie dzisiejszego
miasteczka Taman Rimba umieścili dwa tysiące czterystu jeńców wojennych,
głównie Australijczyków. Pewnego dnia wyprowadzili ich wszystkich za
druty i kazali iść przed siebie, w dżunglę. Rok później ten marsz pod
eskortą japońskich żołnierzy zakończył się we wsi Ranau, u stóp wielkich
gór. Dotarło tam sześciu jeńców. Byłem kiedyś w Ranau. Pamiętam jedynie
sklep z ciastkami i tłoczącą się wokół niego roześmianą dzieciarnię.
Dziś już tyle tylko, tak niewiele.
Młody Fung Czo prowadził swoją prywatną walkę we wnętrzu starego lasu aż
do kapitulacji cesarza. Po wojnie, kiedy wrócił do żony i dziecka,
został odznaczony przez Brytyjczyków za honor i odwagę. Jego syn, a wnuk
Tan Ki Ni'ego, wstąpił do brytyjskiej armii, gdzie służył dwadzieścia
osiem miesięcy, aż do pierwszego dnia niepodległości Malezji w 1957
roku. Przez kilka lat mieszkał w Singapurze. Uczył w szkole angielskiego
i geografii. Kiedy w latach sześćdziesiątych wrócił na Borneo, ożenił
się, wzorem swojego dziadka najpierw raz, potem drugi. W 1980 roku
zamieszkał z żoną w schludnym, drewnianym domu przy głównej drodze
przecinającej stan Sabah. Prowadzi ze wschodu, z Sandakanu, na zachód,
przez góry, do Kota Kinabalu. Gdy go poznałem, mówiło się o nim z czułością "Wujek Tan". Jego sława sięgnęła legendy dziadka i historii
ojca. W jego życiu nie było krwi i wojny, narkotyków ani afer, ale Wujek
Tan był, jak sądzę, jedną z bardziej niezwykłych postaci w swoim dalekim
kraju.
Borneo jest dziką wyspą na końcu świata, gdzie pradawna dżungla rośnie
na ssących bagnach, gdzie żyją zwierzęta z arrasów i wyobraźni Boscha,
gdzie tubylcy mają dwie głowy lub też nie mają ich wcale. Tak myślałem
jako dziecko, zafascynowany egzotyką nieznanego lądu, o którym krążyły
mroczne opowieści. Chciałbym odnaleźć starą mapę, którą rodzice
powiesili nad moim łóżkiem, kiedy miałem trzy lata. Borneo było na niej
daleką jak słońce, ciepłą plamą. Moja miłość do wyspy urodziła się
jednak w dniu, w którym przeczytałem tekst Christine Eckstrom Bezkresny
gobelin, z fotografiami Fransa Lantinga. Otwierał książkę Zapomniany
raj, wydaną przez National Geographic w 1993 roku.
Działo się to jeszcze przed wielkim pożarem roku 1997. Pora deszczowa
odeszła. Był marzec i padało już tylko w wysokich górach, gdzie mieszka
deszcz. Jechaliśmy z Kota Kinabalu przez północną dżunglę wyspy z operatorem Adamem Sokołowskim, pracując nad sekwencją filmu Jurka
Owsiaka o ginących lasach. Autobus zatrzymał się na dwudziestym
dziewiątym kilometrze przed Sandakanem. Kierowca powiedział: "Tutaj".
Zobaczyłem tablicę: Uncle Tan.
Rosły, tęgi mężczyzna o twarzy baśniowego księżyca prawie zamykał skośne
oczy w uśmiechu. Jego dom był schronieniem dla podróżników. Latami
przyjeżdżali tam z całego świata, jeden po drugim, poszukiwacze przygód.
Witał ich najpierw ten niezwykły uśmiech, potem talerz krewetek wielkich
jak jaskółki i wreszcie czekała ich prycza w jednym z trzech bungalowów
na tajemnej łące za domem, dalej od szosy. Kiedy przyjechaliśmy - nocą,
w mlecznym świetle - w wysokiej gadającej trawie pasły się dzikie konie.
Wuj Tan miał też swoje obozowisko w głębi dżungli, w dolnym biegu rzeki
Kinabatangan. Błotna, leniwa wstęga przecina północną część wyspy, wijąc
się w gęstwinie z zachodu na wschód. Droga z Sandakanu do Lahad Datu
prowadzi przez most nad tą rzeką. Tam znalazłem płytką pirogę z mocnym
japońskim silnikiem. Obciążona równała krawędzie burt z powierzchnią
wody.
Kinabatangan jest rozległa. Dżungla nie zamyka wędrowca w sobie, lecz
pozwala podziwiać się z perspektywy. Powietrze gęstnieje od owadów i ptaków. W pierwszej chwili trudno je rozróżnić. Motyle są ogromne jak
dłonie złożone do modlitwy. Niektóre ptaki i zwierzęta zaś drobne,
ledwie widoczne.
Wysoko, we włosach drzew, wiszą całe rodziny małp. Rzadkie nosacze
sundajskie, rozpaczliwie spadające z drzew jak owoce; obojętne małe
makaki i te tak daleko w koronach najwyższych roślin, że rozpoznać je
nie sposób. Nad wodą smukłe czaple, jakby poskładane przez uczniaków z kartki białego zeszytu. Wyżej mityczne dzioborożce. Ptaki otoczone
czcią, jak bogowie. Odprowadzamy je wzrokiem.
Rzeka niosła nas w dół kilka godzin. Łódź dogonił mrok i tylko światło
gwiazd udawało chłód. Noc pozostała lepka i upalna. Z brzegu do obozu w głębi lasu wiodła bagnista ścieżka przez zarośla. Nie więcej niż paręset
metrów, ale w ciemności, ze sprzętem, którego nie wolno upuścić,
zapadaliśmy się w błoto po uda. Kiedy utknąłem pierwszy raz, zostawiłem
w gęstej mazi buty i dalej brnąłem boso, w pijawki i węże. Powietrze
skraplało się na skórze i spływało w noc ciemnymi strugami potu.
Pamiętam obóz Wuja Tana: pięć drewnianych platform na drągach, z dachami, u których wisiały moskitiery. Na Borneo każda chata w puszczy
jest zbudowana na palach. Powodzie przychodzą regularnie, jak zmierzch.
Jeszcze stół z widokiem na leśne jezioro, kuchnia nad paleniskiem i łazienka: osłonięty matą kącik z kadzią pełną wody z rzeki. Tam
spotykało się czasem zabłąkane orangutany. Wuj Tan na stałe utrzymywał w obozie trzech ludzi. Przyrządzali malajskie potrawy, strzegli lekarstw i gotowali wodę, ale głównie od świtu po zmrok śpiewali z gitarą
europejskie przeboje.
Las borneański na dziesięciu akrach kryje w sobie więcej gatunków roślin
i zwierząt niż cały obszar Ameryki Północnej. Bogactwo fauny jest tak
nieprzebrane, że część z tysięcy gatunków owadów występujących tylko na
Borneo nigdy nie została nazwana.
Każdego roku tysiące akrów starej dżungli znika. Pozornie nic się nie
zmienia. Wędrując przez Borneo człowiek odnosi wrażenie, że pokrywająca
wyspę dżungla jest bezkresna i wieczna. W pogodny dzień wzrok sięga
daleko. Intensywna zieleń przenika akwarelową plamą w barwę nieba. Nie
powstają fabryki, lecz kolejny las - plantacje palmy oleistej. Zieleń
wypiera zieleń. Tylko przedwieczne drzewa, cenniejsze niż ropa, wędrują
do japońskich tartaków. Tylko zwierzęta i kwiaty, puszyste stonogi
ogromne jak ogórki, gotyckie iguany, maleńkie piękne wyraki jak pluszowe
maskotki o oczach na pół głowy - chciałbym powiedzieć: odchodzą w świat
pamięci. Ale przecież zdarza się, że nawet nie zdążyły otrzymać imienia.
Wuja Tana można było odnaleźć w głębi Borneo. Można też, co pewnie
łatwiejsze, do dziś szukać dobrego Chińczyka w ludziach, którzy
kiedykolwiek się z nim zetknęli. Wszyscy oni noszą w sobie wdzięczność i przyjaźń dla niezwykłego przewodnika. Nie wiedząc, ile to dla mnie
znaczy, Tan wspomniał parę dziennikarzy. Odwiedzili jego dom kilka lat
wcześniej, prosząc o pomoc i rady. Tan pokazał im Borneo jak umiał, a oni w podziękowaniu przysłali mu potem swoją książkę, którą Tan
przyniósł mi z dumą. Piękne wydawnictwo z żółtym znakiem "National
Geographic". Na stronie tytułowej wpisane serdeczne słowa, że dziękują,
a Tan był dla nich wszystkim i bez niego nie daliby rady.
Jeszcze podpis: Christine & Frans.
6.
6.
W dziś już bezimiennym mieście północnej Tajlandii musiałem wyglądać na
zagubionego. Chłopak, może osiemnastoletni, zatrzymał motor obok mnie i spojrzał wyczekująco.
- Train station? - spytałem.
Niedbale wskazał ręką kierunek. Podziękowałem i poszedłem w tamtą
stronę, w gąszcz wąskich uliczek, w woń smażonych warzyw, w duchotę
tropikalnego popołudnia. Kilka minut później usłyszałem silnik
motocykla.
To był znów on. Ruchem głowy poprosił, bym usiadł za nim. Podwiózł mnie
pod same drzwi stacji. Uśmiechnął się, skinął ręką na pożegnanie i odjechał.
To nie jest klasyczna anegdota, ktoś powie przytomnie i wzruszy
ramionami. Ale mnie interesuje ta jedna minuta, której potrzeba, by
porzucić swoje zajęcie, cofnąć się, ruszyć na poszukiwanie zupełnie
obcego człowieka i pomóc mu odnaleźć drogę. Ciekawi mnie i uszczęśliwia
ten moment refleksji, cenniejszy niż instynkt niesienia pomocy, który
każe działać natychmiast.
W tamtej podróży miałem ze sobą zbiór opowiadań Woody'ego Allena. Gdy
pociąg niósł mnie dalej w nieznane, w wilgotną, duszną bujność, czytałem
jedno z nich i wspominałem dobroć młodego motocyklisty. Opowiadanie
nosiło tytuł Niesłychanie płytki człowiek. To historia umierającego w szpitalu mężczyzny. Najbliższy kumpel, towarzysz karcianych wieczorów,
unika odwiedzin. Miga się, kluczy, wymawia. Szpital przeraża go i nuży,
nie potrafi też - bo to najtrudniejsze - znaleźć właściwych słów, by w rozmowach z przyjacielem ofiarować pocieszenie; nazwać i oswoić, co
nieuchronne. Jak dobrze miałem już wkrótce poznać to uczucie.
Gdy sumienie bohatera uwiera go już jak ość w krtani, z obowiązku raczej
niż porywu serca odwiedza wreszcie chorego przyjaciela i zakochuje się w jego pielęgniarce. Od tego dnia zaczyna przychodzić codziennie. By
zrobić wrażenie na dziewczynie, spędza przy łóżku umierającego długie
godziny. Przynosi prezenty, pociesza, trzyma za rękę. Przyjaciel
odchodzi ze świata szczęśliwy, w przeświadczeniu, że był kochany,
potrzebny, cenny. Zauroczenie pielęgniarką z czasem mija, rozstają się w przyjaźni, nie historia ich namiętności zresztą stanowi sedno sprawy.
Zostajemy z pytaniem: jeśli się kogoś uszczęśliwi nieszczerze, ale
obdarowany nie wie o tym, jaka jest wartość moralna takiego czynu?
Jak w każdej sytuacji, tak i tu warto sięgnąć po Szekspira:
(...) wcale nie zaszkodzi
Gdy nie kochając powiesz: Kocham, miły,
Konającemu, kiedy śmierć nadchodzi,
(...)
Miraże tropikalnego miasta bez imienia nikły w rozedrganym od upału
powietrzu. Znad odległych wzgórz Birmy szły deszczowe chmury i pierwsze
ciemne krople zostawiały na szybach ślimacze smugi.
8.
8.
Z Konfucjusza:
Czerwone kwiaty wiśni
zamykają obrzeża kielichów.
Jakże mógłbym cię nie wspominać
z oddali, ach, w ojczystym kraju?
Mistrz rzekł: "To nie jest jeszcze odległe wspomnienie.
Co mogłaby z nim zrobić dal?".
Dal. Drogie mi słowo. Myślę, że cokolwiek w życiu uczyniłem, było mniej
lub bardziej nieudaną próbą zatrzymania chwili, rysów twarzy, brzmienia
głosu, detali zachodu słońca. Innymi słowy, ktoś powie, żyję
przeszłością. Wielu jest ludzi, którzy nie tylko tego nie zrozumieją,
ale taką postawę mają w otwartej pogardzie. Filozof Krzysztof Pomian
powiedział kiedyś, że człowiek powinien za wszelką cenę unikać bycia
piewcą rzeczy minionych. Nie wolno nam chodzić z głową zwróconą w tył.
Jego zdaniem takie zamknięcie się w przeszłości to byłaby właśnie
prawdziwa starość.
Przeczytałem wywiad z wiecznie młodym i szalenie mi bliskim Markiem
Kondratem. Tytuł rozmowy zapożyczony z Mrożka brzmiał: Życie to
najbliższe pięć minut. Myśl buddyjska, choć bohaterowie tych wspomnień
uznaliby zapewne, że w istocie warta naszej uwagi jest jedynie chwila, w której żyjemy. Nie najbliższe minuty nawet, a jedynie ulotna
współczesność. Życie bowiem jest serią nieskończenie małych
teraźniejszości. Rozumiem i szanuję tę wygodną dla ludzkiej psychiki
metodę postrzegania czasu. Chroni nas przed niepotrzebnym martwieniem
się o przyszłość i równie zbędnym rozpamiętywaniem błędów przeszłości.
Najwyraźniej nie chcę jednak ułatwiać sobie zadania. Świadomy jałowości
tych prób, każdym swoim słowem i kadrem z czułością zaświadczam: to
było.
Nie ma we mnie zgody na utratę. Na nieistnienie. Choć mawiał Marek
Aureliusz - upieram się, że w istocie jeden z pierwszych europejskich
buddystów: nie ma utraty, jest zmiana. Niewykluczone, że wybrałem
ścieżkę niewłaściwą, bo pisany był mi los archeologa. Życie poświęcone
przeszłości. A jednocześnie troska, uwaga, by otaczać się jedynie
pięknymi przedmiotami. Mieć w bibliotece najznakomitsze książki. Z myślą, że przy odrobinie szczęścia i ja sam stanę się obiektem
zainteresowania archeologów odległych epok i dobrze byłoby, aby znaleźli
przedmioty warte ich starania, gdy za millennia odkopią ruiny domu na
farmie.
Minęło dwadzieścia pięć lat od moich pierwszych podróży na Wschód i długo nie wracałem do tych fotografii, nie przywoływałem z zapuszczonego
ogrodu pamięci ani jednego istnienia, nie wołałem po imieniu minionych
ludzi. Aż przyszedł czas wielkiego umierania, czas pandemii. Jak
niewiele mogę dziś zrobić, by powstrzymać to wszechobecne znikanie. Raz
jeszcze próbuję wydobyć z mroku postacie utrwalone tym razem nie na
przedwiecznych pocztówkach, jak w Dali, lecz we własnej pamięci. To
często wielki wysiłek.
Każdej nocy zasypiam z nadzieją, że sny przyniosą wspomnienia, które
zapodziały się gdzieś po drodze. Utknęły, skorodowały. Unieruchomione
rdzą czasu, ani myślą drgnąć na jawie i potrzebują podświadomości, by
wydostać się na światło. Takie zjawisko nosi nazwę hipermnezji.
Zwolennicy tej teorii są pewni, że cokolwiek zdarza się nam w życiu -
więcej: każda myśl, doznanie, emocja - nigdy nie opuszcza naszej
pamięci. Zostawia ślad niemożliwy do usunięcia. W Księdze zapominania
Douwe Draaisma przypomina postać lekarza, a przy okazji, co niezwykle
znamienne, pioniera fotografii nazwiskiem John William Draper. Już w połowie dziewiętnastego stulecia dowodził on, że w komórkach
ganglionowych, które zbierają bodźce z innych komórek, zmagazynowany
jest kompletny i trwały ślad naszych doświadczeń. Postrzegał pamięć jako
cichą galerię, na której ścianach widnieją cienie wszystkiego, co
uczyniliśmy.
Móc swobodnie przechodzić z jednego pomieszczenia tej galerii do
drugiego. Jak w Luwrze pozbawionym turystów i otwartym całą dobę jedynie
dla nas. Niespiesznie doświadczać zgromadzonych tam chwil i wzruszeń
całego naszego życia. Wrócić na puste plaże Unieścia, trzyletnim, w pierwsze rodzinne wakacje. Stanąć raz jeszcze w oknie swego pokoju,
dwudziestoletnim, w tamto lipcowe popołudnie. Odtworzyć dni narodzin
moich synów. Ostrożnie omijać rafy egzaminów maturalnych. Przeżyć raz
jeszcze pierwsze lądowanie w Nowym Jorku i jechać pierwszy raz nocą z lotniska wprost w oświetlony Manhattan. Tysiące innych doznań o wielkiej
sile.
Pamiętam te chwile, ale jakże niedokładnie, jak niechlujnie. W galerii
pamięci absolutnej można byłoby je odtworzyć w skupieniu, sekundę po
sekundzie, nawet spowolnić, by przyjrzeć się uważniej. Ale jednego
zrobić nie moglibyśmy: zmienić wypowiedzianych słów, podjętych wtedy
decyzji. Czy to jednak nie byłaby udręka? - rozważam bez lęku, bo moje
nieposłuszne sny i tak chodzą własnymi, niepojętymi ścieżkami.
Myślę z wdzięcznością o zapiskach Artura Rubinsteina. Wracam do nich
przynajmniej raz w roku. Czytam w całości lub we fragmentach. Na chwilę
zanurzam się w świat, za którym instynktownie tęsknię, choć przecież go
nie znałem. Przede wszystkim jednak zdumiewa tytaniczna siła pamięci
mistrza, który po blisko wieku odtwarza dokładnie każde menu, krój
fraka, markę cygara, każde wypowiedziane w towarzyskiej pogawędce słowo
i co najważniejsze: detale urody każdej spotkanej kobiety, a tych mu w życiu nie brakowało. Taka pamięć to przywilej genialnego pianisty. Kto,
mając lat dziewięćdziesiąt, jak wielki pan Artur, potrafi bez nut zagrać
dwugodzinny recital fortepianowy złożony z najtrudniejszych dzieł
dawnych mistrzów, pamięta i daleką woń perfum hrabianki X, dawno już
minionej. Ja każdego dnia tej bezlitosnej zimy wstaję o wschodzie słońca
i zmuszam pamięć do pracy cyrkowego siłacza. A ona sączy mi z dali tak
niewiele, po kropli zaledwie, po dwie.
Zygmunt Bauman pisał w Retrotopii: Ulgę przynosi powrót z nieprzyjaznego świata współczesności do znanego, wygodnego i przytulnego
świata pamięci, który, choć czasem się zachwieje, jest nam
pocieszeniem.
W Roku myśliwego Miłosz cytuje Singera z powieści Szosza: Gdzie
podziały się te wszystkie lata? Musi być jakieś miejsce, gdzie wszystko
jest zachowane, zapisane aż do najdrobniejszego szczegółu. Powiedzmy, że
mucha wpadła w sieci pająka i pająk ją wyssał. Jest to fakt wszechświata
i taki fakt nie może być zapomniany. Gdyby taki fakt został zapomniany,
powstałaby skaza na świecie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Parę słów o tej książce
Parę słów o tej książce
To były trudne dni, tygodnie, miesiące. U progu lutego, w drugim roku
pandemii, przyszła sroga zima. "Bestia ze wschodu", mówiono. Codziennie,
w dojmującej samotności, z dala od bliskich, umierały setki ludzi.
Mieszkałem niedaleko przepełnionych szpitali, blisko pogotowia. Przed
świtem budziły mnie sygnały karetek, skowyt bezsilności i cierpienia.
Jeszcze w styczniu zdarzyła się pozornie nieistotna okoliczność, która,
jak czasem bywa, uchyliła przede mną drzwi do wnętrza odległych, nieomal
już zatartych wspomnień. Podążyłem tą ścieżką. Z pawlacza zdjąłem pudło
ze starymi zdjęciami. Niewiele ich zostało. Przez lata okazywałem
zdumiewającą dezynwolturę wobec oryginałów moich fotografii. Przepadły w redakcjach dawno już nieistniejących pism. Niektóre z ocalałych kadrów
przemówiły do mnie. Otworzyłem stare dzienniki. Także te niedotykane od
trzydziestu i więcej lat. Szukałem drogi do człowieka, którego historię,
zatrzymaną w kolejnych decyzjach źrenicy, miałem przed sobą.
Zazwyczaj budzę się wcześnie. Codziennie o wschodzie słońca siadałem
więc do fotografii. Podejmowałem próbę zapisania myśli, które pojawiały
się, gdy długo patrzyłem w te obrazy. Powracały słowa, zapachy, sytuacje
często niezwiązane bezpośrednio z dawnymi zdjęciami. Na balkonie rosła
hałda śniegu, poranne wiadomości brzmiały coraz bardziej
apokaliptycznie, a ja każdego dnia uciekałem w przeszłość. I w dal. Te
powroty stały się formą autoterapii. Dzięki nim sięgnąłem też ponownie
do książek nieotwieranych od dawna.
Ostatnie lata, po prawdzie ćwierć wieku, spędziłem w Afryce i do tej
pory, jeśli nie liczyć wątku Lizbony, wyłącznie o niej próbowałem
opowiadać. W zimowe dni drugiego roku wielkiej choroby, nie ruszając się
z domu, wróciłem na Wschód.
Przez dwa miesiące powstało kilkadziesiąt wspomnień, refleksji,
swoistych "oddechów przeszłości". Różnią się od siebie objętością,
formą, stylem, z pewnością stopniem poczucia humoru (niektóre wydają się
zabawne, inne wprost przeciwnie), tak jak różny bywał w tych dniach
człowiek, który je spisywał. Stały się, jak wspomniałem, terapią, ale
też nieuchronnie kroniką tęsknoty i lęku. Przede wszystkim zaś, jak
bodaj wszystko, co piszę i fotografuję, próbą zatrzymania tego, co
minione. Utrwalenia, co pojedyncze. Próbą ocalenia. Zarazem więc kroniką
nieuniknionej klęski.
Powstała, jak widzę, książka tak naprawdę dla mnie samego. Choć nie mogę
wykluczyć, że wielkoduszni czytelnicy Bieli i Dali znajdą w niej
rozwinięcie wątków, które ich tam zainteresowały. Cieszę się natomiast
nadzieją, że przywołana przy tej okazji osobista antologia myśli Wschodu
przyniesie Państwu, w te i przyszłe niełatwe dni, pewne pocieszenie.
Marcin Kydryński
Warszawa, 24 marca 2021
29 978 potwierdzonych nowych zakażeń, 575 kolejnych ofiar
2.
2.
Zacznę od sceny, która wydarzyła się niedawno, bo w niej bije źródło
tych wspomnień. Jest styczeń. Zmierzcha się. Po gwałtownej zamieci śnieg
topnieje, płynie z dachów. Chodnik ulicy Solec jest wąski, nieliczni
przechodnie w pośpiechu lawirują między strugami lodowatej wody. W kałużach na zawilgłym asfalcie drżą wątłe refleksy witryn i to one
określają horyzont spojrzenia. Ludzie patrzą pod nogi. Płyty starego
chodnika są chwiejne i ciemna topiel zdaje się bryzgać z samych trzewi
ziemi, gdy nieopatrznie trafię na ruchomy beton. Zła aura na spacer. Idę
szybko, lewą stroną ulicy, w kierunku Tamki. Nie powinienem podnosić
wzroku, a jednak robię to, na chwilę nie dłuższą niż mój przyspieszony z wysiłku oddech.
Stoi z koleżanką przed witryną bistra. Zapewne czeka na wydanie
zamówienia. Trwa pandemia śmiertelnego wirusa. Restauracje są zamknięte.
Mijani ludzie zakrywają twarze. I ja noszę maskę.
Jej twarz jest odsłonięta. Nie może być inaczej. Nie dlatego nawet, że
pali papierosa. Oparta łokciem o szybę, unosi nad głowę dłoń zwieńczoną
okruszyną żaru. To jest twarz, jakiej zasłonić nie wolno. Jak długo mogę
przyglądać się jej rysom? Sekundę? Półtorej? Nasze spojrzenia dotykają
się na mgnienie. Mijam ją zdyszany i słyszę, jak mówi:
- To będzie jeszcze większe mieszkanie.
Pierwsze trzy słowa przychodzą do mnie kolejno, brzmią coraz wyraźniej,
w miarę jak zbliżam się do niej, a ostatnie niknie już za mną w ciemności nadchodzącej nocy. W tę noc i ja się zanurzam, jak w rozpacz
po utracie. Ton głosu dziewczyny trwa we mnie, rezonuje. Jest niski. Ma
w sobie nuty zamszu i mchu, króliczej sierści i miodu. Zdumiewające, bo
kobiety z jej stron brzmią inaczej. Ich melodia zazwyczaj ptasia,
bliższa kwileniu. Nie barwę głosu jednak zabieram na resztę życia ze
sobą.
Portret mijanej w pośpiechu postaci zostaje we mnie jak fotografia w książce. Spotkanie nasze nie dłuższe niż otwarcie migawki. A obraz
naświetlony w pamięci trwały, niemożliwy do zapomnienia. Owal jej twarzy
- przywołuję go dziś z taką łatwością - ma w sobie łagodność. Skupia
całą harmonię świata, odzwierciedla ład idealny. Obie wargi pełne,
złączone tworzą niemal okrąg; oczy, choć w naturalnym dla istot ze
Wschodu zmrużeniu, zdają się ogromne. Ich kształt przywołuje na myśl
kontur skrzydeł łabędzia. Oprawa gęstych brwi podkreślona delikatnym
rysunkiem czarnych, okrągłych okularów. Łuk twoich brwi to dla mnie od
dziś jedyny kierunek modlitwy, myślę. Barwa odkrytych mimo chłodu i wilgoci włosów kara jak lśniąca maść fryzyjskiego ogiera. Inaczej,
precyzuje pamięć: maść żucza, jak u Trypocopris vernalis, z szafirowo-liliowym połyskiem od migotliwych neonów ulicy.
"Jeszcze większe mieszkanie". Jej polszczyzna szeleści doskonale. Po
matce, chcę wierzyć, pochodzi zapewne z Malajów. Może z Tajlandii.
Raczej nie Indochiny, na to jej skóra zdaje się zbyt bursztynowa, lecz
może to zmierzch i światło latarń o barwie gasnącej świecy.
Dostrzegam to wszystko w ledwie iskrze czasu, dość jednak długiej, by
zostać porażonym nadmiarem piękna. Ja, barbarzyńca, spowity w czapy,
spętany w szale, opuchnięty zimowym ubraniem, niewidoczny, ciemny i niemy pod maską. Niosę jej obraz w głąb nocy jak łup. Ale moje lędźwie
są spokojne. Czy myślę o zapachu jej skóry po przebudzeniu? O smaku
joni? O utraconej szansie i życiu gasnącym z każdą odchodzącą chwilą? O szczęściu, którego zaznałbym z mijaną dziewczyną, gdyby pozwoliła mi
tylko patrzeć na siebie przez ten czas, który mi pozostał, nawet bez
słów? O mojej rozkoszy i udręce - bezcielesnego a wielookiego, chciwego
strażnika jej snu?
Nie. Myślę o nieuchronnym rozkładzie piękna. Ale też o jego wiecznym
odradzaniu się, trwaniu niejako poza czasem. Myślę o nagłym, jak w szczelinie błyskawicy tnącej styczniowe nocne niebo, objawieniu boskiej
obecności. Jeśli bowiem jesteśmy stworzeni na podobieństwo istoty
najwyższej, to dziewczyna, którą minąłem, musi być najbliżej wzoru.
Ciesz się pięknem - powiada Márai - ale nie oczekuj od niego więcej
niż to, co może dać. Ciepła życia szukaj gdzie indziej. Piękno jest
zimnym płomieniem. Nie można się przy nim ogrzać.
Myślę o okrucieństwie luster i żalu za pychą młodości. O długim życiu
przedmiotów i urodzie wszystkiego, co pojedyncze. Myślę o zagadce
doskonałości i o preludiach Bacha. Przede wszystkim jednak myślę o Wschodzie.
3.
3.
To reprint współczesny. Mieszka w klaserze obok z górą stuletnich
oryginałów z Afryki. Żeby w połowie lat dwudziestych ktoś umieścił na
pocztówce tę fotografię autorstwa znakomitego reportera Henryka
Poddębskiego - mało prawdopodobne. Nie przedstawia przecież pozornie
arkadyjskiego życia kujawskiej wsi z epoki międzywojnia, gdzie pan
Henryk pracował często i chętnie, a szczelnie zabudowaną ulicę Warszawy.
Jednak niewykluczone, że miasto dumne z nowych projektów architekta
Mariana Lalewicza chciało się nimi w ten sposób pochwalić. Wreszcie,
jeśli fotografia pochodzi nie z połowy, a z końca lat dwudziestych,
wówczas wiadomo już było, że w świetlistej, trzyskrzydłowej kamienicy na
pierwszym planie swoje ostatnie dni przeżył Reymont. Fotograf oddawał
więc hołd pamięci noblisty.
Początek dnia, słońce oświetla południowo-wschodnią fasadę domu. Chłodna
wiosna lub początek października. Daleka topola ma już, lub jeszcze,
wszystkie liście. Trzy kobiety minęły kamienicę, właśnie weszły po
schodkach. W ciemnych, ciepłych paltach idą w stronę ulicy Pięknej.
Spostrzegły pana Henryka. Rozmawiają podekscytowane, świadome swej
urody, zapewne szczęśliwe, że mistrz uwiecznia je w kadrze. Lata
dwudzieste, fotografia uliczna jest zjawiskiem nowym. Dopiero niedawno
wyniesiono ciężki sprzęt z atelier. Adeptów rzemiosła przy pracy widuje
się w mieście rzadko.
Kobiety za chwilę miną Poddębskiego i jego, jak sądzą, asystenta.
Fotografowie owych czasów rzadko wychodzą na zdjęcia w pojedynkę. Sprzęt
jest ciężki, materiały światłoczułe tyleż niewygodne w użyciu, co
delikatne, wymagają opieki. Nie możemy wykluczyć, że w porannej sesji
towarzyszy mistrzowi Lalewicz. Pomaga, ale przede wszystkim baczy, by
jego praca została przedstawiona w idealnym kadrze. Jest dumny i szczęśliwy ze swego ostatniego projektu, jakim jest widoczny na
pierwszym planie gmach Warszawskiego Towarzystwa Budowy Własnych
Mieszkań pod numerem 16 i za nim, w dole ulicy, z czternastką,
bliźniaczy akademik dla panien. Lalewicz jest tak zachwycony budynkami,
z?e własna? wille? postanowił zbudowac? dokładnie naprzeciwko kamienic
swego autorstwa. Chce wpatrywać się w nie codziennie, to zrozumiałe.
Mimo oczywistej próżności twórcy, wybaczalne. Jego dom widzimy po
prawej, za żeliwną latarnią.
Pan Marian będzie patrzył prosto w okna na piętrze wschodniego skrzydła
domu z numerem 16 jeszcze przez kilkanaście lat. Niemcy rozstrzelają go
w pierwszych dniach powstania, na Dzikiej. Poddębski zginie w obozie
Vaihingen, pod Stuttgartem, dwa miesiące przed końcem wojny.
Tymczasem trzy pogodne kobiety wędrują ulicą Górnośląską już blisko sto
lat i będą nią szły wieczność całą.
Patrzę na minione, a jednak wciąż przecież trwałe dziewczyny z czułością. Próbuję odgadnąć ich przyszłe losy, ale wkrótce mijam je
wzrokiem, by spojrzeć w narożne okna na pierwszym piętrze. Te, w które
nieuchronnie patrzył każdego poranka Marian Lalewicz. Kto stał w nich
tamtego odległego dnia? Kto mieszkał wtedy w tym wnętrzu, które pół
wieku później stanie się moim dziecinnym, a wreszcie młodzieńczym
pokojem? Świadkiem mych zabaw i chorób wieku dziecięcego, spotkań z przyjaciółmi, pierwszych emocji, lektur, przemyśleń, doświadczeń,
miłości. W tym oknie, wyraźnie na fotografii widocznym, dwa pokolenia
później, 23 lipca roku 1988 stanę za plecami ukochanej dziewczyny,
przytulę i pocałuję ją po raz pierwszy. Z nadzieją, że spędzimy wspólnie
resztę życia. Jej skóra będzie miała korzenny zapach Wschodu; skwarną,
pustynną woń Syrii.
- Nigdy nie będziemy razem - powie mi w pewien grudniowy wieczór.
To nie była miłość pierwsza. Ale najsilniejsza, jak wszystkie
namiętności, które okazują się niemożliwe, skazane na zatracenie. Temat
na osobną opowieść, ale jeszcze nie teraz, bowiem niektórzy uwikłani w nią ludzie do dziś budzą silne społeczne emocje.
Wszystko, co zaważyło na moim przyszłym życiu zdarzyło się za narożnymi
oknami ze zdjęcia. Mieszkałem tam dwadzieścia formujących lat.
1971-1991. Za widoczną na starej fotografii szybą (czy tą samą?, może to
być, by jej kruchość przetrwała lata wojny nietknięta?) poznałem
pierwsze książki. W tym pokoju rodzice czytali mi, pięcioletniemu,
powieści, które spulchniały wyobraźnię, budziły marzenia.
Mijały dekady, łuszczyła się i liniała skóra fasady starej kamienicy.
Dziś stoi odnowiona w kolorze écru, a ja wciąż pamiętam dawną,
ciemnożółtą barwę, jakby okadzoną dymem z ogniska. Nie było mnie tam już
od lat, gdy w moim dawnym pokoju tata przeżywał swe ostatnie tygodnie.
Przychodziłem, z pewnością niewystarczająco często, by z nim chwilę
porozmawiać. Zastawałem go, jak czytał ulubioną książkę z młodości, Łuk
Triumfalny Remarque'a, w pierwszym polskim wydaniu, w płóciennej
oprawie o barwie sosnowych igieł. Do dziś na stronie tytułowej widnieje
wpis ołówkiem: Lucjan Kydryński, 1947. Tata miał wtedy osiemnaście
lat. Wrócił do ukochanej książki ponad pół wieku późnej, w ostatnich
dniach życia. Mam dziś ten tom na półce. Otwieram, stęskniony spotkania
nie z Joanną, a z tatą. Z ruchem jego młodej dłoni. Został ślad ołówka,
dowód życia wśród ruin martwego miasta. A może jedynie miasta
udręczonego - tata zdaje się, że w roku 1947 mieszkał w Krakowie. Dość,
że lichy grafit okazał się trwalszy od ludzkiego istnienia.
Brakowało naszym spotkaniom swobody, szczerości. Byliśmy skrępowani.
Choć przecież serdeczni dla siebie, obaj straciliśmy szansę, by
powiedzieć sobie nawzajem czułe słowa, spróbować oswoić nieuniknione.
Gesty miłości wydawały mi się niemęskie, czy za trudne, nie wiem. Tata
czuł wtedy, jak i przez całe życie, tę szczególną troskę, by swoim
cierpieniem nikogo zanadto, a najlepiej w ogóle, nie absorbować. I tak
mijaliśmy się w naszych przemilczeniach, w nieporadnościach.
Niewykluczone, że tata w ten sposób dawał mi też lekcję. Uczył
odchodzenia bez skargi. Z miłości, jak ojciec księcia Siddharthy,
chronił i zatajał przede mną wszystko, co było cierpieniem. "Masz
jeszcze czas, to cię nie ominie, ale niech nie zatruje ci duszy już
teraz, jeszcze nie, za wcześnie", myślał zapewne.
Ja dziś myślę o noweli Tołstoja, w której umiera raptem
czterdziestopięcioletni, choć po prawdzie w pewnym sensie martwy już za
życia, uwikłany w drobne matactwa, udręczony swym jałowym losem urzędnik
imieniem Iwan Iljicz. Ostatnie dni choroby przynoszą mu, jak pewnie
każdemu ocalonemu od nagłej śmierci, fundamentalne pytania: Co zrobiłeś
ze swoim życiem? Jaki sens nadałeś istnieniu?
Iwan sens odnajduje i swój los naprawia. W ostatnim spazmie przytula
głowę syna, a ten przyciska dłoń umierającego do swoich ust, niejako
zbawiając ojca pocałunkiem. (Echo z ogrodu Oliwnego, jeśli przyjąć, że
tamten pocałunek był warunkiem zbawienia ludzkości, nie symbolem
zdrady). A jednak nie znaleźliśmy w sobie śmiałości i siły na takie
gesty, tata i ja.
Wielu z nas, którzy straciliśmy najbliższych i byliśmy świadkami ich
długiego umierania, rozpoznaje własną skazę w obojętności rodziny
Iljicza. W jej znużeniu, w na zegar spoglądaniu, w zakłamywaniu
rzeczywistości, w zmęczeniu codziennym kontaktem z cudzym cierpieniem, w uldze, że nie nas to spotyka, i w niewierze, iż kiedykolwiek może nam
się przydarzyć to samo.
Patrzę w okna na fotografii i wszystko wraca. Płowa barwa pierwszego
łóżka, przy którym całą noc musiała palić się lampka, tak bałem się
ciemności. Jątrzący świąd skóry, gdy chorowałem na odrę; wtedy też
niewygoda różowego plastikowego nocnika, na którym jednak ufnie
zasypiałem, udręczony gorączką. Bolesne ssanie szklanych baniek na
skórze. Towarzyszyła temu woń spirytusu i błękitnego płomienia, gdy
przyjazny doktor Grzegrzółka naprawiał mi w ten sposób płuca. Zostawały
potem na plecach okrągłe, sine ślady, jak po kieliszkach na barze. Wraca
chłód kamiennych parapetów, gdzie odrabiałem lekcje, bo jasno, i gdzie
czytałem książki z serii Klasyka Młodych. Lśniące, lakierowane hojnym
gestem okładki: Twain, Verne, Cooper, Stevenson. Zapach papieru ich
stronic. Wraca wzór dywanu w kolorze lwiej skóry. Każde z miłosnych
spełnień. Każda z nikczemności. A więc także moje wyparcia,
zniecierpliwienia, wymówki w wieloletniej chorobie taty.
Patrzę w okna na fotografii. Ilekroć dziś wspominam to wnętrze, widzę
twarz taty, słyszę jego głos. Czuję na skórze dłonie mamy dbające o mnie
w chorobie, ale słyszę głos taty, jak czyta mi książki.
Także tę, która miała jako pierwsza zaprowadzić mnie na Wschód. Trzy
słowa wciąż słyszę wyraźnie, niezapomniane, choć przecież nie pochodzą z mojego języka: Rikki-tikki-tavi.
4.
4.
O wschodzie, w ostatnim dniu stycznia, słońce jest jak krwią nabiegła
źrenica, między wpół zaciśniętymi powiekami chmur. Spod nich, na moment,
wreszcie smużka światła, jak chwila mojego życia pomiędzy bliźniaczymi
ciemnościami wieczności. Na balkonie skrzy się świeży śnieg i tylko jego
strącona z balustrady garść ujawnia, że chwilę wcześniej przysiadła tam
mewa. Do niedawna nieświadomy ich istnienia w moim mieście, odkąd
zamieszkałem wysoko, podziwiam je w tańcu na zimowym niebie. Warszawa,
póki nie opuszczę wzroku na dachy dzielnicy, zdaje się wtedy Lizboną.
W Lizbonie i wcześniej w Afryce spędziłem prawie całe dorosłe życie.
Lecz jeśli spróbuję sięgnąć pamięcią w głąb, na samo dno studni czasu, i spojrzę na siebie pięcioletniego, w pokoju na pierwszym piętrze starej
kamienicy przy Górnośląskiej, zrozumiem, że innymi wówczas wędrowałem
drogami. Nie na białe schody Alfamy wspinały się moje marzenia, nie w górskie szlaki Etiopii gnały pierwsze tęsknoty. Moim światem były
ścieżki deszczowego lasu. Nieomal czułem na skórze dotyk tłustych liści
nabrzmiałych wilgocią, mrużyłem oczy w szpadach pionowego słońca, gdy
przenikały nieobjętą zieloność aż po zbutwiałe poszycie. Byłem
brunatnoskórym chłopcem wychowanym przez wilki. Moim domem był las.
Rozmawiałem ze zwierzętami. Najbliższych przyjaciół znalazłem w niedźwiedziu i czarnej panterze. Bez lęku patrzyłem w oczy tygrysa.
Z tamtych odległych dni, gdy tata czytał mi Księgę dżungli, pozostało
we mnie przekonanie, że człowiek, by przetrwać, musi stać się jednością
z przyrodą. Jakkolwiek tę książkę napisał jeden z ideologów białej
brytyjskiej supremacji nad resztą świata, odnajdywałem w niej już wtedy
myśli Wschodu o jednej mierze dla każdej formy życia. Jest bowiem
pierwszym przykazaniem buddyjskiego dekalogu zakaz krzywdzenia żywej
istoty. Wiele lat później, dwudziestopięcioletni, zrozumiem bez
wyniosłego uśmiechu przypowieść z filmu Mały Budda o mężczyźnie, który
w czas wielkiego głodu ofiarował swe ciało na żer dla tygrysicy, by
wróciła do sił i mogła mlekiem wykarmić młode.
O wschodzie, w zimowe dni, budzę się zawieszony wysoko nad miastem
dzieciństwa i przypominam sobie głos taty, jak czyta tę prawdopodobnie
pierwszą książkę mego życia i wciela się po kolei w postacie z Kiplinga:
Mowgliego, Bagheerę, Shere Khana. Siadam każdego z tych poranków - smog
mgli bezlistną szarość i Warszawa wydaje się prawie piękna - by sięgnąć
codziennie po jedno wspomnienie. Wracam do starych fotografii. Tak wiele
ich zaginęło, przepadło. Tych kilkadziesiąt ocalę. Świat wokół jest
wrogi i znikąd nadziei. Tylko pamięć to miejsce bezpieczne. Cicha
przystań, która da mi schronienie w dni lęku.