Rozdział I. Rozważania wstępne
Rozdział I
Rozważania wstępne
Przedmiotem niniejszego szkicu nie jest tak zwana wolność woli, tak
nieszczęśliwie przeciwstawiana niewłaściwie nazwanej doktrynie
filozoficznej konieczności, lecz wolność obywatelska lub społeczna:
charakter i granice władzy, której społeczeństwo ma prawo podporządkować
jednostkę. Jest to kwestia rzadko formułowana i prawie nigdy nie
roztrząsana w kategoriach ogólnych, lecz wywiera ona głęboki, choć
ukryty, wpływ na praktyczne spory bieżącego wieku i będzie zapewne
niedługo uznana za żywotną kwestię przyszłości. Nie jest ona bynajmniej
nowa i w pewnym znaczeniu dzieliła ludzkość niemal od najdawniejszych
czasów; ale w tej fazie postępu, w którą wkroczyły bardziej cywilizowane
odłamy naszego gatunku, przedstawia się w nowym świetle i wymaga
odmiennego i bardziej zasadniczego potraktowania. Walka między wolnością
a władzą jest najbardziej uderzającym rysem najwcześniejszych znanych
nam okresów historii, a w szczególności historii Grecji, Rzymu i Anglii.
Ale w dawnych czasach był to bój między poddanymi lub pewnymi klasami
poddanych a rządem. Wolność oznaczała ochronę przed tyranią władców
politycznych. W pojęciu ogółu władcy (z wyjątkiem niektórych ludowych
rządów Grecji) zajmowali z konieczności antagonistyczne stanowisko wobec
ludu, którym rządzili. Rząd składał się z jednej osoby, rodu lub kasty,
które otrzymywały władzę dziedzicznie lub zdobywały na drodze podboju, a w każdym razie nie sprawowały jej na życzenie rządzonych, i których
zwierzchnictwa ludzie nie ośmielali się, a może nie pragnęli, łamać, bez
względu na to, jakie środki ostrożności można było przedsięwziąć przeciw
temu uciskowi. Władzę rządzących uważano za konieczną, ale także za
wysoce niebezpieczną - za broń, którą mogli skierować równie dobrze
przeciw swoim poddanym, jak przeciw nieprzyjaciołom zewnętrznym. Dla
ochrony słabszych członków społeczności przed niezliczonymi sępami
potrzebne było drapieżne zwierzę silniejsze od innych i trzymające ich
na wodzy. Ponieważ jednak ten król sępów był równie skłonny do
atakowania stada jak mniejsze harpie, niezbędną było rzeczą mieć się
stale na baczności przed jego dziobem i pazurami. Celem patriotów było
więc ograniczenie władzy panującego nad społecznością i właśnie to
ograniczenie oznaczało dla nich wolność. Usiłowano ją zdobyć w dwojaki
sposób. Po pierwsze, za pomocą uzyskania pewnych przywilejów zwanych
politycznymi swobodami lub prawami, których przestrzeganie było
obowiązkiem władcy i których pogwałcenie przez niego usprawiedliwiałoby
opór lub ogólny bunt. Drugim i zwykle późniejszym sposobem było
wprowadzenie konstytucyjnych hamulców, za pomocą których uczyniono zgodę
społeczności lub jakiegoś ciała mającego reprezentować jej interesy
koniecznym warunkiem do wydawania ważniejszych postanowień rządu. W większości europejskich krajów władcy zostali w większej lub mniejszej
mierze zmuszeni do podporządkowania się pierwszemu z tych sposobów
ograniczenia. Inaczej miały się rzeczy z drugim; i wprowadzenie go -
lub, w razie gdy już był częściowo używany, wprowadzenie go w całej
rozciągłości - stało się wszędzie głównym celem miłośników wolności.
Póki też ludzie zadowalniali się zwalczaniem jednego nieprzyjaciela za
pomocą drugiego i godzili się na to, by mieć pana, pod warunkiem, że
będą mniej lub więcej skutecznie zabezpieczeni przed jego tyranią, nie
posuwali się dalej w swoich pragnieniach.
Dzięki postępowi spraw ludzkich nadszedł jednak czas, gdy ludzie
przestali uważać niezależne rządy władców mających przeciwne im interesy
za konieczność natury. Wydało im się, że byłoby daleko lepiej, gdyby
różni urzędnicy państwowi byli pełnomocnikami lub delegatami
odwoływalnymi wedle ich woli. Zdawało się, że tylko w ten sposób mogliby
mieć zupełną pewność, iż rząd nie będzie nadużywać swej władzy na ich
niekorzyść. Stopniowo to nowe żądanie wybierania czasowych władców stało
się naczelnym celem dążeń partii ludowej, gdziekolwiek partia taka
istniała, i w znacznym stopniu zajęło miejsce poprzednich prób
ograniczenia potęgi władców. W miarę postępu walki o ustanowienie rządu
na drodze okresowego wyboru niektórzy ludzie zaczęli sądzić, że
przykłada się zbyt wielką wagę do samego ograniczenia władzy. Był to
(mogłoby się wydawać) środek na władców, których interesy były zwykle
przeciwne interesom ludu. Obecnie potrzeba było, by władcy utożsamili
się z ludem, by ich wola i interesy były wolą i interesami narodu. Naród
nie potrzebował ochrony przed swoją własną wolą; nie było obawy, by
tyranizował samego siebie. Niech rząd będzie rzeczywiście przed narodem
odpowiedzialny i łatwo usuwalny, a naród będzie mógł powierzyć mu władzę
i decydować sam o jej użyciu. Władza byłaby przecież wtedy władzą narodu
w skoncentrowanej i ułatwiającej jej sprawowanie formie. Ten sposób
myślenia lub może raczej odczuwania był rozpowszechniony wśród
ostatniego pokolenia europejskich liberałów i, jak się zdaje, dotąd
przeważa u nich na kontynencie. Ci, którzy wyznaczają działalności rządu
jakąś granicę - wyjąwszy rządy, które ich zdaniem nie powinny istnieć -
są uderzającymi wyjątkami pośród kontynentalnych myślicieli. Podobne
uczucia przeważałyby teraz w naszym własnym kraju, gdyby okoliczności,
które im przez jakiś czas sprzyjały, pozostały bez zmiany.
Ale zarówno u jednostek, jak w teoriach politycznych i filozoficznych
powodzenie odsłania wady i słabe strony, które w razie niepowodzenia
mogłyby wymknąć się obserwacji. Mniemanie, że lud nie potrzebuje
ograniczać swojej władzy, mogło się wydawać aksjomatem, gdy rząd ludowy
był tylko marzeniem lub opisaną w książkach dawną przeszłością.
Mniemania tego nie zachwiały przejściowe wypaczenia Rewolucji
Francuskiej, gdyż najgorsze z nich były dziełem garstki uzurpatorów, a w każdym razie nie były rezultatem stałego funkcjonowania instytucji
ludowych, lecz nagłego i gwałtownego wybuchu przeciw despotyzmowi
monarchii i arystokracji. Z czasem jednak pewna demokratyczna republika
zajęła dużą część globu ziemskiego i dała się poznać jako jeden z najpotężniejszych członków wspólnoty narodów; a odpowiedzialny rząd z wyboru stał się przedmiotem obserwacji i krytyk nieodłącznych od
wielkiego faktu. Spostrzeżono wkrótce, że takie zwroty jak "samorząd" i "władza ludu nad sobą" nie wyrażają istotnego stanu rzeczy. "Lud"
sprawujący władzę to nie zawsze ten sam lud, nad którym ta władza jest
sprawowana; a "samorząd", o którym mowa, nie oznacza, że każdy rządzi
sobą, lecz że każdym rządzą wszyscy pozostali. Ponadto wola ludu jest w praktyce wolą najliczniejszej lub najaktywniejszej części ludu,
większości lub tych, którzy za większość uchodzą: lud może więc pragnąć
pognębienia jednej ze swych części i środki ostrożności dla zapobieżenia
temu są równie potrzebne jak przeciw każdemu innemu nadużyciu władzy. A zatem ograniczenie władzy rządu nad jednostkami nie traci nic ze swojej
doniosłości, gdy dzierżyciele władzy są stale odpowiedzialni przed
społecznością - to znaczy przed jej najsilniejszą partią. To
zapatrywanie jednakowo trafiające do przekonania myślicielom i tym
ważnym klasom europejskiego społeczeństwa, których rzeczywistym lub
rzekomym interesom demokracja się sprzeciwia, ustaliło się bez żadnej
trudności; i w rozważaniach politycznych "tyrania większości" uważana
jest teraz powszechnie za zło, przed którym społeczeństwo winno się mieć
na baczności.
Podobnie jak inne tyranie, tyrania większości budziła z początku i budzi
jeszcze pospolicie obawę głównie wtedy, gdy znajduje wyraz w zarządzeniach władz publicznych. Myślący ludzie spostrzegli jednak, że
społeczeństwo będące samo tyranem - tyranizujące zbiorowo poszczególne
jednostki, z których się składa - nie ogranicza się do czynów
wykonywanych rękami jego politycznych funkcjonariuszy. Społeczeństwo
może spełniać i spełnia swoje własne zlecenia: a jeśli wydaje zlecenia
niesłuszne zamiast słusznych lub dotyczące rzeczy, do których nie
powinno się wtrącać, uprawia tyranię społeczną straszniejszą od wielu
rodzajów politycznego ucisku; albowiem chociaż nie grozi zazwyczaj tak
surowymi karami, to pozostawia mniej sposobów ucieczki, wnika o wiele
głębiej w szczegóły życia i ujarzmia samą duszę. Dlatego ochrona przed
tyranią urzędnika nie wystarcza; potrzebna jest także ochrona przed
tyranią panującej opinii i nastroju; przed skłonnością społeczeństwa do
narzucania za pomocą innych środków niż kary prawne swoich własnych idei
i praktyk jako reguł postępowania tym, którzy się z nimi nie godzą; do
krępowania rozwoju lub, jeśli można, zapobiegania powstaniu
jakiejkolwiek indywidualności nie stosującej się do jego zwyczajów oraz
do zmuszania wszystkich charakterów, aby się kształtowały na jego modłę.
Istnieje granica uprawnionego naruszania niezależności jednostki przez
opinię ogółu i znalezienie tej granicy oraz utrzymanie jej wbrew
wszelkim zakusom jest równie koniecznym warunkiem należytego układu
stosunków ludzkich, co ochrona przed politycznym despotyzmem.
Chociaż jednak nikt nie przeczy w teorii temu twierdzeniu, praktyczna
kwestia wyznaczenia granicy - dopasowania do siebie niezależności
jednostki i kontroli społecznej - pozostaje nadal otwarta. Wszystko, co
nadaje wartość egzystencji człowieka, zależy od nałożenia hamulca na
czyny innych ludzi. Pewne reguły postępowania muszą więc być narzucone,
najpierw przez prawo, a w wielu rzeczach, które nie nadają się do
prawnego traktowania, przez opinię. Pytanie, jakie powinny być te
reguły, odgrywa zasadniczą rolę w stosunkach ludzkich; ale jeśli
wyłączymy kilka najbardziej oczywistych wypadków, dalecy jeszcze
jesteśmy od jego rozwiązania. Ledwo znalazłyby się dwa kraje, nie mówiąc
już o dwóch wiekach, które by rozstrzygnęły je jednakowo; i decyzja
jednego kraju lub wieku zdumiewa drugi. Jednak trudności te są tak
niewidoczne dla ludzi każdego wieku i każdego kraju, jak gdyby to była
kwestia, w której ludzkość była zawsze jednomyślna. Reguły obowiązujące
u nich wydają się im oczywiste i nie wymagające usprawiedliwienia. To
prawie powszechne złudzenie jest jednym z przykładów magicznego wpływu
zwyczaju będącego nie tylko, jak powiada przysłowie, drugą naturą, ale
ciągle poczytywanego za pierwszą. Zwyczaj rozprasza wszelkie wątpliwości
dotyczące reguł postępowania, które ludzie sobie narzucają, tym
skuteczniej, że tłumaczenie ich sobie lub innym uważa się zwykle za
zbyteczne. Ludzie wierzą zazwyczaj - i znajdują zachętę do tej wiary u niektórych osób uważających się za filozofów - że w tego rodzaju
sprawach uczucia są ważniejsze od uzasadnienia rozumowego i czynią
uzasadnienie zbędnym. Praktyczną zasadą, która doprowadza- ich do tych
poglądów na regulowanie ludzkiego postępowania, jest tkwiące w umyśle
każdego człowieka mniemanie, że wszyscy powinni postępować tak, jak on i jego przyjaciele sobie życzą. Nikt nie przyznaje, że jego sąd opiera się
na jego własnych upodobaniach; ale opinia o jakimś sposobie postępowania
nie oparta na przesłankach rozumowych może być uważana tylko za
skłonność jednostki; a jeśli podane uzasadnienie jest jedynie odwołaniem
się do podobnych skłonności innych ludzi, jest to tylko upodobanie wielu
ludzi zamiast jednego. Dla przeciętnego jednak człowieka jego własna
skłonność poparta w ten sposób jest uzasadnieniem nie tylko całkowicie
wystarczającym, ale i jedynym, jakie zwykle znajduje dla swoich pojęć
dotyczących moralności, smaku lub tego, co właściwe, pojęć, których nie
zaleca wyraźnie jego religia oraz główną wskazówką nawet do
interpretacji tych zaleceń. Zgodnie z tym opinie ludzi o tym, co
zasługuje na pochwałę lub naganę, zmieniają się zależnie od tych
wszystkich różnorodnych przyczyn, które wpływają na ich życzenia
dotyczące postępowania innych i które są równie liczne jak przyczyny
decydujące o ich życzeniach w każdym innym przedmiocie. Czasem jest to
ich rozum - kiedy indziej ich uprzedzenia lub zabobony; często ich
społeczne, a nierzadko ich antyspołeczne skłonności, ich zawiść lub
zazdrość, ich hardość lub wzgarda; lecz najczęściej ich pragnienia lub
obawy - ich uprawniona lub nieprawna korzyść własna. Gdziekolwiek
istnieje klasa panująca, duża część moralności wypływa z jej interesów
klasowych i jej poczucia wyższości. Stosunek moralny Spartan do helotów,
plantatorów do Murzynów, książąt do poddanych, szlachty do plebejuszy,
mężczyzn do kobiet był przeważnie tworem tych klasowych uczuć i interesów; a zrodzone w ten sposób uczucia oddziaływały z kolei na
uczucia moralne członków klasy panującej w ich stosunkach wzajemnych. Z drugiej strony tam, gdzie poprzednio panująca klasa utraciła swą
przewagę lub gdzie przewaga jej jest niepopularna, górujące uczucia
moralne noszą często piętno gniewnej niechęci do wyższości. Inną
naczelną zasadą określającą narzucone przez prawo lub opinię reguły
zarówno czynnego jak biernego postępowania jest służalczość ludzi wobec
przypuszczalnych upodobań lub wstrętów ich doczesnych panów lub bogów.
Ta służalczość, choć zasadniczo egoistyczna, nie jest obłudą i budzi
zupełnie szczere uczucie odrazy; ona to kazała ludziom palić czarowników
i heretyków. Ogólne i oczywiste interesy społeczeństwa mają naturalnie
swój udział, i to duży, w kierowaniu uczuciami moralnymi, na równi z wielu mniej szlachetnymi wpływami: nie tyle jednak jako wynik
rozumowania i czynnik samodzielny, co jako konsekwencja sympatii i antypatii z nich zrodzonych; a sympatie i antypatie nie mające nic lub
bardzo mało wspólnego z interesami społeczeństwa równie mocno dały się
odczuć przy ustalaniu zasad moralnych.
Upodobania i niechęci społeczeństwa lub jakiejś potężnej jego części
głównie więc określały w praktyce normy, których ogół miał przestrzegać
pod groźbą kar nakładanych przez prawo lub opinię. Przeważnie ci, którzy
wyprzedzali swój wiek myślą i uczuciem, nie atakowali zasadniczo tego
stanu rzeczy, jakkolwiek mogli w niektórych punktach wchodzić z nim w kolizję. Zajmowało ich raczej badanie, jakie rzeczy społeczeństwo
powinno lubić lub potępiać, niż zagadnienie, czy jego upodobania lub
niechęci winny być prawem dla jednostek. Woleli zmienić uczucia
ludzkości w tych punktach, w których sami byli heretykami, niż bronić
wspólnej sprawy swobody razem z innymi heretykami. Jedynie w wypadku
wierzeń religijnych wszyscy z wyjątkiem nielicznych jednostek stanęli z zasady na wyższym poziomie i utrzymali się na nim konsekwentnie; wypadek
bardzo pouczający pod wielu względami a zwłaszcza jako uderzający
przykład omylności tego, co nazywamy poczuciem moralnym; gdyż odium
theologicum szczerego bigota jest jednym z najbardziej niewątpliwych
uczuć moralnych. Ci, którzy pierwsi przełamali jarzmo kościoła noszącego
nazwę powszechnego, równie mało byli skłonni tolerować różnice opinii
religijnych, jak sam kościół. Gdy jednak zarzewie konfliktu wygasło, nie
przynosząc żadnej stronie całkowitego zwycięstwa, i każdy kościół lub
zbór zmuszony był ograniczyć swoje nadzieje do utrzymania się na
terenie, który już zajął, mniejszości; widząc że nie staną się
większościami, musiały prosić tych, których nie mogły nawrócić, by
pozwolili im być odmiennego zdania. A zatem obrona praw jednostki ze
względów zasadniczych przed zakusami społeczeństwa i otwarte zwalczanie
jego roszczeń do władzy nad różnowiercami miały miejsce niemal wyłącznie
na tym polu walki. Wielcy pisarze, którym świat zawdzięcza tę religijną
swobodę, jaką posiada, popierali wolność sumienia jako nietykalne prawo
i twierdzili stanowczo, że istota ludzka nie jest odpowiedzialna przed
innymi za swoje wierzenia religijne. Jednakże ludzkość jest z natury tak
nietolerancyjna w sprawach, które ją naprawdę obchodzą, że swoboda
religii nie została bodaj nigdzie wprowadzona w życie, z wyjątkiem
wypadków, gdy indyferentyzm religijny, który nie lubi, by mu spory
teologiczne spokój zakłócały, przeważył szalę swoim ciężarem. Umysły
niemal wszystkich osób religijnych, nawet w najbardziej tolerancyjnych
krajach, przyjmują obowiązek tolerancji z pewnymi zastrzeżeniami. Jedna
osoba pogodzi się z odmiennym zdaniem w kwestii zakresu władzy kościoła,
ale nie w kwestii dogmatów; druga może tolerować każdego poza papistami
i unitarianami; inna każdego, kto wierzy w objawienie; niektórzy
posuwają swoją wyrozumiałość nieco dalej, ale zatrzymują się, gdy chodzi
o wiarę w Boga i życie pozagrobowe. Gdziekolwiek większość żywi jeszcze
szczere i mocne uczucie, domaga się, aby mu wszyscy byli posłuszni.
W Anglii, dzięki szczególnym okolicznościom naszej historii politycznej,
choć jarzmo opinii jest cięższe, być może niż w większości innych krajów
europejskich, to jarzmo prawa jest lżejsze i istnieje silna niechęć do
bezpośredniej interwencji władzy prawodawczej lub wykonawczej w sprawach
prywatnych; nie tyle ze słusznego szacunku dla niezależności jednostki,
ile z istniejącego jeszcze zwyczaju poczytywania rządu za reprezentanta
interesów sprzecznych z interesem ogółu. Większość nie czuje jeszcze, że
władza rządu jest jej władzą lub jego opinie jej opiniami. Gdy będzie
tak uważać, swoboda jednostki będzie prawdopodobnie tak samo naruszana
przez rząd, jak dziś przez opinię publiczną. Ale jak dotąd istnieje
poważna opozycja gotowa wystąpić przeciw wszelkiej próbie kontrolowania
ludzi przez prawo w rzeczach, w których nie są do tej kontroli
przyzwyczajeni; i to bez wielkiego rozróżniania, czy dana sprawa
słusznie czy niesłusznie podlega prawnej kontroli; tak dalece, że
opozycja ta, na ogól bardzo zbawienna, jest w poszczególnych wypadkach
równie często nieuzasadniona, co usprawiedliwiona. W gruncie rzeczy nie
ma uznanego zwyczajowego kryterium właściwości lub niewłaściwości
interwencji rządowej. Ludzie decydują o tym zgodnie ze swymi osobistymi
upodobaniami. Niektórzy, gdy widzą coś dobrego do zrobienia lub zło,
które winno być naprawione, chętnie namówiliby rząd do zajęcia się tą
sprawą, podczas gdy inni wolą znosić niemal najgorsze zło społeczne, niż
poddać pod kontrolę rządu jeszcze jedną dziedzinę ludzkich interesów. A ludzie stają w każdym poszczególnym wypadku po jednej lub drugiej
stronie zgodnie z ogólnym kierunkiem swoich uczuć, lub zgodnie ze
stopniem swego zainteresowania tą rzeczą, której zrobienie rządowi się
proponuje, lub wreszcie zgodnie z żywionym przez nich mniemaniem, że
rząd uczyni ją lub nie uczyni w sposób dla nich pożądany - lecz bardzo
rzadko z powodu jakiejś konsekwentnie wyznawanej opinii o tym, jakie
rzeczy wchodzą w zakres kompetencji rządu. I zdaje mi się, że skutkiem
tego braku reguły lub zasady, ilość błędów obu stron jest jednakowa:
równie często woła się niepotrzebnie o interwencję rządową, jak
niepotrzebnie się ją potępia.
Celem niniejszego szkicu jest stwierdzenie jednej bardzo prostej zasady,
która winna przyświecać wszelkim próbom kontrolowania lub przymuszania
jednostki przez społeczeństwo, bez względu na to, czy używa ono siły
fizycznej w postaci sankcji prawnych, czy też przymusu moralnego opinii
publicznej. Zasada ta brzmi, że jedynym celem usprawiedliwiającym
ograniczenie przez ludzkość, indywidualnie lub zbiorowo, swobody
działania jakiegokolwiek człowieka jest samoobrona, że jedynym celem,
dla osiągnięcia którego ma się prawo sprawować władzę nad członkiem
cywilizowanej społeczności wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie
innych. Jego własne dobro, fizyczne lub moralne, nie jest wystarczającym
usprawiedliwieniem. Nie można go zmusić do uczynienia lub zaniechania
czegoś, ponieważ tak będzie dla niego lepiej, ponieważ to go
uszczęśliwi, ponieważ zdaniem innych osób będzie to mądrym lub nawet
słusznym postępkiem. Są to poważne powody, by go napominać, przemawiać
mu do rozumu, przekonywać go lub prosić, lecz nie, by go zmuszać lub
karać w razie, gdyby nas nie słuchał. Aby to ostatnie było
usprawiedliwione, postępowanie, od którego chcemy go odwieść, musi
zmierzać do wyrządzenia krzywdy komuś innemu. Każdy jest odpowiedzialny
przed społeczeństwem jedynie za tę część swego postępowania, która
dotyczy innych. W tej części, która dotyczy wyłącznie jego samego, jest
absolutnie niezależny; ma suwerenną władzę nad sobą, nad swoim ciałem i umysłem.
Zbyteczną rzeczą jest może mówić, że ta doktryna może się stosować tylko
do ludzi dojrzałych. Nie mówimy o dzieciach lub młodzieży poniżej wieku,
w którym prawo uznaje mężczyzn i kobiety za pełnoletnich. Ci, którzy
potrzebują jeszcze opieki, muszą być chronieni przed swoimi własnymi
czynami tak samo, jak przed zewnętrznym obrażeniem. Z tego samego powodu
możemy pominąć te zacofane społeczeństwa, w których cały szczep uważać
można za niepełnoletni. Początkowe przeszkody, jakie napotyka na swej
drodze spontaniczny postęp, są tak wielkie, że rzadko wybiera się środki
do ich pokonania; a władca ożywiony duchem reformatorskim ma prawo
używać wszelkich sposobów do osiągnięcia nieosiągalnego może na innej
drodze celu. Despotyzm jest uprawnioną metodą rządzenia barbarzyńcami,
byleby miał na celu polepszenie ich losu i usprawiedliwił swoje środki
rzeczywistym osiągnięciem tego celu. Wolność jako zasada nie ma
zastosowania do stanu rzeczy poprzedzającego okres, w którym ludzie
stali się zdolni do przeprowadzania reform na drodze swobodnej dyskusji
między równymi. Aż do tej chwili nie ma dla nich nic lepszego jak ślepe
posłuszeństwo dla jakiegoś Akbara lub Karola Wielkiego, jeśli mają
szczęście go znaleźć. Ale gdy tylko ludzie nauczyli się dochodzić do
ulepszeń za pomocą przekonywania lub namawiania (faza, w którą wkroczyły
wszystkie narody, którymi będziemy się tutaj zajmować), przymus jako
środek użyty dla ich własnego dobra, czy to bezpośrednio, czy w formie
przykrości i kar za krnąbrność, staje się niemożliwy do przyjęcia i daje
się usprawiedliwić tylko wtedy, gdy jest stosowany w obronie
bezpieczeństwa innych ludzi.
Należy stwierdzić, że wyrzekam się wszelkiej korzyści, jaką moje
rozumowanie mogłoby czerpać z idei abstrakcyjnego prawa niezależnego od
użyteczności. Uważam użyteczność za ostatnią instancję we wszystkich
etycznych kwestiach; ale musi to być użyteczność w najszerszym znaczeniu
tego słowa, ugruntowana na niezmiennych interesach człowieka jako istoty
postępowej. Utrzymuję, że te interesy uprawniają do poddania własnej
samorzutnej woli jednostki kontroli zewnętrznej tylko w zakresie tych
czynów, które wpływają na interesy innych ludzi. Jeśli ktoś wyrządzi
szkodę innym, to mamy prima facie powód do ukarania go na mocy prawa
lub, gdy kary prawnej nie da się zastosować, za pomocą ogólnej nagany.
Istnieje również wiele czynów korzystnych dla innych, do których można
go słusznie zmusić - jak na przykład do składania zeznań w sądzie, do
uczestnictwa we wspólnej obronie lub jakiejś innej zbiorowej pracy
niezbędnej dla społeczeństwa, które go chroni, oraz do wyświadczania
pewnych indywidualnych dobrodziejstw, takich jak ocalenie życia
bliźniemu lub interwencja w celu ochrony bezbronnych przed złym
traktowaniem - rzeczy, za zaniechanie których może być słusznie
odpowiedzialny przed społeczeństwem, w razie gdy zrobienie ich jest
oczywistym obowiązkiem człowieka. Osobnik może zaszkodzić innym nie
tylko czynem ale i bezczynnością i w każdym z tych wypadków słusznie
odpowiada przed nimi za szkodę. Co prawda w drugim z tych wypadków
trzeba być o wiele ostrożniejszym ze stosowaniem przymusu niż w pierwszym. Regułą jest pociąganie każdego do odpowiedzialności za
szkodzenie innym; pociąganie go do odpowiedzialności za to, że nie
zapobiegł złu, jest, stosunkowo biorąc, wyjątkiem. Jest jednak wiele
wypadków dostatecznie jasnych i dostatecznie poważnych, by ten wyjątek
usprawiedliwić. We wszystkich rzeczach dotyczących stosunków jednostki
ze światem jest ona de jure odpowiedzialna przed tymi, których interesy
wchodzą w grę, a w razie potrzeby przed społeczeństwem jako ich
opiekunem. Istnieją często ważne powody do zwolnienia jej od
odpowiedzialności, ale powody te muszą wypływać ze specjalnych
okoliczności: albo dlatego, że w danym wypadku będzie ona na ogół
prawdopodobnie postępować lepiej na własną rękę niż w razie poddania jej
jakiemukolwiek rodzajowi kontroli społecznej, lub dlatego, że próba
sprawowania nad nią kontroli sprowadziłaby zło większe od tego, jakiemu
by zapobiegła. Gdy takie powody uniemożliwiają ponoszenie
odpowiedzialności, sumienie samego sprawcy powinno wejść na pustą
trybunę sędziowską i chronić interesy tych, którzy nie mają zewnętrznej
ochrony, sądząc go tym surowiej, że dany wypadek wyklucza postawienie go
przed sądem jego bliźnich.
Istnieje jednak sfera działania, którą społeczeństwo, w odróżnieniu od
jednostki, interesuje się tylko pośrednio - obejmująca całą tę część
życia i postępowania człowieka, która wpływa tylko na niego samego lub
jeśli wpływa na innych, to tylko dzięki ich swobodnemu i dobrowolnemu
przyzwoleniu i współudziałowi. Gdy mówię: tylko na niego samego, mam na
myśli: bezpośrednio i przede wszystkim; gdyż to, co wpływa na niego
samego, może wpłynąć na innych za jego pośrednictwem, i zarzut, który
może się opierać na tej ewentualności, będzie w następstwie rozpatrzony.
To więc jest właściwą dziedziną ludzkiej wolności. Obejmuje ona, po
pierwsze, wewnętrzną sferę świadomości: żądanie wolności sumienia w najszerszym znaczeniu tego słowa; wolności myśli i uczucia; absolutnej
swobody opinii i osądu we wszystkich przedmiotach praktycznych lub
filozoficznych, naukowych, moralnych lub teologicznych. Mogłoby się
wydawać, że wolność wyrażania i ogłaszania opinii wynika z innej zasady,
gdyż wchodzi w skład tej części postępowania jednostki, która dotyczy
innych ludzi; ale ponieważ jest prawie równie doniosła, jak sama wolność
myśli, i opiera się w dużej mierze na tych samych podstawach, jest w praktyce od niej nieodłączna. Po drugie, zasada ta wymaga swobody gustów
i zajęć; opracowania planu naszego życia zgodnie z naszym charakterem;
działania jak nam się podoba, pod warunkiem ponoszenia konsekwencji,
jakie mogą nastąpić - bez żadnej przeszkody ze strony naszych bliźnich,
dopóki nasze czyny im nie szkodzą, choćby nawet uważali nasze
postępowanie za głupie, przewrotne lub niesłuszne. Po trzecie, z tak
pojętej swobody każdej jednostki wynika swoboda, w tych samych
granicach, do zrzeszania się jednostek; swoboda łączenia się w każdym
celu nie przynoszącym szkody innym, przy czym przypuszczamy, że
zrzeszające się osoby są pełnoletnie i nie są zmuszone lub zwiedzione.
Żadne społeczeństwo, w którym swobody te nie są, na ogół biorąc,
szanowane, nie jest wolne, bez względu na formę jego rządu; i żadne
społeczeństwo nie jest całkowicie wolne, jeśli nie są one w nim uznawane
bez żadnych absolutnie zastrzeżeń. Jedyną swobodą zasługującą na to
miano jest swoboda dążenia do własnego dobra na swój własny sposób, o ile nie usiłujemy pozbawić innych ich dobra lub przeszkodzić im w jego
osiągnięciu. Każdy winien sam pilnować swego zdrowia cielesnego,
umysłowego i duchowego. Ludzkość zyskuje więcej, pozwalając każdemu żyć
wedle jego upodobania, niż zmuszając każdego, by żył wedle upodobania,
pozostałych.
Chociaż ta doktryna nie jest bynajmniej nowa i niektórym osobom może się
wydać truizmem, bardziej się ona sprzeciwia powszechnej tendencji
dzisiejszej opinii i praktyki niż jakakolwiek inna. Społeczeństwo,
usiłując (zgodnie ze stopniem swojej mądrości) zmusić ludzi do
stosowania się do jego pojęć o osobistej i społecznej doskonałości,
wydatkowało jednakową ilość energii na obie te próby. Starożytne
republiki rościły sobie prawo, popierane przez filozofów, do regulowania
każdej części prywatnego postępowania przez władze publiczne na tej
podstawie, że cielesna i duchowa karność każdego obywatela leży w interesie państwa - sposób myślenia dopuszczalny w małych republikach
otoczonych przez potężnych nieprzyjaciół, zagrożonych ciągle upadkiem na
skutek ataku z zewnątrz lub rozruchów wewnętrznych, dla których nawet
krótki okres osłabienia energii i panowania nad sobą mógł tak łatwo być
zgubny, że nie mogły czekać na zbawienne i stałe skutki wolności. W świecie nowożytnym większe rozmiary państw, a nade wszystko odłączenie
władzy duchowej od doczesnej (nie dopuszczające do kierowania sumieniami
ludzi przez tych, którzy kontrolują ich ziemskie sprawy), zapobiegły tak
wielkiemu wtrącaniu się prawa do szczegółów życia prywatnego. Ale
represję moralną stosuje się jeszcze energiczniej względem tych, którzy
nie zgadzają się z panującą opinią w sprawach osobistych, niż nawet
względem tych, którzy mają odmienne zdanie w sprawach społecznych, gdyż
religia, najpotężniejszy z czynników wchodzących w skład uczuć
moralnych, ożywiona jest niemal zawsze albo ambicją hierarchii
starającej się kontrolować każdą dziedzinę ludzkiego postępowania, lub
też duchem purytanizmu. A niektórzy z nowoczesnych reformatorów
znajdujących się w najostrzejszej opozycji do religii przeszłości
bynajmniej nie pozostają w tyle za kościołami lub sektami w swoich
pretensjach do panowania duchowego: w szczególności p. Comte, którego
system społeczny, rozwinięty w jego Syst?me de politique positive, dąży
do ugruntowania (choć bardziej za pomocą moralnych niż prawnych środków)
despotyzmu społeczeństwa nad jednostką przewyższającego wszystko, co
przewidywał ideał polityczny najsurowszego zwolennika dyscypliny spośród
starożytnych filozofów.
Poza indywidualnymi zasadami poszczególnych myślicieli istnieje również
wzrastająca skłonność szerokiego ogółu do nadmiernego rozszerzania
władzy społeczeństwa nad jednostką, zarówno za pomocą nacisku opinii jak
i prawodawstwa; a ponieważ wszystkie zmiany wprowadzane na świecie dążą
do wzmocnienia społeczeństwa i ograniczenia potęgi jednostki, ta
uzurpacja nie jest jedną z tych plag, które samorzutnie znikają, lecz
przeciwnie, staje się coraz groźniejsza. Chęć ludzi, tak władców jak
obywateli, narzucania bliźnim swoich opinii i skłonności jako reguł
postępowania jest tak energicznie rozdmuchiwana przez niektóre najlepsze
i najgorsze uczucia właściwe naturze ludzkiej, że hamuje ją tylko
niemożność użycia władzy; a ponieważ ta władza nie słabnie, lecz
wzrasta, więc jeśli nie przeciwstawimy temu złu mocnej zapory moralnego
przekonania, musimy się spodziewać w obecnych warunkach jego
pogłębienia.
Dla naszego rozumowania dogodniej będzie, jeśli zamiast rozpatrywać od
razu tezę w całej rozciągłości, ograniczymy się do jednej z jej gałęzi,
w której zasada tutaj określona jest, jeśli nie w pełni, to jednak do
pewnego stopnia uznana przez dzisiejszą opinię. Gałęzią tą jest wolność
myśli, od której niepodobna oddzielić pokrewnej jej wolności słowa i druku. Jakkolwiek te swobody wchodzą w dużej mierze w skład politycznej
moralności wszystkich krajów opowiadających się za tolerancją religijną
i wolnymi instytucjami, zarówno filozoficzne jak praktyczne podstawy, na
których się opierają, nie są być może tak dobrze znane szerokiemu
ogółowi ani tak wysoko cenione nawet przez wielu sterników opinii, jakby
się tego należało spodziewać. Podstawy te, o ile są dobrze zrozumiane,
znajdują zastosowanie nie tylko w jednym dziale naszego przedmiotu i gruntowne rozważenie tej części zagadnienia będzie najlepszym wstępem do
pozostałych. Mam przeto nadzieję, że ci, którzy nie znajdą w tym, co
powiem, nic nowego, wybaczą mi, jeśli ośmielę się napisać jedną rozprawę
więcej o przedmiocie, który już od trzech wieków tak często był
poruszany.
Rozdział II. O wolności myśli i słowa
Rozdział II
O wolności myśli i słowa
Przeminął już, miejmy nadzieję, czas, gdy trzeba było bronić "wolności
druku" jako jednego ze sposobów zabezpieczenia się przeciw
skorumpowanemu lub tyrańskiemu rządowi. Możemy przypuścić, że zbyteczne
teraz będą argumenty przeciw władzy prawodawczej lub wykonawczej, która
by, nie utożsamiając swoich interesów z interesami ludu, zalecała mu
opinie i decydowała, jakie doktryny lub argumenty mogą dochodzić do jego
uszu. Poza tym moi poprzednicy tak często i z takim powodzeniem omawiali
tę stronę kwestii, że nie potrzebuję się nią specjalnie tutaj zajmować.
Chociaż prawo prasowe Anglii jest równie służalcze po dziś dzień, jak za
czasów Tudorów, nie ma wielkiego niebezpieczeństwa posłużenia się nim
przeciw dyskusji politycznej, chyba podczas przejściowej paniki, gdy lęk
przed powstaniem każe ministrom i sędziom zapomnieć o przyzwoitości i na
ogół mówiąc, w krajach konstytucyjnych nie należy się obawiać, że rząd,
całkowicie lub częściowo przed narodem odpowiedzialny, będzie często
usiłował kontrolować wyrażanie opinii, z wyjątkiem wypadków, gdy czyniąc
to staje się sam organem powszechnej nietolerancji ogółu. Przypuśćmy
zatem, że rząd jest tego samego, co naród, zdania i nigdy nie myśli o stosowaniu żadnego przymusu inaczej jak za jego zgodą. Ale odmawiam
ludowi prawa do stosowania takiego przymusu, czy to własnymi siłami, czy
też za pośrednictwem rządu. Sama władza tego rodzaju jest nieprawowita.
Jeśli argumenty wysunięte w niniejszym rozdziale mają jakąś wagę,
powinna istnieć całkowita swoboda wyznawania i roztrząsania, jako
kwestii etycznej, każdej doktryny, jakkolwiek niemoralną mogłaby się ona
wydawać. Badanie tutaj, czy doktryna tyranobójstwa zasługuje na ten
epitet, byłoby zatem niewłaściwe i nie na miejscu. Zadowolnię się
stwierdzeniem, że przedmiot ten był zawsze jedną z nierozstrzygniętych
kwestii moralnych; że zabicie przez zwykłego obywatela przestępcy, który
dzięki swemu wysokiemu stanowisku znajduje się poza zasięgiem prawnej
kary lub kontroli, nie jest poczytywane przez całe narody i przez
niektórych spośród najlepszych i najmądrzejszych ludzi za zbrodnię, lecz
za akt wzniosłej cnoty; i że, słuszne czy niesłuszne, nie jest ono z natury swej morderstwem, lecz epizodem wojny domowej. Utrzymuję, że
podżeganie do niego może w specjalnym wypadku zasługiwać na karę, ale
tylko jeśli nastąpił po nim jawny czyn i można ustalić przynajmniej
prawdopodobieństwo związku między czynem a podżeganiem. Nawet wtedy nie
obcy rząd, ale jedynie sam rząd zaatakowany jest uprawniony do ukarania
w obronie własnej ataków skierowanych przeciw jego istnieniu.
Najlepszy rząd nie ma do niej większego prawa niż najgorszy. Jest ona
tak samo lub bardziej jeszcze szkodliwa, gdy się ją sprawuje zgodnie z głosem opinii publicznej niż wbrew niemu. Gdyby cała ludzkość z wyjątkiem jednego człowieka sądziła to samo i tylko ten jeden człowiek
był odmiennego zdania, ludzkość byłaby równie mało uprawniona do
nakazania mu milczenia, co on, gdyby miał po temu władzę, do zamknięcia
ust ludzkości. Gdyby opinia była osobistym mieniem mającym wartość
jedynie dla właściciela, gdyby zakaz jej wyznawania był tylko krzywdą
prywatną, istniałaby pewna różnica między wyrządzeniem tej krzywdy tylko
kilku lub też wielu osobom. Ale szczególnie złą stroną zmuszania opinii
do milczenia jest to, że ograbia ono cały rodzaj ludzki; zarówno
przyszłe pokolenia jak współczesnych, a tych, którzy się nie godzą z daną opinią, bardziej jeszcze niż tych, którzy ją głoszą. Jeśli ta
opinia jest słuszna, pozbawia się ich sposobności dojścia do prawdy;
jeśli niesłuszna, tracą coś, co jest niemal równie wielkim
dobrodziejstwem: jaśniejsze zrozumienie i żywszą świadomość prawdy
wywołane przez jej kolizję z błędem.
Musimy rozważyć osobno te dwie hipotezy, gdyż każdej z nich odpowiada
inna część rozumowania. Nie możemy nigdy być pewni, że opinia, którą
usiłujemy kneblować, jest fałszywa; a gdybyśmy byli tego pewni,
zakneblowanie jej byłoby nadal złem.
Po pierwsze, opinia, którą próbujemy zagłuszyć za pomocą autorytetu,
może być prawdziwa. Ci, którzy pragną ją zagłuszyć, przeczą, rzecz
jasna, jej prawdziwości, ale nie są nieomylni. Nie mają prawa
rozstrzygać tej kwestii dla całej ludzkości i nie pozwalać żadnej innej
osobie na wyrobienie sobie o niej sądu. Ludzie, którzy odmawiają
wysłuchania opinii, ponieważ są pewni jej fałszywości, zakładają, że ich
pewność równa się pewności absolutnej. Wszelkie przecinanie dyskusji
jest zakładaniem nieomylności. Możemy oprzeć jego potępienie na tym
pospolitym argumencie, który nie traci siły z racji swej pospolitości.
Na nieszczęście dla rozsądku ludzi fakt ich omylności, zawsze
uwzględniany w teorii, daleki jest jeszcze od wpływania na ich sądy
praktyczne, gdyż podczas gdy każdy wie dobrze, że jest omylny, niewielu
uważa za konieczne zabezpieczyć się przed skutkami własnej omylności lub
przypuścić, że jakaś opinia uważana przez nich za bardzo pewną może być
przykładem błędów, które, jak przyznają, mogą popełniać. Władcy
absolutni łub inni rządzący przyzwyczajeni do bezgranicznego szacunku
mają zwykle tę bezwzględną wiarę w słuszność swoich opinii w każdym
niemal przedmiocie. Ludzie w szczęśliwszym położeniu, których opinie są
czasem zwalczane a błędy wytykane, polegają z całą pewnością tylko na
tych swoich opiniach, które są podzielane przez całe ich otoczenie lub
przez osoby, których zdanie poważają; gdyż człowiek wierzy zazwyczaj w nieomylność "świata" na ogół proporcjonalnie do braku zaufania do swego
własnego sądu. Świat zaś oznacza dla każdego osobnika tę jego część, z którą się styka - jego partię, sektę, kościół lub klasę społeczną: w porównaniu z tym można nazwać niemal liberalnym i wielkodusznym
człowieka, którego świat obejmuje jego kraj lub epokę. Świadomość, że
inne wieki, kraje, sekty, kościoły, klasy i partie sądziły i nawet teraz
sądzą wręcz odwrotnie, nie podważa bynajmniej jego wiary w ten zbiorowy
autorytet. Zrzuca on na swój własny świat odpowiedzialność za słuszność
swych przekonań odrzucanych przez światy innych ludzi; i nigdy nie
przejmuje się faktem, że czysty przypadek zadecydował, w którym z tych
licznych światów pokładać będzie zaufanie i że te same przyczyny, które
uczyniły go anglikaninem w Londynie, zrobiłyby z niego buddystę lub
wyznawcę Konfucjusza w Pekinie. Jednakże jest rzeczą samą przez się
zrozumiałą, której żadna ilość argumentów nie może uczynić bardziej
oczywistą, że epoki nie są bardziej nieomylne od jednostek, ponieważ
każdy wiek wypowiadał wiele opinii uznanych przez następne wieki nie
tylko za fałszywe, ale i za niedorzeczne; i to pewna, że wiele opinii
rozpowszechnionych obecnie będzie odrzuconych przez wieki przyszłe,
podobnie jak teraźniejszość odrzuca wiele sądów rozpowszechnionych
niegdyś.
Zarzuty przeciw temu rozumowaniu przybrałyby prawdopodobnie następującą
formę: Przypisywanie sobie nieomylności nie występuje jaskrawiej w zakazie krzewienia błędu niż w każdej innej rzeczy dokonanej przez
władze publiczne na własną rękę i odpowiedzialność. Zdolność sądzenia
dana jest człowiekowi po to, aby z niej robił użytek. Czyż należy
powiedzieć ludziom, by jej nie używali, dlatego że może być użyta
niewłaściwie? Zakazywanie tego, co uważają za zgubne, nie jest
pretendowaniem do nieomylności, lecz spełnianiem ciążącego na nich,
pomimo ich omylności, obowiązku działania zgodnie z nakazem sumienia.
Gdybyśmy nigdy nie działali na podstawie naszych opinii, ponieważ mogą
one być błędne, zaniedbywalibyśmy wszystkie nasze interesy i nie
wypełnialibyśmy żadnych naszych obowiązków. Zarzut odnoszący się do
całego naszego postępowania może się nie stosować do postępowania w poszczególnych sprawach. Obowiązkiem rządów i jednostek jest wytworzyć
sobie możliwie najprawdziwsze opinie; wyrobić je sobie starannie i nigdy
nie narzucać ich innym, jeśli nie są zupełnie pewni ich słuszności. Ale
gdy mają tę pewność (mogą rozumować nasi oponenci), ulegają nie głosowi
sumienia, lecz tchórzostwu, jeśli uchylają się od działania w myśl
swoich opinii i pozwalają szerzyć bez przeszkody doktryny, które
uczciwie poczytują za niebezpieczne dla dobra ludzkości, czy to w życiu
doczesnym, czy przyszłym, dlatego że inni ludzie w czasach mniej
oświeconych prześladowali opinie uważane teraz za prawdziwe. Strzeżmy
się, może ktoś powiedzieć, abyśmy nie popełnili tej samej omyłki; lecz
rządy i narody popełniały błędy w innych rzeczach, które bezsprzecznie
wchodzą w zakres działania władzy: nakładały niesprawiedliwe podatki,
toczyły niesłuszne wojny. Czyż powinniśmy przeto nie nakładać podatków i nie prowadzić wojen bez względu na jakiekolwiek zaczepki? Ludzie i rządy
muszą działać jak mogą najlepiej. Taka rzecz jak absolutna pewność nie
istnieje, ale mamy pewność wystarczającą dla celów ludzkiego życia.
Możemy i musimy poczytywać naszą opinię za prawdziwą, aby mogła kierować
naszym postępowaniem; i nie zakładamy niczego więcej, gdy zakazujemy
złym ludziom demoralizować społeczeństwo za pomocą krzewienia opinii,
które uważamy za zgubne i fałszywe.
Odpowiadam, że zakładamy o wiele więcej. Istnieje olbrzymia różnica
między uznawaniem opinii za prawdziwą, ponieważ nie została odparta mimo
wielu sposobności do jej zwalczania, a zakładaniem jej prawdy w celu
niedopuszczenia do jej odparcia. Całkowita swoboda przeczenia i oponowania naszej opinii jest jedynym warunkiem usprawiedliwiającym
przyjmowanie jej prawdziwości w celu działania; i tylko na tych
warunkach istota obdarzona ludzkimi zdolnościami może być rozumowo
pewna, że ma słuszność.
Rozważając historię opinii lub zwykły przebieg ludzkiego życia, stawiamy
sobie pytanie, czemu przypisać należy, że ani pierwsza, ani drugi nie są
gorsze? Z pewnością nie należy przypisywać tego wrodzonemu rozumowi
ludzkiemu, gdyż w każdej sprawie, która nie jest oczywista, znajdujemy
jedną osobę zdolną do wydania o niej sądu na dziewięćdziesiąt dziewięć
zupełnie do tego niezdolnych; a zdolność tej jednej osoby na sto ma
tylko względną wartość, gdyż większość wybitnych ludzi każdego minionego
pokolenia wyznawała wiele opinii uznanych teraz za błędne i robiła lub
zalecała sporo rzeczy, których nikt dzisiaj nie usprawiedliwia.
Dlaczegóż zatem, na ogól biorąc, przeważają wśród ludzi rozumne opinie i rozumne postępowanie? Jeśli ta przewaga istnieje rzeczywiście - a musi
tak być, gdyż w przeciwnym razie sprawy ludzkie znajdowałyby się zawsze
w rozpaczliwym niemal stanie - zawdzięczamy ją pewnej właściwości
ludzkiego umysłu będącej źródłem wszystkiego, co w człowieku szacunku
jest godne, czy to z intelektualnego, czy z moralnego punktu widzenia, a mianowicie zdolności poprawienia swych błędów. Człowiek może prostować
swoje pomyłki za pomocą dyskusji i doświadczenia. Samo doświadczenie nie
wystarcza, musi mu towarzyszyć dyskusja wskazująca, w jaki sposób je
tłumaczyć. Błędne opinie i praktyki ustępują stopniowo przed faktem i argumentem; ale fakty i argumenty muszą być umysłowi przedstawione,
jeśli mają wywołać jakiś skutek. Bardzo nieliczne fakty są zrozumiałe
bez komentarza wyjaśniającego ich znaczenie. Ponieważ więc cała wartość
ludzkich sądów zależy od tej jednej właściwości, że jesteśmy w stanieje
skorygować, gdy są błędne, możemy polegać na nich tylko wtedy, gdy mamy
pod ręką środki do ich skorygowania. Weźmy człowieka, którego sąd
istotnie zasługuje na zaufanie, i zapytajmy, dlaczego mu ufamy? Dlatego
że nie odrzucał krytyki swojej opinii i postępowania. Dlatego że zwykł
przysłuchiwać się wszystkiemu, co mogło być powiedziane przeciw niemu,
korzystając z tego, co było słuszne, i wyjaśniając sobie, a przy
sposobności i innym, błędność tego, co było błędne. Dlatego że czuł, że
jedyną drogą do całkowitego opanowania jakiegoś przedmiotu jest
wysłuchanie wszystkiego, co o nim mogą powiedzieć osoby najrozmaitszych
przekonań, i przestudiowanie wszystkich punktów widzenia, z których mogą
go rozpatrywać wszelkiego rodzaju umysły. Żaden mądry człowiek nie nabył
swojej mądrości w inny sposób i zdobywanie mądrości na innej drodze nie
zgadza się z naturą ludzkiego intelektu. Stały zwyczaj poprawiania i uzupełniania swojej własnej opinii przez porównywanie jej z opiniami
innych nie tylko nie prowadzi do chwiejności i niepewności przy
stosowaniu jej w praktyce, lecz jest jedyną stałą podstawą do słusznego
jej ufania; gdyż znając wszystko, co mu, przynajmniej na pierwszy rzut
oka, zarzucić można i zająwszy swoje stanowisko wobec wszystkich
przeciwników - wiedząc, że szukał zarzutów i trudności, zamiast ich
unikać, i nie wyłączał żadnego światła, które mogłoby być rzucone z jakiejkolwiek strony na dany przedmiot - ma prawo uważać, że sąd jego
jest lepszy od sądu jakiejkolwiek osoby lub zbiorowiska osób, które nie
przeszłyby przez podobny proces.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki