Carl von Clausewitz i jego "książka kucharska"
Carl von Clausewitz i jego "książka kucharska"
Clausewitza można czytać na różne sposoby.
Jeden z najwybitniejszych antropologów kultury René Girard (zm. 2015) w swojej ostatniej książce Dokończyć Clausewitza (2007) stwierdził, że
traktat O wojnie pruskiego generała "zasługuje na uważną lekturę",
ponieważ jego autor "doświadczył czegoś, co go przekracza, a nas zmusza
do refleksji". Clausewitz - przekonuje dalej francuski antropolog -
opisał bowiem w swoim dziele mechanizm rywalizacji mimetycznej, która w realiach historycznych dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej Europy
przejawiała się jako "wściekłe naśladownictwo" między Francją a Niemcami. Jako "pisarz resentymentu" pruski generał "był opętany".
Inaczej być nie mogło, skoro - jak wyjaśnia Girard - w swoim opus
magnum "dotknął tego aspektu rzeczywistości, który jest absolutnie
irracjonalny". Sens traktatu O wojnie jest więc religijny i "tylko
religijna interpretacja ma szansę dotrzeć do tego, co w nim jest
istotne"1.
Można też czytać Clausewitza w znacznie bardziej przyziemnym kontekście.
Jak pisze współczesny i wzięty coach zarządzania Norton Paley, uważna
lektura traktatu O wojnie może dać realne wsparcie dla "osób
obarczonych odpowiedzialnością w zakresie zarządzania, aby rozwijać
strategie prowadzenia walki konkurencyjnej, podejmować decyzje z większą
precyzją i zwiększać szanse na osiągnięcie zakładanych celów". Krótko
mówiąc, zapoznanie się z dziełem dziewiętnastowiecznego pruskiego
generała oferuje działającym w dwudziestym pierwszym wieku liderom
biznesu unikalną sposobność "wzmocnienia swoich umiejętności myślenia
strategicznego". Zdaniem amerykańskiego specjalisty od zarządzania
wystarczy w dziele Clausewitza "zamienić słowo wojna na konflikt,
wróg na konkurent, dowódca na manager", aby przekonać się, że
zawarte w nim zasady "zawierają ponadczasowe walory, które są równie
żywotne w dzisiejszym biznesowym współzawodnictwie, jak były żywotne w czasach wojen, gdy Clausewitz pisał swoją książkę"2.
Te dwie wypowiedzi - antropologa kultury i specjalisty od zarządzania
biznesowego - udowadniają, że dzieło O wojnie jest czytane, pobudza do
refleksji i w pewnym sensie pozostaje uniwersalne. Być może także
dlatego, że żyjemy w czasach "na krawędzi", dużej niepewności, a nawet
strachu napędzanego czy to kolejnymi kryzysami natury politycznej i gospodarczej (wojna na Ukrainie, islamizm, kryzys migracyjny,
"koronakryzys" w gospodarce, ekspansja Chin), czy kryzysami naturalnymi
(zmiany klimatyczne, pandemie). Na przełomie epok żył również autor
traktatu O wojnie. Jego lata dziecięce przypadły na schyłek epoki
przedrewolucyjnej. Karierę wojskową rozpoczynał już w okresie wojen
rewolucyjnych. Potem przyszedł Napoleon, którego Wielka Armia rozniosła
idee rewolucyjne po całej Europie. Po starciu Prus z napoleońską Francją
w 1806 roku także w monarchii Hohenzollernów rozpoczęła się epoka
znaczących zmian ustrojowych, społecznych i gospodarczych. Ale w Prusach
- jak mawiał Bismarck - rewolucję "robią tylko królowie". Tak też było w czasach reform Steina-Hardenberga (1807-1815), gdy rozpoczęto akcję
uwłaszczeniową na wsi, wprowadzono realny samorząd miejski, zreformowano
system administracyjny, przystąpiono do zmian w systemie edukacji,
zaczęto myśleć o prawnej emancypacji ludności żydowskiej.
Tych zmian nie zatrzymała epoka restauracji po 1815 roku, ani tak zwane
prześladowania demagogów po 1819 roku. Prusy, podobnie jak cała Europa,
szybko się zmieniały. Zmieniała się również pruska armia, która
trzydzieści lat po śmierci króla Fryderyka II (1786) niewiele
przypominała pod względem taktyki, wewnętrznych regulaminów, systemu
rekrutacji armię zwycięzcy spod Roßbach.
Również ostatnie lata życia Clausewitza upłynęły pod znakiem mnożących
się oznak kruchości porządku politycznego w Europie ustalonego na
kongresie wiedeńskim (1814/1815). W 1830 roku wybuchła rewolucja lipcowa
we Francji, która położyła kres rządom "odrestaurowanej" w 1815 roku
starszej linii Burbonów. Krótko po tym za broń chwycili Belgowie
złączeni na kongresie wiedeńskim z Holendrami w jednym Królestwie
Niderlandów. 29 listopada 1830 roku rozpoczęło się w Warszawie powstanie
listopadowe, które dla wielu zewnętrznych obserwatorów (nie tylko z gruntu niechętnych Polsce) było kolejną emanacją wstrząsów
rewolucyjnych, a nie dochodzeniem do głosu zapoznanego na kongresie
wiedeńskim "legitymizmu narodów"3.
Talleyrand mówił, że "kto nie doświadczył życia za ancien regime'u, nie
doświadczył słodyczy życia". Carl Philipp Gottlieb von Clausewitz
urodził się 1 czerwca 1780 roku w Burg koło Magdeburga.
Przedrewolucyjnej "słodyczy życia", o której mówił francuski
arystokrata, jako potomek średniozamożnej mieszczańskiej rodziny, z pewnością w takim stopniu jak francuski arystokrata nie miał możliwości
zaznać. Autorzy "Deutsche Allgemeine Biograhpie" podają informację o polskich korzeniach przodków autora O wojnie, którzy mieli osiedlić
się w okolicach Magdeburga w siedemnastym wieku. W kręgu rodzinnym
Clausewitza żywa była natomiast opowieść o śląskich protoplastach
familii, którzy mieli wywodzić się ze szlacheckiego rodu
Clausnitzów4. Ostatecznie i formalnie szlachecki status
Clausewitzów potwierdzał dokument wystawiony w 1827 roku przez króla
Prus Fryderyka Wilhelma III.
Ojciec Carla, Friedrich Gabriel Clausewitz, służył w armii Fryderyka II
w czasie wojny siedmioletniej (1756-1763). Przyparty do muru
Hohenzollern musiał uzupełniać wyrwy w korpusie oficerskim osobami
nieszlacheckiego pochodzenia. W ten sposób Clausewitz senior zakończył
służbę we fryderycjańskiej armii w stopniu pułkownika. Potem zarabiał na
utrzymanie rodziny jako poborca podatkowy w Burg. Jako pierwszy w rodzinie dodał do nazwiska "von".
Z małżeństwa z Fryderyką Charlottą z domu Schmidt doczekał się
sześciorga dzieci, w tym czterech synów. Urodzony w 1780 roku Carl był
najmłodszym z nich. Jego dwaj starsi bracia - urodzony w 1771 roku
Friedrich Volmar oraz o dwa lata młodszy Wilhelm - wzorem ojca wybrali
karierę wojskową, którą ukończyli w stopniach generalskich (odpowiednio:
generała pułkownika oraz generała porucznika). Zważywszy na to, że
oficerem w armii pruskiej był również ich ojciec, można mówić o tradycji
rodzinnej. Jej inną odmianą była służba w Kościele luterańskim. Dziadek
autora traktatu O wojnie, Benedykt Gottlob Clausewitz, był pastorem i profesorem teologii luterańskiej w Halle (od czasów panowania króla
Fryderyka Wilhelma I ukończenie tego fakultetu było warunkiem koniecznym
dla objęcia urzędu pastora w państwie pruskim). Kontynuował w ten sposób
drogę życiową swojego ojca, a pradziadka przyszłych pruskich generałów.
Rodzice Carla wybrali dla niego jednak inną drogę. Wzorem swoich
starszych braci rozpoczął on służbę w armii. Jako dwunastolatek, w 1792
roku został kapralem (Gefreiterkorporal) w trzydziestym czwartym
regimencie piechoty księcia Ferdynanda Pruskiego, brata króla Fryderyka
Wilhelma II. Jako żołnierz tego pułku brał udział w kolejnych odsłonach
prusko-austriackiej kampanii przeciw rewolucyjnej Francji - w 1792 roku,
która utknęła pod Valmy oraz na przełomie 1793 i 1794 roku nad Renem,
której największym sukcesem było odbicie z rąk Francuzów twierdzy w Moguncji. To wydarzenie było pierwszym poważnym działaniem militarnym, w którym bezpośrednio brał udział przyszły strateg.
5 marca 1795 roku piętnastoletni Carl von Clausewitz otrzymał promocję
oficerską. Został porucznikiem. Miesiąc po tym Prusy wycofały się z wojny przeciw Republice francuskiej (wzywały "pilne zadania" w postaci
dopilnowania udziału Prus w trzecim rozbiorze Polski) i zawarły w Bazylei pokój z "królobójcami" (5 kwietnia 1795). Dla młodego oficera
oznaczało to koniec służby frontowej i rozpoczęcie służby garnizonowej w Neuruppin nieopodal Berlina.
Sześć lat pobytu w tym garnizonowym miasteczku Clausewitz wykorzystał do
intensywnej lektury w zakresie historii (zwłaszcza historii wojen),
literatury i filozofii. Owa samokształceniowa działalność została
usystematyzowana dzięki nauce (1801-1804) w berlińskiej Akademii
Wojennej (Kriegsakademie). Ta uczelnia, założona i kierowana przez
Gerharda von Scharnhorsta, była jedną z pierwszych oznak - jeszcze przed
1806 rokiem - działania reformatorów pruskiej armii. Nie tylko w zakresie jej szkolenia (odejście od osławionego "pruskiego drylu") i taktyki, ale przede wszystkim strategii. Scharnhorst - Hanowerczyk w służbie króla Prus od 1801 roku - jako jeden z pierwszych zauważył, że
rewolucja francuska przyniosła zasadnicze zmiany w prowadzeniu wojen.
"Naród pod bronią" (levée en masse) zmienił wszystko i należało z tego
wyciągnąć również w Prusach jak najszybciej wnioski, jeśli chciano
myśleć o skutecznym przeciwstawieniu się Francji, rządzonej od 1799 roku
przez generała Napoleona Bonaparte.
Te idee stały się przedmiotem dyskusji wśród skupionego wokół
Scharnhorsta "Militärische Gesellschaft" (Towarzystwa Wojskowego),
którego członkami byli reformatorsko nastawieni pruscy oficerowie. Do
tego ekskluzywnego gremium młodego Clausewitza wprowadził Scharnhorst,
który jako rektor Akademii Wojennej szybko rozpoznał talent ukryty w młodym oficerze5. W późniejszych latach autor traktatu O wojnie niejednokrotnie z wielkim sentymentem wspominał znaczącą rolę,
jaką w jego życiu odegrał przedwcześnie zmarły (zginął w czasie kampanii
1813 roku) twórca berlińskiej Kriegsakademie. Z wdzięcznością pisał o jego dobroczynnym intelektualnym wpływie, otwarciu na nowe czasy, ale
również powracał do swoich trudnych początków w Akademii. Samouk z Neuruppin musiał zderzyć się w czasie regularnych wykładów z ogromem
wiedzy wymagającej usystematyzowania. Wsparcie ze strony Scharnhorsta,
którego Clausewitz (jak sam przyznawał) traktował jak "drugiego ojca",
było w tej sytuacji nieocenione.
Lata nauki w Akademii Wojennej u boku Scharnhorsta i obcowanie ze
skupionym wokół niego kręgiem wojskowych reformatorów rozwinęły
intelektualny potencjał gromadzony przez Clausewitza w latach jego
garnizonowej służby. Nie tylko zgłębiał fachową wiedzę o taktyce i strategii, ale również poznawał nowe teorie w zakresie edukacji (wizja
szkoły Pestalozziego nie tylko jako instytucji przekazującej wiedzę, ale
formującej całościowo charakter i umysłowość uczniów), estetyki i filozofii. W odniesieniu do tej ostatniej największy wpływ na
Clausewitza wywarła filozofia Immanuela Kanta, z którą w latach
1801-1803 zapoznawał się w Berlinie na wykładach Johanna Gottfrieda
Kiesewettera, ucznia i popularyzatora myśli autora Krytyki czystego
rozumu. Wpływ niemieckiej filozofii idealistycznej na umysłowość autora
traktatu O wojnie pozostał także w późniejszych latach bardzo trwały i widoczny jest w jego najważniejszym dziele6.
W 1804 roku Clausewitz ukończył studia w berlińskiej Kriegsakademie z pierwszą lokatą w swoim roczniku. W krótkim czasie przyszedł awans na
kapitana (1805) i nominacja na adiutanta księcia Augusta Pruskiego, syna
ks. Ferdynanda Hohenzollerna - dowódcy macierzystego pułku Clausewitza.
Nowe obowiązki oznaczały m.in. konieczność bywania na królewskim dworze.
Tam Clausewitz poznał hrabiankę Marię Zofię von Brühl, damę dworu
królowej, wdowy po Fryderyku Wilhelmie II, i zakochał się. Do ślubu
doszło dopiero w 1810 roku. Na przeszkodzie stały kolejne kampanie
wojenne, w których brał udział Clausewitz. Ponadto trzeba było przełamać
opór rodziny wybranki pruskiego oficera, która traktowała związek z potomkiem rodziny mieszczańskiej nieledwie jako mezalians. Dziadkiem
narzeczonej autora O wojnie był przecież potężny minister króla Polski
i elektora saskiego Augusta III, Heinrich von Brühl - twórca potęgi i zamożności całej rodziny7.
Love story zakończona happy endem, nadto przerywana długimi okresami
rozłąki, zaowocowała obfitą korespondencją między Clausewitzem a panną
Brühl, a następnie panią Clausewitz. Te tysiące listów to pierwszorzędny
materiał źródłowy pozwalający śledzić nie tylko biografię, ale i historię myśli autora O wojnie8. Traktował on bowiem małżonkę
jako powierniczkę swoich idei oraz przemyśleń dotyczących nie tylko
teorii wojny, ale również toczącej się współcześnie historii
politycznej.
W 1805 roku świeżo upieczony absolwent Akademii Wojennej opublikował
swoją pierwszą pracę poświęconą teorii wojny. Była to polemika z poglądami Heinricha von Bülowa, jednego z najbardziej uznanych na
początku dziewiętnastego wieku teoretyków sztuki wojennej w Prusach9. Bülow nie lekceważył zmian, jakie dla sposobu
prowadzenia działań wojennych przyniosła ze sobą rewolucja francuska.
Nie uchwycił jednak w pełni ich skali, dotyczących zwłaszcza działań na
polu bitwy10.
W tym kierunku zmierzały również polemiczne uwagi Clausewitza, który nie
akceptował wiązania przez Bülowa strategii i taktyki z długością linii
zaopatrzeniowych operujących oddziałów11. W tym ujęciu
strategia była "nauką o wojskowych ruchach poza zasięgiem artylerii
każdej ze stron", a taktyką należało określać "naukę o ruchach wojsk w obliczu wroga"12. Taką typologię Clausewitz odrzucał,
podkreślając, że "strategia jest niczym bez starcia". Ono jest
"materiałem używanym przez nią [strategię], jest środkiem przez nią
używanym". W tym ujęciu strategia jest "połączeniem oddzielnych
zaangażowań bitewnych w jedną całość dla osiągnięcia ostatecznego celu
wojny"13.
Jak podkreśla jeden z najwybitniejszych znawców myśli Clausewitza,
Michael Howard, w ten sposób pruski oficer sformułował na wczesnym
etapie swojej pisarskiej aktywności dwie zasadnicze myśli, które zostaną
następnie rozwinięte na kartach traktatu O wojnie: manewrowanie
oddziałami jest bezcelowe, jeśli nie prowadzi do kulminacji w postaci
bitwy, ta zaś jest bezcelowa, jeśli nie służy osiągnięciu zasadniczego
celu wojny14. Już w 1805 roku dokonywał Clausewitz zasadniczego
rozróżnienia, o którym szerzej pisać będzie na kartach swojego
najważniejszego dzieła, między "celami finalnymi" wojny (Zwecke),
które są domeną strategii, a wiodącymi do nich "pośrednimi stadiami"
(Ziele), którymi zajmuje się taktyka15.
W 1806 roku kapitan Clausewitz należał do "partii wojennej". Uważał, że
jednym - zgodnym z honorem i żywotnymi interesami państwa Hohenzollernów
- wyjściem jest szukanie militarnego rozstrzygnięcia narastającego
konfliktu z napoleońską Francją. Pisane przez Clausewitza w pierwszych
tygodniach kampanii listy do narzeczonej są jednak świadectwem
narastającego rozczarowania i coraz gorszych przeczuć po tym, co
zobaczył z bliska - chaosu decyzyjnego, niekompetencji, braku szerszej
strategicznej wizji.
Clausewitz brał udział w bitwie pod Auerstedt (14 października 1806),
która wraz z jednocześnie toczoną bitwą pod Jeną, była kulminacją tego,
co w historii Prus można nazwać prawdziwym annus horribilis. Pod
ciosami napoleońskiej Wielkiej Armii nie tylko bowiem runęła legenda
fryderycjańskiej, niezwyciężonej armii, ale doszło do prawdziwej
implozji państwa Hohenzollernów. Kilkunastotysięczne garnizony (jak na
przykład w Magdeburgu, położonym nieopodal rodzinnej miejscowości
Clausewitza) poddawały się o wiele słabszym jednostkom francuskim.
Chociaż tego autor dzieła O wojnie nie doświadczył osobiście, to
jednak ta dramatyczna lekcja 1806 roku wyryła w jego umyśle na trwale
zasadę, o której pisał następnie w swoim opus magnum, że najważniejsze
są morale. "Każda wojna zakłada ludzką słabość i usiłuje ją wykorzystać"
- czytamy w najważniejszym traktacie Clausewitza. Na tych samych kartach
dodawał, że "wojna jest siłowaniem się moralnych i fizycznych mocy, za
pomocą tych ostatnich"16.
Biorąc pod uwagę fakt osobistego udziału Clausewitza w wojnach przeciw
Napoleonowi, które stanowiły dla niego zasadniczy element empiryczny,
będący podstawą snucia teoretycznych rozważań dotyczących sztuki
wojennej, można mówić o O wojnie, że jest ono częściowo dziełem
autobiograficznym autora17. Po klęsce pod Auerstedt batalion
Clausewitza znajdował się w ariergardzie uciekającego przed Francuzami
korpusu ks. Augusta Pruskiego. Ucieczka zakończyła się w Prenzlau, gdzie
Clausewitz wraz z Hohenzollernem dostał się do francuskiej niewoli.
Trwała ona niemal rok (do jesieni 1807 roku) i nie była zbyt uciążliwa.
Clausewitz oraz inni pruscy oficerowie mieli właściwie pełną swobodę
przemieszczania się po Francji pod danym przez siebie słowem honoru, że
nie będą próbowali uciekać. Pobyt nad Sekwaną i krótki wypad do
okupowanej przez Francuzów Genewy Clausewitz wykorzystał dla lepszego
poznawania "kraju wroga" - w tym także jego kultury (literatury i życia
teatralnego).
Po powrocie do Prus Clausewitz udał się do Królewca, siedziby dworu
króla Fryderyka Wilhelma III, który przeniósł w ten sposób stolicę
swojego państwa nad Pregołę w sytuacji, w której to Berlin do 1809 roku
znajdował się pod bezpośrednią francuską okupacją wojskową. W Królewcu
Clausewitz zbliżył się ponownie do kręgu reformatorów pruskiej armii. Od
tego czasu datuje się jego bliższa znajomość z Augustem Neithardtem von
Gneisenauem, czołową obok Scharnhorsta postacią obozu reform wśród
pruskiej kadry oficerskiej. Choć warto odnotować, że podobnie jak twórca
Akademii Wojennej, również Gneisenau nie był rodowitym Prusakiem.
Wywodził się z Saksonii.
Podczas wojny francusko-austriackiej w 1809 roku Clausewitz poważnie
rozważał zaciągnięcie się do armii austriackiej, by kontynuować w ten
sposób wojnę przeciw cesarzowi Francuzów. Zwycięstwo arcyksięcia Karola
pod Aspern było kolejną oznaką (po utknięciu Wielkiej Armii w Hiszpanii), że również Napoleon nie jest niezwyciężony. Jednak pod
Wagram "korsykański uzurpator" po raz kolejny pokazał swoją wyższość i Austria została zmuszona poprosić o pokój. Dla Clausewitza oznaczało to
unicestwienie planów wzięcia udziału w wojnie przeciw napoleońskiej
Francji.
W 1809 roku podjął pracę w pruskim ministerstwie wojny kierowanym przez
Scharnhorsta; został szefem biura ministra. Z rekomendacji swojego szefa
podjął również pracę w pruskim sztabie generalnym oraz wykładał
strategię w berlińskiej Akademii Wojennej. Został także członkiem
komisji opracowującej nowe regulaminy dla pruskiej jazdy i piechoty. W 1810 roku, o czym już była mowa, wziął ślub z hrabianką Marią Zofią von
Brühl. Został również, jako świeżo upieczony major (od sierpnia 1810),
preceptorem piętnastoletniego Kronprinza, późniejszego króla Prus
Fryderyka Wilhelma IV.
Jednak za swoje najważniejsze zadanie Clausewitz uważał kontynuowanie
wojny z Napoleonem. Kolejna okazja ku temu pojawiła się w 1812 roku.
Prusy dostały wówczas od Napoleona przygotowującego się do konfrontacji
militarnej z Rosją ofertę sojuszu wojskowego przeciw imperium Romanowów.
Była to klasyczna "propozycja nie do odrzucenia". Jej zaakceptowanie
przez Fryderyka Wilhelma III było czytelnym potwierdzeniem degradacji
pozycji Prus do roli francuskiego satelity. Z tym Clausewitz nie mógł
się pogodzić i wraz z ponad trzydziestoma oficerami pruskimi złożył
dymisję z pruskiej armii i na krótko przed rozpoczęciem przez Napoleona
rosyjskiej kampanii (nazywanej przez cesarza Francuzów "drugą wojną
polską") wstąpił na służbę w armii cara Aleksandra I. Został od razu
awansowany do stopnia pułkownika i otrzymał przydział do sztabu dowódcy
głównych sił rosyjskich, gen. Michaiła Kutuzowa.
Jako oficer sztabowy obserwował krwawą bitwę pod Borodino, która
otworzyła Napoleonowi drogę do Moskwy. Po odwrocie Wielkiej Armii, która
topniała pod ciosami "generała Mroza", Clausewitz w mundurze rosyjskiego
oficera prowadził w imieniu dowództwa armii Aleksandra I negocjacje z generałem Hansem Yorckiem von Wartenburgiem, dowódcą pruskiego korpusu,
który formalnie brał udział w kampanii rosyjskiej po stronie Francji.
Rozmowy zakończyły się podpisaniem przez pruskiego dowódcę 31 grudnia
1812 roku konwencji w Taurogach, która oznaczała faktyczne przejście
wojsk pruskich na stronę rosyjską. Otwierało to drogę Rosjanom do Prus
Wschodnich, ale - formalnie rzecz biorąc - było - mówiąc delikatnie -
niesubordynacją ze strony pruskiego generała, skoro jego król (Fryderyk
Wilhelm III) oficjalnie wypowiedział wojnę Napoleonowi dopiero kilka
miesięcy później (w marcu 1813). Zważywszy na udział Clausewitza w negocjacjach w imieniu Rosjan, można powiedzieć, że konwencję w Taurogach zawarli między sobą dwaj pruscy oficerowie.
Prusy Wschodnie były pierwszą prowincją państwa Hohenzollernów, którą
zajęły na początku 1813 roku wojska rosyjskie. W ostatniej fazie
kampanii na terytorium Rosji Clausewitz brał udział w działaniach
przeciw oddziałom francuskim stacjonującym na obszarze Litwy. Wszystko
odbywało się w ramach stworzonego na polecenie cara Aleksandra I Legionu
prusko-rosyjskiego dowodzonego przez pruskich oficerów, którzy w 1812
roku lub później zdecydowali się wstąpić na służbę rosyjską. Wśród nich
był Clausewitz.
Po wejściu wraz z armią rosyjską do Prus Wschodnich natychmiast zgłosił
swoją gotowość do powrotu w pruskie szeregi. Jednak jeszcze rok musiał
nosić mundur rosyjskiego oficera. To oczekiwanie było wymownym znakiem,
że Fryderyk Wilhelm III nie zapomniał o akcie nielojalności ze strony
swojego oficera. Tak oceniano w najbliższym otoczeniu króla pruskiego
przejście Clausewitza na służbę rosyjską w 1812 roku, chociaż zważywszy
na dalszy bieg wydarzeń, można powiedzieć, że zasadniczym problemem był
tutaj czas. Clausewitz znalazł się po prostu wcześniej w miejscu (tj.
przy boku Rosji), w którym jego król znalazł się niespełna rok później
jako formalny sojusznik Aleksandra I w kolejnej kampanii przeciw
napoleońskiej Francji.
Początek "wojny wyzwoleńczej" (Befreiungskrieg) przeciw Napoleonowi
zastał więc autora O wojnie w charakterze rosyjskiego oficera
oddelegowanego do sztabu wojsk pruskich dowodzonych przez marszałka
Gebhradta von Blüchera. Clausewitz znajdował się przy oddziałach
operujących na północnym odcinku frontu (okolice Lüneburga i Hamburga).
Nie było mu dane wziąć udziału w rozstrzygającej dla dalszej obecności
Francuzów za Renem "bitwie narodów" pod Lipskiem (16-19 października
1813 roku).
Dopiero w 1814 roku Fryderyk Wilhelm III wyraził zgodę na powrót
Clausewitza w szeregi armii pruskiej, z zachowaniem otrzymanego od
Rosjan stopnia pułkownika. Jednak również w czasie tej fazy kampanii
antynapoleońskiej pozostał on daleko od głównego teatru działań we
Francji. Na czele "Legionu Niemieckiego" pozostał na północy Niemiec.
Rok później sytuacja powtórzyła się. W czasie kampanii, która zakończyła
się bitwą pod Waterloo Clausewitz pełnił funkcję szefa sztabu III
korpusu armijnego dowodzonego przez generała Johanna Adolfa von
Thielmanna. Zgrupowanie walczyło na skraju lewego skrzydła sił
antynapoleońskiej koalicji przeciw dwukrotnie silniejszemu korpusowi
marszałka Grouchy'ego. Siły pruskie powstrzymały Francuzów, co walnie
przyczyniło się do zwycięstwa Wellingtona pod Waterloo. Jednak i tym
razem Clausewitz miał poczucie, że ominęło go coś ważnego. Nie był pod
Lipskiem, nie był pod Waterloo - w miejscach zwycięstw nad
"niezwyciężonym" Napoleonem. Jedyną wielką bitwą, w której osobiście
uczestniczył było starcie pod Auerstedt, które zakończyło się
upokarzającą klęską wojsk pruskich.
Po ostatecznym zwycięstwie koalicji nad Napoleonem Clausewitz pozostał w Nadrenii, która obok Westfalii na mocy ustaleń kongresu wiedeńskiego
stała się nową pruską prowincją jako część antyfrancuskiej "bariery"
uzgodnionej przez wielkie mocarstwa. Dowódcą wojsk pruskich
stacjonujących w nowych prowincjach państwa Hohenzollernów (późniejszy
VIII korpus pruskiej armii) został Gneisenau, kolejny obok Scharnhorsta
(poległego w 1813 roku) wielki patron kariery Clausewitza z kręgu
pruskich reformatorów wojskowych. Autor O wojnie został z rekomendacji
Gneisenaua mianowany szefem sztabu całego korpusu z siedzibą w Koblencji.
W połowie 1816 roku Gneisenau odwołano do Berlina, gdzie został
członkiem Rady Państwa (Staatsrat), gremium pozbawionego jako ciało
opiniodawcze realnego wpływu na władzę. Reformator pruskiej armii z rekomendacji kanclerza Hardenberga był tam odpowiedzialny ze sprawy
związane z wojskowością i polityką zagraniczną. Chociaż coraz bardziej
odsuwany od wpływu na dalszy kształt reform wojskowych w Prusach
Gneisenau nie pozostał całkiem bezsilny. Po jego namowach Clausewitz pod
koniec 1817 roku złożył aplikację o zatrudnienie na stanowisku dyrektora
Akademii Wojennej w Berlinie. Zgłoszenie rozpatrywano niemal pół roku. W najbliższym kręgu Fryderyka Wilhelma III nie tylko pamiętano
Clausewitzowi "nielojalność" z 1812 roku, ale dodatkowo podejrzewano go
o "radykalizm" (czytaj: związki ze środowiskiem oficerów reformatorów),
co mogłoby mieć "niekorzystny wpływ na młodzież"18. Ostatecznie
jednak król Fryderyk Wilhelm III zaakceptował w maju 1818 roku
kandydaturę Clausewitza.
Stanowisko, które objął autor O wojnie, było natury czysto
administracyjnej, dalekie od spełnienia jego ambicji. Tym należy
tłumaczyć podjęte w krótkim czasie po powrocie do Berlina starania
świeżo mianowanego dyrektora Akademii Wojennej, aby podjąć służbę w pruskiej dyplomacji. Clausewitz myślał przez pewien czas o stanowisku
ambasadora pruskiego przy Dworze św. Jakuba w Londynie19.
Niespełniony w wojsku, bez szans na karierę w dyplomacji, Clausewitz
oddał się aktywności pisarskiej. Po 1816 roku ukazało się szereg jego
tekstów dotyczących wojen napoleońskich. "Sercem" napisał biografię
Scharnhorsta. W latach 1819-1827 napisał również sześć pierwszych ksiąg
swojego opus vitae, opublikowanego po jego śmierci traktatu O wojnie20.
W 1830 roku Clausewitz został zmuszony do odłożenia prac nad
manuskryptem swojego najważniejszego dzieła z powodu objęcia nowych
obowiązków. Został inspektorem artylerii armii pruskiej, a po wybuchu
powstania listopadowego w zaborze rosyjskim został w grudniu 1830 roku
szefem sztabu korpusu obserwacyjnego wysłanego przez Berlin nad granicę
prusko-rosyjską. Korpusem dowodził gen. Gneisenau.
Po obu stronach kordonu szalała wówczas epidemia cholery. Jej ofiarą
padł m.in. dowódca sił rosyjskich walczących z armią polską gen. Iwan
Dybicz. Zaraza zbierała krwawe żniwo również po stronie pruskiej. W sierpniu 1831 roku na cholerę zmarł Gneisenau. 16 listopada 1831 roku
jej ofiarą padł we Wrocławiu Clausewitz. Z powodu zagrożenia
epidemicznego pogrzeb pruskiego generała był szybki i kameralny (jego
ciało zostało wcześniej poddane kremacji, co w tamtych czasach było
rzeczą nadzwyczajną). Prochy Clausewitza złożono dwa dni później na
cmentarzu wojskowym we Wrocławiu. Był to ukłon w stronę rodziny zmarłego
generała, ponieważ w czasie epidemii jej ofiary chowano w zbiorowych
mogiłach w osobnych miejscach pochówku. Po drugiej wojnie światowej,
staraniem komunistycznych władz Niemieckiej Republiki Demokratycznej,
zapisujących ryczałtowo pruskich reformatorów do "postępowej tradycji
narodu niemieckiego", po uzyskaniu zgody władz PRL, prochy Clausewitza
zostały przeniesione w 1971 roku do grobowca rodzinnego w Burgu koło
Magdeburga.
W przypadku polskiej edycji traktatu O wojnie warto zatrzymać się na
chwilę przy zagadnieniu "Clausewitz a Polska". Autor prezentowanego
dzieła w swojej prywatnej korespondencji oraz publikowanych tekstach
niejednokrotnie wypowiadał się o naszym kraju. Zawartość i ton jego
wypowiedzi pozwalają zakwalifikować również autora O wojnie do grona
tych przedstawicieli pruskich elit intelektualnych i politycznych
pierwszej połowy dziewiętnastego wieku, które systematycznie angażowały
się w antypolskie wojny kulturowe21. Ich zasadniczym elementem
było uzasadnianie rozbiorów Polski jako czynu na wskroś koniecznego i cywilizacyjnie dobroczynnego - dla Prus, całej Europy, ale również dla
samych Polaków. Najpierw trzeba było jednak przedstawić Polskę
zniszczoną pod koniec osiemnastego wieku jako "ostatni kraj Europy"
(wedle słów inicjatora pierwszego rozbioru Polski, króla Prus Fryderyka
II).
Przy okazji kampanii 1812 roku, której znaczna część przebiegała na
"ziemiach zabranych" dawnej Rzeczypospolitej, Clausewitz w swoich
listach niejednokrotnie pisał o Polsce. Jeszcze w czasie swojej podróży
do rosyjskiej kwatery głównej przez ziemie Księstwa Warszawskiego pisał
do swojej narzeczonej o Polakach jako o "narodzie, który w nieszczęściu
jest tchórzliwy i służalczy, a gdy mu się wiedzie jest arogancki i pewny
siebie". Z kolei widok polskich wsi - "szarych ziemianek, wokół których
kłębią się szarzy, brudni ludzie, na podobieństwo wszy na strupie" -
skłaniał go raczej "do współczucia z powodu tego dziecinnego
zarozumialstwa"22.
Jak w przypadku szeregu innych pruskich (niemieckich) podróżników
przemierzających w dziewiętnastym stuleciu ziemie dawnej
Rzeczypospolitej pojawił się również u Clausewitza motyw żydowski jako
uzasadnienie argumentacji o cywilizacyjnym zapóźnieniu tych obszarów.
Jeszcze expressis verbis nie pada w jego listach określenie "Ostjuden"
("Żydzi Wschodni") jako synonimu odrażających niedostatków kulturowych
(ta kategoria pojawi się w niemieckim dyskursie pod koniec stulecia),
ale przejeżdżając w 1812 roku, pisał Clausewitz do swojej żony o "brudnych niemieckich Żydach, kłębiących się niczym zarazki w brudzie i nędzy" jako o "patrycjuszach na tych ziemiach"23.
Wniosek, jaki wyciągnął Clausewitz z obserwacji czynionych w 1812 roku,
zdawał się jednoznaczny: "Rozbiory Polski były dziełem dobroczynnym.
Zostały postanowione przez los, aby ten naród [polski], który od
tysiąca lat trwa w takim stanie, raz na zawsze z niego
wyzwolić"24.
Kwestia polska po raz kolejny zajęła uwagę Clausewitza pod koniec jego
życia, gdy w zaborze rosyjskim wybuchło powstanie listopadowe i rozpoczęła się regularna wojna polsko-rosyjska. W pisanych pod wrażeniem
polskiej insurekcji tekstach (Europa od czasów rozbiorów Polski oraz
Podstawowa kwestia niemieckiej egzystencji) Clausewitz wychodził z założenia, że należy odrzucić "moralistyczne podejście do sprawy
polskiej"25.
Zwłaszcza Prusy powinny się w tej sprawie kierować chłodną kalkulacją,
biorąc pod uwagę przede wszystkim swoją rację stanu. Ta zaś kazała
obawiać się, że niepodległa Polska oznaczać będzie radykalne pogorszenie
się sytuacji geopolitycznej państwa Hohenzollernów. Nie tylko zagrożona
będzie trwałość ich polskich nabytków uzyskanych w wyniku rozbiorów
Polski, bez których trudno było myśleć o utrzymaniu mocarstwowego
statusu Prus. Restytucja polskiej państwowości oznaczać będzie również,
że u wschodnich granic Prus znajdzie się wierny sojusznik Francji. To
zaś w dalszej perspektywie postawi znak zapytania nad trwałością
pruskiej obecności nad Renem26. Prusy w sytuacji odzyskania przez
Polskę niepodległości przypominać będą, jak pisał Clausewitz w eseju
Europa od czasu rozbiorów Polski, "okaleczonego wojownika,
pozbawionego czwartej części swojej ludności, i jednej trzeciej
terytorium, trzymającego swoją lewą ręką tarczę nisko nad głową, a prawą
ręką trzymającą miecz przeciw Francji trzysta mil dalej"27.
Niepodległość Polski, przekonywał Clausewitz, oznaczała również kłopoty
dla całej Europy. Bać się powinna Austria niepewna swoich polskich
prowincji, ale również zagrożona (w razie powstania Rzeczypospolitej) na
Węgrzech. Także w interesie Anglii, podkreślał pruski generał, było
niedopuszczenie do odzyskania przez Polskę niepodległości, bo prowadzić
ona będzie w naturalny sposób do zachwiania na korzyść Francji systemu
równowagi w Europie28.
Najsilniejsza wspólnota interesów łączyła jednak Prusy w odniesieniu do
kwestii polskiej z Rosją. Zachowanie na ziemiach podzielonej Polski
rozbiorowego status quo przypieczętowanego na kongresie wiedeńskim, było
spoiwem łączącym żywotne interesy Berlina i Petersburga. Pod tym
względem Clausewitz był wyrazicielem klasycznej od czasów Fryderyka II,
a potem kontynuowanej przez Bismarcka wizji pruskiej Staatsräson.
Również "żelazny kanclerz" mógłby podpisać się pod słowami Clausewitza
napisanymi na początku 1831 roku: "Biada nam, jeśli Rosja porzuci polską
koronę i wycofa się ze swoich polskich prowincji - Litwy, Wołynia i Podola, co według niektórych niemieckich filozofów będzie równoznaczne z nastaniem złotego wieku na wschodzie. Zmuszona lub skłoniona do tego
Rosja całkowicie odwróci się od Europy Zachodniej, od której nie będzie
już musiała niczego się obawiać i niczego oczekiwać. Niemcy w ten sposób
zostaną pozostawione same sobie, a Polacy i Francuzi, którzy bardziej
jeszcze niż nienawidzą, pogardzają nami, podadzą sobie ręce nad
Łabą"29.
Zacytowane słowa pochodzą z eseju Clausewitza pt. Podstawowa kwestia
niemieckiej egzystencji, w którym z nieznoszącą sprzeciwu pewnością
twierdził on, że nie ma narodu, wobec którego Polacy okazywaliby więcej
pogardy aniżeli wobec Niemców, a to z powodu, że żaden inny naród tak
bardzo nie kontrastuje z ich [Polaków] narodowym
charakterem"30. Polacy - pisał pruski strateg - "to bardzo
zdolny naród, który jednak pośród innych cywilizowanych, europejskich
państw pozostał pół-tatarski". Niepodległościowe dążenia narodu
polskiego wyrażone w toczącej się wojnie z Rosją są więc próbą
"wyrażenia na nowo jego tatarskiej natury"31. W tym świetle
postawione w tekście przez Clausewitza pytania: "Czy możemy się łudzić,
że życzenie tzw. wyzwolenia Polski będzie w interesie ludzkości? Czy
lepiej służy ludzkości zmartwychwstanie Sarmatów aniżeli ochrona
Niemców?" były pytaniami retorycznymi32.
Od czasów Fryderyka II pruskie elity polityczne w sprawie polskiej
łączyły kalkulacje geopolityczne z surową oceną kondycji cywilizacyjnej
narodu polskiego. Pod tym względem Clausewitz - także wśród pruskich
reformatorów po 1806 roku - nie był wyjątkiem33. Wyrażane
przezeń przekonanie, że rozbiory Polski nie tylko nie były czymś złym,
ale były ze strony Prus aktem dobrej woli wobec zapóźnionego
cywilizacyjnie narodu polskiego, który dzięki temu będzie mógł czerpać z krynicy prawdziwej cywilizacji, stawiało pruskiego stratega na równi z takimi ważnymi nie tylko dla niemieckiego kręgu kulturowego postaciami
jak Immanuel Kant, Georg Wilhelm Hegel, Wilhelm von Humboldt czy Johann
Wolfgang Goethe34.
Takie nastawienie widoczne jest również w najważniejszym dziele
Clausewitza. W traktacie O wojnie przekonywał, że nie ma nic bardziej
błędnego aniżeli traktowanie Polski jako przedmurza zachodniej
cywilizacji. To raczej "położony między innymi państwami, pozbawiony
możliwości obrony step". Jego "bezszelestny upadek" nie powinien nikogo
w Europie dziwić, podobnie jak nie dziwił nikogo "cichy zmierzch
krymskich Tatarów"35. Trzeba powiedzieć, że nawet jak na
standardy pruskich Kulturtregerów, predylekcja Clausewitza do
zrównywania nas z Tatarami i pełne pogardy traktowanie polskich wysiłków
na rzecz zachowania niepodległości były czymś wyjątkowym.
Jednak na kilkuset stronach dzieła Clausewitza sprawa polska pojawia się
jedynie marginalnie. Zasadniczym celem pruskiego generała był wykład
teorii sztuki wojennej, która "miała edukować umysł przyszłego dowódcy,
a mówiąc precyzyjniej: służyć mu jako przewodnik w jego samokształceniu
się, a nie towarzyszyć mu na polu bitwy"36. Jak słusznie zauważa
jeden z najwybitniejszych znawców myśli Clausewitza (P. Paret), przez
całe dzieło pruskiego generała przewija się refleksja nad relacją między
środkami a celami w czasie prowadzonych działań wojennych. Stawia on
sobie za cel zrozumienie rzeczywistości (nie tylko militarnej), którą
nazywamy wojną37.
Clausewitz, uformowany przez niemiecką filozofię idealistyczną, pisze
więc o "wojnie absolutnej" ("idealnej") oraz o różnych formach realnie
stoczonych kampanii wojennych. Pozostają one na kartach traktatu
pruskiego generała w "dialektycznych relacjach" wobec siebie. Sprawa
dotyczy nie tylko stosunku między "wojną idealną" a wojną realną. Istota
rzeczy polega również na zbadaniu relacji zachodzących między
"zadziwiającą trójcą" spotykaną w każdej wojnie - przemocą, przypadkiem
i rozumną kalkulacją38.
Naczelnym celem każdej wojny jest - podkreśla Clausewitz - "narzucenie
swojej woli wrogowi". Wojna jest bowiem "zderzeniem zasadniczych
interesów, które rozstrzyga się przez rozlew krwi. Tym wojna różni się
od innych konfliktów. Bardziej niż do sztuki należy ją porównać do
handlu, który również jest konfliktem ludzkich interesów i aktywności.
Jeszcze bardziej podobna jest do polityki, którą z kolei można porównać
do handlu na większą skalę"39.
Dostrzeżenie przez pruskiego generała ścisłej relacji między wojną a polityką to znak rozpoznawczy jego dzieła. Do dzisiaj uważany przez
badaczy jego twórczości za zasadniczy, bo najbardziej trwały, walor jego
dzieła40.
Maksyma, że "wojna jest kontynuacją polityki za pomocą innych środków"
jest do dzisiaj chyba najczęściej cytowanym zdaniem z całego traktatu O wojnie. Polityka poprzedza bowiem wojnę - podkreśla pruski generał.
"Wojna jest aktem politycznym", ponieważ jej wybuch jest motywowany wolą
osiągnięcia konkretnego politycznego celu. Dlatego "wojny nie można
oddzielić od życia politycznego, a gdy tylko wydarza się to w naszym
myśleniu o wojnie, niszczone są te liczne więzy łączące te dwa elementy
[wojnę i politykę - G.K.] i zostajemy z czymś nic nie znaczącym i pozbawionym sensu"41.
Opracowywane w sztabach plany kampanii (element racjonalny) oraz
zastosowane siły militarne (element przemocy) weryfikowane są na polu
bitwy, gdzie niebagatelną rolę odgrywa przypadek, dopełniający
"zadziwiającą trójcę". Clausewitz pisze w tym kontekście o "Friktion"
(dosł.: tarcie)42. Warunki pogodowe czy nagłe problemy
aprowizacyjne mogą zaważyć na wyniku decydującego starcia bitewnego.
Miarą wielkiego wodza oprócz posiadania coup d'oeil (tj. umiejętności
całościowej oceny sytuacji, "z lotu ptaka") i determinacji do wytrwania
w przeciwnościach, jest uwzględnianie roli przypadku w czasie
prowadzenia działań wojennych43. "Działanie w czasie wojny
jest jak poruszanie się w środowisku, które stawia opór. Podobnie jak
najprostszy i najbardziej naturalny z ruchów - chodzenie - nie jest
łatwy w wodzie, podobnie w czasie wojny trudno jest za pomocą
zwyczajnych wysiłków osiągnąć nawet umiarkowane rezultaty. Tarcie
(Friktion) - jak to nazywamy - sprawia, że to, co wydaje się takie
łatwe, jest takie trudne"44.
Habent sua fata libelli. Ta łacińska maksyma w podwójnym sensie odnosi
się do traktatu O wojnie Clausewitza. W tym przypadku bowiem nie tylko
chodzi o dzieje recepcji dzieła pruskiego generała, ale również o to, w jaki sposób osiągnęło ono swój ostateczny kształt po śmierci autora.
Clausewitz pracował nad nim kilkanaście lat i pozostawił je
niedokończone. Na to nakładał się jego specyficzny sposób pracy. Jak sam
pisał na rok przed śmiercią: "rękopis o sposobie prowadzenia wielkich
operacji wojennych, który zostanie znaleziony po mojej śmierci, w swoim
obecnym stanie należy uważać za zbiór materiałów, z których należy
wydestylować teorię wojny"45.
Pruski generał pozostawił więc dzieło nieukończone. Nawet we
fragmentach, które wydawały się kompletne, znajdowały się dodatki
zamieszczane tam na przestrzeni lat. To zaś oznaczało powtórzenia lub
niejasności, co do rzeczywistej intencji autora. "Destylacją" teorii
sztuki wojennej z tych materiałów, czyli ostateczną redakcją tekstu,
zajęła się więc wdowa po Clausewitzu, która wspólnie ze swoim bratem
Fritzem von Brühlem zajęła się pracą nad finalną formą najważniejszego
dzieła swojego zmarłego męża46. W latach 1832-1835 ukazało się ono
w trzech tomach w berlińskiej oficynie Ferdinanda Dümmlera (pierwszy tom
obejmował księgi od pierwszej do czwartej, w drugim znalazły się księgi
piąta i szósta, w ostatnim tomie zamieszczono księgę siódmą i ósmą).
Przez lata badacze zajmujący się dziełem pruskiego generała zastanawiali
się nad tym, ile w tym, co zostało wydrukowane, było z samego
Clausewitza, a ile "redakcyjnych dostosowań" jego żony i szwagra. W odniesieniu do pierwszej edycji traktatu O wojnie, którego pierwszy
tom ukazał się w mało oszałamiającym nakładzie półtora tysiąca
egzemplarzy, ingerencje te - stwierdzają badania biografów pruskiego
stratega - były nieznaczne. Co innego w przypadku kolejnej niemieckiej
edycji z 1853 roku, którą po śmierci w 1836 roku żony Clausewitza
przygotowywał już tylko Fritz von Brühl. W tym przypadku "prace
redakcyjne" oznaczały głęboką ingerencję w tekst. Tak zwana wersja
Brühla w przeciwieństwie do oryginału odwracała na przykład relacje
między "czynnikiem politycznym" a "czynnikiem wojskowym". W tekście
pierwotnym jest mowa o tym (w księdze VIII), że "gabinet" (czytaj: rząd)
powinien mieć realny wpływ na przebieg działań wojennych. Wydanie z 1853
roku podkreśla z kolei konieczność obecności w rządzie naczelnego
dowódcy, "tak aby mógł uczestniczyć w najważniejszych momentach dyskusji
i decyzji [politycznych]"47.
W chwili, gdy ukazywało się drugie wydanie traktatu O wojnie, trudno
było mówić o popularności Clausewitza jako teoretyka sztuki wojennej.
Miał on nadzieję, że jego najważniejsze dzieło "nie zostanie zapomniane
po dwóch czy trzech latach"48. Zapomniane nie zostało, ale
jeszcze w 1867 roku w europejskiej prasie zajmującej się teorią wojny
pisano o pruskim generale, że "jest dobrze znany, ale mało
czytany"49.
W momencie, w którym ta opinia była formułowana, recepcja Clausewitza
zyskiwała w państwach niemieckich nową dynamikę. Z pewnością należy to
wiązać z osobą generała, a następnie feldmarszałka Helmutha von Moltke,
od 1858 roku szefa pruskiego sztabu generalnego, autora zwycięskich
kampanii wojennych przeciw Danii (1864), Austrii (1866) oraz Francji
(1870/1871), które przesądziły o zjednoczeniu Niemiec przez państwo
Hohenzollernów. Moltke przyznawał, że trzy książki wywarły na niego
największy wpływ: Biblia, dzieła Homera oraz O wojnie Clausewitza.
Inspiracje z tego ostatniego były w pismach wojskowych zwycięzcy spod
Sadowy tak wyraźne, że "aż noszą znamiona plagiatu"50.
Za sprawą Moltkego dzieło Clausewitza stało się lekturą obowiązkową w szkolnictwie wojskowym cesarskiej Rzeszy Niemieckiej. Już w 1873 roku w niemieckiej prasie wojskowej pisano, że "Clausewitz zyskał sobie miano
najważniejszego autorytetu w zakresie edukacji wojskowej w Niemczech"51. "Czynnik polityczny" nie był w stanie nadążyć za
tą zmianą. Otto von Bismarck - kanclerz Rzeszy i premier Prus -
przyznawał w 1889 roku: "Ze wstydem wyznaję, że nigdy nie czytałem
Clausewitza i niewiele więcej o nim wiem ponad to, że był zasłużonym
generałem"52.
Przełom dziewiętnastego i dwudziestego wieku przyniósł wzrost
zainteresowania traktatem Clausewitza we Francji i Wielkiej Brytanii. Na
Wyspach pierwsze wydanie O wojnie ukazało się w 1873 roku53.
Wcześniej publikowano tam mniejsze rozprawy pruskiego generała.
Wellington wysoko cenił na przykład jego opis antynapoleońskiej kampanii
1815 roku54. Prawdziwy "boom na Clausewitza" miał miejsce w Zjednoczonym Królestwie na początku dwudziestego wieku, gdy po wojnie
burskiej (1899-1902) podejmowano nad Tamizą refleksje nad organizacją i rozbudową sił lądowych, co zresztą pozostało w ścisłym związku z rysującą się perspektywą militarnego zaangażowania Wielkiej Brytanii na
kontynencie jako sojusznika Francji (od 1904 roku obowiązywało entente
cordiale Londynu z Paryżem)55. Wybaczono więc pruskiemu
generałowi, że w swoim dziele całkowicie pominął rolę marynarki
wojennej.
W tym samym czasie odkrywano O wojnie we Francji. Pod wpływem dzieła
Clausewitza pozostawał Ferdynand Foche, późniejszy "marszałek trzech
narodów" (Francji, Wielkiej Brytanii i Polski), którego Zasady wojny
opublikowane w 1903 roku nosiły znamiona silnego inspirowania się myślą
pruskiego stratega56. Jak pisał w 1912 roku francuski historyk
wojskowości Jean Colin, główna zasługa Clausewitza polegała na
"wyrzuceniu formalizmu z edukacji wojskowej"57.
Na początku dwudziestego wieku O wojnie czytano i recypowano również
na innych kontynentach. W czasie wojny rosyjsko-japońskiej generałowie z Kraju Kwitnącej Wiśni byli już po gruntownej lekturze dzieła pruskiego
generała58. W Stanach Zjednoczonych wzrost zainteresowania
dziełem Clausewitza nastąpił po zakończeniu pierwszej wojny światowej,
chociaż co bardziej zdolni oficerowie już wcześniej czytali O wojnie.
George Patton zabrał w 1910 roku książkę Clausewitza w swoją podróż
poślubną (egzemplarz nabył w Anglii). Narzekał jedynie na nadmiar
przypisów "potrzebnych jak psu muchy"59.
Zapalonym czytelnikiem traktatu O wojnie był Włodzimierz Lenin. Na
przełomie 1914 i 1915 roku całymi dniami ślęczał w szwajcarskim Bernie
nad dziełem pruskiego stratega, robiąc z tekstu obszerne wypisy.
Prawdziwym "objawieniem" dla wodza bolszewików było ujęcie przez
Clausewitza związków między wojną a polityką (wojna jako "polityka
realizowana innymi środkami"). Dla szykującego się do podboju Rosji od
wewnątrz (wojna domowa) twórcy państwa "nowego typu" była to praktyczna
wskazówka. Podobnie jak zwrócenie uwagi przez pruskiego generała na
kluczowe znaczenie oddziaływania na morale wroga60. Po utworzeniu
Związku Sowieckiego O wojnie znalazło się w kanonie lektur uczelni
kształcących kadrę oficerską Armii Czerwonej. Zresztą twórca tej
ostatniej, Lew Trocki, także należał do grona admiratorów Clausewitza.
Po drugiej wojnie światowej, w dobie zagrożenia globalnym konfliktem
nuklearnym, zainteresowanie dziełem pruskiego stratega osłabło, choć nie
zniknęło ono z curriculum akademii wojskowych najważniejszych światowych
mocarstw. W Stanach Zjednoczonych pożytki z czytania Clausewitza odkryto
na nowo po klęsce w wojnie wietnamskiej, gdy okazało się, że era
konwencjonalnych konfliktów wcale nie przeminęła61. Nawet
świat amerykańskiej polityki "odkrywał" Clausewitza. Traktat O wojnie
cenił Henry Kissinger, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego i sekretarz
stanu w administracjach Richarda Nixona i Geralda Forda (oraz laureat
pokojowej Nagrody Nobla w 1973 roku)62.
Pod koniec "zimnej wojny" jeden z czołowych znawców twórczości
Clausewitza za oceanem napisał, że "książka O wojnie jest czytana w naszych czasach, tak jak nie była czytana nigdy wcześniej"63.
W dwudziestym pierwszym wieku nie pamięta się już tak bardzo, że pruski
generał w swoim wykładzie teorii sztuki wojennej nie uwzględnił floty,
ani roli gospodarki jako elementu wysiłku wojennego. Jak widzieliśmy,
niektórzy traktują go nawet jako prekursora teorii zarządzania (por.
wyżej). Inni podkreślają, że lektura O wojnie pomoże zrozumieć naturę
"asymetrycznych" konfliktów zbrojnych, wojny informacyjnej albo nauczy
amerykańskich marines walki z partyzantką miejską w Iraku64.
Wymowny jest również wzrost zainteresowania Clausewitzem we
współczesnych Niemczech. W 1999 roku przy Akademii Wojskowej Bundeswehry
w Hamburgu powstało "Międzynarodowe Centrum Clausewitza" (International
Clausewitz Center), a w 2008 roku rozpoczęła działalność "Sieć
Clausewitza Studiów Strategicznych" (Clausewitz Network for Strategic
Studies). W obu przypadkach animatorem tych inicjatyw był wykładowca
myśli Clausewitza na uniwersytecie w Poczdamie i były oficer
Bundesmarine, Lennart Souchon (autor przytaczanej w tym tekście książki
o aktualności traktatu O wojnie). Jeśli do tego dodać fakt, że w myśl
obowiązującej od 2016 roku strategii bezpieczeństwa narodowego Niemiec
("Biała Księga") wzorami wychowawczymi dla żołnierzy i oficerów
Bundeswehry mają być reformatorzy pruskiej armii po 1806 roku, to powrót
Clausewitza do łask we współczesnych demokratycznych i prozachodnich
Niemczech jest tym bardziej spektakularny.
Jeden z najwybitniejszych żyjących obecnie badaczy dziejów myśli
strategicznej, Martin van Creveld napisał w swojej Historii sztuki
wojennej, że "pośród zachodnich pisarzy wojskowych pozycja Clausewitza
jest unikatowa. Aby odwołać się do metafory: jego dzieło nie jest
zwyczajną książką kucharską pełną przepisów odnoszących się do
składników i naczyń, które właściwie użyte, dadzą pewne potrawy. Jego
dzieło wyjaśnia natomiast naturę gotowania i do czego jest ono używane,
pozostawiając czytelnikowi swobodę spożytkowania tej wiedzy. W rezultacie, gdy postęp technologiczny spowodował zmiany w organizacji,
strategii i taktyce, Clausewitz jako jedyny zachował aktualność. Podczas
gdy zaledwie parę detali zawartych w dziele O wojnie jest pozbawionych
trwałego znaczenia [...], książka jako całość trzyma się zadziwiająco
dobrze jako "skarb ludzkiego ducha""65.
Zapraszamy więc do lektury "książki kucharskiej" pruskiego generała.
Prof. dr hab. Grzegorz Kucharczyk
Notatki autora dotyczące dzieła O wojnie
Notatki autora
dotyczące dzieła O wojnie
W spuściźnie rękopiśmiennej po generale
Clausewitzu pozostały trzy notatki autora, wyjaśniające metodę pracy nad
dziełem O wojnie. Pierwsza z nich, bez daty, pochodzi prawdopodobnie z lat 1816-1818, kiedy to autor w Koblencji dopiero przystępował do
pisania tego dzieła, druga nosi datę 1827 roku, kiedy główny trzon
dzieła był już opracowany, a ostatnia, również jak i pierwsza, bez daty,
ale pochodząca niewątpliwie z ostatnich lat życia generała, świadczy o zamierzonej przezeń przeróbce całości w kierunku nadania rozważaniom jak
największej precyzji i głębi.
Ze względu na niezmienną ważność tych notatek dla zrozumienia genezy
dzieła i metody pracy autora przytaczamy treść ich w całości.
I
W zapisanych tu zdaniach poruszone są zasadnicze, według mnie, sprawy tworzące tzw. strategię. Uważałem je jeszcze tylko za materiały, ale uzyskałem już możność stopienia ich w jedną całość.
Materiały te bowiem powstały bez uprzedniego planu. Zamiarem moim z początku było: bez oglądania się na system i ścisły związek, napisać w zupełnie krótkich, ścisłych, zwartych zdaniach to, co o najważniejszych
punktach tego przedmiotu stało się dla mnie zupełnie jasne.
Przychodzi mi przy tym na myśl sposób opracowania przedmiotu zastosowany
przez Monteskiusza. Sądziłem, że takie krótkie, aforystyczne rozdziały,
które pierwotnie chciałem nazwać ziarnami, pociągnęłyby ludzi
inteligentnych zarówno przez to, co się da z nich wywnioskować, jak i przez to, co same stwierdzają; myślałem przy tym o czytelniku
inteligentnym, już obeznanym z przedmiotem. Natura moja jednak, która
zawsze skłania mnie do wnioskowania i systematyzowania, przyszła i tu
wreszcie do głosu. Przez czas pewien zdobywałem się na to, aby z rozważań pewnych zagadnień, które zapisywałem w celu uświadomienia ich
sobie i ugruntowania, wyprowadzić tylko najważniejsze wnioski i w ten
sposób całą treść skupić w niewielkim tomie, później jednak właściwość
mego charakteru owładnęła mną całkowicie, zacząłem wyjaśniać, ile się
dało, z myślą już teraz, oczywiście, o czytelniku nieobeznanym z przedmiotem.
Im więcej zaś pracowałem, tym bardziej poddawałem się duchowi badania,
tym więcej skłaniałem się ku systemowi, i tak stopniowo dorzucałem
rozdziały jeden za drugim.
Najnowszym moim zamiarem było teraz jeszcze raz wszystko przejrzeć, we
wcześniejszych rozdziałach niejedno bardziej umotywować, w późniejszych
natomiast wyciągnąć może z niektórych analiz konkretne wnioski i w ten
sposób zrobić z tego wszystkiego znośną całość, mającą tworzyć mały tom
o formacie ósemki. Ale i w tym wypadku starałem się unikać wszelkich
rzeczy zwyczajnych, zrozumiałych samych przez się, setki razy
wypowiedzianych i wszędzie przyjętych; gdyż ambicją moją było napisać
taką książkę, która by nie była zapomniana po dwóch lub trzech latach i którą by każdy interesujący się danym przedmiotem mógł wziąć do ręki w każdym razie częściej niż jeden raz.
II
Pierwsze sześć ksiąg, które są już w czystopisie, uważam za dość niekształtną jeszcze masę, która bezwzględnie musi być jeszcze raz opracowana. W tym nowym opracowaniu uwydatnią się wszędzie znacznie silniej dwa rodzaje wojny, a przez to wszystkie myśli nabiorą bardziej wyraźnego sensu, określonego kierunku, bliższego zastosowania. Te dwa rodzaje wojny są następujące: albo celem wojny jest pokonanie przeciwnika (czy to przez zniszczenie polityczne, czy też obezwładnienie go i zmuszenie w ten sposób do pokoju za wszelką cenę), albo też dąży się do jakiejś zdobyczy na granicach własnego państwa czy to dla posiadania jej na stałe, czy też dla uzyskania cennego przedmiotu wymiennego przy zawieraniu pokoju. Formy przejściowe między tymi dwoma rodzajami muszą się z konieczności zdarzać, ale całkowicie odmienne natury obu tych dążeń przenikają wszędzie i powodują, że dążenia te, jako nie dające się pogodzić, wyodrębniają się zawsze.
Poza tą istotną różnicą dzielącą wojny należy jeszcze ustalić wyraźnie i ściśle również praktycznie niezbędny punkt widzenia, że wojna jest tylko
dalszym ciągiem polityki prowadzonej innymi środkami. Ten punkt
widzenia, przestrzegany wszędzie, nada rozważaniom naszym dużo więcej
jednolitości i wszystko da się wtedy łatwiej wyłożyć. I chociaż ten
punkt widzenia znajdzie swe zastosowanie głównie dopiero w księdze
ósmej, to jednak powinien być już w księdze pierwszej kompletnie
wyjaśniony i uwzględniony w nowym opracowaniu sześciu pierwszych ksiąg.
Dzięki temu sześć pierwszych ksiąg pozbędzie się w nowym opracowaniu
pewnego balastu, niejedna rysa i rozpadlina się wypełni i niektóre
ogólniki nabiorą bardziej określonych kształtów i myśli.
Księgę siódmą, o natarciu, posiadającą już nakreślone szkicowo niektóre
rozdziały, należy traktować jako refleks księgi szóstej: ma być ona
niebawem opracowana już stosownie do wyżej wyłuszczonych punktów
widzenia, tak że nie będzie potrzeba jej przerabiać, przeciwnie, będzie
mogła służyć za wzór przy nowym opracowaniu pierwszych sześciu ksiąg.
Księgi ósmej, o planie wojny, to znaczy w ogóle o przygotowaniu całej
wojny, nakreślono kilka rozdziałów, których jednak nie należy traktować
nawet jako materiał, lecz jako surowe jeszcze przetrawienie tego
zagadnienia, aby podczas samej pracy dopiero na dobre zdać sobie sprawę,
o co tu chodzi. Zadanie to zostało spełnione, wobec czego zamierzam po
ukończeniu siódmej księgi natychmiast przystąpić do opracowania ósmej,
gdzie głównie dojdą do głosu oba wyżej wspomniane punkty widzenia i wszystko uproszczą, ale też i pogłębią równocześnie. Mam nadzieję, że
księga ta wygładzi wiele załamań w głowach strategów i mężów stanu, a przynajmniej wykaże wszystkim, o co w wojnie chodzi i co właściwie
podczas wojny należy brać pod uwagę.
Jeśli teraz dzięki pracy nad ósmą księgą wyjaśnię sobie własne poglądy i jeśli ogólne określenia wojny ustalą się dostatecznie, to tym łatwiej mi
będzie przenieść ich ducha na pierwsze sześć ksiąg i uwzględnić te
określenia w całym dziele. Wtedy dopiero przystąpię do przerabiania
pierwszych sześciu ksiąg.
Jeśliby mi jednak przerwała pracę przedwczesna śmierć, wtedy to, co się
tu znajduje, łatwo nazwane być może niekształtnym zbiorowiskiem myśli,
które narażone na nieustanne nieporozumienia, mogą dać powód do wielu
niedojrzałych krytyk; albowiem w tych kwestiach każdy sądzi, że to, co
mu się pod pióro nawinie, jest całkowicie godne wypowiedzenia i wydrukowania i uważa to za tak niewątpliwe, jak dwa razy dwa - cztery.
Jednak gdyby taki krytyk zadał sobie tyle trudu, aby jak ja całymi
latami rozmyślać nad tymi kwestiami i sprawdzać je przez historię wojen,
na pewno byłby ostrożniejszy przy wygłaszaniu krytyk.
Sądzę jednak, że pomimo tej niedoskonałej formy czytelnik nieuprzedzony,
a dążący do poznania prawdy i ugruntowania swoich przekonań, nie
przeoczy w pierwszych sześciu księgach owoców wieloletnich rozmyślań i gorliwych badań nad wojną i, być może, znajdzie tam takie myśli, które
mogą sprowadzić całą rewolucję w dziedzinie teorii wojny.
Berlin, dnia 10 lipca 1827 roku
III
Rękopis o prowadzeniu wielkiej wojny, który pozostanie po mej śmierci, może być potraktowany w takim stanie, w jakim jest, tylko jako zbiór ułamków, z których trzeba będzie dopiero budować teorię wielkiej wojny. Przeważna część tej pracy nie zadowala mnie jeszcze, a szóstą księgę należy uważać za zwyczajną próbę - chętnie bym opracował ją całkowicie na nowo i szukał innego rozwiązania.
Jednak główne zasady, jakie się w tych materiałach uwidaczniają, uważam
za właściwe w stosunku do wojny; są one owocem wielostronnych rozmyślań,
skierowanych stale ku życiu praktycznemu i pomnych zawsze na to, czego
mnie nauczyło doświadczenie oraz przestawanie z wybitnymi żołnierzami.
Księga siódma miała zawierać zagadnienia natarcia, co zostało już
pobieżnie narzucone, ósma zaś - plan wojny, gdzie jeszcze specjalnie
chciałbym ująć polityczną i ogólnoludzką stronę wojny.
Rozdział pierwszy księgi pierwszej jest jedyny, który uważam za
skończony - posłuży on całości przynajmniej dla wyjaśnienia kierunku,
jaki chciałbym nadać całemu dziełu.
Teoria wielkiej wojny, czyli tak zwana strategia, przedstawia
nadzwyczajne trudności i można śmiało powiedzieć, że bardzo niewielu
ludzi posiada o jej poszczególnych przedmiotach wyraźne, tzn. niezbędne,
dostatecznie ze sobą powiązane wyobrażenia. W praktyce zaś kieruje się
przeważna ich liczba tylko pewnym umiarem, który osiąga swój cel lepiej
lub gorzej, zależnie od wielkości posiadanego przez nich geniuszu.
Tak właśnie postępowali wszyscy wielcy wodzowie, a wielkość ich i geniusz w tym się właśnie po części zawierały, że dzięki temu umiarowi
zawsze osiągali swój cel. Tak będzie zawsze w praktyce i nadal, i ten
umiar wystarczy zupełnie. Jeśli jednak będzie potrzeba nie działać
samemu, lecz na naradzie przekonywać innych, wtedy okażą się niezbędne
jasne wyobrażenia i umiejętność wykazania wewnętrznego związku zdarzeń.
Ponieważ jednak wykształcenie pod tym względem jeszcze bardzo mało
posunęło się naprzód, przeto przeważna ilość narad stanowi bezpodstawną
gadaninę, w której wyniku albo każdy zostaje przy swoim zdaniu, albo
zwyczajne ustępstwa z ubocznych względów prowadzą do przeważnie
bezwartościowego kompromisu.
Jasne wyobrażenia w tych sprawach nie są więc bez pożytku; poza tym
umysł ludzki zdradza w ogóle powszechną dążność do jasności i odczuwa
potrzebę szukania wszędzie niezbędnego związku przyczynowego.
Wielkie trudności, jakie sprawia taka filozoficzna nadbudowa sztuki
wojennej, i liczne bardzo nieudane próby skłoniły większość ludzi do
sądzenia, że taka teoria jest niemożliwa, gdyż mowa tu o rzeczach
niedających się ująć w żadną stałą regułę. Zgodzilibyśmy się z tym
mniemaniem i zaniechalibyśmy wszelkich prób wytworzenia takiej teorii,
gdyby nie okoliczność, że bez trudności można ustalić sporą ilość zdań
zupełnie bezspornych, jak np. że obrona jest formą silniejszą o celu
negatywnym, natarcie zaś formą słabszą, ale za to przynoszącą wyniki
pozytywne; że wielkie sukcesy pociągają za sobą mniejsze i że wobec tego
można działania strategiczne sprowadzić do niewielu ważnych punktów; że
demonstracja jest słabszym użyciem sił niż rzeczywiste natarcie i że
musi być ona z tego powodu specjalnie uwarunkowana; że zwycięstwo polega
nie tylko na zdobyciu pola bitwy, ale na zniszczeniu fizycznych i moralnych sił zbrojnych przeciwnika i że zniszczenie to przeważnie
uzyskać można dopiero podczas pościgu po wygranej bitwie; że sukces tam
jest największy, gdzie się zwycięstwo wywalczyło, że przeskakiwanie z jednego kierunku na drugi należy uważać tylko za zło nieuniknione; że
obejście przeciwnika jest usprawiedliwione tylko w wypadku, gdy
posiadamy nad nim przewagę w ogóle albo też przewagę pod względem
własnych linii połączeń i odwrotowych, że zatem pozycje flankowe muszą
też odpowiadać tymże warunkom; że każde natarcie słabnie w miarę, jak
postępuje.
Przedmowa Autora
Przedmowa Autora
Nie ulega już dziś wątpliwości, że pojęcie
naukowości nie polega wyłącznie, ani nawet przeważnie, na systemie lub
na gotowej doktrynie. Systemu w pracy niniejszej nie znajdzie się na
pozór wcale, a zamiast gotowej doktryny daje ona tylko jej ułamek.
Formę naukową daje tej książce dążenie do zbadania istoty zjawisk
wojennych i do wykazania ich związku z naturą ich składników. Nie
cofaliśmy się nigdzie przed wysnuciem filozoficznych konsekwencji; tam
jednak, gdzie przechodziły one w zbyt cienką nić, autor wolał ją
przerwać i nawiązać do odpowiednich doświadczeń. Podobnie bowiem, jak
pewne rośliny wydają owoce tylko wtedy, gdy nie wybujają zbyt wysoko,
tak i w działalności praktycznej nie należy pozwalać liściom i kwiatom
teorii zbytnio wyrastać, przeciwnie, raczej trzymać je w sferze
doświadczenia, które jest gruntem im właściwym.
Niewątpliwie błędem byłoby starać się z chemicznych składników ziarna
wnioskować o kształcie kłosu, gdyż wystarczy wyjść w pole, aby kłos
ujrzeć gotowy. Badanie i obserwacja, filozofia i doświadczenie nie mogą
się wzajemnie lekceważyć ani wyłączać, wyświadczają one bowiem sobie
wzajemną pomoc. Zdania tej książki opierają się więc mocnym sklepieniem
wzajemnego uzależnienia się albo na doświadczeniu, albo na zasadniczym
pojęciu wojny, jak na niezłomnej podstawie, i nie potrzebują
zewnętrznych podpór.
Być może, że uda się komuś napisać systematyczną teorię wojny, pełną
ducha i treści, dotychczasowym jednak naszym próbom daleko jeszcze do
tego. Pomijając już ich nienaukowość, odznaczają się one w dążeniu do
powiązania w pełny system obfitością codziennych komunałów i gadulstwem.
Chcąc ujrzeć jaskrawy obraz tego, wystarczy przeczytać ten oto wyjątek z instrukcji Lichtenberga o gaszeniu pożaru:
Gdy dom się pali, trzeba przede wszystkim starać się osłaniać prawą
ścianę domu, stojącego po lewej stronie oraz lewą ścianę domu, stojącego
po prawej stronie; gdyby bowiem chciano osłaniać lewą ścianę domu, z lewej strony, to przecież prawa ściana domu jest na prawo od lewej
ściany, a zatem, ponieważ ogień znajduje się na prawo i od lewej i od
prawej ściany (przyjęliśmy bowiem, że dom stoi na lewo od ognia), przeto
prawa ściana bliższa jest ognia niż lewa, i nie osłoniona mogłaby
spłonąć, zanim by ogień doszedł do lewej, osłonionej. Mogłoby zatem
spłonąć to, czego się nie osłania, i to prędzej, niż spłonęłoby coś
innego, choćby się go nie osłaniało; należy więc to zostawić, a tamto
osłaniać.
By rzecz zapamiętać, należy tylko zauważyć, że jeśli dom jest na prawo
od ognia, to będzie to ściana lewa, a jeśli dom stoi po lewej stronie,
to ściana prawa.
Nie chcąc czytelnika odstraszyć takimi komunałami od rzeczy samej ani
też rozwadniać nimi treści, autor wolał w małych ziarnkach rzetelnego
kruszcu podać wszystko to, co wywołały w nim i utwierdziły wieloletnie
rozmyślania o wojnie, obcowanie z dzielnymi ludźmi, znającymi się na
niej, jako też niejedno własne doświadczenie. Tak powstały rozdziały tej
książki, pozornie tylko słabo ze sobą związane, niepozbawione jednak,
zdaje się, spójni wewnętrznej. Być może zresztą, że zjawi się tęższa
głowa, która zamiast tych luźnych ziarnek da nam całość z jednej bryły -
bez skazy.
ROZDZIAŁ PIERWSZY. Co to jest wojna?
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Co to jest wojna?
1. Wstęp
Zamierzamy rozpatrzyć najpierw poszczególne składniki naszego przedmiotu, następnie poszczególne jego części czy człony, a wreszcie wewnętrzny związek całości, postępując w ten sposób od rzeczy prostych ku złożonym. Tu jednak bardziej niż gdzie indziej trzeba rozpocząć od rzutu oka na istotę całości, ponieważ tu zwłaszcza, rozważając jakąś część, należy jednocześnie zawsze myśleć o całości.
2. Określenie pojęcia
Nie wdając się od razu w ciężkie publicystyczne określenia wojny, zatrzymajmy się na jej postaci pierwiastkowej, na pojedynku. Wojna nie jest niczym innym jak rozszerzonym pojedynkiem. Zamiast zaś traktować jako całość niezliczoną ilość pojedynków, z jakich się składa wojna, wyobraźmy sobie lepiej dwóch zapaśników. Każdy z nich stara się przeciwnika zmusić przemocą fizyczną do spełnienia swojej woli, a najbliższym jego celem - powalić przeciwnika i uczynić go przez to niezdolnym do stawiania dalszego oporu.
Wojna jest więc aktem przemocy, mającym na celu zmuszenie przeciwnika do
spełnienia naszej woli.
Przemoc uzbraja się w wynalazki sztuki i nauki, aby stawić czoło
przemocy. Nieznaczne, zaledwie godne wzmianki ograniczenia, które
nakłada samej sobie pod nazwą praw międzynarodowych, towarzyszą jej, nie
osłabiając w istocie jej siły. Przemoc, i to przemoc fizyczna (moralna
bowiem nie istnieje poza pojęciem państwa i prawa), jest środkiem, gdy
celem jest narzucenie swej woli wrogowi. Aby cel ten osiągnąć, musimy
wroga rozbroić - i to stanowi bezpośredni cel czynności wojennych. Ten
cel bezpośredni przesłania niejako istotną przyczynę wojny i odsuwa ją
jako coś, co nie należy do wojny właściwej.
3. Użycie siły aż do ostateczności
Dusze miłosierne mogłyby może łatwo mniemać, że możliwe jest sztuczne rozbrojenie lub powalenie przeciwnika bez zadawania zbyt wielu ran, i że do tego zmierzać powinna sztuka wojenna. Choć brzmi to bardzo pięknie, jednak błąd ten sprostować należy, w rzeczach bowiem tak niebezpiecznych jak wojna, najgorsze są właśnie błędy, wypływające z dobroduszności. Ponieważ użycie przemocy fizycznej w całej pełni nie wyklucza bynajmniej współdziałania rozumu, dlatego ten, kto użyje tej przemocy bezwzględnie, nie szczędząc krwi, osiągnie przewagę nad niepostępującym podobnie przeciwnikiem. W ten sposób narzuca on przeciwnikowi metodę działania i tak obaj posuwają się aż do ostateczności bez ograniczeń, poza przeciwwagą wzajemną.
Taki jest właściwy pogląd na tę sprawę i byłoby rzeczą bezcelową, a nawet wprost dążeniem opacznym, aby powodując się odrazą do surowego
pierwiastka wojny, zamykać oczy na jego istotę.
Jeśli zaś wojny ludów cywilizowanych są znacznie mniej okrutne i niszczące niż ludów nieoświeconych, to przyczyną tego jest zarówno
wewnętrzny, jak i wzajemny stan społeczny tych państw. Z tego stanu i stosunków wynika wojna, jej warunki, rozmiary i napięcie, ale czynniki
te nie stanowią istoty wojny tylko jej dane i do filozofii wojny
właściwej nie można bez popełnienia absurdów wprowadzać zasady
umiarkowania...
Walka między ludźmi składa się właściwie z dwóch różnych pierwiastków: z wrogiego uczucia i wrogiego zamiaru. Ten ostatni pierwiastek, jako
najogólniejszy, uczyniliśmy cechą naszego określenia.
Istotnie, nie można sobie bez wrogiego zamiaru wyobrazić nawet
najpierwotniejszego, graniczącego z instynktem, uczucia nienawiści, gdy
natomiast jest wiele wrogich zamiarów pozbawionych nienawiści całkowicie
lub przynajmniej w stopniu poważniejszym. U dzikich ludów przeważają
zamiary powstałe z uczucia, u cywilizowanych natomiast - z rozsądku;
różnica ta jednak nie tkwi w samej istocie barbarzyństwa czy
cywilizacji, lecz w towarzyszących im okolicznościach, instytucjach itd.
Toteż różnica ta nie występuje wszędzie bez wyjątku tylko w większości
wypadków - słowem, nawet najbardziej cywilizowane ludy mogą zapałać
najgorętszą wzajemną nienawiścią.
Widzimy z tego, jak błędne byłoby uważać wojnę wśród ludów
cywilizowanych za zwyczajny przejaw rozsądku ich rządów i wyobrażać ją
sobie jako coraz bardziej pozbawioną namiętności. Gdyby tak było, nie
potrzebowałaby ona w końcu wcale rzeczywistych mas walczących, lecz
tylko ich stosunkowego zestawienia i zamieniłaby się w rodzaj algebry
działania.
Teoria zaczęła już nawet zwracać się w tym kierunku, gdy zjawiska
ostatnich wojen sprowadziły ją na właściwą drogę. Skoro wojna jest aktem
przemocy, to tym samym należy do sfery uczucia. Uczucie to jest albo tej
wojny przyczyną, albo też wypływa z niej w większym czy mniejszym
stopniu, a stopień ten nie zależy od poziomu cywilizacji, lecz od wagi i trwałości wrogich interesów.
Jeśli widzimy, że ludy cywilizowane nie mordują jeńców, nie burzą miast
i kraju, to dzieje się to dzięki temu, że rozum, wywierając coraz
większy wpływ na sposób wojowania, nauczył stosować w życiu
skuteczniejsze środki przemocy niż te pierwotne przejawy instynktu.
Wynalezienie prochu i postępujący coraz bardziej rozwój broni palnej
wykazują już dostatecznie, że dążność do zniszczenia przeciwnika,
tkwiąca w samym pojęciu wojny, nie została w żadnym razie przez rozwój
cywilizacji ani wstrzymana, ani też uchylona.
Powtarzamy więc: wojna jest aktem przemocy, a przystosowaniu jej nie ma
granic, obaj przeciwnicy usiłują uchwycić inicjatywę w swoje ręce,
powstaje wzajemne oddziaływanie, które z natury rzeczy musi prowadzić aż
do ostateczności. Jest to pierwsze oddziaływanie wzajemne i pierwsza
ostateczność, jaką napotykamy w naszych rozważaniach.
4. Celem jest obezwładnienie wroga
Powiedzieliśmy, że celem działania wojennego jest obezwładnienie wroga. Wykażemy teraz, że jest to konieczne przynajmniej w teorii.
Jeśli przeciwnik ma spełnić naszą wolę, musimy postawić go w położenie
bardziej niekorzystne niż ofiara, jakiej od niego żądamy. Strony ujemne
tego położenia nie mogą oczywiście być przemijające, a przynajmniej nie
powinny wydawać się takie, gdyż w przeciwnym wypadku nieprzyjaciel
wyczekałby stosowniejszej chwili i nie byłby skłonny do ustępstw. Każda
zmiana tego położenia, wywoływana dalszymi działaniami wojennymi,
powinna, przynajmniej w świadomości nieprzyjaciela, wypaść na jego
niekorzyść. Najgorszym położeniem, w jakim znaleźć się może prowadzący
wojnę, jest całkowita bezbronność. Jeśli więc chcemy za pomocą działań
wojennych zmusić przeciwnika do spełnienia naszej woli, musimy go albo
rzeczywiście rozbroić, albo postawić w położenie grożące mu
prawdopodobnym rozbrojeniem.
Wynika stąd, że rozbrojenie lub pokonanie wroga, jakkolwiek je nazwiemy,
powinno być zawsze celem działania wojennego.
Wojna nie jest jednakże działaniem żywej siły na martwą masę, gdyż taka
bezwzględna uległość nie byłaby prowadzeniem wojny. Przeciwnie, jest ona
zawsze zderzeniem się dwóch żywych sił. Wszystko, cośmy powiedzieli o ostatecznym celu działań wojennych, stosuje się do obu stron. I tu jest
zatem znowu wzajemne oddziaływanie. Dopóki nie pokonałem przeciwnika,
muszę się obawiać, że on mnie pokona; nie jestem więc panem swoich
czynów, lecz on dyktuje mi prawa, podobnie jak ja jemu. Oto drugie
oddziaływanie wzajemne, prowadzące do drugiej ostateczności.
5. Krańcowe napięcie sił
Chcąc pokonać przeciwnika, musimy wysiłek własny mierzyć jego siłą oporu. Siła ta jest wynikiem działania pewnych czynników niedających się rozdzielić, są to mianowicie: zasób posiadanych środków i napięcie siły woli.
Zasób posiadanych środków można określić, gdyż opiera się on (chociaż
niecałkowicie) na liczbach, napięcie siły woli jednak określić o wiele
trudniej; ocenić je można chyba tylko według siły motywów wojny. Jeśli
przypuścimy, że oceniliśmy w ten sposób z dostatecznym
prawdopodobieństwem siłę oporu przeciwnika, to możemy wymierzyć wysiłek
własny i uczynić go takim, aby przeważał siłę oporu albo, jeśli to
przekracza naszą możność, możliwie największym. Przeciwnik jednak czyni
to samo; wynika stąd nowe wzajemne wzmaganie się wysiłków, które znowu w teorii powinno doprowadzić do ostateczności. Jest to trzecie
oddziaływanie wzajemne i trzecia ostateczność, jaką napotykamy.
6. Modyfikacje wywołane przez rzeczywistość
W abstrakcyjnej dziedzinie samych pojęć rozum nie zna nigdzie spokoju dopóty, dopóki nie dojdzie do ostatecznych konsekwencji, ma on tu bowiem do czynienia ze sprawami krańcowymi, ze zderzeniem się sił pozostawionych samym sobie i podległych tylko własnym wewnętrznym prawom. Jeślibyśmy więc chcieli z samego tylko pojęcia wojny wysnuć absolutny punkt wyjścia dla celu, jakiśmy sobie postawili, i dla środków, jakich należałoby użyć, to wobec ciągłego ich wzajemnego oddziaływania wpadlibyśmy w krańcowość, która byłaby tylko grą wyobrażeń, wywołaną przez zaledwie dostrzegalną nić logicznych subtelności. Gdyby zaś kto chciał, trzymając się ściśle zasad bezwzględnych, obejść jednym pociągnięciem pióra wszystkie trudności i konsekwentnie upierał się przy konieczności stałego przygotowywania się do ostateczności i stosowania zawsze wysiłków największych, to postępowanie takie stworzyłoby zasadę papierową, niezdolną do życia.
Nawet gdyby ten ostateczny wysiłek był zasadą bezwzględną, łatwo dającą
się wyprowadzić i pojąć, to jednak przyznać musimy, że umysł ludzki z trudnością podporządkowałby się takim logicznym mrzonkom. Nieraz
prowadziłoby to do wysiłku zbytecznego, zmuszającego do znalezienia dla
przeciwwagi innych zasad sztuki rządzenia. Niezbędne do tego napięcie
woli nie odpowiadałoby wówczas postawionemu celowi i nie wyraziłoby się
w czynie, gdyż wola ludzka nie czerpie nigdy siły z subtelności
logicznych.
Inaczej zupełnie sprawa wygląda, gdy od pojęcia oderwanego przejdziemy
do rzeczywistości. Tam wszystko musi ulegać optymizmowi przyjmującemu,
że obie strony walczące nie tylko dążą do doskonałości, ale i osiągają
ją. W rzeczywistości możliwe byłoby to jedynie wtedy:
1. Gdyby wojna była aktem odosobnionym, który powstaje nagle bez związku
z życiem poprzednim państwa.
2. Gdyby wojna polegała na jednym tylko lub na szeregu równoczesnych
rozstrzygnięć.
3. Gdyby wojna sama przez się zawierała całkowite rozstrzygnięcie i gdyby jeszcze podczas jej trwania nie oddziaływała na nią przewidywana
powojenna sytuacja polityczna.
7. Wojna nie jest nigdy aktem odosobnionym
Co się tyczy punktu pierwszego, to nie ma się nigdy do czynienia z przeciwnikiem abstrakcyjnym ani pod względem zewnętrznym, ani też pod względem woli, jako wewnętrznego czynnika walki. Wola nie jest wcale całkowitą niewiadomą, gdyż w tym, czym jest dzisiaj, objawia się jej jutro. Wojna nie powstaje niespodzianie - jej rozwój nie jest dziełem jednej chwili; przeciwnicy zatem mogą się wzajemnie ocenić przeważnie już na podstawie tego, czym są, co czynią, a nie na podstawie tego, czym, ściśle biorąc, być i co czynić powinni. Człowiek jednak wskutek swej nie najlepszej organizacji nie osiąga nigdy granicy bezwzględnie doskonałej i w ten sposób niedociągnięcia obustronne stanowią w rzeczywistości czynnik ograniczający.
8. Wojna nie składa się z jednego tylko krótkotrwałego uderzenia
Punkt drugi nasuwa następujące rozważania.
Gdyby podczas wojny istniało tylko jedno rozstrzygnięcie albo szereg
rozstrzygnięć równoczesnych, wówczas wszelkie przygotowania do nich
zmierzałyby oczywiście ku ostateczności. Jakiegokolwiek zaniedbania nie
można by już było absolutnie naprawić, a rzeczywistość wkraczałaby jako
sprawdzian naszych rozważań tylko w formie przypuszczalnych wiadomości o przygotowaniach przeciwnika - wszystko inne opierałoby się znowu na
pojęciach oderwanych. Gdy jednak rozstrzygnięcie składa się z szeregu
kolejnych aktów, to z natury rzeczy każdy akt poprzedni ze wszystkimi
swymi zjawiskami może się stać sprawdzianem dla następnego i w ten
sposób rzeczywistość usuwa pojęcia oderwane i hamuje dążność do
ostateczności.
Jeśliby jednak użyto albo można było użyć na wojnie od razu wszystkich
rozporządzalnych środków, to każda wojna musiałaby składać się z jednego
tylko lub szeregu równoczesnych rozstrzygnięć. Ponieważ każde
niepomyślne rozstrzygnięcie z konieczności zmniejsza środki, zatem w razie zastosowania wszystkich w pierwszym z nich - drugie już byłoby
właściwie nie do pomyślenia. Wszelkie następne akty wojenne byłyby w istocie tylko dalszym ciągiem pierwszego.
Widzieliśmy jednak, że już podczas przygotowań do wojny rzeczywistość
wkracza na miejsce samego pojęcia, a istotna miara występuje zamiast
zamierzeń krańcowych. Toteż już z tego powodu oddziaływanie wzajemne obu
przeciwników nie pozwoli im dokonać wysiłków ostatecznych, a zatem i nie
dopuści do użycia od razu wszystkich sił.
Sama natura tych sił i warunki ich stosowania nie pozwolą na użycie ich
wszystkich od razu. Siłami tymi są bowiem: właściwe siły zbrojne, kraj z jego obszarem i ludnością, wreszcie sojusznicy.
Kraj, wraz ze swym obszarem i zaludnieniem, jest nie tylko źródłem
właściwych sił zbrojnych, ale również i sam przez się stanowi
nieodłączną część sił działających w wojnie, a mianowicie tę jego część,
która tworzy teatr wojny albo wywiera nań znaczny wpływ.
Jeśli bowiem można czasem wprowadzić równocześnie w bój wszystkie siły
ruchome, to z krajem całym, to znaczy z jego wszelkimi twierdzami,
rzekami, górami, ludnością itd., uczynić tego nie sposób, chyba że kraj
jest tak mały, że zostaje całkowicie ogarnięty wojną już w pierwszych
jej chwilach. Również współdziałanie sprzymierzeńców nie zależy od woli
walczących, a sama istota stosunków między państwami sprawia, że
współdziałanie to często występuje później lub wzmaga się w celu
przywrócenia utraconej równowagi.
W dalszym ciągu będzie obszernie mowa o tym, że liczba sił obronnych,
których nie można uruchomić natychmiast, stanowi w wielu wypadkach
znacznie większą część całości, niżby się to na pierwszy rzut oka wydać
mogło, i dlatego równowagę sił można przywrócić nawet tam, gdzie
pierwsze rozstrzygnięcie zostało przeprowadzone bardzo energicznie i gdzie równowaga ta została mocno naruszona. Tu wystarczy wspomnieć, że
całkowite połączenie sił w czasie sprzeciwia się naturze wojny. Nie jest
to oczywiście powodem do ograniczania wysiłków przy pierwszym
rozstrzygnięciu, gdyż każde niepowodzenie jest zawsze szkodą, na którą
nikt rozmyślnie narażać się nie zechce, i ponieważ pierwsze
rozstrzygnięcie, jeżeli nawet nie pozostaje odosobnione, to jednak
zależnie od swoich rozmiarów wywierać musi wpływ na następne. Dlatego
możliwość późniejszego rozstrzygnięcia sprawia, że umysł ludzki,
wzdragający się zawsze przed zbytnim wysiłkiem, korzysta ze sposobności,
aby przy pierwszym rozstrzygnięciu nie gromadzić i nie wytężać sił tak,
jak powinien. Co zaś jeden z przeciwników zaniedba ze słabości, to
będzie dla drugiego obiektywną przyczyną umiarkowania. Dzięki więc temu
wzajemnemu oddziaływaniu pierwotna dążność do ostatecznego wytężenia sił
zmniejszy się znowu do określonych granic.
9. Wynik wojny nie jest nigdy bezwzględny
Nawet ostateczne rozstrzygnięcie całej wojny nie zawsze można uważać za bezwzględne, gdyż pokonane państwo częstokroć widzi w porażce tylko zło przemijające, które mogą usunąć późniejsze stosunki polityczne. Rzecz jasna, do jakiego stopnia wzgląd ten musi ograniczać potęgę napięcia i gwałtowność wysiłku.
10. Prawdopodobieństwa rzeczywistości zastępują krańcowość i bezwzględność pojęć
W ten sposób cały akt wojny zostaje pozbawiony surowego prawa o napięciu sił aż do ostateczności. Nie lękając się jej już i nie dążąc już do niej, trzeba rozważyć, jakie należy nakreślić granice wysiłków. Można to ustalić tylko dzięki danym, uzyskanym ze zjawisk rzeczywistości według zasad prawdopodobieństwa. Ponieważ obaj przeciwnicy nie stanowią tylko pojęć, lecz rzeczywiste państwa i rządy, i ponieważ wojna ma przebieg nie idealny, lecz ukształtowany swoiście - przeto rzeczywistość dostarczy również i podstawy do wnioskowania o rzeczach nieznanych, do przewidywania tego, co ma nastąpić, i dokładnego określenia, czego mamy szukać.
Każda ze stron powinna wnioskować o działaniach przeciwnika z jego
charakteru, urządzeń, stanu i warunków, według zasady prawdopodobieństwa
i w zależności od tego określić własne działania.
11. Cel polityczny występuje ponownie
Tu znowu powraca do naszych rozważań temat, który usunęliśmy w punkcie 2: cel polityczny wojny. Zasada stosowania największych wysiłków, zamiar obezwładnienia przeciwnika, pokonania go - zasłaniały ten cel do pewnego stopnia. Jednak w miarę, jak zasada ta słabnie, a zamiar ten oddala się od swego bezpośredniego celu, na pierwszy plan powinien wstąpić ponownie cel polityczny wojny. Ponieważ całe rozważanie o wojnie jest rachunkiem prawdopodobieństwa opartym na pewnych określonych jednostkach i stosunkach, przeto cel polityczny wojny, jako motyw pierwotny, musi stać się poważnym czynnikiem w wyniku tego rachunku. Im mniejsza jest ofiara, której żądamy od przeciwnika, tym mniejszego odeń możemy się spodziewać oporu, a co za tym idzie, tym słabsze mogą być nasze wysiłki. Dalej, im mniejszy jest nasz cel polityczny, tym mniejszą wartość będziemy do niego przywiązywać i tym łatwiej będzie nam się go wyrzec; zatem tym mniejsze będą i z tego powodu nasze wysiłki.
W ten sposób cel polityczny, jako pierwotny motyw wojny, będzie miarą
zarówno wyniku, jaki powinien być osiągnięty przez działania wojenne,
jak i potrzebnych do tego wysiłków. Ponieważ zaś mamy tu do czynienia z rzeczywistością, a nie tylko z pojęciami, stanie się to w stosunku do
obu państw walczących. Ten sam cel polityczny może u różnych narodów, a nawet w różnych epokach życia tego samego narodu, wywoływać całkiem
odmienne skutki. Cel polityczny możemy uważać za miernik tylko pod
względem jego oddziaływania na te masy, które ma poruszyć, należy
dlatego uwzględnić naturę tych mas. Łatwo dostrzec, że przez to wynik
może być różny, stosownie do tego, czy w masach tkwią czynniki
potęgujące czy osłabiające działanie. W dwóch narodach i państwach może
się nagromadzić takie napięcie i tyle wrogich wzajemnie czynników, że
jakiś w istocie swej zupełnie błahy motyw wojny wywoła skutek
wybiegający znacznie poza właściwy jego charakter i może spowodować
prawdziwy wybuch.
Tyle o wysiłkach, jakie wywołać powinien polityczny cel wojny w obu
państwach, i o celu, jaki powinien on wytknąć działaniom wojennym.
Czasami cel polityczny pokrywa się z celem działań wojennych - np.
zdobycie jakiejś prowincji. Kiedy indziej znowu cel polityczny nie
potrafi sam określić celu działań wojennych i musi sobie obrać taki,
który by mógł stanowić jego równoważnik i zastępować go przy zawieraniu
pokoju. I tu jednak trzeba uwzględniać właściwości państw walczących.
Bywają okoliczności, kiedy ten równoważnik musi być znacznie większy niż
cel polityczny, jeżeli cel ten ma być przezeń całkowicie osiągnięty.
Znaczenie celu politycznego jako miernika będzie tym większe, tym
bardziej decydujące, im bardziej obojętne są masy, im mniejsze
naprężenia panują w obu państwach. Bywają nawet wypadki, kiedy cel ten
rozstrzyga prawie wyłącznie.
Ponieważ cel działań wojennych jest równoważnikiem celu politycznego,
dlatego normalnie wraz z nim zanika, i to tym wyraźniej, im bardziej cel
polityczny nad nim panuje; tym się tłumaczy fakt, że mogą bez
wewnętrznej sprzeczności zdarzać się wojny o tak różnych stopniach
znaczenia i energii, od wojny niszczycielskiej poczynając do zwyczajnej
obserwacji zbrojnej. To jednak prowadzi nas do innych zagadnień, które
jeszcze rozwiniemy i postaramy się rozwiązać później.
12. Nie wyjaśnia to jednak zastoju w działaniach wojennych
Czy przy najdrobniejszych nawet wymaganiach politycznych obu
przeciwników, przy zaangażowaniu najsłabszych środków, przy najmniej
znacznym celu działań wojennych mogą działania te ustać choćby na
chwilę? Pytanie to wnika głęboko w istotę sprawy.
Każde działanie wymaga do swego spełnienia się pewnego czasu, który
nazywamy okresem. Może on być dłuższy lub krótszy, zależnie od tego, czy
działający stosuje większy lub mniejszy pośpiech.
Nie chodzi nam tutaj o ten pośpiech większy lub mniejszy. Każdy działa
na swój sposób; człowiek powolny jednak działa pomału nie dlatego, że
chce zużyć więcej czasu, ale ponieważ z natury swojej potrzebuje go
więcej, przy większym pośpiechu wykonałby swą rzecz gorzej. Czas ten
zależy więc od przyczyn wewnętrznych i od właściwego okresu działania.
Zostawiając zatem na wojnie każdemu działaniu właściwy mu czas, musimy,
przynajmniej na pierwszy rzut oka, przypuścić, że wszelka zwłoka poza
tym okresem, to jest wszelki zastój w działaniach wojennych, wydaje się
rzeczą nierozsądną. Należy przy tym zawsze pamiętać, że mówimy tu nie o postępie jednego lub drugiego z przeciwników, lecz o postępie całej
akcji wojennej.
13. Jedna tylko przyczyna może wstrzymać działania wojenne, i to, jak się zdaje, spowodowana zawsze przez jedną tylko ze stron walczących
Skoro obie strony przygotowały się do walki, to musiała je do tego skłonić wroga zasada; dopóki przeciwnicy trwają w gotowości, tzn. nie zawierają pokoju, dopóty zasada ta musi istnieć i może ona przestać działać u każdego z przeciwników pod jednym tylko warunkiem: jeśli ten chce wyczekiwać stosowniejszej chwili działania. Już na pierwszy rzut oka wydaje się, że warunek ten zawsze mógł istnieć tylko po jednej stronie, gdyż po drugiej staje się tym samym jej przeciwieństwem. Jeżeli interes jednej ze stron leży w działaniu, to dla drugiej strony korzystne musi być właśnie wyczekiwanie.
Całkowita równowaga sił nie może wywoływać zastoju w operacjach, wówczas
bowiem ten z walczących, który ma cel pozytywny (nacierający), byłby w położeniu korzystniejszym.
Jeślibyśmy nawet wyobrażali sobie równowagę w ten sposób, że strona
posiadająca cel pozytywny, a więc motyw silniejszy, rozporządza siłami
słabszymi i że wyrównanie sił byłoby wypadkową motywu i mocy, to i tak
musielibyśmy powiedzieć, że skoro nie można się spodziewać zmiany w tym
stanie równowagi, to obie strony powinny zawrzeć pokój. Gdyby jednak
zmiana taka dała się przewidzieć, rokowałaby ona pomyślny obrót jednej
tylko stronie i skłaniałaby stronę przeciwną do działania. Widzimy więc,
że pojęcie równowagi nie może wytłumaczyć zastoju w działaniach, lecz że
zastój ten sprowadza się do wyczekiwania stosowniejszej chwili.
Przypuśćmy na przykład, że z dwóch państw jedno ma cel pozytywny: chce
zdobyć prowincję przeciwnika, aby mieć zastaw przy zawieraniu pokoju. Po
tym zdobyciu jego cel polityczny zostaje spełniony, potrzeba działania
ustaje i zamiast niej nastaje okres spokoju. Jeśli teraz przeciwnik
pogodzi się z tym powodzeniem, to musi zawrzeć pokój, jeśli zaś nie -
musi działać. Wyobraźmy sobie jednak, że będzie on lepiej przygotowany
do działania dopiero po upływie czterech tygodni - wtedy ma on
dostateczną podstawę do działania na zwłokę.
Jednak wydaje się, że od tej chwili logiczny obowiązek działania spada
na dotychczasowego zwycięzcę, aby pokonanemu nie dać czasu na
przygotowanie się do działania. Rozumie się, że zakładamy tu dokładną
znajomość zamiarów obu stron.
14. Działania wojenne osiągałyby przez to ciągłość doprowadzającą je znowu do ostateczności
Gdyby rzeczywiście istniała taka ciągłość akcji wojennej, to pchałaby ona znowu wszystko do ostateczności. Pomijając bowiem, że taka nieustanna działalność rozpalałaby siły uczuciowe i nadawała wszystkiemu wyższy stopień namiętności i większą siłę żywiołową - powstałaby też wtedy dzięki tej ciągłości działania ściślejsza konsekwencja i nieprzerwany łańcuch przyczynowy. Każde poszczególne działanie stawałoby się przez to ważniejsze i bardziej niebezpieczne.
Wiemy jednak, że działania wojenne rzadko kiedy, a może nawet nigdy, nie
posiadają takiej ciągłości i że w wielu wojnach działania zajmują
maleńką cząstkę zużytego czasu, a zastój stanowi resztę. Nie może to być
zawsze anomalią i zastój w operacjach musi być rzeczą usprawiedliwioną,
nie sprzeczną samą przez się. Że tak jest i dlaczego tak się dzieje,
wykażemy później.
15. Wysuwa się w ten sposób zasadę biegunowych przeciwieństw
Ponieważ przyjęliśmy, że interes jednego z wodzów jest zawsze wielkością odwrotną do korzyści drugiego, przyjęliśmy więc zasadę istnej biegunowości. Zastrzegamy sobie poświęcenie w przyszłości zasadzie tej osobnego rozdziału, tu jednak musimy powiedzieć, co następuje.
Zasada biegunowości przeciwieństw obowiązuje tylko wtedy, gdy stosuje
się ją do jednego i tego samego przedmiotu, gdzie wielkość dodatnia i jej przeciwieństwo - wielkość ujemna - znoszą się dokładnie. W bitwie
chcą zwyciężyć obie strony; występuje tu biegunowość prawdziwa, gdyż
zwycięstwo jednej strony niweczy zwycięstwo drugiej. Gdy jednak wchodzą
w grę dwa różne przedmioty, których wzajemny stosunek leży poza nimi, to
biegunowość przeciwieństw dotyczy nie samych przedmiotów, lecz wspólnego
obu przedmiotom stosunku.
16. Natarcie i obrona są to rzeczy różnego rodzaju i nierównej siły; zasady biegunowości przeciwieństw nie da się więc do nich zastosować
Gdyby istniała jedna tylko forma wojny, mianowicie napad, gdyby więc nie było obrony, czyli gdyby natarcie różniło się od obrony tylko pozytywnym motywem, cechującym to pierwsze, a nie istniejącym po drugiej stronie, i gdyby przy tym walka była zawsze ta sama - to w takiej walce każde powodzenie jednej strony wypadałoby na niekorzyść strony przeciwnej i biegunowość istniałaby rzeczywiście.
Jednakże działalność wojenna rozpada się na dwie formy: natarcie i obronę, które, jak to później rzeczowo udowodnimy, różnią się bardzo i posiadają siły nierówne. Biegunowość tkwi zatem nie w samym natarciu lub
obronie, lecz w czymś, co jest wspólne obu formom - w rozstrzygnięciu.
Jeśli jeden z wodzów pragnie rozstrzygnięcia nieco później, to jego
przeciwnik musi chcieć je przyśpieszyć, oczywiście jednak w tej samej
formie walki. Jeśli A ma interes w tym, aby zaatakować przeciwnika nie
dziś, lecz o miesiąc później, to dla B będzie właśnie korzystne, aby go
zaatakowano nie za miesiąc, lecz dzisiaj. Tak wygląda przeciwieństwo
bezpośrednie; nie wynika z tego jednak, aby B zależało na niezwłocznym
uderzeniu na A, gdyż oczywiście jest to sprawa zupełnie odrębna.
17. Działanie zasady biegunowości przeciwieństw częstokroć bywa niweczone przez przewagę obrony nad natarciem i tym się tłumaczy zastój w działaniach wojennych
Jeśli forma obrony jest, jak to wykażemy później, mocniejsza od formy natarcia, to powstaje pytanie, czy zysk, płynący dla jednej strony z rozstrzygnięcia późniejszego, zrównoważy się korzyścią, zapewnioną stronie przeciwnej przez obronę. Gdzie tego nie ma, tam zysku tego nie przeważy samo przeciwieństwo obrony i natarcia i nie wpłynie na postęp operacji. Widzimy wówczas, że siła rozpędowa, jaką posiada przeciwieństwo obustronnych interesów, może się zagubić w różnicy sił między obroną a natarciem i stać się przez to nieskuteczna.
Jeśli więc ten, komu chwila sprzyja, jest za słaby, aby móc się zrzec
korzyści obrony, to musi się pogodzić z tym, że przyszłość będzie dla
niego mniej korzystna; może bowiem zawsze wytworzyć się taka sytuacja,
że korzystniej dla niego będzie w tych przyszłych, niepomyślnych
warunkach stoczyć walkę obronną, niż w danej chwili nacierać lub zawrzeć
pokój. Ponieważ zaś, według naszego przekonania, przewaga obrony (dobrze
pojętej) jest bardzo duża, o wiele większa, niż się to na pierwszy rzut
oka wydaje, więc wyjaśnia to większość okresów zastoju w działaniach bez
potrzeby uciekania się do wniosków o wewnętrznej sprzeczności. Im
słabsze są pobudki działania, tym więcej ich pochłania i obezwładnia ta
różnica sił między natarciem a obroną i tym częściej, jak zresztą uczy
doświadczenie, zdarzać się będą okresy zastoju.
18. Druga przyczyna polega na niedokładnym pojmowaniu położenia
Jest jeszcze inny powód, który może powstrzymać rozwój działań, a mianowicie niedokładne pojmowanie danego położenia. Każdy wódz zna dokładnie jedynie położenie własne, położenie zaś przeciwnika tylko na podstawie niepewnych wiadomości; może więc sobie urobić o nim sąd mylny i wskutek tego myśleć, że kolej działania przypada na przeciwnika, wtedy gdy właśnie on powinien działać. Wprawdzie ten brak zrozumienia mógłby doprowadzić równie często do niewczesnych działań, jak i do niewczesnego wstrzymania ich i nie przyczyniłby się do przyśpieszenia, jak i do opóźnienia działań wojennych; ale w każdym razie brak ten należy uważać za jedną z naturalnych przyczyn, mogących bez jakiejkolwiek sprzeczności wewnętrznej powstrzymać działania wojenne. Zważywszy jeszcze, że zawsze jest się skłonnym raczej do przeceniania niż do niedoceniania sił przeciwnika, ponieważ leży to już w naturze ludzkiej - przyznać należy, że niedokładne pojmowanie położenia przyczynia się na ogół w znacznym stopniu do wstrzymywania działań wojennych i tym samym ograniczania ich zasady.
Możliwość zastoju wprowadza nowe ograniczenie do działań wojennych,
rozwadniając je niejako w czasie, hamując rozwój niebezpieczeństwa i mnożąc sposoby przywrócenia straconej równowagi. Im większe były
napięcia, które wywołały wojnę, im większa jest więc jej energia, tym
krótsze będą te okresy zastoju, im słabsze zaś jest uzasadnienie wojny,
tym dłuższe będą te okresy. Silniejsze pobudki wzmagają siłę woli, a ta
jest zawsze, jak wiemy, ważnym czynnikiem - jest wytworem sił.
19. Często zdarzające się okresy zastoju w działaniach wojennych oddalają wojnę jeszcze bardziej od zasady bezwzględnej i czynią ją w jeszcze większym stopniu rachunkiem prawdopodobieństwa
Im wolniej jednak rozwijają się działania wojenne, im częściej i dłużej podlegają zastojom, tym łatwiej naprawić popełniony błąd, tym pewniejszy siebie będzie wódz w swoich założeniach, tym łatwiej pozostanie poza granicą największego wysiłku i będzie opierał wszystko na prawdopodobieństwie i przypuszczeniu. Ten oparty na danych warunkach rachunek prawdopodobieństwa, którego wymaga już sama natura położenia konkretnego, będzie rozporządzał większą lub mniejszą ilością czasu, stosownie do bardziej lub mniej powolnego biegu działań.
20. Brakuje zatem jeszcze tylko przypadku, aby upodobnić wojnę do gry, a właśnie w przypadki wojna bardzo obfituje
Widzimy z tego, do jakiego stopnia przedmiotowy charakter wojny tworzy z niej rachunek prawdopodobieństwa; aby uczynić z niej grę, jednego już teraz tylko potrzeba czynnika, którego wojnie z pewnością nie brak: czynnikiem tym jest przypadek. Żadna ludzka działalność nie styka się z przypadkiem tak często i tak ściśle jak wojna. W ślad za przypadkiem ważne miejsce na wojnie zajmuje niepewność, a wraz z nią los szczęścia.
21. Wojna staje się grą zarówno przez swój charakter obiektywny, jak i subiektywny
Jeśli teraz spojrzymy na subiektywny charakter wojny, to znaczy na te siły, za których pomocą trzeba ją prowadzić, to musi się ona wydać nam grą w jeszcze wyższym stopniu. Żywiołem, w jakim się wojna rozgrywa, jest niebezpieczeństwo; a jakaż z sił duchowych jest w niebezpieczeństwie najdostojniejsza? Odwaga. Wprawdzie odwagę można pogodzić z mądrym obliczeniem, ale są to rzeczy różne i należące do różnych dziedzin duszy; natomiast ryzyko, ufność w szczęście, śmiałość, zuchwalstwo - są to tylko przejawy odwagi, a wszystkie te dążności duszy szukają niepewności, bo ona jest ich żywiołem.
Widzimy zatem, że z góry już czynnik absolutny, tzw. matematyczny, nie
znajduje nigdzie trwałego oparcia w obliczeniach sztuki wojennej i że od
razu wdziera się tu cała gra możliwości, prawdopodobieństw, szczęścia i nieszczęścia, przewijająca się przez wszystkie większe i mniejsze nitki
tej tkaniny i ze wszystkich dziedzin działalności ludzkiej upodabnia
wojnę najbardziej do gry w karty.
22. Duchowi ludzkiemu odpowiada to na ogół najbardziej
Aczkolwiek rozsądek nasz dąży zawsze do jasności i pewności to jednak duch nasz czuje często pociąg do niepewności. Zamiast przeciskać się rozumem po wąskiej ścieżce filozoficznego badania i logicznych wniosków, by wreszcie, na pół przytomnie, dojść tam, gdzie czuje się obco, gdzie opuszcza go wszystko dotąd znane - duch nasz chętniej przebywa wyobraźnią w krainie przypadków i szczęścia.
Zamiast ciasnej konieczności opływa on tu w bogactwa możliwości.
Podniecona nimi odwaga nabiera polotu, a ryzyko i niebezpieczeństwa
stają się żywiołem, w który duch ludzki rzuca się jak śmiały pływak w nurt rzeki.
Czy teoria ma go tu opuścić i iść dalej wygodnie drogą bezwzględnych
wniosków i prawideł? Wówczas byłaby dla życia nieużyteczna. Teoria
powinna uwzględniać również pierwiastek ludzki i dozwolić przejawić się
także i odwadze, śmiałości, a nawet zuchwalstwu. Sztuka wojenna ma do
czynienia z żywą siłą i moralnymi czynnikami; wynika stąd, że nie może
nigdzie osiągnąć pewności i bezwzględności.
Pozostaje więc zawsze wiele miejsca dla rzeczy przybliżonych i to
zarówno w sprawach wielkich, jak i małych. I gdy po jednej stronie stoi
niepewność, po drugiej musi przejawić się odwaga i wiara w siebie, aby
wypełnić tę lukę. Im większa jest odwaga i wiara w siebie, tym większy
jest dopuszczalny stopień niepewności. Są to więc czynniki bardzo ważne
na wojnie: teoria powinna dlatego stanowić takie tylko prawa, które
dozwalałyby poruszać się swobodnie tym niezbędnym i najszlachetniejszym
spośród cnót wojennych we wszelkich ich stopniach i odmianach. I w ryzyku tkwi też mądrość, a nawet ostrożność, tylko nieco odmiennej
marki.
23. Wojna jest jednak zawsze poważnym środkiem do poważnego celu. Bliższe jej określenie
Taka jest wojna, taki wódz, który ją prowadzi, taka teoria, która ją kształtuje. Wojna jednak nie jest spędzaniem czasu, nie prowadzi się jej tylko dla przyjemności ryzykowania i wygrywania ani też jako dzieła bezinteresownego zapału; jest ona poważnym środkiem do poważnego celu. Cała barwność przypadkowych zdarzeń, wszelkie porywy namiętności, odwagi, fantazji, zapału, w jakie się wojna przystraja - są tylko właściwościami tego środka.
Wojna jakiejś zbiorowości - całych narodów - a zwłaszcza narodów
cywilizowanych - wypływa zawsze z danej sytuacji politycznej i wywołują
ją tylko pobudki polityczne. Jest ona zatem czynem politycznym. Gdyby
wojna była tylko skończonym, nieskrępowanym, bezwzględnym przejawem
siły, jak to wywnioskować by należało z jej abstrakcyjnego pojęcia, to
wówczas, wywołana przez politykę, musiałaby zająć jej miejsce, jako
zdarzenie całkiem od niej niezależne, usunąć ją i kierować się tylko
własnymi prawami. Wojna wtedy podobna byłaby do miny, która wybuchając,
nie zdoła przybrać innego kierunku, ani też nie da się pokierować gdzie
indziej niż tam, gdzie ją zawczasu skierowały przygotowania pierwotne.
Tak też w rzeczywistości ujmowano dotychczas tę sprawę, ilekroć brak
harmonii pomiędzy polityką a kierownictwem wojny prowadził do takich
rozważań. Naprawdę jednak tak nie jest i wyobrażenie to jest zupełnie
błędne. Wojna rzeczywista, jak to już widzieliśmy, nie jest nigdy tak
gwałtowna, aby się wyładować od razu, przeciwnie, jest ona działaniem
sił, które nie rozwijają się całkiem jednakowo i równomiernie. Napięcie
ich raz wystarcza do pokonania oporu, jaki im stawia bezwład i tarcie,
kiedy indziej zaś znowu jest zbyt słabe, aby się przejawić w działaniu.
Wojna jest tedy jakby pulsowaniem gwałtowności, to silniejszym, to znów
słabszym, i wyładowuje swoje napięcia oraz wyczerpuje swe siły to
szybciej, to znowu powolniej.
Innymi słowy: wojna prowadzi do celu szybko albo powoli, ale zawsze trwa
dość długo, aby jeszcze podczas jej trwania mógł się ujawnić wpływ
zdolny nadać jej ten czy inny kierunek, a zatem i poddać ją woli
kierującego nią intelektu. Jeśli zaś uprzytomnimy sobie, że wojna
wypływa z celu politycznego, to wyda się nam zupełnie naturalne, że ta
pierwsza pobudka, która powołała ją do życia, pozostaje przodującym
najwyższym względem również i podczas jej rozgrywania. Jednak ten cel
polityczny nie jest przez to jeszcze despotycznym prawodawcą, musi on
przystosować się do natury użytych środków i wskutek tego często ulega
zmianie, zawsze jednak pozostaje tym, co przede wszystkim należy
uwzględnić. Polityka przewija się wówczas przez całą akcję wojenną i wywiera na nią nieustanny wpływ w granicach, jakie jej zakreśla natura
sił wyzwalających się podczas wojny.
24. Wojna jest tylko dalszym ciągiem polityki prowadzonej innymi środkami
Tak więc widzimy, że wojna jest nie tylko czynem politycznym, lecz i prawdziwym narzędziem polityki, dalszym ciągiem stosunków politycznych, przeprowadzeniem ich innymi środkami. Pozostaje więc wojnie jako jej charakterystyczna cecha odrębna natura stosowanych przez nią środków. Sztuka wojenna w ogólności, a wódz w każdym poszczególnym przypadku mogą wymagać, aby kierunek i dążności polityki nie były sprzeczne z tymi środkami. Wymaganie to poważne, ale jakkolwiek w pewnych wypadkach wpływa ono zasadniczo na dążności polityczne, to jednak powoduje tylko pewną ich zmianę. Cel polityczny bowiem jest celem, wojna zaś - środkiem, a środka bez celu nie można sobie nigdy wyobrazić.
25. Różnorodność wojen
Im wznioślejsze, im silniejsze są pobudki wojny, im bardziej ogarniają cały byt narodów, im potężniejsze jest napięcie poprzedzające wojnę, tym bardziej wojna zbliża się do swej formy oderwanej, tym bardziej chodzi o zwalczenie nieprzyjaciela, tym ściślej łączy się cel wojenny z zamiarem politycznym i tym bardziej występuje jej strona wyłącznie wojskowa, a mniej polityczna. Im słabsze natomiast są pobudki i napięcia, tym trudniej uzgodnić siłę, ten naturalny kierunek żywiołu wojennego, z linią nakreśloną przez politykę. Wtedy wojna z konieczności odchyla się coraz bardziej od swego naturalnego kierunku, a cel polityczny różni się coraz bardziej od celu wojny doskonałej, która nabiera coraz więcej cech politycznych.
Aby jednak nie wprowadzić czytelnika w błąd, musimy dodać, że przez tę
naturalną dążność wojny rozumiemy tu nie dążności rzeczywiście
ścierających się sił, tylko dążność filozoficzną, logiczną, wyobrażając
sobie na przykład wszystkie uczucia i namiętności walczących. Mogą i one
wprawdzie być w pewnych wypadkach obudzone do takiego stopnia, że z trudnością można je utrzymać w ramach politycznych, przeważnie jednak
sprzeczności takiej nie będzie, gdyż samo istnienie tak silnych dążeń
musi wywołać powstanie odpowiednio szeroko zakrojonego planu działania.
Gdzie plan ten skierowany jest ku celom drobnym, tam dążenia mas są tak
nikłe, że trzeba je raczej podniecać, niż powstrzymywać.
26. Każdą wojnę można uważać za działanie polityczne
Wróćmy do rzeczy. Jeżeli jest prawdą, że przy jednym rodzaju wojny polityka pozornie zanika, przy innym zaś występuje bardzo wyraźnie, to jednak twierdzić można, że oba rodzaje są równie polityczne. Jeśli bowiem politykę pojmujemy jako rozum praktyczny państwa uosobionego, to wśród różnych sytuacji, jakie się mogą wytworzyć, mogą się zdarzyć i takie, które z natury swojej spowodują wojnę pierwszego rodzaju. Tylko jeśli przez politykę będziemy rozumieli nie wszechstronną rozwagę, ale utarte pojęcie unikającego siły, ostrożnego, przebiegłego, a często i nieuczciwego mędrkowania, to takiej polityce istotnie bardziej odpowie drugi rodzaj wojny.
27. Pogląd powyższy pozwala w wyniku zrozumieć historię wojen i ugruntować podstawy teorii
Widzimy przede wszystkim, że wojnę należy traktować w każdym razie nie
jako coś samodzielnego, lecz jako narzędzie polityki i tylko ten pogląd
chroni nas od pozostania w sprzeczności z całą historią wojen. Ta zaś
jedynie pozwoli nam, niby w wielkiej księdze, odnaleźć właściwe
zrozumienie wojny. Pogląd ten wykazuje nam poza tym, jak rozmaite są
wojny ze względu na istotę swych motywów i okoliczności, z których
powstają.
Pierwszym, najważniejszym, najbardziej decydującym sądem, jaki wydać
powinien mąż stanu i wódz, jest uświadomienie sobie, czy zamierzoną
wojnę trafnie przewiduje, czy też może uważają za coś takiego albo też
czy nie pragnie jej uczynić czymś takim, czym wojna z natury danych
okoliczności stać się nie może. Jest to pierwsze, najogólniejsze ze
wszystkich zagadnień strategicznych; później rozważymy je bliżej,
omawiając plan wojny. Tutaj ograniczymy się do tego, doprowadziwszy
zagadnienie aż do tego punktu i stwierdziwszy ten główny punkt widzenia,
z jakiego należy rozpatrywać wojnę i jej teorię.
28. Wyniki dla teorii
Wojna jest więc nie tylko istnym kameleonem, zmieniającym po trosze w każdym poszczególnym wypadku swoją naturę, ale też i ogólnie biorąc, ze względu na panujące w niej dążności, stanowi dziwną trójcę złożoną z pierwotnej gwałtowności żywiołu, nienawiści i wrogości, co należy uważać za ślepy popęd naturalny, dalej, z gry prawdopodobieństwa i przypadku czyniących z wojny swobodną czynność duchową, wreszcie zaś z właściwości podrzędnej - narzędzia politycznego, przez co podlega zwykłemu rozsądkowi.
Pierwsza z tych trzech stron zwraca się ku narodowi, druga do wodza i jego wojska, trzecia zaś - przeważnie do rządu. Namiętności, jakie mają
rozpalić się na wojnie, muszą już istnieć w narodach samych; zakres,
jaki obejmie gra odwagi i talentu w dziedzinie prawdopodobieństwa i przypadku, zależy od właściwości wodza i wojska, natomiast zamiary
polityczne są wyłącznie sprawą rządu.
Te trzy dążności, które tworzą tyleż różnych reguł, tkwią głęboko w naturze przedmiotu i zarazem w różnych rozmiarach. Teoria, która by
chciała jedną z nich pominąć lub ustalić pomiędzy nimi jakiś dowolny
stosunek, wpadłaby natychmiast w taką sprzeczność z rzeczywistością, że
już przez to samo należałoby ją uważać za obaloną.
Zadaniem teorii jest utrzymać się między tymi trzema pojęciami, niby
między trzema punktami przyciągania.
Na jakiej zaś drodze można najlepiej sprostać temu trudnemu zadaniu,
spróbujemy rozważyć w księdze o teorii wojny. W każdym razie dokonane tu
ustalenie pojęcia wojny jest pierwszym promieniem światła, jaki pada na
potężny gmach teorii, i pozwala nam przede wszystkim dostrzec i rozróżnić wielkie bryły.
ROZDZIAŁ DRUGI. Cele i środki wojny
ROZDZIAŁ DRUGI
Cele i środki wojny
Poznawszy w poprzednim rozdziale złożoną i zmienną naturę wojny, zajmiemy się teraz zbadaniem wpływu, jaki ona ma
na jej cele i środki.
Jeśli zapytamy najpierw o cel, do jakiego dążyć powinna cała wojna, aby
stać się właściwym środkiem do osiągnięcia zamierzeń politycznych, to
zobaczymy, że cel ten jest równie zmienny, jak i zamiar polityczny oraz
warunki specyficzne wojny. Przyjmując znowu przede wszystkim czyste
pojęcie wojny, musimy przyznać, że jej cel polityczny leży właściwie
poza jej dziedziną; jeśli bowiem wojna jest aktem przemocy, aby zmusić
przeciwnika do wykonania naszej woli, to powinno zawsze chodzić jedynie
i wyłącznie o powalenie wroga, to znaczy o jego obezwładnienie. Rozważmy
przede wszystkim ten cel, wyrozumowany z owego pojęcia w związku z rzeczywistością, do której zresztą w wielu wypadkach się zbliża.
Mówiąc o planie wojny, rozważymy bliżej w dalszym ciągu, co to znaczy
obezwładnić państwo, ale już tutaj należy rozróżnić trzy przedmioty
zawierające w sobie wszystko inne. Są to: siły zbrojne, kraj i wola
nieprzyjaciela.
Siły zbrojne należy zniszczyć, to znaczy doprowadzić je do stanu, w którym nie będą zdolne do dalszej walki. Zaznaczamy, że w następstwie
tylko to będziemy rozumieli przez wyrażenie "zniszczenie
nieprzyjacielskich sił zbrojnych".
Kraj należy zdobyć, gdyż w kraju mogłyby powstać nowe siły zbrojne.
Jednakże, nawet po osiągnięciu obu tych celów, tak długo nie można
wojny, czyli nieprzyjaznego napięcia i działania wrogich sił, uważać za
ukończoną, dopóki wola nieprzyjaciela nie zostanie również złamana, tzn.
dopóki jego rząd i sojusznicy nie będą zmuszeni do podpisania pokoju, a naród do poddania się. Zdarza się bowiem, że pomimo całkowitego
opanowania kraju, wojna może rozgorzeć na nowo albo wewnątrz kraju, albo
dzięki pomocy jego sprzymierzeńców. Wprawdzie może się to stać i po
zawarciu pokoju, ale świadczyłoby to tylko o tym, że nie każda wojna
przynosi całkowite rozstrzygnięcie i załatwienie sporów.
Jednakże nawet i w tym wypadku przez zawarcie pokoju gaśnie zawsze
mnóstwo iskier, które tliłyby się tajemnie, i zmniejsza się naprężenie,
gdyż wszystkie umysły nastrojone raczej pokojowo, a takich jest bardzo
wiele w każdym narodzie i we wszelkich okolicznościach, porzucają
całkowicie myśl o oporze. W każdym jednak razie należy uważać, że przez
zawarcie pokoju cel zostaje osiągnięty, a działania wojenne - ukończone.
Ponieważ spośród trzech wyżej wspomnianych przedmiotów siły zbrojne są
przeznaczone do obrony kraju, przeto naturalnym porządkiem rzeczy będzie
przede wszystkim zniszczenie tych sił, potem zdobycie kraju, wreszcie
wskutek obu tych powodzeń, jak też i ze względu na stan, w jakim się
jeszcze znajdujemy - zmuszenie przeciwnika do zawarcia pokoju.
Zniszczenie nieprzyjacielskich sił zbrojnych przebiega zwykle stopniowo
i w ślad za tym również stopniowo - zdobywanie kraju. Oba te procesy
oddziaływają przy tym na siebie wzajemnie, gdyż utrata terenu wpływa na
osłabienie sił zbrojnych. Taki porządek rzeczy nie jest jednakże
konieczny, nie zawsze więc się zdarza. Nieprzyjacielskie siły zbrojne
mogą nawet, nie doznawszy jeszcze znaczniejszych strat, wycofać się w głąb kraju albo zupełnie poza jego granice. W tym wypadku kraj zostałby
zdobyty w swej przeważnej części lub nawet całkowicie.
Obezwładnienie przeciwnika - tj. ten cel wojny abstrakcyjnej, ten
ostateczny środek do osiągnięcia celów politycznych, zawierający w sobie
wszelkie inne środki - nie zawsze istnieje w rzeczywistości, nie jest
warunkiem niezbędnym do zawarcia pokoju, a zatem nie może w żadnym
wypadku istnieć w teorii jako prawidło. Zawarto niezliczoną ilość
traktatów pokojowych, zanim jeszcze którakolwiek ze stron walczących
mogła uchodzić za bezbronną, a nawet zanim równowaga została w sposób
widoczny zachwiana. Co więcej, rozpatrzywszy konkretne wypadki, musimy
przyznać, że w całym ich szeregu pokonanie przeciwnika byłoby tylko
zbędną grą wyobrażeń, mianowicie wtedy, gdy przeciwnik jest znacznie
potężniejszy.
Przyczyna, dla której cel wysnuty z pojęcia wojny abstrakcyjnej nie
zawsze odpowiada wojnie rzeczywistej, leży w różnicy obu tych rodzajów
wojny, czym zajmowaliśmy się w rozdziale poprzednim. Gdyby wojna była
taka, jak ją określa samo pojęcie, to walka pomiędzy państwami o znacznej różnicy sił wydawałaby się niedorzecznością, byłaby niemożliwa;
nierówność sił fizycznych mogłaby być co najwyżej taka, aby ją
zrównoważyć mogły siły moralne - a to przy naszym obecnym stanie
społecznym w Europie nie doprowadziłoby zbyt daleko. Jeśli więc
widzieliśmy wojny między państwami o różnym stopniu potęgi, to tylko
dlatego, że wojna w rzeczywistości odbiega często bardzo daleko od swego
zasadniczego pojęcia.
Jako motyw do zawarcia pokoju zamiast niezdolności do dalszego oporu
mogą wystąpić w rzeczywistości dwa czynniki. Pierwszy - to
nieprawdopodobieństwo powodzenia, drugi - zbyt wysoka jego cena.
Ponieważ, jak widzieliśmy w poprzednim rozdziale, cała wojna musi odbiec
od ścisłego prawa wewnętrznej konieczności, a za to poddać się
rachunkowi prawdopodobieństwa, i ponieważ zdarza się to tym częściej, im
bardziej wojna przystosuje się do warunków, z których powstała, i im
słabsze są motywy i napięcia wojny, dlatego zrozumiałą jest rzeczą, że z tego rachunku prawdopodobieństwa może się sam przez się wyłonić również
i motyw pokojowy. Wojnę nie zawsze trzeba prowadzić aż do powalenia
jednej ze stron, i można przypuścić, że przy bardzo słabych motywach i napięciach wystarczy lekkie, zaledwie dające się odczuć
prawdopodobieństwo, aby skłonić do ustępstw stronę, przeciw której się
zwraca. Jeśli zaś drugi przeciwnik z góry już zostanie o tym przekonany,
to zupełnie naturalnie będzie on dążył tylko do ujawnienia takiego
prawdopodobieństwa, nie nakładając niepotrzebnie drogi przez całkowite
powalenie wroga.
Jeszcze powszechniej na decyzję zawarcia pokoju działa wzgląd na wysiłek
już dokonany i jeszcze potrzebny. Ponieważ wojna nie jest aktem ślepej
namiętności, lecz rządzi nią cel polityczny, przeto wartość tego celu
powinna określać wielkość ofiar, jakimi chcemy go okupić.
Dotyczy to tak rozmiarów, jak i czasu trwania wojny. Skoro więc wysiłek
zbrojny tak wzrośnie, że wartość celu politycznego nie może go
zrównoważyć - wtedy należy z niego zrezygnować, a następstwem tego
będzie pokój.
Widzimy więc, że podczas wojen, gdy jedna strona nie może całkowicie
obezwładnić drugiej, motywy pokojowe stron obu to wzrastają, to zanikają
zależnie od prawdopodobieństwa dalszych sukcesów i niezbędnego dla nich
wysiłku. Gdyby motywy te po obu stronach były jednakowo silne,
spotkałyby się w połowie swej politycznej różnicy; o ile zwiększają się
u jednej ze stron, o tyle mogą się zmniejszyć u drugiej i jeśli tylko
suma ich jest wystarczająca, to pokój nastąpi. Oczywiście, wypadnie on
raczej na korzyść tego, kto miał słabsze motywy do jego zawarcia.
Pomijamy tu umyślnie różnicę, którą z konieczności wywołać musi w działaniu pozytywna i negatywna natura celu politycznego. Chociaż
bowiem, jak to wykażemy poniżej, cel ten jest rzeczą ogromnie ważną, to
jednak musimy tu stanąć na ogólniejszym jeszcze stanowisku, gdyż
pierwotne zamierzenia zmieniają się bardzo w ciągu wojny i mogą być przy
końcu zupełnie inne właśnie dlatego, że wpływają na nie również i powodzenia wojenne i prawdopodobne wyniki.
Powstaje teraz pytanie, w jaki sposób można wpłynąć na
prawdopodobieństwo powodzenia? Przede wszystkim oczywiście tymi samymi
środkami, które prowadzą również i do powalenia przeciwnika: przez
zniszczenie jego sił zbrojnych i zdobycie jego ziem. Nie są one jednak w obu tych przypadkach dokładnie takie same. Przy natarciu na siły zbrojne
nieprzyjaciela rzecz się przedstawia różnie w zależności od tego, czy
chcemy w ślad za pierwszym uderzeniem wymierzyć jeszcze szereg innych
ciosów aż do zupełnego wreszcie zniszczenia, czy też chcemy zadowolić
się jednym tylko zwycięstwem, aby złamać w przeciwniku pewność siebie,
dać mu poczucie naszej przewagi i napełnić go w ten sposób obawą o przyszłość. Jeśli tego pragniemy, to w zniszczeniu jego sił zbrojnych
nie pójdziemy dalej, niż wymaga tego wzgląd powyższy. W ten sposób i zdobycie ziem wygląda inaczej, gdy nie jest obliczone na powalenie
przeciwnika. W tym przypadku zniszczenie jego sił zbrojnych byłoby
działaniem jedynie skutecznym, a zajmowanie ziem - tylko jego
następstwem; zajmowanie zaś ich, dopóki siły zbrojne nie są złamane,
należy zawsze uważać tylko za zło konieczne. Natomiast jeśli nie chodzi
nam o powalenie sił zbrojnych przeciwnika i jeśli jesteśmy pewni, że on
sam nie tylko nie szuka krwawej rozprawy, ale się jej lęka, wtedy
zajęcie słabo lub wcale nie bronionej dzielnicy już samo przez się jest
powodzeniem. Jeśli to powodzenie będzie dość duże, aby przeciwnika
zaniepokoić co do ostatecznego wyniku, to należy je również uważać za
prostą drogę do pokoju.
Tu natrafiamy na jeszcze jeden środek osobliwy, wpływający na
prawdopodobieństwo powodzenia, bez pokonania nieprzyjacielskich sił
zbrojnych; są to działania o bezpośrednim znaczeniu politycznym.
Zważywszy, że niektóre z nich nadają się szczególnie do rozrywania albo
do paraliżowania sojuszów naszego przeciwnika, do pozyskania nam
sprzymierzeńców i wywołania zmian politycznych na naszą korzyść itp.,
łatwo pojąć, jak bardzo może to zwiększyć prawdopodobieństwo powodzenia
i otworzyć drogę do celu znacznie krótszą niż pokonanie sił zbrojnych
nieprzyjaciela.
Dalsze pytanie brzmi: jakimi środkami można wyczerpać siły
nieprzyjaciela?
Wyczerpanie przeciwnika wynika z zużycia jego sił zbrojnych, czyli ze
zniszczenia ich przez nas, i z utraty dzielnic, czyli ze zdobycia ich
przez nas.
Przy bliższym rozpatrzeniu przekonamy się łatwo, że obie te rzeczy -
zużycie sił i utrata dzielnic - przy innych zamierzeniach przeciwnika
nie zawsze będą zgodne z ich odpowiednikami z powodu odmiennego ich
wtedy znaczenia. Wprawdzie przeważnie różnice będą bardzo małe, ale nie
powinno to nas wprowadzać w błąd, gdyż w rzeczywistości przy słabych
pobudkach wojny często o takim lub innym sposobie użycia sił
rozstrzygają bardzo delikatne odcienie. Chcemy tu tylko wykazać, że przy
pewnych warunkach możliwe są i inne drogi wiodące do celu, które nie
stanowią wewnętrznej sprzeczności ani niedorzeczności, ani nawet błędu.
Są jeszcze poza tym trzy inne odpowiednie drogi prowadzące bezpośrednio
do zwiększenia wyczerpania przeciwnika. Pierwszą jest najazd, to znaczy
zajęcie nieprzyjacielskiego terytorium, bez zamiaru utrzymania go, lecz
w celu ściągnięcia kontrybucji lub nawet spustoszenia.
Zamiarem bezpośrednim nie będzie tu ani zdobycie kraju
nieprzyjacielskiego, ani pokonanie jego sił zbrojnych, a tylko w ogóle
wyrządzenie szkody nieprzyjacielowi. Druga droga to kierowanie własnych
działań przede wszystkim na przedmioty zwiększające straty przeciwnika.
Bardzo łatwo możemy wyobrazić sobie dwa różne kierunki działania naszych
sił zbrojnych, z których jeden znacznie lepiej się nadaje do pokonania
wroga, drugi natomiast jest korzystniejszy wtedy, kiedy o pokonaniu
przeciwnika nie ma i nie może być mowy. Jak to się zwykle mówi, można by
pierwszy sposób uważać za bardziej wojskowy, drugi zaś jako raczej
polityczny. Jeżeli jednak staniemy na najwyższym punkcie widzenia, to
zarówno jeden, jak i drugi sposób okaże się jednakowo wojskowy, a każdy
będzie celowy wówczas, gdy odpowie danym warunkom. Trzecia droga -
najważniejsza ze względu na najszerszy zakres wydarzeń - to zmęczenie
przeciwnika. Wyrażenia tego użyliśmy nie tylko w celu określenia jednym
słowem danego przedmiotu, ale i dlatego, że maluje ono rzecz zupełnie
dokładnie i nie stanowi takiej przenośni, jak się to na pierwszy rzut
oka wydaje. "W pojęciu zmęczenia w walce tkwi stopniowe wyczerpywanie
sił fizycznych i woli wywołane długotrwałością działania.
Chcąc zatem w walce wytrwać dłużej niż przeciwnik, musimy się zadowolić
celami możliwie małymi, z natury rzeczy bowiem daleko idący zamiar
wymaga większego wysiłku niż mały; najmniejszy zaś cel, jaki sobie
możemy postawić, to zwyczajny opór, czyli walka bez pozytywnego zamiaru.
W tym wypadku środki nasze będą stosunkowo największe, a więc i wynik
najlepiej zapewniony. Jak daleko jednak może zajść ten zamiar negatywny?
Oczywiście, nie może on prowadzić do zupełnej bierności, gdyż samo
trwanie przestałoby być walką; opór zaś jest działaniem, za pomocą
którego staramy się zniszczyć tyle sił nieprzyjaciela, aby ten musiał
wyrzec się swego zamiaru. Tego tylko chcemy dopiąć przez każdy czyn i na
tym polega charakter negatywny naszego zamiaru.
Bezspornie, ten zamiar negatywny w swym poszczególnym czynie nie będzie
tak skuteczny, jak idący w tymże kierunku zamiar pozytywny, jeśli ten
się powiedzie; ale na tym właśnie polega cała różnica, że raczej
pierwszy się udaje i wskutek tego daje więcej pewności. Brak
skuteczności w każdym poszczególnym czynie musi on powetować przez czas,
tj. długotrwałością walki, i dlatego to ten zamiar negatywny, stanowiący
zasadę czystego oporu, jest jednocześnie naturalnym środkiem do
prześcignięcia przeciwnika w długotrwałości walki, to znaczy - zmęczenia
go.
Stąd bierze początek różnica między natarciem i obroną obejmująca całą
dziedzinę wojny. Nie możemy tu śledzić dalej tej drogi, zaznaczymy
tylko, że z tego zamiaru negatywnego można wyprowadzić wszystkie
korzyści, wszystkie mocniejsze formy walki, które mu towarzyszą i w których urzeczywistnia się to prawo filozoficzno-dynamiczne o stosunku
pomiędzy wielkością a pewnością powodzenia. Rozważmy to wszystko
później.
Z chwilą gdy zamiar negatywny, tzn. skupienie wszystkich sił do zwykłego
oporu, daje przewagę w walce, to jeśli ta przewaga jest dość wielka, aby
wyrównać przypuszczalną przewagę przeciwnika, wystarczy sama
długotrwałość walki, aby wysiłek nieprzyjaciela stopniowo sprowadzić aż
do takiego punktu, że zamiar polityczny nie równoważy już wysiłku i wróg
musi walki zaniechać. Widzimy stąd, że droga zmęczenia przeciwnika
obejmuje wielką liczbę przypadków, w których słaby chce stawiać opór
silnemu.
Fryderyk Wielki w wojnie siedmioletniej nie zdołałby nigdy pokonać
monarchii austriackiej, a gdyby chciał tego spróbować w duchu np. Karola
XII, sam zginąłby niechybnie. Z talentem stosując jednak w ciągu siedmiu
lat mądrą ekonomię sił, wykazał sprzymierzonym przeciw niemu mocarstwom,
że wysiłek ich musi być znacznie większy, niż sądziły początkowo, i wówczas zawarły one pokój.
Widzimy, że na wojnie wiele dróg prowadzi do celu, że nie w każdym
przypadku konieczne jest pokonanie przeciwnika. Zniszczenie
nieprzyjacielskiej siły zbrojnej, zdobycie dzielnic nieprzyjaciela, samo
ich zajęcie, sam najazd na nie, działania o bezpośrednich celach
politycznych, wreszcie bierne wyczekiwanie uderzeń nieprzyjaciela -
wszystko to są środki, których, każdego z osobna, można użyć do
przełamania woli nieprzyjaciela, stosownie do tego, jakie korzyści,
zależnie od właściwości danej wojny, każdy z nich rokuje. Moglibyśmy
dorzucić tu poza tym szereg innych jeszcze dróg, prowadzących do celu -
byłyby to argumenty ad hominem. W każdej dziedzinie życia społecznego
znajdą się te iskry stosunków osobistych, pomijające wszelkie względy
rzeczowe, tym bardziej więc nie brak ich na wojnie, gdzie osobowość
walczących, zarówno w gabinecie, jak i w polu, gra tak wielką rolę.
Napomykamy tylko o tym, gdyż byłoby pedanterią chcieć je klasyfikować.
Można powiedzieć, że dzięki nim liczba możliwych dróg wiodących do celu
wzrasta wprost w nieskończoność.
Aby nie lekceważyć tych różnych krótszych dróg, nie uważać ich za
rzadkie tylko wyjątki, a także aby należycie ocenić różnicę, jaką
powodują w prowadzeniu wojny, trzeba tylko uświadomić sobie różnorodność
celów politycznych mogących doprowadzić do wojny albo jednym rzutem oka
ocenić różnicę, jaka zachodzi między wojną na śmierć i życie o byt
polityczny i wojną, którą sojusz narzucony lub zachwiany czyni przykrym
obowiązkiem. Między nimi zachodzi w praktyce niezliczona ilość wypadków
pośrednich. Jeśliby teoria miała prawo odrzucić choćby jeden z tych
wypadków, to mogłaby odrzucić wszystkie, czyli zamknąć zupełnie oczy na
rzeczywistość.
Omówiliśmy tedy w ogólności cel, do jakiego się dąży na wojnie; wróćmy
się teraz do środków.
Środek jest tylko jeden - mianowicie walka. I bez względu na to, jak
różnorodnie się ona ukształtuje, jak dalece odchyli się od brutalnego
wyładowania nienawiści i wrogiej bijatyki i ile się do niej dołączy
czynników, niestanowiących walki właściwej - zawsze leży w samym pojęciu
wojny, że wszelkie jej działania biorą swój początek z walki.
Mamy bardzo prosty dowód, że tak jest w istocie, pomimo rozmaitości i skomplikowania wojny. Na wojnie wszystko się dzieje za pomocą sił
zbrojnych, gdzie zaś użyte są te siły, to znaczy, uzbrojeni ludzie, tam
z konieczności podstawą musi być pojęcie walki.
Do działalności wojennej należy zatem wszystko, co dotyczy sił
zbrojnych, ich tworzenia, utrzymania i użycia.
Tworzenie i utrzymanie ich są to oczywiście tylko środki, celem zaś jest
ich użycie.
Walka na wojnie nie jest pojedynkiem, lecz wielokrotnie rozczłonkowaną
całością. W tej wielkiej całości możemy rozróżnić jednostki dwojakiego
rodzaju, subiektywne i obiektywne. W wojsku liczba walczących tworzy
coraz to nowe jednostki, będące członami wyższego rzędu.
Walka każdego z tych członów tworzy również pewną więcej lub mniej
wybitną całość. Cel walki wreszcie, czyli jej obiekt, tworzy również
taką samą jednostkę.
Każdą z tych jednostek, jakie można rozróżnić w walce, nazywamy bojem.
Jak każda działalność sił zbrojnych opiera się na pojęciu walki, tak i użycie tych sił jest tylko zorganizowanym ustaleniem pewnej liczby
bojów.
Wszelka tedy działalność wojenna z konieczności prowadzi do boju,
bezpośrednio czy pośrednio. Żołnierza powołuje się pod broń, odziewa,
uzbraja, ćwiczy - śpi on, je, pije i maszeruje tylko po to, aby się bił
we właściwym miejscu i we właściwym czasie.
Jeśli w ten sposób wszelkie nici działalności wojennej zbiegają się w boju, to wydając zarządzenia do niego, skupiamy je razem. Cały skutek
zależy tylko od tych zarządzeń i od ich wykonania, nigdy bezpośrednio od
poprzedzających je warunków. W samym zaś boju wszelka działalność jest
skierowana ku zniszczeniu przeciwnika, a raczej jego zdolności bojowej,
gdyż o nią tu właśnie chodzi. Zniszczenie nieprzyjacielskich sił
zbrojnych jest zawsze środkiem do osiągnięcia celu boju.
Celem tym może być również samo zniszczenie nieprzyjacielskich sił
zbrojnych, ale nie jest to bynajmniej nieodzowne i może nim być również
zupełnie coś innego. Jak to już bowiem wykazaliśmy, z chwilą gdy
pokonanie przeciwnika nie jest jedynym środkiem do osiągnięcia celu
politycznego i gdy istnieją również i inne przedmioty, które mogą
stanowić cel wojny, to oczywiście przedmioty te mogą stanowić cel
poszczególnych działań wojennych, a zatem i cel bojów.
Jednak nawet i te boje, które jako człony podrzędne przeznaczone są
specjalnie do zniszczenia sił zbrojnych wroga, niekoniecznie muszą mieć
zniszczenie ich jako swój cel najbliższy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Cytowane wypowiedzi R. Girarda w: tegoż, Apokalipsa tu i teraz. Rozmawiał Benoit Chantre, tł. C. Zalewski, Kraków 2018, s. 20-21, 149, 225. We Francji książka R. Girarda ukazała się w 2007 roku pod tytułem Achever Clausewitz. [wróć]
N. Paley, Clausewitz talks business. An executive's guide to thinking like a strategist, Boca Raton 2015, s. 12. [wróć]
Takiego określenia używał ks. Adam Jerzy Czartoryski w swoim Eseju o dyplomacji (1830), w którym przeciwstawiał zwycięski na kongresie wiedeńskim "legitymizm tronów" zapoznanemu tam "legitymizmowi narodów". Por. A. Nowak, Między carem a rewolucją. Studium politycznej wyobraźni i postaw Wielkiej Emigracji wobec Rosji 1831-1849, Warszawa 1993, s. 25. [wróć]
V.E. Bellinger, Marie von Clausewitz. The woman behind the making of On War, New York 2016, s. 28. [wróć]
M. Howard, Clausewitz. A very short introduction, Oxford/New York 2002, s. 7-8. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, w: P. Paret (ed.), Makers of modern strategy from Machiavelli to the nuclear age, Princeton 1986, s. 194. O wpływie myśli Hegla na pisarstwo Clausewitza zob. Y. Cormier, War as paradox. Clausewitz and Hegel on fighting doctrines and ethics, Montreal 2016 (zwłaszcza s. 183-232). [wróć]
V.E. Bellinger, Marie von Clausewitz, op. cit., s. 14. [wróć]
W 2012 roku do zbiorów Geheimes Preussischer Staatsarchiv w Berlinie trafiła obszerna partia tej korespondencji (283 listy), która wcześniej nie była publikowana. Tamże, s. 2-3. [wróć]
R.R. Palmer, Frederick the Great, Guibert, Bülow: from dynastic to national war, w: P. Paret (ed.), Makers of modern strategy, op. cit., s. 114 - 119. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 190. [wróć]
Tamże. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 16. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. 36. [wróć]
Tamże, s. 27, 45-46. [wróć]
Opinia P. Pareta, w: tegoż, Clausewitz, op. cit., s. 188. O wpływie wojen napoleońskich na pisarstwo Clausewitza zob. A. Herberg-Rothe, Clausewitz's puzzle. The political theory of war, London 2007 (anglojęzyczna edycja niemieckiego wydania z 2001 roku), s. 15-38. [wróć]
V.E. Bellinger, Marie..., op. cit., s. 174; P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 192, 195. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, s. 196. [wróć]
Tamże. [wróć]
G. Kucharczyk, Długi Kulturkampf. Pruskie i niemieckie wojny kulturowe przeciw Polsce 1795-1914, Warszawa 2020. [wróć]
H.J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen. Vom Anfang des 19. Jahrhunderts bis zum Ende der Revolution von 1848, Kiel 1967, s. 27. [wróć]
V.E. Bellinger, Marie..., op. cit., s. 114. Peter Paret, jeden z najwybitniejszych znawców biografii i dzieł Clausewitza, twierdził, że stosunek Clausewitza do Żydów był "neutralny", pozbawiony oznak wrogości. Jak zauważa jednak współczesna badaczka biografii żony Clausewitza, w jego korespondencji prywatnej stałym zabiegiem mającym uwypuklić jego nienawiść i pogardę wobec Francuzów było porównywanie ich do Żydów. Na przykład w jednym z listów z 1814 roku pisze o Napoleonie, że "jest twardy jak Żyd i równie bezczelny". Tamże, s. 115. [wróć]
H.J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen, op. cit., s. 27. [wróć]
C. Clausewitz, Historical and political writings, edited and translated by P. Paret and D. Moran, Princeton 1992, s. 373. Zob. również H.J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen, op. cit., s. 107-109. [wróć]
C. Clausewitz, Historical and political writings, op. cit., s. 373-374. [wróć]
Tamże, s. 374. [wróć]
Tamże, s. 374-375. [wróć]
Tamże, s. 382. [wróć]
Tamże, s. 381. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. 382. [wróć]
H.J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen, op. cit., s. 32, 106. [wróć]
G. Kucharczyk, Długi Kulturkampf, op. cit., s. 42, 53, 75. [wróć]
H.J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen, op. cit., s. 109. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 33. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 206, 210. [wróć]
Tamże, s. 198, 199. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 33-34, 52. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 200. Szerzej na ten temat zob. A. Herberg-Rothe, Clausewitz's puzzle. The political theory of war, New York 2007 (tłumaczenie niemieckiej edycji z 2001 roku), s. 139-164. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, s. 52, 53. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, s. 203. Zob. również L. Souchon, Carl von Clausewitz: Strategie im 21. Jahrhundert, Hamburg/Berlin/Bonn 2012, s. 94-100. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 28. [wróć]
Cyt. za: P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 203. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 20. Chociaż R. Girard twierdzi, że dzieło O wojnie zostało napisane pod wrażeniem "wściekłej rywalizacji" niemiecko-francuskiej (por. wyżej), to jednak sam Clausewitz przyznawał, że inspiracje do sposobu pisania swojego traktatu czerpał ze stylu pisarskiego Monteskiusza widocznego w jego rozprawie O duchu praw. P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 187. [wróć]
V.E. Bellinger, Marie von Clausewitz, op. cit., s. 219-233. Pomocą wdowie po Clausewitzu w pracach redakcyjnych służyli również współpracownicy jej męża z czasów berlińskich: Franz August O'Etzel oraz Carl von Gröben. Tamże, s. 224. [wróć]
Tamże, s. 226. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 62. [wróć]
Tamże. [wróć]
Tamże, s. 63. [wróć]
Tamże, s. 62. [wróć]
Cyt. za: C. Bassford, Clausewitz in English. The reception of Clausewitz in Britain and America 1815-1945, Oxford/New York 1994, s. 65. [wróć]
Tamże, s. 35, 56-59. [wróć]
Tamże, s. 43. [wróć]
Tamże, s. 73-78. [wróć]
M. Howard, Clausewitz, op. cit., s. 65. [wróć]
Cyt. za: P. Paret, Clausewitz, s. 212. Zob. również C. Bassford, Clausewitz in English, op. cit., s. 92-93. [wróć]
C. Bassford, Clausewitz in English, op. cit., s. 73. [wróć]
Tamże, s. 78. [wróć]
S. Courtois, Lenin. Wynalazca totalitaryzmu, tł. M. Borowicz, Dębogóra 2021, s. 345-349. [wróć]
C. Bassford, Clausewitz in English, op. cit., s. 200-201. [wróć]
Tamże, s. 199. [wróć]
P. Paret, Clausewitz, op. cit., s. 186. Opinia wyrażona w 1986 roku. [wróć]
Por. L. Souchon, Carl von Clausewitz, op. cit., s. 181-205. Zob. A.J. Echevarria II, Clausewitz and the nature of the war on terror, w: Clausewitz in the twenty-first century, pod red. H. Strachan, A. Herberg-Rothe, Oxford/New York 2007, s. 219-230; H. Münkler, Clausewitz and the privatisation of war, op. cit., s. 219-230; D. Lonsdale, Clausewitz and information warfare, op. cit., s. 231-250; W. Kittler, Host nations: Carl von Clausewitz and the new US Army Marine Corps Field Manual, FM 3-24, MCWP 3-33.5, Counterinsurgency, w: Enlightened war. German theories and cultures of warfare from Frederick the Great to Clausewitz, pod red. E. Krimmer, P.A. Simpson, Rochester/New York 2011, s. 279-305. [wróć]
M. v. Creveld, The art of war. War and military thought, London 2000, s. 118. [wróć]