O wojnie - Carl von Clausewitz

Kup ebooka

62.00 zł
51.46 zł (52,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Carl von Clau­se­witz i jego "książka kuchar­ska"

Carl von Clau­se­witz i jego "książka kuchar­ska"

Clau­se­witza można czy­tać na różne spo­soby. Jeden z naj­wy­bit­niej­szych antro­po­lo­gów kul­tury René Girard (zm. 2015) w swo­jej ostat­niej książce Dokoń­czyć Clau­se­witza (2007) stwier­dził, że trak­tat O woj­nie pru­skiego gene­rała "zasłu­guje na uważną lek­turę", ponie­waż jego autor "doświad­czył cze­goś, co go prze­kra­cza, a nas zmu­sza do reflek­sji". Clau­se­witz - prze­ko­nuje dalej fran­cu­ski antro­po­log - opi­sał bowiem w swoim dziele mecha­nizm rywa­li­za­cji mime­tycz­nej, która w realiach histo­rycz­nych dzie­więt­na­sto- i dwu­dzie­sto­wiecz­nej Europy prze­ja­wiała się jako "wście­kłe naśla­dow­nic­two" mię­dzy Fran­cją a Niem­cami. Jako "pisarz resen­ty­mentu" pru­ski gene­rał "był opę­tany". Ina­czej być nie mogło, skoro - jak wyja­śnia Girard - w swoim opus magnum "dotknął tego aspektu rze­czy­wi­sto­ści, który jest abso­lut­nie irra­cjo­nalny". Sens trak­tatu O woj­nie jest więc reli­gijny i "tylko reli­gijna inter­pre­ta­cja ma szansę dotrzeć do tego, co w nim jest istotne"1.

Można też czy­tać Clau­se­witza w znacz­nie bar­dziej przy­ziem­nym kon­tek­ście. Jak pisze współ­cze­sny i wzięty coach zarzą­dza­nia Nor­ton Paley, uważna lek­tura trak­tatu O woj­nie może dać realne wspar­cie dla "osób obar­czo­nych odpo­wie­dzial­no­ścią w zakre­sie zarzą­dza­nia, aby roz­wi­jać stra­te­gie pro­wa­dze­nia walki kon­ku­ren­cyj­nej, podej­mo­wać decy­zje z więk­szą pre­cy­zją i zwięk­szać szanse na osią­gnię­cie zakła­da­nych celów". Krótko mówiąc, zapo­zna­nie się z dzie­łem dzie­więt­na­sto­wiecz­nego pru­skiego gene­rała ofe­ruje dzia­ła­ją­cym w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku lide­rom biz­nesu uni­kalną spo­sob­ność "wzmoc­nie­nia swo­ich umie­jęt­no­ści myśle­nia stra­te­gicz­nego". Zda­niem ame­ry­kań­skiego spe­cja­li­sty od zarzą­dza­nia wystar­czy w dziele Clau­se­witza "zamie­nić słowo wojna na kon­flikt, wróg na kon­ku­rent, dowódca na mana­ger", aby prze­ko­nać się, że zawarte w nim zasady "zawie­rają ponad­cza­sowe walory, które są rów­nie żywotne w dzi­siej­szym biz­ne­so­wym współ­za­wod­nic­twie, jak były żywotne w cza­sach wojen, gdy Clau­se­witz pisał swoją książkę"2.

Te dwie wypo­wie­dzi - antro­po­loga kul­tury i spe­cja­li­sty od zarzą­dza­nia biz­ne­so­wego - udo­wad­niają, że dzieło O woj­nie jest czy­tane, pobu­dza do reflek­sji i w pew­nym sen­sie pozo­staje uni­wer­salne. Być może także dla­tego, że żyjemy w cza­sach "na kra­wę­dzi", dużej nie­pew­no­ści, a nawet stra­chu napę­dza­nego czy to kolej­nymi kry­zy­sami natury poli­tycz­nej i gospo­dar­czej (wojna na Ukra­inie, isla­mizm, kry­zys migra­cyjny, "koronakry­zys" w gospo­darce, eks­pan­sja Chin), czy kry­zy­sami natu­ral­nymi (zmiany kli­ma­tyczne, pan­de­mie). Na prze­ło­mie epok żył rów­nież autor trak­tatu O woj­nie. Jego lata dzie­cięce przy­pa­dły na schy­łek epoki przed­re­wo­lu­cyj­nej. Karierę woj­skową roz­po­czy­nał już w okre­sie wojen rewo­lu­cyj­nych. Potem przy­szedł Napo­leon, któ­rego Wielka Armia roz­nio­sła idee rewo­lu­cyjne po całej Euro­pie. Po star­ciu Prus z napo­le­oń­ską Fran­cją w 1806 roku także w monar­chii Hohen­zol­ler­nów roz­po­częła się epoka zna­czą­cych zmian ustro­jo­wych, spo­łecz­nych i gospo­dar­czych. Ale w Pru­sach - jak mawiał Bismarck - rewo­lu­cję "robią tylko kró­lo­wie". Tak też było w cza­sach reform Ste­ina-Har­den­berga (1807-1815), gdy roz­po­częto akcję uwłasz­cze­niową na wsi, wpro­wa­dzono realny samo­rząd miej­ski, zre­for­mo­wano sys­tem admi­ni­stra­cyjny, przy­stą­piono do zmian w sys­temie edu­ka­cji, zaczęto myśleć o praw­nej eman­cy­pa­cji lud­no­ści żydow­skiej.

Tych zmian nie zatrzy­mała epoka restau­ra­cji po 1815 roku, ani tak zwane prze­śla­do­wa­nia dema­go­gów po 1819 roku. Prusy, podob­nie jak cała Europa, szybko się zmie­niały. Zmie­niała się rów­nież pru­ska armia, która trzy­dzie­ści lat po śmierci króla Fry­de­ryka II (1786) nie­wiele przy­po­mi­nała pod wzglę­dem tak­tyki, wewnętrz­nych regu­la­mi­nów, sys­temu rekru­ta­cji armię zwy­cięzcy spod Roßbach.

Rów­nież ostat­nie lata życia Clau­se­witza upły­nęły pod zna­kiem mno­żą­cych się oznak kru­cho­ści porządku poli­tycz­nego w Euro­pie usta­lo­nego na kon­gre­sie wie­deń­skim (1814/1815). W 1830 roku wybu­chła rewo­lu­cja lip­cowa we Fran­cji, która poło­żyła kres rzą­dom "odre­stau­ro­wa­nej" w 1815 roku star­szej linii Bur­bo­nów. Krótko po tym za broń chwy­cili Bel­go­wie złą­czeni na kon­gre­sie wie­deń­skim z Holen­drami w jed­nym Kró­le­stwie Nider­lan­dów. 29 listo­pada 1830 roku roz­po­częło się w War­sza­wie powsta­nie listo­pa­dowe, które dla wielu zewnętrz­nych obser­wa­to­rów (nie tylko z gruntu nie­chęt­nych Pol­sce) było kolejną ema­na­cją wstrzą­sów rewo­lu­cyj­nych, a nie docho­dze­niem do głosu zapo­zna­nego na kon­gre­sie wie­deń­skim "legi­ty­mi­zmu naro­dów"3.

Tal­ley­rand mówił, że "kto nie doświad­czył życia za ancien regime'u, nie doświad­czył sło­dy­czy życia". Carl Phi­lipp Got­tlieb von Clau­se­witz uro­dził się 1 czerwca 1780 roku w Burg koło Mag­de­burga. Przed­re­wo­lu­cyj­nej "sło­dy­czy życia", o któ­rej mówił fran­cu­ski ary­sto­krata, jako poto­mek śred­nio­za­moż­nej miesz­czań­skiej rodziny, z pew­no­ścią w takim stop­niu jak fran­cu­ski ary­sto­krata nie miał moż­li­wo­ści zaznać. Auto­rzy "Deut­sche All­ge­me­ine Bio­grah­pie" podają infor­ma­cję o pol­skich korze­niach przod­ków autora O woj­nie, któ­rzy mieli osie­dlić się w oko­li­cach Mag­de­burga w sie­dem­na­stym wieku. W kręgu rodzin­nym Clau­se­witza żywa była nato­miast opo­wieść o ślą­skich pro­to­pla­stach fami­lii, któ­rzy mieli wywo­dzić się ze szla­chec­kiego rodu Clau­snit­zów4. Osta­tecz­nie i for­mal­nie szla­checki sta­tus Clau­se­wit­zów potwier­dzał doku­ment wysta­wiony w 1827 roku przez króla Prus Fry­de­ryka Wil­helma III.

Ojciec Carla, Frie­drich Gabriel Clau­se­witz, słu­żył w armii Fry­de­ryka II w cza­sie wojny sied­mio­let­niej (1756-1763). Przy­party do muru Hohen­zol­lern musiał uzu­peł­niać wyrwy w kor­pu­sie ofi­cer­skim oso­bami nie­szla­chec­kiego pocho­dze­nia. W ten spo­sób Clau­se­witz senior zakoń­czył służbę we fry­de­ry­cjań­skiej armii w stop­niu puł­kow­nika. Potem zara­biał na utrzy­ma­nie rodziny jako poborca podat­kowy w Burg. Jako pierw­szy w rodzi­nie dodał do nazwi­ska "von".

Z mał­żeń­stwa z Fry­de­ryką Char­lottą z domu Schmidt docze­kał się sze­ściorga dzieci, w tym czte­rech synów. Uro­dzony w 1780 roku Carl był naj­młod­szym z nich. Jego dwaj starsi bra­cia - uro­dzony w 1771 roku Frie­drich Vol­mar oraz o dwa lata młod­szy Wil­helm - wzo­rem ojca wybrali karierę woj­skową, którą ukoń­czyli w stop­niach gene­ral­skich (odpo­wied­nio: gene­rała puł­kow­nika oraz gene­rała porucz­nika). Zwa­żyw­szy na to, że ofi­ce­rem w armii pru­skiej był rów­nież ich ojciec, można mówić o tra­dy­cji rodzin­nej. Jej inną odmianą była służba w Kościele lute­rań­skim. Dzia­dek autora trak­tatu O woj­nie, Bene­dykt Got­tlob Clau­se­witz, był pasto­rem i pro­fe­so­rem teo­lo­gii lute­rań­skiej w Halle (od cza­sów pano­wa­nia króla Fry­de­ryka Wil­helma I ukoń­cze­nie tego fakul­tetu było warun­kiem koniecz­nym dla obję­cia urzędu pastora w pań­stwie pru­skim). Kon­ty­nu­ował w ten spo­sób drogę życiową swo­jego ojca, a pra­dziadka przy­szłych pru­skich gene­ra­łów.

Rodzice Carla wybrali dla niego jed­nak inną drogę. Wzo­rem swo­ich star­szych braci roz­po­czął on służbę w armii. Jako dwu­na­sto­la­tek, w 1792 roku został kapra­lem (Gefre­iter­kor­po­ral) w trzy­dzie­stym czwar­tym regi­men­cie pie­choty księ­cia Fer­dy­nanda Pru­skiego, brata króla Fry­de­ryka Wil­helma II. Jako żoł­nierz tego pułku brał udział w kolej­nych odsło­nach pru­sko-austriac­kiej kam­pa­nii prze­ciw rewo­lu­cyj­nej Fran­cji - w 1792 roku, która utknęła pod Valmy oraz na prze­ło­mie 1793 i 1794 roku nad Renem, któ­rej naj­więk­szym suk­ce­sem było odbi­cie z rąk Fran­cu­zów twier­dzy w Mogun­cji. To wyda­rze­nie było pierw­szym poważ­nym dzia­ła­niem mili­tar­nym, w któ­rym bez­po­śred­nio brał udział przy­szły stra­teg.

5 marca 1795 roku pięt­na­sto­letni Carl von Clau­se­witz otrzy­mał pro­mo­cję ofi­cer­ską. Został porucz­ni­kiem. Mie­siąc po tym Prusy wyco­fały się z wojny prze­ciw Repu­blice fran­cu­skiej (wzy­wały "pilne zada­nia" w postaci dopil­no­wa­nia udziału Prus w trze­cim roz­bio­rze Pol­ski) i zawarły w Bazy­lei pokój z "kró­lo­bój­cami" (5 kwiet­nia 1795). Dla mło­dego ofi­cera ozna­czało to koniec służby fron­to­wej i roz­po­czę­cie służby gar­ni­zo­no­wej w Neu­rup­pin nie­opo­dal Ber­lina.

Sześć lat pobytu w tym gar­ni­zo­no­wym mia­steczku Clau­se­witz wyko­rzy­stał do inten­syw­nej lek­tury w zakre­sie histo­rii (zwłasz­cza histo­rii wojen), lite­ra­tury i filo­zo­fii. Owa samo­kształ­ce­niowa dzia­łal­ność została usys­te­ma­ty­zo­wana dzięki nauce (1801-1804) w ber­liń­skiej Aka­de­mii Wojen­nej (Krieg­sa­ka­de­mie). Ta uczel­nia, zało­żona i kie­ro­wana przez Ger­harda von Scharn­hor­sta, była jedną z pierw­szych oznak - jesz­cze przed 1806 rokiem - dzia­ła­nia refor­ma­to­rów pru­skiej armii. Nie tylko w zakre­sie jej szko­le­nia (odej­ście od osła­wio­nego "pru­skiego drylu") i tak­tyki, ale przede wszyst­kim stra­te­gii. Scharn­horst - Hano­wer­czyk w służ­bie króla Prus od 1801 roku - jako jeden z pierw­szych zauwa­żył, że rewo­lu­cja fran­cu­ska przy­nio­sła zasad­ni­cze zmiany w pro­wa­dze­niu wojen. "Naród pod bro­nią" (levée en masse) zmie­nił wszystko i nale­żało z tego wycią­gnąć rów­nież w Pru­sach jak naj­szyb­ciej wnio­ski, jeśli chciano myśleć o sku­tecz­nym prze­ciw­sta­wie­niu się Fran­cji, rzą­dzo­nej od 1799 roku przez gene­rała Napo­le­ona Bona­parte.

Te idee stały się przed­mio­tem dys­ku­sji wśród sku­pio­nego wokół Scharn­hor­sta "Militärische Gesel­l­schaft" (Towa­rzy­stwa Woj­sko­wego), któ­rego człon­kami byli refor­ma­tor­sko nasta­wieni pru­scy ofi­ce­ro­wie. Do tego eks­klu­zyw­nego gre­mium mło­dego Clau­se­witza wpro­wa­dził Scharn­horst, który jako rek­tor Aka­de­mii Wojen­nej szybko roz­po­znał talent ukryty w mło­dym ofi­ce­rze5. W póź­niej­szych latach autor trak­tatu O woj­nie nie­jed­no­krot­nie z wiel­kim sen­ty­men­tem wspo­mi­nał zna­czącą rolę, jaką w jego życiu ode­grał przed­wcze­śnie zmarły (zgi­nął w cza­sie kam­pa­nii 1813 roku) twórca ber­liń­skiej Krieg­sa­ka­de­mie. Z wdzięcz­no­ścią pisał o jego dobro­czyn­nym inte­lek­tu­al­nym wpły­wie, otwar­ciu na nowe czasy, ale rów­nież powra­cał do swo­ich trud­nych począt­ków w Aka­de­mii. Samouk z Neu­rup­pin musiał zde­rzyć się w cza­sie regu­lar­nych wykła­dów z ogro­mem wie­dzy wyma­ga­ją­cej usys­te­ma­ty­zo­wa­nia. Wspar­cie ze strony Scharn­hor­sta, któ­rego Clau­se­witz (jak sam przy­zna­wał) trak­to­wał jak "dru­giego ojca", było w tej sytu­acji nie­oce­nione.

Lata nauki w Aka­de­mii Wojen­nej u boku Scharn­hor­sta i obco­wa­nie ze sku­pio­nym wokół niego krę­giem woj­sko­wych refor­ma­to­rów roz­wi­nęły inte­lek­tu­alny poten­cjał gro­ma­dzony przez Clau­se­witza w latach jego gar­ni­zo­no­wej służby. Nie tylko zgłę­biał fachową wie­dzę o tak­tyce i stra­te­gii, ale rów­nież pozna­wał nowe teo­rie w zakre­sie edu­ka­cji (wizja szkoły Pesta­loz­ziego nie tylko jako insty­tu­cji prze­ka­zu­ją­cej wie­dzę, ale for­mu­ją­cej cało­ściowo cha­rak­ter i umy­sło­wość uczniów), este­tyki i filo­zo­fii. W odnie­sie­niu do tej ostat­niej naj­więk­szy wpływ na Clau­se­witza wywarła filo­zo­fia Imma­nu­ela Kanta, z którą w latach 1801-1803 zapozna­wał się w Ber­li­nie na wykła­dach Johanna Got­t­frieda Kie­se­wet­tera, ucznia i popu­la­ry­za­tora myśli autora Kry­tyki czy­stego rozumu. Wpływ nie­miec­kiej filo­zo­fii ide­ali­stycz­nej na umy­sło­wość autora trak­tatu O woj­nie pozo­stał także w póź­niej­szych latach bar­dzo trwały i widoczny jest w jego naj­waż­niej­szym dziele6.

W 1804 roku Clau­se­witz ukoń­czył stu­dia w ber­liń­skiej Krieg­sa­ka­de­mie z pierw­szą lokatą w swoim rocz­niku. W krót­kim cza­sie przy­szedł awans na kapi­tana (1805) i nomi­na­cja na adiu­tanta księ­cia Augu­sta Pru­skiego, syna ks. Fer­dy­nanda Hohen­zol­lerna - dowódcy macie­rzy­stego pułku Clau­se­witza. Nowe obo­wiązki ozna­czały m.in. koniecz­ność bywa­nia na kró­lew­skim dwo­rze. Tam Clau­se­witz poznał hra­biankę Marię Zofię von Brühl, damę dworu kró­lo­wej, wdowy po Fry­de­ryku Wil­hel­mie II, i zako­chał się. Do ślubu doszło dopiero w 1810 roku. Na prze­szko­dzie stały kolejne kam­pa­nie wojenne, w któ­rych brał udział Clau­se­witz. Ponadto trzeba było prze­ła­mać opór rodziny wybranki pru­skiego ofi­cera, która trak­to­wała zwią­zek z potom­kiem rodziny miesz­czań­skiej nie­le­d­wie jako meza­lians. Dziad­kiem narze­czo­nej autora O woj­nie był prze­cież potężny mini­ster króla Pol­ski i elek­tora saskiego Augu­sta III, Hein­rich von Brühl - twórca potęgi i zamoż­no­ści całej rodziny7.

Love story zakoń­czona happy endem, nadto prze­ry­wana dłu­gimi okre­sami roz­łąki, zaowo­co­wała obfitą kore­spon­den­cją mię­dzy Clau­se­wit­zem a panną Brühl, a następ­nie panią Clau­se­witz. Te tysiące listów to pierw­szo­rzędny mate­riał źró­dłowy pozwa­la­jący śle­dzić nie tylko bio­gra­fię, ale i histo­rię myśli autora O woj­nie8. Trak­to­wał on bowiem mał­żonkę jako powier­niczkę swo­ich idei oraz prze­my­śleń doty­czą­cych nie tylko teo­rii wojny, ale rów­nież toczą­cej się współ­cze­śnie histo­rii poli­tycz­nej.

W 1805 roku świeżo upie­czony absol­went Aka­de­mii Wojen­nej opu­bli­ko­wał swoją pierw­szą pracę poświę­coną teo­rii wojny. Była to pole­mika z poglą­dami Hein­ri­cha von Bülowa, jed­nego z naj­bar­dziej uzna­nych na początku dzie­więt­na­stego wieku teo­re­ty­ków sztuki wojen­nej w Pru­sach9. Bülow nie lek­ce­wa­żył zmian, jakie dla spo­sobu pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych przy­nio­sła ze sobą rewo­lu­cja fran­cu­ska. Nie uchwy­cił jed­nak w pełni ich skali, doty­czą­cych zwłasz­cza dzia­łań na polu bitwy10.

W tym kie­runku zmie­rzały rów­nież pole­miczne uwagi Clau­se­witza, który nie akcep­to­wał wią­za­nia przez Bülowa stra­te­gii i tak­tyki z dłu­go­ścią linii zaopa­trze­nio­wych ope­ru­ją­cych oddzia­łów11. W tym uję­ciu stra­te­gia była "nauką o woj­sko­wych ruchach poza zasię­giem arty­le­rii każ­dej ze stron", a tak­tyką nale­żało okre­ślać "naukę o ruchach wojsk w obli­czu wroga"12. Taką typo­lo­gię Clau­se­witz odrzu­cał, pod­kre­śla­jąc, że "stra­te­gia jest niczym bez star­cia". Ono jest "mate­ria­łem uży­wa­nym przez nią [stra­te­gię], jest środ­kiem przez nią uży­wa­nym". W tym uję­ciu stra­te­gia jest "połą­cze­niem oddziel­nych zaan­ga­żo­wań bitew­nych w jedną całość dla osią­gnię­cia osta­tecz­nego celu wojny"13.

Jak pod­kre­śla jeden z naj­wy­bit­niej­szych znaw­ców myśli Clau­se­witza, Michael Howard, w ten spo­sób pru­ski ofi­cer sfor­mu­ło­wał na wcze­snym eta­pie swo­jej pisar­skiej aktyw­no­ści dwie zasad­ni­cze myśli, które zostaną następ­nie roz­wi­nięte na kar­tach trak­tatu O woj­nie: manew­ro­wa­nie oddzia­łami jest bez­ce­lowe, jeśli nie pro­wa­dzi do kul­mi­na­cji w postaci bitwy, ta zaś jest bez­ce­lowa, jeśli nie służy osią­gnię­ciu zasad­ni­czego celu wojny14. Już w 1805 roku doko­ny­wał Clau­se­witz zasad­ni­czego roz­róż­nie­nia, o któ­rym sze­rzej pisać będzie na kar­tach swo­jego naj­waż­niej­szego dzieła, mię­dzy "celami final­nymi" wojny (Zwecke), które są domeną stra­te­gii, a wio­dą­cymi do nich "pośred­nimi sta­diami" (Ziele), któ­rymi zaj­muje się tak­tyka15.

W 1806 roku kapi­tan Clau­se­witz nale­żał do "par­tii wojen­nej". Uwa­żał, że jed­nym - zgod­nym z hono­rem i żywot­nymi inte­re­sami pań­stwa Hohen­zol­ler­nów - wyj­ściem jest szu­ka­nie mili­tar­nego roz­strzy­gnię­cia nara­sta­ją­cego kon­fliktu z napo­le­oń­ską Fran­cją. Pisane przez Clau­se­witza w pierw­szych tygo­dniach kam­pa­nii listy do narze­czo­nej są jed­nak świa­dec­twem nara­sta­ją­cego roz­cza­ro­wa­nia i coraz gor­szych prze­czuć po tym, co zoba­czył z bli­ska - cha­osu decy­zyj­nego, nie­kom­pe­ten­cji, braku szer­szej stra­te­gicz­nej wizji.

Clau­se­witz brał udział w bitwie pod Auer­stedt (14 paź­dzier­nika 1806), która wraz z jed­no­cze­śnie toczoną bitwą pod Jeną, była kul­mi­na­cją tego, co w histo­rii Prus można nazwać praw­dzi­wym annus hor­ri­bi­lis. Pod cio­sami napo­le­oń­skiej Wiel­kiej Armii nie tylko bowiem runęła legenda fry­de­ry­cjań­skiej, nie­zwy­cię­żo­nej armii, ale doszło do praw­dzi­wej implo­zji pań­stwa Hohen­zol­ler­nów. Kil­ku­na­sto­ty­sięczne gar­ni­zony (jak na przy­kład w Mag­de­burgu, poło­żo­nym nie­opo­dal rodzin­nej miej­sco­wo­ści Clau­se­witza) pod­da­wały się o wiele słab­szym jed­nost­kom fran­cu­skim. Cho­ciaż tego autor dzieła O woj­nie nie doświad­czył oso­bi­ście, to jed­nak ta dra­ma­tyczna lek­cja 1806 roku wyryła w jego umy­śle na trwale zasadę, o któ­rej pisał następ­nie w swoim opus magnum, że naj­waż­niej­sze są morale. "Każda wojna zakłada ludzką sła­bość i usi­łuje ją wyko­rzy­stać" - czy­tamy w naj­waż­niej­szym trak­ta­cie Clau­se­witza. Na tych samych kar­tach doda­wał, że "wojna jest siło­wa­niem się moral­nych i fizycz­nych mocy, za pomocą tych ostat­nich"16.

Bio­rąc pod uwagę fakt oso­bi­stego udziału Clau­se­witza w woj­nach prze­ciw Napo­le­onowi, które sta­no­wiły dla niego zasad­ni­czy ele­ment empi­ryczny, będący pod­stawą snu­cia teo­re­tycz­nych roz­wa­żań doty­czą­cych sztuki wojen­nej, można mówić o O woj­nie, że jest ono czę­ściowo dzie­łem auto­bio­gra­ficz­nym autora17. Po klę­sce pod Auer­stedt bata­lion Clau­se­witza znaj­do­wał się w arier­gar­dzie ucie­ka­ją­cego przed Fran­cu­zami kor­pusu ks. Augu­sta Pru­skiego. Ucieczka zakoń­czyła się w Pren­zlau, gdzie Clau­se­witz wraz z Hohen­zol­ler­nem dostał się do fran­cu­skiej nie­woli.

Trwała ona nie­mal rok (do jesieni 1807 roku) i nie była zbyt uciąż­liwa. Clau­se­witz oraz inni pru­scy ofi­ce­ro­wie mieli wła­ści­wie pełną swo­bodę prze­miesz­cza­nia się po Fran­cji pod danym przez sie­bie sło­wem honoru, że nie będą pró­bo­wali ucie­kać. Pobyt nad Sekwaną i krótki wypad do oku­po­wa­nej przez Fran­cu­zów Genewy Clau­se­witz wyko­rzy­stał dla lep­szego pozna­wa­nia "kraju wroga" - w tym także jego kul­tury (lite­ra­tury i życia teatral­nego).

Po powro­cie do Prus Clau­se­witz udał się do Kró­lewca, sie­dziby dworu króla Fry­de­ryka Wil­helma III, który prze­niósł w ten spo­sób sto­licę swo­jego pań­stwa nad Pre­gołę w sytu­acji, w któ­rej to Ber­lin do 1809 roku znaj­do­wał się pod bez­po­śred­nią fran­cu­ską oku­pa­cją woj­skową. W Kró­lewcu Clau­se­witz zbli­żył się ponow­nie do kręgu refor­ma­to­rów pru­skiej armii. Od tego czasu datuje się jego bliż­sza zna­jo­mość z Augu­stem Neithard­tem von Gne­ise­nauem, czo­łową obok Scharn­hor­sta posta­cią obozu reform wśród pru­skiej kadry ofi­cer­skiej. Choć warto odno­to­wać, że podob­nie jak twórca Aka­de­mii Wojen­nej, rów­nież Gne­ise­nau nie był rodo­wi­tym Pru­sa­kiem. Wywo­dził się z Sak­so­nii.

Pod­czas wojny fran­cu­sko-austriac­kiej w 1809 roku Clau­se­witz poważ­nie roz­wa­żał zacią­gnię­cie się do armii austriac­kiej, by kon­ty­nu­ować w ten spo­sób wojnę prze­ciw cesa­rzowi Fran­cu­zów. Zwy­cię­stwo arcy­księ­cia Karola pod Aspern było kolejną oznaką (po utknię­ciu Wiel­kiej Armii w Hisz­pa­nii), że rów­nież Napo­leon nie jest nie­zwy­cię­żony. Jed­nak pod Wagram "kor­sy­kań­ski uzur­pa­tor" po raz kolejny poka­zał swoją wyż­szość i Austria została zmu­szona popro­sić o pokój. Dla Clau­se­witza ozna­czało to uni­ce­stwie­nie pla­nów wzię­cia udziału w woj­nie prze­ciw napo­le­oń­skiej Fran­cji.

W 1809 roku pod­jął pracę w pru­skim mini­ster­stwie wojny kie­ro­wa­nym przez Scharn­hor­sta; został sze­fem biura mini­stra. Z reko­men­da­cji swo­jego szefa pod­jął rów­nież pracę w pru­skim szta­bie gene­ral­nym oraz wykła­dał stra­te­gię w ber­liń­skiej Aka­de­mii Wojen­nej. Został także człon­kiem komi­sji opra­co­wu­ją­cej nowe regu­la­miny dla pru­skiej jazdy i pie­choty. W 1810 roku, o czym już była mowa, wziął ślub z hra­bianką Marią Zofią von Brühl. Został rów­nież, jako świeżo upie­czony major (od sierp­nia 1810), pre­cep­to­rem pięt­na­sto­let­niego Kron­prinza, póź­niej­szego króla Prus Fry­de­ryka Wil­helma IV.

Jed­nak za swoje naj­waż­niej­sze zada­nie Clau­se­witz uwa­żał kon­ty­nu­owa­nie wojny z Napo­le­onem. Kolejna oka­zja ku temu poja­wiła się w 1812 roku. Prusy dostały wów­czas od Napo­le­ona przy­go­to­wu­ją­cego się do kon­fron­ta­cji mili­tar­nej z Rosją ofertę soju­szu woj­sko­wego prze­ciw impe­rium Roma­no­wów. Była to kla­syczna "pro­po­zy­cja nie do odrzu­ce­nia". Jej zaak­cep­to­wa­nie przez Fry­de­ryka Wil­helma III było czy­tel­nym potwier­dze­niem degra­da­cji pozy­cji Prus do roli fran­cu­skiego sate­lity. Z tym Clau­se­witz nie mógł się pogo­dzić i wraz z ponad trzy­dzie­stoma ofi­ce­rami pru­skimi zło­żył dymi­sję z pru­skiej armii i na krótko przed roz­po­czę­ciem przez Napo­le­ona rosyj­skiej kam­pa­nii (nazy­wa­nej przez cesa­rza Fran­cu­zów "drugą wojną pol­ską") wstą­pił na służbę w armii cara Alek­san­dra I. Został od razu awan­so­wany do stop­nia puł­kow­nika i otrzy­mał przy­dział do sztabu dowódcy głów­nych sił rosyj­skich, gen. Micha­iła Kutu­zowa.

Jako ofi­cer szta­bowy obser­wo­wał krwawą bitwę pod Boro­dino, która otwo­rzyła Napo­le­onowi drogę do Moskwy. Po odwro­cie Wiel­kiej Armii, która top­niała pod cio­sami "gene­rała Mroza", Clau­se­witz w mun­du­rze rosyj­skiego ofi­cera pro­wa­dził w imie­niu dowódz­twa armii Alek­san­dra I nego­cja­cje z gene­ra­łem Han­sem Yorc­kiem von War­ten­bur­giem, dowódcą pru­skiego kor­pusu, który for­mal­nie brał udział w kam­pa­nii rosyj­skiej po stro­nie Fran­cji. Roz­mowy zakoń­czyły się pod­pi­sa­niem przez pru­skiego dowódcę 31 grud­nia 1812 roku kon­wen­cji w Tau­ro­gach, która ozna­czała fak­tyczne przej­ście wojsk pru­skich na stronę rosyj­ską. Otwie­rało to drogę Rosja­nom do Prus Wschod­nich, ale - for­mal­nie rzecz bio­rąc - było - mówiąc deli­kat­nie - nie­sub­or­dy­na­cją ze strony pru­skiego gene­rała, skoro jego król (Fry­de­ryk Wil­helm III) ofi­cjal­nie wypo­wie­dział wojnę Napo­le­onowi dopiero kilka mie­sięcy póź­niej (w marcu 1813). Zwa­żyw­szy na udział Clau­se­witza w nego­cja­cjach w imie­niu Rosjan, można powie­dzieć, że kon­wen­cję w Tau­ro­gach zawarli mię­dzy sobą dwaj pru­scy ofi­cerowie.

Prusy Wschod­nie były pierw­szą pro­win­cją pań­stwa Hohen­zol­ler­nów, którą zajęły na początku 1813 roku woj­ska rosyj­skie. W ostat­niej fazie kam­pa­nii na tery­to­rium Rosji Clau­se­witz brał udział w dzia­ła­niach prze­ciw oddzia­łom fran­cu­skim sta­cjo­nu­ją­cym na obsza­rze Litwy. Wszystko odby­wało się w ramach stwo­rzo­nego na pole­ce­nie cara Alek­san­dra I Legionu pru­sko-rosyj­skiego dowo­dzo­nego przez pru­skich ofi­ce­rów, któ­rzy w 1812 roku lub póź­niej zde­cy­do­wali się wstą­pić na służbę rosyj­ską. Wśród nich był Clau­se­witz.

Po wej­ściu wraz z armią rosyj­ską do Prus Wschod­nich natych­miast zgło­sił swoją goto­wość do powrotu w pru­skie sze­regi. Jed­nak jesz­cze rok musiał nosić mun­dur rosyj­skiego ofi­cera. To ocze­ki­wa­nie było wymow­nym zna­kiem, że Fry­de­ryk Wil­helm III nie zapo­mniał o akcie nie­lo­jal­no­ści ze strony swo­jego ofi­cera. Tak oce­niano w naj­bliż­szym oto­cze­niu króla pru­skiego przej­ście Clau­se­witza na służbę rosyj­ską w 1812 roku, cho­ciaż zwa­żyw­szy na dal­szy bieg wyda­rzeń, można powie­dzieć, że zasad­ni­czym pro­ble­mem był tutaj czas. Clau­se­witz zna­lazł się po pro­stu wcze­śniej w miej­scu (tj. przy boku Rosji), w któ­rym jego król zna­lazł się nie­spełna rok póź­niej jako for­malny sojusz­nik Alek­san­dra I w kolej­nej kam­pa­nii prze­ciw napo­le­oń­skiej Fran­cji.

Począ­tek "wojny wyzwo­leń­czej" (Befre­iung­skrieg) prze­ciw Napo­le­onowi zastał więc autora O woj­nie w cha­rak­te­rze rosyj­skiego ofi­cera odde­le­go­wa­nego do sztabu wojsk pru­skich dowo­dzo­nych przez mar­szałka Gebh­radta von Blüchera. Clau­se­witz znaj­do­wał się przy oddzia­łach ope­ru­ją­cych na pół­noc­nym odcinku frontu (oko­lice Lüneburga i Ham­burga). Nie było mu dane wziąć udziału w roz­strzy­ga­ją­cej dla dal­szej obec­no­ści Fran­cu­zów za Renem "bitwie naro­dów" pod Lip­skiem (16-19 paź­dzier­nika 1813 roku).

Dopiero w 1814 roku Fry­de­ryk Wil­helm III wyra­ził zgodę na powrót Clau­se­witza w sze­regi armii pru­skiej, z zacho­wa­niem otrzy­ma­nego od Rosjan stop­nia puł­kow­nika. Jed­nak rów­nież w cza­sie tej fazy kam­pa­nii anty­na­po­le­oń­skiej pozo­stał on daleko od głów­nego teatru dzia­łań we Fran­cji. Na czele "Legionu Nie­miec­kiego" pozo­stał na pół­nocy Nie­miec. Rok póź­niej sytu­acja powtó­rzyła się. W cza­sie kam­pa­nii, która zakoń­czyła się bitwą pod Water­loo Clau­se­witz peł­nił funk­cję szefa sztabu III kor­pusu armij­nego dowo­dzo­nego przez gene­rała Johanna Adolfa von Thiel­manna. Zgru­po­wa­nie wal­czyło na skraju lewego skrzy­dła sił anty­na­po­le­oń­skiej koali­cji prze­ciw dwu­krot­nie sil­niej­szemu kor­pu­sowi mar­szałka Gro­uchy'ego. Siły pru­skie powstrzy­mały Fran­cu­zów, co wal­nie przy­czy­niło się do zwy­cię­stwa Wel­ling­tona pod Water­loo. Jed­nak i tym razem Clau­se­witz miał poczu­cie, że omi­nęło go coś waż­nego. Nie był pod Lip­skiem, nie był pod Water­loo - w miej­scach zwy­cięstw nad "nie­zwy­cię­żo­nym" Napo­le­onem. Jedyną wielką bitwą, w któ­rej oso­bi­ście uczest­ni­czył było star­cie pod Auer­stedt, które zakoń­czyło się upo­ka­rza­jącą klę­ską wojsk pru­skich.

Po osta­tecz­nym zwy­cię­stwie koali­cji nad Napo­le­onem Clau­se­witz pozo­stał w Nad­re­nii, która obok West­fa­lii na mocy usta­leń kon­gresu wie­deń­skiego stała się nową pru­ską pro­win­cją jako część anty­fran­cu­skiej "bariery" uzgod­nio­nej przez wiel­kie mocar­stwa. Dowódcą wojsk pru­skich sta­cjo­nu­ją­cych w nowych pro­win­cjach pań­stwa Hohen­zol­ler­nów (póź­niej­szy VIII kor­pus pru­skiej armii) został Gne­ise­nau, kolejny obok Scharn­hor­sta (pole­głego w 1813 roku) wielki patron kariery Clau­se­witza z kręgu pru­skich refor­ma­to­rów woj­sko­wych. Autor O woj­nie został z reko­men­da­cji Gne­ise­naua mia­no­wany sze­fem sztabu całego kor­pusu z sie­dzibą w Koblen­cji.

W poło­wie 1816 roku Gne­ise­nau odwo­łano do Ber­lina, gdzie został człon­kiem Rady Pań­stwa (Sta­at­srat), gre­mium pozba­wio­nego jako ciało opi­nio­daw­cze real­nego wpływu na wła­dzę. Refor­ma­tor pru­skiej armii z reko­men­da­cji kanc­le­rza Har­den­berga był tam odpo­wie­dzialny ze sprawy zwią­zane z woj­sko­wo­ścią i poli­tyką zagra­niczną. Cho­ciaż coraz bar­dziej odsu­wany od wpływu na dal­szy kształt reform woj­sko­wych w Pru­sach Gne­ise­nau nie pozo­stał cał­kiem bez­silny. Po jego namo­wach Clau­se­witz pod koniec 1817 roku zło­żył apli­ka­cję o zatrud­nie­nie na sta­no­wi­sku dyrek­tora Aka­de­mii Wojen­nej w Ber­li­nie. Zgło­sze­nie roz­pa­try­wano nie­mal pół roku. W naj­bliż­szym kręgu Fry­de­ryka Wil­helma III nie tylko pamię­tano Clau­se­witzowi "nie­lo­jal­ność" z 1812 roku, ale dodat­kowo podej­rze­wano go o "rady­ka­lizm" (czy­taj: związki ze śro­do­wi­skiem ofi­ce­rów refor­ma­to­rów), co mogłoby mieć "nie­ko­rzystny wpływ na mło­dzież"18. Osta­tecz­nie jed­nak król Fry­de­ryk Wil­helm III zaak­cep­to­wał w maju 1818 roku kan­dy­da­turę Clau­se­witza.

Sta­no­wi­sko, które objął autor O woj­nie, było natury czy­sto admi­ni­stra­cyj­nej, dale­kie od speł­nie­nia jego ambi­cji. Tym należy tłu­ma­czyć pod­jęte w krót­kim cza­sie po powro­cie do Ber­lina sta­ra­nia świeżo mia­no­wa­nego dyrek­tora Aka­de­mii Wojen­nej, aby pod­jąć służbę w pru­skiej dyplo­ma­cji. Clau­se­witz myślał przez pewien czas o sta­no­wi­sku amba­sa­dora pru­skiego przy Dwo­rze św. Jakuba w Lon­dy­nie19.

Nie­speł­niony w woj­sku, bez szans na karierę w dyplo­ma­cji, Clau­se­witz oddał się aktyw­no­ści pisar­skiej. Po 1816 roku uka­zało się sze­reg jego tek­stów doty­czą­cych wojen napo­le­oń­skich. "Ser­cem" napi­sał bio­gra­fię Scharn­hor­sta. W latach 1819-1827 napi­sał rów­nież sześć pierw­szych ksiąg swo­jego opus vitae, opu­bli­ko­wa­nego po jego śmierci trak­tatu O woj­nie20.

W 1830 roku Clau­se­witz został zmu­szony do odło­że­nia prac nad manu­skryp­tem swo­jego naj­waż­niej­szego dzieła z powodu obję­cia nowych obo­wiąz­ków. Został inspek­to­rem arty­le­rii armii pru­skiej, a po wybu­chu powsta­nia listo­pa­do­wego w zabo­rze rosyj­skim został w grud­niu 1830 roku sze­fem sztabu kor­pusu obser­wa­cyj­nego wysła­nego przez Ber­lin nad gra­nicę pru­sko-rosyj­ską. Kor­pu­sem dowo­dził gen. Gne­ise­nau.

Po obu stro­nach kor­donu sza­lała wów­czas epi­de­mia cho­lery. Jej ofiarą padł m.in. dowódca sił rosyj­skich wal­czą­cych z armią pol­ską gen. Iwan Dybicz. Zaraza zbie­rała krwawe żniwo rów­nież po stro­nie pru­skiej. W sierp­niu 1831 roku na cho­lerę zmarł Gne­ise­nau. 16 listo­pada 1831 roku jej ofiarą padł we Wro­cła­wiu Clau­se­witz. Z powodu zagro­że­nia epi­de­micz­nego pogrzeb pru­skiego gene­rała był szybki i kame­ralny (jego ciało zostało wcze­śniej pod­dane kre­ma­cji, co w tam­tych cza­sach było rze­czą nad­zwy­czajną). Pro­chy Clau­se­witza zło­żono dwa dni póź­niej na cmen­ta­rzu woj­sko­wym we Wro­cła­wiu. Był to ukłon w stronę rodziny zmar­łego gene­rała, ponie­waż w cza­sie epi­de­mii jej ofiary cho­wano w zbio­ro­wych mogi­łach w osob­nych miej­scach pochówku. Po dru­giej woj­nie świa­to­wej, sta­ra­niem komu­ni­stycz­nych władz Nie­miec­kiej Repu­bliki Demo­kra­tycz­nej, zapi­su­ją­cych ryczał­towo pru­skich refor­ma­to­rów do "postę­po­wej tra­dy­cji narodu nie­miec­kiego", po uzy­ska­niu zgody władz PRL, pro­chy Clau­se­witza zostały prze­nie­sione w 1971 roku do gro­bowca rodzin­nego w Burgu koło Mag­de­burga.

W przy­padku pol­skiej edy­cji trak­tatu O woj­nie warto zatrzy­mać się na chwilę przy zagad­nie­niu "Clau­se­witz a Pol­ska". Autor pre­zen­to­wa­nego dzieła w swo­jej pry­wat­nej kore­spon­den­cji oraz publi­ko­wa­nych tek­stach nie­jed­no­krot­nie wypo­wia­dał się o naszym kraju. Zawar­tość i ton jego wypo­wie­dzi pozwa­lają zakwa­li­fi­ko­wać rów­nież autora O woj­nie do grona tych przed­sta­wi­cieli pru­skich elit inte­lek­tu­al­nych i poli­tycz­nych pierw­szej połowy dzie­więt­na­stego wieku, które sys­te­ma­tycz­nie anga­żo­wały się w anty­pol­skie wojny kul­tu­rowe21. Ich zasad­ni­czym ele­men­tem było uza­sad­nia­nie roz­bio­rów Pol­ski jako czynu na wskroś koniecz­nego i cywi­li­za­cyj­nie dobro­czyn­nego - dla Prus, całej Europy, ale rów­nież dla samych Pola­ków. Naj­pierw trzeba było jed­nak przed­sta­wić Pol­skę znisz­czoną pod koniec osiem­na­stego wieku jako "ostatni kraj Europy" (wedle słów ini­cja­tora pierw­szego roz­bioru Pol­ski, króla Prus Fry­de­ryka II).

Przy oka­zji kam­pa­nii 1812 roku, któ­rej znaczna część prze­bie­gała na "zie­miach zabra­nych" daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, Clau­se­witz w swo­ich listach nie­jed­no­krot­nie pisał o Pol­sce. Jesz­cze w cza­sie swo­jej podróży do rosyj­skiej kwa­tery głów­nej przez zie­mie Księ­stwa War­szaw­skiego pisał do swo­jej narze­czo­nej o Pola­kach jako o "naro­dzie, który w nie­szczę­ściu jest tchórz­liwy i słu­żal­czy, a gdy mu się wie­dzie jest aro­gancki i pewny sie­bie". Z kolei widok pol­skich wsi - "sza­rych zie­mia­nek, wokół któ­rych kłę­bią się sza­rzy, brudni ludzie, na podo­bień­stwo wszy na stru­pie" - skła­niał go raczej "do współ­czu­cia z powodu tego dzie­cin­nego zaro­zu­mial­stwa"22.

Jak w przy­padku sze­regu innych pru­skich (nie­miec­kich) podróż­ni­ków prze­mie­rza­ją­cych w dzie­więt­na­stym stu­le­ciu zie­mie daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej poja­wił się rów­nież u Clau­se­witza motyw żydow­ski jako uza­sad­nie­nie argu­men­ta­cji o cywi­li­za­cyj­nym zapóź­nie­niu tych obsza­rów. Jesz­cze expres­sis ver­bis nie pada w jego listach okre­śle­nie "Ostju­den" ("Żydzi Wschodni") jako syno­nimu odra­ża­ją­cych nie­do­stat­ków kul­tu­ro­wych (ta kate­go­ria pojawi się w nie­miec­kim dys­kur­sie pod koniec stu­le­cia), ale prze­jeż­dża­jąc w 1812 roku, pisał Clau­se­witz do swo­jej żony o "brud­nych nie­miec­kich Żydach, kłę­bią­cych się niczym zarazki w bru­dzie i nędzy" jako o "patry­cju­szach na tych zie­miach"23.

Wnio­sek, jaki wycią­gnął Clau­se­witz z obser­wa­cji czy­nio­nych w 1812 roku, zda­wał się jed­no­znaczny: "Roz­biory Pol­ski były dzie­łem dobro­czyn­nym. Zostały posta­no­wione przez los, aby ten naród [pol­ski], który od tysiąca lat trwa w takim sta­nie, raz na zawsze z niego wyzwo­lić"24.

Kwe­stia pol­ska po raz kolejny zajęła uwagę Clau­se­witza pod koniec jego życia, gdy w zabo­rze rosyj­skim wybu­chło powsta­nie listo­pa­dowe i roz­po­częła się regu­larna wojna pol­sko-rosyj­ska. W pisa­nych pod wra­że­niem pol­skiej insu­rek­cji tek­stach (Europa od cza­sów roz­bio­rów Pol­ski oraz Pod­sta­wowa kwe­stia nie­miec­kiej egzy­sten­cji) Clau­se­witz wycho­dził z zało­że­nia, że należy odrzu­cić "mora­li­styczne podej­ście do sprawy pol­skiej"25.

Zwłasz­cza Prusy powinny się w tej spra­wie kie­ro­wać chłodną kal­ku­la­cją, bio­rąc pod uwagę przede wszyst­kim swoją rację stanu. Ta zaś kazała oba­wiać się, że nie­pod­le­gła Pol­ska ozna­czać będzie rady­kalne pogor­sze­nie się sytu­acji geo­po­li­tycz­nej pań­stwa Hohen­zol­ler­nów. Nie tylko zagro­żona będzie trwa­łość ich pol­skich nabyt­ków uzy­ska­nych w wyniku roz­bio­rów Pol­ski, bez któ­rych trudno było myśleć o utrzy­ma­niu mocar­stwo­wego sta­tusu Prus. Resty­tu­cja pol­skiej pań­stwo­wo­ści ozna­czać będzie rów­nież, że u wschod­nich gra­nic Prus znaj­dzie się wierny sojusz­nik Fran­cji. To zaś w dal­szej per­spek­ty­wie postawi znak zapy­ta­nia nad trwa­ło­ścią pru­skiej obec­no­ści nad Renem26. Prusy w sytu­acji odzy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści przy­po­mi­nać będą, jak pisał Clau­se­witz w eseju Europa od czasu roz­bio­rów Pol­ski, "oka­le­czo­nego wojow­nika, pozba­wio­nego czwar­tej czę­ści swo­jej lud­no­ści, i jed­nej trze­ciej tery­to­rium, trzy­ma­ją­cego swoją lewą ręką tar­czę nisko nad głową, a prawą ręką trzy­ma­jącą miecz prze­ciw Fran­cji trzy­sta mil dalej"27.

Nie­pod­le­głość Pol­ski, prze­ko­ny­wał Clau­se­witz, ozna­czała rów­nież kło­poty dla całej Europy. Bać się powinna Austria nie­pewna swo­ich pol­skich pro­win­cji, ale rów­nież zagro­żona (w razie powsta­nia Rze­czy­po­spo­li­tej) na Węgrzech. Także w inte­re­sie Anglii, pod­kre­ślał pru­ski gene­rał, było nie­do­pusz­cze­nie do odzy­ska­nia przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści, bo pro­wa­dzić ona będzie w natu­ralny spo­sób do zachwia­nia na korzyść Fran­cji sys­temu rów­no­wagi w Euro­pie28.

Naj­sil­niej­sza wspól­nota inte­re­sów łączyła jed­nak Prusy w odnie­sie­niu do kwe­stii pol­skiej z Rosją. Zacho­wa­nie na zie­miach podzie­lo­nej Pol­ski roz­bio­ro­wego sta­tus quo przy­pie­czę­to­wa­nego na kon­gre­sie wie­deń­skim, było spo­iwem łączą­cym żywotne inte­resy Ber­lina i Peters­burga. Pod tym wzglę­dem Clau­se­witz był wyra­zi­cie­lem kla­sycz­nej od cza­sów Fry­de­ryka II, a potem kon­ty­nu­owa­nej przez Bismarcka wizji pru­skiej Staatsräson. Rów­nież "żela­zny kanc­lerz" mógłby pod­pi­sać się pod sło­wami Clau­se­witza napi­sa­nymi na początku 1831 roku: "Biada nam, jeśli Rosja porzuci pol­ską koronę i wycofa się ze swo­ich pol­skich pro­win­cji - Litwy, Woły­nia i Podola, co według nie­któ­rych nie­miec­kich filo­zo­fów będzie rów­no­znaczne z nasta­niem zło­tego wieku na wscho­dzie. Zmu­szona lub skło­niona do tego Rosja cał­ko­wi­cie odwróci się od Europy Zachod­niej, od któ­rej nie będzie już musiała niczego się oba­wiać i niczego ocze­ki­wać. Niemcy w ten spo­sób zostaną pozo­sta­wione same sobie, a Polacy i Fran­cuzi, któ­rzy bar­dziej jesz­cze niż nie­na­wi­dzą, pogar­dzają nami, poda­dzą sobie ręce nad Łabą"29.

Zacy­to­wane słowa pocho­dzą z eseju Clau­se­witza pt. Pod­sta­wowa kwe­stia nie­miec­kiej egzy­sten­cji, w któ­rym z nie­zno­szącą sprze­ciwu pew­no­ścią twier­dził on, że nie ma narodu, wobec któ­rego Polacy oka­zy­wa­liby wię­cej pogardy ani­żeli wobec Niem­ców, a to z powodu, że żaden inny naród tak bar­dzo nie kon­tra­stuje z ich [Pola­ków] naro­do­wym cha­rak­te­rem"30. Polacy - pisał pru­ski stra­teg - "to bar­dzo zdolny naród, który jed­nak pośród innych cywi­li­zo­wa­nych, euro­pej­skich państw pozo­stał pół-tatar­ski". Nie­pod­le­gło­ściowe dąże­nia narodu pol­skiego wyra­żone w toczą­cej się woj­nie z Rosją są więc próbą "wyra­że­nia na nowo jego tatar­skiej natury"31. W tym świe­tle posta­wione w tek­ście przez Clau­se­witza pyta­nia: "Czy możemy się łudzić, że życze­nie tzw. wyzwo­le­nia Pol­ski będzie w inte­re­sie ludz­ko­ści? Czy lepiej służy ludz­ko­ści zmar­twych­wsta­nie Sar­ma­tów ani­żeli ochrona Niem­ców?" były pyta­niami reto­rycz­nymi32.

Od cza­sów Fry­de­ryka II pru­skie elity poli­tyczne w spra­wie pol­skiej łączyły kal­ku­la­cje geopoli­tyczne z surową oceną kon­dy­cji cywi­li­za­cyj­nej narodu pol­skiego. Pod tym wzglę­dem Clau­se­witz - także wśród pru­skich refor­ma­to­rów po 1806 roku - nie był wyjąt­kiem33. Wyra­żane prze­zeń prze­ko­na­nie, że roz­biory Pol­ski nie tylko nie były czymś złym, ale były ze strony Prus aktem dobrej woli wobec zapóź­nio­nego cywi­li­za­cyj­nie narodu pol­skiego, który dzięki temu będzie mógł czer­pać z kry­nicy praw­dzi­wej cywi­li­za­cji, sta­wiało pru­skiego stra­tega na równi z takimi waż­nymi nie tylko dla nie­miec­kiego kręgu kul­tu­ro­wego posta­ciami jak Imma­nuel Kant, Georg Wil­helm Hegel, Wil­helm von Hum­boldt czy Johann Wol­fgang Goethe34.

Takie nasta­wie­nie widoczne jest rów­nież w naj­waż­niej­szym dziele Clau­se­witza. W trak­ta­cie O woj­nie prze­ko­ny­wał, że nie ma nic bar­dziej błęd­nego ani­żeli trak­to­wa­nie Pol­ski jako przed­mu­rza zachod­niej cywi­li­za­cji. To raczej "poło­żony mię­dzy innymi pań­stwami, pozba­wiony moż­li­wo­ści obrony step". Jego "bez­sze­lestny upa­dek" nie powi­nien nikogo w Euro­pie dzi­wić, podob­nie jak nie dzi­wił nikogo "cichy zmierzch krym­skich Tata­rów"35. Trzeba powie­dzieć, że nawet jak na stan­dardy pru­skich Kul­tur­tre­ge­rów, pre­dy­lek­cja Clau­se­witza do zrów­ny­wa­nia nas z Tata­rami i pełne pogardy trak­to­wa­nie pol­skich wysił­ków na rzecz zacho­wa­nia nie­pod­le­gło­ści były czymś wyjąt­ko­wym.

Jed­nak na kil­ku­set stro­nach dzieła Clau­se­witza sprawa pol­ska poja­wia się jedy­nie mar­gi­nal­nie. Zasad­ni­czym celem pru­skiego gene­rała był wykład teo­rii sztuki wojen­nej, która "miała edu­ko­wać umysł przy­szłego dowódcy, a mówiąc pre­cy­zyj­niej: słu­żyć mu jako prze­wod­nik w jego samo­kształ­ce­niu się, a nie towa­rzy­szyć mu na polu bitwy"36. Jak słusz­nie zauważa jeden z naj­wy­bit­niej­szych znaw­ców myśli Clau­se­witza (P. Paret), przez całe dzieło pru­skiego gene­rała prze­wija się reflek­sja nad rela­cją mię­dzy środ­kami a celami w cza­sie pro­wa­dzo­nych dzia­łań wojen­nych. Sta­wia on sobie za cel zro­zu­mie­nie rze­czy­wi­sto­ści (nie tylko mili­tar­nej), którą nazy­wamy wojną37.

Clau­se­witz, ufor­mo­wany przez nie­miecką filo­zo­fię ide­ali­styczną, pisze więc o "woj­nie abso­lut­nej" ("ide­al­nej") oraz o róż­nych for­mach real­nie sto­czo­nych kam­pa­nii wojen­nych. Pozo­stają one na kar­tach trak­tatu pru­skiego gene­rała w "dia­lek­tycz­nych rela­cjach" wobec sie­bie. Sprawa doty­czy nie tylko sto­sunku mię­dzy "wojną ide­alną" a wojną realną. Istota rze­czy polega rów­nież na zba­da­niu rela­cji zacho­dzą­cych mię­dzy "zadzi­wia­jącą trójcą" spo­ty­kaną w każ­dej woj­nie - prze­mocą, przy­pad­kiem i rozumną kal­ku­la­cją38.

Naczel­nym celem każ­dej wojny jest - pod­kre­śla Clau­se­witz - "narzu­ce­nie swo­jej woli wro­gowi". Wojna jest bowiem "zde­rze­niem zasad­ni­czych inte­re­sów, które roz­strzyga się przez roz­lew krwi. Tym wojna różni się od innych kon­flik­tów. Bar­dziej niż do sztuki należy ją porów­nać do han­dlu, który rów­nież jest kon­flik­tem ludz­kich inte­re­sów i aktyw­no­ści. Jesz­cze bar­dziej podobna jest do poli­tyki, którą z kolei można porów­nać do han­dlu na więk­szą skalę"39.

Dostrze­że­nie przez pru­skiego gene­rała ści­słej rela­cji mię­dzy wojną a poli­tyką to znak roz­po­znaw­czy jego dzieła. Do dzi­siaj uwa­żany przez bada­czy jego twór­czo­ści za zasad­ni­czy, bo naj­bar­dziej trwały, walor jego dzieła40.

Mak­syma, że "wojna jest kon­ty­nu­acją poli­tyki za pomocą innych środ­ków" jest do dzi­siaj chyba naj­czę­ściej cyto­wa­nym zda­niem z całego trak­tatu O woj­nie. Poli­tyka poprze­dza bowiem wojnę - pod­kre­śla pru­ski gene­rał. "Wojna jest aktem poli­tycz­nym", ponie­waż jej wybuch jest moty­wo­wany wolą osią­gnię­cia kon­kret­nego poli­tycz­nego celu. Dla­tego "wojny nie można oddzie­lić od życia poli­tycz­nego, a gdy tylko wyda­rza się to w naszym myśle­niu o woj­nie, nisz­czone są te liczne więzy łączące te dwa ele­menty [wojnę i poli­tykę - G.K.] i zosta­jemy z czymś nic nie zna­czą­cym i pozba­wio­nym sensu"41.

Opra­co­wy­wane w szta­bach plany kam­pa­nii (ele­ment racjo­nalny) oraz zasto­so­wane siły mili­tarne (ele­ment prze­mocy) wery­fi­ko­wane są na polu bitwy, gdzie nie­ba­ga­telną rolę odgrywa przy­pa­dek, dopeł­nia­jący "zadzi­wia­jącą trójcę". Clau­se­witz pisze w tym kon­tek­ście o "Frik­tion" (dosł.: tar­cie)42. Warunki pogo­dowe czy nagłe pro­blemy apro­wi­za­cyjne mogą zawa­żyć na wyniku decy­du­ją­cego star­cia bitew­nego. Miarą wiel­kiego wodza oprócz posia­da­nia coup d'oeil (tj. umie­jęt­no­ści cało­ścio­wej oceny sytu­acji, "z lotu ptaka") i deter­mi­na­cji do wytrwa­nia w prze­ciw­no­ściach, jest uwzględ­nia­nie roli przy­padku w cza­sie pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych43. "Dzia­ła­nie w cza­sie wojny jest jak poru­sza­nie się w śro­do­wi­sku, które sta­wia opór. Podob­nie jak naj­prost­szy i naj­bar­dziej natu­ralny z ruchów - cho­dze­nie - nie jest łatwy w wodzie, podob­nie w cza­sie wojny trudno jest za pomocą zwy­czaj­nych wysił­ków osią­gnąć nawet umiar­ko­wane rezul­taty. Tar­cie (Frik­tion) - jak to nazy­wamy - spra­wia, że to, co wydaje się takie łatwe, jest takie trudne"44.

Habent sua fata libelli. Ta łaciń­ska mak­syma w podwój­nym sen­sie odnosi się do trak­tatu O woj­nie Clau­se­witza. W tym przy­padku bowiem nie tylko cho­dzi o dzieje recep­cji dzieła pru­skiego gene­rała, ale rów­nież o to, w jaki spo­sób osią­gnęło ono swój osta­teczny kształt po śmierci autora. Clau­se­witz pra­co­wał nad nim kil­ka­na­ście lat i pozo­sta­wił je nie­do­koń­czone. Na to nakła­dał się jego spe­cy­ficzny spo­sób pracy. Jak sam pisał na rok przed śmier­cią: "ręko­pis o spo­so­bie pro­wa­dze­nia wiel­kich ope­ra­cji wojen­nych, który zosta­nie zna­le­ziony po mojej śmierci, w swoim obec­nym sta­nie należy uwa­żać za zbiór mate­ria­łów, z któ­rych należy wyde­sty­lo­wać teo­rię wojny"45.

Pru­ski gene­rał pozo­sta­wił więc dzieło nie­ukoń­czone. Nawet we frag­men­tach, które wyda­wały się kom­pletne, znaj­do­wały się dodatki zamiesz­czane tam na prze­strzeni lat. To zaś ozna­czało powtó­rze­nia lub nie­ja­sno­ści, co do rze­czy­wi­stej inten­cji autora. "Desty­la­cją" teo­rii sztuki wojen­nej z tych mate­ria­łów, czyli osta­teczną redak­cją tek­stu, zajęła się więc wdowa po Clau­se­witzu, która wspól­nie ze swoim bra­tem Frit­zem von Brühlem zajęła się pracą nad finalną formą naj­waż­niej­szego dzieła swo­jego zmar­łego męża46. W latach 1832-1835 uka­zało się ono w trzech tomach w ber­liń­skiej ofi­cy­nie Fer­di­nanda Dümmlera (pierw­szy tom obej­mo­wał księgi od pierw­szej do czwar­tej, w dru­gim zna­la­zły się księgi piąta i szó­sta, w ostat­nim tomie zamiesz­czono księgę siódmą i ósmą).

Przez lata bada­cze zaj­mu­jący się dzie­łem pru­skiego gene­rała zasta­na­wiali się nad tym, ile w tym, co zostało wydru­ko­wane, było z samego Clau­se­witza, a ile "redak­cyj­nych dosto­so­wań" jego żony i szwa­gra. W odnie­sie­niu do pierw­szej edy­cji trak­tatu O woj­nie, któ­rego pierw­szy tom uka­zał się w mało osza­ła­mia­ją­cym nakła­dzie pół­tora tysiąca egzem­pla­rzy, inge­ren­cje te - stwier­dzają bada­nia bio­gra­fów pru­skiego stra­tega - były nie­znaczne. Co innego w przy­padku kolej­nej nie­miec­kiej edy­cji z 1853 roku, którą po śmierci w 1836 roku żony Clau­se­witza przy­go­to­wy­wał już tylko Fritz von Brühl. W tym przy­padku "prace redak­cyjne" ozna­czały głę­boką inge­ren­cję w tekst. Tak zwana wer­sja Brühla w prze­ci­wień­stwie do ory­gi­nału odwra­cała na przy­kład rela­cje mię­dzy "czyn­ni­kiem poli­tycz­nym" a "czyn­ni­kiem woj­sko­wym". W tek­ście pier­wot­nym jest mowa o tym (w księ­dze VIII), że "gabi­net" (czy­taj: rząd) powi­nien mieć realny wpływ na prze­bieg dzia­łań wojen­nych. Wyda­nie z 1853 roku pod­kre­śla z kolei koniecz­ność obec­no­ści w rzą­dzie naczel­nego dowódcy, "tak aby mógł uczest­ni­czyć w naj­waż­niej­szych momen­tach dys­ku­sji i decy­zji [poli­tycz­nych]"47.

W chwili, gdy uka­zy­wało się dru­gie wyda­nie trak­tatu O woj­nie, trudno było mówić o popu­lar­no­ści Clau­se­witza jako teo­re­tyka sztuki wojen­nej. Miał on nadzieję, że jego naj­waż­niej­sze dzieło "nie zosta­nie zapo­mniane po dwóch czy trzech latach"48. Zapo­mniane nie zostało, ale jesz­cze w 1867 roku w euro­pej­skiej pra­sie zaj­mu­ją­cej się teo­rią wojny pisano o pru­skim gene­rale, że "jest dobrze znany, ale mało czy­tany"49.

W momen­cie, w któ­rym ta opi­nia była for­mu­ło­wana, recep­cja Clau­se­witza zyski­wała w pań­stwach nie­miec­kich nową dyna­mikę. Z pew­no­ścią należy to wią­zać z osobą gene­rała, a następ­nie feld­mar­szałka Hel­mu­tha von Moltke, od 1858 roku szefa pru­skiego sztabu gene­ral­nego, autora zwy­cię­skich kam­pa­nii wojen­nych prze­ciw Danii (1864), Austrii (1866) oraz Fran­cji (1870/1871), które prze­są­dziły o zjed­no­cze­niu Nie­miec przez pań­stwo Hohen­zol­ler­nów. Moltke przy­zna­wał, że trzy książki wywarły na niego naj­więk­szy wpływ: Biblia, dzieła Homera oraz O woj­nie Clau­se­witza. Inspi­ra­cje z tego ostat­niego były w pismach woj­sko­wych zwy­cięzcy spod Sadowy tak wyraźne, że "aż noszą zna­miona pla­giatu"50.

Za sprawą Molt­kego dzieło Clau­se­witza stało się lek­turą obo­wiąz­kową w szkol­nic­twie woj­sko­wym cesar­skiej Rze­szy Nie­miec­kiej. Już w 1873 roku w nie­miec­kiej pra­sie woj­sko­wej pisano, że "Clau­se­witz zyskał sobie miano naj­waż­niej­szego auto­ry­tetu w zakre­sie edu­ka­cji woj­sko­wej w Niem­czech"51. "Czyn­nik poli­tyczny" nie był w sta­nie nadą­żyć za tą zmianą. Otto von Bismarck - kanc­lerz Rze­szy i pre­mier Prus - przy­zna­wał w 1889 roku: "Ze wsty­dem wyznaję, że ni­gdy nie czy­ta­łem Clau­se­witza i nie­wiele wię­cej o nim wiem ponad to, że był zasłu­żo­nym gene­ra­łem"52.

Prze­łom dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku przy­niósł wzrost zain­te­re­so­wa­nia trak­ta­tem Clau­se­witza we Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Na Wyspach pierw­sze wyda­nie O woj­nie uka­zało się w 1873 roku53. Wcze­śniej publi­ko­wano tam mniej­sze roz­prawy pru­skiego gene­rała. Wel­ling­ton wysoko cenił na przy­kład jego opis anty­na­po­le­oń­skiej kam­pa­nii 1815 roku54. Praw­dziwy "boom na Clau­se­witza" miał miej­sce w Zjed­no­czo­nym Kró­le­stwie na początku dwu­dzie­stego wieku, gdy po woj­nie bur­skiej (1899-1902) podej­mo­wano nad Tamizą reflek­sje nad orga­ni­za­cją i roz­bu­dową sił lądo­wych, co zresztą pozo­stało w ści­słym związku z rysu­jącą się per­spek­tywą mili­tar­nego zaan­ga­żo­wa­nia Wiel­kiej Bry­ta­nii na kon­ty­nen­cie jako sojusz­nika Fran­cji (od 1904 roku obo­wią­zy­wało entente cor­diale Lon­dynu z Pary­żem)55. Wyba­czono więc pru­skiemu gene­ra­łowi, że w swoim dziele cał­ko­wi­cie pomi­nął rolę mary­narki wojen­nej.

W tym samym cza­sie odkry­wano O woj­nie we Fran­cji. Pod wpły­wem dzieła Clau­se­witza pozo­sta­wał Fer­dy­nand Foche, póź­niej­szy "mar­sza­łek trzech naro­dów" (Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii i Pol­ski), któ­rego Zasady wojny opu­bli­ko­wane w 1903 roku nosiły zna­miona sil­nego inspi­ro­wa­nia się myślą pru­skiego stra­tega56. Jak pisał w 1912 roku fran­cu­ski histo­ryk woj­sko­wo­ści Jean Colin, główna zasługa Clau­se­witza pole­gała na "wyrzu­ce­niu for­ma­li­zmu z edu­ka­cji woj­sko­wej"57.

Na początku dwu­dzie­stego wieku O woj­nie czy­tano i recy­po­wano rów­nież na innych kon­ty­nen­tach. W cza­sie wojny rosyj­sko-japoń­skiej gene­ra­ło­wie z Kraju Kwit­ną­cej Wiśni byli już po grun­tow­nej lek­tu­rze dzieła pru­skiego gene­rała58. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych wzrost zain­te­re­so­wa­nia dzie­łem Clau­se­witza nastą­pił po zakoń­cze­niu pierw­szej wojny świa­to­wej, cho­ciaż co bar­dziej zdolni ofi­ce­ro­wie już wcze­śniej czy­tali O woj­nie. Geo­rge Pat­ton zabrał w 1910 roku książkę Clau­se­witza w swoją podróż poślubną (egzem­plarz nabył w Anglii). Narze­kał jedy­nie na nad­miar przy­pi­sów "potrzeb­nych jak psu muchy"59.

Zapa­lo­nym czy­tel­ni­kiem trak­tatu O woj­nie był Wło­dzi­mierz Lenin. Na prze­ło­mie 1914 i 1915 roku całymi dniami ślę­czał w szwaj­car­skim Ber­nie nad dzie­łem pru­skiego stra­tega, robiąc z tek­stu obszerne wypisy. Praw­dzi­wym "obja­wie­niem" dla wodza bol­sze­wi­ków było uję­cie przez Clau­se­witza związ­ków mię­dzy wojną a poli­tyką (wojna jako "poli­tyka reali­zo­wana innymi środ­kami"). Dla szy­ku­ją­cego się do pod­boju Rosji od wewnątrz (wojna domowa) twórcy pań­stwa "nowego typu" była to prak­tyczna wska­zówka. Podob­nie jak zwró­ce­nie uwagi przez pru­skiego gene­rała na klu­czowe zna­cze­nie oddzia­ły­wa­nia na morale wroga60. Po utwo­rze­niu Związku Sowiec­kiego O woj­nie zna­la­zło się w kano­nie lek­tur uczelni kształ­cą­cych kadrę ofi­cer­ską Armii Czer­wo­nej. Zresztą twórca tej ostat­niej, Lew Trocki, także nale­żał do grona admi­ra­to­rów Clau­se­witza.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej, w dobie zagro­że­nia glo­bal­nym kon­flik­tem nukle­ar­nym, zain­te­re­so­wa­nie dzie­łem pru­skiego stra­tega osła­bło, choć nie znik­nęło ono z cur­ri­cu­lum aka­de­mii woj­sko­wych naj­waż­niej­szych świa­to­wych mocarstw. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych pożytki z czy­ta­nia Clau­se­witza odkryto na nowo po klę­sce w woj­nie wiet­nam­skiej, gdy oka­zało się, że era kon­wen­cjo­nal­nych kon­flik­tów wcale nie prze­mi­nęła61. Nawet świat ame­ry­kań­skiej poli­tyki "odkry­wał" Clau­se­witza. Trak­tat O woj­nie cenił Henry Kis­sin­ger, doradca ds. bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego i sekre­tarz stanu w admi­ni­stra­cjach Richarda Nixona i Geralda Forda (oraz lau­reat poko­jo­wej Nagrody Nobla w 1973 roku)62.

Pod koniec "zim­nej wojny" jeden z czo­ło­wych znaw­ców twór­czo­ści Clau­se­witza za oce­anem napi­sał, że "książka O woj­nie jest czy­tana w naszych cza­sach, tak jak nie była czy­tana ni­gdy wcze­śniej"63. W dwu­dzie­stym pierw­szym wieku nie pamięta się już tak bar­dzo, że pru­ski gene­rał w swoim wykła­dzie teo­rii sztuki wojen­nej nie uwzględ­nił floty, ani roli gospo­darki jako ele­mentu wysiłku wojen­nego. Jak widzie­li­śmy, nie­któ­rzy trak­tują go nawet jako pre­kur­sora teo­rii zarzą­dza­nia (por. wyżej). Inni pod­kre­ślają, że lek­tura O woj­nie pomoże zro­zu­mieć naturę "asy­me­trycz­nych" kon­flik­tów zbroj­nych, wojny infor­ma­cyj­nej albo nauczy ame­ry­kań­skich mari­nes walki z par­ty­zantką miej­ską w Iraku64.

Wymowny jest rów­nież wzrost zain­te­re­so­wa­nia Clau­se­wit­zem we współ­cze­snych Niem­czech. W 1999 roku przy Aka­de­mii Woj­sko­wej Bun­de­swehry w Ham­burgu powstało "Mię­dzy­na­ro­dowe Cen­trum Clau­se­witza" (Inter­na­tio­nal Clau­se­witz Cen­ter), a w 2008 roku roz­po­częła dzia­łal­ność "Sieć Clau­se­witza Stu­diów Stra­te­gicz­nych" (Clau­se­witz Network for Stra­te­gic Stu­dies). W obu przy­pad­kach ani­ma­to­rem tych ini­cja­tyw był wykła­dowca myśli Clau­se­witza na uni­wer­sy­te­cie w Pocz­da­mie i były ofi­cer Bun­de­sma­rine, Len­nart Souchon (autor przy­ta­cza­nej w tym tek­ście książki o aktu­al­no­ści trak­tatu O woj­nie). Jeśli do tego dodać fakt, że w myśl obo­wią­zu­ją­cej od 2016 roku stra­te­gii bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego Nie­miec ("Biała Księga") wzo­rami wycho­waw­czymi dla żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów Bun­de­swehry mają być refor­ma­to­rzy pru­skiej armii po 1806 roku, to powrót Clau­se­witza do łask we współ­cze­snych demo­kra­tycz­nych i pro­za­chod­nich Niem­czech jest tym bar­dziej spek­ta­ku­larny.

Jeden z naj­wy­bit­niej­szych żyją­cych obec­nie bada­czy dzie­jów myśli stra­te­gicz­nej, Mar­tin van Cre­veld napi­sał w swo­jej Histo­rii sztuki wojen­nej, że "pośród zachod­nich pisa­rzy woj­sko­wych pozy­cja Clau­se­witza jest uni­ka­towa. Aby odwo­łać się do meta­fory: jego dzieło nie jest zwy­czajną książką kuchar­ską pełną prze­pi­sów odno­szą­cych się do skład­ni­ków i naczyń, które wła­ści­wie użyte, dadzą pewne potrawy. Jego dzieło wyja­śnia nato­miast naturę goto­wa­nia i do czego jest ono uży­wane, pozo­sta­wia­jąc czy­tel­ni­kowi swo­bodę spo­żyt­ko­wa­nia tej wie­dzy. W rezul­ta­cie, gdy postęp tech­no­lo­giczny spo­wo­do­wał zmiany w orga­ni­za­cji, stra­te­gii i tak­tyce, Clau­se­witz jako jedyny zacho­wał aktu­al­ność. Pod­czas gdy zale­d­wie parę detali zawar­tych w dziele O woj­nie jest pozba­wio­nych trwa­łego zna­cze­nia [...], książka jako całość trzyma się zadzi­wia­jąco dobrze jako "skarb ludz­kiego ducha""65.

Zapra­szamy więc do lek­tury "książki kuchar­skiej" pru­skiego gene­rała.

Prof. dr hab. Grze­gorz Kuchar­czyk

Notatki autora doty­czące dzieła O woj­nie

Notatki autora doty­czące dzieła O woj­nie

W spu­ściź­nie ręko­pi­śmien­nej po gene­rale Clau­se­witzu pozo­stały trzy notatki autora, wyja­śnia­jące metodę pracy nad dzie­łem O woj­nie. Pierw­sza z nich, bez daty, pocho­dzi praw­do­po­dob­nie z lat 1816-1818, kiedy to autor w Koblen­cji dopiero przy­stę­po­wał do pisa­nia tego dzieła, druga nosi datę 1827 roku, kiedy główny trzon dzieła był już opra­co­wany, a ostat­nia, rów­nież jak i pierw­sza, bez daty, ale pocho­dząca nie­wąt­pli­wie z ostat­nich lat życia gene­rała, świad­czy o zamie­rzo­nej prze­zeń prze­róbce cało­ści w kie­runku nada­nia roz­wa­ża­niom jak naj­więk­szej pre­cy­zji i głębi.

Ze względu na nie­zmienną waż­ność tych nota­tek dla zro­zu­mie­nia genezy dzieła i metody pracy autora przy­ta­czamy treść ich w cało­ści.

I

W zapi­sa­nych tu zda­niach poru­szone są zasad­ni­cze, według mnie, sprawy two­rzące tzw. stra­te­gię. Uwa­ża­łem je jesz­cze tylko za mate­riały, ale uzy­ska­łem już moż­ność sto­pie­nia ich w jedną całość.

Mate­riały te bowiem powstały bez uprzed­niego planu. Zamia­rem moim z początku było: bez oglą­da­nia się na sys­tem i ści­sły zwią­zek, napi­sać w zupeł­nie krót­kich, ści­słych, zwar­tych zda­niach to, co o naj­waż­niej­szych punk­tach tego przed­miotu stało się dla mnie zupeł­nie jasne.

Przy­cho­dzi mi przy tym na myśl spo­sób opra­co­wa­nia przed­miotu zasto­so­wany przez Mon­te­skiu­sza. Sądzi­łem, że takie krót­kie, afo­ry­styczne roz­działy, które pier­wot­nie chcia­łem nazwać ziar­nami, pocią­gnę­łyby ludzi inte­li­gent­nych zarówno przez to, co się da z nich wywnio­sko­wać, jak i przez to, co same stwier­dzają; myśla­łem przy tym o czy­tel­niku inte­li­gent­nym, już obe­zna­nym z przed­mio­tem. Natura moja jed­nak, która zawsze skła­nia mnie do wnio­sko­wa­nia i sys­te­ma­ty­zo­wa­nia, przy­szła i tu wresz­cie do głosu. Przez czas pewien zdo­by­wa­łem się na to, aby z roz­wa­żań pew­nych zagad­nień, które zapi­sy­wa­łem w celu uświa­do­mie­nia ich sobie i ugrun­to­wa­nia, wypro­wa­dzić tylko naj­waż­niej­sze wnio­ski i w ten spo­sób całą treść sku­pić w nie­wiel­kim tomie, póź­niej jed­nak wła­ści­wość mego cha­rak­teru owład­nęła mną cał­ko­wi­cie, zaczą­łem wyja­śniać, ile się dało, z myślą już teraz, oczy­wi­ście, o czy­tel­niku nieobe­zna­nym z przed­mio­tem.

Im wię­cej zaś pra­co­wa­łem, tym bar­dziej pod­da­wa­łem się duchowi bada­nia, tym wię­cej skła­nia­łem się ku sys­te­mowi, i tak stop­niowo dorzu­ca­łem roz­działy jeden za dru­gim.

Naj­now­szym moim zamia­rem było teraz jesz­cze raz wszystko przej­rzeć, we wcze­śniej­szych roz­dzia­łach nie­jedno bar­dziej umo­ty­wo­wać, w póź­niej­szych nato­miast wycią­gnąć może z nie­któ­rych ana­liz kon­kretne wnio­ski i w ten spo­sób zro­bić z tego wszyst­kiego zno­śną całość, mającą two­rzyć mały tom o for­ma­cie ósemki. Ale i w tym wypadku sta­ra­łem się uni­kać wszel­kich rze­czy zwy­czaj­nych, zro­zu­mia­łych samych przez się, setki razy wypo­wie­dzia­nych i wszę­dzie przy­ję­tych; gdyż ambi­cją moją było napi­sać taką książkę, która by nie była zapo­mniana po dwóch lub trzech latach i którą by każdy inte­re­su­jący się danym przed­mio­tem mógł wziąć do ręki w każ­dym razie czę­ściej niż jeden raz.

II

Pierw­sze sześć ksiąg, które są już w czy­sto­pi­sie, uwa­żam za dość nie­kształtną jesz­cze masę, która bez­względ­nie musi być jesz­cze raz opra­co­wana. W tym nowym opra­co­wa­niu uwy­dat­nią się wszę­dzie znacz­nie sil­niej dwa rodzaje wojny, a przez to wszyst­kie myśli nabiorą bar­dziej wyraź­nego sensu, okre­ślo­nego kie­runku, bliż­szego zasto­so­wa­nia. Te dwa rodzaje wojny są nastę­pu­jące: albo celem wojny jest poko­na­nie prze­ciw­nika (czy to przez znisz­cze­nie poli­tyczne, czy też obez­wład­nie­nie go i zmu­sze­nie w ten spo­sób do pokoju za wszelką cenę), albo też dąży się do jakiejś zdo­by­czy na gra­ni­cach wła­snego pań­stwa czy to dla posia­da­nia jej na stałe, czy też dla uzy­ska­nia cen­nego przed­miotu wymien­nego przy zawie­ra­niu pokoju. Formy przej­ściowe mię­dzy tymi dwoma rodza­jami muszą się z koniecz­no­ści zda­rzać, ale cał­ko­wi­cie odmienne natury obu tych dążeń prze­ni­kają wszę­dzie i powo­dują, że dąże­nia te, jako nie dające się pogo­dzić, wyod­ręb­niają się zawsze.

Poza tą istotną róż­nicą dzie­lącą wojny należy jesz­cze usta­lić wyraź­nie i ści­śle rów­nież prak­tycz­nie nie­zbędny punkt widze­nia, że wojna jest tylko dal­szym cią­giem poli­tyki pro­wa­dzo­nej innymi środ­kami. Ten punkt widze­nia, prze­strze­gany wszę­dzie, nada roz­wa­ża­niom naszym dużo wię­cej jed­no­li­to­ści i wszystko da się wtedy łatwiej wyło­żyć. I cho­ciaż ten punkt widze­nia znaj­dzie swe zasto­so­wa­nie głów­nie dopiero w księ­dze ósmej, to jed­nak powi­nien być już w księ­dze pierw­szej kom­plet­nie wyja­śniony i uwzględ­niony w nowym opra­co­wa­niu sze­ściu pierw­szych ksiąg. Dzięki temu sześć pierw­szych ksiąg pozbę­dzie się w nowym opra­co­wa­niu pew­nego bala­stu, nie­jedna rysa i roz­pa­dlina się wypełni i nie­które ogól­niki nabiorą bar­dziej okre­ślo­nych kształ­tów i myśli.

Księgę siódmą, o natar­ciu, posia­da­jącą już nakre­ślone szki­cowo nie­które roz­działy, należy trak­to­wać jako refleks księgi szó­stej: ma być ona nie­ba­wem opra­co­wana już sto­sow­nie do wyżej wyłusz­czo­nych punk­tów widze­nia, tak że nie będzie potrzeba jej prze­ra­biać, prze­ciw­nie, będzie mogła słu­żyć za wzór przy nowym opra­co­wa­niu pierw­szych sze­ściu ksiąg.

Księgi ósmej, o pla­nie wojny, to zna­czy w ogóle o przy­go­to­wa­niu całej wojny, nakre­ślono kilka roz­dzia­łów, któ­rych jed­nak nie należy trak­to­wać nawet jako mate­riał, lecz jako surowe jesz­cze prze­tra­wie­nie tego zagad­nie­nia, aby pod­czas samej pracy dopiero na dobre zdać sobie sprawę, o co tu cho­dzi. Zada­nie to zostało speł­nione, wobec czego zamie­rzam po ukoń­cze­niu siód­mej księgi natych­miast przy­stą­pić do opra­co­wa­nia ósmej, gdzie głów­nie dojdą do głosu oba wyżej wspo­mniane punkty widze­nia i wszystko uprosz­czą, ale też i pogłę­bią rów­no­cze­śnie. Mam nadzieję, że księga ta wygła­dzi wiele zała­mań w gło­wach stra­te­gów i mężów stanu, a przy­naj­mniej wykaże wszyst­kim, o co w woj­nie cho­dzi i co wła­ści­wie pod­czas wojny należy brać pod uwagę.

Jeśli teraz dzięki pracy nad ósmą księgą wyja­śnię sobie wła­sne poglądy i jeśli ogólne okre­śle­nia wojny ustalą się dosta­tecz­nie, to tym łatwiej mi będzie prze­nieść ich ducha na pierw­sze sześć ksiąg i uwzględ­nić te okre­śle­nia w całym dziele. Wtedy dopiero przy­stą­pię do prze­ra­bia­nia pierw­szych sze­ściu ksiąg.

Jeśliby mi jed­nak prze­rwała pracę przed­wcze­sna śmierć, wtedy to, co się tu znaj­duje, łatwo nazwane być może nie­kształt­nym zbio­ro­wi­skiem myśli, które nara­żone na nie­ustanne nie­po­ro­zu­mie­nia, mogą dać powód do wielu nie­doj­rza­łych kry­tyk; albo­wiem w tych kwe­stiach każdy sądzi, że to, co mu się pod pióro nawi­nie, jest cał­ko­wi­cie godne wypo­wie­dze­nia i wydru­ko­wa­nia i uważa to za tak nie­wąt­pliwe, jak dwa razy dwa - cztery. Jed­nak gdyby taki kry­tyk zadał sobie tyle trudu, aby jak ja całymi latami roz­my­ślać nad tymi kwe­stiami i spraw­dzać je przez histo­rię wojen, na pewno byłby ostroż­niej­szy przy wygła­sza­niu kry­tyk.

Sądzę jed­nak, że pomimo tej nie­do­sko­na­łej formy czy­tel­nik nie­uprze­dzony, a dążący do pozna­nia prawdy i ugrun­to­wa­nia swo­ich prze­ko­nań, nie prze­oczy w pierw­szych sze­ściu księ­gach owo­ców wie­lo­let­nich roz­my­ślań i gor­li­wych badań nad wojną i, być może, znaj­dzie tam takie myśli, które mogą spro­wa­dzić całą rewo­lu­cję w dzie­dzi­nie teo­rii wojny.

Ber­lin, dnia 10 lipca 1827 roku

III

Ręko­pis o pro­wa­dze­niu wiel­kiej wojny, który pozo­sta­nie po mej śmierci, może być potrak­to­wany w takim sta­nie, w jakim jest, tylko jako zbiór ułam­ków, z któ­rych trzeba będzie dopiero budo­wać teo­rię wiel­kiej wojny. Prze­ważna część tej pracy nie zado­wala mnie jesz­cze, a szó­stą księgę należy uwa­żać za zwy­czajną próbę - chęt­nie bym opra­co­wał ją cał­ko­wi­cie na nowo i szu­kał innego roz­wią­za­nia.

Jed­nak główne zasady, jakie się w tych mate­ria­łach uwi­dacz­niają, uwa­żam za wła­ściwe w sto­sunku do wojny; są one owo­cem wie­lo­stron­nych roz­my­ślań, skie­ro­wa­nych stale ku życiu prak­tycz­nemu i pomnych zawsze na to, czego mnie nauczyło doświad­cze­nie oraz prze­sta­wa­nie z wybit­nymi żoł­nie­rzami.

Księga siódma miała zawie­rać zagad­nie­nia natar­cia, co zostało już pobież­nie narzu­cone, ósma zaś - plan wojny, gdzie jesz­cze spe­cjal­nie chciał­bym ująć poli­tyczną i ogól­no­ludzką stronę wojny.

Roz­dział pierw­szy księgi pierw­szej jest jedyny, który uwa­żam za skoń­czony - posłuży on cało­ści przy­naj­mniej dla wyja­śnie­nia kie­runku, jaki chciał­bym nadać całemu dziełu.

Teo­ria wiel­kiej wojny, czyli tak zwana stra­te­gia, przed­sta­wia nad­zwy­czajne trud­no­ści i można śmiało powie­dzieć, że bar­dzo nie­wielu ludzi posiada o jej poszcze­gól­nych przed­mio­tach wyraźne, tzn. nie­zbędne, dosta­tecz­nie ze sobą powią­zane wyobra­że­nia. W prak­tyce zaś kie­ruje się prze­ważna ich liczba tylko pew­nym umia­rem, który osiąga swój cel lepiej lub gorzej, zależ­nie od wiel­ko­ści posia­da­nego przez nich geniu­szu.

Tak wła­śnie postę­po­wali wszy­scy wielcy wodzo­wie, a wiel­kość ich i geniusz w tym się wła­śnie po czę­ści zawie­rały, że dzięki temu umia­rowi zawsze osią­gali swój cel. Tak będzie zawsze w prak­tyce i na­dal, i ten umiar wystar­czy zupeł­nie. Jeśli jed­nak będzie potrzeba nie dzia­łać samemu, lecz na nara­dzie prze­ko­ny­wać innych, wtedy okażą się nie­zbędne jasne wyobra­że­nia i umie­jęt­ność wyka­za­nia wewnętrz­nego związku zda­rzeń. Ponie­waż jed­nak wykształ­ce­nie pod tym wzglę­dem jesz­cze bar­dzo mało posu­nęło się naprzód, przeto prze­ważna ilość narad sta­nowi bez­pod­stawną gada­ninę, w któ­rej wyniku albo każdy zostaje przy swoim zda­niu, albo zwy­czajne ustęp­stwa z ubocz­nych wzglę­dów pro­wa­dzą do prze­waż­nie bez­war­to­ścio­wego kom­pro­misu.

Jasne wyobra­że­nia w tych spra­wach nie są więc bez pożytku; poza tym umysł ludzki zdra­dza w ogóle powszechną dąż­ność do jasno­ści i odczuwa potrzebę szu­ka­nia wszę­dzie nie­zbęd­nego związku przy­czy­no­wego.

Wiel­kie trud­no­ści, jakie spra­wia taka filo­zo­ficzna nad­bu­dowa sztuki wojen­nej, i liczne bar­dzo nie­udane próby skło­niły więk­szość ludzi do sądze­nia, że taka teo­ria jest nie­moż­liwa, gdyż mowa tu o rze­czach nie­da­ją­cych się ująć w żadną stałą regułę. Zgo­dzi­li­by­śmy się z tym mnie­ma­niem i zanie­cha­li­by­śmy wszel­kich prób wytwo­rze­nia takiej teo­rii, gdyby nie oko­licz­ność, że bez trud­no­ści można usta­lić sporą ilość zdań zupeł­nie bez­spor­nych, jak np. że obrona jest formą sil­niej­szą o celu nega­tyw­nym, natar­cie zaś formą słab­szą, ale za to przy­no­szącą wyniki pozy­tywne; że wiel­kie suk­cesy pocią­gają za sobą mniej­sze i że wobec tego można dzia­ła­nia stra­te­giczne spro­wa­dzić do nie­wielu waż­nych punk­tów; że demon­stra­cja jest słab­szym uży­ciem sił niż rze­czy­wi­ste natar­cie i że musi być ona z tego powodu spe­cjal­nie uwa­run­ko­wana; że zwy­cię­stwo polega nie tylko na zdo­by­ciu pola bitwy, ale na znisz­cze­niu fizycz­nych i moral­nych sił zbroj­nych prze­ciw­nika i że znisz­cze­nie to prze­waż­nie uzy­skać można dopiero pod­czas pościgu po wygra­nej bitwie; że suk­ces tam jest naj­więk­szy, gdzie się zwy­cię­stwo wywal­czyło, że prze­ska­ki­wa­nie z jed­nego kie­runku na drugi należy uwa­żać tylko za zło nie­unik­nione; że obej­ście prze­ciw­nika jest uspra­wie­dli­wione tylko w wypadku, gdy posia­damy nad nim prze­wagę w ogóle albo też prze­wagę pod wzglę­dem wła­snych linii połą­czeń i odwro­to­wych, że zatem pozy­cje flan­kowe muszą też odpo­wia­dać tymże warun­kom; że każde natar­cie słab­nie w miarę, jak postę­puje.

Przed­mowa Autora

Przed­mowa Autora

Nie ulega już dziś wąt­pli­wo­ści, że poję­cie nauko­wo­ści nie polega wyłącz­nie, ani nawet prze­waż­nie, na sys­te­mie lub na goto­wej dok­try­nie. Sys­temu w pracy niniej­szej nie znaj­dzie się na pozór wcale, a zamiast goto­wej dok­tryny daje ona tylko jej uła­mek.

Formę naukową daje tej książce dąże­nie do zba­da­nia istoty zja­wisk wojen­nych i do wyka­za­nia ich związku z naturą ich skład­ni­ków. Nie cofa­li­śmy się ni­gdzie przed wysnu­ciem filo­zo­ficz­nych kon­se­kwen­cji; tam jed­nak, gdzie prze­cho­dziły one w zbyt cienką nić, autor wolał ją prze­rwać i nawią­zać do odpo­wied­nich doświad­czeń. Podob­nie bowiem, jak pewne rośliny wydają owoce tylko wtedy, gdy nie wybu­jają zbyt wysoko, tak i w dzia­łal­no­ści prak­tycz­nej nie należy pozwa­lać liściom i kwia­tom teo­rii zbyt­nio wyra­stać, prze­ciw­nie, raczej trzy­mać je w sfe­rze doświad­cze­nia, które jest grun­tem im wła­ści­wym.

Nie­wąt­pli­wie błę­dem byłoby sta­rać się z che­micz­nych skład­ni­ków ziarna wnio­sko­wać o kształ­cie kłosu, gdyż wystar­czy wyjść w pole, aby kłos ujrzeć gotowy. Bada­nie i obser­wa­cja, filo­zo­fia i doświad­cze­nie nie mogą się wza­jem­nie lek­ce­wa­żyć ani wyłą­czać, wyświad­czają one bowiem sobie wza­jemną pomoc. Zda­nia tej książki opie­rają się więc moc­nym skle­pie­niem wza­jem­nego uza­leż­nie­nia się albo na doświad­cze­niu, albo na zasad­ni­czym poję­ciu wojny, jak na nie­złom­nej pod­sta­wie, i nie potrze­bują zewnętrz­nych pod­pór.

Być może, że uda się komuś napi­sać sys­te­ma­tyczną teo­rię wojny, pełną ducha i tre­ści, dotych­cza­so­wym jed­nak naszym pró­bom daleko jesz­cze do tego. Pomi­ja­jąc już ich nie­nau­ko­wość, odzna­czają się one w dąże­niu do powią­za­nia w pełny sys­tem obfi­to­ścią codzien­nych komu­na­łów i gadul­stwem. Chcąc ujrzeć jaskrawy obraz tego, wystar­czy prze­czy­tać ten oto wyją­tek z instruk­cji Lich­ten­berga o gasze­niu pożaru:

Gdy dom się pali, trzeba przede wszyst­kim sta­rać się osła­niać prawą ścianę domu, sto­ją­cego po lewej stro­nie oraz lewą ścianę domu, sto­ją­cego po pra­wej stro­nie; gdyby bowiem chciano osła­niać lewą ścianę domu, z lewej strony, to prze­cież prawa ściana domu jest na prawo od lewej ściany, a zatem, ponie­waż ogień znaj­duje się na prawo i od lewej i od pra­wej ściany (przy­ję­li­śmy bowiem, że dom stoi na lewo od ognia), przeto prawa ściana bliż­sza jest ognia niż lewa, i nie osło­niona mogłaby spło­nąć, zanim by ogień doszedł do lewej, osło­nio­nej. Mogłoby zatem spło­nąć to, czego się nie osła­nia, i to prę­dzej, niż spło­nę­łoby coś innego, choćby się go nie osła­niało; należy więc to zosta­wić, a tamto osła­niać.

By rzecz zapa­mię­tać, należy tylko zauwa­żyć, że jeśli dom jest na prawo od ognia, to będzie to ściana lewa, a jeśli dom stoi po lewej stro­nie, to ściana prawa.

Nie chcąc czy­tel­nika odstra­szyć takimi komu­na­łami od rze­czy samej ani też roz­wad­niać nimi tre­ści, autor wolał w małych ziarn­kach rze­tel­nego kruszcu podać wszystko to, co wywo­łały w nim i utwier­dziły wie­lo­let­nie roz­my­śla­nia o woj­nie, obco­wa­nie z dziel­nymi ludźmi, zna­ją­cymi się na niej, jako też nie­jedno wła­sne doświad­cze­nie. Tak powstały roz­działy tej książki, pozor­nie tylko słabo ze sobą zwią­zane, nie­po­zba­wione jed­nak, zdaje się, spójni wewnętrz­nej. Być może zresztą, że zjawi się tęż­sza głowa, która zamiast tych luź­nych ziar­nek da nam całość z jed­nej bryły - bez skazy.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY. Co to jest wojna?

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Co to jest wojna?

1. Wstęp

Zamie­rzamy roz­pa­trzyć naj­pierw poszcze­gólne skład­niki naszego przed­miotu, następ­nie poszcze­gólne jego czę­ści czy człony, a wresz­cie wewnętrzny zwią­zek cało­ści, postę­pu­jąc w ten spo­sób od rze­czy pro­stych ku zło­żo­nym. Tu jed­nak bar­dziej niż gdzie indziej trzeba roz­po­cząć od rzutu oka na istotę cało­ści, ponie­waż tu zwłasz­cza, roz­wa­ża­jąc jakąś część, należy jed­no­cze­śnie zawsze myśleć o cało­ści.

2. Okre­śle­nie poję­cia

Nie wda­jąc się od razu w cięż­kie publi­cy­styczne okre­śle­nia wojny, zatrzy­majmy się na jej postaci pier­wiast­ko­wej, na poje­dynku. Wojna nie jest niczym innym jak roz­sze­rzo­nym poje­dyn­kiem. Zamiast zaś trak­to­wać jako całość nie­zli­czoną ilość poje­dyn­ków, z jakich się składa wojna, wyobraźmy sobie lepiej dwóch zapa­śni­ków. Każdy z nich stara się prze­ciw­nika zmu­sić prze­mocą fizyczną do speł­nie­nia swo­jej woli, a naj­bliż­szym jego celem - powa­lić prze­ciw­nika i uczy­nić go przez to nie­zdol­nym do sta­wia­nia dal­szego oporu.

Wojna jest więc aktem prze­mocy, mają­cym na celu zmu­sze­nie prze­ciw­nika do speł­nie­nia naszej woli.

Prze­moc uzbraja się w wyna­lazki sztuki i nauki, aby sta­wić czoło prze­mocy. Nie­znaczne, zale­d­wie godne wzmianki ogra­ni­cze­nia, które nakłada samej sobie pod nazwą praw mię­dzy­na­ro­do­wych, towa­rzy­szą jej, nie osła­bia­jąc w isto­cie jej siły. Prze­moc, i to prze­moc fizyczna (moralna bowiem nie ist­nieje poza poję­ciem pań­stwa i prawa), jest środ­kiem, gdy celem jest narzu­ce­nie swej woli wro­gowi. Aby cel ten osią­gnąć, musimy wroga roz­broić - i to sta­nowi bez­po­średni cel czyn­no­ści wojen­nych. Ten cel bez­po­średni prze­sła­nia nie­jako istotną przy­czynę wojny i odsuwa ją jako coś, co nie należy do wojny wła­ści­wej.

3. Uży­cie siły aż do osta­tecz­no­ści

Dusze miło­sierne mogłyby może łatwo mnie­mać, że moż­liwe jest sztuczne roz­bro­je­nie lub powa­le­nie prze­ciw­nika bez zada­wa­nia zbyt wielu ran, i że do tego zmie­rzać powinna sztuka wojenna. Choć brzmi to bar­dzo pięk­nie, jed­nak błąd ten spro­sto­wać należy, w rze­czach bowiem tak nie­bez­piecz­nych jak wojna, naj­gor­sze są wła­śnie błędy, wypły­wa­jące z dobro­dusz­no­ści. Ponie­waż uży­cie prze­mocy fizycz­nej w całej pełni nie wyklu­cza by­naj­mniej współ­dzia­ła­nia rozumu, dla­tego ten, kto użyje tej prze­mocy bez­względ­nie, nie szczę­dząc krwi, osią­gnie prze­wagę nad nie­po­stę­pu­ją­cym podob­nie prze­ciw­ni­kiem. W ten spo­sób narzuca on prze­ciw­ni­kowi metodę dzia­ła­nia i tak obaj posu­wają się aż do osta­tecz­no­ści bez ogra­ni­czeń, poza prze­ciw­wagą wza­jemną.

Taki jest wła­ściwy pogląd na tę sprawę i byłoby rze­czą bez­ce­lową, a nawet wprost dąże­niem opacz­nym, aby powo­du­jąc się odrazą do suro­wego pier­wiastka wojny, zamy­kać oczy na jego istotę.

Jeśli zaś wojny ludów cywi­li­zo­wa­nych są znacz­nie mniej okrutne i nisz­czące niż ludów nie­oświe­co­nych, to przy­czyną tego jest zarówno wewnętrzny, jak i wza­jemny stan spo­łeczny tych państw. Z tego stanu i sto­sun­ków wynika wojna, jej warunki, roz­miary i napię­cie, ale czyn­niki te nie sta­no­wią istoty wojny tylko jej dane i do filo­zo­fii wojny wła­ści­wej nie można bez popeł­nie­nia absur­dów wpro­wa­dzać zasady umiar­ko­wa­nia...

Walka mię­dzy ludźmi składa się wła­ści­wie z dwóch róż­nych pier­wiast­ków: z wro­giego uczu­cia i wro­giego zamiaru. Ten ostatni pier­wia­stek, jako naj­ogól­niej­szy, uczy­ni­li­śmy cechą naszego okre­śle­nia.

Istot­nie, nie można sobie bez wro­giego zamiaru wyobra­zić nawet naj­pier­wot­niej­szego, gra­ni­czą­cego z instynk­tem, uczu­cia nie­na­wi­ści, gdy nato­miast jest wiele wro­gich zamia­rów pozba­wio­nych nie­na­wi­ści cał­ko­wi­cie lub przy­naj­mniej w stop­niu poważ­niej­szym. U dzi­kich ludów prze­wa­żają zamiary powstałe z uczu­cia, u cywi­li­zo­wa­nych nato­miast - z roz­sądku; róż­nica ta jed­nak nie tkwi w samej isto­cie bar­ba­rzyń­stwa czy cywi­li­za­cji, lecz w towa­rzy­szą­cych im oko­licz­no­ściach, insty­tu­cjach itd. Toteż róż­nica ta nie wystę­puje wszę­dzie bez wyjątku tylko w więk­szo­ści wypad­ków - sło­wem, nawet naj­bar­dziej cywi­li­zo­wane ludy mogą zapa­łać naj­go­ręt­szą wza­jemną nie­na­wi­ścią.

Widzimy z tego, jak błędne byłoby uwa­żać wojnę wśród ludów cywi­li­zo­wa­nych za zwy­czajny prze­jaw roz­sądku ich rzą­dów i wyobra­żać ją sobie jako coraz bar­dziej pozba­wioną namięt­no­ści. Gdyby tak było, nie potrze­bo­wa­łaby ona w końcu wcale rze­czy­wi­stych mas wal­czą­cych, lecz tylko ich sto­sun­ko­wego zesta­wie­nia i zamie­ni­łaby się w rodzaj alge­bry dzia­ła­nia.

Teo­ria zaczęła już nawet zwra­cać się w tym kie­runku, gdy zja­wi­ska ostat­nich wojen spro­wa­dziły ją na wła­ściwą drogę. Skoro wojna jest aktem prze­mocy, to tym samym należy do sfery uczu­cia. Uczu­cie to jest albo tej wojny przy­czyną, albo też wypływa z niej w więk­szym czy mniej­szym stop­niu, a sto­pień ten nie zależy od poziomu cywi­li­za­cji, lecz od wagi i trwa­ło­ści wro­gich inte­re­sów.

Jeśli widzimy, że ludy cywi­li­zo­wane nie mor­dują jeń­ców, nie burzą miast i kraju, to dzieje się to dzięki temu, że rozum, wywie­ra­jąc coraz więk­szy wpływ na spo­sób wojo­wa­nia, nauczył sto­so­wać w życiu sku­tecz­niej­sze środki prze­mocy niż te pier­wotne prze­jawy instynktu.

Wyna­le­zie­nie pro­chu i postę­pu­jący coraz bar­dziej roz­wój broni pal­nej wyka­zują już dosta­tecz­nie, że dąż­ność do znisz­cze­nia prze­ciw­nika, tkwiąca w samym poję­ciu wojny, nie została w żad­nym razie przez roz­wój cywi­li­za­cji ani wstrzy­mana, ani też uchy­lona.

Powta­rzamy więc: wojna jest aktem prze­mocy, a przy­sto­so­wa­niu jej nie ma gra­nic, obaj prze­ciw­nicy usi­łują uchwy­cić ini­cja­tywę w swoje ręce, powstaje wza­jemne oddzia­ły­wa­nie, które z natury rze­czy musi pro­wa­dzić aż do osta­tecz­no­ści. Jest to pierw­sze oddzia­ły­wa­nie wza­jemne i pierw­sza osta­tecz­ność, jaką napo­ty­kamy w naszych roz­wa­ża­niach.

4. Celem jest obez­wład­nie­nie wroga

Powie­dzie­li­śmy, że celem dzia­ła­nia wojen­nego jest obez­wład­nie­nie wroga. Wyka­żemy teraz, że jest to konieczne przy­naj­mniej w teo­rii.

Jeśli prze­ciw­nik ma speł­nić naszą wolę, musimy posta­wić go w poło­że­nie bar­dziej nie­ko­rzystne niż ofiara, jakiej od niego żądamy. Strony ujemne tego poło­że­nia nie mogą oczy­wi­ście być prze­mi­ja­jące, a przy­naj­mniej nie powinny wyda­wać się takie, gdyż w prze­ciw­nym wypadku nie­przy­ja­ciel wycze­kałby sto­sow­niej­szej chwili i nie byłby skłonny do ustępstw. Każda zmiana tego poło­że­nia, wywo­ły­wana dal­szymi dzia­ła­niami wojen­nymi, powinna, przy­naj­mniej w świa­do­mo­ści nie­przy­ja­ciela, wypaść na jego nie­ko­rzyść. Naj­gor­szym poło­że­niem, w jakim zna­leźć się może pro­wa­dzący wojnę, jest cał­ko­wita bez­bron­ność. Jeśli więc chcemy za pomocą dzia­łań wojen­nych zmu­sić prze­ciw­nika do speł­nie­nia naszej woli, musimy go albo rze­czy­wi­ście roz­broić, albo posta­wić w poło­że­nie gro­żące mu praw­do­po­dob­nym roz­bro­je­niem.

Wynika stąd, że roz­bro­je­nie lub poko­na­nie wroga, jak­kol­wiek je nazwiemy, powinno być zawsze celem dzia­ła­nia wojen­nego.

Wojna nie jest jed­nakże dzia­ła­niem żywej siły na mar­twą masę, gdyż taka bez­względna ule­głość nie byłaby pro­wa­dze­niem wojny. Prze­ciw­nie, jest ona zawsze zde­rze­niem się dwóch żywych sił. Wszystko, cośmy powie­dzieli o osta­tecz­nym celu dzia­łań wojen­nych, sto­suje się do obu stron. I tu jest zatem znowu wza­jemne oddzia­ły­wa­nie. Dopóki nie poko­na­łem prze­ciw­nika, muszę się oba­wiać, że on mnie pokona; nie jestem więc panem swo­ich czy­nów, lecz on dyk­tuje mi prawa, podob­nie jak ja jemu. Oto dru­gie oddzia­ły­wa­nie wza­jemne, pro­wa­dzące do dru­giej osta­tecz­no­ści.

5. Krań­cowe napię­cie sił

Chcąc poko­nać prze­ciw­nika, musimy wysi­łek wła­sny mie­rzyć jego siłą oporu. Siła ta jest wyni­kiem dzia­ła­nia pew­nych czyn­ni­ków nie­da­ją­cych się roz­dzie­lić, są to mia­no­wi­cie: zasób posia­da­nych środ­ków i napię­cie siły woli.

Zasób posia­da­nych środ­ków można okre­ślić, gdyż opiera się on (cho­ciaż nie­cał­ko­wi­cie) na licz­bach, napię­cie siły woli jed­nak okre­ślić o wiele trud­niej; oce­nić je można chyba tylko według siły moty­wów wojny. Jeśli przy­pu­ścimy, że oce­ni­li­śmy w ten spo­sób z dosta­tecz­nym praw­do­po­do­bień­stwem siłę oporu prze­ciw­nika, to możemy wymie­rzyć wysi­łek wła­sny i uczy­nić go takim, aby prze­wa­żał siłę oporu albo, jeśli to prze­kra­cza naszą moż­ność, moż­li­wie naj­więk­szym. Prze­ciw­nik jed­nak czyni to samo; wynika stąd nowe wza­jemne wzma­ga­nie się wysił­ków, które znowu w teo­rii powinno dopro­wa­dzić do osta­tecz­no­ści. Jest to trze­cie oddzia­ły­wa­nie wza­jemne i trze­cia osta­tecz­ność, jaką napo­ty­kamy.

6. Mody­fi­ka­cje wywo­łane przez rze­czy­wi­stość

W abs­trak­cyj­nej dzie­dzi­nie samych pojęć rozum nie zna ni­gdzie spo­koju dopóty, dopóki nie doj­dzie do osta­tecz­nych kon­se­kwen­cji, ma on tu bowiem do czy­nie­nia ze spra­wami krań­co­wymi, ze zde­rze­niem się sił pozo­sta­wio­nych samym sobie i pod­le­głych tylko wła­snym wewnętrz­nym pra­wom. Jeśli­by­śmy więc chcieli z samego tylko poję­cia wojny wysnuć abso­lutny punkt wyj­ścia dla celu, jaki­śmy sobie posta­wili, i dla środ­ków, jakich nale­ża­łoby użyć, to wobec cią­głego ich wza­jem­nego oddzia­ły­wa­nia wpa­dli­by­śmy w krań­co­wość, która byłaby tylko grą wyobra­żeń, wywo­łaną przez zale­d­wie dostrze­galną nić logicz­nych sub­tel­no­ści. Gdyby zaś kto chciał, trzy­ma­jąc się ści­śle zasad bez­względ­nych, obejść jed­nym pocią­gnię­ciem pióra wszyst­kie trud­no­ści i kon­se­kwent­nie upie­rał się przy koniecz­no­ści sta­łego przy­go­to­wy­wa­nia się do osta­tecz­no­ści i sto­so­wa­nia zawsze wysił­ków naj­więk­szych, to postę­po­wa­nie takie stwo­rzy­łoby zasadę papie­rową, nie­zdolną do życia.

Nawet gdyby ten osta­teczny wysi­łek był zasadą bez­względną, łatwo dającą się wypro­wa­dzić i pojąć, to jed­nak przy­znać musimy, że umysł ludzki z trud­no­ścią pod­po­rząd­ko­wałby się takim logicz­nym mrzon­kom. Nie­raz pro­wa­dzi­łoby to do wysiłku zby­tecz­nego, zmu­sza­ją­cego do zna­le­zie­nia dla prze­ciw­wagi innych zasad sztuki rzą­dze­nia. Nie­zbędne do tego napię­cie woli nie odpo­wia­da­łoby wów­czas posta­wio­nemu celowi i nie wyra­zi­łoby się w czy­nie, gdyż wola ludzka nie czer­pie ni­gdy siły z sub­tel­no­ści logicz­nych.

Ina­czej zupeł­nie sprawa wygląda, gdy od poję­cia ode­rwa­nego przej­dziemy do rze­czy­wi­sto­ści. Tam wszystko musi ule­gać opty­mi­zmowi przyj­mu­ją­cemu, że obie strony wal­czące nie tylko dążą do dosko­na­ło­ści, ale i osią­gają ją. W rze­czy­wi­sto­ści moż­liwe byłoby to jedy­nie wtedy:

1. Gdyby wojna była aktem odosob­nio­nym, który powstaje nagle bez związku z życiem poprzed­nim pań­stwa.

2. Gdyby wojna pole­gała na jed­nym tylko lub na sze­regu rów­no­cze­snych roz­strzy­gnięć.

3. Gdyby wojna sama przez się zawie­rała cał­ko­wite roz­strzy­gnię­cie i gdyby jesz­cze pod­czas jej trwa­nia nie oddzia­ły­wała na nią prze­wi­dy­wana powo­jenna sytu­acja poli­tyczna.

7. Wojna nie jest ni­gdy aktem odosob­nio­nym

Co się tyczy punktu pierw­szego, to nie ma się ni­gdy do czy­nie­nia z prze­ciw­ni­kiem abs­trak­cyj­nym ani pod wzglę­dem zewnętrz­nym, ani też pod wzglę­dem woli, jako wewnętrz­nego czyn­nika walki. Wola nie jest wcale cał­ko­witą nie­wia­domą, gdyż w tym, czym jest dzi­siaj, obja­wia się jej jutro. Wojna nie powstaje nie­spo­dzia­nie - jej roz­wój nie jest dzie­łem jed­nej chwili; prze­ciw­nicy zatem mogą się wza­jem­nie oce­nić prze­waż­nie już na pod­sta­wie tego, czym są, co czy­nią, a nie na pod­sta­wie tego, czym, ści­śle bio­rąc, być i co czy­nić powinni. Czło­wiek jed­nak wsku­tek swej nie naj­lep­szej orga­ni­za­cji nie osiąga ni­gdy gra­nicy bez­względ­nie dosko­na­łej i w ten spo­sób nie­do­cią­gnię­cia obu­stronne sta­no­wią w rze­czy­wi­sto­ści czyn­nik ogra­ni­cza­jący.

8. Wojna nie składa się z jed­nego tylko krót­ko­trwa­łego ude­rze­nia

Punkt drugi nasuwa nastę­pu­jące roz­wa­ża­nia.

Gdyby pod­czas wojny ist­niało tylko jedno roz­strzy­gnię­cie albo sze­reg roz­strzy­gnięć rów­no­cze­snych, wów­czas wszel­kie przy­go­to­wa­nia do nich zmie­rza­łyby oczy­wi­ście ku osta­tecz­no­ści. Jakie­go­kol­wiek zanie­dba­nia nie można by już było abso­lut­nie napra­wić, a rze­czy­wi­stość wkra­cza­łaby jako spraw­dzian naszych roz­wa­żań tylko w for­mie przy­pusz­czal­nych wia­do­mo­ści o przy­go­to­wa­niach prze­ciw­nika - wszystko inne opie­ra­łoby się znowu na poję­ciach ode­rwa­nych. Gdy jed­nak roz­strzy­gnię­cie składa się z sze­regu kolej­nych aktów, to z natury rze­czy każdy akt poprzedni ze wszyst­kimi swymi zja­wi­skami może się stać spraw­dzianem dla następ­nego i w ten spo­sób rze­czy­wi­stość usuwa poję­cia ode­rwane i hamuje dąż­ność do osta­tecz­no­ści.

Jeśliby jed­nak użyto albo można było użyć na woj­nie od razu wszyst­kich roz­po­rzą­dzal­nych środ­ków, to każda wojna musia­łaby skła­dać się z jed­nego tylko lub sze­regu rów­no­cze­snych roz­strzy­gnięć. Ponie­waż każde nie­po­myślne roz­strzy­gnię­cie z koniecz­no­ści zmniej­sza środki, zatem w razie zasto­so­wa­nia wszyst­kich w pierw­szym z nich - dru­gie już byłoby wła­ści­wie nie do pomy­śle­nia. Wszel­kie następne akty wojenne byłyby w isto­cie tylko dal­szym cią­giem pierw­szego.

Widzie­li­śmy jed­nak, że już pod­czas przy­go­to­wań do wojny rze­czy­wi­stość wkra­cza na miej­sce samego poję­cia, a istotna miara wystę­puje zamiast zamie­rzeń krań­co­wych. Toteż już z tego powodu oddzia­ły­wa­nie wza­jemne obu prze­ciw­ni­ków nie pozwoli im doko­nać wysił­ków osta­tecz­nych, a zatem i nie dopu­ści do uży­cia od razu wszyst­kich sił.

Sama natura tych sił i warunki ich sto­so­wa­nia nie pozwolą na uży­cie ich wszyst­kich od razu. Siłami tymi są bowiem: wła­ściwe siły zbrojne, kraj z jego obsza­rem i lud­no­ścią, wresz­cie sojusz­nicy.

Kraj, wraz ze swym obsza­rem i zalud­nie­niem, jest nie tylko źró­dłem wła­ści­wych sił zbroj­nych, ale rów­nież i sam przez się sta­nowi nie­od­łączną część sił dzia­ła­ją­cych w woj­nie, a mia­no­wi­cie tę jego część, która two­rzy teatr wojny albo wywiera nań znaczny wpływ.

Jeśli bowiem można cza­sem wpro­wa­dzić rów­no­cze­śnie w bój wszyst­kie siły ruchome, to z kra­jem całym, to zna­czy z jego wszel­kimi twier­dzami, rze­kami, górami, lud­no­ścią itd., uczy­nić tego nie spo­sób, chyba że kraj jest tak mały, że zostaje cał­ko­wi­cie ogar­nięty wojną już w pierw­szych jej chwi­lach. Rów­nież współ­dzia­ła­nie sprzy­mie­rzeń­ców nie zależy od woli wal­czą­cych, a sama istota sto­sun­ków mię­dzy pań­stwami spra­wia, że współ­dzia­ła­nie to czę­sto wystę­puje póź­niej lub wzmaga się w celu przy­wró­ce­nia utra­co­nej rów­no­wagi.

W dal­szym ciągu będzie obszer­nie mowa o tym, że liczba sił obron­nych, któ­rych nie można uru­cho­mić natych­miast, sta­nowi w wielu wypad­kach znacz­nie więk­szą część cało­ści, niżby się to na pierw­szy rzut oka wydać mogło, i dla­tego rów­no­wagę sił można przy­wró­cić nawet tam, gdzie pierw­sze roz­strzy­gnię­cie zostało prze­pro­wa­dzone bar­dzo ener­gicz­nie i gdzie rów­no­waga ta została mocno naru­szona. Tu wystar­czy wspo­mnieć, że cał­ko­wite połą­cze­nie sił w cza­sie sprze­ci­wia się natu­rze wojny. Nie jest to oczy­wi­ście powo­dem do ogra­ni­cza­nia wysił­ków przy pierw­szym roz­strzy­gnię­ciu, gdyż każde nie­po­wo­dze­nie jest zawsze szkodą, na którą nikt roz­myśl­nie nara­żać się nie zechce, i ponie­waż pierw­sze roz­strzy­gnię­cie, jeżeli nawet nie pozo­staje odosob­nione, to jed­nak zależ­nie od swo­ich roz­mia­rów wywie­rać musi wpływ na następne. Dla­tego moż­li­wość póź­niej­szego roz­strzy­gnię­cia spra­wia, że umysł ludzki, wzdra­ga­jący się zawsze przed zbyt­nim wysił­kiem, korzy­sta ze spo­sob­no­ści, aby przy pierw­szym roz­strzy­gnię­ciu nie gro­ma­dzić i nie wytę­żać sił tak, jak powi­nien. Co zaś jeden z prze­ciw­ni­ków zanie­dba ze sła­bo­ści, to będzie dla dru­giego obiek­tywną przy­czyną umiar­ko­wa­nia. Dzięki więc temu wza­jem­nemu oddzia­ły­wa­niu pier­wotna dąż­ność do osta­tecz­nego wytę­że­nia sił zmniej­szy się znowu do okre­ślo­nych gra­nic.

9. Wynik wojny nie jest ni­gdy bez­względny

Nawet osta­teczne roz­strzy­gnię­cie całej wojny nie zawsze można uwa­żać za bez­względne, gdyż poko­nane pań­stwo czę­sto­kroć widzi w porażce tylko zło prze­mi­ja­jące, które mogą usu­nąć póź­niej­sze sto­sunki poli­tyczne. Rzecz jasna, do jakiego stop­nia wzgląd ten musi ogra­ni­czać potęgę napię­cia i gwał­tow­ność wysiłku.

10. Praw­do­po­do­bień­stwa rze­czy­wi­sto­ści zastę­pują krań­co­wość i bez­względ­ność pojęć

W ten spo­sób cały akt wojny zostaje pozba­wiony suro­wego prawa o napię­ciu sił aż do osta­tecz­no­ści. Nie lęka­jąc się jej już i nie dążąc już do niej, trzeba roz­wa­żyć, jakie należy nakre­ślić gra­nice wysił­ków. Można to usta­lić tylko dzięki danym, uzy­ska­nym ze zja­wisk rze­czy­wi­sto­ści według zasad praw­do­po­do­bień­stwa. Ponie­waż obaj prze­ciw­nicy nie sta­no­wią tylko pojęć, lecz rze­czy­wi­ste pań­stwa i rządy, i ponie­waż wojna ma prze­bieg nie ide­alny, lecz ukształ­to­wany swo­iście - przeto rze­czy­wi­stość dostar­czy rów­nież i pod­stawy do wnio­sko­wa­nia o rze­czach nie­zna­nych, do prze­wi­dy­wa­nia tego, co ma nastą­pić, i dokład­nego okre­śle­nia, czego mamy szu­kać.

Każda ze stron powinna wnio­sko­wać o dzia­ła­niach prze­ciw­nika z jego cha­rak­teru, urzą­dzeń, stanu i warun­ków, według zasady praw­do­po­do­bień­stwa i w zależ­no­ści od tego okre­ślić wła­sne dzia­ła­nia.

11. Cel poli­tyczny wystę­puje ponow­nie

Tu znowu powraca do naszych roz­wa­żań temat, który usu­nę­li­śmy w punk­cie 2: cel poli­tyczny wojny. Zasada sto­so­wa­nia naj­więk­szych wysił­ków, zamiar obez­wład­nie­nia prze­ciw­nika, poko­na­nia go - zasła­niały ten cel do pew­nego stop­nia. Jed­nak w miarę, jak zasada ta słab­nie, a zamiar ten oddala się od swego bez­po­śred­niego celu, na pierw­szy plan powi­nien wstą­pić ponow­nie cel poli­tyczny wojny. Ponie­waż całe roz­wa­ża­nie o woj­nie jest rachun­kiem praw­do­po­do­bień­stwa opar­tym na pew­nych okre­ślo­nych jed­nost­kach i sto­sun­kach, przeto cel poli­tyczny wojny, jako motyw pier­wotny, musi stać się poważ­nym czyn­ni­kiem w wyniku tego rachunku. Im mniej­sza jest ofiara, któ­rej żądamy od prze­ciw­nika, tym mniej­szego odeń możemy się spo­dzie­wać oporu, a co za tym idzie, tym słab­sze mogą być nasze wysiłki. Dalej, im mniej­szy jest nasz cel poli­tyczny, tym mniej­szą war­tość będziemy do niego przy­wią­zy­wać i tym łatwiej będzie nam się go wyrzec; zatem tym mniej­sze będą i z tego powodu nasze wysiłki.

W ten spo­sób cel poli­tyczny, jako pier­wotny motyw wojny, będzie miarą zarówno wyniku, jaki powi­nien być osią­gnięty przez dzia­ła­nia wojenne, jak i potrzeb­nych do tego wysił­ków. Ponie­waż zaś mamy tu do czy­nie­nia z rze­czy­wi­sto­ścią, a nie tylko z poję­ciami, sta­nie się to w sto­sunku do obu państw wal­czą­cych. Ten sam cel poli­tyczny może u róż­nych naro­dów, a nawet w róż­nych epo­kach życia tego samego narodu, wywo­ły­wać cał­kiem odmienne skutki. Cel poli­tyczny możemy uwa­żać za mier­nik tylko pod wzglę­dem jego oddzia­ły­wa­nia na te masy, które ma poru­szyć, należy dla­tego uwzględ­nić naturę tych mas. Łatwo dostrzec, że przez to wynik może być różny, sto­sow­nie do tego, czy w masach tkwią czyn­niki potę­gu­jące czy osła­bia­jące dzia­ła­nie. W dwóch naro­dach i pań­stwach może się nagro­ma­dzić takie napię­cie i tyle wro­gich wza­jem­nie czyn­ni­ków, że jakiś w isto­cie swej zupeł­nie błahy motyw wojny wywoła sku­tek wybie­ga­jący znacz­nie poza wła­ściwy jego cha­rak­ter i może spo­wo­do­wać praw­dziwy wybuch.

Tyle o wysił­kach, jakie wywo­łać powi­nien poli­tyczny cel wojny w obu pań­stwach, i o celu, jaki powi­nien on wytknąć dzia­ła­niom wojen­nym.

Cza­sami cel poli­tyczny pokrywa się z celem dzia­łań wojen­nych - np. zdo­by­cie jakiejś pro­win­cji. Kiedy indziej znowu cel poli­tyczny nie potrafi sam okre­ślić celu dzia­łań wojen­nych i musi sobie obrać taki, który by mógł sta­no­wić jego rów­no­waż­nik i zastę­po­wać go przy zawie­ra­niu pokoju. I tu jed­nak trzeba uwzględ­niać wła­ści­wo­ści państw wal­czą­cych.

Bywają oko­licz­no­ści, kiedy ten rów­no­waż­nik musi być znacz­nie więk­szy niż cel poli­tyczny, jeżeli cel ten ma być prze­zeń cał­ko­wi­cie osią­gnięty.

Zna­cze­nie celu poli­tycz­nego jako mier­nika będzie tym więk­sze, tym bar­dziej decy­du­jące, im bar­dziej obo­jętne są masy, im mniej­sze naprę­że­nia panują w obu pań­stwach. Bywają nawet wypadki, kiedy cel ten roz­strzyga pra­wie wyłącz­nie.

Ponie­waż cel dzia­łań wojen­nych jest rów­no­waż­ni­kiem celu poli­tycz­nego, dla­tego nor­mal­nie wraz z nim zanika, i to tym wyraź­niej, im bar­dziej cel poli­tyczny nad nim panuje; tym się tłu­ma­czy fakt, że mogą bez wewnętrz­nej sprzecz­no­ści zda­rzać się wojny o tak róż­nych stop­niach zna­cze­nia i ener­gii, od wojny nisz­czy­ciel­skiej poczy­na­jąc do zwy­czaj­nej obser­wa­cji zbroj­nej. To jed­nak pro­wa­dzi nas do innych zagad­nień, które jesz­cze roz­wi­niemy i posta­ramy się roz­wią­zać póź­niej.

12. Nie wyja­śnia to jed­nak zastoju w dzia­ła­niach wojen­nych

Czy przy naj­drob­niej­szych nawet wyma­ga­niach poli­tycz­nych obu prze­ciw­ni­ków, przy zaan­ga­żo­wa­niu naj­słab­szych środ­ków, przy naj­mniej znacz­nym celu dzia­łań wojen­nych mogą dzia­ła­nia te ustać choćby na chwilę? Pyta­nie to wnika głę­boko w istotę sprawy.

Każde dzia­ła­nie wymaga do swego speł­nie­nia się pew­nego czasu, który nazy­wamy okre­sem. Może on być dłuż­szy lub krót­szy, zależ­nie od tego, czy dzia­ła­jący sto­suje więk­szy lub mniej­szy pośpiech.

Nie cho­dzi nam tutaj o ten pośpiech więk­szy lub mniej­szy. Każdy działa na swój spo­sób; czło­wiek powolny jed­nak działa pomału nie dla­tego, że chce zużyć wię­cej czasu, ale ponie­waż z natury swo­jej potrze­buje go wię­cej, przy więk­szym pośpie­chu wyko­nałby swą rzecz gorzej. Czas ten zależy więc od przy­czyn wewnętrz­nych i od wła­ści­wego okresu dzia­ła­nia.

Zosta­wia­jąc zatem na woj­nie każ­demu dzia­ła­niu wła­ściwy mu czas, musimy, przy­naj­mniej na pierw­szy rzut oka, przy­pu­ścić, że wszelka zwłoka poza tym okre­sem, to jest wszelki zastój w dzia­ła­niach wojen­nych, wydaje się rze­czą nie­roz­sądną. Należy przy tym zawsze pamię­tać, że mówimy tu nie o postę­pie jed­nego lub dru­giego z prze­ciw­ni­ków, lecz o postę­pie całej akcji wojen­nej.

13. Jedna tylko przy­czyna może wstrzy­mać dzia­ła­nia wojenne, i to, jak się zdaje, spo­wo­do­wana zawsze przez jedną tylko ze stron wal­czą­cych

Skoro obie strony przy­go­to­wały się do walki, to musiała je do tego skło­nić wroga zasada; dopóki prze­ciw­nicy trwają w goto­wo­ści, tzn. nie zawie­rają pokoju, dopóty zasada ta musi ist­nieć i może ona prze­stać dzia­łać u każ­dego z prze­ciw­ni­ków pod jed­nym tylko warun­kiem: jeśli ten chce wycze­ki­wać sto­sow­niej­szej chwili dzia­ła­nia. Już na pierw­szy rzut oka wydaje się, że waru­nek ten zawsze mógł ist­nieć tylko po jed­nej stro­nie, gdyż po dru­giej staje się tym samym jej prze­ci­wień­stwem. Jeżeli inte­res jed­nej ze stron leży w dzia­ła­niu, to dla dru­giej strony korzystne musi być wła­śnie wycze­ki­wa­nie.

Cał­ko­wita rów­no­waga sił nie może wywo­ły­wać zastoju w ope­ra­cjach, wów­czas bowiem ten z wal­czą­cych, który ma cel pozy­tywny (nacie­ra­jący), byłby w poło­że­niu korzyst­niej­szym.

Jeśli­by­śmy nawet wyobra­żali sobie rów­no­wagę w ten spo­sób, że strona posia­da­jąca cel pozy­tywny, a więc motyw sil­niej­szy, roz­po­rzą­dza siłami słab­szymi i że wyrów­na­nie sił byłoby wypad­kową motywu i mocy, to i tak musie­li­by­śmy powie­dzieć, że skoro nie można się spo­dzie­wać zmiany w tym sta­nie rów­no­wagi, to obie strony powinny zawrzeć pokój. Gdyby jed­nak zmiana taka dała się prze­wi­dzieć, roko­wa­łaby ona pomyślny obrót jed­nej tylko stro­nie i skła­nia­łaby stronę prze­ciwną do dzia­ła­nia. Widzimy więc, że poję­cie rów­no­wagi nie może wytłu­ma­czyć zastoju w dzia­ła­niach, lecz że zastój ten spro­wa­dza się do wycze­ki­wa­nia sto­sow­niej­szej chwili. Przy­pu­śćmy na przy­kład, że z dwóch państw jedno ma cel pozy­tywny: chce zdo­być pro­win­cję prze­ciw­nika, aby mieć zastaw przy zawie­ra­niu pokoju. Po tym zdo­by­ciu jego cel poli­tyczny zostaje speł­niony, potrzeba dzia­ła­nia ustaje i zamiast niej nastaje okres spo­koju. Jeśli teraz prze­ciw­nik pogo­dzi się z tym powo­dze­niem, to musi zawrzeć pokój, jeśli zaś nie - musi dzia­łać. Wyobraźmy sobie jed­nak, że będzie on lepiej przy­go­to­wany do dzia­ła­nia dopiero po upły­wie czte­rech tygo­dni - wtedy ma on dosta­teczną pod­stawę do dzia­ła­nia na zwłokę.

Jed­nak wydaje się, że od tej chwili logiczny obo­wią­zek dzia­ła­nia spada na dotych­cza­so­wego zwy­cięzcę, aby poko­na­nemu nie dać czasu na przy­go­to­wa­nie się do dzia­ła­nia. Rozu­mie się, że zakła­damy tu dokładną zna­jo­mość zamia­rów obu stron.

14. Dzia­ła­nia wojenne osią­ga­łyby przez to cią­głość dopro­wa­dza­jącą je znowu do osta­tecz­no­ści

Gdyby rze­czy­wi­ście ist­niała taka cią­głość akcji wojen­nej, to pcha­łaby ona znowu wszystko do osta­tecz­no­ści. Pomi­ja­jąc bowiem, że taka nie­ustanna dzia­łal­ność roz­pa­la­łaby siły uczu­ciowe i nada­wała wszyst­kiemu wyż­szy sto­pień namięt­no­ści i więk­szą siłę żywio­łową - powsta­łaby też wtedy dzięki tej cią­gło­ści dzia­ła­nia ści­ślej­sza kon­se­kwen­cja i nie­prze­rwany łań­cuch przy­czy­nowy. Każde poszcze­gólne dzia­ła­nie sta­wa­łoby się przez to waż­niej­sze i bar­dziej nie­bez­pieczne.

Wiemy jed­nak, że dzia­ła­nia wojenne rzadko kiedy, a może nawet ni­gdy, nie posia­dają takiej cią­gło­ści i że w wielu woj­nach dzia­ła­nia zaj­mują maleńką cząstkę zuży­tego czasu, a zastój sta­nowi resztę. Nie może to być zawsze ano­ma­lią i zastój w ope­ra­cjach musi być rze­czą uspra­wie­dli­wioną, nie sprzeczną samą przez się. Że tak jest i dla­czego tak się dzieje, wyka­żemy póź­niej.

15. Wysuwa się w ten spo­sób zasadę bie­gu­no­wych prze­ci­wieństw

Ponie­waż przy­ję­li­śmy, że inte­res jed­nego z wodzów jest zawsze wiel­ko­ścią odwrotną do korzy­ści dru­giego, przy­ję­li­śmy więc zasadę ist­nej bie­gu­no­wo­ści. Zastrze­gamy sobie poświę­ce­nie w przy­szło­ści zasa­dzie tej osob­nego roz­działu, tu jed­nak musimy powie­dzieć, co nastę­puje.

Zasada bie­gu­no­wo­ści prze­ci­wieństw obo­wią­zuje tylko wtedy, gdy sto­suje się ją do jed­nego i tego samego przed­miotu, gdzie wiel­kość dodat­nia i jej prze­ci­wieństwo - wiel­kość ujemna - zno­szą się dokład­nie. W bitwie chcą zwy­cię­żyć obie strony; wystę­puje tu bie­gu­no­wość praw­dziwa, gdyż zwy­cię­stwo jed­nej strony niwe­czy zwy­cię­stwo dru­giej. Gdy jed­nak wcho­dzą w grę dwa różne przed­mioty, któ­rych wza­jemny sto­su­nek leży poza nimi, to bie­gu­no­wość prze­ci­wieństw doty­czy nie samych przed­mio­tów, lecz wspól­nego obu przed­mio­tom sto­sunku.

16. Natar­cie i obrona są to rze­czy róż­nego rodzaju i nie­rów­nej siły; zasady bie­gu­no­wo­ści prze­ci­wieństw nie da się więc do nich zasto­so­wać

Gdyby ist­niała jedna tylko forma wojny, mia­no­wi­cie napad, gdyby więc nie było obrony, czyli gdyby natar­cie róż­niło się od obrony tylko pozy­tyw­nym moty­wem, cechu­ją­cym to pierw­sze, a nie ist­nie­ją­cym po dru­giej stro­nie, i gdyby przy tym walka była zawsze ta sama - to w takiej walce każde powo­dze­nie jed­nej strony wypa­da­łoby na nie­ko­rzyść strony prze­ciw­nej i bie­gu­no­wość ist­niałaby rze­czy­wi­ście.

Jed­nakże dzia­łal­ność wojenna roz­pada się na dwie formy: natar­cie i obronę, które, jak to póź­niej rze­czowo udo­wod­nimy, róż­nią się bar­dzo i posia­dają siły nie­równe. Bie­gu­no­wość tkwi zatem nie w samym natar­ciu lub obro­nie, lecz w czymś, co jest wspólne obu for­mom - w roz­strzy­gnię­ciu. Jeśli jeden z wodzów pra­gnie roz­strzy­gnię­cia nieco póź­niej, to jego prze­ciw­nik musi chcieć je przy­śpie­szyć, oczy­wi­ście jed­nak w tej samej for­mie walki. Jeśli A ma inte­res w tym, aby zaata­ko­wać prze­ciw­nika nie dziś, lecz o mie­siąc póź­niej, to dla B będzie wła­śnie korzystne, aby go zaata­ko­wano nie za mie­siąc, lecz dzi­siaj. Tak wygląda prze­ci­wień­stwo bez­po­śred­nie; nie wynika z tego jed­nak, aby B zale­żało na nie­zwłocz­nym ude­rze­niu na A, gdyż oczy­wi­ście jest to sprawa zupeł­nie odrębna.

17. Dzia­ła­nie zasady bie­gu­no­wo­ści prze­ci­wieństw czę­sto­kroć bywa niwe­czone przez prze­wagę obrony nad natar­ciem i tym się tłu­ma­czy zastój w dzia­ła­niach wojen­nych

Jeśli forma obrony jest, jak to wyka­żemy póź­niej, moc­niej­sza od formy natar­cia, to powstaje pyta­nie, czy zysk, pły­nący dla jed­nej strony z roz­strzy­gnię­cia póź­niejszego, zrów­no­waży się korzy­ścią, zapew­nioną stro­nie prze­ciw­nej przez obronę. Gdzie tego nie ma, tam zysku tego nie prze­waży samo prze­ci­wień­stwo obrony i natar­cia i nie wpły­nie na postęp ope­ra­cji. Widzimy wów­czas, że siła roz­pę­dowa, jaką posiada prze­ci­wień­stwo obu­stron­nych inte­re­sów, może się zagu­bić w róż­nicy sił mię­dzy obroną a natar­ciem i stać się przez to nie­sku­teczna.

Jeśli więc ten, komu chwila sprzyja, jest za słaby, aby móc się zrzec korzy­ści obrony, to musi się pogo­dzić z tym, że przy­szłość będzie dla niego mniej korzystna; może bowiem zawsze wytwo­rzyć się taka sytu­acja, że korzyst­niej dla niego będzie w tych przy­szłych, nie­po­myśl­nych warun­kach sto­czyć walkę obronną, niż w danej chwili nacie­rać lub zawrzeć pokój. Ponie­waż zaś, według naszego prze­ko­na­nia, prze­waga obrony (dobrze poję­tej) jest bar­dzo duża, o wiele więk­sza, niż się to na pierw­szy rzut oka wydaje, więc wyja­śnia to więk­szość okre­sów zastoju w dzia­ła­niach bez potrzeby ucie­ka­nia się do wnio­sków o wewnętrz­nej sprzecz­no­ści. Im słab­sze są pobudki dzia­ła­nia, tym wię­cej ich pochła­nia i obez­wład­nia ta róż­nica sił mię­dzy natar­ciem a obroną i tym czę­ściej, jak zresztą uczy doświad­cze­nie, zda­rzać się będą okresy zastoju.

18. Druga przy­czyna polega na nie­do­kład­nym poj­mo­wa­niu poło­że­nia

Jest jesz­cze inny powód, który może powstrzy­mać roz­wój dzia­łań, a mia­no­wi­cie nie­do­kładne poj­mo­wa­nie danego poło­że­nia. Każdy wódz zna dokład­nie jedy­nie poło­że­nie wła­sne, poło­że­nie zaś prze­ciw­nika tylko na pod­sta­wie nie­pew­nych wia­do­mo­ści; może więc sobie uro­bić o nim sąd mylny i wsku­tek tego myśleć, że kolej dzia­ła­nia przy­pada na prze­ciw­nika, wtedy gdy wła­śnie on powi­nien dzia­łać. Wpraw­dzie ten brak zro­zu­mie­nia mógłby dopro­wa­dzić rów­nie czę­sto do nie­wcze­snych dzia­łań, jak i do nie­wcze­snego wstrzy­ma­nia ich i nie przy­czy­niłby się do przy­śpie­sze­nia, jak i do opóź­nie­nia dzia­łań wojen­nych; ale w każ­dym razie brak ten należy uwa­żać za jedną z natu­ral­nych przy­czyn, mogą­cych bez jakiej­kol­wiek sprzecz­no­ści wewnętrz­nej powstrzy­mać dzia­ła­nia wojenne. Zwa­żyw­szy jesz­cze, że zawsze jest się skłon­nym raczej do prze­ce­nia­nia niż do nie­do­ce­nia­nia sił prze­ciw­nika, ponie­waż leży to już w natu­rze ludz­kiej - przy­znać należy, że nie­do­kładne poj­mo­wa­nie poło­że­nia przy­czynia się na ogół w znacz­nym stop­niu do wstrzy­my­wa­nia dzia­łań wojen­nych i tym samym ogra­ni­cza­nia ich zasady.

Moż­li­wość zastoju wpro­wa­dza nowe ogra­ni­cze­nie do dzia­łań wojen­nych, roz­wad­nia­jąc je nie­jako w cza­sie, hamu­jąc roz­wój nie­bez­pie­czeń­stwa i mno­żąc spo­soby przy­wró­ce­nia stra­co­nej rów­no­wagi. Im więk­sze były napię­cia, które wywo­łały wojnę, im więk­sza jest więc jej ener­gia, tym krót­sze będą te okresy zastoju, im słab­sze zaś jest uza­sad­nie­nie wojny, tym dłuż­sze będą te okresy. Sil­niej­sze pobudki wzma­gają siłę woli, a ta jest zawsze, jak wiemy, waż­nym czyn­ni­kiem - jest wytwo­rem sił.

19. Czę­sto zda­rza­jące się okresy zastoju w dzia­ła­niach wojen­nych odda­lają wojnę jesz­cze bar­dziej od zasady bez­względ­nej i czy­nią ją w jesz­cze więk­szym stop­niu rachun­kiem praw­do­po­do­bień­stwa

Im wol­niej jed­nak roz­wi­jają się dzia­ła­nia wojenne, im czę­ściej i dłu­żej pod­le­gają zasto­jom, tym łatwiej napra­wić popeł­niony błąd, tym pew­niej­szy sie­bie będzie wódz w swo­ich zało­że­niach, tym łatwiej pozo­sta­nie poza gra­nicą naj­więk­szego wysiłku i będzie opie­rał wszystko na praw­do­po­do­bień­stwie i przy­pusz­cze­niu. Ten oparty na danych warun­kach rachu­nek praw­do­po­do­bień­stwa, któ­rego wymaga już sama natura poło­że­nia kon­kret­nego, będzie roz­po­rzą­dzał więk­szą lub mniej­szą ilo­ścią czasu, sto­sow­nie do bar­dziej lub mniej powol­nego biegu dzia­łań.

20. Bra­kuje zatem jesz­cze tylko przy­padku, aby upodob­nić wojnę do gry, a wła­śnie w przy­padki wojna bar­dzo obfi­tuje

Widzimy z tego, do jakiego stop­nia przed­mio­towy cha­rak­ter wojny two­rzy z niej rachu­nek praw­do­po­do­bień­stwa; aby uczy­nić z niej grę, jed­nego już teraz tylko potrzeba czyn­nika, któ­rego woj­nie z pew­no­ścią nie brak: czyn­ni­kiem tym jest przy­pa­dek. Żadna ludzka dzia­łal­ność nie styka się z przy­pad­kiem tak czę­sto i tak ści­śle jak wojna. W ślad za przy­pad­kiem ważne miej­sce na woj­nie zaj­muje nie­pew­ność, a wraz z nią los szczę­ścia.

21. Wojna staje się grą zarówno przez swój cha­rak­ter obiek­tywny, jak i subiek­tywny

Jeśli teraz spoj­rzymy na subiek­tywny cha­rak­ter wojny, to zna­czy na te siły, za któ­rych pomocą trzeba ją pro­wa­dzić, to musi się ona wydać nam grą w jesz­cze wyż­szym stop­niu. Żywio­łem, w jakim się wojna roz­grywa, jest nie­bez­pie­czeń­stwo; a jakaż z sił ducho­wych jest w nie­bez­pie­czeń­stwie naj­do­stoj­niej­sza? Odwaga. Wpraw­dzie odwagę można pogo­dzić z mądrym obli­cze­niem, ale są to rze­czy różne i nale­żące do róż­nych dzie­dzin duszy; nato­miast ryzyko, ufność w szczę­ście, śmia­łość, zuchwal­stwo - są to tylko prze­jawy odwagi, a wszyst­kie te dąż­no­ści duszy szu­kają nie­pew­no­ści, bo ona jest ich żywio­łem.

Widzimy zatem, że z góry już czyn­nik abso­lutny, tzw. mate­ma­tyczny, nie znaj­duje ni­gdzie trwa­łego opar­cia w obli­cze­niach sztuki wojen­nej i że od razu wdziera się tu cała gra moż­li­wo­ści, praw­do­po­do­bieństw, szczę­ścia i nieszczę­ścia, prze­wi­ja­jąca się przez wszyst­kie więk­sze i mniej­sze nitki tej tka­niny i ze wszyst­kich dzie­dzin dzia­łal­no­ści ludz­kiej upo­dab­nia wojnę naj­bar­dziej do gry w karty.

22. Duchowi ludz­kiemu odpo­wiada to na ogół naj­bar­dziej

Acz­kol­wiek roz­są­dek nasz dąży zawsze do jasno­ści i pew­no­ści to jed­nak duch nasz czuje czę­sto pociąg do niepew­no­ści. Zamiast prze­ci­skać się rozu­mem po wąskiej ścieżce filo­zo­ficz­nego bada­nia i logicz­nych wnio­sków, by wresz­cie, na pół przy­tom­nie, dojść tam, gdzie czuje się obco, gdzie opusz­cza go wszystko dotąd znane - duch nasz chęt­niej prze­bywa wyobraź­nią w kra­inie przy­pad­ków i szczę­ścia.

Zamiast cia­snej koniecz­no­ści opływa on tu w bogac­twa moż­li­wo­ści. Pod­nie­cona nimi odwaga nabiera polotu, a ryzyko i nie­bez­pie­czeń­stwa stają się żywio­łem, w który duch ludzki rzuca się jak śmiały pły­wak w nurt rzeki.

Czy teo­ria ma go tu opu­ścić i iść dalej wygod­nie drogą bez­względ­nych wnio­sków i pra­wi­deł? Wów­czas byłaby dla życia nie­uży­teczna. Teo­ria powinna uwzględ­niać rów­nież pier­wia­stek ludzki i dozwo­lić prze­ja­wić się także i odwa­dze, śmia­ło­ści, a nawet zuchwal­stwu. Sztuka wojenna ma do czy­nie­nia z żywą siłą i moral­nymi czyn­ni­kami; wynika stąd, że nie może ni­gdzie osią­gnąć pew­no­ści i bez­względ­no­ści.

Pozo­staje więc zawsze wiele miej­sca dla rze­czy przy­bli­żo­nych i to zarówno w spra­wach wiel­kich, jak i małych. I gdy po jed­nej stro­nie stoi nie­pew­ność, po dru­giej musi prze­ja­wić się odwaga i wiara w sie­bie, aby wypeł­nić tę lukę. Im więk­sza jest odwaga i wiara w sie­bie, tym więk­szy jest dopusz­czalny sto­pień nie­pew­no­ści. Są to więc czyn­niki bar­dzo ważne na woj­nie: teo­ria powinna dla­tego sta­no­wić takie tylko prawa, które dozwa­la­łyby poru­szać się swo­bod­nie tym nie­zbęd­nym i naj­szla­chet­niej­szym spo­śród cnót wojen­nych we wszel­kich ich stop­niach i odmia­nach. I w ryzyku tkwi też mądrość, a nawet ostroż­ność, tylko nieco odmien­nej marki.

23. Wojna jest jed­nak zawsze poważ­nym środ­kiem do poważ­nego celu. Bliż­sze jej okre­śle­nie

Taka jest wojna, taki wódz, który ją pro­wa­dzi, taka teo­ria, która ją kształ­tuje. Wojna jed­nak nie jest spę­dza­niem czasu, nie pro­wa­dzi się jej tylko dla przy­jem­no­ści ryzy­ko­wa­nia i wygry­wa­nia ani też jako dzieła bez­in­te­re­sow­nego zapału; jest ona poważ­nym środ­kiem do poważ­nego celu. Cała barw­ność przy­pad­ko­wych zda­rzeń, wszel­kie porywy namięt­no­ści, odwagi, fan­ta­zji, zapału, w jakie się wojna przy­straja - są tylko wła­ści­wo­ściami tego środka.

Wojna jakiejś zbio­ro­wo­ści - całych naro­dów - a zwłasz­cza naro­dów cywi­li­zo­wa­nych - wypływa zawsze z danej sytu­acji poli­tycz­nej i wywo­łują ją tylko pobudki poli­tyczne. Jest ona zatem czy­nem poli­tycz­nym. Gdyby wojna była tylko skoń­czo­nym, nie­skrę­po­wa­nym, bez­względ­nym prze­ja­wem siły, jak to wywnio­sko­wać by nale­żało z jej abs­trak­cyj­nego poję­cia, to wów­czas, wywo­łana przez poli­tykę, musia­łaby zająć jej miej­sce, jako zda­rze­nie cał­kiem od niej nie­za­leżne, usu­nąć ją i kie­ro­wać się tylko wła­snymi pra­wami. Wojna wtedy podobna byłaby do miny, która wybu­cha­jąc, nie zdoła przy­brać innego kie­runku, ani też nie da się pokie­ro­wać gdzie indziej niż tam, gdzie ją zawczasu skie­ro­wały przy­go­to­wa­nia pier­wotne. Tak też w rze­czy­wi­sto­ści ujmo­wano dotych­czas tę sprawę, ile­kroć brak har­mo­nii pomię­dzy poli­tyką a kie­row­nic­twem wojny pro­wa­dził do takich roz­wa­żań. Naprawdę jed­nak tak nie jest i wyobra­że­nie to jest zupeł­nie błędne. Wojna rze­czy­wi­sta, jak to już widzie­li­śmy, nie jest ni­gdy tak gwał­towna, aby się wyła­do­wać od razu, prze­ciw­nie, jest ona dzia­ła­niem sił, które nie roz­wi­jają się cał­kiem jed­nakowo i rów­no­mier­nie. Napię­cie ich raz wystar­cza do poko­na­nia oporu, jaki im sta­wia bez­wład i tar­cie, kiedy indziej zaś znowu jest zbyt słabe, aby się prze­ja­wić w dzia­ła­niu. Wojna jest tedy jakby pul­so­wa­niem gwał­tow­no­ści, to sil­niej­szym, to znów słab­szym, i wyła­do­wuje swoje napię­cia oraz wyczer­puje swe siły to szyb­ciej, to znowu powol­niej.

Innymi słowy: wojna pro­wa­dzi do celu szybko albo powoli, ale zawsze trwa dość długo, aby jesz­cze pod­czas jej trwa­nia mógł się ujaw­nić wpływ zdolny nadać jej ten czy inny kie­ru­nek, a zatem i pod­dać ją woli kie­ru­ją­cego nią inte­lektu. Jeśli zaś uprzy­tom­nimy sobie, że wojna wypływa z celu poli­tycz­nego, to wyda się nam zupeł­nie natu­ralne, że ta pierw­sza pobudka, która powo­łała ją do życia, pozo­staje przo­du­ją­cym naj­wyż­szym wzglę­dem rów­nież i pod­czas jej roz­gry­wa­nia. Jed­nak ten cel poli­tyczny nie jest przez to jesz­cze despo­tycz­nym pra­wo­dawcą, musi on przy­sto­so­wać się do natury uży­tych środ­ków i wsku­tek tego czę­sto ulega zmia­nie, zawsze jed­nak pozo­staje tym, co przede wszyst­kim należy uwzględ­nić. Poli­tyka prze­wija się wów­czas przez całą akcję wojenną i wywiera na nią nie­ustanny wpływ w gra­ni­cach, jakie jej zakre­śla natura sił wyzwa­la­ją­cych się pod­czas wojny.

24. Wojna jest tylko dal­szym cią­giem poli­tyki pro­wa­dzo­nej innymi środ­kami

Tak więc widzimy, że wojna jest nie tylko czy­nem poli­tycz­nym, lecz i praw­dzi­wym narzę­dziem poli­tyki, dal­szym cią­giem sto­sun­ków poli­tycz­nych, prze­pro­wa­dze­niem ich innymi środ­kami. Pozo­staje więc woj­nie jako jej cha­rak­te­ry­styczna cecha odrębna natura sto­so­wa­nych przez nią środ­ków. Sztuka wojenna w ogól­no­ści, a wódz w każ­dym poszcze­gól­nym przy­padku mogą wyma­gać, aby kie­ru­nek i dąż­no­ści poli­tyki nie były sprzeczne z tymi środ­kami. Wyma­ga­nie to poważne, ale jak­kol­wiek w pew­nych wypad­kach wpływa ono zasad­ni­czo na dąż­no­ści poli­tyczne, to jed­nak powo­duje tylko pewną ich zmianę. Cel poli­tyczny bowiem jest celem, wojna zaś - środ­kiem, a środka bez celu nie można sobie ni­gdy wyobra­zić.

25. Róż­no­rod­ność wojen

Im wznio­ślej­sze, im sil­niej­sze są pobudki wojny, im bar­dziej ogar­niają cały byt naro­dów, im potęż­niej­sze jest napię­cie poprze­dza­jące wojnę, tym bar­dziej wojna zbliża się do swej formy ode­rwa­nej, tym bar­dziej cho­dzi o zwal­cze­nie nie­przy­ja­ciela, tym ści­ślej łączy się cel wojenny z zamia­rem poli­tycz­nym i tym bar­dziej wystę­puje jej strona wyłącz­nie woj­skowa, a mniej poli­tyczna. Im słab­sze nato­miast są pobudki i napię­cia, tym trud­niej uzgod­nić siłę, ten natu­ralny kie­ru­nek żywiołu wojen­nego, z linią nakre­śloną przez poli­tykę. Wtedy wojna z koniecz­no­ści odchyla się coraz bar­dziej od swego natu­ral­nego kie­runku, a cel poli­tyczny różni się coraz bar­dziej od celu wojny dosko­na­łej, która nabiera coraz wię­cej cech poli­tycznych.

Aby jed­nak nie wpro­wa­dzić czy­tel­nika w błąd, musimy dodać, że przez tę natu­ralną dąż­ność wojny rozu­miemy tu nie dąż­no­ści rze­czy­wi­ście ście­ra­ją­cych się sił, tylko dąż­ność filo­zo­ficzną, logiczną, wyobra­ża­jąc sobie na przy­kład wszyst­kie uczu­cia i namięt­no­ści wal­czą­cych. Mogą i one wpraw­dzie być w pew­nych wypad­kach obu­dzone do takiego stop­nia, że z trud­no­ścią można je utrzy­mać w ramach poli­tycz­nych, prze­waż­nie jed­nak sprzecz­no­ści takiej nie będzie, gdyż samo ist­nie­nie tak sil­nych dążeń musi wywo­łać powsta­nie odpo­wied­nio sze­roko zakro­jo­nego planu dzia­ła­nia. Gdzie plan ten skie­ro­wany jest ku celom drob­nym, tam dąże­nia mas są tak nikłe, że trzeba je raczej pod­nie­cać, niż powstrzy­my­wać.

26. Każdą wojnę można uwa­żać za dzia­ła­nie poli­tyczne

Wróćmy do rze­czy. Jeżeli jest prawdą, że przy jed­nym rodzaju wojny poli­tyka pozor­nie zanika, przy innym zaś wystę­puje bar­dzo wyraź­nie, to jed­nak twier­dzić można, że oba rodzaje są rów­nie poli­tyczne. Jeśli bowiem poli­tykę poj­mu­jemy jako rozum prak­tyczny pań­stwa uoso­bio­nego, to wśród róż­nych sytu­acji, jakie się mogą wytwo­rzyć, mogą się zda­rzyć i takie, które z natury swo­jej spo­wo­dują wojnę pierw­szego rodzaju. Tylko jeśli przez poli­tykę będziemy rozu­mieli nie wszech­stronną roz­wagę, ale utarte poję­cie uni­ka­ją­cego siły, ostroż­nego, prze­bie­głego, a czę­sto i nie­uczci­wego mędr­ko­wa­nia, to takiej poli­tyce istot­nie bar­dziej odpo­wie drugi rodzaj wojny.

27. Pogląd powyż­szy pozwala w wyniku zro­zu­mieć histo­rię wojen i ugrun­to­wać pod­stawy teo­rii

Widzimy przede wszyst­kim, że wojnę należy trak­to­wać w każ­dym razie nie jako coś samo­dziel­nego, lecz jako narzę­dzie poli­tyki i tylko ten pogląd chroni nas od pozo­sta­nia w sprzecz­no­ści z całą histo­rią wojen. Ta zaś jedy­nie pozwoli nam, niby w wiel­kiej księ­dze, odna­leźć wła­ściwe zro­zu­mie­nie wojny. Pogląd ten wyka­zuje nam poza tym, jak roz­ma­ite są wojny ze względu na istotę swych moty­wów i oko­licz­no­ści, z któ­rych powstają.

Pierw­szym, naj­waż­niej­szym, naj­bar­dziej decy­du­ją­cym sądem, jaki wydać powi­nien mąż stanu i wódz, jest uświa­do­mie­nie sobie, czy zamie­rzoną wojnę traf­nie prze­wi­duje, czy też może uwa­żają za coś takiego albo też czy nie pra­gnie jej uczy­nić czymś takim, czym wojna z natury danych oko­licz­no­ści stać się nie może. Jest to pierw­sze, naj­ogól­niej­sze ze wszyst­kich zagad­nień stra­te­gicz­nych; póź­niej roz­wa­żymy je bli­żej, oma­wia­jąc plan wojny. Tutaj ogra­ni­czymy się do tego, dopro­wa­dziw­szy zagad­nie­nie aż do tego punktu i stwier­dziw­szy ten główny punkt widze­nia, z jakiego należy roz­pa­try­wać wojnę i jej teo­rię.

28. Wyniki dla teo­rii

Wojna jest więc nie tylko ist­nym kame­le­onem, zmie­nia­ją­cym po tro­sze w każ­dym poszcze­gól­nym wypadku swoją naturę, ale też i ogól­nie bio­rąc, ze względu na panu­jące w niej dąż­no­ści, sta­nowi dziwną trójcę zło­żoną z pier­wot­nej gwał­tow­no­ści żywiołu, nie­na­wi­ści i wro­go­ści, co należy uwa­żać za ślepy popęd natu­ralny, dalej, z gry praw­do­po­do­bień­stwa i przy­padku czy­nią­cych z wojny swo­bodną czyn­ność duchową, wresz­cie zaś z wła­ści­wo­ści pod­rzęd­nej - narzę­dzia poli­tycz­nego, przez co pod­lega zwy­kłemu roz­sąd­kowi.

Pierw­sza z tych trzech stron zwraca się ku naro­dowi, druga do wodza i jego woj­ska, trze­cia zaś - prze­waż­nie do rządu. Namięt­no­ści, jakie mają roz­pa­lić się na woj­nie, muszą już ist­nieć w naro­dach samych; zakres, jaki obej­mie gra odwagi i talentu w dzie­dzi­nie praw­do­po­do­bień­stwa i przy­padku, zależy od wła­ści­wo­ści wodza i woj­ska, nato­miast zamiary poli­tyczne są wyłącz­nie sprawą rządu.

Te trzy dąż­no­ści, które two­rzą tyleż róż­nych reguł, tkwią głę­boko w natu­rze przed­miotu i zara­zem w róż­nych roz­mia­rach. Teo­ria, która by chciała jedną z nich pomi­nąć lub usta­lić pomię­dzy nimi jakiś dowolny sto­su­nek, wpa­dłaby natych­miast w taką sprzecz­ność z rze­czy­wi­sto­ścią, że już przez to samo nale­ża­łoby ją uwa­żać za oba­loną.

Zada­niem teo­rii jest utrzy­mać się mię­dzy tymi trzema poję­ciami, niby mię­dzy trzema punk­tami przy­cią­ga­nia.

Na jakiej zaś dro­dze można naj­le­piej spro­stać temu trud­nemu zada­niu, spró­bu­jemy roz­wa­żyć w księ­dze o teo­rii wojny. W każ­dym razie doko­nane tu usta­le­nie poję­cia wojny jest pierw­szym pro­mie­niem świa­tła, jaki pada na potężny gmach teo­rii, i pozwala nam przede wszyst­kim dostrzec i roz­róż­nić wiel­kie bryły.

ROZ­DZIAŁ DRUGI. Cele i środki wojny

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Cele i środki wojny

Poznaw­szy w poprzed­nim roz­dziale zło­żoną i zmienną naturę wojny, zaj­miemy się teraz zba­da­niem wpływu, jaki ona ma na jej cele i środki.

Jeśli zapy­tamy naj­pierw o cel, do jakiego dążyć powinna cała wojna, aby stać się wła­ści­wym środ­kiem do osią­gnię­cia zamie­rzeń poli­tycz­nych, to zoba­czymy, że cel ten jest rów­nie zmienny, jak i zamiar poli­tyczny oraz warunki spe­cy­ficzne wojny. Przyj­mu­jąc znowu przede wszyst­kim czy­ste poję­cie wojny, musimy przy­znać, że jej cel poli­tyczny leży wła­ści­wie poza jej dzie­dziną; jeśli bowiem wojna jest aktem prze­mocy, aby zmu­sić prze­ciw­nika do wyko­na­nia naszej woli, to powinno zawsze cho­dzić jedy­nie i wyłącz­nie o powa­le­nie wroga, to zna­czy o jego obez­wład­nie­nie. Roz­ważmy przede wszyst­kim ten cel, wyro­zu­mo­wany z owego poję­cia w związku z rze­czy­wi­sto­ścią, do któ­rej zresztą w wielu wypad­kach się zbliża.

Mówiąc o pla­nie wojny, roz­wa­żymy bli­żej w dal­szym ciągu, co to zna­czy obez­wład­nić pań­stwo, ale już tutaj należy roz­róż­nić trzy przed­mioty zawie­ra­jące w sobie wszystko inne. Są to: siły zbrojne, kraj i wola nie­przy­ja­ciela.

Siły zbrojne należy znisz­czyć, to zna­czy dopro­wa­dzić je do stanu, w któ­rym nie będą zdolne do dal­szej walki. Zazna­czamy, że w następ­stwie tylko to będziemy rozu­mieli przez wyra­że­nie "znisz­cze­nie nie­przy­ja­ciel­skich sił zbroj­nych".

Kraj należy zdo­być, gdyż w kraju mogłyby powstać nowe siły zbrojne.

Jed­nakże, nawet po osią­gnię­ciu obu tych celów, tak długo nie można wojny, czyli nie­przy­ja­znego napię­cia i dzia­ła­nia wro­gich sił, uwa­żać za ukoń­czoną, dopóki wola nie­przy­ja­ciela nie zosta­nie rów­nież zła­mana, tzn. dopóki jego rząd i sojusz­nicy nie będą zmu­szeni do pod­pi­sa­nia pokoju, a naród do pod­da­nia się. Zda­rza się bowiem, że pomimo cał­ko­wi­tego opa­no­wa­nia kraju, wojna może roz­go­rzeć na nowo albo wewnątrz kraju, albo dzięki pomocy jego sprzy­mie­rzeń­ców. Wpraw­dzie może się to stać i po zawar­ciu pokoju, ale świad­czy­łoby to tylko o tym, że nie każda wojna przy­nosi cał­ko­wite roz­strzy­gnię­cie i zała­twie­nie spo­rów.

Jed­nakże nawet i w tym wypadku przez zawar­cie pokoju gaśnie zawsze mnó­stwo iskier, które tli­łyby się tajem­nie, i zmniej­sza się naprę­że­nie, gdyż wszyst­kie umy­sły nastro­jone raczej poko­jowo, a takich jest bar­dzo wiele w każ­dym naro­dzie i we wszel­kich oko­licz­no­ściach, porzu­cają cał­ko­wi­cie myśl o opo­rze. W każ­dym jed­nak razie należy uwa­żać, że przez zawar­cie pokoju cel zostaje osią­gnięty, a dzia­ła­nia wojenne - ukoń­czone.

Ponie­waż spo­śród trzech wyżej wspo­mnia­nych przed­mio­tów siły zbrojne są prze­zna­czone do obrony kraju, przeto natu­ral­nym porząd­kiem rze­czy będzie przede wszyst­kim znisz­cze­nie tych sił, potem zdo­by­cie kraju, wresz­cie wsku­tek obu tych powo­dzeń, jak też i ze względu na stan, w jakim się jesz­cze znaj­du­jemy - zmu­sze­nie prze­ciw­nika do zawar­cia pokoju. Znisz­cze­nie nie­przy­ja­ciel­skich sił zbroj­nych prze­biega zwy­kle stop­niowo i w ślad za tym rów­nież stop­niowo - zdo­by­wa­nie kraju. Oba te pro­cesy oddzia­ły­wają przy tym na sie­bie wza­jem­nie, gdyż utrata terenu wpływa na osła­bie­nie sił zbroj­nych. Taki porzą­dek rze­czy nie jest jed­nakże konieczny, nie zawsze więc się zda­rza. Nie­przy­ja­ciel­skie siły zbrojne mogą nawet, nie doznaw­szy jesz­cze znacz­niej­szych strat, wyco­fać się w głąb kraju albo zupeł­nie poza jego gra­nice. W tym wypadku kraj zostałby zdo­byty w swej prze­waż­nej czę­ści lub nawet cał­ko­wi­cie.

Obez­wład­nie­nie prze­ciw­nika - tj. ten cel wojny abs­trak­cyj­nej, ten osta­teczny śro­dek do osią­gnię­cia celów poli­tycz­nych, zawie­ra­jący w sobie wszel­kie inne środki - nie zawsze ist­nieje w rze­czy­wi­sto­ści, nie jest warun­kiem nie­zbęd­nym do zawar­cia pokoju, a zatem nie może w żad­nym wypadku ist­nieć w teo­rii jako pra­wi­dło. Zawarto nie­zli­czoną ilość trak­ta­tów poko­jo­wych, zanim jesz­cze któ­ra­kol­wiek ze stron wal­czą­cych mogła ucho­dzić za bez­bronną, a nawet zanim rów­no­waga została w spo­sób widoczny zachwiana. Co wię­cej, roz­pa­trzyw­szy kon­kretne wypadki, musimy przy­znać, że w całym ich sze­regu poko­na­nie prze­ciw­nika byłoby tylko zbędną grą wyobra­żeń, mia­no­wi­cie wtedy, gdy prze­ciw­nik jest znacz­nie potęż­niej­szy.

Przy­czyna, dla któ­rej cel wysnuty z poję­cia wojny abs­trak­cyj­nej nie zawsze odpo­wiada woj­nie rze­czy­wi­stej, leży w róż­nicy obu tych rodza­jów wojny, czym zaj­mo­wa­li­śmy się w roz­dziale poprzed­nim. Gdyby wojna była taka, jak ją okre­śla samo poję­cie, to walka pomię­dzy pań­stwami o znacz­nej róż­nicy sił wyda­wa­łaby się nie­do­rzecz­no­ścią, byłaby nie­moż­liwa; nie­rów­ność sił fizycz­nych mogłaby być co naj­wy­żej taka, aby ją zrów­no­wa­żyć mogły siły moralne - a to przy naszym obec­nym sta­nie spo­łecz­nym w Euro­pie nie dopro­wa­dzi­łoby zbyt daleko. Jeśli więc widzie­li­śmy wojny mię­dzy pań­stwami o róż­nym stop­niu potęgi, to tylko dla­tego, że wojna w rze­czy­wi­sto­ści odbiega czę­sto bar­dzo daleko od swego zasad­ni­czego poję­cia.

Jako motyw do zawar­cia pokoju zamiast nie­zdol­no­ści do dal­szego oporu mogą wystą­pić w rze­czy­wi­sto­ści dwa czyn­niki. Pierw­szy - to nie­praw­do­po­do­bień­stwo powo­dze­nia, drugi - zbyt wysoka jego cena.

Ponie­waż, jak widzie­li­śmy w poprzed­nim roz­dziale, cała wojna musi odbiec od ści­słego prawa wewnętrz­nej koniecz­no­ści, a za to pod­dać się rachun­kowi praw­do­po­do­bień­stwa, i ponie­waż zda­rza się to tym czę­ściej, im bar­dziej wojna przy­sto­suje się do warun­ków, z któ­rych powstała, i im słab­sze są motywy i napię­cia wojny, dla­tego zro­zu­miałą jest rze­czą, że z tego rachunku praw­do­po­do­bień­stwa może się sam przez się wyło­nić rów­nież i motyw poko­jowy. Wojnę nie zawsze trzeba pro­wa­dzić aż do powa­le­nia jed­nej ze stron, i można przy­pu­ścić, że przy bar­dzo sła­bych moty­wach i napię­ciach wystar­czy lek­kie, zale­d­wie dające się odczuć praw­do­po­do­bień­stwo, aby skło­nić do ustępstw stronę, prze­ciw któ­rej się zwraca. Jeśli zaś drugi prze­ciwnik z góry już zosta­nie o tym prze­ko­nany, to zupeł­nie natu­ral­nie będzie on dążył tylko do ujaw­nie­nia takiego praw­do­po­do­bień­stwa, nie nakła­da­jąc nie­po­trzeb­nie drogi przez cał­ko­wite powa­le­nie wroga.

Jesz­cze powszech­niej na decy­zję zawar­cia pokoju działa wzgląd na wysi­łek już doko­nany i jesz­cze potrzebny. Ponie­waż wojna nie jest aktem śle­pej namięt­no­ści, lecz rzą­dzi nią cel poli­tyczny, przeto war­tość tego celu powinna okre­ślać wiel­kość ofiar, jakimi chcemy go oku­pić.

Doty­czy to tak roz­mia­rów, jak i czasu trwa­nia wojny. Skoro więc wysi­łek zbrojny tak wzro­śnie, że war­tość celu poli­tycz­nego nie może go zrów­no­wa­żyć - wtedy należy z niego zre­zy­gno­wać, a następ­stwem tego będzie pokój.

Widzimy więc, że pod­czas wojen, gdy jedna strona nie może cał­ko­wi­cie obez­wład­nić dru­giej, motywy poko­jowe stron obu to wzra­stają, to zani­kają zależ­nie od praw­do­po­do­bień­stwa dal­szych suk­ce­sów i nie­zbęd­nego dla nich wysiłku. Gdyby motywy te po obu stro­nach były jed­na­kowo silne, spo­tka­łyby się w poło­wie swej poli­tycz­nej róż­nicy; o ile zwięk­szają się u jed­nej ze stron, o tyle mogą się zmniej­szyć u dru­giej i jeśli tylko suma ich jest wystar­cza­jąca, to pokój nastąpi. Oczy­wi­ście, wypad­nie on raczej na korzyść tego, kto miał słab­sze motywy do jego zawar­cia.

Pomi­jamy tu umyśl­nie róż­nicę, którą z koniecz­no­ści wywo­łać musi w dzia­ła­niu pozy­tywna i nega­tywna natura celu poli­tycz­nego. Cho­ciaż bowiem, jak to wyka­żemy poni­żej, cel ten jest rze­czą ogrom­nie ważną, to jed­nak musimy tu sta­nąć na ogól­niej­szym jesz­cze sta­no­wi­sku, gdyż pier­wotne zamie­rze­nia zmie­niają się bar­dzo w ciągu wojny i mogą być przy końcu zupeł­nie inne wła­śnie dla­tego, że wpły­wają na nie rów­nież i powo­dze­nia wojenne i praw­do­po­dobne wyniki.

Powstaje teraz pyta­nie, w jaki spo­sób można wpły­nąć na praw­do­po­do­bień­stwo powo­dze­nia? Przede wszyst­kim oczy­wi­ście tymi samymi środ­kami, które pro­wa­dzą rów­nież i do powa­le­nia prze­ciw­nika: przez znisz­cze­nie jego sił zbroj­nych i zdo­by­cie jego ziem. Nie są one jed­nak w obu tych przy­pad­kach dokład­nie takie same. Przy natar­ciu na siły zbrojne nie­przy­ja­ciela rzecz się przed­sta­wia róż­nie w zależ­no­ści od tego, czy chcemy w ślad za pierw­szym ude­rze­niem wymie­rzyć jesz­cze sze­reg innych cio­sów aż do zupeł­nego wresz­cie znisz­cze­nia, czy też chcemy zado­wo­lić się jed­nym tylko zwy­cię­stwem, aby zła­mać w prze­ciw­niku pew­ność sie­bie, dać mu poczu­cie naszej prze­wagi i napeł­nić go w ten spo­sób obawą o przy­szłość. Jeśli tego pra­gniemy, to w znisz­cze­niu jego sił zbroj­nych nie pój­dziemy dalej, niż wymaga tego wzgląd powyż­szy. W ten spo­sób i zdo­by­cie ziem wygląda ina­czej, gdy nie jest obli­czone na powa­le­nie prze­ciw­nika. W tym przy­padku znisz­cze­nie jego sił zbroj­nych byłoby dzia­ła­niem jedy­nie sku­tecz­nym, a zaj­mo­wa­nie ziem - tylko jego następ­stwem; zaj­mo­wa­nie zaś ich, dopóki siły zbrojne nie są zła­mane, należy zawsze uwa­żać tylko za zło konieczne. Nato­miast jeśli nie cho­dzi nam o powa­le­nie sił zbroj­nych prze­ciw­nika i jeśli jeste­śmy pewni, że on sam nie tylko nie szuka krwa­wej roz­prawy, ale się jej lęka, wtedy zaję­cie słabo lub wcale nie bro­nio­nej dziel­nicy już samo przez się jest powo­dze­niem. Jeśli to powo­dze­nie będzie dość duże, aby prze­ciw­nika zanie­po­koić co do osta­tecz­nego wyniku, to należy je rów­nież uwa­żać za pro­stą drogę do pokoju.

Tu natra­fiamy na jesz­cze jeden śro­dek oso­bliwy, wpły­wa­jący na praw­do­po­do­bień­stwo powo­dze­nia, bez poko­na­nia nie­przy­ja­ciel­skich sił zbroj­nych; są to dzia­ła­nia o bez­po­śred­nim zna­cze­niu poli­tycz­nym.

Zwa­żyw­szy, że nie­które z nich nadają się szcze­gól­nie do roz­ry­wa­nia albo do para­li­żo­wa­nia soju­szów naszego prze­ciw­nika, do pozy­ska­nia nam sprzy­mie­rzeń­ców i wywo­ła­nia zmian poli­tycz­nych na naszą korzyść itp., łatwo pojąć, jak bar­dzo może to zwięk­szyć praw­do­po­do­bień­stwo powo­dze­nia i otwo­rzyć drogę do celu znacz­nie krót­szą niż poko­na­nie sił zbroj­nych nie­przy­ja­ciela.

Dal­sze pyta­nie brzmi: jakimi środ­kami można wyczer­pać siły nie­przy­ja­ciela?

Wyczer­pa­nie prze­ciw­nika wynika z zuży­cia jego sił zbroj­nych, czyli ze znisz­cze­nia ich przez nas, i z utraty dziel­nic, czyli ze zdo­by­cia ich przez nas.

Przy bliż­szym roz­pa­trze­niu prze­ko­namy się łatwo, że obie te rze­czy - zuży­cie sił i utrata dziel­nic - przy innych zamie­rze­niach prze­ciw­nika nie zawsze będą zgodne z ich odpo­wied­ni­kami z powodu odmien­nego ich wtedy zna­cze­nia. Wpraw­dzie prze­waż­nie róż­nice będą bar­dzo małe, ale nie powinno to nas wpro­wa­dzać w błąd, gdyż w rze­czywistości przy sła­bych pobud­kach wojny czę­sto o takim lub innym spo­so­bie uży­cia sił roz­strzy­gają bar­dzo deli­katne odcie­nie. Chcemy tu tylko wyka­zać, że przy pew­nych warun­kach moż­liwe są i inne drogi wio­dące do celu, które nie sta­no­wią wewnętrz­nej sprzecz­no­ści ani nie­do­rzecz­no­ści, ani nawet błędu.

Są jesz­cze poza tym trzy inne odpo­wied­nie drogi pro­wa­dzące bez­po­śred­nio do zwięk­sze­nia wyczer­pa­nia prze­ciw­nika. Pierw­szą jest najazd, to zna­czy zaję­cie nie­przy­ja­ciel­skiego tery­to­rium, bez zamiaru utrzy­ma­nia go, lecz w celu ścią­gnię­cia kon­try­bu­cji lub nawet spu­sto­sze­nia.

Zamia­rem bez­po­śred­nim nie będzie tu ani zdo­by­cie kraju nie­przy­ja­ciel­skiego, ani poko­na­nie jego sił zbroj­nych, a tylko w ogóle wyrzą­dze­nie szkody nie­przy­ja­cie­lowi. Druga droga to kie­ro­wa­nie wła­snych dzia­łań przede wszyst­kim na przed­mioty zwięk­sza­jące straty prze­ciw­nika. Bar­dzo łatwo możemy wyobra­zić sobie dwa różne kie­runki dzia­ła­nia naszych sił zbroj­nych, z któ­rych jeden znacz­nie lepiej się nadaje do poko­na­nia wroga, drugi nato­miast jest korzyst­niej­szy wtedy, kiedy o poko­na­niu prze­ciw­nika nie ma i nie może być mowy. Jak to się zwy­kle mówi, można by pierw­szy spo­sób uwa­żać za bar­dziej woj­skowy, drugi zaś jako raczej poli­tyczny. Jeżeli jed­nak sta­niemy na naj­wyż­szym punk­cie widze­nia, to zarówno jeden, jak i drugi spo­sób okaże się jed­nakowo woj­skowy, a każdy będzie celowy wów­czas, gdy odpo­wie danym warun­kom. Trze­cia droga - naj­waż­niej­sza ze względu na naj­szer­szy zakres wyda­rzeń - to zmę­cze­nie prze­ciw­nika. Wyra­że­nia tego uży­li­śmy nie tylko w celu okre­śle­nia jed­nym sło­wem danego przed­miotu, ale i dla­tego, że maluje ono rzecz zupeł­nie dokład­nie i nie sta­nowi takiej prze­no­śni, jak się to na pierw­szy rzut oka wydaje. "W poję­ciu zmę­cze­nia w walce tkwi stop­niowe wyczer­py­wa­nie sił fizycz­nych i woli wywo­łane dłu­go­trwa­ło­ścią dzia­ła­nia.

Chcąc zatem w walce wytrwać dłu­żej niż prze­ciw­nik, musimy się zado­wo­lić celami moż­li­wie małymi, z natury rze­czy bowiem daleko idący zamiar wymaga więk­szego wysiłku niż mały; naj­mniej­szy zaś cel, jaki sobie możemy posta­wić, to zwy­czajny opór, czyli walka bez pozy­tyw­nego zamiaru. W tym wypadku środki nasze będą sto­sun­kowo naj­więk­sze, a więc i wynik naj­le­piej zapew­niony. Jak daleko jed­nak może zajść ten zamiar nega­tywny? Oczy­wi­ście, nie może on pro­wa­dzić do zupeł­nej bier­no­ści, gdyż samo trwa­nie prze­sta­łoby być walką; opór zaś jest dzia­ła­niem, za pomocą któ­rego sta­ramy się znisz­czyć tyle sił nie­przy­ja­ciela, aby ten musiał wyrzec się swego zamiaru. Tego tylko chcemy dopiąć przez każdy czyn i na tym polega cha­rak­ter nega­tywny naszego zamiaru.

Bez­spor­nie, ten zamiar nega­tywny w swym poszcze­gól­nym czy­nie nie będzie tak sku­teczny, jak idący w tymże kie­runku zamiar pozy­tywny, jeśli ten się powie­dzie; ale na tym wła­śnie polega cała róż­nica, że raczej pierw­szy się udaje i wsku­tek tego daje wię­cej pew­no­ści. Brak sku­tecz­no­ści w każ­dym poszcze­gól­nym czy­nie musi on powe­to­wać przez czas, tj. dłu­go­trwa­ło­ścią walki, i dla­tego to ten zamiar nega­tywny, sta­no­wiący zasadę czy­stego oporu, jest jed­no­cze­śnie natu­ral­nym środ­kiem do prze­ści­gnię­cia prze­ciw­nika w dłu­go­trwa­ło­ści walki, to zna­czy - zmę­cze­nia go.

Stąd bie­rze począ­tek róż­nica mię­dzy natar­ciem i obroną obej­mu­jąca całą dzie­dzinę wojny. Nie możemy tu śle­dzić dalej tej drogi, zazna­czymy tylko, że z tego zamiaru nega­tyw­nego można wypro­wa­dzić wszyst­kie korzy­ści, wszyst­kie moc­niej­sze formy walki, które mu towa­rzy­szą i w któ­rych urze­czy­wist­nia się to prawo filo­zo­ficzno-dyna­miczne o sto­sunku pomię­dzy wiel­ko­ścią a pew­no­ścią powo­dze­nia. Roz­ważmy to wszystko póź­niej.

Z chwilą gdy zamiar nega­tywny, tzn. sku­pie­nie wszyst­kich sił do zwy­kłego oporu, daje prze­wagę w walce, to jeśli ta prze­waga jest dość wielka, aby wyrów­nać przy­pusz­czalną prze­wagę prze­ciw­nika, wystar­czy sama dłu­go­trwa­łość walki, aby wysi­łek nie­przy­ja­ciela stop­niowo spro­wa­dzić aż do takiego punktu, że zamiar poli­tyczny nie rów­no­waży już wysiłku i wróg musi walki zanie­chać. Widzimy stąd, że droga zmę­cze­nia prze­ciw­nika obej­muje wielką liczbę przy­pad­ków, w któ­rych słaby chce sta­wiać opór sil­nemu.

Fry­de­ryk Wielki w woj­nie sied­mio­let­niej nie zdo­łałby ni­gdy poko­nać monar­chii austriac­kiej, a gdyby chciał tego spró­bo­wać w duchu np. Karola XII, sam zgi­nąłby nie­chyb­nie. Z talen­tem sto­su­jąc jed­nak w ciągu sied­miu lat mądrą eko­no­mię sił, wyka­zał sprzy­mie­rzo­nym prze­ciw niemu mocar­stwom, że wysi­łek ich musi być znacz­nie więk­szy, niż sądziły począt­kowo, i wów­czas zawarły one pokój.

Widzimy, że na woj­nie wiele dróg pro­wa­dzi do celu, że nie w każ­dym przy­padku konieczne jest poko­na­nie prze­ciw­nika. Znisz­cze­nie nie­przy­ja­ciel­skiej siły zbroj­nej, zdo­by­cie dziel­nic nie­przy­ja­ciela, samo ich zaję­cie, sam najazd na nie, dzia­ła­nia o bez­po­śred­nich celach poli­tycz­nych, wresz­cie bierne wycze­ki­wa­nie ude­rzeń nie­przy­ja­ciela - wszystko to są środki, któ­rych, każ­dego z osobna, można użyć do prze­ła­ma­nia woli nie­przy­ja­ciela, sto­sow­nie do tego, jakie korzy­ści, zależ­nie od wła­ści­wo­ści danej wojny, każdy z nich rokuje. Mogli­by­śmy dorzu­cić tu poza tym sze­reg innych jesz­cze dróg, pro­wa­dzą­cych do celu - byłyby to argu­menty ad homi­nem. W każ­dej dzie­dzi­nie życia spo­łecz­nego znajdą się te iskry sto­sun­ków oso­bi­stych, pomi­ja­jące wszel­kie względy rze­czowe, tym bar­dziej więc nie brak ich na woj­nie, gdzie oso­bo­wość wal­czą­cych, zarówno w gabi­ne­cie, jak i w polu, gra tak wielką rolę. Napo­my­kamy tylko o tym, gdyż byłoby pedan­te­rią chcieć je kla­sy­fi­ko­wać. Można powie­dzieć, że dzięki nim liczba moż­li­wych dróg wio­dą­cych do celu wzra­sta wprost w nie­skoń­czo­ność.

Aby nie lek­ce­wa­żyć tych róż­nych krót­szych dróg, nie uwa­żać ich za rzad­kie tylko wyjątki, a także aby nale­ży­cie oce­nić róż­nicę, jaką powo­dują w pro­wa­dze­niu wojny, trzeba tylko uświa­do­mić sobie róż­no­rod­ność celów poli­tycz­nych mogą­cych dopro­wa­dzić do wojny albo jed­nym rzu­tem oka oce­nić róż­nicę, jaka zacho­dzi mię­dzy wojną na śmierć i życie o byt poli­tyczny i wojną, którą sojusz narzu­cony lub zachwiany czyni przy­krym obo­wiąz­kiem. Mię­dzy nimi zacho­dzi w prak­tyce nie­zli­czona ilość wypad­ków pośred­nich. Jeśliby teo­ria miała prawo odrzu­cić choćby jeden z tych wypad­ków, to mogłaby odrzu­cić wszyst­kie, czyli zamknąć zupeł­nie oczy na rze­czy­wi­stość.

Omó­wi­li­śmy tedy w ogól­no­ści cel, do jakiego się dąży na woj­nie; wróćmy się teraz do środ­ków.

Śro­dek jest tylko jeden - mia­no­wi­cie walka. I bez względu na to, jak róż­no­rod­nie się ona ukształ­tuje, jak dalece odchyli się od bru­tal­nego wyła­do­wa­nia nie­na­wi­ści i wro­giej bija­tyki i ile się do niej dołą­czy czyn­ni­ków, nie­sta­no­wią­cych walki wła­ści­wej - zawsze leży w samym poję­ciu wojny, że wszel­kie jej dzia­ła­nia biorą swój począ­tek z walki.

Mamy bar­dzo pro­sty dowód, że tak jest w isto­cie, pomimo roz­ma­ito­ści i skom­pli­ko­wa­nia wojny. Na woj­nie wszystko się dzieje za pomocą sił zbroj­nych, gdzie zaś użyte są te siły, to zna­czy, uzbro­jeni ludzie, tam z koniecz­no­ści pod­stawą musi być poję­cie walki.

Do dzia­łal­no­ści wojen­nej należy zatem wszystko, co doty­czy sił zbroj­nych, ich two­rze­nia, utrzy­ma­nia i uży­cia.

Two­rze­nie i utrzy­ma­nie ich są to oczy­wi­ście tylko środki, celem zaś jest ich uży­cie.

Walka na woj­nie nie jest poje­dyn­kiem, lecz wie­lo­krot­nie roz­człon­ko­waną cało­ścią. W tej wiel­kiej cało­ści możemy roz­róż­nić jed­nostki dwo­ja­kiego rodzaju, subiek­tywne i obiek­tywne. W woj­sku liczba wal­czą­cych two­rzy coraz to nowe jed­nostki, będące czło­nami wyż­szego rzędu.

Walka każ­dego z tych czło­nów two­rzy rów­nież pewną wię­cej lub mniej wybitną całość. Cel walki wresz­cie, czyli jej obiekt, two­rzy rów­nież taką samą jed­nostkę.

Każdą z tych jed­no­stek, jakie można roz­róż­nić w walce, nazy­wamy bojem.

Jak każda dzia­łal­ność sił zbroj­nych opiera się na poję­ciu walki, tak i uży­cie tych sił jest tylko zor­ga­ni­zo­wa­nym usta­le­niem pew­nej liczby bojów.

Wszelka tedy dzia­łal­ność wojenna z koniecz­no­ści pro­wa­dzi do boju, bez­po­śred­nio czy pośred­nio. Żoł­nie­rza powo­łuje się pod broń, odziewa, uzbraja, ćwi­czy - śpi on, je, pije i masze­ruje tylko po to, aby się bił we wła­ści­wym miej­scu i we wła­ści­wym cza­sie.

Jeśli w ten spo­sób wszel­kie nici dzia­łal­no­ści wojen­nej zbie­gają się w boju, to wyda­jąc zarzą­dze­nia do niego, sku­piamy je razem. Cały sku­tek zależy tylko od tych zarzą­dzeń i od ich wyko­na­nia, ni­gdy bez­po­śred­nio od poprze­dza­ją­cych je warun­ków. W samym zaś boju wszelka dzia­łal­ność jest skie­ro­wana ku znisz­cze­niu prze­ciw­nika, a raczej jego zdol­no­ści bojo­wej, gdyż o nią tu wła­śnie cho­dzi. Znisz­cze­nie nie­przy­ja­ciel­skich sił zbroj­nych jest zawsze środ­kiem do osią­gnię­cia celu boju.

Celem tym może być rów­nież samo znisz­cze­nie nie­przy­ja­ciel­skich sił zbroj­nych, ale nie jest to by­naj­mniej nie­odzowne i może nim być rów­nież zupeł­nie coś innego. Jak to już bowiem wyka­za­li­śmy, z chwilą gdy poko­na­nie prze­ciw­nika nie jest jedy­nym środ­kiem do osią­gnię­cia celu poli­tycz­nego i gdy ist­nieją rów­nież i inne przed­mioty, które mogą sta­no­wić cel wojny, to oczy­wi­ście przed­mioty te mogą sta­no­wić cel poszcze­gól­nych dzia­łań wojen­nych, a zatem i cel bojów.

Jed­nak nawet i te boje, które jako człony pod­rzędne prze­zna­czone są spe­cjal­nie do znisz­cze­nia sił zbroj­nych wroga, nie­ko­niecz­nie muszą mieć znisz­cze­nie ich jako swój cel naj­bliż­szy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cyto­wane wypo­wie­dzi R. Girarda w: tegoż, Apo­ka­lipsa tu i teraz. Roz­ma­wiał Benoit Chan­tre, tł. C. Zalew­ski, Kra­ków 2018, s. 20-21, 149, 225. We Fran­cji książka R. Girarda uka­zała się w 2007 roku pod tytu­łem Ache­ver Clau­se­witz. [wróć]

N. Paley, Clau­se­witz talks busi­ness. An exe­cu­tive's guide to thin­king like a stra­te­gist, Boca Raton 2015, s. 12. [wróć]

Takiego okre­śle­nia uży­wał ks. Adam Jerzy Czar­to­ry­ski w swoim Eseju o dyplo­ma­cji (1830), w któ­rym prze­ciw­sta­wiał zwy­cię­ski na kon­gre­sie wie­deń­skim "legi­ty­mizm tro­nów" zapo­zna­nemu tam "legi­ty­mizmowi naro­dów". Por. A. Nowak, Mię­dzy carem a rewo­lu­cją. Stu­dium poli­tycz­nej wyobraźni i postaw Wiel­kiej Emi­gra­cji wobec Rosji 1831-1849, War­szawa 1993, s. 25. [wróć]

V.E. Bel­lin­ger, Marie von Clau­se­witz. The woman behind the making of On War, New York 2016, s. 28. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz. A very short intro­duc­tion, Oxford/New York 2002, s. 7-8. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, w: P. Paret (ed.), Makers of modern stra­tegy from Machia­velli to the nuc­lear age, Prin­ce­ton 1986, s. 194. O wpły­wie myśli Hegla na pisar­stwo Clau­se­witza zob. Y. Cor­mier, War as para­dox. Clau­se­witz and Hegel on figh­ting doctri­nes and ethics, Mont­real 2016 (zwłasz­cza s. 183-232). [wróć]

V.E. Bel­lin­ger, Marie von Clau­se­witz, op. cit., s. 14. [wróć]

W 2012 roku do zbio­rów Gehe­imes Preus­si­scher Sta­at­sar­chiv w Ber­li­nie tra­fiła obszerna par­tia tej kore­spon­den­cji (283 listy), która wcze­śniej nie była publi­ko­wana. Tamże, s. 2-3. [wróć]

R.R. Pal­mer, Fre­de­rick the Great, Guibert, Bülow: from dyna­stic to natio­nal war, w: P. Paret (ed.), Makers of modern stra­tegy, op. cit., s. 114 - 119. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 190. [wróć]

Tamże. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 16. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 36. [wróć]

Tamże, s. 27, 45-46. [wróć]

Opi­nia P. Pareta, w: tegoż, Clau­se­witz, op. cit., s. 188. O wpły­wie wojen napo­le­oń­skich na pisar­stwo Clau­se­witza zob. A. Her­berg-Rothe, Clau­se­witz's puz­zle. The poli­ti­cal the­ory of war, Lon­don 2007 (anglo­ję­zyczna edy­cja nie­miec­kiego wyda­nia z 2001 roku), s. 15-38. [wróć]

V.E. Bel­lin­ger, Marie..., op. cit., s. 174; P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 192, 195. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, s. 196. [wróć]

Tamże. [wróć]

G. Kuchar­czyk, Długi Kul­tur­kampf. Pru­skie i nie­miec­kie wojny kul­tu­rowe prze­ciw Pol­sce 1795-1914, War­szawa 2020. [wróć]

H.J. Seepel, Das Polen­bild der Deut­schen. Vom Anfang des 19. Jahr­hun­derts bis zum Ende der Revo­lu­tion von 1848, Kiel 1967, s. 27. [wróć]

V.E. Bel­lin­ger, Marie..., op. cit., s. 114. Peter Paret, jeden z naj­wy­bit­niej­szych znaw­ców bio­gra­fii i dzieł Clau­se­witza, twier­dził, że sto­su­nek Clau­se­witza do Żydów był "neu­tralny", pozba­wiony oznak wro­go­ści. Jak zauważa jed­nak współ­cze­sna badaczka bio­gra­fii żony Clau­se­witza, w jego kore­spon­den­cji pry­wat­nej sta­łym zabie­giem mają­cym uwy­pu­klić jego nie­na­wiść i pogardę wobec Fran­cu­zów było porów­ny­wa­nie ich do Żydów. Na przy­kład w jed­nym z listów z 1814 roku pisze o Napo­le­onie, że "jest twardy jak Żyd i rów­nie bez­czelny". Tamże, s. 115. [wróć]

H.J. Seepel, Das Polen­bild der Deut­schen, op. cit., s. 27. [wróć]

C. Clau­se­witz, Histo­ri­cal and poli­ti­cal wri­tings, edi­ted and trans­la­ted by P. Paret and D. Moran, Prin­ce­ton 1992, s. 373. Zob. rów­nież H.J. Seepel, Das Polen­bild der Deut­schen, op. cit., s. 107-109. [wróć]

C. Clau­se­witz, Histo­ri­cal and poli­ti­cal wri­tings, op. cit., s. 373-374. [wróć]

Tamże, s. 374. [wróć]

Tamże, s. 374-375. [wróć]

Tamże, s. 382. [wróć]

Tamże, s. 381. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 382. [wróć]

H.J. Seepel, Das Polen­bild der Deut­schen, op. cit., s. 32, 106. [wróć]

G. Kuchar­czyk, Długi Kul­tur­kampf, op. cit., s. 42, 53, 75. [wróć]

H.J. Seepel, Das Polen­bild der Deut­schen, op. cit., s. 109. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 33. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 206, 210. [wróć]

Tamże, s. 198, 199. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 33-34, 52. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 200. Sze­rzej na ten temat zob. A. Her­berg-Rothe, Clau­se­witz's puz­zle. The poli­ti­cal the­ory of war, New York 2007 (tłu­ma­cze­nie nie­miec­kiej edy­cji z 2001 roku), s. 139-164. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, s. 52, 53. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, s. 203. Zob. rów­nież L. Souchon, Carl von Clau­se­witz: Stra­te­gie im 21. Jahr­hun­dert, Ham­burg/Ber­lin/Bonn 2012, s. 94-100. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 28. [wróć]

Cyt. za: P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 203. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 20. Cho­ciaż R. Girard twier­dzi, że dzieło O woj­nie zostało napi­sane pod wra­że­niem "wście­kłej rywa­li­za­cji" nie­miecko-fran­cu­skiej (por. wyżej), to jed­nak sam Clau­se­witz przy­zna­wał, że inspi­ra­cje do spo­sobu pisa­nia swo­jego trak­tatu czer­pał ze stylu pisar­skiego Mon­te­skiu­sza widocz­nego w jego roz­pra­wie O duchu praw. P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 187. [wróć]

V.E. Bel­lin­ger, Marie von Clau­se­witz, op. cit., s. 219-233. Pomocą wdo­wie po Clau­se­witzu w pra­cach redak­cyj­nych słu­żyli rów­nież współ­pra­cow­nicy jej męża z cza­sów ber­liń­skich: Franz August O'Etzel oraz Carl von Gröben. Tamże, s. 224. [wróć]

Tamże, s. 226. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 62. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 63. [wróć]

Tamże, s. 62. [wróć]

Cyt. za: C. Bass­ford, Clau­se­witz in English. The recep­tion of Clau­se­witz in Bri­tain and Ame­rica 1815-1945, Oxford/New York 1994, s. 65. [wróć]

Tamże, s. 35, 56-59. [wróć]

Tamże, s. 43. [wróć]

Tamże, s. 73-78. [wróć]

M. Howard, Clau­se­witz, op. cit., s. 65. [wróć]

Cyt. za: P. Paret, Clau­se­witz, s. 212. Zob. rów­nież C. Bass­ford, Clau­se­witz in English, op. cit., s. 92-93. [wróć]

C. Bass­ford, Clau­se­witz in English, op. cit., s. 73. [wróć]

Tamże, s. 78. [wróć]

S. Cour­tois, Lenin. Wyna­lazca tota­li­ta­ry­zmu, tł. M. Boro­wicz, Dębo­góra 2021, s. 345-349. [wróć]

C. Bass­ford, Clau­se­witz in English, op. cit., s. 200-201. [wróć]

Tamże, s. 199. [wróć]

P. Paret, Clau­se­witz, op. cit., s. 186. Opi­nia wyra­żona w 1986 roku. [wróć]

Por. L. Souchon, Carl von Clau­se­witz, op. cit., s. 181-205. Zob. A.J. Eche­var­ria II, Clau­se­witz and the nature of the war on ter­ror, w: Clau­se­witz in the twenty-first cen­tury, pod red. H. Stra­chan, A. Her­berg-Rothe, Oxford/New York 2007, s. 219-230; H. Münkler, Clau­se­witz and the pri­va­ti­sa­tion of war, op. cit., s. 219-230; D. Lons­dale, Clau­se­witz and infor­ma­tion war­fare, op. cit., s. 231-250; W. Kit­tler, Host nations: Carl von Clau­se­witz and the new US Army Marine Corps Field Manual, FM 3-24, MCWP 3-33.5, Coun­te­rin­sur­gency, w: Enli­gh­te­ned war. Ger­man the­ories and cul­tu­res of war­fare from Fre­de­rick the Great to Clau­se­witz, pod red. E. Krim­mer, P.A. Simp­son, Roche­ster/New York 2011, s. 279-305. [wróć]

M. v. Cre­veld, The art of war. War and mili­tary tho­ught, Lon­don 2000, s. 118. [wróć]