I. Rozdział wstępny
1. Od Bacona do Majewskiego
Historia staje się coraz bardziej
powszechną. Wydarzenia na azjatyckim Dalekim Wschodzie sprowadzają
rychle, coraz rychlej następujące skutki w układzie sił w Europie;
nawet afrykańskie sprawy padają coraz wydatniej na szalę polityczną
i ekonomiczną; toteż studiowanie ludów i państw egzotycznych
staje się coraz bardziej potrzebne dla życia publicznego nie tylko
Anglii, lecz również wszystkich bez wyjątku państw europejskiego
kontynentu. Studia te czynią też bardzo znaczne postępy. Dość
powiedzieć, że w piśmiennictwie polskim nie brakuje autorów, od
których można się wiele nauczyć o ludach innych cywilizacji.
Rozbudza się też coraz bardziej obiektywizm względem
egzotyków. Maleje widocznie zastęp tych, którzy uznają jedną tylko
cywilizację, tj. swoją, a ludzi odmiennie cywilizowanych uważają za
niecywilizowanych. Coraz częściej można spotkać się z poglądem,
iż odmienność nie stanowi zasadniczej jakiejś niższości. Staramy
się wejść w ducha tych odmienności, a starorzymskie nihil
humani a me alienum puto rozszerzyło się nadspodziewanie
geograficznie.
Toteż i podręczniki dziejów powszechnych
uwzględniają coraz chętniej "cały świat"; przybywa im
całych rozdziałów. Zaznacza się w tym kierunku wielka i chwalebna
gorliwość. Coraz też bardziej uświadamiamy sobie, że ruch ten zmierza
ku nowym pojęciom o całej historii powszechnej, o jej podziałach,
pobudkach, trudach, poświęceniach i złudzeniach. Na powiększonym
niezmiernie tle zmienia się niejedno w perspektywie dziejowej i ten
lub ów problem przybierze inne kształty.
Tym bardziej zadziwiać musi, że mając coraz
więcej do czynienia z rozmaitością cywilizacji, nie zadano sobie
pytania: Skąd się bierze, z czego powstaje ta rozmaitość? Dlaczego
Japończyk i Szwed, chociaż jednakowo telefonują, inaczej myślą
i działają? Dlaczego wszyscy ludzie nie należą do jednej
cywilizacji? Czemu różnią się nie tylko szczeblami, ale także
rodzajami rozmaitych cywilizacji?
Minęły czasy naiwności ekonomicznej szkoły
dziejopisarskiej, kiedy to z rodzaju pokarmów wyprowadzono ustroje
społeczne i odmienności myśli ludzkiej. Pozbyliśmy się też
przesądu o wszechwładztwie warunków geograficznych, odrzuciliśmy
hipotezy o formowaniu ducha ludzkiego wyłącznie przez przyrodę. Ale
cóż stanęło na tym miejscu? Jak dotychczas - nic.
A nie brakowało czasom nowożytnym i najnowszym
zapędów do tworzenia wielkich syntez dziejopisarskich, z rozpędem
stanowczym ku całej "ludzkości". Sprawa o przyczynę rozmaitości
ludzkiej stawała też niekiedy na wokandzie naukowej. Czyż godziłoby
się kusić o nowe opracowanie rzeczy, a zwłaszcza nową metodą,
nie zbadawszy wpierw sumiennie dotychczasowych zabiegów o syntezę
i używanych do tego metod?
Z nowościami własnymi należy występować
jak najostrożniej; im bardziej pomysł oryginalny, tym bardziej
no num prematur in annum! Zachowałem
wprawdzie tę ostrożność, ale z próbowania własnej metody
chciałbym usprawiedliwić się tym, że zachodzi tu taki wypadek, iż
dotychczasowe metody zawodzą. Poprzedzę więc swoją pracę skrótem
(jak najtreściwszym) szkicu z przeglądem syntez historiozoficznych
opartych na wszelkich używanych dotychczas metodach[1]. Przegląd taki stanowił przedmiot całorocznego
(trzygodzinnego) wykładu na Uniwersytecie Wileńskim w r. 1926/27,
jako wstęp do Nauki o cywilizacji.
W naukach humanistycznych nastał zastój, podczas
gdy nauki przyrodnicze zaczęły się szybko rozwijać i skutkiem tego,
zdawało się, jakoby metoda wprowadzona przez Bacona stanowiła tylko ich
właściwość; co więcej, wydawało się po pewnym czasie, jakoby tylko
nauki przyrodnicze stanowiły wiedzę. Wytworzyły się te dwa złudzenia
i stawały się coraz grubszymi, a udzieliły się umysłom do tego
stopnia, iż uchodziły wreszcie za niewątpliwe fakty naukowe.
W rozkład i układ wiedzy wtargnęły dwa czynniki,
najmniej do tego powołane: matematyka i literatura - oba podobne sobie
w tym, że z natury swej istoty stanowić mogą tylko o formach. Aż
dziw bierze, iż pierwsze dzieło historyczne, powołujące się na
Bacona, wyszło dopiero przeszło sto lat po jego śmierci!
Tymczasem zaciążył nad rozwojem historii (choć sam
historią się nie parał) wynalazca geometrii analitycznej, młodszy
od Bacona o jedno pokolenie Rene Descartes (1596-1650). Posiadał
w wysokim stopniu poczucie powszechności. Bieg życia nastręczył
mu wiele sposobności, by obcować z ludźmi "rozmaitego obyczaju"
- z czego wysnuł wniosek następujący:
"Zważyłem, jak bardzo ten sam człowiek, z tym
samym umysłem, wychowany od dzieciństwa między Francuzami lub Niemcami,
staje się różnym od tego, czym byłby, gdyby zawsze żył pośród
Chińczyków lub kanibalów". Przyznaje zaś, jako "mogli znajdować
się może ludzie również rozsądni pośród Persów lub Chińczyków,
co wśród nas"[2].
Ale sama metoda kartezjańska, wymagająca w ujmowaniu
wszystkich zjawisk pewnej formuły ogólnej i prostolinijności, nie
tylko nie nadawała się do rozwoju historii, lecz stała się istną
kulą u nogi u kartezjańskich historyków.
Za ucznia Descartesa uważał się Nicolas Malebranche
(1638-1715), od którego datuje się w historii dedukcja abstrakcyjna,
odwołująca się nie do faktów, lecz do wątku rozumowania i stosownie
do kierunku własnego toku myśli apriorycznej, grupująca fakty
i interpretująca je. W swym głównym dziele "De la recherche de
la verite" (1674 r.) upatruje Malebranche w historii działanie
Opatrzności, nie dotykając bliżej zagadnienia, jakie są Jej
ścieżki.
Metoda polega tu na samym zastanawianiu się, na
rozumowej medytacji. Nazwę ją medytacyjną - gdyż w następnym
rozwoju tego działu dedukcji sami najwybitniejsi jej przedstawiciele
wprost powołali się na medytację. Potem w r. 1793 Condorcet miał
uznać nauki humanistyczne za takie, ou les decouvertessont
le prix de la seule meditation - a zdaniem Wrońskiego:
Le savoir, considere en lui meme, est a abord, purement
contemplatif ou speculatif[3].
Po Malebranche kontynuuje medytację słynny "ostatni
Ojciec Kościoła", Jacques Benigne Bossuet (1627-1704), który
w dziele "Discours sur l'histoire universelle just la i empire
de Charlemagne" obmyślił tak zwany judeocentryzm jako oś historii
powszechnej starożytności[4] - a które to dzieło uważane jest za pierwszą próbę
filozoficznego traktowania dziejów. Metodę medytacyjną wprowadzili
wtedy do syntezy historycznej katoliccy uczeni; dopiero później miano
używać jej przeciw Kościołowi.
Historykiem był Wihelm Leibnitz (1646-1716),
współtwórca rachunku różniczkowego, marzący w rozległych
medytacjach o tym, by z pomocą uniwersalnego "klucza logicznego"
dojść do nauki uniwersalnej; autor "Monadologii" i "Systema
theologicum", tudzież specjalnych rozpraw historycznych i wydawca
źródeł. On także nie powrócił do indukcji. Indukcji hołdował
dopiero Gian Battisto Vico (1668-1744), przeciwnik Kartezjusza,
a wielbiciel Bacona. Jego "Cinque libri de principj di una scienza
nuova" (1730) mają wykryć zasadnicze prawo dziejów. Oto jego własne
słowa:
"Nasz zamiar, by ułożyć... koncepcję historii
idealnej wiecznej, która obejmie historię poszczególnych różnych
narodów w obrębie danych epok czasu...", "...Ta sama nauka buduje
zarazem historię idealną wieczną, poprzez którą płyną w czasie
historie wszystkich narodów w swoich narodzinach, postępach,
zastojach, upadkach i zagładach...", "...Nauka, która ma na
celu odkryć plan idealnej historii wiecznej, na której kanwie toczą
się w czasie historie wszystkich narodów...", "...Ta nauka
powinna być, że się tak wyrazimy, dowodem Opatrzności, jako faktu
historycznego, gdyż będzie to historia porządków (praw), które
Ona bez jakiegokolwiek współudziału i porady ludzkiej, a często
przeciw ludzkim przewidywaniom, rozwinęła w tej wielkiej społeczności
rodzaju ludzkiego".
Chodzi więc o wykrycie schematu dziejów,
obowiązującego raz na zawsze z woli Opatrzności wszystkie czasy
i wszystkie ludy; jednakowe są w zasadzie koleje historyczne,
abstrahując od zewnętrznej szaty wydarzeń. Vico upatruje wszędzie trzy
okresy rozwoju: okres wyobraźni, woli i intelektu - i kolejność
odpowiednich do tego rodzaju państw. Dołączona jest do dzieła
"tablica chronologiczna, ułożona podług trzech epok czasu". Tworzą
one corso, po którego wyczerpaniu poczyna się na
nowo ricorso. Vico jest twórcą teorii stałych
nawrotów w historii, teorii wyznawanej nawet za naszych dni.
Vico obejmował wszystkie nauki humanistyczne,
a każdej dobrze się zasłużył. Specjaliści wyliczają 15 wypadków,
w których późniejsi uczeni narażeni byli na zarzut plagiatu,
popełnionego na Vico "Nowej Nauce". Także nauka o cywilizacji
tkwi in nuce w jego pismach.
Długi wprawdzie byłby rejestr odkryć historycznych,
dokonanych przez Vica drogą studiów indukcyjnych, lecz synteza jego
nie czyni zadość wymogom tej metody; generalizowanie jest u niego
przedwczesne. Ustanowiwszy schemat swej "historii wieczystej",
powtarzającej się w nawrotach, naciągał do niej fakty i całe
grupy faktów. Jest ojcem schematów w syntezie historycznej. Bądź
co bądź obwieścił światu nowy problem naukowy: zagadnienie
praw historii[5].
Vico pozostawał nieznany aż mniej więcej do połowy
XIX wieku. Nie znając go, wkroczył jeszcze w pierwszej połowie XV
wieku na twardy grunt indukcji Monteskiusz, uchroniwszy się przy tym
od pospiesznego generalizowania.
W przeciwieństwie do Vica, którego gryzła rdza
przeciwności życiowych, Charles de Secondat baron de la Brede et de
Montesquieu (1689-1755) mógł powiedzieć sam o sobie, że nie miał
w całym życiu takiego zmartwienia, które nie dałoby się zatrzeć
godziną lektury.
Spełniając wszelkie warunki swego pokolenia,
był i przyrodnikiem i literatem; studiował gruczoły nerkowe,
przyczyny echa i warunki przeźroczystości ciał, a dzieła literackie
wydawał w mowie wiązanej i niewiązanej (sławny poemat "Temple
de Gnidos" i inne[6]). Wstawił się głośnymi "Listami Perskimi" (1721),
po czym rzuca to wszystko i zabiera się do historii, ale nie za pomocą
medytacji, lecz drogą mozolnych indukcyjnych badań.
Chciał dojść do tego, dlaczego jest tyle
rozmaitości w ustrojach społecznych i państwowych i od czego
to zależy. Zbierał materiały przez 30 lat, a spostrzegłszy, że
pewna część zamierzonego dzieła rozrasta się zbytnio w stosunku
do całości, wyodrębnił to i wydał osobno w r. 1734 jako
"Considerations sur les causes de la grandeur et de la decadence des
Romains", dzieło znakomite. W 14 lat potem zdążył wydać swą
zasadniczą pracę "Esprit des Lois", która w ciągu dwóch lat
miała 22 wydań. Był już przepracowany. Mawiał, że posiwiał nad
napisaniem książki, którą można przeczytać w ciągu trzech godzin,
a teraz musi wypocząć i nie będzie już mógł pracować; jakoż
nie wydał odtąd żadnej znaczniejszej pracy - a w siedem lat po
wyjściu pierwszego wydania, dokonał żywota, jednego z najczystszych
i najpożyteczniejszych, jakie zna historia[7].
Gdyby w jednym zdaniu streścić dorobek Monteskiusza,
mogłoby ono brzmieć: O charakterze społeczności decydują trzy grupy
przejawów: społeczne, polityczne i moralne, których rozmaity stosunek
wytwarza rozmaitość dziejową i wynikającą stąd nieuchronną
rozmaitość urządzeń życia publicznego. Rozmaitość ta jest
prawidłowa, wynika z przyczyn dających się określić naukowo. Jakże
blisko był spostrzeżenia, że chodzi tu o rozmaite metody życia
zbiorowego! Często odnosi się wrażenie, jakoby brakowało w jego
wywodach już tylko odpowiedniego wyrazu, by sobie uświadomił całą
istotę dziejów cywilizacji.
Monteskiusz odkrył metodą właściwą dla nauk
historycznych, zarzuciwszy wszelką spekulację, poszukiwanie schematu,
dochodząc do pojęć ogólniejszych indukcją. Jego olbrzymią zasługą
było to, iż sprzęgał w jedną naukę prawo i historię. Jest
zarazem twórcą nowoczesnej nauki o państwie; od niego pochodzi
troisty podział władz i wiele innych prawd naukowych w zakresie
sztuki rządzenia.
Nie stworzył swojej szkoły. Matematyczno-literacki
racjonalizm ganił jego dzieło i z pierwotnej poczytności wkrótce
nie pozostało nic poza uznaniem prawdziwych uczonych, których nikt nie
słuchał, na których nikt nie zważał i którzy zakrzyczani przez
harmider "reformatorów", sami o sobie nawzajem nie wiedzieli. Gdyby
powstała szkoła monteskiuszowska, czy byłoby możliwe, żeby historia
polityczna i historia prawa chadzały osobno, jedno do Sasa, drugie do
Lasa? Czy racjonalizm nie wydałby nieco mniej błędnych ogników? Ale
chronologicznie najbliższy "uczeń" Monteskiusza to przecież
Guizot, którego "Historia cywilizacji" wyszła w 73 lat po śmierci
mistrza! Wtedy dopiero wyrosła na pracach Monteskiusza cała szkoła
historyków prawa i nowoczesnych filozofów historii.
Równocześnie z pojawieniem się "Ducha Praw"
studiował w Sorbonie młodzieniec wyjątkowych zdolności, Anne Robert
Jacques, baron de l'Aulne Turgot (1727-1781), jakby powołany do tego,
by snuć dalej wątek naukowy Monteskiusza, wprost "stworzony" dla
jego ucznia. Stawał okoniem przeciw ideałowi równości, bo la
barbarie egale tous les hommes. W jego szkicu "O postępach
ducha ludzkiego" pojawia się sporo uwag, określających bardzo
wyraźnie to, co później nazwano "wpływem otoczenia". Jednakże
stwierdza, że "w takich samych warunkach przyrody ("klimatu")
znajdują się ludy różniące się, a w klimatach bardzo
niepodobnych znajduje się często ten sam charakter i ten sam rodzaj
umysłowości". A jakże zaszczytne jest dla autora liczącego wówczas
25 lat wieku spostrzeżenie, że analogia nie stanowi dowodu! W pismach
jego mnóstwo zadziwiających wprost uwag, zapowiadających tryumfy
metody indukcyjnej w naukach historycznych[8].
Niestety, Turgot nie został historykiem, bo zabrał
się do... robienia historii. Odwrócił się od pisarstwa historii,
a potem historia odwróciła się od niego! A może pokoleniem
następnym kierowałyby inne hasła, gdyby Turgot rozwinął i wzmocnił
kierunek myślenia Monteskiusza?
Tymczasem w historiozofii gospodarowali coraz
częściej matematycy, przyrodnicy i literaci. Nowe pomysły
w zakresie humanistyki nigdy nie sypały się w takiej obfitości,
jak w "Encyklopedii", istnym pomniku upadku nauk humanistycznych,
a doszło nawet do tezy Edmunda Burke'a (1730-1797), iż
"w świecie moralnym nie ma odkryć".
Z przyrodnika literat, François Marie Arouet,
znany tylko pod pseudonimem Voltaire (1694-1778), z literata zrobił
się historykiem - i on pierwszy użył wyrażenia: filozofia
historii. W wydanej w 1675 r. "La philosophie de l'histoire"
jest atoli o filozofii w sumie półtrzecia wiersza (na samym
początku). Wystawić historię "filozoficznie", znaczyło po
prostu opracowywać ją według suchego rozsądku, pod warunkiem, żeby
nigdy nie dawać wiary źródłom kościelnym[9].
Jednak to nie Voltaire zajął ostatecznie naczelne
miejsce w "filozofii", lecz Jan Jakub Rousseau (1712-1778). Nieuk
w porównaniu z tamtym, ostał się właśnie przez to, że dawał
dyspensę od nauki (bo to nawet szkodzi... moralności). Być może
najdowcipniejszymi miejscami u wielkiego złośliwca, jakim był
Voltaire, są te, w których polemizuje z Rousseau (nie wymieniając go
jednak nigdy po nazwisku), ale jednak nie wytrzymał konkurencji. Dziś,
któż czytał Voltaire'a, a kto nie czytał Rousseau?
Rousseau wystąpił z twierdzeniem przeciwnym
rozumowi, jakoby rozwój nauk i sztuk obniżał poziom moralności
i psuł charaktery. "Discours sur les sciences et les arts" (1750)
zapewnił autorowi prawdziwie bajeczną karierę za to, że zaimponował
nowym wyrażeniem literackim: "stan natury". Miał z tym następnie
sporo kłopotu, gdy go proszono, by wyłuszczył, co to właściwie
jest i co to znaczy. Na początku rozdziału ósmego ksiąg pierwszych
"Contrat social" (1762) wylicza, co rozumie przez stan natury,
ale zostało to ułożone w taki sposób, iż nikomu nie przeszkodzi
obmyślić własnej interpretacji na podstawie własnych słów autora,
ale nie przeciw niemu, chociaż wbrew niemu! Zawód komentatora i latacza
Rousseau pozostaje wciąż otwarty dla tych, którzy zechcieliby
posklecać z jego pism coś jednolitego, jakiś "system". Wmówiono
mu, że jest filozofem i prawodawcą, a w końcu zrobiono z niego
wielkiego polityka i kierownika nawet ludzkości.
Rousseau nie zdawał sobie nigdy sprawy z tego,
co naturalne, a co sztuczne. Wszystko układało się u niego
według widzimisię, jak mu się przyśniło, jak sobie uroił. Ale
nauki humanistyczne upadały coraz bardziej i Rousseau brany był
coraz bardziej na serio - co działa dotychczas jeszcze siłą
bezwładności. Tymczasem metoda medytacyjna w historiozofii
zawitała również do Niemiec. Jej pionierem był sam Immanuel Kant
(1724-1804). W ogłoszonych w r. 1784 "Ideen zur allgemeinen
Geschichte in weltbuergerlicher Absicht" wychodzi od kwestii wolnej
woli, która jednak nie przeszkadza, by jej przejawy, a więc
czyny ludzkie, nie miały podlegać ogólnym prawom. Kwintesencja
w tym, że "można historię rodu ludzkiego uważać na ogół za
spełnianie ukrytego planu natury, ażeby doprowadzić do państwowości
doskonałej". A więc schemat - toteż naciągał Kant historię
gęsto i często. Tu też początek niemieckiego ubóstwienia
państwa.
Tegoż roku 1784 rozpoczął Johann Gottfried
v. Herder swe wydawnictwo "Ideen zur Philosophie der Geschichte
der Menschbeit". Jest to czterotomowy zbiornik gadulstwa. Nie
potrafi on niczego powiedzieć po prostu, tarza się we frazesach
i tyradach. Kant wystąpił z okrutną recenzją I tomu; dalszym
dał spokój. "Ideen" doprawdy z nauką niewiele mają wspólnego;
jest to po prostu czcza literatura.
Z pierwszych dwu tomów wynika, że właściwą
historią jest historia kultury, z której wytwarza się filozofia
historii, ta zaś zajmuje się tradycją tego, co się nazywa
"Bildung" i "Menschengeist". Chodzi więc o ciągłość
intelektu. Ale podziewa się ona gdzieś w ciągu dalszym, bo czytamy
taką tyradę: "0 wielka matko naturo! Do jakichże drobiazgów
przywiązałaś los naszego rodzaju! Wraz ze zmianą kształtu ludzkiej
głowy i mózgu, z małą zmianą w budowie organizmu i nerwów,
skutkiem klimatu, rasy i przyzwyczajeń, zmienia się zarazem
los świata, cała suma tego, co gdziekolwiek na ziemi ludzkość
czyni i cierpi"[10].
Istotną wartość posiada inne miejsce. Oto
"Hauptgesetz" dziejów głosi, że wszystko, co na ziemi dziać
się może, zależy od warunków miejsca i okoliczności czasu,
tudzież od charakteru danego ludu, wrodzonego czy nabytego. Szkoda,
że Herder musnął ledwie tej kwestii przelotem i... nie poświęcił
temu więcej uwagi. Na samym końcu tomu IV cieszy się Herder, że
w dziejach naszej części świata nie przeciągnęły się zbyt
długo "das Rittertum und Pfaffentum". Dziwnie mały rezultat
pracy niemal 20-letniej[11].
Nauki humanistyczne upadały coraz bardziej. Ci,
którzy czegoś poważnie się uczyli, byli inżynierami, fizykami,
robiącymi sobie na amatora wycieczki do uogólnień w naukach
humanistycznych. Wśród takiego stanu rzeczy miało się spełnić
marzenie Voltaire'a. żeby ktoś napisał historię "de l'esprit
humain".
Na autora znalazł się uczony matematyk, jeden
z twórców rachunku integralnego, twórca teorii komet, współpracownik
Encyklopedii, żyrondysta, prezydent Zgromadzenia Prawodawczego
z r. 1792, markiz Jean Antoine de Condorcet (1743-1794). Ukrywając
się przez osiem miesięcy roku 1793 przed zbirami Robespierre'a,
spisuje niemal z pamięci Esguisse d'un tableau historique
des progres de l'esprit humain. Używa w tym "szkicu"
wciąż czasu przyszłego, bo tylko szkicuje, zamierzając rzecz
opracować należycie w przyszłości. Nie doczekał się; uwięziony
w r. 1794, został natychmiast otruty w więzieniu.
Od niego datuje się ślepą wiarę w "postęp",
a równość - podawaną przez Rousseau niejako w stanie dzikim -
on ujął w system i program. Naciąga do swej doktryny historię; dziś
ciekawi nas tylko rozdział ostatni, opisujący, co będzie w okresie
po rewolucji francuskiej: była to wtedy swego czasu "historia
przyszłości": zniesiona będzie nierówność pomiędzy narodami,
a ta cywilizacja, jaką mają Francuzi i Anglosasi - cywilizacja
jedyna - obejmie wszystkie ludy kuli ziemskiej. Ci nowi uczniowie
naszej cywilizacji będą czynić postępy szybsze od nas, nie muszą
już nabywać doświadczenia, bo przejmą je od nas gotowe, choćby
z naszych książek. Narody silniejsze same wprowadzą poszanowanie
praw słabszych. Oto przykład "systematycznych medytacji".
Z polskich uczonych "encyklopedystów" Stanisław
Staszic (1755-1826) był przyrodnikiem, uprawniającym humanistykę
medytacyjnie. Zabrał się od razu do historii całej ludzkości. "Ród
ludzki", poemat o pojemności 17 000 wierszy (pisane od r. 1794,
wydane 1819), zaopatrzony jest w "noty", stanowiące dzieło niemniej
obszerne, a podające aparat i metodę.
Nie uwielbia rewolucji, tylko ją usprawiedliwia
i toleruje, a woli monarchię konstytucyjną, i zrzeszenia narodów do
wieczystego pokoju spodziewa się od Aleksandra I, konstytucyjnego króla
polskiego. Umysłem filozoficznym Staszic nie był; idzie w rozumowaniach
za popularnym w swoim czasie Józefem de Gerando (1772-1842).
Staszic używa w "Rodzie ludzkim" wyrażenia
"cywilizacja", przez co rozumie uspołecznienie się, od rodziny aż
do narodów i zrzeszenia ich. Pierwszą cywilizacją w tym znaczeniu
była Liga Achajska, drugą Cesarstwo Rzymskie, trzecia zapowiadała
się w wiekach nowych od Karola W. do Karola V, i później do
dni Staszicowych, kiedy wydawała się bliską urzeczywistnienia;
i będzie się pracować po raz czwarty około wytworzenia cywilizacji
europejskiej, co "nastąpi przez największy na tej ziemi naród
Słowian". Tak będzie Europa "uspołeczniona", usunąwszy Żydów,
a nie dając "uspołecznić się" Anglii, którą musi się
pozostawić poza rzeszą[12].
"Cywilizacja" nabiera tu znaczenia bądź co
bądź politycznego, państwowego. Nie tuszył Staszic, że nie tak
bardzo dalekim był od Kanta, którego wielce lekceważył.
I tak nie wymedytowano dla syntezy historycznej
metodą medytacyjną nic a nic. Niemcy spodziewali się to
poprawić. Medytacje historiozoficzne miały być poprzedzone ścisłym
myśleniem filozoficznym. Historiozofię wcielono w Niemczech do
filozofii jako dział porządnie wykończonego systemu filozoficznego. Dla
historii znowu korzyści z tego nic a nic, lecz trudno pominąć tyle
sławnych imion - więc się i temu przyjrzyjmy. Równocześnie
z drukiem Esquisse Condorceta wydał Johann Gottlieb Fichte
(1762-1814) zasadnicze dzieło: "Grundlage und Grundriss der
gesammten Wissenschaftslehre", od którego wywodzi się niemiecki
schemat troistości, który pozostał już cechą zasadniczą niemieckiej
medytacji, od którego nie uchyliła się ani niemiecka dzisiejsza
antropozofia. Przechodzi więc wszystko w myśli niemieckiej przez
trzy okresy: teza, antyteza, synteza. Trychotomię tę zatrzymał Georg
Wilhelm Friedrich Hegel (1770-1831), lecz z wyjątkiem historii, gdzie
przyjął podział poczwórny: świat wschodni, Hellada, Rzym, czasy
nowożytne. Jego "Yorlesungen ueber die Philosophie der Geschichte"
opierają się na założeniu następującym: "Jedyną myślą, jaką
filozofia wprowadza (do badań historycznych), jest prosta myśl rozumu,
że rozum panuje nad światem, że przeto i w historii działo się
rozumnie... Mądrość Boża, tj. rozum, jest jedna i ta sama zarówno
w rzeczach wielkich, jak i małych, a winno się nie uważać Boga
za zbyt słabego, by mądrości swej nie miał stosować w rzeczach
wielkich", tj. w historii. "Historia powszechna jest w ogóle
przejawianiem się ducha w czasie, podobnie jak idea przejawia się
w przestrzeni, jako przyroda". Z tego powodu wnioski takie: "Duch
germański jest duchem nowego świata". Trzy epoki świata germańskiego
(do Karola W. - do Karola V - od reformacji do dni Hegla) "można
rozróżniać jako państwa Ojca, Syna i Ducha")... "Historia
powszechna jest... prawdziwą theodiceą,
usprawiedliwieniem Boga w historii... Co się stało i dzieje
dzień w dzień, nie tylko nie jest bez Boga, lecz w istocie samej
jest dziełem jego samego". Ale theodicea
musi być antykatolicka, gdyż "żądny rozumny ustrój państwowy
nie jest możliwy z religią katolicką"[13].
Utworzył też Hegel (nie znając Vica), własną
teorię nawrotów historycznych. Czasy Karola W. stanowią nawrót
czasów państwa perskiego, światu greckiemu odpowiada czas przed
Karolem V; okres wielkich odkryć geograficznych jest nawrotem czasów
Peryklesa, Sokrates wznowiony w Lutrze itd.[14]
Ustalił też Hegel ubóstwienie państwa, a skoro na
pierwszym miejscu był duch germański, jako przejaw mądrości Bożej
w historii, a katolicyzm został od tego wykluczony - a zatem
państwo pruskie jest wykwitem tej mądrości Bożej...
Z polskich heglistów najwybitniejszy August
Cieszkowski (1814-1894) wyraził się o nim: "Czyż sama metoda Hegla
nie była pragnieniem całych stuleci?". Obmyślił, że heglizm nie
potrzebuje robić dla historii wyjątku z trychotomii. W młodzieńczej
swej pracy "Prolegomena zur Historiosophie" (1838) dowodzi
późniejszy autor "Ojcze Nasz", że "u Hegla filozofia historii
do własnego jego systemu nie dorosła", gdyż "całokształt
dziejów bezwarunkowo i absolutnie trychotomii spekulatywnej podlegać
musi". Okresem tetycznym jest cała starożytność, antytetycznym -
"świat chrześcijańsko-germański" i znajdujemy się dopiero na
progu okresu syntetycznego (okres słowiański)[15].
Cieszkowski, nie wyzwoliwszy się nigdy z heglizmu,
pozostał w niestosownej dla siebie szkole. Z dalszej jego biografii
można przytoczyć niemało danych na świadectwo, jako umysłowością
swą wrodzoną był bliższym bez porównania Monteskiusza i Turgota
(stał się znakomitym później ekonomistą), niż Hegla czy
Micheleta.
Karl Ludwig Michelet (1801-1893), bezpośredni
profesor Cieszkowskiego, dostarczył nam ciekawego przykładu dzieła
historycznego - pragmatycznego, ale heglistycznego. W latach
1859 i 1860 wydał dwutomową "Geschichte der Menschheit in
ihrem Entwicklungsgange seit dem Jahre 1775 bis auf die neuesten
Zeiten z podtytułem "Der Entwickelungsgang der Weltgeschichte
in heiden Halbkugeln". Jest to apoteoza Fryderyka II jako
"króla filozoficznego", który "postawił na czele toku
dziejów myśl", a co "przyjęło się już jako tako na obu
półkulach". A w Ameryce zanosi się na wytworzenie z mieszania
ras białej, czarnej, czerwonej i żółtej (w Alasce) idealnej
rasy przyszłości[16].
Po austriacko-katolickiej stronie niemieckiej
spekulacji synteza dziejowa także nic nie zyskała. Friedrich v. Schlegel
(1772-1829) w swej "Philosophie der Geschichte in 18 Vorlesungeen
gehalten zu Wien i. J. 1828" - poszukuje "przywrócenia utraconego
boskiego podobieństwa w człowieku", gdyż "wykazać tok tego
przywracania historycznie w rozmaitych okresach świata - stanowi
cel filozofii historii". Przytyk robiąc do heglizmu, zastrzega się,
że filozofia ta "musi wyłaniać się z rzeczywistych wydarzeń
historycznych". Uległ i on trychotomii; stanowią ją u niego słowa:
słowo, siła, światło - co "polega całkowicie na doświadczeniu
historycznym i oparte jest o rzeczywistość". W całym tym dziele
jest Schlegel raczej teologiem-dyletantem, niż historiozofem. A zresztą
i u niego "chrześcijaństwo w swej zasadniczej właściwej
istocie zgadzało się na ogół dobrze ze zwyczajami i urządzeniami
ludów germańskich"[17].
Filozofia niemiecka zrobiła z historii istną
rozrywkę spekulatywną.
Stosunek religii do wiedzy pozyskał specjalistę. Był
nim Friedrich Wilhelm Joseph v. Schelling (1775-1854), twórca
"transcedentalnego idealizmu". Uczniem jego był Józef Goluchowski,
autor głośnej w swym czasie rozprawy "Die Philosophie in ihrem
Verbaeltnisse zum Leben ganzer Voelker und einzelner Menschen" (1822),
która atoli treścią swą stanowiąc świetną kartę w historii nauki
o państwie, do historiozofii zgoła nie należy[18].
Inny natomiast autor, z Polski pochodzący,
zajmuje wysokie miejsce w metodzie spekulatywnej, którą za pomocą
języka francuskiego chciał zamienić z niemieckiej na europejską -
bezskutecznie: Józef Maria Hoene-Wroński (1778-1853). Historiozoficzna
strona jego prac pozbawiona jest jakiejkolwiek wartości, a najsłabsze
ze wszystkiego, co po Wrońskim zostało, jest dzieło "Philosophie
absolue de l'histoire" - dedykowane Mikołajowi I i Napoleonowi
III, bo zdaniem autora tych dwóch wybrała Opatrzność do wcielenia
jego "idei mesjanicznej". W dziele tym, które nosi jeszcze
drugi tytuł "Historiosophie, ou science de l'histoire" -
spotyka nas całkowity zawód, bo historiozofii nie ma tam niemal
nic. Książka składa się z licznych drobnych rozprawek i artykułów,
poświęconych propagandzie systemu Wrońskiego, który nazywał on
mesjanizmem; ma bowiem wykazać, jako tylko w tej filozofii zbawienie
Europy. O jakimś przeglądzie dziejów nie ma tu mowy, chyba że zechce
kto brać poważnie tablice, przypominające mechanicznie Vica. Tak
np. na s. 196-200 Type de la loi du progres, regle de la
philosophie, która to tabela genetyczna filozofii historii
znajduje się na s. 201-224. Ni ta, ni tamta, nie mają atoli nic
wspólnego z historią.
W części drugiej na s. 23 znajduje
się Tableau genetique de la formation progressive
des gouvernements dans les differentes periodes historiques
(d'apres la loi de creation). Jest to prawdziwie
arcydzieło "naciągania". Np. na s. 24 preparation
philodophique - Melchisedech? - Preparation
sociale = Abraham? Prawa moralne są "alegoryzowane" u ras
prymitywnych południa przez Chama, na północy przez Jafeta. Reforma
socjalna: Likurg i Aleksander W. Reforma filozoficzna: Luter; socjalna:
Gustaw Adolf i Fryderyk W. Ależ gdyby ciągnął supełki, jakie
nazwisko gdzie umieścić, nie mogłoby wypaść... zabawniej. -
Na s. 11-138 części II jest tabela polityki według filozofii
absolutnej.
Historyk dostrzega pewien ciekawy szczegół co
do genezy książki. W części II na s. 70 jest mowa o domniemanym
traktacie trzech państw zaborczych, podpisanym 20 maja 1852. A zatem
arkusz ten drukowany był po maju 1852, a książka wyszła jeszcze
tegoż roku. Drukowany na s. 40 adres do kongresu monarchów w Warszawie
sprawia wrażenie, jak gdyby książka ułożona naprędce była właśnie
z powodu tego zapowiedzianego kongresu...
Tu należy także "Developpement progressif et but
final de l'humanite", typowy pomysł urojeń. Ludzkość przechodzi
przez siedem okresów; w siódmym będzie ujawniony absolut. Ale on,
Wroński, posiadł tajemnicę absolutu, chociaż jest zaledwie dopiero
początek okresu piątego. Czy godzi się absolut ujawnić i o ile
- oto zagadnienie jego życia!
W rozdziale drugim części drugiej
"Developpement" mamy przegląd postępu wszystkich nauk,
a w trzecim przegląd dziejów filozofii aż do roku 1818. Z nauk
humanistycznych wymienił: filozofię, prawo, estetykę, pedagogię,
gramatykę, ekonomię polityczną i na tym koniec. Historii nie ma tu
wcale; autor zaś - matematyk z zawodu - pisał właśnie syntezę
dziejów ludzkości ze stanowiska pochodu ku odkrytemu przez się tak
przedwcześnie absolutowi. W siódmym okresie nastanie autogenia,
tj. wytworzenie w człowieku przymiotów takich, iż sprawią jakby
wtórne stworzenie człowieka przez siebie samego. Depozytariusze
świętej tajemnicy absolutu będą uznani prawodawcami ludzkości,
stanowiąc Radę Świętą, której uznaniu i władzy poddane będą
wszelkie sprawy Ziemi[19].
Spekulatywna filozofia niemal kończy się na
Wrońskim. Filozofia stała się "pozytywną", przez co wszelako nie
wyleczyła się wcale z urojeń. I pozytywiści stosowali również
medytacje!
Historiozofia pozytywistów zaczyna się od tęgiego
fizyka i inżyniera, jakim był Claude Henri comte de Saint Simon
(1760-1825). Rzucał w świat projekty polityczno-społeczne, nauczał
sztuki rządzenia, reformował ludzkość; systematycznie uczył się
przy tym tylko fizyki i fizjologii.
Jego zdaniem celem społeczeństwa nie może
być wolność, lecz czynność. Nie palił się do konstytucji;
więcej obiecywał sobie od "świętego przymierza", upatrując
w nim (jak nasz Staszic) wstęp do zrzeszenia europejskiego
w wieczystym pokoju. W rozwoju ducha ludzkiego widzi kierunek stały,
zmierzający od teologii poprzez metafizykę coraz bardziej ku nauce
"pozytywnej", tj. opartej o matematykę lub laboratorium. Od niego
pochodzi "prawo trzech stanów", jako wszelkie przejawy życia
duchowego muszą przechodzić przez stan teologiczny, metafizyczny
i pozytywny. Twierdził, że skutkiem tej prawidłowej kolejności można
w dziedzinie politycznej przewidywać wcale niezgorzej, niż w zakresie
przyrodniczym, wnioskując z przeszłości o przyszłości.
St. Simon założył własne prywatne seminarium
naukowe, w którym młodzi adepci wykonywali wskazane przez niego prace,
lub swoje pod jego kierunkiem. Pośród członków tego seminarium
odznaczał się Isidore Marie Auguste Francois Comte (1798-1857). Ten
posunął dalej dzieło "pozytywizmu", a nabył takiej sławy, iż
zapomniano o pierwotnym odkrywcy nowej teorii, a pamiętano St. Simonowi
tylko mniej udatne drugorzędne sprawy, zwłaszcza że ucierpiał on
wiele przez niefortunnych swych uczniów, którzy doprowadzili niektóre
punkty jego nauk do komizmu absurdalnego i przekręcili je na wielce
rewolucyjne - gdy tymczasem Comte, któremu można by zarzucić jeszcze
więcej błędów i dziwactw, miał szczęście mieć takiego ucznia,
jak Littre (prawdziwy twórca pozytywizmu filozoficznego) i długi
szereg wybitnych uczonych[20].
Dogmatem Comte'a jest wiara we wszechmoc nauki,
władnej urządzać dowolnie społeczeństwa, co ujął w ścisłym
system. Szlakiem Condorceta (którego zowie swym ojcem duchowym)
ułożył także historię przyszłości - ażeby do jej wymogów
dostosować teraźniejszość, zmieniając, reformując tak, jak tego
wymaga zbliżenie się ku tej przyszłości.
Dziwne zaiste umysłu kołowanie!
W wykładach kursu filozofii pozytywnej
(1826, 1829) były 52 wykłady matematyczno-przyrodnicze, a 15
przyrodniczo-humanistycznych. Od r. 1830 ogłaszał drukiem "Cours de
la philosophie positive", wydawszy w ciągu lat 12 sześć grubych
tomów. Rozszerzał teraz coraz bardziej część humanistyczną, tak,
iż rozrosła się niemal do połowy całego wydawnictwa.
Wielkie to dzieło może służyć za
klasyczny przykład do skostnienia młodości[21]. Autor w młodzieńczych latach dał już z siebie
wszystko, a potem tylko przeżuwał samego siebie, dorabiał stylistykę
i rezonerię. Comte bowiem przestał uczyć się, zaniechał poważnej
lektury, rozporządzał przeto materiałem stosunkowo coraz mniejszym,
a luki uzupełniał według swojej medytacji.
Historyka obchodzą tomy IV, V, VI. W przedmowie
do tomu IV stwierdza autor, jako oparty jest na "pierwszych
natchnieniach młodości", wzmożonym "długim szeregiem metodycznych
medytacji". A celem autora jest dostarczyć pewników naukowych
dla życia politycznego, zrobić naukę ścisłą z całej dziedziny
obserwacji społecznych. Przeczył możliwości postępu nieograniczonego,
gdyż ograniczają go rasa i warunki geograficzne. Zresztą "pochód
cywilizacji nie odbywa się, mówiąc ściśle, po linii prostej, lecz
szeregiem wahań nierównych i zmiennych". W każdym okresie inny jaki
zasadniczy warunek postępu rozwija się lepiej od innych i nadaje mu
cechę; każdemu zaś z trzech owych stanów intelektualnych towarzyszy
pewien typ bytu: wojskowy przy porządku teologicznym, po czym następuje
okres przejściowy "zupełnie podobny do stanu metafizycznego w rozwoju
intelektualnym", mianowicie "faza socjalna, w której rozmaite
zawody prawników opanowały we wszystkim widownię polityczną"
- po czym przechodzi się do bytu przemysłowego. A zatem kolejna
hegemonia wojowników, prawników, przemysłowców[22].
W tomie V oświadcza, jako historia Chin, Indii
itp. to tylko "jałowa erudycja" i "radykalna konfuzja";
dopiero bowiem zbadawszy to, co dotyczy "wyboru ludzkości",
można wdać się z korzyścią w sprawy cywilizacji "mniej lub
więcej opóźnionych"[23]. Używa liczby mnogiej, ale uważa, jako zachodzą różnice
tylko ilościowe, wyższych i niższych szczebli cywilizacyjnych,
a zatem zasadniczo byłaby tylko jedna cywilizacja z rozmaitymi
szczeblami, zależnymi od lokalnych "okoliczności". Zapatrywanie
to przetrwało aż niemal do naszych czasów.
W tomie VI (1842) rozpisuje się głównie
o "ludzkości", uważając, że idea ta jest szczytem
w rozwoju intelektu i moralności, że zdziałała więcej
dla rozwoju moralności, niż idea Boga[24]. W przedmowie do tomu VI znać psychozę, w którą wpadł
już powtórnie.
Sławę swą niemalejącą zawdzięcza
temu, że przyjął się wyraz "socjologia", skutkiem czego
wygląda na założyciela tej nauki. A wyraz ten zrodził się
całkiem przygodnie, podczas korekt, czego dowodem przypisek
na s. 185 tomu IV[25], gdzie pojawia się po raz pierwszy.
W zagadnieniach historiozoficznych zachodzi u niego
całkowita dowolność, brak metody, chaos typowo medytacyjnego rojenia,
nie opartego o studia zawodowe. Dopiero potem powstała "metoda
pozytywna", polegająca na aplikowaniu metod z nauk przyrodniczych
do humaniorów, a pochodząca głównie od Littrego.
Wspólną cechą całej, nader rozległej szkoły
stała się teoria ewolucjonizmu i bałwochwalcza wiara, że co
głoszą pozytywiści współcześni, jest już na pewno i raz
na zawsze ostatnim wyrazem nauki, a dalszy postęp możliwy tylko
z pomocą nowych odkryć przyrodniczych. Grzmi "tryumf' u Józefa
Supińskiego (1804-1890) w przedmowie do "Myśli ogólnej fizjologii
powszechnej" (1860).
Dla niego świat duchowy jest tylko częścią
przyrody, a więc zachodzi tożsamość praw przyrody i ducha,
a wszystko, co tyczy się umysłu czy zmysłów, ma wspólną
"fizjologię"; na tym oparty założeniu, dąży do "umiejętności
powszechnej, wiedzy opierającej się na wszystkich szczegółowych
umiejętnościach", tj. poszukuje "sił" zasadniczych. Znajduje
ich dwie: siłę rzutu i przyciągania. W dziedzinie "rzutu"
najwyższe miejsce ma wiedza. W stosunkach społecznych
decyduje zasada "zamiany", przy czym gwałt bywa czynnikiem
nieraz nieuchronnym. Cenił ogromnie Piotra W. i Fryderyka
II; radował się, że Rosja, gromadząc i kupując stopniowo
słowiańskie szczepy, jedne chroni od zagłady, drugim przygotuje
przyszłość nową[26].
Równocześnie z takim rozkrzewianiem się medytacji
"pozytywistycznych" zrobiła jednak indukcja krok naprzód, gdy
Francois Pierre Guillaume Guizot (1787-1874) zamienił "filozofię
historii" na "historię cywilizacji", do której wnioski snuł
ze studiów indukcyjnych, specjalnych. Historyk zawodowy, stał na
czele dwóch wielkich wydawnictw źródeł, napisał szereg świetnych
prac konstrukcyjnych, aż zabrał się do historii cywilizacji, czego
ostateczny jego dorobek naukowy stanowi "Histoire generale de la
civilisation en Europe depuis la chute de l'empire romain jusq a la
revolution francaise" (1828). On pierwszy zbierał starannie momenty,
stanowiące o rozwoju "człowieka wewnętrznego". Układ, tudzież
interpretacja faktów, ujmowanych grupami, niepodobne są w niczym
do przeglądów i poglądów w jakiejkolwiek z dotychczasowych
syntez medytacyjnych. Praca, licząca z górą sto lat wieku, należy
wciąż jeszcze do tych, których nie wolno nie znać, pomimo jej
przestarzałości; a na większą pochwałę uczony liczyć nie
może.
Na dalszy rozwój historii pozytywistycznej
oddziaływał też nie tyle Comte, co Guizot; choć pozytywiści
zżymali się na niego, dzieło jego zmuszało już raz na zawsze do
pracy indukcyjnej w badaniu dziejów. Bez Guizota, wielkiego odkrywcy
nowych tematów, nie byłoby Buckle'a (1821-1862). Rozgłośna jego
i pełna erudycji "History of civilisation in England" (1857-1861),
której zdążył napisać ledwie niecały wstęp, oświadcza się za
determinizmem dziejowym i nieruchomością praw moralnych, które to
doktryny bardzo długo się utrzymywały; niedawno dopiero wyemancypowano
się od tego. Szkoła Buckle'a była nader liczną, chociaż nie
wydała prac wybitnie twórczych.
Zasługa pozytywistów w tym, że wprowadzili do
historii nowe punkty obserwacyjne. Im więcej takich punktów, tym
lepiej dla wszechstronnego ujęcia przedmiotu. Ale też może być
punktów tych więcej przy tej samej metodzie i ten sam autor może
zmieniać swe punkty obserwacyjne. Nowy punkt widzenia rzeczy nie
stanowi jeszcze nowej metody! Odkrywcy takich punktów (np. Buckle,
Taine) błądzili, mniemając, jako powiodło im się odkryć jakiś
wszechstronny punkt obserwacyjny, starczący na zawsze i na wszystko,
nie wymagający już uzupełniania z innych punktów widzenia - gdy
tymczasem żaden taki sposób pracy naukowej wszechstronnym być nie
może. Wszechstronność wymaga właśnie, żeby uwzględniać wszystkie
znane punkty widzenia.
W dwa lata po śmierci Buckle'a wychodzi
jedno z naczelnych dzieł pozytywizmu francuskiego, Hipolita
Taine'a (1828-1893): "Histoire de la litteratura anglaise",
po czym nastąpił szereg pism z historii sztuki, a w końcu "Les
origines de la France contemporaine", którego to dzieła każdy
tom oczekiwany był z napięciem w całej Europie. Taine wyjaśnia
wszelki fakt rasą działaczy (pochodzenie, gegealogia, okoliczności
dziedziczne), urządzeniami współczesnymi (stosunki prywatne
i publiczne, wychowanie, walka o byt itd.), tudzież środowiskiem,
milieu. Celował Taine drobiazgową dokładnością
i sumiennością, a jednak najnowszy historyk rewolucji francuskiej,
Aulard, uważa, jako podawane u Taine'a wyniki pozostają nader
często w sprzeczności z prawdą historyczną.
Buckle i Taine popadli w jednostronność
pomimo metody indukcyjnej, ale nie sposób ignorować ich punktów
obserwacyjnych. Pogłębiona znajomość źródeł, wydoskonalana coraz
bardziej metoda, wiodą często do wyników odmiennych właśnie poprzez
uwzględnione ich punkty widzenia (np. ekonomiczny, genealogiczny,
środowiskowy) - ale samo wskazanie takiej rozmaitości możliwej
obserwacji stanowi wzbogacenie metody historycznej.
Przeraźliwe natomiast spustoszenie nastało
skądinąd. Pozytywizm strząsnął medytacje spekulatywne, ale
wyłoniły się z niego nowe odmiany historiozofii, wcale nie
dziejowo-pisarskiej. Zaczyna się historiozofia antropologów. Pragnie
się ona wywodzić od Kanta, lecz niesłusznie, bo jego "Anthropologie
in pragmatischer Hinsicht", wykładana przez lat 30, a wydana
drukiem na rok przed zgonem, była właściwie psychologią, nauka,
mająca dociec, co człowiek, "jako istota o własnej woli, sam
z siebie zrobi lub zrobić może i powinien"[27]. Historiozofia antropologiczna pochodzi od Józefa Artura
Gobineau (1816-1882), który w głównym swym dziele "Essai sur
l'inegalite des races humaines" (1853-1855) obmyślił teorię
hierarchi ras. Cywilizacja skazana jest na upadek, gdy mieszają się
rasy. Gdyby rasa najwyższa, tj. długogłowych blondynów, osiadła
była na biegunie, tam byłoby centrum cywilizacyjne. Jeszcze dalej
zapędził się Vacher de Lapouge, twierdząc, jako Francja upadła
dlatego, ponieważ tam dorwali się do rządów krótkogłowcy. Ażeby
ocalić wysoki poziom cywilizacji, nieźle byłoby wytępić rasy
"niższe". Uważał nawet za pożądane zaprowadzenie kast.
Rozszerzył ramy antropologii na etnografię
i psychologię zbiorową uczony Bastian Adolf (1826-1905). Syntezę
mozolnych prac całego długiego jego życia stanowić miało dzieło
"Der Voelkergedanke im Aufbau einer Wissenschaft vom Menschen"
(1881). Od niego wywodzi się teza, jako intelekt ludzki, charakter
i uczucia wszędzie są jednakowe, a zarazem także pierwiastki
kulturalne te same, wobec czego - jak mniemał - byłyby też
przejawy kultury wszędzie jednakie, gdyby nie różnorodność
warunków bytu; upodobnianie więc tych warunków musi upodobnić
ludy także pod względem duchowym, według zasadniczo wspólnego
Voelkergedanke.
Bastian, dziś zapomniany,
pierwszy począł z antropologii wywodzić całe
Weltanschauung. Naśladowców znalazł
tuziny. Typowym był profesor medycyny w Wiedniu Karol Rokitansky,
który prezydując zjazdowi antropologów w r. 1870, wypowiedział te
słowa: "Zbadanie, na czym polega istota cywilizacji nowoczesnej,
dziejów jej i zasad, zrozumienie przyczyn nierówno-mierności
w postępie oraz powodów miejscowego zastoju - wszystko to są
przyrodniczo-antropologiczne zadania"[28].
Nasz Ludwik Krzywicki był też mocno
przekonany, jako antropologia musi stać się kierowniczką
życia społecznego[29].
Ciąg dalszy w wersji pełnej