O tym, co najważniejsze - Katarzyna Kielecka

Kup ebooka

9.90 zł
8.22 zł (8,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

1.

– Tato, to, że ktoś gra w strzelanki, nie znaczy, że wyrośnie na mordercę! Valorant nie wypaczy mi mózgu. Ile razy można tłumaczyć? Jak kapustą o ścianę! – utyskiwała Natasza, zirytowana dyskusją, która każdego dnia wracała jak bumerang i psuła jej ferie. Przerąbane po całości.

– Grochem – poprawiłam.

Dreptaliśmy niemal pustą promenadą, na której końcu majaczyło dwóch staruszków z kijkami do nordic walking. W dali hałasowały tylko spienione fale. Święty spokój.

– Wszystko jedno. W Wigilię zmusiliście mnie do jedzenia kapusty z grochem i smakowała o-hy-dnie. A potem jeszcze te śledzie...

– Śledzie wymiatały, zwłaszcza w pomidorach – wtrąciła Kornelia i z zapałem zaczęła rozwodzić się nad wspaniałością babcinej kuchni.

– Czy ty musisz w kółko gadać o jedzeniu? – zaperzył się Kacper, niezadowolony, że odbiegają od tematu.

Rozkwitła we mnie nadzieja, że rozmowa o tym, do czego służy komputer, zejdzie na dalszy plan. Nie chciałam kłócić się z mężem i w starciach z dziećmi twardo stawałam po jego stronie, choć należało mu szepnąć na boku, by trochę odpuścił. Dwunastoletnia Natasza uczyła się nieźle, jak na swój wiek pyskowała z umiarem i nie przejawiała psychopatycznych skłonności. Zamiast pindrzyć się przed lustrem i żądać kolejnych ciuchów, klepała w klawiaturę przy typowo chłopięcych grach, ale to żaden powód do niepokoju. Nie ma jednego schematu na dojrzewanie, a różnorodność to nieodzowna cecha ludzkości, gwarantująca jej stały rozwój. Nadmierny apetyt rok młodszej Kornelii oraz jej zapędy kulinarne także nie powinny spędzać nikomu snu z powiek. Wszystko, co upichciła i pochłonęła, bez trudu spalała na basenie, trenując przed udziałem w coraz poważniejszych zawodach pływackich.

Kacper kochał dziewczynki, poświęcał im każdą wolną chwilę i nieco przesadzał z nadopiekuńczością. Oczekiwał, by rosły pod jego dyktando i przyjmowały każdą radę za dobrą monetę. Tymczasem to, co działało w przedszkolu, u nastolatek zaczynało zgrzytać. Pozostawały dwie ścieżki: wrzucić na luz lub wkroczyć na zgubną drogę tyranii, która musiałaby się skończyć spektakularną katastrofą.

Nagle od strony morza zerwał się zimny wiatr, smagnął nas w twarze, a z pociemniałego nieba sypnęło gęstym białym puchem. Ojciec narzucił córkom kaptury na czapki. Ja postawiłam kołnierz, a dłonie schowałam w rękawach kurtki. Nie cierpię rękawiczek, noszę je wyłącznie w sytuacjach ekstremalnych, czyli przy mrozie poniżej piętnastu stopni oraz na stoku.

W tym roku spędzaliśmy ferie w Ustce, bo Kacper złamał w listopadzie nogę i jeszcze nie nadawał się do narciarskich wyczynów. Samych by nas nie puścił nawet na oślą łączkę w obawie, że nie upilnuję jego skarbów i zgubią się, skoszą w pędzie pół lasu, spadną w przepaść, zostaną porwane albo co najmniej nabawią się kataru. Niby widział we mnie świetną matkę, ale był nadopiekuńczy i chyba nie do końca mi ufał. Czasem kłuło mnie to między żebrami, szczególnie że nie układało się między nami zbyt sielsko. Wiało dystansem i brakowało czegoś, co powinno stanowić codzienność młodego, jak by nie patrzeć, małżeństwa. Skończyliśmy ledwo po trzydzieści trzy lata. To nie starość, nie czas, by zagrzebywać się każde w swoim fotelu i spędzać noce pod osobnymi kołdrami. Ech, szkoda gadać.

Minęliśmy latarnię morską i po lekkim wahaniu skręciliśmy w lewo. Szliśmy wzdłuż kanału portowego pełnego odrapanych kryp, śnieg zacinał ostrymi lodowatymi igiełkami, a mroźne powiewy poklepywały nas w plecy, zmuszając do przyspieszenia kroku.