O północy w Berlinie. Czas zapomnienia. Tom 1 - Joanna Jax

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1.

Ber­lin, 1947

To była wy­jąt­kowo duszna noc. Od kilku dni przez Eu­ropę prze­le­wała się fala kosz­mar­nych upa­łów i więk­szość jej miesz­kań­ców tę­sk­nym wzro­kiem wpa­try­wała się w za­mglone niebo. Cze­kali na deszcz. Lep­kie po­wie­trze zwia­sto­wało na­dej­ście bu­rzy, która przy­nio­słaby orzeź­wie­nie, ale z od­dali sły­chać było je­dy­nie nie­mrawe po­mruki. Od czasu do czasu ciem­ność roz­ci­nały bły­ska­wice, ale nic nie wska­zy­wało na to, że na­stąpi gwał­towna zmiana po­gody i ry­chło do­trze do Ber­lina długo wy­cze­ki­wane ochło­dze­nie.

Młoda ko­bieta, ubrana w zbyt ob­szerne spodnie od mun­duru po­lo­wego i czarną ko­szulkę, nie zwra­cała naj­mniej­szej uwagi na aurę. Była przy­zwy­cza­jona do znacz­nie wyż­szych tem­pe­ra­tur i mimo du­żej wil­got­no­ści po­wie­trza zno­siła po­dobną po­godę dużo le­piej niż inni.

Przy­po­mniała so­bie ostat­nią zimę, kiedy to Ber­lin na­wie­dziła fala mro­zów, przez co zgi­nęło masę lu­dzi. Pa­mię­tała do­kład­nie, jak wów­czas mar­zła i chwi­lami od­no­siła wra­że­nie, że chłód czuje na każ­dym cen­ty­me­trze ciała. Gdyby miesz­kańcy mieli wy­bór, wo­le­liby chyba duszne noce od ta­kich, kiedy w po­miesz­cze­niach za­ma­rzała w wia­drach woda.

Do­okoła pa­no­wały ciem­no­ści bez mała egip­skie, ale prądu bra­ko­wało na­wet w do­mach, więc nie­oświe­tlone ulice ni­kogo nie dzi­wiły. Zwłasz­cza że więk­szość la­tarni zo­stała znisz­czona pod­czas bom­bar­do­wa­nia, po­dob­nie jak wszystko inne w tym mie­ście.

Do­tarła do Kur­für­sten­straße i skrę­ciła w lewo. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach zna­la­zła się na wła­ści­wej ulicy - Pa­ri­ser Straße - w ber­liń­skiej dziel­nicy Char­lot­ten­burg-Wil­mers­dorf. Omio­tła wą­skim sno­pem świa­tła la­tarki trzy­pię­trowy bu­dy­nek. Za­bite de­skami otwory okienne świad­czyły, że ktoś zde­cy­do­wał się na za­miesz­ka­nie w tej na wpół zruj­no­wa­nej ka­mie­nicy.

Drzwi wej­ściowe z wy­raź­nymi śla­dami po po­ci­skach nie miały klamki i były nie­do­mknięte. Obok nich, na ob­łu­pa­nej ścia­nie, ktoś przy­twier­dził po­wy­gi­naną ta­bliczkę z nu­me­rem bu­dynku. Zer­k­nęła na nią i ode­tchnęła. Tra­fiła pod wła­ściwy ad­res.

Przy­szła tu, by spo­tkać się z czło­wie­kiem, który miał jej prze­ka­zać ja­kieś bar­dzo ważne in­for­ma­cje. Czuła lęk, po­nie­waż znała tego męż­czy­znę bar­dzo słabo. Wi­działa go kilka razy w Ka­irze i za­mie­niła z nim za­le­d­wie parę zdań. Na­zy­wał się Al­fred Klein i był le­ka­rzem. Na­le­żał do zna­jo­mych jej wuja i to w jego domu go po­znała.

***

Ann-Ka­trin Schne­ider mu­siała ukry­wać swoją toż­sa­mość, po­nie­waż nie była pewna, czy znaj­duje się w Cen­tral­nym Re­je­strze Zbrod­nia­rzy Wo­jen­nych i Po­dej­rza­nych. Nie za­mie­rzała jed­nak tego spraw­dzać, mimo że w jej do­ku­men­tach wid­niały zu­peł­nie inne dane. Oba­wiała się trud­nych py­tań ze strony pra­cu­ją­cych w tej in­sty­tu­cji żoł­nie­rzy sił alianc­kich.

Te­raz na­zy­wała się Ka­ren Bre­ner i po­dzie­lała los więk­szo­ści ber­liń­czy­ków. Nie wie­działa jed­nak, czy może spać spo­koj­nie, dla­tego po­sta­no­wiła do­trzeć do in­for­ma­cji o so­bie w nieco inny spo­sób. Po­znała pewną dziew­czynę zaj­mu­jącą się po­szu­ki­wa­niem osób za­gi­nio­nych przy Mię­dzy­na­ro­do­wym Czer­wo­nym Krzyżu. Ka­ren czę­sto wpa­dała do niej na her­batę i uma­wiały się na mie­ście, by po­plot­ko­wać o ty­po­wych dam­skich spra­wach, i gdy uznała, że ich re­la­cja za­cie­śniła się wy­star­cza­jąco mocno, po­pro­siła ją o małą przy­sługę.

Któ­re­goś dnia, gdy sie­działy w biu­rze Gi­sele, zwró­ciła się do ko­le­żanki, sta­ra­jąc się, by w jej gło­sie nie sły­chać było po­de­ner­wo­wa­nia czy nad­mier­nej cie­ka­wo­ści.

- Słu­chaj, Gi­sele, czy mo­gła­byś spraw­dzić taką jedną, moją zna­jomą ze szkoły. Wiesz, jak to dzi­siaj jest. Wy­star­czy, że pra­co­wała w nie­wła­ści­wym re­sor­cie, a już mo­gła tra­fić na czarną li­stę. A ja nie chcę być cią­gana przez alian­tów tylko dla­tego, że ją zna­łam.

- Ja­sne, że wiem, jak to jest. Bry­tyj­scy i ame­ry­kań­scy żoł­nie­rze cią­gle do nas przy­łażą... I dają co­dzien­nie nową li­stę. A my mamy zgła­szać wszyst­kie in­for­ma­cje na te­mat ta­kiej osoby - wes­tchnęła Gi­sele i za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem.

- Mo­gła­byś usta­lić, czy ktoś jej szuka? - za­py­tała nie­pew­nie.

- Ja­sne, po­daj mi jej dane, spraw­dzę na li­stach. - Gi­sele pu­ściła do niej oko.

- Ann-Ka­trin Schne­ider, uro­dzona w Ka­irze dwu­dzie­stego lipca ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego roku - wy­de­kla­mo­wała.

- Bę­dziesz mu­siała po­cze­kać, to może tro­chę po­trwać. Chyba że wpad­niesz ju­tro rano.

Nie chciała, by Gi­sele się do­my­śliła, jak bar­dzo jej na tym za­leży.

- Nie ma po­śpie­chu, może być ju­tro. - Mach­nęła ręką.

Na­za­jutrz, gdy tylko skoń­czyła pracę, udała się do Gi­sele. Ta była bar­dzo pod­eks­cy­to­wana.

- Słu­chaj, tej two­jej przy­ja­ciółki szuka bry­tyj­ski wy­wiad - po­wie­działa szep­tem.

- Spo­dzie­wa­łam się, że może mieć kło­poty - od­parła rów­nie ci­cho Ann-Ka­trin.

- Ale ktoś jesz­cze o nią roz­py­tuje...

Za­marła. Gdyby nie to, że od­szu­kała swo­jego wuja i nie miał po­trzeby, by zgła­szać się do MCK w celu jej od­na­le­zie­nia, za­pewne by o nim po­my­ślała. Serce za­częło jej dud­nić jak osza­lałe, po­nie­waż w tej sy­tu­acji w grę wcho­dzili tylko dwaj męż­czyźni, i żad­nego z nich nie chciała wi­dzieć na oczy.

- Kto to taki? - za­py­tała ze ści­śnię­tym gar­dłem.

Dziew­czyna zer­k­nęła na świ­stek pa­pieru i prze­czy­tała:

- Ja­kiś Al­fred Klein.

Była kom­plet­nie za­sko­czona i wga­piała się w Gi­sele z otwartą bu­zią. W pew­nej chwili jakby ock­nęła się z osłu­pie­nia i po­wie­działa, niby od nie­chce­nia:

- To jej wuj... Słu­chaj, a jak się z nim skon­tak­to­wać?

- My­ślisz, że może coś o niej wie­dzieć, a nie przy­szło mu do głowy, jak wielu in­nym, by nas o tym po­in­for­mo­wać? Masz ra­cję, ta­kich przy­pad­ków jest mnó­stwo, po­tem się oka­zuje, że od dawna ro­dzina mieszka ra­zem - wy­de­du­ko­wała Gi­sele.

- Wła­śnie. - Po­ki­wała głową, wdzięczna, że ko­le­żanka sama zna­la­zła wy­ja­śnie­nie dla jej do­cie­kli­wo­ści.

- Po­dał, że pra­cuje jako le­karz w szpi­talu Cha­rité. Ale wiesz, to jest ra­dziecka strefa.

- Dam so­bie radę - za­pew­niła.

- Tylko uwa­żaj na sie­bie, tam po­dobno można obe­rwać.

- Nie martw się, mam le­gi­ty­ma­cję pra­sową, nic mi nie zro­bią - do­dała.

Jesz­cze tego sa­mego dnia od­na­la­zła dok­tora Kle­ina w Cha­rité.

Zo­ba­czyła go, gdy szedł w bia­łym ki­tlu i żywo roz­ma­wiał z pie­lę­gniarką, szczu­płą blon­dyną o wy­ra­zi­stych ry­sach twa­rzy i spo­rym biu­ście.

- Prze­pra­szam, dok­to­rze... - wtrą­ciła się Ann-Ka­trin.

Pie­lę­gniarka otak­so­wała ją wzro­kiem, a Klein za­czął ner­wowo się roz­glą­dać, po czym ze sztucz­nym uśmie­chem po­wie­dział do swo­jej to­wa­rzyszki:

- Prze­pra­szam, moja nie­sforna pa­cjentka przy­szła.

Pod­szedł do niej i szep­nął:

- Nie tu­taj i nie te­raz. Miesz­kam przy Pa­ri­ser Straße trzy­dzie­ści cztery. Lo­kal nu­mer dwa. To w bry­tyj­skiej stre­fie, nie­da­leko Kur­für­sten­straße...

- Tak, wiem, gdzie jest ta ulica.

- Niech pani po­słu­cha... Spo­tkamy się u mnie dzi­siaj w nocy. Około dru­giej. Wiem, jak to brzmi, ale le­piej dla nas obojga, żeby nikt się nie do­wie­dział o na­szym spo­tka­niu. Po­mię­dzy dwu­dzie­stą czwartą a szó­stą rano wy­łą­czają prąd na tej ulicy i na kilku są­sied­nich, więc nikt pani nie za­uważy. Pro­szę uwa­żać, czy nikt pani nie śle­dzi. Czy da pani radę prze­mknąć nie­po­strze­że­nie?

- Tak, ja­sne - od­parła, za­sko­czona jesz­cze bar­dziej niż wtedy, gdy Gi­sele wy­mie­niła na­zwi­sko dok­tora.

- Pro­szę, to ważne... Je­stem pani wi­nien prawdę. Będę cze­kał na pa­nią. Może to pani zi­gno­ro­wać, ale za­leży mi na tym spo­tka­niu. I przy­się­gam, nie za­mie­rzam zro­bić pani krzywdy. - Osta­nie słowa po­wie­dział wręcz de­spe­racko. Po chwili bez po­że­gna­nia od­szedł w kie­runku bloku ope­ra­cyj­nego.

Mu­siała spraw­dzić, o co cho­dzi. Przez ostat­nie lata to­wa­rzy­szyło jej tyle ta­jem­nic i nie­wy­ja­śnio­nych spraw, że nie za­mie­rzała przez resztę ży­cia się za­sta­na­wiać, czego chciał od niej ten czło­wiek.

***

W kom­plet­nej ciem­no­ści do­tar­cie pod wska­zany ad­res oka­zało się o wiele trud­niej­sze, niż my­ślała. Nie mo­gła przez cały czas przy­świe­cać so­bie la­tarką, żeby nie zwró­cić czy­jejś uwagi. Co prawda, od kilku mie­sięcy nie obo­wią­zy­wała już go­dzina po­li­cyjna, ale wo­lała unik­nąć spo­tka­nia z bry­tyj­skim pa­tro­lem. I z kim­kol­wiek in­nym.

Gdy sta­nęła przed drzwiami miesz­ka­nia dok­tora, spo­strze­gła, że jedno ze skrzy­deł jest nie­do­mknięte. To była dość duża nie­fra­so­bli­wość ze strony Kle­ina. Kra­dzieże, wła­ma­nia czy na­pady sta­no­wiły w tym mie­ście co­dzien­ność. Wy­nędz­niała i spo­nie­wie­rana lud­ność sta­rała się prze­trwać i na­wet naj­bar­dziej prawi nie­gdyś miesz­kańcy mia­sta do­pusz­czali się prze­stępstw. Zda­wali so­bie także sprawę, że po­zo­staną bez­karni, bo po­li­cjan­tów było mało i nie mieli zbyt wiel­kich moż­li­wo­ści, żeby ści­gać tego typu prze­stęp­ców, sta­cjo­nu­jący zaś w bry­tyj­skiej stre­fie oku­pa­cyj­nej żoł­nie­rze obar­czeni byli in­nymi, znacz­nie waż­niej­szymi obo­wiąz­kami.

Przez uchy­lone drzwi wsu­nęła się do środka. W miesz­ka­niu pa­no­wała wręcz gro­bowa ci­sza. We­szła do środka i po­wie­działa dość gło­śno:

- Dok­to­rze Klein! Pa­nie Al­fre­dzie! Jest pan tu­taj?

Jej py­ta­nie po­zo­stało bez od­po­wie­dzi. Prze­szła przez nie­wielki przed­po­kój i zna­la­zła się w ma­łym sa­lo­nie. Zde­ze­lo­wane ka­napy oraz znisz­czone me­ble ni­kogo nie dzi­wiły, ale to, co zo­ba­czyła w miesz­ka­niu dok­tora, ją prze­ra­ziło... Na pod­ło­dze le­żały po­wy­rzu­cane z sza­fek i ko­mód rze­czy, a ta­pi­cerki na oto­ma­nie i sto­ją­cym obok fo­telu były po­cięte i po­roz­ry­wane. Wy­be­be­szono z nich wło­sie, które wa­lało się po ca­łym po­koju.

We­szła do ko­lej­nego po­miesz­cze­nia i za­sto­po­wało ją. Z dwóch po­wo­dów - po pierw­sze, klepki pod­ło­gowe zo­stały po­wy­ry­wane i roz­rzu­cone bez­ład­nie, a po dru­gie, męż­czy­zna le­żący na wą­skim łóżku z me­ta­lo­wym wez­gło­wiem był naj­praw­do­po­dob­niej mar­twy. Za­krwa­wiona ko­szulka i mocno po­kie­re­szo­wane ciało mó­wiły same za sie­bie. Za­tem ktoś mu­siał mal­tre­to­wać dok­tora, za­nim do­bił go strza­łami w serce. Twarz męż­czy­zny była opuch­nięta, a koło nosa i ust zo­ba­czyła za­krze­płą krew. Ktoś wy­rwał mu kilka pa­znokci i chyba po­ła­mał palce, po­nie­waż były nie­na­tu­ral­nie po­wy­krzy­wiane.

Oprawca zde­mon­to­wał pod­łogę, jed­nak znaj­du­jąca się na­prze­ciwko okna szafa bez jed­nego skrzy­dła drzwi i sto­jąca przy łóżku nieco ob­łu­pana biała ko­moda w stylu Lu­dwika XVI były nie­tknięte. Być może sprawca na­pa­ści zo­stał spło­szony i nie zdą­żył wy­be­be­szyć ko­lej­nych me­bli.

Ann-Ka­trin była w szoku, bo prze­cież nie da­lej jak dzie­sięć go­dzin temu roz­ma­wiała z Kle­inem na szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzu. Zga­siła na chwilę la­tarkę, oparła się rę­kami o ko­modę i za­częła łap­czy­wie od­dy­chać. Od razu przy­po­mniała so­bie dzień, kiedy zna­la­zła do­go­ry­wa­ją­cego i okrut­nie po­bi­tego ojca. Je­dyne, co mo­gła wtedy zro­bić, to być przy nim, do­póki nie przy­je­dzie le­karz. Nie po­zwa­lała mu mó­wić, ale nie po­słu­chał jej. Do dzi­siaj trak­to­wała jego osta­nie słowa jak swo­isty te­sta­ment, po­nie­waż za­nim przy­szła po­moc, jej tata sko­nał.

Nie od razu opu­ściła to kosz­marne miej­sce. Mu­siała spraw­dzić, czy Klein nie daje żad­nych oznak ży­cia. Włą­czyła z po­wro­tem la­tarkę i na­chy­liła się nad męż­czy­zną. Do­tknęła jego szyi, ale nie wy­czuła pulsu. Ciało dok­tora za­czy­nało sztyw­nieć, więc na ja­ką­kol­wiek po­moc było już zde­cy­do­wa­nie za późno. Po­świe­ciła na swoją dłoń. Była za­bru­dzona krwią. Ze­mdliło ją, a po chwili do­tarło do niej, że po­winna jak naj­szyb­ciej stąd ucie­kać. Nie tylko z uwagi na to, iż sprawca mógł się ukryć w po­bliżu i za­ata­ko­wać rów­nież ją, ale nie mo­gła rów­nież być wmie­szana w taką sprawę.

Nie pla­no­wała ni­kogo po­wia­da­miać o tej zbrodni, po­nie­waż nie chciała stać się ję­zycz­kiem u wagi. Nie wie­działa, jak wy­tłu­ma­czy­łaby śled­czym, co ro­biła w miesz­ka­niu de­nata o tej po­rze. Nie ży­czyła so­bie, by kto­kol­wiek ją z nim po­wią­zał, a po­tem oskar­żył o zbrod­nię, któ­rej nie po­peł­niła. Albo o współ­udział, jak kie­dyś. I tak miała wy­star­cza­jąco dużo kło­po­tów.

Wy­bie­gła do przed­po­koju, a po­tem na klatkę scho­dową. Nie zwa­żała ani na skrzy­pie­nie drzwi, ani na dźwięki do­bie­ga­jące z miesz­ka­nia na końcu ko­ry­ta­rza. Wy­szła z bu­dynku i szyb­kim kro­kiem ru­szyła w stronę swo­jego miesz­ka­nia, o ile norę, w któ­rej zna­la­zła miej­sce do ży­cia, można było na­zwać tym mia­nem. Gdzieś w od­dali usły­szała war­kot sa­mo­chodu, a po­tem zo­ba­czyła świa­tła. Czmych­nęła za stertę gruzu, któ­rego jesz­cze nie zdą­żono wy­wieźć, i po­cze­kała, aż auto prze­je­dzie. Na szczę­ście za­raz po­tem po­jazd skrę­cił w są­sied­nią prze­cznicę.

Była spo­cona jak mysz i mi­nęło do­brych kilka mi­nut, za­nim wy­szła z ru­mo­wi­ska. Mu­siała się uspo­koić i po­ukła­dać so­bie w gło­wie pewne sprawy. A przede wszyst­kim za­sta­no­wić się, czy do mor­der­stwa przy Pa­ri­ser Straße do­szło dla­tego, że po­sta­no­wiła przyjść tu­taj i po­roz­ma­wiać z Kle­inem, czy po pro­stu miała pe­cha.

Nie mo­gło być mowy o zwy­kłym wła­ma­niu i pró­bie ogra­bie­nia dok­tora. Zło­dziej nie za­dałby so­bie trudu, by od­ry­wać klepki pod­ło­gowe. Oprawca naj­wy­raź­niej szu­kał kon­kret­nej rze­czy, ale nie miała po­ję­cia czego. W tej chwili było to zresztą dla niej naj­mniej ważne.

Nie wie­działa także, czego mógł chcieć od niej Al­fred Klein i co ta­kiego za­mie­rzał jej po­wie­dzieć. Za­dał so­bie jed­nak trud, by szu­kać jej przez MCK, a te­raz kiedy się przed nim ujaw­niła, zgi­nął...

W pierw­szej chwili chciała po­je­chać do wuja, Her­manna Da­gen­hardta, i po­roz­ma­wiać z nim o Kle­inie, w końcu mu­sieli do­brze się znać, skoro dok­tor był czę­stym go­ściem w jego domu, ale coś jej w tym wszyst­kim nie grało. Wuj wie­dział, że Ann-Ka­trin miesz­kała w Ber­li­nie i pra­co­wała w "Die Neue Ze­itung", więc dla­czego Klein nie za­py­tał o nią w re­dak­cji? Nie wie­dział, że Da­gen­hard­to­wie prze­nie­śli się do Eu­ropy? A może ist­niało coś, o czym jej wuj ni­gdy nie po­wi­nien się do­wie­dzieć?

Przy­po­mniała so­bie ostat­nie słowa ojca... by ni­komu nie ufała. Nie do­dał, co prawda, że do­ty­czyło to także naj­lep­szego przy­ja­ciela jej dziadka, Jo­se­pha, który po­wie­rzył Her­man­nowi opiekę nad swoją ro­dziną, ale wo­lała dmu­chać na zimne. Już raz zlek­ce­wa­żyła ostrze­że­nie taty i bar­dzo źle na tym wy­szła...

Do­tarła do sie­bie go­dzinę póź­niej. We­szła do po­miesz­cze­nia piw­nicz­nego, w któ­rym się urzą­dziła, i za­pa­liła lampę naf­tową, bo w tej oko­licy także była prze­rwa w do­sta­wie prądu. Nie chciała sie­dzieć w ciem­no­ści, bo się oba­wiała, że wszę­dzie bę­dzie jej ma­ja­czyła zma­sa­kro­wana twarz dok­tora Kle­ina.

Znowu za­częła się za­sta­na­wiać, dla­czego dok­tor zgi­nął aku­rat tej nocy. Ni­komu nie mó­wiła, że za­mie­rza się z nim spo­tkać. Czy to okrutny zbieg oko­licz­no­ści, czy może ktoś śle­dził Kle­ina? Albo ją?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki