Kulig
Dzwonki przy saniach stawały się coraz bardziej odległe. Ginęły w ciemności, aż w końcu stały się ledwie słyszalnym echem pośród potężnych, czarnych konarów drzew. Kiedy weszliśmy w zakręt, śnieg sypnął mi w oczy tak, że musiałam zacisnąć powieki. Czerwone plamy światła rozlały się aż po horyzont, poczułam gwałtowne szarpnięcie i uderzenie, po którym straciłam równowagę, wypadłam z sanek. Otworzyłam oczy, a kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zobaczyłam zerwany sznur przy moich sankach
Jechałam ostatnia w całym korowodzie. Organizator zapewniał, że nic się nie stanie... W oddali gasły dźwięki dzwonków, śmiechy, aż nastała głucha cisza. Zrozumiałam - nikt nie zauważył, że ostatnie sanki oderwały się od reszty - nikt po mnie nie wróci. Podniosłam się ze śnieżnej zaspy i zaczęłam iść w kierunku, w którym wydawało mi się, że widzę ślady po saniach. Mrok jednak gęstniał i wszystko zlewało się w jedną nieprzeniknioną materię, nawet biel śniegu przestała się odznaczać wyraźnie od ciemnych drzew, jakby na jasną pościel opadła narzuta z czarnego aksamitu. Straciłam zupełnie orientację. Serce biło mi jak oszalałe. Oddychałam ustami, z trudem łapiąc oddech i nie czując zupełnie narastającego mrozu. Dzwoniąca w uszach cisza, ciemność, skrzypienie starych konarów, odległe pohukiwania puszczyka, zmęczenie, coraz trudniejsze pokonywanie śnieżnych zasp - wszystko to odebrało mi nadzieję na dotarcie do jakiegokolwiek celu. Uklękłam na śniegu. Chciałam się poddać. Położyć. Nie próbować już niczego. I chyba właśnie wtedy, gdy opuściła mnie jakakolwiek nadzieja na zmianę, dostrzegłam w oddali żółte światło. Udało mi się wstać i ruszyłam w tamtym kierunku. Wzrok przyzwyczajony do ciemności zdołał wyłapać zarys drewnianego domku z żółtym światłem w niewielkim oknie. Zapukałam. Nikt nie otworzył. Oparłam się o drzwi. Ustąpiły, otworzyły się przede mną. Byłam uratowana
*
W marmurowym kominku, w wielkim, otwartym palenisku buzował ogień. Iskry spadały na kwadratowy kawałek blachy położony tuż przy nim. Dalej leżała wygarbowana skóra dzika, rzucona niby od niechcenia na drewnianą podłogę, a sprawiająca wrażenie dobrze przemyślanej kompozycji, która nadawała ogrzewanemu przez ogień wnętrzu wyjątkowej, całkowicie naturalnej przytulności. W głębi pokoju, pod ścianą z drewnianych bali stało małe, jakby wykonane specjalnie dla dziecka, pianino. Pod oknem stała sztaluga, a na nim niedokończony obraz olejny i paleta z farbami. Na obrazie z czarnego lasu wyłaniał się drewniany domek z żółtym światłem w oknie, zupełnie taki sam, jak ten, do którego dotarłam. Cała boczna ściana była wypełniona regałem uginającym się od książek. Spojrzałam na grzbiety. Była tu cała klasyka światowej literatury. "Quo vadis" Henryka Sienkiewicza z Lidią i Ursusem broniącym jej przez dzikimi zwierzętami na rzymskiej arenie, po tym jak Neron rozkazał wymordować wszystkich chrześcijan, "Chłopi" Reymonta z Jagną, która wyrastała ponad prymitywnych mieszkańców wsi i za tę inność została wyrzucona z lokalnej społeczności, "Zamek" Franza Kafki, w którym indywidualista nie może znaleźć własnego miejsca, saga rodziny Boodenbruków Tomasza Manna, "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcela Prousta, "Doktor Żywago" Borysa Pasternaka, "Na wschód od Edenu" Steinbecka, "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, Goethe, Shiller, Shelly... Byłam pod wrażeniem tego księgozbioru. Wszystko oprawione w skórę zabarwioną na odcień głębokiej czerwieni ze złotymi czcionkami na grzbietach. Głód nie pozwolił mi jednak zagłębić się w żadną z tych książek. Przeleciały mi tylko przed oczami wspomnienia dawnych lektur, postaci, obrazów, ale trwało to ledwie moment. Ogrzana przez ogień z kominka, szukałam teraz zaspokojenia kolejnej potrzeby nie ducha, lecz ciała. Głód nie pozwalał mi myśleć o niczym innym, tylko o kawałku bułki z masłem, którą dostrzegłam w wiklinowym koszyku, na drewnianej ławie przykrytej białym, koronkowym obrusem. Obok stała wysoka, inkrustowana patera - trzy kariatydy podtrzymywały w swoich dłoniach posrebrzany talerz pełen winogron. Chciwie sięgałam po kolejne grona. Potem usiadłam na chwilę przed kominkiem. Ogień działał hipnotyzująco. Nawet nie wiem, kiedy zapadłam w sen. Śniła mi się muzyka. Bardzo niskie i bardzo wysokie dźwięki, jakby kropla z górskiego szczytu spadała w ciemną otchłań. Obudziłam się, ale nadal słyszałam te dźwięki. Uniosłam z trudem głowę, ciężką jeszcze od snu, i wtedy go zobaczyłam. Był mały i drobny. Miał wielkie oczy, osadzone głęboko, jakby podkrążone cieniami. Jego włosy lśniły we wszystkich odcieniach brązu: od ciepłego karmelu aż po chłodny, bardzo ciemny kasztan. Dłonie chłopca, siedzącego przy pianinie, białe jak śnieg za oknem, przebiegały lotem błyskawicy po czarno-białych klawiszach, wydobywając z instrumentu nostalgiczne nokturny, poruszając zapomniane pokłady ludzkiej duszy. Ta muzyka była jak ośnieżone szczyty górskie, nad którymi załamuje się błękitne światło, a przezroczysta kropla spada w dół, w bezkresną przestrzeń, stwarzaną przez czarne klawisze. Kiedy zobaczył, że na niego patrzę, jego dłonie zastygły nagle w bezruchu; muzyka zamilkła, zgasła jak płatki śniegu wirujące w powietrzu, które dotknęły ziemi.
- Cześć - odezwał się chłopiec, a jego wesoły głosik zupełnie nie pasował do smutnej twarzy. Może ten smutek był tylko pozorny, był cieniem zadumy, muzyki, myśli, a w środku tkwiła pogodna, uśmiechnięta dusza.
Chłopiec nie czekał nawet na moją odpowiedź, zasypał mnie pytaniami.
- Skąd się tu wzięłaś? Jak masz na imię? Masz męża i dzieci? Co robisz? O czym marzysz?
Śnieg nieprzerwanie sypał za oknem, czarna noc szczelnie okryła nieprzeniknionym aksamitem cały las, a ja z dziesięcioletnim chłopcem o imieniu Jaś siedziałam przy kominku i rozmawiałam, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie.
Wyjaśniłam, że brałam udział w kuligu ze znajomymi z pracy. Moje sanki były przyczepione do pozostałych jako ostatnie, ale urwał się sznurek i zostałam sama. Reszta odjechała, a w ciemności nie potrafiłam odnaleźć właściwego kierunku. Między drzewami zobaczyłam światło w oknie i tak dotarłam tutaj. Nie mam męża i dzieci. Od niedawna pracuję w firmie marketingowej jako specjalista do spraw wdrażania nowych produktów na rynek. Ten wyjazd na kulig to jeden z nielicznych dni wolnych, podczas którego miałam lepiej poznać swoich współpracowników.
- I poznałaś - powiedział mały. - Nikt po ciebie nie wrócił.
Zaniemówiłam przez chwilę, a Jaś znowu zarzucił mnie pytaniami...
- To najważniejsza jest dla ciebie praca? Czy wszystko można sprzedać? Czy ludzie wszystko kupią, nawet rzeczy niepotrzebne?
- Tak, wszystko, bo ludzkie pragnienia są nieograniczone.
- A mój tata mówi, że powinny być ograniczone, dopiero wtedy człowiek stanie się wolny, niezależny i szczęśliwy.
Zastanawiałam się, czy chłopiec tylko powtarza to, co powiedział mu tata, czy rozumie własne słowa?
- A gdzie są twoi rodzice?
- Tata wróci koło północy. Organizuje kuligi. Ten, w którym brałaś udział, też na pewno on organizował. A mama zmarła dwa lata temu.
- Czy masz tutaj telefon, żeby zadzwonić do taty?
- Nie. Nie mamy ani komputera, ani telefonu. Tata mówi, że chce, żebym miał bogatą duszę, a nie pustkę, wypełnianą internetem. Ale mam tutaj przy biurku taki guzik alarmowy, jak stanie się coś strasznego, to mam go nacisnąć - i tata będzie o tym wiedział. Od razu wówczas do mnie przyjedzie. Ale on zaraz będzie.
Chłopiec spojrzał na drewniany zegar. Dochodziła północ. Po chwili drzwi skrzypnęły i wielka, barczysta postać w kożuchu stanęła w progu.
- Tatuś! - wykrzyknął z radością chłopiec i rzucił mu się w objęcia, nie zważając na ośnieżone okrycie.
*
- Miała pani dużo szczęścia, że ten wypadek miał miejsce niedaleko naszego domu. Jest taki mróz, że nie doczekałaby pani do rana. Uczestnicy kuligu zgłosili mi pani zaginięcie dopiero wtedy, gdy dotarli na ognisko, około godziny 21.30. Rozpoczęliśmy poszukiwania, ale bez rezultatu, a pani była tutaj... Zawiadomiłem już ratowników, że pani się odnalazła. Oglądałem pani sanki. Ten sznurek nie przerwał się sam. Ktoś go nadpiłował pilnikiem do paznokci. Pilnik ratownicy znaleźli w śniegu - w miejscu, z którego kulig wyruszył w drogę. Czy na pewno pani zna swoich przyjaciół? Kto z panią jechał?
- W saniach szef działu, jego zastępca i asystentka, a pozostali pracownicy na doczepionych sankach. Moje były ostatnie. Przede mną jechała koleżanka z biura... ale ona jest bardzo miła...
- Ech, te korporacje, jeden drugiego wygryza, a jedyny cel życia to "pożyć", jechać na drugą połowę kuli ziemskiej, kupić markowe ciuchy, zapomnieć o istnieniu duszy.
- To dlatego otoczył pan Jasia książkami, malarstwem, muzyką?
- Tak. I jeszcze czymś najważniejszym - wiarą w istnienie duszy.