Co ja sobie wyobrażałam? Czas jako karuzelę, z której można zeskoczyć, a potem ot tak znów na nią wskoczyć? Rok jako strumień płynący pod moim osiemnastym listopada?
Siedzę przy oknie w pokoju numer szesnaście w Hôtel du Lison. Zbierałam dni. Trzysta sześćdziesiąt pięć listopadowych dni. Lecz w czym miało mi to pomóc? Tak jakby stos identycznych jesiennych dni mógł stanowić rok. W jakim celu wyczekiwałam końca tego roku i przygotowywałam się, by skoczyć? Lub zanurkować? Przez cały rok czekałam na to, by znów nastał osiemnasty listopada i aby wydostać się z powtarzalności w tym samym miejscu, w którym w nią weszłam. Czy to właśnie sobie wyobrażałam - że osiemnastego listopada pojawią się drzwi prowadzące prosto do rozpoznawalnego czasu? Może. Ale tak się nie stało.
Wciąż krążę po osiemnastym listopada. Wypatrywałam bacznie wyjścia, ale na darmo. Doszukiwałam się różnic, tych jednak nie ma. Nadal trwa ten sam dzień, a ja nie rozumiem, jak mogłam wierzyć, że pod wszystkimi tymi dniami kryje się najzwyklejszy rok z nowym osiemnastym listopada, który powoli się zbliża. Jak gdyby jakaś prawdziwsza rachuba czasu znajdowała się gdzieś w głębi, jak gdyby wszystkie powtarzające się dni były tylko powierzchnią, a prawdziwy rok przyczaił się gdzieś pod szeregiem osiemnastych listopada. Jak gdyby po upływie roku miał wyrosnąć przede mną nowy osiemnasty listopada i zabrać mnie z powrotem. Lub przemknąć obok, tak abym mogła wskoczyć do niego w ruchu, z mojego wiru powtórzeń.
Jak gdyby miało podpłynąć do mnie koło ratunkowe, nowy osiemnasty listopada, by uratować mnie z morza powtórzeń - jak dryfująca kłoda, której mogłabym się uczepić, by zabrała mnie na stały ląd i wyrzuciła na brzeg dziewiętnastego, nowego dnia ze świeżą gazetą do kawy, z nową recepcjonistką za kontuarem, z porankiem bez deszczu. Lub z ulewą, powodzią, burzą, śniegiem, czymkolwiek, byle czymś innym. Tak jakby mój dzień numer trzysta sześćdziesiąt pięć był magicznym zakończeniem, a nie tylko liczbą w nieskończonym ciągu, a trzysta sześćdziesiąt sześć - nowym początkiem, nowym osiemnastym listopada. Prowadzącym do dziewiętnastego. I dwudziestego. Jak gdyby istniało wyjście, a nie tylko dzień, który minie, ustępując miejsca kolejnemu osiemnastemu listopada, i kolejnemu w dniu numer trzysta sześćdziesiąt siedem, i trzysta sześćdziesiąt osiem, a jutro - trzysta sześćdziesiąt dziewięć.
Gdyby nic takiego się nie stało, znaczyłoby to, że ciąg jest nieskończony. Nic się nie stało, a więc ciąg jest nieskończony. Nowy, odmienny osiemnasty listopada nie przemknął obok mnie, z głębin nie przesączyła się żadna prawdziwsza rachuba czasu, nie podpłynęło do mnie koło ratunkowe, nie zostałam wyrzucona na brzeg dziewiętnastego listopada i nie nadszedł dwudziesty. Jest ten sam osiemnasty listopada i żadnej zmiany nie widać.
Wczoraj obudziłam się wcześnie. Po powrocie do hotelu od razu zasnęłam, wyczerpana dobami nerwowego oczekiwania na nowy, zmieniony listopadowy dzień. Zbudziłam się nagle i natychmiast poczułam szkatułkę z rzymskim sestercem, który dostałam od Philipa Maurela. Leżała w torebce przy mojej poduszce; przypomniałam sobie, co się stało - że spotkałam Philipa i poszłam z nim do jego sklepu. Że Philip i Marie pokazali mi swoje nowe mieszkanie. Przypomniałam sobie naszą wędrówkę pomiędzy przedmiotami należącymi do poprzednich mieszkańców. Wszystko im opowiedziałam - że czas rozpadł się na kawałki i że miałam nadzieję powrócić do jego rozpoznawalnego biegu. Wysłali mnie do domu z rzymskim sestercem w torebce.
W jednej chwili wstałam z łóżka, ubrałam się i zeszłam do recepcji. Nie wiedziałam, która była godzina, ale gazety już przyszły. Te same. Z osiemnastego. Prosto z druku, nietknięte. W sali śniadaniowej kawa kapała już z ekspresu, stoły były nakryte, a personel wykładał chleb i croissanty na tace i do koszyków. Usiadłam przy stole, mając nadzieję, że wydarzy się coś innego niż w pozostałe listopadowe dni, ale nic się nie zmieniło, a po chwili poranek miał się powtórzyć. Miałam zobaczyć znane twarze i gesty. Zobaczyć, jak kromka chleba upada na podłogę, lekko, jakby szybowała. Znów był osiemnasty listopada, jakżeby inaczej.
Cały wczorajszy dzień, od chwili, w której się obudziłam, do pójścia wieczorem spać, był dokładnie taki sam jak wszystkie inne, dzień w pełni rozpoznawalny, a gdy dziś rano otworzyłam oczy, znów był osiemnasty listopada. Nic się nie zmieniło. Swobodnie przeszłam do roku numer dwa, a dokładniej mówiąc - do osiemnastego listopada #368 w czasie bez lat i bez pór roku, bez tygodni i miesięcy, bez niczego poza jednym jedynym dniem, który w kółko się powtarza i, jak powinnam sądzić, dalej będzie się powtarzał. Niczego innego spodziewać się nie mogę. To nienaprawialny błąd. Coś chronicznego. Jedyne, co powraca, to moja doba. Przychodzi poranek, potem wieczór, potem noc i znów poranek. Ten sam dzień.
Siedzę w pokoju numer szesnaście w Hôtel du Lison. Dzisiaj nie zjadłam śniadania. Nie dotarłam dalej niż do recepcji, obrzuciłam wzrokiem gazety i zawróciłam do pokoju. Nie chcę oglądać kromek chleba szybujących ku podłodze.