.
*
Czasem jest tak, że człowiek zaczyna chorować bez wyraźnej przyczyny. Mówią wtedy, że to wcale nie choroba, a "wola Boża" i trzeba to po prostu zaakceptować. Bo jeśli się z tym walczy i opiera, wszystko przejdzie na dzieci. A kto, u diabła, chciałby coś takiego przekazać swoim dzieciom? Trzeba całą chorobę wziąć wtedy na siebie.
Sama tak do siebie mówię. Te słowa nie dają mi spokoju, czepiają się mnie za każdym razem, kiedy tylko pomyślę o mojej córce. Czy to kara? Czy przekazuję jej coś, co sama kiedyś źle zrobiłam? Jen siedzi w wózku inwalidzkim i patrzy przez okno, jak jeden z pracowników spryskuje wodą rozległy parking. Strumień wody wylatujący z węża rozdziela się na rozliczne przezroczyste stróżki, które następnie uderzają w asfalt, lekko podskakując.
- Chce pani wyjść? - pytam, mimo że sama nie mam najmniejszej ochoty. Patrzymy na siebie nawzajem.
Jen żyje już bardzo długo. Pamięć też ją zawodzi. Jest tak wiekowa, że wraca do początków, do tego stanu zaraz po narodzinach, kiedy nie ma jeszcze podziału na kobiety i mężczyzn, jest się po prostu ludzką istotą.
Jest tak mała, chuda i niepozorna, że czasami jej życie wydaje się zmyśloną historią. Urodziła się w Korei, studiowała w Stanach, karierę zawodową rozwijała w Europie. Po powrocie do kraju zajmowała się ludźmi, z którymi, na dobrą sprawę, nic jej nie łączyło. Aż trudno uwierzyć, że ta kobieta była w wielkim świecie, o którym ja mogłam tylko marzyć. Nigdy nie wyszła za mąż, nie ma dzieci. Przez okrągły rok siedzi tu sama, nikt jej nigdy nie odwiedza.
Przy stoliku w drugim końcu sali robi się zamieszanie. Starszy mężczyzna, przeklinając, ciska pilotem od telewizora i zaczyna rozrzucać leżące na blacie pomoce naukowe. Nie widać nigdzie Profesorowej, która ma też dzisiaj zmianę. Pewnie znowu gdzieś się schowała i rozmawia przez telefon albo coś podjada. Wstaję szybko i chwytam za wózek Jen. Ja sama i tak nie dam rady takim agresywnym mężczyznom.
Przed kolacją ktoś puka do pokoju i prosi mnie na chwilę. To pan Kwon, kierownik administracji. Kiedy jestem już na korytarzu, pyta, czy mogę następnego dnia przyjść do pracy godzinę wcześniej. Mają się pojawić ludzie z telewizji, będą kręcić materiał o Jen. Zgadzam się, pan Kwon wdzięcznie się kłania. Profesorowa już też kiedyś wspomniała, że pan Kwon jest wobec mnie nadzwyczaj uprzejmy. Jak dla mnie, to on jest nadzwyczaj uprzejmy, zamiast po prostu być miłym. Nie wiem, czy to nie wpływa na postawę wszystkich pozostałych pracowników wobec mnie. Może to i lepiej, zważywszy na fakt, że większość opiekunów osób starszych to osoby źle opłacane, w głębi duszy zimne, traktujące innych z pogardą. To, że opiekuję się akurat Jen, też na pewno ma swoje znaczenie. W tym ośrodku to, kim się opiekujemy, ma duże znaczenie. Do samej Jen ludzie odnoszą się z szacunkiem. Ale tylko, kiedy jest w pobliżu.
- Ona naprawdę nigdy nie założyła rodziny? - plotkują o niej, gdy tylko zniknie im z oczu.
Zwłaszcza ludzie pokroju Profesorowej zmieniają zupełnie oblicze, kiedy tylko odwrócić się do nich plecami.
- Kto to widział, żeby rodziny nie założyć? Jak wszyscy.
Nieczęsto się widzi, żeby dzieci zostawiały rodziców w ośrodku i potem regularnie ich odwiedzały. Profesorowa dobrze o tym wie, ale i tak nie daje spokoju.
- To zupełnie co innego, nie mieć kompletnie nikogo. Naprawdę ciężko patrzeć latami na jej samotność. Dlatego trzeba dobrze wychować dzieci, nawet jak ci jest ciężko. One są twoim majątkiem i zabezpieczeniem.
Kiedy nic się nie odzywam, Profesorowa karmi swoimi życiowymi mądrościami nowo przyjętą do pracy dziewczynę, po czym robi dumną minę, wystawiając przy tym język. Uświadamiam sobie w tej chwili, że osiągnęłam już taki punkt w życiu, w którym nie jest mi dane decydować o tym, z kim się zadaję. Przebywam z tymi ludźmi. Sprzeczamy się, wymieniamy poglądami, przytakujemy sobie. Czy to mnie już czyni tym starym człowiekiem, który tylko płaci podatki i jest pełen uprzedzeń? Dokładnie tak, jak widzą to młodzi? Ta nowa, młoda jest uprzejma i widzę, że całe to gadanie Profesorowej nie robi na niej żadnego wrażenia. Może to dlatego, że jeszcze się na dobre nie wdrożyła w pracę. Dostali jej się pacjenci zmarłego pana Songa, a to specyficzne jednostki. Poskarży się tak ze trzy, cztery razy, że nie ma już sił, a potem się przyzwyczai. Wielu jednak rezygnuje z pracy, zanim to nastąpi. Większość nie wyobraża sobie pracować u nas na stałe.
Wracam do pokoju i przyglądam się łóżku Jen.
- Nic pani nie boli? - pytam. - Będę znowu jutro rano.
- A gdzie ty mieszkasz? - Jen chwyta mnie za rękę. - Daleko masz?
Odpowiadam jej, że blisko, że tylko parę minut autobusem.
Jen kiwa głową.
- Na samochody uważaj - upomina mnie. - Pamiętaj.
Po tym, jak do mnie mówi, wiem, że jej umysł jest w tej chwili klarowny. Głaszczę ją dłonią po czole. Patrzę w jej twarz, która widziała dwadzieścia lat życia więcej niż moja. Spod zmarszczek i zmęczenia przebija nadal jej naturalna uroda. Chwytam jej rękę, życzę jej kolejnej spokojnej nocy i wychodzę. Ona zaśnie za chwilę, bo wzięła już swoje tabletki nasenne.
Przed windą czekają na mnie Profesorowa i ta nowa, młoda. Kłaniamy się pielęgniarce z nocnego dyżuru i wychodzimy z budynku. Daleko, na końcu uliczki, słychać głośną muzykę. Kiedy się wychodzi z naszego zaułku, trafia się na ruchliwe skrzyżowanie pełne sklepów i barów czynnych do późna. W miarę jak idziemy, schodzi ze mnie napięcie i czuję mrowienie w kolanach.
- A tak w ogóle, mówiłaś, że masz się z córką zobaczyć. Widziałyście się? - pyta Profesorowa.
Jest już noc, ale powietrze nadal jest gorące. Czuję, jak fala ciepła przepływa mi po plecach.
- Teraz mamy się spotkać - odpowiadam. - Kurczę, mam mało czasu - odpowiadam naprędce, nie wiedząc za bardzo, co powiedzieć.
Dobrze przecież wiem, dlaczego tak szczegółowo wypytuje o córkę. Wiem, jakie intencje się za tym kryją. Nawet kiedy wiem, że tylko wściubia nosa, nie mogę się uspokoić i odpowiedzieć jej czymkolwiek. Profesorowa przytakuje, wyciąga komórkę i zaczyna pokazywać mi zdjęcia swoich wnuków.
- Jakie mądre dzieci. - Ta nowa odzywa się krótko, siląc się na ochłap uprzejmości. - Ile mają lat?
Ja nic nie mówię. Wyciągam swój telefon i idę dalej, udając, że coś na nim sprawdzam. Przyspieszam kroku i dochodzę do przejścia dla pieszych.
- Dobranoc - mówię.
W letnie noce ciężko mi zasnąć. Przez otwarte okno wpada do sypialni hałas z ulicy: warkot motorynki dostawcy jedzenia, dźwięki telewizora, kłótnia małżeństwa mieszkającego wyżej. W świetle rzucanym przez ekran telewizora nakładam kremy oraz maści na kolana i ramiona. Wyjmuję potem z lodówki połówkę arbuza i jem go łyżką. Potem nie mam już się czym zająć.
Leżę w cichym, ciemnym pokoju i rozmyślam.
Ciągle tylko pracuję. Uświadamiam sobie, że nie ma nikogo, kto by mnie od tego uwolnił. Martwię się, co ze mną będzie, kiedy nie będę już w stanie pracować. Cały czas boję się więc nie śmierci, ale samego życia. Tak czy inaczej, dopóki żyję, muszę zmagać się z tym znojem. Za późno się zorientowałam, na czym polega życie. Może tu wcale nie chodzi o starość. Może, jak mówią ludzie, to kwestia tych czasów. Tego pokolenia. Tego nowego pokolenia. Moje myśli automatycznie kierują się ku córce. Jest już po trzydziestce. Ja jestem już po sześćdziesiątce, a dopiero teraz uświadamiam sobie pewne rzeczy. Jak będzie wyglądał świat, w którym żyć będzie moja córka, a którego ja już nie doświadczę? Czy będzie lepszy? A może przeciwnie - gorszy, niż jest teraz...
Następnego dnia, kiedy tylko pojawiam się w pracy, myję Jen, zakładam jej pieluchę i sięgam po prosty zestaw do makijażu.
- Opowiadałam już może o moim liceum? - zaczynam mówić. - Chodziłam do szkoły na prowincji, pomieszkiwałam w domu koleżanki, bo ode mnie było za daleko. Musiałabym jechać trzema autobusami. Starsza siostra mojej koleżanki zatrudniła się w fabryce i nie mieszkała już z rodzicami. Spałam w małym pokoiku przyklejonym do kuchni. Kiedy teraz o tym myślę, dociera do mnie, że ta starsza siostra musiała mieć wtedy jakieś dwadzieścia dwa lata. Dlaczego tak się jej wtedy bałam? Dlaczego tak jest, kiedy ma się tyle lat? Dlaczego rok czy dwa więcej robi wtedy aż taką różnicę?
- Że co? Że gdzie idziesz? - Jen szeroko otwiera oczy.
Moja dłoń zbliżała się do jej twarzy, ale ręka zastyga mi na chwilę w połowie drogi.
- Nie - odpowiadam jej. - Mówię, że do liceum chodziłam. Dawno temu. Do szkoły.
- A, że do szkoły. Tak, do szkoły trzeba chodzić. Trzeba się uczyć.
Kiedy po chwili maluję jej brwi, do pokoju wchodzi pan Kwon.
- Już są - odzywa się. - Czekają w pokoju wypoczynkowym. Pani już gotowa?
Pozostali pensjonariusze są w pokoju gier albo na zabiegach. Twarz Jen pozbawiona jest jakiegokolwiek wyrazu. Może źle się czuje? Próbuję ją podpytać, ale wcale nie odpowiada.
- Możemy iść? - ponagla nas Kwon.
Pospiesznie nakładam błyszczyk na usta Jen i kiwam głową.
- Mam ją zaprowadzić? - pytam.
- Bardzo bym prosił - odpowiada. Idąc cicho za nami odzywa się po chwili: - To niecodzienna sytuacja, rozumie pani. Proszę się postarać. Zależy nam, żeby widać było, że się tu nimi dobrze zajmujemy. To może być dla nas dobra reklama.
Przytakuję.