O Michniku - Robert Krasowski

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (31,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mowa

Przed­mowa

Wpoli­tyce ist­nieją postaci ważne, ist­nieją też postaci gło­śne, co pro­wo­kuje pyta­nie, czy gło­śne są ważne, czy tylko gło­śne. Bez wąt­pie­nia Adam Mich­nik nale­żał do postaci naj­bar­dziej gło­śnych, sku­piał publiczną uwagę bar­dziej niż więk­szość pre­mie­rów i pre­zy­den­tów, co kazało przyj­rzeć mu się uważ­nie.

Po bliż­szym wej­rze­niu Mich­nik oka­zał się posta­cią ważną, choć odci­snął się na wyda­rze­niach nie w taki spo­sób, jak sobie życzył. A zatem spra­wiał to, czego nie chciał, zara­zem nie osią­gał tego, czego chciał. W poli­tyce jest to czę­ste zja­wi­sko, opór mate­rii jest wielki, jed­nostki zwy­kle pono­szą porażki. Nie­mniej porażki mogą mieć sens, mogą go nie mieć. Mają sens, kiedy brały się z traf­nej dia­gnozy, gdy były inte­li­gentną próbą prze­ję­cia kon­troli nad bie­giem wyda­rzeń, nie mają, gdy tej inte­li­gen­cji zabra­kło. Nie zdra­dza­jąc puenty, powiedzmy jedno: w przy­padku Mich­nika moc tej reguły widać z pełną ostro­ścią.

Ta książka nie ujaw­nia nowych fak­tów na temat Mich­nika, ale inter­pre­tuje fakty, które są już znane. Celem jest zro­zu­mie­nie jego poli­tycz­nych zacho­wań oraz opis ich wpływu na główny nurt wyda­rzeń. Nie jest to zatem ani bio­gra­fia, ani bio­gra­fia poli­tyczna, ale frag­ment histo­rii poli­tycz­nej, który nie mie­ści się w kla­sycz­nym opi­sie, zare­zer­wo­wa­nym dla decy­zji wład­ców.

Mich­nik opi­sany został z per­spek­tywy jego wła­snych przy­ja­ciół, z per­spek­tywy śro­do­wisk cen­tro­wych i lewi­co­wych. Per­spek­tywa wro­gów nas nie inte­re­suje, ponie­waż nie łapie istoty pro­blemu. Nie dla­tego, że jest zbyt kry­tyczna, jest raczej bez­radna, odsu­nęła się zbyt daleko od swo­jego przed­miotu. Utknęła w jało­wym sche­ma­cie, w któ­rym bez umiaru ide­ali­zuje mło­dego Mich­nika oraz demo­ni­zuje star­szego, a potem karmi się tym sztucz­nie wytwo­rzo­nym napię­ciem, które nazywa upad­kiem. Optyka poli­tycz­nych sprzy­mie­rzeń­ców odsła­nia obraz peł­niej­szy, bogat­szy w szcze­góły. Jest to obraz czło­wieka, który ni­gdy nie potra­fił się utrzy­mać na ścieżce umiaru i roz­sądku. W wyniku dzia­łań Mich­nika porażki pono­sili ludzie, któ­rym sprzy­jał, oraz sprawy, o które wal­czył. Mieć w Mich­niku wroga to pół biedy, ale mieć sprzy­mie­rzeńca to klę­ska praw­dziwa, czego bole­śnie doświad­czyli Bro­ni­sław Gere­mek, Tade­usz Mazo­wiecki czy Leszek Mil­ler.

Czy obraz nakre­ślony przez przy­ja­ciół jest trafny? O tym jest ta książka.

Roz­dział I. W cie­niu Kuro­nia

Roz­dział I W cie­niu Kuro­nia

Mich­nik poli­tyką zain­te­re­so­wał się jako dziecko. Burz­liwe losy mło­dego kon­te­sta­tora były barwne, ale dla tematu książki nie są cie­kawe. Podob­nie jak jego wcze­sna publi­cy­styka, trzeźwa i doj­rzała, którą oży­wiał wysi­łek wyrwa­nia się z ide­olo­gicz­nych ilu­zji. Nas w tej książce inte­re­suje nie bio­gra­fia, nie myśl poli­tyczna, nie reflek­sja świa­to­po­glą­dowa, ale rola Mich­nika w pol­skiej poli­tyce. A ta zaczyna się dopiero w 1980 roku, gdy opo­zy­cja nabrała sto­sow­nej masy, aby mieć realne zna­cze­nie.

Mich­nik wkro­czył do świata poli­tyki u boku Jacka Kuro­nia, a raczej pod jego skrzy­dłami, bo w tam­tej epoce Kuroń był sil­niej­szą marką. Przez naj­bliż­szych kil­ka­na­ście stron czy­tel­nik czę­ściej będzie widział nazwi­sko Kuro­nia niż boha­tera książki, bo w tam­tej epoce Kuroń był twa­rzą duetu. On prze­pro­wa­dzał naj­gło­śniej­sze akcje, on był bar­dziej widoczny, ale u jego boku zawsze stał Mich­nik. Od wielu lat wspól­nie pra­co­wali, trak­to­wali się po part­ner­sku. Był mię­dzy nimi podział pracy, Kuroń bar­dziej sku­piał się na orga­ni­za­cyj­nej prak­tyce, Mich­nika bar­dziej inte­re­so­wały poli­tyczne idee, reda­go­wa­nie pism, kon­takty z twór­cami. Nie­mniej w walce o poli­tyczne zna­cze­nie uczest­ni­czył z równą deter­mi­na­cją co Kuroń. Ich narzę­dziem był KOR, dziś pamię­tany głów­nie z pomocy robot­ni­kom oraz dzia­łal­no­ści wydaw­ni­czej, jed­nak z poli­tycznego punktu widze­nia waż­niej­sza była rywa­li­za­cja o wpływy na opo­zy­cyj­nym podwórku, czy raczej próba rywa­li­za­cji, bo siły mieli nie­wiel­kie. Od dwóch dekad na opo­zy­cyj­nej sce­nie kró­lo­wały śro­do­wi­ska zwią­zane z Kościo­łem i choć wiecz­nie pono­siły porażki, tylko one miały poli­tyczne zna­cze­nie, zarówno z powodu siły Kościoła, jak i z wyboru par­tii, która jedy­nie w Kościele uzna­wała part­nera. W gro­nie przy­ko­ściel­nych poli­ty­ków najsil­niej­szą pozy­cję zdo­był Tade­usz Mazo­wiecki, który cie­szył się oso­bi­stym zaufa­niem pry­masa.

W latach 70. na opo­zy­cyjną scenę pró­bo­wały się wedrzeć młod­sze śro­do­wi­ska. Po omacku szu­kały dla sie­bie spo­łecz­nie nośnego kształtu, ale cel miały jasny - pró­bo­wały się przy­go­to­wać do wybu­chu spo­łecz­nego, aby kolejny bunt prze­ciw pod­wyż­kom, a taki był zawsze powód straj­ków, prze­kuć w coś więk­szego. Zbie­rały siły, aby w godzi­nie zero wyprze­dzić par­tię, wyprze­dzić Kościół, wedrzeć się w śro­dek wyda­rzeń z wła­snymi hasłami i strajk o kieł­basę zamie­nić w strajk o poli­tykę. Głów­nymi rywa­lami byli Leszek Moczul­ski i Kuroń. Pierw­szy był ener­giczny i wyra­zi­sty, wywie­szał sztan­dary dzia­ła­jące na wyobraź­nię, naro­dowe i nie­pod­le­gło­ściowe. Pra­wie we wszyst­kim, co się działo w opo­zy­cji, miał swój udział. Zało­żył ROP­CiO, KPN, pod jego skrzy­dłami sku­piły się prężne poli­tyczne śro­do­wi­ska, wyda­wał pisma, orga­ni­zo­wał robot­ni­ków. Po dru­giej stro­nie stał rów­nie ener­giczny Kuroń mający Mich­nika u boku. Kuroń naj­pierw wygrał na wła­snym podwórku, czyli wyrósł na lidera KOR-u, któ­rym zręcz­nie pokie­ro­wał w stronę swo­ich poli­tycz­nych ambi­cji, potem sta­nął do walki z Moczul­skim. Śro­do­wi­sko zbu­do­wane po to, aby nieść pomoc prawną i mate­rialną robot­ni­kom z Rado­mia i Ursusa, brało na sie­bie kolejne zada­nia, infor­mo­wało zachod­nie media o sytu­acji w Pol­sce, budo­wało przy­czółki w śro­do­wi­skach robot­ni­czych. Powsta­nie Wol­nych Związ­ków Zawo­do­wych na Wybrzeżu było kolej­nym ele­men­tem rywa­li­za­cji z Moczul­skim, lider KPN-u wyprze­dził Kuro­nia, stwo­rzył wolne związki na Ślą­sku i poje­chał do Gdań­ska, aby powtó­rzyć suk­ces. Kuroń rzu­tem na taśmę go ubiegł, jako pierw­szy zało­żył związki na Wybrzeżu. Był to raczej pozór siły niż mocna struk­tura, nie­mniej ta mała grupka odnio­sła w przy­szło­ści olbrzymi suk­ces. Nie tylko dopro­wa­dziła do strajku w Stoczni, naj­waż­niej­szego strajku Sierp­nia, lecz także utrzy­mała nad nim kon­trolę, a jej wycho­wa­nek, Lech Wałęsa, sta­nął na jego czele.

Moczul­ski i Kuroń cią­gle ści­gali się, kopio­wali swoje pomy­sły, ale w 1979 roku Kuroń wysu­nął się na pro­wa­dze­nie. KOR był bar­dziej gło­śny, bar­dziej widoczny. Powie­dzieć, że był sprawny medial­nie, to nic nie powie­dzieć. Wszystko zaczęło się przy­pad­kiem, Kuroń zaczął infor­mo­wać zachod­nie media o sytu­acji w Pol­sce, poda­wał pro­ste infor­ma­cje, kto został zatrzy­many, jaki dostał wyrok, ilu demon­stran­tów pobito, z cza­sem zaczął doda­wać swoją ocenę sytu­acji. Z tych komu­ni­ka­tów stwo­rzył insty­tu­cję, stał się dla zachod­nich mediów głów­nym źró­dłem infor­ma­cji o Pol­sce, także o pol­skiej opo­zy­cji. Rów­nie sprawny był Mich­nik, dzięki popar­ciu pol­skiej emi­gra­cji zbu­do­wał sobie kon­takty w pre­sti­żo­wych zachod­nich gaze­tach, w któ­rych jako autor zago­ścił na stałe. Infor­ma­cja stała się metodą dzia­ła­nia KOR-u, ich kapi­ta­łem oraz ich siłą. Mich­nik i Kuroń żar­to­wali mię­dzy sobą, kto był, a kto będzie jutro na pierw­szej stro­nie "Le Monde". Dzięki tej ofen­sy­wie pod koniec lat 70. Kuroń i Mich­nik stali się twa­rzami pol­skiej opo­zy­cji, naj­więk­sze gazety świata prze­pro­wa­dzały z nimi wywiady, byli sta­łymi boha­te­rami Radia Wolna Europa.

Ale miało to swoją cenę, naj­bar­dziej sły­szalni kry­tycy PRL-u byli przez par­tię naj­bar­dziej zwal­czani. W ofi­cjal­nej pra­sie przed­sta­wiano ich jako lide­rów kontr­re­wo­lu­cji, któ­rych celem jest oba­le­nie porządku w PRL-u. Czy naprawdę byli tak rady­kalni? Na pewno nie sta­wiali rady­kal­nych celów, rozu­mieli, że tu i teraz demo­kra­cja i nie­pod­le­głość są nie­re­alne, co stale powta­rzali, doma­gali się jedy­nie polu­zo­wa­nia sys­temu. Rady­kalne było co innego, nie cele, lecz nowy styl opo­zy­cyj­no­ści pole­ga­jący na ujaw­nie­niu wła­snej anty­sys­te­mo­wo­ści, na posłu­gi­wa­niu się anty­ko­mu­ni­stycz­nymi kry­te­riami nor­mal­no­ści, na opi­sy­wa­niu PZPR-u jako wła­dzy nie­su­we­ren­nej i tota­li­tar­nej. Choć zatem nie mówili, że celem jest ode­bra­nie komu­ni­stom wła­dzy, każ­dym zda­niem kwe­stio­no­wali ich man­dat do rzą­dze­nia. Przy­po­mi­nali, że PZPR opiera się na apa­ra­cie prze­mocy, że o losach Pol­ski decy­duje się na Kremlu, że pol­scy komu­ni­ści rzą­dzą bez zgody narodu. I wła­śnie ta kon­wen­cja mówie­nia o poli­tyce była rady­ka­li­zmem, naru­szała filar każ­dego poli­tycz­nego sys­temu, czyli obo­wią­zek uzna­nia jego reguł. W komu­ni­stycz­nej Pol­sce wła­dza tole­ro­wała, choć z tru­dem, opo­zy­cjo­ni­stów mówią­cych języ­kiem korekty sys­temu.

Kuroń i Mich­nik znali ten pro­blem, star­sza gene­ra­cja wiecz­nie go pod­no­siła. Po co mówi­cie wię­cej, niż można, i wię­cej, niż trzeba? Po co mówi­cie rze­czy, któ­rych wła­dza nie może zaak­cep­to­wać ani zapo­mnieć? Odpo­wia­dali na to, że miękka for­muła opo­zy­cyj­no­ści zban­kru­to­wała, że teraz trzeba pro­wa­dzić poli­tykę nie z wła­dzą, ale prze­ciw wła­dzy, w opar­ciu o spo­łe­czeń­stwo. Dla­tego mówili gło­śno, wyra­zi­ście, szcze­rze. Zara­zem kiedy postę­po­wali w ten spo­sób, sta­wali się dla wła­dzy nie­ak­cep­to­walni, wypa­dali poza ramy sys­temu, skre­ślali się z grona poten­cjal­nych part­ne­rów. Tego pro­blemu ani Kuroń, ani Mich­nik ni­gdy sobie nie prze­my­śleli, a ten nie­długo sta­nął przed nimi w całej ostro­ści.

Sierp­niowe strajki zelek­try­zo­wały opo­zy­cję, naro­dził się potężny pod­miot, w imie­niu któ­rego można było dzia­łać. Jasne było, że kto robot­ni­kami pokie­ruje, zdo­bę­dzie moż­li­wo­ści, jakich dotąd nikt nie miał. Opo­zy­cyjne szyldy jed­nej nocy stra­ciły zna­cze­nie, liczyła się tylko "Soli­dar­ność", siła tak wielka, że komu­ni­styczny rząd musiał z nią usiąść do stołu i przy­jąć jej żąda­nia. Kuroń czuł się natu­ral­nym lide­rem nowego ruchu, nie­słusz­nie zresztą, bo skala buntu wystrze­liła ponad wszel­kie poli­tyczne wysiłki i śro­do­wi­skowe zasługi. Co nie zmie­niało faktu, że ktoś bun­tem musiał pokie­ro­wać. Kuroń był jed­nym z pre­ten­den­tów, jed­nak grę o wpływy prze­grał, wła­śnie ze względu na anty­sys­te­mo­wość.

Kiedy wybuchł strajk w Stoczni Gdań­skiej, lide­rzy KOR-u i KPN-u zostali zamknięci w wię­zie­niach, wła­dza świa­do­mie odizo­lo­wała ich od robot­ni­ków. Kuroń i Mich­nik zostali wypusz­czeni dopiero, gdy strajk się zakoń­czył. Od razu ruszyli do walki, ale było za późno, wszyst­kie nowe role były roz­dane. "Soli­dar­ność" miała swo­jego lidera, a ten miał swój orga­ni­za­cyjny apa­rat oraz swo­ich dorad­ców. Głów­nymi dorad­cami Wałęsy zostali Mazo­wiecki i Gere­mek, opo­zy­cjo­ni­ści akcep­to­walni dla dwóch głów­nych gra­czy, dla wła­dzy i Kościoła, mówiący języ­kiem korekty sys­temu. I obaj nawet nie chcieli sły­szeć o wej­ściu do gry Kuro­nia, był sym­bo­lem poli­tycz­nego rady­ka­li­zmu, jego nazwi­sko dzia­łało na wła­dzę jak płachta na byka. Uwa­żali, że z Kuro­niem na pokła­dzie "Soli­dar­ność" zosta­nie uznana przez wła­dze, pol­skie i rosyj­skie, za ruch agre­syw­nie poli­tyczny oraz zuchwale anty­ko­mu­ni­styczny. Podob­nie brzmiały rady ze strony Kościoła i oso­bi­ście pry­masa Ste­fana Wyszyń­skiego.

Korowcy byli obu­rzeni, po latach Mich­nik tak opi­sy­wał swoje emo­cje: "mie­li­śmy bar­dzo gorz­kie poczu­cie, że doko­nała się kra­dzież zwy­cię­stwa. To, co w oczach innych ucho­dziło za nasze awan­tur­ni­cze pomy­sły, teraz wygrało. I wła­śnie w chwili tego suk­cesu zaczęto nam poka­zy­wać drzwi". Jed­nak sprawa była bar­dziej skom­pli­ko­wana, Kuroń i Mich­nik od wielu lat grali zbyt ostro, aby teraz się skar­żyć. Mało tego, na­dal grali ostro i to prze­ciw obu stro­nom, prze­ciw komu­ni­stom i opo­zy­cji. Kon­flikt zaczął się jesz­cze przed pod­pi­sa­niem Poro­zu­mień Gdań­skich, korowcy zażą­dali, aby stocz­niowcy jako kolejny waru­nek posta­wili wypusz­cze­nie Kuro­nia i Mich­nika z wię­zie­nia. Mazo­wiecki i Gere­mek sta­now­czo odmó­wili, uznali to za sza­leń­stwo, dwu­ty­go­dniowe nego­cja­cje były na fini­szu, po raz pierw­szy w histo­rii komu­ni­ści gotowi byli pod­pi­sać wielką umowę spo­łeczną i nagle poja­wia się żąda­nie, aby wszystko ryzy­ko­wać dla kilku osób. Zwłasz­cza że jasne było, że chwilę potem korowcy, jak rów­nież kape­enowcy, opusz­czą wię­zie­nie. Zda­niem Mazo­wieckiego pro­blem był sta­wiany nie po to, aby rato­wać więź­niów, ale po to, aby umie­ścić KOR w cen­trum uwagi, uczy­nić jego obronę sprawą naro­dową, a w ten spo­sób uznać KOR za patrona "Soli­dar­no­ści". To była roz­grywka poli­tyczna, chęć usta­wia­nia się na szczy­cie w nowym roz­da­niu.

Korowcy nie zaak­cep­to­wali odmowy, zor­ga­ni­zo­wali kam­pa­nię, dzwo­nili do zna­nych postaci ze śro­do­wisk opo­zy­cyj­nych i doma­gali się, aby wywarli pre­sję na Mazo­wiec­kiego i Geremka. Twier­dzili, że dwaj główni doradcy Wałęsy kie­rują się ego­istycz­nymi moty­wami, że chcą KOR-owi "ukraść zwy­cię­stwo". Pod­dany tej pre­sji Mazo­wiecki był obu­rzony, jesz­cze po latach mówił, że nie rozu­mie, jak można było zacho­wać się tak ego­istycz­nie. "To śro­do­wisko - mówił o Kuro­niu i Mich­niku - ma nie­sły­cha­nie roz­wi­nięty instynkt inte­resu gru­po­wego". Mazo­wiecki dowo­dził, że nie­ważne dla nich było, czy "Soli­dar­ność" się potknie na star­cie, liczyło się tylko to, aby wpływy tra­fiły w ich ręce. Mazo­wiecki nie akcep­to­wał tej postawy, prze­cież - jak mówił - "w pew­nych momen­tach staje pyta­nie: co jest waż­niej­sze? Czy to, żeby coś prze­pro­wa­dzić w inte­re­sie ogól­nym, czy to, żeby oni w tym byli... Dla mnie... waż­niej­sze było, aby do takiego porozu­mienia jak gdań­skie doszło, a nie­ko­niecz­nie, żeby doszło z udzia­łem KOR-u".

Kuroń sprawę opi­sy­wał ina­czej, nie ufał star­szemu poko­le­niu opo­zy­cji, jego zda­niem było zbyt ugo­dowe, zbyt ase­ku­ra­cyjne, jego przy­gody z poli­tyką były wiecz­nie prze­grane, bo robiło tylko tyle, na ile par­tia zezwa­lała. Kuroń, Mich­nik i cały młody KOR patrzyli na nich z góry. Mieli za sobą doświad­cze­nie ryzyka, mieli za sobą wię­zie­nia, które ich zahar­to­wały, byli roz­grzani do walki. Mich­nik tak opi­sy­wał róż­nicę: "My mie­li­śmy back­gro­und "ludzi pod­ziem­nych", "ludzi wię­zien­nych", "nie­le­gal­nych". To się póź­niej zatarło, ale jesz­cze w roku 1981 było sza­le­nie istotne. Przy­cho­dzi­li­śmy do "Soli­dar­no­ści" z KOR-u, z 1968 roku, z wię­zień, z komi­sa­ria­tów. Nato­miast Tade­usz przy­cho­dził z posady naczel­nego redak­tora legal­nego mie­sięcz­nika, a Bro­nek z Insty­tutu Histo­rii Pol­skiej Aka­de­mii Nauk". Zda­niem Mich­nika rodziło to ryzyko, że "Soli­dar­ność" da się ograć przez wła­dzę. Z kolei Mazo­wiecki uwa­żał, że lęki przed ogra­niem były uda­wane, a jeśli szczere, to wtórne. Głów­nym powo­dem był ego­izm, gra na sie­bie, chęć "przy­kle­je­nia się" do suk­cesu. "Na trud­ność mojego zbli­że­nia się do śro­do­wi­ska korow­skiego - opo­wia­dał osiem lat póź­niej Mazo­wiecki - wpływ miało ist­nie­nie cze­goś, co nazwał­bym pry­ma­tem inte­resu gru­po­wego nad ogól­nym. Myślę, że nie jest to tylko moje wra­że­nie". W isto­cie, to samo mówił Andrzej Celiń­ski, jeden z człon­ków KOR-u. "Moje zwar­cia z KOR-em się­gają jesz­cze cza­sów TKN-owskich, a doty­czą wykła­dów Jacka Kuro­nia i Adama Mich­nika". Zaczęli się na nich poja­wiać bojów­ka­rze, co wystra­szyło wielu pre­le­gen­tów i mogło dopro­wa­dzić do roz­bi­cia TKN. "Powie­dzia­łem Jac­kowi i Ada­mowi, o co cho­dzi, z... suge­stią, że powinni się sami wyco­fać, albo kom­pro­mi­sowo zosta­wić jed­nego. Otóż oni się wtedy temu oparli... To był pierw­szy moment, kiedy byłem roz­cza­ro­wany postawą ludzi KOR-u. Zwy­cię­żyła... pry­wata". Podobną reak­cję dostrzegł Celiń­ski w 1980 roku. "Po Sierp­niu w śro­do­wi­sku korow­skim poja­wiło się zja­wi­sko, które mnie zaszo­ko­wało... Żal... że w nowej sytu­acji... nie zna­leźli... miejsc, w ich odczu­ciu im jakby przy­na­leż­nych".

Po wyj­ściu z wię­zie­nia Kuroń i Mich­nik ruszyli do walki o wła­dzę. Stawka była zbyt wielka, aby pokor­nie prze­łknąć pierw­szą porażkę; gdy im zamknięto drogę do związku, zaata­ko­wali tyl­nymi drzwiami. Podzie­lili się pracą, Kuroń poje­chał do Gdań­ska, Mich­nik kie­ro­wał spra­wami w War­sza­wie, a ponie­waż cen­trum wyda­rzeń prze­su­nęło się na Wybrzeże, to Kuro­niowi przy­szło sto­czyć główną roz­grywkę. Gdy usły­szał, że nie może zostać doradcą Wałęsy, wdarł się, jak sam opi­suje, na posie­dze­nie władz komi­tetu straj­ko­wego, a tam już cze­kała korow­ska ekipa WZZ-etu. Anna Walen­ty­no­wicz wygło­siła pło­mienną mowę na temat talen­tów Kuro­nia, otwar­tym tek­stem stwier­dza­jąc, że to wła­śnie on, a nie Wałęsa, powi­nien pokie­ro­wać "Soli­dar­no­ścią", po czym gdań­skie pre­zy­dium uchwa­liło, że Kuroń jest ofi­cjal­nym eks­per­tem związku. Mając pierw­szy suk­ces za sobą, Kuroń posta­no­wił z mar­szu zagrać o wszystko, tego samego dnia gdań­ska ekipa WZZ-etu posta­no­wiła oba­lić Wałęsę. W swo­ich wspo­mnie­niach Wałęsa opo­wiada, że spo­tkali się Andrzej i Joanna Gwiaz­do­wie, Walen­ty­no­wicz, Bog­dan Boru­se­wicz, Kuroń i jesz­cze kilka osób. Mówili, że Wałęsa to agent, czło­wiek małego for­matu, że sobie nie pora­dzi, że to sier­żant, któ­rego przy­pa­dek wyniósł do góry, a teraz robot­ni­kami muszą pokie­ro­wać gene­ra­ło­wie. Jeden z uczest­ni­ków spo­tka­nia poin­for­mo­wał o nim Wałęsę i Mazo­wiec­kiego, Wałęsa nie był więc zasko­czony, gdy kilka dni póź­niej to samo grono odwie­dziło go w domu. W imie­niu grupy prze­mó­wiła Walen­ty­no­wicz, wszy­scy sta­nęli naprze­ciw Wałęsy i - jak opo­wiada Danuta Wałęsa - "pani Ania... stwier­dziła, że Wałęsa zro­bił swoje, już się nie nadaje i prze­wod­ni­czą­cym związku powi­nien być ktoś taki jak Gwiazda czy Kuroń". Wałęsa twardo odmó­wił i natych­miast uciął roz­mowę. Kuroń we wspo­mnie­niach pisa­nych w epoce, kiedy stał u boku Wałęsy, pomniej­sza zna­cze­nie tam­tych wyda­rzeń, wspo­mina o nich jak o towa­rzy­skich spo­tka­niach, ale Mazo­wiecki obstaje, że to były próby oba­le­nia Wałęsy: "Oni chcieli się go pozbyć. To nie jest wyima­gi­no­wane. Tak było".

Po nie­uda­nym prze­wro­cie Kuroń się nie pod­dał, zamiesz­kał u Walen­ty­no­wicz i pró­bo­wał związ­kiem kie­ro­wać z tyl­nego sie­dze­nia. Codzien­nie przy­cho­dziła do niego gdań­ska ekipa korow­ców, a on mówił im, co mają robić. W prak­tyce wyglą­dało to tak, że Gere­mek pisał pro­jekt decy­zji, który kwa­drans póź­niej tra­fiał do Kuro­nia, ten nano­sił swoje poprawki i dopiero wtedy tra­fiał do pre­zy­dium związku. Kuroń nie ukry­wał, że chce kie­ro­wać "Soli­dar­no­ścią", przy­naj­mniej z tyl­nego sie­dze­nia. Kiedy przy­je­chał do War­szawy, aby zdać raport korow­com, oznaj­mił, że chce być sze­fem eks­per­tów "Soli­dar­no­ści", ponie­waż zna robot­ni­ków oraz ma ich zaufa­nie. KOR go poparł, choć nie wszy­scy, Celiń­ski zarzu­cił Kuro­niowi "wielką nie­od­po­wie­dzial­ność poli­tyczną", związ­kowi udało się powstać dzięki obiet­nicy, że jego celem jest dzia­łal­ność związ­kowa, nie poli­tyczna, tym­cza­sem KOR jest szyl­dem jaw­nie poli­tycz­nym oraz jaw­nie rady­kal­nym, co może "Soli­dar­no­ści" potęż­nie zaszko­dzić, wywoła repre­sje ze strony władz, a także wewnętrzne spory w związku. Celiń­ski zażą­dał, aby Kuroń zre­zy­gno­wał z funk­cji eks­perta, zebrani go zakrzy­czeli, ale Jan Józef Lip­ski pro­sił Kuro­nia, aby do mini­mum ogra­ni­czył eks­po­no­wa­nie swo­jej osoby.

Napię­cie mię­dzy Kuro­niem i Mich­ni­kiem a Mazo­wiec­kim i Gerem­kiem rosło z dnia na dzień. Mazo­wiecki i Gere­mek mieli pre­ten­sję, że Kuroń przy­je­chał do Gdań­ska, że wydarł sobie funk­cję doradcy, że naraża zwią­zek na wście­kłe ataki PZPR-u, że pro­wo­kuje Kreml, że kilka dni po wiel­kim suk­ce­sie może zmar­no­wać wszystko. A już próbę oba­le­nia Wałęsy uznali za kom­pletne awan­tur­nic­two. Do tego doszły liczne wywiady Kuro­nia dla zachod­niej prasy, bo Kuroń i Mich­nik prze­nie­śli swoje metody w nowe czasy, daw­niej uży­wali mediów zachod­nich do walki z PZPR-em, teraz zaczęli ich uży­wać do walki z kole­gami z wła­snego obozu. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­bił wielki mate­riał, który zamie­ścił "Der Spie­gel". Kuroń opo­wia­dał w nim, że strajk był w cało­ści zasługą KOR-u, Wałęsę przed­sta­wił jako sier­żanta, sie­bie jako kie­ru­ją­cego nim gene­rała. Już to wystar­czyło, aby wywiad był trzę­sie­niem ziemi, był to komu­ni­kat dla PZPR-u i Moskwy, że "Soli­dar­ność" nie jest oddol­nym ruchem robot­ni­czym, lecz odgór­nym pro­jek­tem poli­tycz­nym. Jed­nak Kuroń powie­dział dużo wię­cej, że to dopiero pierw­szy krok, że następne dzia­ła­nia związku przy­niosą demo­kra­ty­za­cję kraju. "Kiedy uzy­ska­li­śmy wolne związki zawo­dowe, możemy uzy­skać wszystko". Wywiad wywo­łał olbrzy­mie obu­rze­nie, można tego wszyst­kiego chcieć, ale nie można tego mówić, zwłasz­cza w takim momen­cie, tuż po poro­zu­mie­niu, gdy wła­dza wszystko może odwo­łać. O tym tek­ście mówiła cała opo­zy­cyjna War­szawa, Kra­ków i Gdańsk, ten tekst dopro­wa­dził do wście­kło­ści Mazo­wieckiego, Wyszyń­skiego, Geremka...

Kuroń bił na prawo i na lewo, aby poka­zać, że ma prawa wła­sno­ści do "Soli­dar­no­ści" i z nich nie zre­zy­gnuje. Spo­tkał się z Mazo­wiec­kim, ale jak wspo­mina Kuroń, "roz­sta­li­śmy się z Tade­uszem skłó­ceni". Kuroń wró­cił do domu, roz­ma­wiał z dzien­ni­ka­rzem zachod­nim, skry­ty­ko­wał Mazo­wiec­kiego i Geremka, mówił dzien­ni­ka­rzowi, że eks­perci skom­pro­mi­to­wali się i powinni się wyco­fać. Powie­dział, że "eks­perci uwa­żają KOR za bandę awan­tur­ni­ków, nato­miast korowcy uwa­żają, że eks­perci są gno­jami". Emo­cje były tak wiel­kie, że jesz­cze po pięt­na­stu latach Mich­nik mówił ostro: "Uwa­ża­łem, że Tade­usz odgry­wał w Stoczni klu­czową rolę dla­tego, iż nas aresz­to­wali i dni strajku prze­sie­dzie­li­śmy w pudle. O ukła­dzie wpły­wów decy­do­wała więc bez­pieka. Wystar­czyło nas zamknąć, żeby nasze miej­sce mógł zająć Mazo­wiecki. Nie suge­ruję, że Tade­usz był jakoś ste­ro­wany. Nic z tych rze­czy. Po pro­stu jemu pozwo­lono do Gdań­ska poje­chać, a nam nie. I Tade­usz nie miał zamiaru prze­pusz­czać nas przez drzwi, kiedy na mocy Poro­zu­mień Sierp­nio­wych w końcu odzy­ska­li­śmy wol­ność". I dalej: "Kiedy mia­łem nastrój szla­chetny, uwa­ża­łem, że Tade­usz dał się zwieść komu­ni­stycz­nym szan­ta­żom... Z kolei kiedy szla­chet­no­ści mi bra­ko­wało, wie­rzy­łem raczej, że Mazo­wiecki chce się pozbyć kon­ku­ren­cyj­nych wpły­wów w Związku... Było dla mnie iry­tu­jące, kiedy jak kos sie­dział na ramie­niu Wałęsy, wszę­dzie się z nim foto­gra­fo­wał i - krótko mówiąc - napusz­czał Lecha na Jacka".

W tam­tym spo­rze naj­więk­szą ela­stycz­no­ścią wyka­zał się Wałęsa, uczył się szybko, już w pierw­szych tygo­dniach zro­zu­miał, że musi mieć wszyst­kich w swoim garnku, i rady­ka­łów, i umiar­ko­wa­nych. Aby unik­nąć roz­łamu, aby nikt nie wyrósł za bar­dzo, aby samemu zaj­mo­wać wygodą pozy­cję arbi­tra. I naj­waż­niej­sze, aby uży­wać róż­nych frak­cji w zależ­no­ści od wła­snych celów. Naci­skany przez eks­per­tów oraz przez pry­masa, Wałęsa odmó­wił Kuro­niowi ofi­cjal­nych funk­cji, ode­brał "doradz­two", a nawet zabro­nił mu się poja­wiać w sie­dzi­bie związku, zara­zem zaak­cep­to­wał fakt, że poprzez grupę gdań­ską oddzia­łuje na stra­te­gię związku. A po kilku tygo­dniach wpu­ścił Kuro­nia do środka i pozwo­lił ofi­cjal­nie dzia­łać.

Kuroń i Mich­nik tak­tycz­nie przy­ci­chli, pró­bo­wali zała­go­dzić kon­flikt, jak opo­wia­dał Kuroń: "róż­nych ludzi z Ada­siem pro­si­li­śmy o arbi­traż". Bez skutku, Mazo­wiecki i Gere­mek nie chcieli z nimi nawet roz­ma­wiać. Bli­ski współ­pra­cow­nik Mazo­wieckiego, Wal­de­mar Kuczyń­ski, opo­wia­dał: "Mazo­wiecki uważa, że są oni nie dość odpo­wie­dzialni poli­tycz­nie, że skut­kiem ich dzia­łań może być roz­chwia­nie pań­stwa, nawet jeśli sobie tego nie życzą". Wspo­mnie­nia Kuczyń­skiego są cie­kawe, był prawą ręką Mazo­wieckiego, zara­zem więzi sym­pa­tii łączyły go z KOR-em. Opo­wia­dał, jak w tam­tym okre­sie spo­tkał się z Mich­nikiem, ten narze­kał na eks­per­tów. "Wyraź­nie nama­wiał mnie do odej­ścia od Mazo­wieckiego i do pocią­gnię­cia za sobą innych. Pro­sił, bym dopro­wa­dził do jego spo­tka­nia z Gerem­kiem. Zgo­dzi­łem się, choć wyczu­wam u Mich­nika nie tyle chęć doga­da­nia się z Mazo­wieckim, ile zamiar roz­bi­cia zespołu eks­per­tów". Nie­mniej Kuczyń­ski zała­twił Mich­nikowi spo­tka­nie z Gerem­kiem, nie skoń­czyło się ono poro­zu­mie­niem. "Bro­nek wykła­dał Ada­mowi pre­ten­sje do niego i do Jacka. Zarzu­cił Mich­nikowi, że nie wia­domo ni­gdy, czy nie jest się przez niego mani­pu­lo­wa­nym. Potem zarzu­cił Jac­kowi, że nie­po­trzeb­nie tak mocno zaan­ga­żo­wał się w akcję związ­kową".

Roz­mowa nic nie zmie­niła, Kuroń i Mich­nik nie rezy­gno­wali z gry o wła­dzę nad "Soli­dar­no­ścią". Zaczęło się żmudne budo­wa­nie pozy­cji, w Gdań­sku KOR był silny dzięki śro­do­wi­sku Gwiazdy, potem udało się pozy­skać Zbi­gniewa Bujaka, szefa regionu Mazow­sze, był też pała­cowy prze­wrót w Mało­pol­sce, na Ślą­sku silny był Karol Modze­lew­ski, który Kuro­nia wspie­rał. Jed­nak naj­więk­szym akty­wem był sam Kuroń, który miał nie­zwy­kłą ener­gię i zuchwa­łość, pro­wa­dził grę szar­paną, w okre­sach spo­koj­niej­szych grał lojal­nie wobec Wałęsy, ale gdy poja­wiał się kry­zys, ata­ko­wał zacie­kle. Wałęsa zwią­zek uspo­ka­jał, Kuroń prze­ciw­nie, pod­ry­wał do buntu, zaostrzał żąda­nia, pró­bo­wał prze­jąć ini­cja­tywę. Był hazar­dzi­stą, naj­moc­niej ata­ko­wał w momen­tach naj­bar­dziej groź­nych, gdy strajk gene­ralny i siłowa odpo­wiedź wła­dzy wisiały w powie­trzu. W wiel­kich kry­zysach Kuroń odgry­wał rolę klu­czową, zawsze pod­pa­la­jąc sytu­ację. Po aresz­to­wa­niu dru­ka­rza Naroż­niaka, kiedy poja­wiła się groźba strajku gene­ral­nego, korowcy zręcz­nie pod­bili stawkę gry. Po kilku dniach nie cho­dziło o uwol­nie­nie kon­kret­nej osoby, ale o kry­tykę sys­temu dzia­ła­nia MO, SB i pro­ku­ra­tury. Eks­perci znowu byli wście­kli, to było twarde wej­ście w poli­tykę, atak na jeden z fila­rów komu­ni­stycz­nego porządku.

Kuroń bez umiaru koły­sał związ­kową łódką, aby z niej wypadł Wałęsa. Naj­więk­sza próba oba­le­nia Wałęsy była kom­plet­nie awan­tur­ni­cza, Kuroń posta­no­wił ugrać dwa cele jed­no­cze­śnie, oba­lić Wałęsę i pójść z wła­dzą na czo­łowe zde­rze­nie. Było to wio­sną 1981 roku, po kry­zy­sie byd­go­skim, kiedy komu­ni­ści byli o krok od siło­wego roz­wią­za­nia, a związ­kowcy o krok od strajku gene­ral­nego. Lont już pło­nął, miały się odbyć nego­cja­cje ostat­niej szansy mię­dzy Wałęsą a wła­dzami, gdy nagle Kuroń z Modze­lew­skim prze­for­so­wali warunki nie­po­zwa­la­jące Wałę­sie doga­dać się z rzą­dem; dostał tak wąskie pole manewru, że osią­gnię­cie ugody było nie­moż­liwe. Kuroń zasta­wił pułapkę, gdyby Wałęsa ugody nie osią­gnął, byłby winny porażki, gdyby zaś osią­gnął, byłby winny prze­kro­cze­nia nego­cja­cyj­nego man­datu. Wście­kły Wałęsa się nie pod­dał, dopro­wa­dził do poro­zu­mie­nia, warunki nego­cja­cyjne zła­mał, ale straj­kowi gene­ral­nemu zapo­biegł. Odbył się wielki sąd nad Wałęsą, który popro­wa­dzili korowcy oraz związ­kowi rady­ka­ło­wie, ale po dra­ma­tycz­nym wystą­pie­niu Wałęsa zdo­łał oca­lić głowę. Alek­san­der Hall mówił potem: "Mie­li­śmy poczu­cie, że w tym momen­cie śro­do­wi­sko lewicy... gra w spo­sób nie­od­po­wie­dzialny", że "udziela popar­cia dla strajku gene­ral­nego". Sami korowcy to przy­zna­wali. Celiń­ski mówił, że Kuroń parł wtedy do "fron­tal­nego star­cia z wła­dzą", Lech Kaczyń­ski: "KOR parł wów­czas do strajku gene­ral­nego". Póź­niej, kiedy emo­cje opa­dły, Gere­mek odczy­tał bar­dzo ostre oświad­cze­nie o braku odpo­wie­dzial­no­ści, adre­su­jąc je głów­nie do Kuro­nia.

Kuroń sta­nął po stro­nie Wałęsy, jak mówi Mazo­wiecki, dopiero "kiedy prze­ko­nał się, że Wałęsy nie można oba­lić". Mazo­wiecki przy­znaje, że Kuroń nie­raz poma­gał gasić rady­kalne emo­cje. "Jed­nak zawsze... zosta­wiał tlący się żar, po to, żeby go można było w odpo­wied­niej chwili roz­dmu­chać. Zawsze". To była stra­te­gia wiecz­nej rewo­lu­cji, któ­rej Mazo­wiecki nie zno­sił. Mówił, że z komu­ni­stami trzeba grać twardo, że "nic się w Pol­sce bez naci­sku nie sta­nie, ale rów­nież w tym naci­sku trzeba być obli­czal­nym". Aby wła­dza, aby Kreml wie­dzieli, "że posu­niemy się dotąd, a dalej nie". Kuroń nato­miast sta­wiał na stra­te­gię "nie­ustan­nego ruchu, nie­ustan­nej rewo­lu­cji", która "omija ten czyn­nik obli­czal­no­ści".

Korowcy uwa­żali, że Gere­mek i Mazo­wiecki są ana­chro­niczni, tym­cza­sem to oni nie zdą­żyli na nową epokę. Pocho­dzili ze świata, który wraz z naro­dzi­nami "Soli­dar­no­ści" zagi­nął, czyli opo­zy­cji pozba­wio­nej poli­tycz­nego zna­cze­nia, mogą­cej sobie pozwo­lić na lek­ce­wa­że­nie potęgi komu­ni­stycz­nej wła­dzy. Kuczyń­ski: "Idea samo­or­ga­ni­za­cji dała świetne rezul­taty. Lecz miała zły sku­tek uboczny, który do sierp­nia nie dawał o sobie znać... Utrwa­liło się prze­ko­na­nie, że... odbiór naszych dzia­łań przez wła­dze nie może być miarą ich celo­wo­ści. Miarą była wyłącz­nie sku­tecz­ność w dziele samo­or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nej, a wpro­wa­dza­nie do dys­ku­sji tego dru­giego ele­mentu było źle widziane. Stało się atry­bu­tem ugo­dowca, czło­wieka bojaź­li­wego i tkwią­cego cią­gle w ilu­zjach rewi­zjo­ni­zmu". Kuroń i Mich­nik nie zro­zu­mieli, że skala sierp­nio­wego suk­cesu zmu­sza opo­zy­cję do cał­ko­wi­tej zmiany zacho­wań. Celiń­ski: teraz "nale­żało robić wszystko, aby apa­rat par­tyjny PZPR i obo­zowe oto­cze­nie [czyli Układ War­szaw­ski] przy­zwy­czaić do ist­nie­nia "Soli­dar­no­ści", by uznali, że likwi­do­wa­nie tego ruchu nie jest konieczne. Tym­cza­sem... moje śro­do­wi­sko korow­skie rady­ka­li­zuje się".

Mich­nik dowo­dził, że on rów­nież chce kom­pro­misu z wła­dzą, twier­dził nawet, że potrafi do niego dopro­wa­dzić. Ale sta­nie się to moż­liwe, gdy rewo­lu­cja spo­łeczna roz­leje się daleko sze­rzej, a komu­ni­ści zostaną moc­niej doci­śnięci. Nie czuł się rady­ka­łem, co przy­cho­dziło mu o tyle łatwo, że w "Soli­dar­no­ści" było wielu więk­szych rady­ka­łów. Cały zwią­zek tęt­nił poczu­ciem siły, każdy lokalny lider uwa­żał, że straj­kami można wszystko wymu­sić. Wobec tych zacho­wań Mich­nik był nie­chętny, kry­ty­ko­wał oddolną wolę mocy, ale pochwa­lał odgórną. Zwal­czał rady­ka­lizm związ­kowy, ale popie­rał rady­ka­lizm poli­tyczny. Pisał, że myśle­nie o nie­pod­le­gło­ści czy demo­kra­cji jest w tej chwili nie­re­alne, bo naj­waż­niej­szym fak­tem poli­tycznym są "inte­resy pań­stwowe i ide­olo­giczne ZSRR". Ale na jed­nym odde­chu doda­wał, że realna jest "likwi­da­cja cen­zury..., moż­liwa jest prasa i tele­wi­zja oparte na zasa­dzie kon­ku­ren­cyj­no­ści i piszące prawdę, moż­liwa jest wol­ność nauki i auto­no­mia wyż­szych uczelni..., moż­liwe są nie­za­wi­słe sądy". Tyle że - doda­wał - "musimy to wszystko od władz wydzie­rać i wymu­szać". Po trzech latach w swo­jej histo­rii "Soli­dar­no­ści" Jerzy Hol­zer pisał: to był "zna­ko­mity tekst", ale "czy owe ogra­ni­czone cele podane przez Mich­nika dawały się pogo­dzić z inte­re­sami pań­stwo­wymi i ide­olo­gicz­nymi ZSRR?". W duchu podob­nego reali­zmu wypo­wia­dał się Kuroń, napi­sał arty­kuł Czy grozi nam inter­wen­cja? i odpo­wia­dał, że jest mało realna, bo poli­tycz­nie będzie dla Kremla zbyt kosz­towna. Rosja­nie muszą zaak­cep­to­wać to, co się w Pol­sce dzieje, więc opo­zy­cja powinna "wyry­wać wła­dzy komu­ni­stycz­nej kolejne dzie­dziny życia spo­łecz­nego". Kuroń dowo­dził, że można zre­du­ko­wać wpływy par­tii do woj­ska, poli­cji i admi­ni­stra­cji cen­tral­nej. W epoce Breż­niewa dowo­dził, że można ode­brać komu­ni­stom gospo­darkę, wymiar spra­wie­dli­wo­ści, media, edu­ka­cję, kul­turę, nie­mal wszystko. Na koniec pisał: "Jestem prze­ko­nany, że inter­wen­cji nie będzie".

Tekst Kuro­nia roz­wście­czył pry­masa, na spo­tka­niu z dele­ga­cją z "Soli­dar­no­ści" oznaj­mił, że prze­czy­tał arty­kuł cztery razy, czego "nie należy trak­to­wać jako kom­ple­mentu dla autora". I dalej: "Są tu powie­dziane słowa, któ­rych mówić nie można, po pro­stu nie można. Można tak myśleć, robić tak można, ale mówić - nie". Nie­długo potem Wyszyń­ski wkro­czył do akcji, PZPR zgo­dziła się na wyda­wa­nie "Tygo­dnika Soli­dar­ność", więc Wyszyń­ski uznał, że gazeta nie może się dostać w ręce KOR-u, bo to zbyt nie­bez­pieczne dla kraju. Kuroń i Mich­nik byli zasko­czeni, trak­to­wali jako pew­nik, że dostaną gazetę, zdą­żyli już wszystko zapla­no­wać, od składu redak­cji po kształt pisma, widzieli w nim wielką poli­tyczną szansę dla sie­bie. Ale Wyszyń­ski naci­snął na Wałęsę, aby naczel­nym został publi­cy­sta kato­licki Andrzej Micew­ski. Kuroń poszedł do Geremka, aby wspól­nie zmu­sić Wałęsę do cof­nię­cia nomi­na­cji, ten jed­nak twardo odmó­wił, powie­dział, że ma dość cią­głych naci­sków na zwią­zek, zarówno ze strony Kościoła, jak i KOR-u. Kuroń i Mich­nik spró­bo­wali więc innej metody, poszli do Micew­skiego i powie­dzieli, że poprą go, ale pod warun­kiem że pozwoli sobie w cało­ści skom­ple­to­wać redak­cję. Wymie­nili kil­ka­na­ście nazwisk (m.in. Helenę Łuczywo, Sewe­ryna Blumsz­tajna, Joannę Szczę­sną). Mogli sporo ugrać, jed­nak Mich­nik nacie­rał zbyt mocno. Biskupi wła­śnie wezwali wszyst­kich do umiaru, a ich rzecz­nik, ksiądz Alojzy Orszu­lik, oświad­czył, że to apel nie tylko do wła­dzy, ale też do opo­zy­cji, z nazwi­ska wymie­nił Kuro­nia oraz jego nie­dawny arty­kuł. A wtedy Mich­nik poszedł do Micew­skiego i zażą­dał, aby się odciął od słów Orszu­lika, a potem zor­ga­ni­zo­wał kam­pa­nię w śro­do­wi­skach opo­zy­cyj­nych, prze­ko­nu­jąc, że słowa Orszu­lika są zgodą Kościoła na aresz­to­wa­nie Kuro­nia. Oskar­że­nie było nie tylko bru­talne, ale rów­nież cał­ko­wi­cie zmy­ślone, Wałęsa i Wyszyń­ski byli tak wście­kli, że już po kilku dniach naczel­nym został Mazo­wiecki, a został dla­tego, że było wia­domo, iż do redak­cji nie wpu­ści ani jed­nej osoby zwią­za­nej z Mich­nikiem. W isto­cie nie wpu­ścił, zamknął łamy nawet na gościnne tek­sty. Mich­nik po latach skar­żył się: "Mazo­wiecki... ni­gdy nie zapro­po­no­wał mi napi­sa­nia arty­kułu do "Tygo­dnika Soli­dar­ność"".

Mich­nik uwa­żał zacho­wa­nie swo­ich opo­nen­tów za małost­kowe, kote­ryjne, stra­chliwe, nawet po latach powta­rzał: "Nie bar­dzo wie­dzia­łem, co ci eks­perci naprawdę kom­bi­nują. Mazo­wiecki i Gere­mek zawsze mieli miny sfink­sów. I nic nie chcieli powie­dzieć... Wciąż powta­rzali: "trzeba odpo­wie­dzial­nie, poważ­nie, roz­trop­nie". Nikt nie wie­dział, dokąd naprawdę ste­rują. Wia­domo było tyle, że ich zda­niem korow­ców trzeba izo­lo­wać". Tamto nie­zro­zu­mie­nie sytu­acji było symp­to­ma­tyczne, pojawi się w życiu Mich­nika jesz­cze wiele razy, dla­tego warto na nie zwró­cić uwagę. W Mich­niku stale ujaw­niał się defekt utrud­nia­jący zro­zu­mie­nie prawd w poli­tyce naj­prost­szych. Prze­cież sta­no­wi­sko Mazo­wieckiego czy Geremka było oczy­wi­ste: wszystko już zostało wywal­czone, w sierp­niu powsta­nie naro­dowe się zaczęło i w sierp­niu się zakoń­czyło. Wszystko, co było do zdo­by­cia w ramach sowiec­kiego impe­rium, zostało zdo­byte. Co gor­sza, przez przy­pa­dek opo­zy­cja zdo­była wię­cej, niż zdo­być powinna, co grozi rychłym ode­bra­niem zdo­by­czy. Logika Mazo­wieckiego i Geremka opie­rała się na czymś, co poli­tycy pol­scy i zachodni widzieli gołym okiem, ludowe powsta­nie wygrało na impo­nu­jącą skalę, więc trzeba natych­miast wyga­sić kon­flikt i zacho­wać zdo­byte wol­no­ści. U pod­staw tego myśle­nia leżało prze­ko­na­nie, po latach bez­sporne, że samo powsta­nie "Soli­dar­no­ści" pogwał­ciło wszyst­kie reguły radziec­kiego bloku. Od pierw­szych dni zwią­zek ist­niał na kre­dyt, zaś wszyst­kie moce sys­temu szy­ko­wały się do egze­ku­cji. Dla­tego doradcy robili wszystko, aby znik­nąć z rada­rów Breż­niewa, Susłowa, Andro­powa. Aby ci przy­wy­kli do nowej sytu­acji, oswo­ili się z nią, aby uwie­rzyli, że nie naru­sza ona stra­te­gicz­nych inte­re­sów Moskwy.

Kuroń i Mich­nik lek­ce­wa­żyli groźbę siło­wego zdła­wie­nia "Soli­dar­no­ści", czę­sto o niej mówili, ale jako czymś odle­głym, co nie ogra­ni­cza w bie­żą­cych dzia­ła­niach. Wście­kły atak na sie­bie w komu­ni­stycz­nych mediach trak­to­wali jako pro­pa­gan­dową rutynę. Uwa­żali, że ofi­cjal­nie wła­dza w nich bije, zaś nieofi­cjal­nie słu­cha z uwagą, ana­li­zuje ich kom­pro­mi­sowe oferty. Czuli się reali­stami, bo uwa­żali, że skła­dają wła­dzy bez­pieczną dla niej ofertę, powta­rzali prze­cież na wie­cach, że Pol­ska jest czę­ścią impe­rium, że decy­zje narzuca jej Moskwa, a ten fakt należy zaak­cep­to­wać. Uwa­żali, że taka dekla­ra­cja uspo­kaja komu­ni­stów, kło­pot w tym, że mieli nie­re­ali­styczną ocenę tego, co jest dla komu­ni­stów bez­pieczne. I nie­re­ali­styczny obraz tego, jak ich wła­dza postrzega. Po latach, na pod­sta­wie archi­wów PZPR i KPZR, wia­domo, że się mylili, nie tro­chę, nie bar­dzo, lecz cał­ko­wi­cie. Skłon­ność komu­ni­stów do kom­pro­misu, zwłasz­cza Kremla, była zerowa, jedy­nym sce­na­riu­szem ana­li­zo­wa­nym przez komu­ni­stów było uży­cie siły. Spór doty­czył tylko dwóch kwe­stii: kto jej użyje oraz kiedy. A zatem kto spa­cy­fi­kuje bunt: Rosja­nie czy Polacy, oraz kiedy to zro­bią - natych­miast, jak chcieli Rosja­nie, czy póź­niej, jak woleli Polacy. Kom­pro­mis był moż­liwy, o ile w ogóle, tylko w opar­ciu o linię Mazo­wiec­kiego i Geremka, czyli wyga­sza­nia kon­fliktu.

Dzięki archi­wom wia­domo coś jesz­cze, Kuroń i Mich­nik nie tylko się mylili, ale od początku byli jed­nym z głów­nych powo­dów, dla któ­rych Jaru­zel­ski i Breż­niew twardo odrzu­cali kom­pro­mis. Nie ze względu na poli­tyczną siłę Kuro­nia i Mich­nika, bo jej nie mieli, ale ze względu na logikę sys­temu. Ich krzy­kliwa obec­ność była ofi­cjal­nym zale­ga­li­zo­wa­niem postaw anty­sys­te­mo­wych, a nie po to Moskwa trzy­mała Sacha­rowa na zesła­niu, aby w Pol­sce jemu podob­nym pozwo­lić na pro­wa­dze­nie poli­tyki. Nazwi­ska Kuro­nia i Mich­nika padały z ust nie tylko Sta­ni­sława Kani i Woj­cie­cha Jaru­zel­skiego, ale też Leonida Breż­niewa, Jurija Andro­powa, Micha­iła Susłowa. Gdy Kania przy­je­chał do Moskwy, Breż­niew odczy­tał mu notatkę. "Nie wolno dłu­żej zwle­kać z pod­ję­ciem aktyw­nych dzia­łań prze­ciwko ele­men­tom anty­so­cja­li­stycz­nym. Prze­cież zde­kla­ro­wani anty­ko­mu­ni­ści, tacy jak Kuroń i Mich­nik, nie cofają się już przed żąda­niem roz­prawy z człon­kami PZPR i zmiany ustroju pań­stwo­wego". Podob­nych doku­men­tów zacho­wały się dzie­siątki. Na bie­żąco też mieli sygnały, że grają sta­now­czo za ostro, Kuroń opo­wiada, jak zadzwo­nił do niego z Paryża Euge­niusz Smo­lar: "Jacek, jest nie­do­brze. Jest bar­dzo źle. Prasa radziecka wymie­nia cie­bie z nazwi­ska jako wroga socja­li­zmu. To po Soł­że­ni­cy­nie i Sacha­ro­wie pierw­szy wypa­dek, że wymie­niają z nazwi­ska".

Rzecz nie w tym, aby dwie osoby oskar­żyć o dopro­wa­dze­nie do stanu wojen­nego. Ale o uchwy­ce­nie ostro­ści ich poli­tycz­nego stylu oraz ich pew­no­ści sie­bie, znacz­nie więk­szej niż ich zdol­ność zro­zu­mie­nia realiów. Opis wła­dzy, jaki przed­sta­wili Kuroń i Mich­nik, miał nie­wiele wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią. Nie zro­dził się z próby zro­zu­mie­nia tego, co wła­dza robi, co mówi, jakie wysyła sygnały, ale był upar­tym powta­rza­niem wła­snych myśli sprzed kilku lat, które legły u pod­staw KOR-u. Myśli, któ­rych pod­trzy­my­wa­nie miało znowu posta­wić KOR w cen­trum wyda­rzeń. Tym­cza­sem rze­czy­wi­stość dostar­czała innych infor­ma­cji, Wałęsa, Mazo­wiecki, Gere­mek cią­gle roz­ma­wiali z komu­ni­stami, opo­wia­dali potem, co ci ludzie mówią, czego chcą, czego się boją. Kuroń i Mich­nik tych rela­cji nie przyj­mo­wali do wia­do­mo­ści, mówili, że komu­ni­ści ble­fują, a doradcy dra­ma­ty­zują. Obaj dowo­dzili, że jest moż­liwa więk­sza (Kuroń) lub mniej­sza (Mich­nik) fin­lan­dy­za­cja, czyli stwo­rze­nie w Pol­sce reguł rady­kal­nie innych niż w resz­cie bloku.

Sprawa jest cie­kawa, bo nawet wiele lat póź­niej, w pierw­szych latach pano­wa­nia Gor­ba­czowa, ta wizja była nie­re­ali­styczna. Stała się reali­styczna, jak słowo pod­po­wiada, dopiero wraz ze zmianą realiów, gdy sama Moskwa pod­jęła decy­zję o zwi­ja­niu impe­rium. W 1980 roku weto Moskwy wobec auto­no­mii poli­tycz­nej Pol­ski było tak oczy­wi­ste, jak to, że słońce wscho­dzi na wscho­dzie; ina­czej myśleli tylko anty­ko­mu­ni­styczna mło­dzież oraz związ­kowi dzia­ła­cze. To nie jest tak, że dopiero stan wojenny przy­znał rację jed­nej ze stron, że przed jego wpro­wa­dze­niem można było myśleć na różne spo­soby. O twar­dej posta­wie Moskwy i nad­cho­dzą­cym roz­wią­za­niu siło­wym mówiono w Waszyng­to­nie, Waty­ka­nie, Lon­dy­nie, Paryżu i Bonn; "Soli­dar­ność" była stale ostrze­gana przez zachod­nie sto­lice przed rady­ka­li­zmem. Wałęsa wiecz­nie doma­gał się od Kuro­nia, ale też od Mich­nika, aby prze­stali jeź­dzić po kraju i przed­sta­wiać rady­kalne tezy, które potem tra­fiają na czo­łówki zachod­nich i wschod­nich gazet, bo to się skoń­czy kata­strofą. Wybu­chały o to dzi­kie awan­tury, ale na wszyst­kie zarzuty Kuroń i Mich­nik odpo­wia­dali z wyż­szo­ścią wete­ra­nów. Dowo­dzili, że w 1976 roku było podob­nie, wszy­scy wtedy mówili, że nie można jaw­nie wystą­pić prze­ciw wła­dzy, a jed­nak KOR-owi się udało.

Mich­nik nie zmie­nił zda­nia nawet po latach, kiedy prze­czy­tał komu­ni­styczne archiwa. Dowie­dział się wtedy, jak błęd­nie opi­sy­wał per­spek­tywę komu­ni­stów, ich wyobra­że­nia, ich inte­resy, ich skłon­ność do kom­pro­misu. A co za tym idzie, jak błęd­nie wykre­ślał stra­te­gię dla opo­zy­cji. Poznaw­szy fakty, uznał, że to on miał rację, a winę prze­rzu­cił na komu­ni­stów: "Wiele lat póź­niej prze­czy­tałem tom doku­men­tów Biura Poli­tycz­nego z lat 80-81. Kiedy dziś się te doku­menty czyta, ma się wra­że­nie, że są to zapisy roz­mów mię­dzy pacjen­tami domu dla umy­słowo ocię­ża­łych. Pań­stwo się roz­la­ty­wało, a człon­ko­wie polit­biura, odpo­wie­dzialni za losy Pol­ski, bez prze­rwy zasta­na­wiali się, czy Kuro­nia i Mich­nika aresz­to­wać, czy ich nie aresz­to­wać, czy zatrzy­mać, czy nie zatrzy­my­wać. Te doku­menty dowo­dzą cał­ko­wi­tej nie­doj­rza­ło­ści ich poli­tycz­nego myśle­nia". Roz­ża­lony Mich­nik dodaje, że Jaru­zel­ski był nie lep­szy. "Idea reformy sys­temu w sen­sie odko­mu­ni­zo­wa­nia pań­stwa była cał­ko­wi­cie poza ich hory­zon­tem". No wła­śnie - poza ich hory­zon­tem. To jest myśl, którą powta­rzali wszy­scy, poczy­na­jąc od Mazo­wiec­kiego i Geremka. To jest dia­gnoza, prze­ciw któ­rej Mich­nik i Kuroń poszli na wojnę.

W ostat­nich mie­sią­cach "Soli­dar­no­ści" roze­szły się drogi Kuro­nia i Mich­nika. Kuroń oprzy­tom­niał, rozej­rzał się dookoła i zro­zu­miał, że poszedł za daleko, a wtedy poparł linię eks­per­tów, zaak­cep­to­wał przy­wódz­two Wałęsy. Mich­nik odwrot­nie, jesz­cze moc­niej się rady­ka­li­zo­wał, a ponie­waż nie tole­ro­wał róż­nicy poglą­dów, nawet u przy­ja­ciół, zaata­ko­wał także Kuro­nia. Zaczęło się od usu­nię­cia Walen­ty­no­wicz, od samego początku sławna suw­ni­cowa toczyła oso­bi­stą wojnę z Wałęsą, pełną per­so­nal­nych oskar­żeń, od agen­tury po oby­czaje. Ataki były tak zacie­kłe, że Wałęsa usu­nął ją z pre­zy­dium gdań­skiej "Soli­dar­no­ści". Kuroń pisze o tam­tym wyda­rze­niu: "Ania zupeł­nie osza­lała i nie­od­po­wie­dzial­nie mio­tała wyzwi­ska". Dalej Kuroń pisze: "Moi korow­scy przy­ja­ciele w War­sza­wie potrak­to­wali sprawę Ani jako naru­sze­nie zasad moral­nych i doma­gali się ode mnie, żebym publicz­nie wystą­pił prze­ciw Wałę­sie. Tłu­ma­czy­łem, że człon­ko­stwo we wła­dzach związku nie jest pra­wem czło­wieka, a publiczny atak na Wałęsę w tym momen­cie jest zwy­czajną poli­tyczną głu­potą. Nie chcieli mnie słu­chać... Nawet Adam Mich­nik".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki