Rozdział I. W cieniu Kuronia
Rozdział I
W cieniu Kuronia
Michnik polityką zainteresował się jako dziecko. Burzliwe losy
młodego kontestatora były barwne, ale dla tematu książki nie są ciekawe.
Podobnie jak jego wczesna publicystyka, trzeźwa i dojrzała, którą
ożywiał wysiłek wyrwania się z ideologicznych iluzji. Nas w tej książce
interesuje nie biografia, nie myśl polityczna, nie refleksja
światopoglądowa, ale rola Michnika w polskiej polityce. A ta zaczyna się
dopiero w 1980 roku, gdy opozycja nabrała stosownej masy, aby mieć
realne znaczenie.
Michnik wkroczył do świata polityki u boku Jacka Kuronia, a raczej pod
jego skrzydłami, bo w tamtej epoce Kuroń był silniejszą marką. Przez
najbliższych kilkanaście stron czytelnik częściej będzie widział
nazwisko Kuronia niż bohatera książki, bo w tamtej epoce Kuroń był
twarzą duetu. On przeprowadzał najgłośniejsze akcje, on był bardziej
widoczny, ale u jego boku zawsze stał Michnik. Od wielu lat wspólnie
pracowali, traktowali się po partnersku. Był między nimi podział pracy,
Kuroń bardziej skupiał się na organizacyjnej praktyce, Michnika bardziej
interesowały polityczne idee, redagowanie pism, kontakty z twórcami.
Niemniej w walce o polityczne znaczenie uczestniczył z równą
determinacją co Kuroń. Ich narzędziem był KOR, dziś pamiętany głównie z pomocy robotnikom oraz działalności wydawniczej, jednak z politycznego
punktu widzenia ważniejsza była rywalizacja o wpływy na opozycyjnym
podwórku, czy raczej próba rywalizacji, bo siły mieli niewielkie. Od
dwóch dekad na opozycyjnej scenie królowały środowiska związane z Kościołem i choć wiecznie ponosiły porażki, tylko one miały polityczne
znaczenie, zarówno z powodu siły Kościoła, jak i z wyboru partii, która
jedynie w Kościele uznawała partnera. W gronie przykościelnych polityków
najsilniejszą pozycję zdobył Tadeusz Mazowiecki, który cieszył się
osobistym zaufaniem prymasa.
W latach 70. na opozycyjną scenę próbowały się wedrzeć młodsze
środowiska. Po omacku szukały dla siebie społecznie nośnego kształtu,
ale cel miały jasny - próbowały się przygotować do wybuchu społecznego,
aby kolejny bunt przeciw podwyżkom, a taki był zawsze powód strajków,
przekuć w coś większego. Zbierały siły, aby w godzinie zero wyprzedzić
partię, wyprzedzić Kościół, wedrzeć się w środek wydarzeń z własnymi
hasłami i strajk o kiełbasę zamienić w strajk o politykę. Głównymi
rywalami byli Leszek Moczulski i Kuroń. Pierwszy był energiczny i wyrazisty, wywieszał sztandary działające na wyobraźnię, narodowe i niepodległościowe. Prawie we wszystkim, co się działo w opozycji, miał
swój udział. Założył ROPCiO, KPN, pod jego skrzydłami skupiły się prężne
polityczne środowiska, wydawał pisma, organizował robotników. Po drugiej
stronie stał równie energiczny Kuroń mający Michnika u boku. Kuroń
najpierw wygrał na własnym podwórku, czyli wyrósł na lidera KOR-u,
którym zręcznie pokierował w stronę swoich politycznych ambicji, potem
stanął do walki z Moczulskim. Środowisko zbudowane po to, aby nieść
pomoc prawną i materialną robotnikom z Radomia i Ursusa, brało na siebie
kolejne zadania, informowało zachodnie media o sytuacji w Polsce,
budowało przyczółki w środowiskach robotniczych. Powstanie Wolnych
Związków Zawodowych na Wybrzeżu było kolejnym elementem rywalizacji z Moczulskim, lider KPN-u wyprzedził Kuronia, stworzył wolne związki na
Śląsku i pojechał do Gdańska, aby powtórzyć sukces. Kuroń rzutem na
taśmę go ubiegł, jako pierwszy założył związki na Wybrzeżu. Był to
raczej pozór siły niż mocna struktura, niemniej ta mała grupka odniosła
w przyszłości olbrzymi sukces. Nie tylko doprowadziła do strajku w Stoczni, najważniejszego strajku Sierpnia, lecz także utrzymała nad nim
kontrolę, a jej wychowanek, Lech Wałęsa, stanął na jego czele.
Moczulski i Kuroń ciągle ścigali się, kopiowali swoje pomysły, ale w 1979 roku Kuroń wysunął się na prowadzenie. KOR był bardziej głośny,
bardziej widoczny. Powiedzieć, że był sprawny medialnie, to nic nie
powiedzieć. Wszystko zaczęło się przypadkiem, Kuroń zaczął informować
zachodnie media o sytuacji w Polsce, podawał proste informacje, kto
został zatrzymany, jaki dostał wyrok, ilu demonstrantów pobito, z czasem
zaczął dodawać swoją ocenę sytuacji. Z tych komunikatów stworzył
instytucję, stał się dla zachodnich mediów głównym źródłem informacji o Polsce, także o polskiej opozycji. Równie sprawny był Michnik, dzięki
poparciu polskiej emigracji zbudował sobie kontakty w prestiżowych
zachodnich gazetach, w których jako autor zagościł na stałe. Informacja
stała się metodą działania KOR-u, ich kapitałem oraz ich siłą. Michnik i Kuroń żartowali między sobą, kto był, a kto będzie jutro na pierwszej
stronie "Le Monde". Dzięki tej ofensywie pod koniec lat 70. Kuroń i Michnik stali się twarzami polskiej opozycji, największe gazety świata
przeprowadzały z nimi wywiady, byli stałymi bohaterami Radia Wolna
Europa.
Ale miało to swoją cenę, najbardziej słyszalni krytycy PRL-u byli przez
partię najbardziej zwalczani. W oficjalnej prasie przedstawiano ich jako
liderów kontrrewolucji, których celem jest obalenie porządku w PRL-u.
Czy naprawdę byli tak radykalni? Na pewno nie stawiali radykalnych
celów, rozumieli, że tu i teraz demokracja i niepodległość są nierealne,
co stale powtarzali, domagali się jedynie poluzowania systemu. Radykalne
było co innego, nie cele, lecz nowy styl opozycyjności polegający na
ujawnieniu własnej antysystemowości, na posługiwaniu się
antykomunistycznymi kryteriami normalności, na opisywaniu PZPR-u jako
władzy niesuwerennej i totalitarnej. Choć zatem nie mówili, że celem
jest odebranie komunistom władzy, każdym zdaniem kwestionowali ich
mandat do rządzenia. Przypominali, że PZPR opiera się na aparacie
przemocy, że o losach Polski decyduje się na Kremlu, że polscy komuniści
rządzą bez zgody narodu. I właśnie ta konwencja mówienia o polityce była
radykalizmem, naruszała filar każdego politycznego systemu, czyli
obowiązek uznania jego reguł. W komunistycznej Polsce władza tolerowała,
choć z trudem, opozycjonistów mówiących językiem korekty systemu.
Kuroń i Michnik znali ten problem, starsza generacja wiecznie go
podnosiła. Po co mówicie więcej, niż można, i więcej, niż trzeba? Po co
mówicie rzeczy, których władza nie może zaakceptować ani zapomnieć?
Odpowiadali na to, że miękka formuła opozycyjności zbankrutowała, że
teraz trzeba prowadzić politykę nie z władzą, ale przeciw władzy, w oparciu o społeczeństwo. Dlatego mówili głośno, wyraziście, szczerze.
Zarazem kiedy postępowali w ten sposób, stawali się dla władzy
nieakceptowalni, wypadali poza ramy systemu, skreślali się z grona
potencjalnych partnerów. Tego problemu ani Kuroń, ani Michnik nigdy
sobie nie przemyśleli, a ten niedługo stanął przed nimi w całej
ostrości.
Sierpniowe strajki zelektryzowały opozycję, narodził się potężny
podmiot, w imieniu którego można było działać. Jasne było, że kto
robotnikami pokieruje, zdobędzie możliwości, jakich dotąd nikt nie miał.
Opozycyjne szyldy jednej nocy straciły znaczenie, liczyła się tylko
"Solidarność", siła tak wielka, że komunistyczny rząd musiał z nią
usiąść do stołu i przyjąć jej żądania. Kuroń czuł się naturalnym liderem
nowego ruchu, niesłusznie zresztą, bo skala buntu wystrzeliła ponad
wszelkie polityczne wysiłki i środowiskowe zasługi. Co nie zmieniało
faktu, że ktoś buntem musiał pokierować. Kuroń był jednym z pretendentów, jednak grę o wpływy przegrał, właśnie ze względu na
antysystemowość.
Kiedy wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, liderzy KOR-u i KPN-u zostali
zamknięci w więzieniach, władza świadomie odizolowała ich od robotników.
Kuroń i Michnik zostali wypuszczeni dopiero, gdy strajk się zakończył.
Od razu ruszyli do walki, ale było za późno, wszystkie nowe role były
rozdane. "Solidarność" miała swojego lidera, a ten miał swój
organizacyjny aparat oraz swoich doradców. Głównymi doradcami Wałęsy
zostali Mazowiecki i Geremek, opozycjoniści akceptowalni dla dwóch
głównych graczy, dla władzy i Kościoła, mówiący językiem korekty
systemu. I obaj nawet nie chcieli słyszeć o wejściu do gry Kuronia, był
symbolem politycznego radykalizmu, jego nazwisko działało na władzę jak
płachta na byka. Uważali, że z Kuroniem na pokładzie "Solidarność"
zostanie uznana przez władze, polskie i rosyjskie, za ruch agresywnie
polityczny oraz zuchwale antykomunistyczny. Podobnie brzmiały rady ze
strony Kościoła i osobiście prymasa Stefana Wyszyńskiego.
Korowcy byli oburzeni, po latach Michnik tak opisywał swoje emocje:
"mieliśmy bardzo gorzkie poczucie, że dokonała się kradzież zwycięstwa.
To, co w oczach innych uchodziło za nasze awanturnicze pomysły, teraz
wygrało. I właśnie w chwili tego sukcesu zaczęto nam pokazywać drzwi".
Jednak sprawa była bardziej skomplikowana, Kuroń i Michnik od wielu lat
grali zbyt ostro, aby teraz się skarżyć. Mało tego, nadal grali ostro i to przeciw obu stronom, przeciw komunistom i opozycji. Konflikt zaczął
się jeszcze przed podpisaniem Porozumień Gdańskich, korowcy zażądali,
aby stoczniowcy jako kolejny warunek postawili wypuszczenie Kuronia i Michnika z więzienia. Mazowiecki i Geremek stanowczo odmówili, uznali to
za szaleństwo, dwutygodniowe negocjacje były na finiszu, po raz pierwszy
w historii komuniści gotowi byli podpisać wielką umowę społeczną i nagle
pojawia się żądanie, aby wszystko ryzykować dla kilku osób. Zwłaszcza że
jasne było, że chwilę potem korowcy, jak również kapeenowcy, opuszczą
więzienie. Zdaniem Mazowieckiego problem był stawiany nie po to, aby
ratować więźniów, ale po to, aby umieścić KOR w centrum uwagi, uczynić
jego obronę sprawą narodową, a w ten sposób uznać KOR za patrona
"Solidarności". To była rozgrywka polityczna, chęć ustawiania się na
szczycie w nowym rozdaniu.
Korowcy nie zaakceptowali odmowy, zorganizowali kampanię, dzwonili do
znanych postaci ze środowisk opozycyjnych i domagali się, aby wywarli
presję na Mazowieckiego i Geremka. Twierdzili, że dwaj główni doradcy
Wałęsy kierują się egoistycznymi motywami, że chcą KOR-owi "ukraść
zwycięstwo". Poddany tej presji Mazowiecki był oburzony, jeszcze po
latach mówił, że nie rozumie, jak można było zachować się tak
egoistycznie. "To środowisko - mówił o Kuroniu i Michniku - ma
niesłychanie rozwinięty instynkt interesu grupowego". Mazowiecki
dowodził, że nieważne dla nich było, czy "Solidarność" się potknie na
starcie, liczyło się tylko to, aby wpływy trafiły w ich ręce. Mazowiecki
nie akceptował tej postawy, przecież - jak mówił - "w pewnych momentach
staje pytanie: co jest ważniejsze? Czy to, żeby coś przeprowadzić w interesie ogólnym, czy to, żeby oni w tym byli... Dla mnie... ważniejsze
było, aby do takiego porozumienia jak gdańskie doszło, a niekoniecznie,
żeby doszło z udziałem KOR-u".
Kuroń sprawę opisywał inaczej, nie ufał starszemu pokoleniu opozycji,
jego zdaniem było zbyt ugodowe, zbyt asekuracyjne, jego przygody z polityką były wiecznie przegrane, bo robiło tylko tyle, na ile partia
zezwalała. Kuroń, Michnik i cały młody KOR patrzyli na nich z góry.
Mieli za sobą doświadczenie ryzyka, mieli za sobą więzienia, które ich
zahartowały, byli rozgrzani do walki. Michnik tak opisywał różnicę: "My
mieliśmy background "ludzi podziemnych", "ludzi więziennych",
"nielegalnych". To się później zatarło, ale jeszcze w roku 1981 było
szalenie istotne. Przychodziliśmy do "Solidarności" z KOR-u, z 1968
roku, z więzień, z komisariatów. Natomiast Tadeusz przychodził z posady
naczelnego redaktora legalnego miesięcznika, a Bronek z Instytutu
Historii Polskiej Akademii Nauk". Zdaniem Michnika rodziło to ryzyko, że
"Solidarność" da się ograć przez władzę. Z kolei Mazowiecki uważał, że
lęki przed ograniem były udawane, a jeśli szczere, to wtórne. Głównym
powodem był egoizm, gra na siebie, chęć "przyklejenia się" do sukcesu.
"Na trudność mojego zbliżenia się do środowiska korowskiego - opowiadał
osiem lat później Mazowiecki - wpływ miało istnienie czegoś, co
nazwałbym prymatem interesu grupowego nad ogólnym. Myślę, że nie jest to
tylko moje wrażenie". W istocie, to samo mówił Andrzej Celiński, jeden z członków KOR-u. "Moje zwarcia z KOR-em sięgają jeszcze czasów
TKN-owskich, a dotyczą wykładów Jacka Kuronia i Adama Michnika". Zaczęli
się na nich pojawiać bojówkarze, co wystraszyło wielu prelegentów i mogło doprowadzić do rozbicia TKN. "Powiedziałem Jackowi i Adamowi, o co
chodzi, z... sugestią, że powinni się sami wycofać, albo kompromisowo
zostawić jednego. Otóż oni się wtedy temu oparli... To był pierwszy
moment, kiedy byłem rozczarowany postawą ludzi KOR-u. Zwyciężyła...
prywata". Podobną reakcję dostrzegł Celiński w 1980 roku. "Po Sierpniu w środowisku korowskim pojawiło się zjawisko, które mnie zaszokowało... Żal...
że w nowej sytuacji... nie znaleźli... miejsc, w ich odczuciu im jakby
przynależnych".
Po wyjściu z więzienia Kuroń i Michnik ruszyli do walki o władzę. Stawka
była zbyt wielka, aby pokornie przełknąć pierwszą porażkę; gdy im
zamknięto drogę do związku, zaatakowali tylnymi drzwiami. Podzielili się
pracą, Kuroń pojechał do Gdańska, Michnik kierował sprawami w Warszawie,
a ponieważ centrum wydarzeń przesunęło się na Wybrzeże, to Kuroniowi
przyszło stoczyć główną rozgrywkę. Gdy usłyszał, że nie może zostać
doradcą Wałęsy, wdarł się, jak sam opisuje, na posiedzenie władz
komitetu strajkowego, a tam już czekała korowska ekipa WZZ-etu. Anna
Walentynowicz wygłosiła płomienną mowę na temat talentów Kuronia,
otwartym tekstem stwierdzając, że to właśnie on, a nie Wałęsa, powinien
pokierować "Solidarnością", po czym gdańskie prezydium uchwaliło, że
Kuroń jest oficjalnym ekspertem związku. Mając pierwszy sukces za sobą,
Kuroń postanowił z marszu zagrać o wszystko, tego samego dnia gdańska
ekipa WZZ-etu postanowiła obalić Wałęsę. W swoich wspomnieniach Wałęsa
opowiada, że spotkali się Andrzej i Joanna Gwiazdowie, Walentynowicz,
Bogdan Borusewicz, Kuroń i jeszcze kilka osób. Mówili, że Wałęsa to
agent, człowiek małego formatu, że sobie nie poradzi, że to sierżant,
którego przypadek wyniósł do góry, a teraz robotnikami muszą pokierować
generałowie. Jeden z uczestników spotkania poinformował o nim Wałęsę i Mazowieckiego, Wałęsa nie był więc zaskoczony, gdy kilka dni później to
samo grono odwiedziło go w domu. W imieniu grupy przemówiła
Walentynowicz, wszyscy stanęli naprzeciw Wałęsy i - jak opowiada Danuta
Wałęsa - "pani Ania... stwierdziła, że Wałęsa zrobił swoje, już się nie
nadaje i przewodniczącym związku powinien być ktoś taki jak Gwiazda czy
Kuroń". Wałęsa twardo odmówił i natychmiast uciął rozmowę. Kuroń we
wspomnieniach pisanych w epoce, kiedy stał u boku Wałęsy, pomniejsza
znaczenie tamtych wydarzeń, wspomina o nich jak o towarzyskich
spotkaniach, ale Mazowiecki obstaje, że to były próby obalenia Wałęsy:
"Oni chcieli się go pozbyć. To nie jest wyimaginowane. Tak było".
Po nieudanym przewrocie Kuroń się nie poddał, zamieszkał u Walentynowicz
i próbował związkiem kierować z tylnego siedzenia. Codziennie
przychodziła do niego gdańska ekipa korowców, a on mówił im, co mają
robić. W praktyce wyglądało to tak, że Geremek pisał projekt decyzji,
który kwadrans później trafiał do Kuronia, ten nanosił swoje poprawki i dopiero wtedy trafiał do prezydium związku. Kuroń nie ukrywał, że chce
kierować "Solidarnością", przynajmniej z tylnego siedzenia. Kiedy
przyjechał do Warszawy, aby zdać raport korowcom, oznajmił, że chce być
szefem ekspertów "Solidarności", ponieważ zna robotników oraz ma ich
zaufanie. KOR go poparł, choć nie wszyscy, Celiński zarzucił Kuroniowi
"wielką nieodpowiedzialność polityczną", związkowi udało się powstać
dzięki obietnicy, że jego celem jest działalność związkowa, nie
polityczna, tymczasem KOR jest szyldem jawnie politycznym oraz jawnie
radykalnym, co może "Solidarności" potężnie zaszkodzić, wywoła represje
ze strony władz, a także wewnętrzne spory w związku. Celiński zażądał,
aby Kuroń zrezygnował z funkcji eksperta, zebrani go zakrzyczeli, ale
Jan Józef Lipski prosił Kuronia, aby do minimum ograniczył eksponowanie
swojej osoby.
Napięcie między Kuroniem i Michnikiem a Mazowieckim i Geremkiem rosło z dnia na dzień. Mazowiecki i Geremek mieli pretensję, że Kuroń przyjechał
do Gdańska, że wydarł sobie funkcję doradcy, że naraża związek na
wściekłe ataki PZPR-u, że prowokuje Kreml, że kilka dni po wielkim
sukcesie może zmarnować wszystko. A już próbę obalenia Wałęsy uznali za
kompletne awanturnictwo. Do tego doszły liczne wywiady Kuronia dla
zachodniej prasy, bo Kuroń i Michnik przenieśli swoje metody w nowe
czasy, dawniej używali mediów zachodnich do walki z PZPR-em, teraz
zaczęli ich używać do walki z kolegami z własnego obozu. Największe
wrażenie zrobił wielki materiał, który zamieścił "Der Spiegel". Kuroń
opowiadał w nim, że strajk był w całości zasługą KOR-u, Wałęsę
przedstawił jako sierżanta, siebie jako kierującego nim generała. Już to
wystarczyło, aby wywiad był trzęsieniem ziemi, był to komunikat dla
PZPR-u i Moskwy, że "Solidarność" nie jest oddolnym ruchem robotniczym,
lecz odgórnym projektem politycznym. Jednak Kuroń powiedział dużo
więcej, że to dopiero pierwszy krok, że następne działania związku
przyniosą demokratyzację kraju. "Kiedy uzyskaliśmy wolne związki
zawodowe, możemy uzyskać wszystko". Wywiad wywołał olbrzymie oburzenie,
można tego wszystkiego chcieć, ale nie można tego mówić, zwłaszcza w takim momencie, tuż po porozumieniu, gdy władza wszystko może odwołać. O tym tekście mówiła cała opozycyjna Warszawa, Kraków i Gdańsk, ten tekst
doprowadził do wściekłości Mazowieckiego, Wyszyńskiego, Geremka...
Kuroń bił na prawo i na lewo, aby pokazać, że ma prawa własności do
"Solidarności" i z nich nie zrezygnuje. Spotkał się z Mazowieckim, ale
jak wspomina Kuroń, "rozstaliśmy się z Tadeuszem skłóceni". Kuroń wrócił
do domu, rozmawiał z dziennikarzem zachodnim, skrytykował Mazowieckiego
i Geremka, mówił dziennikarzowi, że eksperci skompromitowali się i powinni się wycofać. Powiedział, że "eksperci uważają KOR za bandę
awanturników, natomiast korowcy uważają, że eksperci są gnojami". Emocje
były tak wielkie, że jeszcze po piętnastu latach Michnik mówił ostro:
"Uważałem, że Tadeusz odgrywał w Stoczni kluczową rolę dlatego, iż nas
aresztowali i dni strajku przesiedzieliśmy w pudle. O układzie wpływów
decydowała więc bezpieka. Wystarczyło nas zamknąć, żeby nasze miejsce
mógł zająć Mazowiecki. Nie sugeruję, że Tadeusz był jakoś sterowany. Nic
z tych rzeczy. Po prostu jemu pozwolono do Gdańska pojechać, a nam nie.
I Tadeusz nie miał zamiaru przepuszczać nas przez drzwi, kiedy na mocy
Porozumień Sierpniowych w końcu odzyskaliśmy wolność". I dalej: "Kiedy
miałem nastrój szlachetny, uważałem, że Tadeusz dał się zwieść
komunistycznym szantażom... Z kolei kiedy szlachetności mi brakowało,
wierzyłem raczej, że Mazowiecki chce się pozbyć konkurencyjnych wpływów
w Związku... Było dla mnie irytujące, kiedy jak kos siedział na ramieniu
Wałęsy, wszędzie się z nim fotografował i - krótko mówiąc - napuszczał
Lecha na Jacka".
W tamtym sporze największą elastycznością wykazał się Wałęsa, uczył się
szybko, już w pierwszych tygodniach zrozumiał, że musi mieć wszystkich w swoim garnku, i radykałów, i umiarkowanych. Aby uniknąć rozłamu, aby
nikt nie wyrósł za bardzo, aby samemu zajmować wygodą pozycję arbitra. I najważniejsze, aby używać różnych frakcji w zależności od własnych
celów. Naciskany przez ekspertów oraz przez prymasa, Wałęsa odmówił
Kuroniowi oficjalnych funkcji, odebrał "doradztwo", a nawet zabronił mu
się pojawiać w siedzibie związku, zarazem zaakceptował fakt, że poprzez
grupę gdańską oddziałuje na strategię związku. A po kilku tygodniach
wpuścił Kuronia do środka i pozwolił oficjalnie działać.
Kuroń i Michnik taktycznie przycichli, próbowali załagodzić konflikt,
jak opowiadał Kuroń: "różnych ludzi z Adasiem prosiliśmy o arbitraż".
Bez skutku, Mazowiecki i Geremek nie chcieli z nimi nawet rozmawiać.
Bliski współpracownik Mazowieckiego, Waldemar Kuczyński, opowiadał:
"Mazowiecki uważa, że są oni nie dość odpowiedzialni politycznie, że
skutkiem ich działań może być rozchwianie państwa, nawet jeśli sobie
tego nie życzą". Wspomnienia Kuczyńskiego są ciekawe, był prawą ręką
Mazowieckiego, zarazem więzi sympatii łączyły go z KOR-em. Opowiadał,
jak w tamtym okresie spotkał się z Michnikiem, ten narzekał na
ekspertów. "Wyraźnie namawiał mnie do odejścia od Mazowieckiego i do
pociągnięcia za sobą innych. Prosił, bym doprowadził do jego spotkania z Geremkiem. Zgodziłem się, choć wyczuwam u Michnika nie tyle chęć
dogadania się z Mazowieckim, ile zamiar rozbicia zespołu ekspertów".
Niemniej Kuczyński załatwił Michnikowi spotkanie z Geremkiem, nie
skończyło się ono porozumieniem. "Bronek wykładał Adamowi pretensje do
niego i do Jacka. Zarzucił Michnikowi, że nie wiadomo nigdy, czy nie
jest się przez niego manipulowanym. Potem zarzucił Jackowi, że
niepotrzebnie tak mocno zaangażował się w akcję związkową".
Rozmowa nic nie zmieniła, Kuroń i Michnik nie rezygnowali z gry o władzę
nad "Solidarnością". Zaczęło się żmudne budowanie pozycji, w Gdańsku KOR
był silny dzięki środowisku Gwiazdy, potem udało się pozyskać Zbigniewa
Bujaka, szefa regionu Mazowsze, był też pałacowy przewrót w Małopolsce,
na Śląsku silny był Karol Modzelewski, który Kuronia wspierał. Jednak
największym aktywem był sam Kuroń, który miał niezwykłą energię i zuchwałość, prowadził grę szarpaną, w okresach spokojniejszych grał
lojalnie wobec Wałęsy, ale gdy pojawiał się kryzys, atakował zaciekle.
Wałęsa związek uspokajał, Kuroń przeciwnie, podrywał do buntu, zaostrzał
żądania, próbował przejąć inicjatywę. Był hazardzistą, najmocniej
atakował w momentach najbardziej groźnych, gdy strajk generalny i siłowa
odpowiedź władzy wisiały w powietrzu. W wielkich kryzysach Kuroń
odgrywał rolę kluczową, zawsze podpalając sytuację. Po aresztowaniu
drukarza Narożniaka, kiedy pojawiła się groźba strajku generalnego,
korowcy zręcznie podbili stawkę gry. Po kilku dniach nie chodziło o uwolnienie konkretnej osoby, ale o krytykę systemu działania MO, SB i prokuratury. Eksperci znowu byli wściekli, to było twarde wejście w politykę, atak na jeden z filarów komunistycznego porządku.
Kuroń bez umiaru kołysał związkową łódką, aby z niej wypadł Wałęsa.
Największa próba obalenia Wałęsy była kompletnie awanturnicza, Kuroń
postanowił ugrać dwa cele jednocześnie, obalić Wałęsę i pójść z władzą
na czołowe zderzenie. Było to wiosną 1981 roku, po kryzysie bydgoskim,
kiedy komuniści byli o krok od siłowego rozwiązania, a związkowcy o krok
od strajku generalnego. Lont już płonął, miały się odbyć negocjacje
ostatniej szansy między Wałęsą a władzami, gdy nagle Kuroń z Modzelewskim przeforsowali warunki niepozwalające Wałęsie dogadać się z rządem; dostał tak wąskie pole manewru, że osiągnięcie ugody było
niemożliwe. Kuroń zastawił pułapkę, gdyby Wałęsa ugody nie osiągnął,
byłby winny porażki, gdyby zaś osiągnął, byłby winny przekroczenia
negocjacyjnego mandatu. Wściekły Wałęsa się nie poddał, doprowadził do
porozumienia, warunki negocjacyjne złamał, ale strajkowi generalnemu
zapobiegł. Odbył się wielki sąd nad Wałęsą, który poprowadzili korowcy
oraz związkowi radykałowie, ale po dramatycznym wystąpieniu Wałęsa
zdołał ocalić głowę. Aleksander Hall mówił potem: "Mieliśmy poczucie, że
w tym momencie środowisko lewicy... gra w sposób nieodpowiedzialny", że
"udziela poparcia dla strajku generalnego". Sami korowcy to przyznawali.
Celiński mówił, że Kuroń parł wtedy do "frontalnego starcia z władzą",
Lech Kaczyński: "KOR parł wówczas do strajku generalnego". Później,
kiedy emocje opadły, Geremek odczytał bardzo ostre oświadczenie o braku
odpowiedzialności, adresując je głównie do Kuronia.
Kuroń stanął po stronie Wałęsy, jak mówi Mazowiecki, dopiero "kiedy
przekonał się, że Wałęsy nie można obalić". Mazowiecki przyznaje, że
Kuroń nieraz pomagał gasić radykalne emocje. "Jednak zawsze... zostawiał
tlący się żar, po to, żeby go można było w odpowiedniej chwili
rozdmuchać. Zawsze". To była strategia wiecznej rewolucji, której
Mazowiecki nie znosił. Mówił, że z komunistami trzeba grać twardo, że
"nic się w Polsce bez nacisku nie stanie, ale również w tym nacisku
trzeba być obliczalnym". Aby władza, aby Kreml wiedzieli, "że posuniemy
się dotąd, a dalej nie". Kuroń natomiast stawiał na strategię
"nieustannego ruchu, nieustannej rewolucji", która "omija ten czynnik
obliczalności".
Korowcy uważali, że Geremek i Mazowiecki są anachroniczni, tymczasem to
oni nie zdążyli na nową epokę. Pochodzili ze świata, który wraz z narodzinami "Solidarności" zaginął, czyli opozycji pozbawionej
politycznego znaczenia, mogącej sobie pozwolić na lekceważenie potęgi
komunistycznej władzy. Kuczyński: "Idea samoorganizacji dała świetne
rezultaty. Lecz miała zły skutek uboczny, który do sierpnia nie dawał o sobie znać... Utrwaliło się przekonanie, że... odbiór naszych działań przez
władze nie może być miarą ich celowości. Miarą była wyłącznie
skuteczność w dziele samoorganizacji społecznej, a wprowadzanie do
dyskusji tego drugiego elementu było źle widziane. Stało się atrybutem
ugodowca, człowieka bojaźliwego i tkwiącego ciągle w iluzjach
rewizjonizmu". Kuroń i Michnik nie zrozumieli, że skala sierpniowego
sukcesu zmusza opozycję do całkowitej zmiany zachowań. Celiński: teraz
"należało robić wszystko, aby aparat partyjny PZPR i obozowe otoczenie
[czyli Układ Warszawski] przyzwyczaić do istnienia "Solidarności", by
uznali, że likwidowanie tego ruchu nie jest konieczne. Tymczasem... moje
środowisko korowskie radykalizuje się".
Michnik dowodził, że on również chce kompromisu z władzą, twierdził
nawet, że potrafi do niego doprowadzić. Ale stanie się to możliwe, gdy
rewolucja społeczna rozleje się daleko szerzej, a komuniści zostaną
mocniej dociśnięci. Nie czuł się radykałem, co przychodziło mu o tyle
łatwo, że w "Solidarności" było wielu większych radykałów. Cały związek
tętnił poczuciem siły, każdy lokalny lider uważał, że strajkami można
wszystko wymusić. Wobec tych zachowań Michnik był niechętny, krytykował
oddolną wolę mocy, ale pochwalał odgórną. Zwalczał radykalizm związkowy,
ale popierał radykalizm polityczny. Pisał, że myślenie o niepodległości
czy demokracji jest w tej chwili nierealne, bo najważniejszym faktem
politycznym są "interesy państwowe i ideologiczne ZSRR". Ale na jednym
oddechu dodawał, że realna jest "likwidacja cenzury..., możliwa jest prasa
i telewizja oparte na zasadzie konkurencyjności i piszące prawdę,
możliwa jest wolność nauki i autonomia wyższych uczelni..., możliwe są
niezawisłe sądy". Tyle że - dodawał - "musimy to wszystko od władz
wydzierać i wymuszać". Po trzech latach w swojej historii "Solidarności"
Jerzy Holzer pisał: to był "znakomity tekst", ale "czy owe ograniczone
cele podane przez Michnika dawały się pogodzić z interesami państwowymi
i ideologicznymi ZSRR?". W duchu podobnego realizmu wypowiadał się
Kuroń, napisał artykuł Czy grozi nam interwencja? i odpowiadał, że
jest mało realna, bo politycznie będzie dla Kremla zbyt kosztowna.
Rosjanie muszą zaakceptować to, co się w Polsce dzieje, więc opozycja
powinna "wyrywać władzy komunistycznej kolejne dziedziny życia
społecznego". Kuroń dowodził, że można zredukować wpływy partii do
wojska, policji i administracji centralnej. W epoce Breżniewa dowodził,
że można odebrać komunistom gospodarkę, wymiar sprawiedliwości, media,
edukację, kulturę, niemal wszystko. Na koniec pisał: "Jestem przekonany,
że interwencji nie będzie".
Tekst Kuronia rozwścieczył prymasa, na spotkaniu z delegacją z "Solidarności" oznajmił, że przeczytał artykuł cztery razy, czego "nie
należy traktować jako komplementu dla autora". I dalej: "Są tu
powiedziane słowa, których mówić nie można, po prostu nie można. Można
tak myśleć, robić tak można, ale mówić - nie". Niedługo potem Wyszyński
wkroczył do akcji, PZPR zgodziła się na wydawanie "Tygodnika
Solidarność", więc Wyszyński uznał, że gazeta nie może się dostać w ręce
KOR-u, bo to zbyt niebezpieczne dla kraju. Kuroń i Michnik byli
zaskoczeni, traktowali jako pewnik, że dostaną gazetę, zdążyli już
wszystko zaplanować, od składu redakcji po kształt pisma, widzieli w nim
wielką polityczną szansę dla siebie. Ale Wyszyński nacisnął na Wałęsę,
aby naczelnym został publicysta katolicki Andrzej Micewski. Kuroń
poszedł do Geremka, aby wspólnie zmusić Wałęsę do cofnięcia nominacji,
ten jednak twardo odmówił, powiedział, że ma dość ciągłych nacisków na
związek, zarówno ze strony Kościoła, jak i KOR-u. Kuroń i Michnik
spróbowali więc innej metody, poszli do Micewskiego i powiedzieli, że
poprą go, ale pod warunkiem że pozwoli sobie w całości skompletować
redakcję. Wymienili kilkanaście nazwisk (m.in. Helenę Łuczywo, Seweryna
Blumsztajna, Joannę Szczęsną). Mogli sporo ugrać, jednak Michnik
nacierał zbyt mocno. Biskupi właśnie wezwali wszystkich do umiaru, a ich
rzecznik, ksiądz Alojzy Orszulik, oświadczył, że to apel nie tylko do
władzy, ale też do opozycji, z nazwiska wymienił Kuronia oraz jego
niedawny artykuł. A wtedy Michnik poszedł do Micewskiego i zażądał, aby
się odciął od słów Orszulika, a potem zorganizował kampanię w środowiskach opozycyjnych, przekonując, że słowa Orszulika są zgodą
Kościoła na aresztowanie Kuronia. Oskarżenie było nie tylko brutalne,
ale również całkowicie zmyślone, Wałęsa i Wyszyński byli tak wściekli,
że już po kilku dniach naczelnym został Mazowiecki, a został dlatego, że
było wiadomo, iż do redakcji nie wpuści ani jednej osoby związanej z Michnikiem. W istocie nie wpuścił, zamknął łamy nawet na gościnne
teksty. Michnik po latach skarżył się: "Mazowiecki... nigdy nie
zaproponował mi napisania artykułu do "Tygodnika Solidarność"".
Michnik uważał zachowanie swoich oponentów za małostkowe, koteryjne,
strachliwe, nawet po latach powtarzał: "Nie bardzo wiedziałem, co ci
eksperci naprawdę kombinują. Mazowiecki i Geremek zawsze mieli miny
sfinksów. I nic nie chcieli powiedzieć... Wciąż powtarzali: "trzeba
odpowiedzialnie, poważnie, roztropnie". Nikt nie wiedział, dokąd
naprawdę sterują. Wiadomo było tyle, że ich zdaniem korowców trzeba
izolować". Tamto niezrozumienie sytuacji było symptomatyczne, pojawi się
w życiu Michnika jeszcze wiele razy, dlatego warto na nie zwrócić uwagę.
W Michniku stale ujawniał się defekt utrudniający zrozumienie prawd w polityce najprostszych. Przecież stanowisko Mazowieckiego czy Geremka
było oczywiste: wszystko już zostało wywalczone, w sierpniu powstanie
narodowe się zaczęło i w sierpniu się zakończyło. Wszystko, co było do
zdobycia w ramach sowieckiego imperium, zostało zdobyte. Co gorsza,
przez przypadek opozycja zdobyła więcej, niż zdobyć powinna, co grozi
rychłym odebraniem zdobyczy. Logika Mazowieckiego i Geremka opierała się
na czymś, co politycy polscy i zachodni widzieli gołym okiem, ludowe
powstanie wygrało na imponującą skalę, więc trzeba natychmiast wygasić
konflikt i zachować zdobyte wolności. U podstaw tego myślenia leżało
przekonanie, po latach bezsporne, że samo powstanie "Solidarności"
pogwałciło wszystkie reguły radzieckiego bloku. Od pierwszych dni
związek istniał na kredyt, zaś wszystkie moce systemu szykowały się do
egzekucji. Dlatego doradcy robili wszystko, aby zniknąć z radarów
Breżniewa, Susłowa, Andropowa. Aby ci przywykli do nowej sytuacji,
oswoili się z nią, aby uwierzyli, że nie narusza ona strategicznych
interesów Moskwy.
Kuroń i Michnik lekceważyli groźbę siłowego zdławienia "Solidarności",
często o niej mówili, ale jako czymś odległym, co nie ogranicza w bieżących działaniach. Wściekły atak na siebie w komunistycznych mediach
traktowali jako propagandową rutynę. Uważali, że oficjalnie władza w nich bije, zaś nieoficjalnie słucha z uwagą, analizuje ich kompromisowe
oferty. Czuli się realistami, bo uważali, że składają władzy bezpieczną
dla niej ofertę, powtarzali przecież na wiecach, że Polska jest częścią
imperium, że decyzje narzuca jej Moskwa, a ten fakt należy zaakceptować.
Uważali, że taka deklaracja uspokaja komunistów, kłopot w tym, że mieli
nierealistyczną ocenę tego, co jest dla komunistów bezpieczne. I nierealistyczny obraz tego, jak ich władza postrzega. Po latach, na
podstawie archiwów PZPR i KPZR, wiadomo, że się mylili, nie trochę, nie
bardzo, lecz całkowicie. Skłonność komunistów do kompromisu, zwłaszcza
Kremla, była zerowa, jedynym scenariuszem analizowanym przez komunistów
było użycie siły. Spór dotyczył tylko dwóch kwestii: kto jej użyje oraz
kiedy. A zatem kto spacyfikuje bunt: Rosjanie czy Polacy, oraz kiedy to
zrobią - natychmiast, jak chcieli Rosjanie, czy później, jak woleli
Polacy. Kompromis był możliwy, o ile w ogóle, tylko w oparciu o linię
Mazowieckiego i Geremka, czyli wygaszania konfliktu.
Dzięki archiwom wiadomo coś jeszcze, Kuroń i Michnik nie tylko się
mylili, ale od początku byli jednym z głównych powodów, dla których
Jaruzelski i Breżniew twardo odrzucali kompromis. Nie ze względu na
polityczną siłę Kuronia i Michnika, bo jej nie mieli, ale ze względu na
logikę systemu. Ich krzykliwa obecność była oficjalnym zalegalizowaniem
postaw antysystemowych, a nie po to Moskwa trzymała Sacharowa na
zesłaniu, aby w Polsce jemu podobnym pozwolić na prowadzenie polityki.
Nazwiska Kuronia i Michnika padały z ust nie tylko Stanisława Kani i Wojciecha Jaruzelskiego, ale też Leonida Breżniewa, Jurija Andropowa,
Michaiła Susłowa. Gdy Kania przyjechał do Moskwy, Breżniew odczytał mu
notatkę. "Nie wolno dłużej zwlekać z podjęciem aktywnych działań
przeciwko elementom antysocjalistycznym. Przecież zdeklarowani
antykomuniści, tacy jak Kuroń i Michnik, nie cofają się już przed
żądaniem rozprawy z członkami PZPR i zmiany ustroju państwowego".
Podobnych dokumentów zachowały się dziesiątki. Na bieżąco też mieli
sygnały, że grają stanowczo za ostro, Kuroń opowiada, jak zadzwonił do
niego z Paryża Eugeniusz Smolar: "Jacek, jest niedobrze. Jest bardzo
źle. Prasa radziecka wymienia ciebie z nazwiska jako wroga socjalizmu.
To po Sołżenicynie i Sacharowie pierwszy wypadek, że wymieniają z nazwiska".
Rzecz nie w tym, aby dwie osoby oskarżyć o doprowadzenie do stanu
wojennego. Ale o uchwycenie ostrości ich politycznego stylu oraz ich
pewności siebie, znacznie większej niż ich zdolność zrozumienia realiów.
Opis władzy, jaki przedstawili Kuroń i Michnik, miał niewiele wspólnego
z rzeczywistością. Nie zrodził się z próby zrozumienia tego, co władza
robi, co mówi, jakie wysyła sygnały, ale był upartym powtarzaniem
własnych myśli sprzed kilku lat, które legły u podstaw KOR-u. Myśli,
których podtrzymywanie miało znowu postawić KOR w centrum wydarzeń.
Tymczasem rzeczywistość dostarczała innych informacji, Wałęsa,
Mazowiecki, Geremek ciągle rozmawiali z komunistami, opowiadali potem,
co ci ludzie mówią, czego chcą, czego się boją. Kuroń i Michnik tych
relacji nie przyjmowali do wiadomości, mówili, że komuniści blefują, a doradcy dramatyzują. Obaj dowodzili, że jest możliwa większa (Kuroń) lub
mniejsza (Michnik) finlandyzacja, czyli stworzenie w Polsce reguł
radykalnie innych niż w reszcie bloku.
Sprawa jest ciekawa, bo nawet wiele lat później, w pierwszych latach
panowania Gorbaczowa, ta wizja była nierealistyczna. Stała się
realistyczna, jak słowo podpowiada, dopiero wraz ze zmianą realiów, gdy
sama Moskwa podjęła decyzję o zwijaniu imperium. W 1980 roku weto Moskwy
wobec autonomii politycznej Polski było tak oczywiste, jak to, że słońce
wschodzi na wschodzie; inaczej myśleli tylko antykomunistyczna młodzież
oraz związkowi działacze. To nie jest tak, że dopiero stan wojenny
przyznał rację jednej ze stron, że przed jego wprowadzeniem można było
myśleć na różne sposoby. O twardej postawie Moskwy i nadchodzącym
rozwiązaniu siłowym mówiono w Waszyngtonie, Watykanie, Londynie, Paryżu
i Bonn; "Solidarność" była stale ostrzegana przez zachodnie stolice
przed radykalizmem. Wałęsa wiecznie domagał się od Kuronia, ale też od
Michnika, aby przestali jeździć po kraju i przedstawiać radykalne tezy,
które potem trafiają na czołówki zachodnich i wschodnich gazet, bo to
się skończy katastrofą. Wybuchały o to dzikie awantury, ale na wszystkie
zarzuty Kuroń i Michnik odpowiadali z wyższością weteranów. Dowodzili,
że w 1976 roku było podobnie, wszyscy wtedy mówili, że nie można jawnie
wystąpić przeciw władzy, a jednak KOR-owi się udało.
Michnik nie zmienił zdania nawet po latach, kiedy przeczytał
komunistyczne archiwa. Dowiedział się wtedy, jak błędnie opisywał
perspektywę komunistów, ich wyobrażenia, ich interesy, ich skłonność do
kompromisu. A co za tym idzie, jak błędnie wykreślał strategię dla
opozycji. Poznawszy fakty, uznał, że to on miał rację, a winę przerzucił
na komunistów: "Wiele lat później przeczytałem tom dokumentów Biura
Politycznego z lat 80-81. Kiedy dziś się te dokumenty czyta, ma się
wrażenie, że są to zapisy rozmów między pacjentami domu dla umysłowo
ociężałych. Państwo się rozlatywało, a członkowie politbiura,
odpowiedzialni za losy Polski, bez przerwy zastanawiali się, czy Kuronia
i Michnika aresztować, czy ich nie aresztować, czy zatrzymać, czy nie
zatrzymywać. Te dokumenty dowodzą całkowitej niedojrzałości ich
politycznego myślenia". Rozżalony Michnik dodaje, że Jaruzelski był nie
lepszy. "Idea reformy systemu w sensie odkomunizowania państwa była
całkowicie poza ich horyzontem". No właśnie - poza ich horyzontem. To
jest myśl, którą powtarzali wszyscy, poczynając od Mazowieckiego i Geremka. To jest diagnoza, przeciw której Michnik i Kuroń poszli na
wojnę.
W ostatnich miesiącach "Solidarności" rozeszły się drogi Kuronia i Michnika. Kuroń oprzytomniał, rozejrzał się dookoła i zrozumiał, że
poszedł za daleko, a wtedy poparł linię ekspertów, zaakceptował
przywództwo Wałęsy. Michnik odwrotnie, jeszcze mocniej się
radykalizował, a ponieważ nie tolerował różnicy poglądów, nawet u przyjaciół, zaatakował także Kuronia. Zaczęło się od usunięcia
Walentynowicz, od samego początku sławna suwnicowa toczyła osobistą
wojnę z Wałęsą, pełną personalnych oskarżeń, od agentury po obyczaje.
Ataki były tak zaciekłe, że Wałęsa usunął ją z prezydium gdańskiej
"Solidarności". Kuroń pisze o tamtym wydarzeniu: "Ania zupełnie oszalała
i nieodpowiedzialnie miotała wyzwiska". Dalej Kuroń pisze: "Moi korowscy
przyjaciele w Warszawie potraktowali sprawę Ani jako naruszenie zasad
moralnych i domagali się ode mnie, żebym publicznie wystąpił przeciw
Wałęsie. Tłumaczyłem, że członkostwo we władzach związku nie jest prawem
człowieka, a publiczny atak na Wałęsę w tym momencie jest zwyczajną
polityczną głupotą. Nie chcieli mnie słuchać... Nawet Adam Michnik".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki