Wstęp
Anna Augustyn-Protas, Będzie Pani zadowolona
Jaki to świetny temat. Ogród! Długo się jednak przed nim wzbraniałam. Mam pisać książkę o menopauzie? Jeszcze mój mąż pomyśli, że to mnie dotyczy! O seksie, o zachwytach - proszę bardzo. Tymczasem temat wciągnął mnie, bo niespodzianie sama znalazłam się w przedpokoju klimakterium. Mam 49 lat (czyli "bliżej trzydziestki niż dwudziestki", jak to ktoś genialnie ujął) i czuję, że moje hormony są w procesie zmiany. Jak pociąg na granicy polsko-białoruskiej, który musi dostosować się do torów o innej szerokości, żeby jechać dalej. Olśniło mnie, że ta cała "M." zaraz się zacznie i już czas się przygotować. Mam niezłe geny po cudownej matce, ale to nie wszystko. Przejrzałam więc (nieliczne) książki o menopauzie i (liczne) strony w internecie. Z każdą kolejną informacją o tym, co mnie czeka, mina mi coraz bardziej rzedła: wszystko podawano w barwach pożogi. A przecież to nie koniec życia, tylko kolejny etap, jak często rozmawialiśmy z Doktorem, i to często lepszy niż wcześniejsze! Tak zrodził się pomysł, żeby napisać o "Pani M." - jak się jej nie dać, a nawet jak na niej skorzystać.
Nie, to nie jest książka o menopauzie jako o świetnej imprezie. W końcu to czas, który kończy, i to bezpowrotnie, kilka ważnych kobiecych wątków. I często dość obcesowo, bo spadek hormonów potrafi dokuczyć, gdy odsłania lata zaniedbań zdrowotnych. Poza tym - spójrzmy prawdzie w oczy - zaczyna się okres przyspieszonego starzenia. Jest się z czego cieszyć? No więc... jest z czego.
Bodźcem do pisania tej książki był zachwyt nad dojrzałością. Nic nie musimy, wszystko wciąż możemy. Dzieci dorosły, praca nie stresuje jak kiedyś. Mamy czas i nierzadko możliwości, żeby żyć na własnych warunkach, dbać o siebie. Robić sobie prezenty, jak urocza mama mojej przyjaciółki Basi, która nawet podpisuje pięknie zapakowane pudełka: "Dla siebie kochanej". Nigdy dotąd spełnianie marzeń nie było tak łatwe. Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które może zaczynać od nowa, drugą rundę. Kiedyś zostawało się krawcową, prawniczką, księgową, i było się nią do końca. Nie miała sensu zmiana - zaraz pojawiała się meta, jeśli nawet nie życia, to pracy; zaczynał się rozdział wnuków i podlewania pelargonii (jak w liceum, z przyjaciółką Patrycją, wyobrażałyśmy sobie starość). Dziś kobiety w Polsce dożywają osiemdziesiątki, i w połowie życia - jak w jego talii - coraz więcej z nas wykonuje taneczny obrót i w życie 2.0 wchodzi jako przebojowa coachka, organizatorka warsztatów, autorka bloga o podróżach i sztuce. Ileż mam koleżanek, które się rozwiodły albo zakochały właśnie teraz. Spadek żeńskich hormonów okazał się w tym wręcz pomocny. Wraz z nimi ubywa nam miękkości, tkliwości, tendencji do zdrabniania i poświęcania się, a do głosu dochodzą hormony asertywności, zdecydowania i stanowczości. Z niewiast (tych, które nie wiedzą) zmieniamy się w wiedźmy (te, które wiedzą). Pięknie mówi o tym chińska medycyna: gdy esencja jin przemija, esencja jang staje się relatywnie bardziej dominująca. Dopełnia się pełnia. Dzięki niej wiele kobiet (dalej chińska medycyna) właśnie teraz odnosi największe sukcesy. Owszem, część kobiet odczuwa stratę - zdrowia, młodości, płodności, kobiecości, także dostrzegalności i pewności siebie - zwłaszcza te, które w ocenie swojej wartości ulegają męskiej, patriarchalnej punktacji. Gdy jednak uda się zmienić zoom, można w nowy okres wejść z wigorem. Zwłaszcza że właśnie w połowie życia mamy szanse na pełne poznanie siebie, na zadomowienie we własnej skórze, większą autentyczność. I lepsze wybory, życiowe i miłosne. W końcu zebrałyśmy pokaźny pakiet wiedzy o świecie. Jak ktoś powiedział: może nie widzimy najlepiej z bliska, ale popaprańców rozpoznajemy z daleka.
Jeszcze jedno. Czas odczarować Panią M. Nie wstydźmy się jej. Nie martwmy, że to już. Cieszmy się, że dożyłyśmy. Jest taka scena w uroczym, kobiecym filmie Karmel Nadine Labaki (2007 r.). Jedna z bohaterek ma czerwoną plamę z tyłu spódnicy. Dziewczyny siedzące w poczekalni dyskretnie zwracają jej uwagę. ("Niemożliwe!" - szepce zażenowana nasza bohaterka). Że sama sobie plamę zrobiła, orientujemy się pod koniec filmu, gdy głośno prosi o przepuszczenie do łazienki ("Przepraszam, mogę pierwsza? Zaczął mi się okres!"), a w kabinie wyciąga z torebki buteleczkę z krwistym barwnikiem i polewa nim papier toaletowy, po czym kładzie go na wierzchu kosza, żeby był widoczny, i dokłada opakowanie po podpasce. Tak bardzo chciała zaprezentować się wszystkim jako miesiączkująca, a więc młoda. Odmawiała bycia starą. Scena jak na film - wzruszająca, jak na życie - niepotrzebna. Jak to ujęła Coco Chanel: "Nic nie postarza kobiety bardziej niż udawanie, że jest wciąż młoda".
Od premiery filmu Labaki minęło 15 lat, w tym czasie zdążyła przez świat przejść (raczej: do niego wejść) kobieca rewolucja, a na temat menopauzy niewiele się zmieniło. Nadal ten termin brzmi szpetnie i wstydliwie. Nadal kojarzy się z zakończeniem rozdziału "atrakcyjność, kobiecość". Skoro mówimy, że pierwsza miesiączka sprawia, że czyjaś córka staje się kobietą - to co sugerujemy, gdy nadchodzi czas ostatniej miesiączki. Że przestaje nią być? Mam wrażenie, że podświadomie boimy się być o to posądzone. Kolejna moja dojrzała koleżanka rozmowę o menopauzie zaczyna od zastrzeżenia, że temat jeszcze jej nie dotyczy ("no wiesz, ja oczywiście miesiączkuję..."). Hallo, girls! Kobiet jest więcej niż mężczyzn, a już te 45+, 50+, 60+ to najsilniejsza grupa demograficzna. W zachodnim świecie (w Europie, w Stanach) także najlepiej wykształcona. Dlaczego tak karnie idziemy w zaprzęgu mansplainingu, męskiego objaśniania świata. Dlaczego nawzajem poniżamy się i czujemy się poniżone? Z powodu przemijania? Menopauza jest nieuchronna jak jesień, najpiękniejsza pora roku. Czas, kiedy "skrzypce przechodzą w wiolonczelę", jak pięknie napisał poeta Marcin Kydryński. Słowo "klimakterium" wywodzi się z języka greckiego, gdzie nie przypadkiem oznacza "punkt kulminacyjny", ale też "najwyższy stopień wtajemniczenia". Wcale nie "koniec" niczego.
Oczywiście, cieszyć się dojrzałością możemy wtedy, gdy jesteśmy zdrowe, silne i pogodne. To co nam złego robi menopauza - poza odebraniem płodności, młodości - to podmywanie zdrowotnego status quo. Nawet dla 70% z nas nadejście Pani M. oznacza pogorszenie samopoczucia, ale też ujawnienie się wielu chorób. Dobra wiadomość jest taka, że w tej książce mamy zebrane najnowsze dane, co robić, żeby tak nie było. Warto, by poznała je każda kobieta. To był drugi bodziec do napisania tej książki.
Trzecim była potrzeba odkłamania menopauzy. Mówi się, że za upiorność jej przechodzenia odpowiada spadek poziomu hormonów kobiecych, co pogarsza pracę wielu organów. Doktor Tadeusz Oleszczuk mówi: jest odwrotnie. To kondycja konkretnych naszych narządów sprawia, że spadek estrogenów jest tak nieprzyjemny! To zła praca jelit, tarczycy, wątroby stoją za nieprzyjemnymi objawami. A jeszcze ściślej: winne jest to, co je psuje. To przede wszystkim stres, chemia w otoczeniu, a najbardziej niewłaściwa dieta. Zwłaszcza diety większość z nas nie traktuje poważnie. Co w sumie można zrozumieć. Trudno przyjąć, że po pierwsze: coś, co jest dopuszczone do sprzedaży, może nas niszczyć od środka. Po drugie: przecież mnóstwo innych osób je byle jak i żyje. Że coraz gorzej, widać to dopiero po pewnym czasie. Na przykład w okresie menopauzy.
Wiemy, jak postępować, żeby żyć dalej i na pełnej petardzie. Co sobie zbadać, ale też, co jeść, czego unikać, na jakie nawyki postawić. Menopauza to taka wąska kładka, na którą w połowie życia wejdzie każda kobieta. Instrukcję, jak przez nią przejść w pełni sił i wesoło machając torebką, zawiera ta niewielka książka. Pierwszy kompletny poradnik na temat menopauzy. Mam nadzieję, że będzie tak pomocna, jak Czego ci ginekolog nie powie - nasza pierwsza wspólna z dr. Tadeuszem Oleszczukiem książka. Nie mamy wątpliwości, że i ta może być przełomowa.
Dr n. med. Tadeusz Oleszczuk, Jak się nie dać menopauzie, czyli co stosuje moja żona
Kiedy zaczynałem pracę jako lekarz, w późnych latach osiemdziesiątych - niemal 40 lat temu! - pacjentki zgłaszające się z objawami wypadowymi (z uderzeniami gorąca, zatrzymaniem regularności cykli miesiączkowych, wzrostem masy ciała, brakiem chęci do życia) częściej opowiadały o sobie, niż prosiły o pomoc. W większości one, obserwując swoje matki, babcie czy starsze kobiety w rodzinie, z pokorą przyjmowały nadejście menopauzy i godziły się na taki stan rzeczy. Kierowały uwagę na wnuki, poddając się nieubłaganemu upływowi czasu.
W tamtych czasach tylko ok. 20% dziewczyn (mniej niż dziś) burzliwie przechodziło menopauzę. Ale objawy gwałtownego spadku poziomu hormonów nie tylko pogarszały jakość ich życia, ale też zwiększały ryzyko wynikających z tego stanu chorób. Podejmowaliśmy, jako lekarze, próby pomocy cierpiącym dziewczynom. Polegały przede wszystkim na okresowym uzupełnianiu niedoborów. W wielu przypadkach było to zbawienne i likwidowało nieprzyjemne objawy, a nawet działało ochronnie na układ krążenia oraz zapobiegało osteoporozie. Pamiętam jednak, że wtedy dawki hormonów były stosunkowo duże, a wybór możliwości terapeutycznych ograniczony. W następnych latach pojawiały się nowe preparaty, nowe badania naukowe świadczące o bezpieczeństwie stosowania suplementacji hormonalnej i o wzroście korzyści względem ryzyka. "Hormonom" towarzyszył jednak długi cień, że podnoszą ryzyko raka, co po 50. roku życia i tak statystycznie zdarza się znacznie częściej. Co ciekawe, przed HTZ przestrzegali nawet sami lekarze, zwłaszcza kardiolodzy i onkolodzy. Bywało, że hormonalna terapia zastępcza budziła opory jeszcze innego rodzaju. Kiedyś pewna pacjentka powiedziała, że HTZ jest wbrew naturze, bo gdyby Pan Bóg chciał, żeby kobiety po pięćdziesiątce miały wyższy poziom hormonów, to by go miały. Że jest coś niemoralnego w ich łykaniu, a chęć zachowania młodości to próżność, trzeba zatem godzić się z upływem życia.
Dziś dominuje pogląd, że skoro żyjemy do osiemdziesiątki, to te 30 lat menopauzy warto przeżyć najlepiej jak się da. Świetnie wyglądające celebrytki po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce są reklamą tego, że owe wysiłki mogą dawać spektakularne efekty. I nie oszukujmy się: zabiegi z zakresu medycyny estetycznej to tylko wisienki na torcie. Sporo pań stosuje nowoczesne terapie hormonalne, które przedłużają im młodość, jakby zatrzymał się czas. Nowoczesne preparaty, odpowiednio dobrane, czynią to znakomicie, niemal nieodczuwalnie. Także bezpiecznie, jeśli stosuje się najmniejsze skuteczne dawki, jednocześnie prowadząc nowoczesną profilaktykę wyprzedzającą ryzyko onkologiczne. Ale łykanie leków to tylko jedna ze ścieżek radzenia sobie z dokuczliwością przekwitania.
HTZ jest jak odmalowanie fasady. Warto jednak zajrzeć sobie do środka - co tam się takiego dzieje, że czujemy się źle? Jaką prawdę o naszym organizmie ujawnił spadek estrogenów? Owszem, hormony pomogą - bo na nowo zasłonią ten niewesoły obraz! Może jednak lepiej się za siebie wziąć? Wyleczyć to co nie działa i tak zadbać o siebie, żeby dolegliwości nie wracały. Czasem wystarczą tylko nowe nawyki codzienne. To, co jemy, jak się ruszamy, ile śpimy, co myślimy o sobie i świecie. A że diabeł tkwi w szczegółach, nawet w samej diecie jest bardzo dużo pułapek.
Dojrzałość to świetna sprawa. Wszystko jest prostsze. Wybory życiowe i codzienne. Pamiętam takie zdarzenie: jako dziecko jechałem z dziadkiem furmanką. Dziadek w pewnym momencie zauważył przy drodze znajomą. Zatrzymał wóz, uchylił kapelusza i zapytał, jak się kobieta miewa. A ona zaczerpnęła powietrza i jak nie zaczęła narzekać, że to źle, to też źle, wszystko źle... Dziadek nie namyślał się ani chwili. Chwycił lejce. - Wio! - pogonił konia i pojechaliśmy dalej. Dziś mnie to "wio!" zachwyca. To właśnie mądrość dojrzałości: wiedza, że życie krótkie i że nie ma co marnować czasu. I umiejętność łapania za lejce.
Dojrzałość to też czas zbiorów. Mamy za sobą lata dorabiania się zawodowego i prywatnego, dzieci poszły swoją drogą. Można budować dobre, czułe relacje z partnerem, aktywnie korzystać z życiowego doświadczenia. Rozwijać nowe pasje lub wracać do odkładanych. Najczęściej teraz dopiero mamy na to czas i środki. Sam trzy lata temu zrobiłem prawo jazdy kat. C, bo marzyłem o tym jako chłopiec: przejechać się TIR-em po mieście, zrobić kopertę cofając ciężarówkę. Oto najlepszy moment, aby spełniać marzenia.
Żeby to było jednak możliwe, trzeba być zdrowym, zdrową. Po czterdziestce, pięćdziesiątce jest to szczególnie ważne, ponieważ przez tąpnięcie hormonalne zaczynają na wierzch wychodzić poukrywane dotąd schorzenia. Okres przekwitania to taki żeński kryzys wieku średniego. Ostry zakręt, z którego - przy niezachowaniu ostrożności - łatwo wypaść. A nie trzeba. W sukurs przychodzi medycyna, ale potraktowana holistycznie. Najnowsze odkrycia naukowe pozwalają precyzyjnie wskazać ryzyko rozwoju chorób, pokazują też, jak je zminimalizować czy wręcz ograniczyć do zera. HTZ to tylko dodatek, wisienka na torcie, wcale nie konieczna.
O tym jest ta książka.
P.S. Wczoraj pewna atrakcyjna dojrzała dziewczyna opowiedziała mi, że znowu znajoma zaczepiła ją z pytaniem, jak to się dzieje, że tak świetnie wygląda, że jest szczupła, wysportowana, trzyma się prosto, ma figurę i energię czterdziestolatki.
- I jaka była odpowiedź? - zapytałem z zaciekawieniem.
- Że dużo się ruszam, od lat uprawiam sport, mam hobby, które mnie cieszy, rowery, żeglarstwo - zaczęła wyliczać. - Owszem, mam dobrze dopasowaną suplementację hormonalną. A przede wszystkim jestem zadbana pod kątem ekologicznej diety, czego pilnuje mój pełen zapału mąż - odpowiedziała, z najpiękniejszym uśmiechem świata, moja żona.