Opuszczenie kurnika
Ipsak czuła się szczęśliwa nawet wtedy, gdy tylko patrzyła na podwórze. Oglądanie zabaw kręcącego się w kółko stada kaczek czy podszczypującego ich kupry psa wygrywało z chęcią dziobania karmy.
Czasem zamykała oczy i wyobrażała sobie, jak bez ograniczeń spaceruje tam i z powrotem po dziedzińcu. Próbowała zobaczyć siebie, jak wysiaduje jajo w ciepłym gnieździe, przechadza się po podwórzu z kogutem i goni kaczki. W końcu głęboko wzdychała, zmuszona otworzyć oczy.
To bez sensu. Ten dzień nigdy nie nastanie.
Ipsak znowu nie mogła znieść jaja. Nawet trzeciego i czwartego dnia. Nic w tym dziwnego. Była ostatnio tak słaba, że nie mogła nawet ustać na nogach.
- Bezużyteczna kura. Ani nie znosi jajek, ani nie nadaje się na mięso - powiedziała gospodyni. - Dość już tego, pora opuścić kurnik - dodała bezceremonialnie, wspominając, że to już piąty bezowocny dzień.
Ipsak dobrze ją słyszała, choć sprawiała wrażenie, że śpi jak zabita.
Opuścić? Kurnik?
Nie mogła pojąć, o co chodzi. Nie wiedziała, co znaczy "bezużyteczna kura", ale na dźwięk słowa "opuścić" niespodziewanie krew zaczęła w niej szybciej krążyć. Podniosła nieco głowę i wypiła odrobinę wody.
Następnego dnia także nie mogła znieść jaja. Czuła, że w jej ciele więcej jaj się nie zrodzi. Mimo to zjadła odrobinę i napiła się.
A więc zaczynam nowe życie. Muszę wysiedzieć jajo i wychować pisklę. Mogę to zrobić. Niech no tylko wydostanę się na podwórze...
Ipsak czekała rozemocjonowana. Nie mogła spać, wyobrażała sobie, jak spaceruje w towarzystwie koguta, jak grzebie w ziemi.
Siódmego dnia, odkąd nie mogła znieść jaja, do kurnika weszła, pchając pustą taczkę, para gospodarzy. Ipsak nie miała siły, nie mogła prosto ustać, ale jej umysł był jaśniejszy niż kiedykolwiek.
- Wreszcie opuszczam kurnik! Ko, ko, ko! - Pierwszy raz od dłuższego czasu podniosła głos.
Nastał dla niej najważniejszy dzień od czasu zamknięcia w kurniku. Poczuła, że kwiaty akacji pachną dziś wyjątkowo pięknie.
- Szkoda, może odzyskamy choć wartość mięsa?
- Hmm... wydaje się chora... - Gospodarze wymieniali się spostrzeżeniami w obecności Ipsak.
Kura nie słuchała ich zbyt uważnie. Czuła tylko, jak serce jej łomoce na myśl o tym, że wreszcie będzie mogła żyć na podwórzu.
Mężczyzna chwycił ją za grzbiet, szybko i bez specjalnych zabiegów, a potem wyciągnął z kurnika, w którym utknęła na prawie rok.
Plask!
Ipsak została rzucona na taczkę. Nie była chora, ale nie miała siły zatrzepotać nawet skrzydłami, nie mówiąc o stawianiu oporu. Na chwilę nieco oprzytomniała, wyprostowała szyję, lecz już po chwili została przykryta innymi słabymi kurami, które tak jak ją załadowano na taczkę.
Z kurnika wyciągnięto też stare kury i zamknięto razem w osobnej, drucianej klatce. Były zdrowe, ale nie znosiły już jaj. Wszystkie zostały zapakowane na ciężarówkę i opuściły fermę. Jednak Ipsak została - na taczce. Przyciśnięta kurami, które wyglądały na umierające. Kura rzucona jako ostatnia przygniotła ją całkowicie, zakrywając jej głowę.
Mimo że mocno przyduszona, Ipsak starała się nie stracić przytomności.
O co chodzi? Skąd ten niepokój?
Głos hałaśliwych kur słabł stopniowo, aż w końcu przestał być całkowicie słyszalny. Oddychanie stało się trudne.
Czy to właśnie znaczy "bezużyteczna kura"?
Zrobiło się duszno. Powieki Ipsak same się zamknęły.
Czy to nie tak się właśnie umiera? Nie mogę tak umrzeć!
Kura starała się być odważna, lecz robiło się coraz straszniej. Gdzieś z dna serca wypłynął smutek.
Taka śmierć? Niemożliwe, nie wierzę... Chcę na podwórze!
Pomyślała, że trzeba będzie jakoś wydostać się z tej taczki. Leżało na niej jednak zbyt wiele kur, a jej samej się wydawało, że ma połamane kości.
Przypomniała sobie o kwitnącej akcji. Zielone listki, zapach kwiatów, pojawiły się też radosne postacie członków rodziny.
Miałam pragnienie. Wysiedzieć jajo i zobaczyć narodziny pisklęcia! To naturalne, skoro urodziłam się kurą. A tu taka śmierć?!
Im bardziej Ipsak się emocjonowała, tym głębiej przenosiła się w świat fantazji. Widziała samą siebie wysiadującą jajko w ciepłym, słomianym gnieździe. U boku miała eleganckiego i odważnego koguta, a płatki kwiatów akacji unosiły się na wietrze niczym śnieg.
Zawsze chciałam wysiedzieć jajo. Ach, żeby tak choć raz. Tylko moje jajo, dziecko, którego szept mogłabym usłyszeć. Nigdy cię nie zostawię. Kochanie! Skrusz skorupkę! Chcę cię zobaczyć. Nie bój się...
W końcu doznała halucynacji, że rzeczywiście wysiaduje jajo, i uśmiechając się, straciła przytomność.
Minął jakiś czas. Ciągle padało. Kompletnie przemoczona Ipsak otworzyła oczy.
Gdzie ja jestem? Wygląda na to, że jednak nie umarłam.
Zimno, brr!
Kura odzyskała świadomość, ale nadal nie była w stanie wykrzesać z siebie energii. Gdyby strzepnęła pióra, może byłoby lepiej, ale nie miała na to siły.
Wtem, nad jej głową, rozległ się jakiś dźwięk. Zabrzmiał kilka razy, aż w końcu i ona go dosłyszała.
- Hej, ty! Do ciebie mówię, słyszysz?
Z trudem podniosła głowę. Poczuła tylko mocny, ostry zapach, kompletnie nic nie było widać.
- Jesteś cała! Wiedziałem!
Gorączkowe nawoływania zabrzmiały zdecydowanie wyraźniej niż przed chwilą.
- Wstawaj! Mówię ci, próbuj iść!
- Próbować iść? Nie dam rady, za ciężko...
Ipsak rozejrzała się po okolicy. Drzewa na mrocznym, zalesionym zboczu i trawy porastające wał kołysały się na wietrze. Głos dochodził gdzieś stamtąd.
- Nie umarłaś! Wstawaj więc szybko, mówię!
- Oczywiście, że nie umarłam.
Spróbowała poruszyć skrzydłami. Wyprostowała nogi, pokręciła szyją to w jedną, to w drugą stronę. Nie miała jedynie energii, reszta była w normie.
- Hej tam, kim jesteś?
- Nie gadaj bez sensu, uciekaj. Pospiesz się!
Wstała, chwiejąc się na nogach. Z trudem stąpnęła w stronę, z której dochodził głos. Pierwsze kroki od dłuższego czasu. Jeden krok, drugi krok. Zatrzymała się gwałtownie.
- Och nie! A to co?!
Zszokowana usiadła z plaskiem. Kopiec, to, po czym stąpała, był niczym innym, jak stosem nieżywych kur. Znajdowała się w dole na martwe kury.
- Ja nadal żyję. Jak tak można?!
Zerwała się raptownie i zaczęła biec, gdacząc: "Ko, ko, ko". Jednak mimo rozpędu nie mogła się wydostać z dołka. Deptała po trupach kur. To było potworne, wywoływało u niej gęsią skórkę, ale nadal nie przynosiło całkowitego oprzytomnienia.
- Do diabła, co ty robisz? - Głos spoza dziury znowu się odezwał.
Ale Ipsak nie mogła go słyszeć, biegała bowiem i gdakała jak szalona.
- Co robić? Naprawdę nie wiem, co robić...
- Jak tak dalej pójdzie, będzie katastrofa!
- Nie umarłam przecież, jestem cała!
- Mówię ci, uważaj! Obserwuje cię!
- Nie wiem, nie wiem... Naprawdę nie wiem, co robić...
- Uciekaj! Nie widzisz, że poluje na ciebie? Głupia kura! Przecież mówię, tamte oczy na ciebie patrzą!
Ostrzeżenie spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Wreszcie przestała rozprawiać. Uświadomiła sobie, że gdzieś z drugiej strony, niż padały ostrzeżenia, pośród gęstwiny traw coś bardzo żwawego poruszało się to tu, to tam. I rzeczywiście, tamte oczy prowokująco patrzyły wprost na nią. Nie wiedzieć dlaczego, poczuła strach.
- Dorwie cię, jeśli będziesz tak stać!
Głos dobiegający spoza dołu zaczął trafiać wprost do umysłu Ipsak. Oczywiście nie mogła wiedzieć, kto tak krzyczy, ale wierzyła mu bardziej niż temu przerażającemu spojrzeniu.
- A może to kogut? - pomyślała i powiedziała bezmyślnie.
Sądziła, że istota, która w takiej ciemności jest w stanie tak odważnie krzyczeć, musi być kogutem.
Poszła za głosem na koniec wykopu. Obrzeże dołu było w tym miejscu obniżone, więc łatwo mogła się wydostać.
- Uff... na szczęście.
Głos był opanowany i brzmiał życzliwie. Ipsak strzepnęła zmoczone pióra i zobaczyła swojego sprzymierzeńca. Stał naprzeciwko niej. Był to kaczor, ten sam, którego widziała wcześniej, członek podwórzowej rodziny. Kaczor z zielono-brązowym kuprem, różniącym go od innych członków kaczego stada. Niepasujący do reszty samotnik, trzymający się zawsze na końcu w czasie spacerów kaczej gromadki.
Ipsak nie przyszło nawet do głowy, że mógłby zechcieć jej pomóc. Nagle, patrząc z bliska na kaczora, uświadomiła sobie, że opuszczenie kurnika stało się faktem.
- Dziękuję, bardzo mi pomogłeś!
Ipsak ogromnie cieszyło, że wydostała się z kurnika i żyje.
- Nie ma za co dziękować. Po prostu nie znoszę tej kreatury i tyle. Denerwuję się i nosi mnie, jak widzę, że porywa jeszcze żywe istoty.
- Kto to taki?
- Łasica!
Kaczor, wypowiadając słowo "łasica", nastroszył pióra na szyi i zaczął się trząść. Ipsak poszła w jego ślady i również zadygotała. Łasica stała w oddali na wzgórzu i wpatrywała się w kurę. Wyglądało na to, że jest wściekła i na tego, kto jej przeszkodził, i na niedoszły posiłek.
- Wracaj, skoro żyjesz - powiedział kaczor i kołysząc się, podreptał przed siebie.
- Hmm... dokąd iść? - zawahała się Ipsak.
Kaczor nie miał zamiaru zabierać jej ze sobą. Ipsak chciała pójść z nim na podwórze, ale skoro kazał jej wracać...
- Nie wrócę do kurnika. Dopiero co się z niego uwolniłam. Mówili, że jestem bezużyteczną kurą.
- Bezużyteczną kurą? A co to znaczy?
- Cóż, chyba możliwość opuszczenia kurnika.
- W każdym razie tutaj jest niebezpiecznie. Radzę ci, idź gdzieś. Jestem zbyt spóźniony. Wszyscy już pewnie poszli spać.
Kaczor poszedł, kiwając się na boki, jakby był zmęczony. Ipsak zerknęła ukradkiem na łasicę i szybko poszła jego śladem.
- Skąd wiedziałeś, że jestem w dole?
- Wracałem znad wody i zobaczyłem kręcącą się w okolicy łasicę. To oznaczało, że w dole jest jeszcze jakaś żywa kura. Znam to dobrze. Wstrętna kreatura!
Pióra na grzbiecie kaczora ponownie stanęły dęba.
- Ona zawsze szuka żywego pożywienia. Nie jest zwyczajną istotą. Do tego jest duża. Większa niż inne łasice. Chcąc pokazać, jaka jest wspaniała, zachowuje się nikczemnie. Polowanie na żywą kurę to dla niej dobra zabawa. Takie historie powtarzają się co jakiś czas. Miałaś szczęście.
- Tak, miałam. Dzięki tobie.
Ipsak szła tuż za kaczorem. Słysząc słowa "dobra zabawa", automatycznie się nastroszyła.
- Ha, ha! Pierwszy raz widzę taką kurę. Nieźle wrzeszczałaś. Łasica musiała się chyba mocno głowić, jak złapać taką dziarską zdobycz jak ty.
Kaczor zaśmiał się szczerze i spojrzał w stronę dołu. Łasica nadal patrzyła w ich kierunku. Ipsak zaczęła się nerwowo rozglądać, ale samiec krzyżówki nie zdradzał oznak zaniepokojenia.
- Kiedyś znowu się spotkacie. Ona nigdy się nie poddaje.
- Ach tak...
- Jesteś prawdopodobnie pierwszą kurą, która wydostała się stamtąd żywa.
- Faktycznie. Nie umarłam - wyszeptała Ipsak.
Kaczor nie powiedział już nic więcej i poszedł przodem.
Przeszli pod drzewem akacji i skierowali się w stronę podwórza.
- Dokąd idziesz? - zapytał kaczor.
Ipsak znowu się zawahała.
- Wiesz, tak jak mówię, kompletnie nie mam serca wracać do kurnika.
- Tak, już to mówiłaś przed chwilą.
- No tak, racja.
Z nadzieją, że kaczor jej pomoże, Ipsak zapytała:
- A ty, ty nie mógłbyś mnie zabrać ze sobą?
- Dokąd? Do szopy?
Zakłopotany kaczor potrząsnął głową. Sytuacja Ipsak była jednak nieciekawa i nie potrafił jej stanowczo odmówić.
- Co prawda ja też jestem tam niechcianym włóczykijem. Ale w końcu ty pochodzisz z klanu kur.
I ostatecznie zabrał Ipsak do szopy, w której mieszkała podwórzowa brać.