O kurze, która opuściła podwórze - Sun-mi Hwang

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Do młodych czytelników

(fragmenty artykułu)

Opowieść o kurze, która realizowała swoje wielkie pragnienie...

Kim Seo-jeong (krytyk literatury dziecięcej)

W książce "O kurze, która opuściła podwórze" mamy trzy rodzaje kur. Pierwszy rodzaj to kury uwięzione w drucianej klatce, jedzące do syta, znoszące jajka, których nie mogą nawet wysiedzieć, żyjące bezrefleksyjnie. Drugi reprezentuje kura wiodąca szczęśliwy żywot na podwórzu z kogutem i pisklętami, bardzo zmartwiona tym, by nikt nie zburzył tej sielanki. Przedstawicielką trzeciego rodzaju jest kura mająca silne pragnienie wysiedzenia jaja, z którego wykluje się pisklak, realizująca to marzenie. Ta kura to oczywiście Ipsak. I to właśnie ona jest bohaterką tej opowieści.

Bohaterka - dumnie brzmi, prawda? Chyba każdy człowiek chciałby być bohaterem. Przyjrzyjmy się troszkę bliżej temu słowu. Bohaterem nie jest wyłącznie piosenkarz na scenie czy inny artysta przyciągający spojrzenia i uwagę odbiorców. Prawdziwy bohater żyje odważnie, zgodnie z własnymi przekonaniami, niezależnie od tego, czy jest rozpoznawalny. Nie dba też o aplauz. Właśnie tak jak Ipsak.

Jakże wygodnie jest żyć w kurniku, jeść, kiedy dają jeść, i po prostu znosić jaja. Ale Ipsak uważa, że kurze życie powinno wyglądać inaczej. "Urodziłam się kurą, więc będę żyć jak prawdziwa kura" - to jest obietnica, którą Ipsak składa sama sobie. Dlatego opuszcza kurnik, w którym mogłaby jeść do syta.

Ipsak pragnęła żyć podobnie jak kura mieszkająca na podwórzu z kogutem i jak ona wychowywać pisklęta. Ale to nie było możliwe. Takie życie od początku nie było jej pisane. Nie poddała się jednak. Znalazła inną drogę i opuściła bezpieczne podwórze.

W ten sposób stała się bohaterką własnego istnienia. To trudna i niecodzienna praktyka. Trzeba było głodować, trząść się z zimna, cierpieć samotność i wytrzymywać odrzucenie ze strony innych stworzeń, ryzykować życie w obliczu zagrożenia ze strony łasicy. Wydaje się, że takie życie ofiarne nie dawało nic w zamian. Ipsak musiała błąkać się bez domu, wysiedzieć nienależące do niej jajo i wychować kacze pisklę, które opuściło ją dla stada dzikich kaczek. Stara, wychudzona, pozbawiona piór Ipsak została w końcu złapana i zjedzona przez śledzącą ją od bardzo dawna łasicę.

I co? Jakaż z niej bohaterka? Nie pomyśleliście w taki spo­sób? Mimo to przeanalizujcie tę historię raz jeszcze, na spo­kojnie. Jak żyją, o czym myślą kury z kurnika? A kury na podwórzu? A Ipsak, która opuściła podwórze? W ten sam sposób pomyślcie o życiu ludzi. O człowieku, który żyje jak kura w kurniku, kura na podwórzu, oraz tym, który żyje jak Ipsak... Ludzie na świecie żyją bardzo różnorodnie. Pomyślcie: A jak ja żyję? Jak chciałbym żyć?

Książka "O kurze, która opuściła podwórze" nie jest po prostu historią o ekscentrycznej kurze wychowującej kacze pisklę. To opowieść o tym, kim jestem, jak mam żyć - opowieść o życiu, podstawowych o nie pytaniach i refleksjach.

Że to za trudne dla dzieci? Nie. To pytania i refleksje potrzebne każdemu, niezależnie od wieku, mimo że odpowiedzi nie są łatwe. Na pewno wam także zdarzało się myśleć podobnie, nawet jeśli były to jakieś niewyraźne i mgliste refleksje. Takie poplątane myśli udaje się uporządkować właśnie dzięki bajkom. Takie historie sprawiają, że przemyślenia nabierają głębi. Wywoływanie refleksji, stawianie pytań bez odpowiedzi to jedno z zadań, jakie ma spełniać literatura. I tak jak Ipsak zastanawia się i decyduje, jak chciałaby żyć jako kura, tak waszym zadaniem jest zastanowić się, kim jesteście i jak powinniście żyć jako ludzie.

W książce najbardziej rzuca się w oczy mnogość historii o jedzeniu i karmieniu. Jeśli przekroczymy zwyczajny wymiar wypełniania brzucha, zobaczymy, że zdobywanie pokarmu wiąże się z problematyką życia i śmierci. Ale rzecz nie kończy się na takim myśleniu: jedzenie to życie, więc jest dobre; zjadanie (żywienie) to śmierć, więc jest złe. Niemożliwy jest taki prosty podział, mamy tu skomplikowane przeplatanie się tych dwóch rzeczy. Na przykład Włóczęga został zjedzony przez łasicę, ale dzięki tej śmierci Ipsak mogła dać życie Zielonogłowemu. Ipsak, umierając, czuła, że małe łasice, które ją będą jadły, są podobne do jej ostatniego zniesionego jaja z miękką skorupką. Popatrzcie jeszcze na scenę zjadania ważek. Ipsak, choć wcale tego nie chce, żeby żyć, musi jeść ważki o wielkich oczach i wąskiej talii. Po przeczytaniu tej historii w czytelniku rośnie szacunek do reguł surowej Natury, w której procesy jedzenia i zjadania (żywienia) przeplatają się ze sobą.

Kolejnym ważnym elementem, na który warto zwrócić uwagę, są zmiany miejsca zamieszkania Ipsak. Z kurnika na podwórze, z podwórza na trzcinowisko, w końcu do nieba. Z bardzo ciasnego miejsca w bardzo przestronne. Za każdym razem, wraz ze zmianą miejsca zamieszkania, Ipsak dostaje to, czego chce, przez co staje się jeszcze bardziej wolna, jeszcze silniejsza. Jednak niezależnie od tego, za każdym razem w takich chwilach, bez wyjątku, kroczy za nią widmo śmierci. Widać tak to już jest, że nie ma nic darmo.

Mieszkanie Ipsak nie należało do bezpiecznych. Znajdowało się na zboczu, gdzie zacinał deszcz i wiał zimny wiatr. Ale ona trwała bez zbędnych słów. Co więcej, sama znalazła to miejsce, by móc obserwować okolicę i pilnować Zielonogłowego. Tak to już jest, że pragnienia kiełkują w takich trudnych warunkach, ale kiedy urosną i zakwitną białym kwiatem, stają się piękne.

Ipsak, która trwała na zboczu, Ipsak, która sama nadała sobie imię i wychowała z miłością wyglądające inaczej niż ona kacze dziecko, mogła w końcu unieść się na wielkich, pięknych skrzydłach w zachwycające, błękitne niebo. Czy kury mieszkające w kurniku lub na podwórzu mogłyby tego dokonać? Raczej nie.

Tytuł oryginału: ??? ?? ??

Copyright ? 2021 by Hwang Sun-mi

? Edyta Matejko-Paszkowska and Choi Sung Eun (Estera Czoj)

Tłumaczenie

Edyta Matejko-Paszkowska i Choi Sung Eun (Estera Czoj)

Ilustracje

Joanna Rusinek

Projekt okładki

Joanna Rusinek

Redakcja

Katarzyna Gańko

Korekta

Katarzyna Tran Trang

Skład i przygotowanie do druku

Wojciech Ciągło STUDIO DTP / www.dtp-studio.pl

ISBN 978-83-66658-25-7

Wydawnictwo Kwiaty Orientu

ul. Konopnickiej 12/42, 26-110 Skarżysko-Kamienna

Telefon: 41 252 48 70

E-mail: pytanie@kwiatyorientu.com

Strona internetowa: www.kwiatyorientu.com

Sklep internetowy: www.sklep.kwiatyorientu.com

Nie zniosę jaja!

Zniesione przed chwilą jajo potoczyło się w kąt drucianej klatki. Ipsak przyglądała mu się ze smutkiem. Jajo nie miało połysku i było lekko poplamione krwią.

Ipsak od dwóch dni nie mogła go znieść. Myślała nawet, że zmieniła się w kurę nienioskę. Ale dziś wreszcie się udało - zniosła kolejne małe i niewyględne jajo.

To się więcej nie powtórzy.

Czy gospodyni zechce zabrać jajo także tym razem? Co prawda ciągle narzekała, że jajka są coraz mniejsze, ale regularnie je podbierała i w zasadzie nie zdarzyło się, by zostawiła jakieś tylko dlatego, że wyglądało gorzej od innych.

Dziś nawet stanie sprawiało Ipsak trudność. W sumie nic dziwnego, od dawna już normalnie nie jadała, co przy tak dużym wysiłku jak znoszenie jaj musiało osłabić jej organizm.

Czy tam - w środku - zostały jeszcze jakieś jajka? Chciałabym, żeby to było ostatnie...

Ipsak westchnęła ciężko i wyjrzała na zewnątrz. Mimo że siedziała w drucianej klatce, mogła patrzeć na to, co dzieje się na dworze - mieszkała bowiem w kurniku tuż obok wejścia. Drzwi nie domykały się, dzięki czemu przez szparę zawsze widoczne było drzewo akacji. Bardzo się z tego cieszyła. I choć zimą wiał tamtędy lodowaty wiatr, a latem wpadał deszcz, znosiła to, nigdy się nie skarżąc.

Ipsak jest kurą nioską. Oznacza to, że jest kurą hodowaną w celu pozyskiwania jaj. Mieszka na fermie i znosi jaja już przeszło rok. W tym czasie ani razu nie wyszła z drucianej klatki, w której było za mało miejsca, aby pochodzić, potrzepotać skrzydłami czy nawet wysiadywać jaja. Mimo to, w tajemnicy przed innymi, nosiła w sobie pragnienie. Miała je od czasu, gdy zobaczyła, jak kura żyjąca na podwórzu prowadza wysiedziane z jaj maleńkie kurczęta.

Ach, gdybym tak choć raz mogła wysiedzieć jajo. I gdybym tak choć raz mogła zobaczyć narodziny pisklęcia...

Wysiedzieć jajo i zobaczyć narodziny pisklęcia... Ipsak nigdy, nawet na chwilę, nie zapominała o tym pragnieniu. Niestety nie mogło się ono spełnić - druciana klatka była pochylona w przód, żeby jajo mogło sturlać się i wpaść do specjalnej rynienki. Rozdzielone siatką kura i jajo nie spotykały się nawet na chwilę.

Drzwi kurnika otworzyły się i do środka wszedł gospodarz, pchając przed sobą taczkę.

- Ko, ko, ko! Śniadanie!

- Jesteśmy głodne, dawaj szybko! Ko, ko, ko!

W pawilonie zrobiło się głośno od żebraczego zawodzenia kur.

- Musicie dobrze zapłacić, odpowiednio do waszego dobrego apetytu! Bo cena karmy znowu wzrosła! - powiedział głośno gospodarz i nabrał miarką jedzenie.

Ale uwaga Ipsak skupiała się teraz wyłącznie na tym, co widziała za szeroko otwartymi drzwiami kurnika.

Jakiś czas temu Ipsak straciła apetyt. Zniknęła też chęć znoszenia jaj. Za każdym razem, gdy gospodyni podbierała jajka, kura czuła w piersi całkowitą pustkę. Uczucie ekscytacji, które zwykle towarzyszyło jej podczas niesienia, zaczęło zamieniać się w smutek. Ipsak przeszło rok znosiła jaja, których nie mogła nawet dotknąć. Za każdym razem jej jaja znikały zamknięte w koszyku i były wynoszone na zewnątrz, nie wiadomo gdzie. W końcu kura poczuła się tym zmęczona.

Olśniewający plener. Na rosnącej na obrzeżach podwórza akacji zakwitły bieluteńkie kwiaty. Ich zapach, niesiony wiatrem, dotarł aż do kurnika i przeniknął w głąb serca Ipsak. Nagle wstała machinalne i wysunęła głowę przez oczko siatki, aż naga szyja i grzbiet, z których plackami wypadły pióra, zaczerwieniły się.

Och, liście znowu zrodziły kwiaty!

Liście akacji wzbudzały w Ipsak zazdrość. Wierzyła, że to dzięki tym maleńkim i ledwo widocznym, żółtozielonkawym listkom drzewo rozkwitło tak pięknie.

Ipsak dojrzała drzewo akacji już pierwszego dnia uwięzienia w kurniku. Początkowo myślała, że na akacji nie ma nic prócz kwiatów. Ale kiedy zaledwie po kilku dniach rozwiewane jak płatki śniegu kwiaty opadły na ziemię, na drzewie zostały tylko zielone liście. Żyły one aż do późnej jesieni, po czym żółkły i cicho spadały. Kiedy nadchodził czas żółknięcia, kura była pełna podziwu dla wytrzymałości szarpanych wiatrem i trwających w strugach deszczu liści. Jeszcze większe wzruszenie czuła, gdy widziała, jak kolejnej wiosny ponownie odradzają się w zieleni.

Ipsak, której imię brzmiało bardzo podobnie do słowa ipsagwi oznaczającego "liść", wierzyła, że na całym świecie nie ma piękniejszego imienia. "Liść", który przyjmuje jednako i wiatr, i promienie słońca, a gdy opada i butwieje, staje się kompostem. W końcu to także ten sam liść, dzięki któremu, jak myślała, zakwitają pachnące kwiaty. Podobnie jak ipsagwi - liść drzewa akacji - także Ipsak chciała czegoś dokonać.

Ochrzciła się "Ipsak", ponieważ zazdrościła liściom. Mimo że ani nikt tak na nią nie wołał, ani też nie żyła jak liść, czuła się przez to wyjątkowo, mistycznie. Czuła, że ma tajemnicę.

Od kiedy nadała sobie imię, zaczęła więcej rozmyślać. Nowy nawyk pochłonął ją całkowicie. Bardzo dobrze pamiętała jednak o tym, co dzieje się za otwartymi drzwiami kurnika. O pełni i ubywaniu księżyca, o wschodzie słońca, a nawet kłótniach krewniaków z podwórza.

- Jedzcie dużo. Naniesiecie gładko dużych, ładnych jaj! - wołał znowu gospodarz donośnym głosem.

Słowa słyszane za każdym razem podczas karmienia, aż do znudzenia. Ipsak mdliło od tego dźwięku. Nie udawała nawet, że słucha, tylko w ciszy wpatrywała się w przestrzeń za drzwiami kurnika.

Podwórzowa rodzina też była zajęta śniadaniem. Stado kaczek otoczyło szczelnie drewniane koryto i, z kuprami zadartymi do góry, nie zważając na nic ani nikogo, pożerało swoją paszę. Stary pies też jadł zachłannie. Wszystko przez koguta - pies bał się go od czasu, gdy został podziobany do krwi na pysku, bo nie chciał oddać miski z karmą.

Miejsca dla kurzej pary było przy korycie dość. Kogut z kurą, bezdzietni i nieobciążeni rodzicielskimi obowiązkami, jako jedyni jedli śniadanie zrelaksowani, w spokoju. A mimo to kogut, co jakiś czas, na oczach innych, łakomił się na miskę psa. Stare psisko opuszczało wtedy ogon i powarkiwało, ale ptak się nie cofał. Demonstrował w ten sposób, kto jest przywódcą na podwórzu.

Kogut miał wspaniały, sterczący w górę ogon i czerwony grzebień. Do tego oczy nieznające strachu i ostry dziób, przez co prezentował się niezwykle rycersko. Jego zadaniem było wykrzykiwanie codziennie rano: "Kukuryku!". Poza tym przez większość dnia zajmowały go przechadzki w towarzystwie kury, tu i tam, po polach i pagórkach.

Za każdym razem widok koguta na podwórzu wprawiał Ipsak w przygnębienie i wywoływał frustrację, przypominając o duchocie drucianego kojca. Chciała wydostać się z klatki, pospacerować razem z nim lub po prostu zwyczajnie pochodzić na wolności. Chciała też wysiadywać jaja, tak jak kura z podwórza.

Podwórze z kaczkami, starym psem, kogutem i towarzyszącą mu kurą... To miejsce stanowiło inny świat, do którego Ipsak nie mogła się przedostać. Niezależnie od tego, jak mocno wyciągała szyję przez oczko siatki, nie mogła go pokonać, a drut jedynie wyrywał jej pióra.

Dlaczego ja jestem w kurniku, a tamten kogut na podwórzu?

Nie rozumiem. Dlaczego?

Ipsak pytała samą siebie i sama sobie odpowiadała. Nie mogła wiedzieć, że kurza para, która żyła na podwórzu, należała do gatunku koreańskich, tradycyjnych kur ozdobnych. Nie miała pojęcia także o tym, że niezależnie od tego, jak bardzo starałaby się wysiedzieć zniesione jajo, nie wylęgnie się z niego pisklak. Może gdyby od początku zdawała sobie z tego sprawę, nie zrodziłoby się w niej to pragnienie...

Po śniadaniu kaczki opuściły podwórze. Minęły drzewo akcji i zaczęły kierować się w stronę gór. Na szarym końcu grupy, za domowymi kaczkami, podążał kaczor - należący do gatunku kaczek krzyżówek - mały, o zupełnie odmiennym ubarwieniu. Głowa krzyżówki była zielona jak liście akacji, wydawać by się mogło nawet, że nie jest kaczką. Jednakże kwakanie i chód nie pozostawiały wątpliwości. Ipsak nie wiedziała, jak to się stało, że kaczor zamieszkał na podwórzu. Obserwowała go właśnie dlatego, że wyróżniał się wyglądem.

I kiedy nieobecna duchem wpatrywała się w to, co dzieje się na zewnątrz, nadszedł gospodarz.

- Hmm? A to co? - wymamrotał i przerwał karmienie.

Pokręcił głową na widok paszy, która była w korytku od zeszłego wieczoru. Podbieranie jajek należało do obowiązków gospodyni i mężczyzna po wsypaniu karmy zwykle wychodził na zewnątrz. Ale dziś było inaczej.

- Ostatnio wcale nie je... Ech, wygląda na to, że jest chora.

Gospodarz patrzył zdegustowany to na Ipsak, to na poplamione krwią jajko. Podniósł je. Ale gdy tylko jego palce dotknęły jaja, na miękkiej skorupce pojawiła się zmarszczka. Ipsak w głębi duszy również się zdziwiła. Myślała, że jajo jest jedynie małe i niewyględne, nawet nie przypuszczała, że ma taką miekką skorupkę.

Ech, nawet skorupka nie jest solidna...

Gospodarz tylko zmarszczył czoło, ale i tak wyglądało na to, że mocno zranił Ipsak. Serce bolało ją za każdym razem, gdy zabierano jej jajo, ale nigdy wcześniej nie cierpiała tak jak teraz. Łzy ścisnęły jej gardło, a całe ciało zesztywniało. Godne politowania, nawet bez skorupki...

Kiedy gospodarz wyrzucał ze świstem miękkie jajko na podwórze, Ipsak szybko i mocno zacisnęła oczy. Jajko bez żadnego nawet odgłosu rozbiło się o ziemię i zostało zlizane przez starego psa. Razem z cienką skorupką, do końca.

Uroniła łzę. Pierwszą, kurzą łzę. Drżała, zacisnąwszy mocno dziób.

Nigdy nie zniosę jaja! Nigdy!

Opuszczenie kurnika

Ipsak czuła się szczęśliwa nawet wtedy, gdy tylko patrzyła na podwórze. Oglądanie zabaw kręcącego się w kółko stada kaczek czy podszczypującego ich kupry psa wygrywało z chęcią dziobania karmy.

Czasem zamykała oczy i wyobrażała sobie, jak bez ograniczeń spaceruje tam i z powrotem po dziedzińcu. Próbowała zobaczyć siebie, jak wysiaduje jajo w ciepłym gnieździe, przechadza się po podwórzu z kogutem i goni kaczki. W końcu głęboko wzdychała, zmuszona otworzyć oczy.

To bez sensu. Ten dzień nigdy nie nastanie.

Ipsak znowu nie mogła znieść jaja. Nawet trzeciego i czwartego dnia. Nic w tym dziwnego. Była ostatnio tak słaba, że nie mogła nawet ustać na nogach.

- Bezużyteczna kura. Ani nie znosi jajek, ani nie nadaje się na mięso - powiedziała gospodyni. - Dość już tego, pora opuścić kurnik - dodała bezceremonialnie, wspominając, że to już piąty bezowocny dzień.

Ipsak dobrze ją słyszała, choć sprawiała wrażenie, że śpi jak zabita.

Opuścić? Kurnik?

Nie mogła pojąć, o co chodzi. Nie wiedziała, co znaczy "bezużyteczna kura", ale na dźwięk słowa "opuścić" niespodziewanie krew zaczęła w niej szybciej krążyć. Podniosła nieco głowę i wypiła odrobinę wody.

Następnego dnia także nie mogła znieść jaja. Czuła, że w jej ciele więcej jaj się nie zrodzi. Mimo to zjadła odrobinę i napiła się.

A więc zaczynam nowe życie. Muszę wysiedzieć jajo i wychować pisklę. Mogę to zrobić. Niech no tylko wydostanę się na podwórze...

Ipsak czekała rozemocjonowana. Nie mogła spać, wyobrażała sobie, jak spaceruje w towarzystwie koguta, jak grzebie w ziemi.

Siódmego dnia, odkąd nie mogła znieść jaja, do kurnika weszła, pchając pustą taczkę, para gospodarzy. Ipsak nie miała siły, nie mogła prosto ustać, ale jej umysł był jaśniejszy niż kiedykolwiek.

- Wreszcie opuszczam kurnik! Ko, ko, ko! - Pierwszy raz od dłuższego czasu podniosła głos.

Nastał dla niej najważniejszy dzień od czasu zamknięcia w kurniku. Poczuła, że kwiaty akacji pachną dziś wyjątkowo pięknie.

- Szkoda, może odzyskamy choć wartość mięsa?

- Hmm... wydaje się chora... - Gospodarze wymieniali się spostrzeżeniami w obecności Ipsak.

Kura nie słuchała ich zbyt uważnie. Czuła tylko, jak serce jej łomoce na myśl o tym, że wreszcie będzie mogła żyć na podwórzu.

Mężczyzna chwycił ją za grzbiet, szybko i bez specjalnych zabiegów, a potem wyciągnął z kurnika, w którym utknęła na prawie rok.

Plask!

Ipsak została rzucona na taczkę. Nie była chora, ale nie miała siły zatrzepotać nawet skrzydłami, nie mówiąc o stawianiu oporu. Na chwilę nieco oprzytomniała, wyprostowała szyję, lecz już po chwili została przykryta innymi słabymi kurami, które tak jak ją załadowano na taczkę.

Z kurnika wyciągnięto też stare kury i zamknięto razem w osobnej, drucianej klatce. Były zdrowe, ale nie znosiły już jaj. Wszystkie zostały zapakowane na ciężarówkę i opuściły fermę. Jednak Ipsak została - na taczce. Przyciśnięta kurami, które wyglądały na umierające. Kura rzucona jako ostatnia przygniotła ją całkowicie, zakrywając jej głowę.

Mimo że mocno przyduszona, Ipsak starała się nie stracić przytomności.

O co chodzi? Skąd ten niepokój?

Głos hałaśliwych kur słabł stopniowo, aż w końcu przestał być całkowicie słyszalny. Oddychanie stało się trudne.

Czy to właśnie znaczy "bezużyteczna kura"?

Zrobiło się duszno. Powieki Ipsak same się zamknęły.

Czy to nie tak się właśnie umiera? Nie mogę tak umrzeć!

Kura starała się być odważna, lecz robiło się coraz straszniej. Gdzieś z dna serca wypłynął smutek.

Taka śmierć? Niemożliwe, nie wierzę... Chcę na podwórze!

Pomyślała, że trzeba będzie jakoś wydostać się z tej taczki. Leżało na niej jednak zbyt wiele kur, a jej samej się wydawało, że ma połamane kości.

Przypomniała sobie o kwitnącej akcji. Zielone listki, zapach kwiatów, pojawiły się też radosne postacie członków rodziny.

Miałam pragnienie. Wysiedzieć jajo i zobaczyć narodziny pisklęcia! To naturalne, skoro urodziłam się kurą. A tu taka śmierć?!

Im bardziej Ipsak się emocjonowała, tym głębiej przenosiła się w świat fantazji. Widziała samą siebie wysiadującą jajko w ciepłym, słomianym gnieździe. U boku miała eleganckiego i odważnego koguta, a płatki kwiatów akacji unosiły się na wietrze niczym śnieg.

Zawsze chciałam wysiedzieć jajo. Ach, żeby tak choć raz. Tylko moje jajo, dziecko, którego szept mogłabym usłyszeć. Nigdy cię nie zostawię. Kochanie! Skrusz skorupkę! Chcę cię zobaczyć. Nie bój się...

W końcu doznała halucynacji, że rzeczywiście wysiaduje jajo, i uśmiechając się, straciła przytomność.

Minął jakiś czas. Ciągle padało. Kompletnie przemoczona Ipsak otworzyła oczy.

Gdzie ja jestem? Wygląda na to, że jednak nie umarłam.

Zimno, brr!

Kura odzyskała świadomość, ale nadal nie była w stanie wykrzesać z siebie energii. Gdyby strzepnęła pióra, może byłoby lepiej, ale nie miała na to siły.

Wtem, nad jej głową, rozległ się jakiś dźwięk. Zabrzmiał kilka razy, aż w końcu i ona go dosłyszała.

- Hej, ty! Do ciebie mówię, słyszysz?

Z trudem podniosła głowę. Poczuła tylko mocny, ostry zapach, kompletnie nic nie było widać.

- Jesteś cała! Wiedziałem!

Gorączkowe nawoływania zabrzmiały zdecydowanie wyraźniej niż przed chwilą.

- Wstawaj! Mówię ci, próbuj iść!

- Próbować iść? Nie dam rady, za ciężko...

Ipsak rozejrzała się po okolicy. Drzewa na mrocznym, zalesionym zboczu i trawy porastające wał kołysały się na wietrze. Głos dochodził gdzieś stamtąd.

- Nie umarłaś! Wstawaj więc szybko, mówię!

- Oczywiście, że nie umarłam.

Spróbowała poruszyć skrzydłami. Wyprostowała nogi, pokręciła szyją to w jedną, to w drugą stronę. Nie miała jedynie energii, reszta była w normie.

- Hej tam, kim jesteś?

- Nie gadaj bez sensu, uciekaj. Pospiesz się!

Wstała, chwiejąc się na nogach. Z trudem stąpnęła w stronę, z której dochodził głos. Pierwsze kroki od dłuższego czasu. Jeden krok, drugi krok. Zatrzymała się gwałtownie.

- Och nie! A to co?!

Zszokowana usiadła z plaskiem. Kopiec, to, po czym stąpała, był niczym innym, jak stosem nieżywych kur. Znajdowała się w dole na martwe kury.

- Ja nadal żyję. Jak tak można?!

Zerwała się raptownie i zaczęła biec, gdacząc: "Ko, ko, ko". Jednak mimo rozpędu nie mogła się wydostać z dołka. Deptała po trupach kur. To było potworne, wywoływało u niej gęsią skórkę, ale nadal nie przynosiło całkowitego oprzytomnienia.

- Do diabła, co ty robisz? - Głos spoza dziury znowu się odezwał.

Ale Ipsak nie mogła go słyszeć, biegała bowiem i gdakała jak szalona.

- Co robić? Naprawdę nie wiem, co robić...

- Jak tak dalej pójdzie, będzie katastrofa!

- Nie umarłam przecież, jestem cała!

- Mówię ci, uważaj! Obserwuje cię!

- Nie wiem, nie wiem... Naprawdę nie wiem, co robić...

- Uciekaj! Nie widzisz, że poluje na ciebie? Głupia kura! Przecież mówię, tamte oczy na ciebie patrzą!

Ostrzeżenie spadło na nią jak grom z jasnego nieba. Wreszcie przestała rozprawiać. Uświadomiła sobie, że gdzieś z drugiej strony, niż padały ostrzeżenia, pośród gęstwiny traw coś bardzo żwawego poruszało się to tu, to tam. I rzeczywiście, tamte oczy prowokująco patrzyły wprost na nią. Nie wiedzieć dlaczego, poczuła strach.

- Dorwie cię, jeśli będziesz tak stać!

Głos dobiegający spoza dołu zaczął trafiać wprost do umysłu Ipsak. Oczywiście nie mogła wiedzieć, kto tak krzyczy, ale wierzyła mu bardziej niż temu przerażającemu spojrzeniu.

- A może to kogut? - pomyślała i powiedziała bezmyślnie.

Sądziła, że istota, która w takiej ciemności jest w stanie tak odważnie krzyczeć, musi być kogutem.

Poszła za głosem na koniec wykopu. Obrzeże dołu było w tym miejscu obniżone, więc łatwo mogła się wydostać.

- Uff... na szczęście.

Głos był opanowany i brzmiał życzliwie. Ipsak strzepnęła zmoczone pióra i zobaczyła swojego sprzymierzeńca. Stał naprzeciwko niej. Był to kaczor, ten sam, którego widziała wcześniej, członek podwórzowej rodziny. Kaczor z zielono-brązowym kuprem, różniącym go od innych członków kaczego stada. Niepasujący do reszty samotnik, trzymający się zawsze na końcu w czasie spacerów kaczej gromadki.

Ipsak nie przyszło nawet do głowy, że mógłby zechcieć jej pomóc. Nagle, patrząc z bliska na kaczora, uświadomiła sobie, że opuszczenie kurnika stało się faktem.

- Dziękuję, bardzo mi pomogłeś!

Ipsak ogromnie cieszyło, że wydostała się z kurnika i żyje.

- Nie ma za co dziękować. Po prostu nie znoszę tej kreatury i tyle. Denerwuję się i nosi mnie, jak widzę, że porywa jeszcze żywe istoty.

- Kto to taki?

- Łasica!

Kaczor, wypowiadając słowo "łasica", nastroszył pióra na szyi i zaczął się trząść. Ipsak poszła w jego ślady i również zadygotała. Łasica stała w oddali na wzgórzu i wpatrywała się w kurę. Wyglądało na to, że jest wściekła i na tego, kto jej przeszkodził, i na niedoszły posiłek.

- Wracaj, skoro żyjesz - powiedział kaczor i kołysząc się, podreptał przed siebie.

- Hmm... dokąd iść? - zawahała się Ipsak.

Kaczor nie miał zamiaru zabierać jej ze sobą. Ipsak chciała pójść z nim na podwórze, ale skoro kazał jej wracać...

- Nie wrócę do kurnika. Dopiero co się z niego uwolniłam. Mówili, że jestem bezużyteczną kurą.

- Bezużyteczną kurą? A co to znaczy?

- Cóż, chyba możliwość opuszczenia kurnika.

- W każdym razie tutaj jest niebezpiecznie. Radzę ci, idź gdzieś. Jestem zbyt spóźniony. Wszyscy już pewnie poszli spać.

Kaczor poszedł, kiwając się na boki, jakby był zmęczony. Ipsak zerknęła ukradkiem na łasicę i szybko poszła jego śladem.

- Skąd wiedziałeś, że jestem w dole?

- Wracałem znad wody i zobaczyłem kręcącą się w okolicy łasicę. To oznaczało, że w dole jest jeszcze jakaś żywa kura. Znam to dobrze. Wstrętna kreatura!

Pióra na grzbiecie kaczora ponownie stanęły dęba.

- Ona zawsze szuka żywego pożywienia. Nie jest zwyczajną istotą. Do tego jest duża. Większa niż inne łasice. Chcąc pokazać, jaka jest wspaniała, zachowuje się nikczemnie. Polowanie na żywą kurę to dla niej dobra zabawa. Takie historie powtarzają się co jakiś czas. Miałaś szczęście.

- Tak, miałam. Dzięki tobie.

Ipsak szła tuż za kaczorem. Słysząc słowa "dobra zabawa", automatycznie się nastroszyła.

- Ha, ha! Pierwszy raz widzę taką kurę. Nieźle wrzeszczałaś. Łasica musiała się chyba mocno głowić, jak złapać taką dziarską zdobycz jak ty.

Kaczor zaśmiał się szczerze i spojrzał w stronę dołu. Łasica nadal patrzyła w ich kierunku. Ipsak zaczęła się nerwowo rozglądać, ale samiec krzyżówki nie zdradzał oznak zaniepokojenia.

- Kiedyś znowu się spotkacie. Ona nigdy się nie poddaje.

- Ach tak...

- Jesteś prawdopodobnie pierwszą kurą, która wydostała się stamtąd żywa.

- Faktycznie. Nie umarłam - wyszeptała Ipsak.

Kaczor nie powiedział już nic więcej i poszedł przodem.

Przeszli pod drzewem akacji i skierowali się w stronę podwórza.

- Dokąd idziesz? - zapytał kaczor.

Ipsak znowu się zawahała.

- Wiesz, tak jak mówię, kompletnie nie mam serca wracać do kurnika.

- Tak, już to mówiłaś przed chwilą.

- No tak, racja.

Z nadzieją, że kaczor jej pomoże, Ipsak zapytała:

- A ty, ty nie mógłbyś mnie zabrać ze sobą?

- Dokąd? Do szopy?

Zakłopotany kaczor potrząsnął głową. Sytuacja Ipsak była jednak nieciekawa i nie potrafił jej stanowczo odmówić.

- Co prawda ja też jestem tam niechcianym włóczykijem. Ale w końcu ty pochodzisz z klanu kur.

I ostatecznie zabrał Ipsak do szopy, w której mieszkała podwórzowa brać.