O jeden las za daleko. Demokracja, kapitalizm i nieposłuszeństwo ekologiczne w Polsce - Przemysław Czapliński, Joanna B. Bednarek, Dawid Gostyński

Kup ebooka

20.00 zł
16.00 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czy las jest potrzebny?Dorota Sumińska

Komu? Każdemu, kto żyje, oddycha, je, śpi, tańczy, a potem umiera. Las to życie naszej planety. Las to wielki, skomplikowany organizm dający życie materii nieożywionej. Dzięki niemu żyją czarne grudki ziemi, woda, powietrze, a nawet piasek. Dzięki niemu "papierowa" celuloza wypuszcza zielone liście, a chityna olśniewa czarnym pancerzem żuczka gnojarka. Las przerabia zakończone już życie na całkiem żywego "noworodka" dowolnego gatunku. Może to być poziomka, żaba, ptak. Las to nieskończony korowód coraz to nowych wcieleń życia.

Można by tak mnożyć bezwarunkową potrzebę istnienia lasów w każdym z ich tysiąca wcieleń, ale najpierw trzeba zdefiniować, czym jest las. Zbyt często mylony z parkiem, kojarzy się z przypadkowym skupiskiem drzew. Oczywiście im ich więcej, tym lepiej. Już w szkole podstawowej uczymy się, że dzięki nim możemy oddychać. Nikt nas jednak nie uczy, że drzewo, by stać się częścią lasu, musi przejść długą drogę. Musi wkupić się w tysiące lat trwającą strukturę, wirtuozerską pajęczynę zależności i powinności. Las zaczyna się wiele metrów pod ziemią, a sięga chmur. Każdy jego poziom to oddzielny ekosystem, bez którego całość przestaje istnieć. To, co dzieje się pod ziemią, jest niewidoczne dla naszych oczu, ale to baza, fabryka życia organizmu, jakim jest ziemia. Mimo iż wydaje się zbieraniną drobin mieszczących całą tablicę Mendelejewa, żyje.

Co dzieje się z nią, gdy umrze, widzimy w pustynnych rejonach świata. Tam przed tysiącami lat też rósł las. Dlaczego więc zginął? Woda. To życiodajny eliksir, bez którego "celuloza" się nie zazieleni. W praczasach obieg wód gruntowych, opady, susze, trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów regulowały "być, albo nie być" lasów. Jednak wszystkie globalne zmiany - następujące albo stopniowo, albo poza samą eksplozją z wnętrza planety - dokonywały się na tyle wolno, że życie odnajdowało wodę jak nie tu, to tam. Odradzało się po tysiąckroć i dawało ziemi życie. Samo słowo "ziemia" ma wiele znaczeń. Nazywamy tak naszą niebieską planetę, ojczyznę, glebę, która karmi chlebem, a także to, co wsypujemy do doniczki. W dwóch ostatnich przypadkach traktujemy ją zupełnie przedmiotowo, a wystarczyłoby włączyć wyobraźnię lub mikroskop i okazałoby się że więcej w niej życia niż w naszym, skądinąd żywym palcu. On jest częścią tylko jednego organizmu, a w garści wygarniętej spod leśnej ściółki kłębią się ich miliony. Te najmniejsze to bakterie, pierwotniaki i strzępki grzybów, oderwane od macierzy lub podejmujące własną drogę życia. Ledwie kiełkujące (zależnie od pory roku) zarodniki paproci i nasiona traw. Malusieńkie niesporczaki i trochę większe roztocza, kawałki delikatnych korzonków, malutkie pajączki, skąposzczety, a mówiąc prościej nasze dobre znajome, dżdżownice i tak dalej, i tak dalej, zależnie od szerokości geograficznej.

Teraz wyobraźmy sobie całość ukrytą pod leśną ściółką, z której uszczknęliśmy garstkę i zobaczymy wielkie, naturalne miasto liczące miliony lat. Wszystko w jego strukturze zależy od wyższych, nadziemnych warstw, ale i one są z nim związane na śmierć i życie. Szkielet to korzenie starych drzew. Zależnie od gatunku drążą glebę na wiele metrów w głąb lub niczym gwiazda rozpościerają swoje ramiona pod jej powierzchnią. Najpierw grube jak udo siłacza cienieją ku końcowi, by jak nasze, krwionośne naczynia włosowate stać się ledwie widocznymi. Na całej długości odchodzą od nich korzenie poboczne. Im głębiej i dalej, tym mniejsze. Otacza je delikatna mgiełka, szal czułego przyjaciela-grzyba. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet dorodny borowik to tylko wielotysięczna część grzybni-matki ukrytej pod ziemią. Przed wiekami drzewa zawarły z nią pakt o współpracy i przyjaźni. Ich więzi tak się zacieśniły, że dziś ani drzewo nie poradzi sobie bez grzybni, ani ona bez drzewa. Zależnie od gatunku, każdy grzyb ma swoje drzewa i odwrotnie. Dlatego właśnie pod dębem szukamy prawdziwka, a w brzozowym lasku wypatrujemy kapeluszy koźlarzy. To, co zbieramy, to jedynie owocniki wielkiej sieci związanej z korzeniami drzewa. Wymieniają się tym, czego akurat potrzebują. Wodą, cukrami, mikroelementami. Między rusztowaniem korzeni natkniemy się na tętniące życiem arterie mrówczych, krecich, mysich korytarzy, na borsucze pałace i lisie, niezbyt czyste, nory. Możemy tam znaleźć przytulną norkę grzebiuszki ziemnej i czyste jak łza gniazdo trzmielej rodziny. Gdybym chciała wymienić wszystkie gatunki, którym podziemny świat daje schronienie, nie starczyłoby kart tej książki. Tym bardziej, że w każdej strefie klimatycznej różnią się między sobą. Jak już wspomniałam, wszystkie są zależne od tego co dzieje się wyżej.

Pierwszą najważniejszą sprawą jest wilgotność. To ona napędza zieloność życia i daje pokarm. Można z niej korzystać na każdym etapie. Od wczesnych, soczystych pędów i listków, po zgniłe "zwłoki" liści. Wszystko zależy od upodobań pokarmowych. W ściółce leśnej buszuje gwardia poszukiwaczy małego co nieco. I ci którzy mieszkają piętro niżej, i ci, którzy zajmują wyższe piętra. Czego szukają? Wszystkiego, co ich przewód pokarmowy może wykorzystać i co może zasilić witalność ciała. Zieloność, bez względu na jej aktualny stan, jak i kora drzew nadają się jako menu zwierząt roślinożernych i wszystkożernych. Co prawda te drugie dużo mniej, ale obie grupy dysponują w swoim przewodzie pokarmowym armią bakterii i pierwotniaków celulolitycznych przerabiających "papier" na cukier i strawne białko swoich ciał. Te z kolei nakarmią ciało gospodarza, na którego czai się w leśnej kniei drapieżnik. Gdy już wszyscy zaspokoją głód, muszą pozbyć się zbędnych resztek. My mamy do nich więcej niż obojętny stosunek, tymczasem są one czymś w rodzaju stacji benzynowej dla leśnego łańcucha życia. Paliwem i łakomym kąskiem dla niezliczonej ilości żyć zaliczających się i do flory, i do leśnej fauny.

By zrozumieć, jak wielką wagę odgrywa leśna bioróżnorodność, możemy porównać las z polem uprawnym. I to takim, na którym używa się nie nawozów sztucznych, tylko obornika. Najlepiej nawiezione pole pszenicy nie da obfitego plonu bez stosowanego co pewien czas płodozmianu, czyli zasiewania go roślinami innego gatunku. Las trwa miliony lat, a ziemia, na której rośnie, staje się coraz bardziej żyzna. Las jest w stanie wykarmić miliony gatunków, pole pszenicy - nie. Las to ich bezpieczna przyszłość. Pola zasiewane monokulturami nie tylko nie wykarmią zgodnie z gatunkowymi potrzebami, ale są jak prosta droga wiodąca na pustynię. Mimo iż ta informacja znana jest od lat, wycinka lasów pod zasiewy soi, kukurydzy, plantacje palmy olejowej czy w celu uzyskania pastwisk trwa nieprzerwanie. Zupełnie jakbyśmy celowo powodowali pustynnienie naszej gościnnej planety.

I tu przechodzimy do następnych pięter lasu. Wycięcie drzewa, które od dziesiątków, a czasem setek lat jest członkiem leśnej społeczności, można porównać ze zburzeniem całkiem sporego miasta. Oczywiście z jego żywą zawartością. Jest ono bowiem domem tysięcy istot. Poza tym jest to amputacja, i to bez znieczulenia, zdrowej kończyny zdrowemu organizmowi, jakim jest las. Drzewa żyjące obok siebie wchodzą w bardzo bliskie relacje pełne nie tylko altruizmu, ale i zależności. Pomagają sobie przeżyć trudne chwile, informują się o zagrożeniach i przekazują informację, jak ich uniknąć. Im drzewo starsze, tym więcej wie i umie. Wiem, wiem - brzmi to jak bajka, ale bajką nie jest. Tyle, że przeciętny człowiek nie ma szans na wejście w świat roślinnych relacji. I może dlatego bez najmniejszych skrupułów bierze piłę i tnie. Gdyby tylko jedno! On powala całą armię zdrowych drzew, by zrobić sobie pomost, taras, stół lub spalić je w kominku. Musimy zdać sobie sprawę, że każda ingerencja w pierwotny las, zwana dumnie leśną gospodarską, jest niczym pompowanie trucizny w krwioobieg całego organizmu. Nawet usuwanie drzew, które zmarły śmiercią naturalną lub które powalił wiatr, jest szkodliwe. Po pierwsze, ich ciała to pożywka dla żyjących braci, a po drugie, ilość mieszkańców zbutwiałego drewna znacznie przewyższa tę, która korzysta z żywych drzew. Są tacy "znawcy" lasu, którzy twierdzą, że gospodarowanie zasobami leśnymi służy ochronie lasu przed szkodnikami. Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że w przyrodzie nie istnieje pojęcie "szkodnik". To człowiek je stworzył, nazywając tak te istoty, te życia, które przeszkadzają mu w pozyskiwaniu darów lasu, w wytyczaniu pól, w gromadzeniu żywności czy po prostu te, które "niszczą" to, co wydaje się nam wartościowe. Las pierwotny jest na tyle mocny swoją różnorodnością, że żadna brudnica mniszka mu nie zagraża. Zarówno ona, jak i wiele innych gatunków uznanych za szkodniki, to tylko selekcjonerzy leśnej populacji drzew. Atakują te drzewa, które rokują źle, lub te, których zbyt liczna populacja zagraża bioróżnorodności. Jedynym szkodnikiem zagrażającym lasom jest człowiek. Jego działalność zniszczyła już miliony hektarów lasów na całym świecie. Lasów, które powstawały miliony lat i których - nie ma takiego sposobu - nie da się odtworzyć nawet przez kilka pokoleń ludzkiego życia. Wycinanie lasów wywołuje zatrważające skutki, których nikt nie jest w stanie przewidzieć, bo nasza planeta nigdy jeszcze nie znalazła się w takiej sytuacji. Zmiany klimatyczne, które już dziś zagrażają naszemu życiu, są wyłącznie konsekwencją ludzkiej działalności. A wszystko dlatego, że coraz większy obszar ziemi zajmują wycięte, wypalone, zniszczone lasy.

Wstęp: Więcej niż las

[...] wypowiadając się z praktycznego i obywatelskiego punktu widzenia, a nie z pozycji tak zwanych przeciwników rządu, nie proszę o to, aby natychmiast rząd zlikwidować, lecz o to, aby go natychmiast ulepszyć

Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo[1]

Pomysł książki zrodził się w trakcie konfliktu o Puszczę - na przełomie 2017 i 2018 roku. Był to moment, gdy władza posunęła się "o jeden las za daleko". Jednak od samego początku, od chwili, gdy poprosiliśmy pierwszych autorów o napisanie tekstów, wiedzieliśmy, że książka nie będzie dotyczyła wyłącznie ścinanych drzew[2].

Bio-Polska

Historia ostatnich trzydziestu lat to nie tylko spory o miejsca pracy, o godziwe płace, o ochronę przed czyścicielami kamienic, o czytelny rozdział Kościoła od państwa. To także coraz gwałtowniejsze konflikty o naturę.

Protesty ekologiczne pojawiały się od samego początku nowego okresu, ale większą skalę przybrały dopiero przy okazji budowy obwodnicy augustowskiej. Od 1998 roku[3] społeczne organizacje pozarządowe, organizacje ekologiczne, a także indywidualni i zgrupowani obrońcy natury byli już stałym - choć wytrwale lekceważonym - kontrpartnerem rządów i urzędów. Oddana w 2014 roku obwodnica, która pierwotnie miała biec przez Dolinę Rospudy, ostatecznie ominęła rezerwat[4]. Potrzeba było piętnastu lat, aby doprowadzono do kompromisu między dwiema stronami mającymi rację, czyli między mieszkańcami Augustowa słusznie domagającymi się obwodnicy, i organizacjami ekologicznymi słusznie domagającymi się poszanowania natury.

W roku 2017 wybuchł konflikt o Puszczę Białowieską: wiosną tamtego roku na polecenie ministra pracownicy Lasów Państwowych rozpoczęli intensywną wycinkę drzew, mającą rzekomo zapobiec rozprzestrzenianiu się kornika drukarza. W lipcu 2017 Komisja Europejska wystąpiła przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, określając wycinkę jako zagrożenie dla integralności obszaru Natura 2000 i jako działanie niezgodne z ochroną Puszczy. Trybunał nakazał wstrzymanie wycinki do czasu rozstrzygnięcia sporu. Mimo nakazu, a także mimo podjętej przez UNESCO uchwały wzywającej Polskę do niezwłocznego zaprzestania wycinki, działań nie wstrzymano. Choć egzekucja postanowień Trybunału Sprawiedliwości i uchwały UNESCO nie nastąpiła, to jednak liczba ścinanych drzew zmalała. Stało się tak dzięki bezpośrednio zaangażowanym w protest ludziom - tym, którzy przywiązywali się do drzew i do harwesterów, tym, którzy blokowali maszyny i podejmowali ryzykowne spacery. A także ludziom, którzy wspierali akcję finansowo, pisali teksty czy organizowali pikiety w miastach rozsianych po całej Polsce.

Dopiero w listopadzie 2017 roku postanowienie Trybunału Sprawiedliwości UE nakazujące Polsce wstrzymanie wycinki (pod groźbą wysokich kar finansowych) doprowadziło do zawieszenia pił[5].

Kolejny rok dowiódł, że zawieszone narzędzie może ulec zmianie, metoda - nie. W listopadzie roku 2018 w związku z rozszerzaniem się wśród trzody chlewnej afrykańskiego pomoru świń, którego nosicielami są dziki, Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi postanowił zwalczyć chorobę metodą strzelecką: podpisał rozporządzenie, które określało wysokość "zryczałtowanego zwrotu kosztów" - 650 złotych za odstrzeloną samicę dzika i 300 złotych za osobnika innego niż "wymieniony w punkcie pierwszym"[6]. Wyższa kwota za samicę oznaczała, że myśliwych zachęcono, aby zabijali przede wszystkim lochy - nawet, a może zwłaszcza w ciąży. A zatem zamiast środków faktycznie pomocnych w zatrzymaniu choroby wybrano metodę eksterminacyjną[7] - paniczną, okrutną, kompletnie nieskuteczną[8]. Natychmiastowe protesty - liczne petycje, gromadne spacery po lasach na obszarach wyznaczonych do polowania, teksty w gazetach - zablokowały pomysł ostatecznego rozwiązania kwestii dzików[9]. Znowu na chwilę. W lutym 2019 wybito ponad 200 tysięcy osobników.

Nie ma powodu, by sądzić, że podobne "projekty" - w odniesieniu do lasów lub zwierząt - przestaną się pojawiać[10]. Są to strategie neurotycznie powtarzane przez rządy państw nowoczesnych XX wieku. Neuroza podpowiadała ciągle ten sam schemat: prawnie wyznaczyć wyjątek nie podlegający ochronie prawnej, skoncentrować "wyjątek" na niewielkim obszarze, wyciąć/wybić. Działania podejmowano tu w odpowiedzi na (urojone bądź realne) problemy, które postrzegano oczyma wyobraźni zmilitaryzowanej. Wyobraźnia taka każe patrzeć na naturę jako "przeciwnika", "wroga", "zagrażającą nam siłę", z którą trzeba "walczyć"[11]. Ale w XXI wieku widać, że totalitarne rozwiązania w odniesieniu do natury pogłębiają kryzys. Zamiast likwidacji zagrożenia prowadzą do wzrostu ryzyka. Natura brana pod kontrolę wymyka się i powraca pod postacią zwielokrotnioną i spotworniałą. Choroba wściekłych krów (ptasia grypa, afrykański pomór świń), smog, katastrofa klimatyczna to nie przypadki przez człowieka niezawinione, lecz rewersy wściekłej konsumpcji, epidemicznej hodowli zwierząt, chorobliwego gospodarowania naturą. Nie da się rozwiązać problemu metodami, które problem pogłębiają.

Dlatego można się spodziewać, że konflikty o naturę w Polsce powrócą. Rośnie bowiem lista zaniechań, a razem z nimi wysokość długu, od którego nie będzie abolicji. Na dynamikę konfrontacji wpływają też rosnąca świadomość ekologiczna i społeczny aktywizm[12]. Wkrótce nadejdą więc spory o powietrze zatrute smogiem, o wodę, której cena zacznie wzrastać, o węgiel i odnawialne źródła energii. I podobnie jak w poprzednich przypadkach, spór będzie toczył się o coś więcej niż rezerwat czy pojedynczy gatunek zwierząt.

Dlatego kiedy władza posunęła się "o jeden las za daleko", protesty ujawniły, że chodzi o "więcej niż las". Każdy z dotychczasowych sporów ogniskował przecież kluczowe problemy polskiego współżycia, czyli relacji łączących ludzi z naturą, ludzi z ludźmi, społeczeństwa z władzą, a także Polski z Europą. W trakcie konfliktu powracały pytania podstawowe: czym jest natura? Kto ma prawo ją definiować? Czy państwo jest dzisiaj ostatecznym właścicielem natury - ziem, wód, istot żywych, kopalin, powietrza - na swoim terytorium? Czy państwo jako "właściciel" nie jest niczym ograniczone w działaniach obejmujących naturę? Jak społeczeństwo może wpływać na zmianę niesprawiedliwego (i nonsensownego) prawa stosowanego wobec natury? Jak unikać konfliktu między potrzebami człowieka i prawami natury?

Do pytań tych odsyła formuła "więcej niż las". Jeśli przyjrzymy się owemu "więcej", zauważymy, że polskie spory o las czy o zagrożony gatunek zwierząt zawsze dotyczą polityki natury, a więc sposobów włączania natury w demokrację. Włączenie takie wymaga ponownego zdefiniowania relacji między władzą i życiem.

Władza suwerenna[13] i definicje

Czyż nie mógłby powstać taki rząd, w którym rzeczywista decyzja o tym, co dobre, a co złe, nie będzie zależała od rządzącej większości, ale od sumienia?

Thoreau 1997: 3

W formule "więcej niż las" las nie znika. "Więcej niż" nie oznacza, że sam las jest czymś mniejszym; oznacza, że właśnie w konkretnej Puszczy odsłania się kłopotliwy nadmiar spraw, których bez lasu nie można byłoby zobaczyć. Autorzy esejów pomieszczonych w książce patrzą więc spoza lasu do jego środka i ze środka lasu na zewnątrz - na polską demokrację (np. Dariusz Kosiński, Edwin Bendyk), rodzimy kapitalizm (Andrzej W. Nowak), macierzystą kulturę (Anna Barcz, Tomasz Samojlik, Waldemar Kuligowski, Tadeusz Sławek). Ta obrotowa optyka prowadzi do odkrycia oczywistości: nawet jeśli lasy (dziki, ptactwo) są chore, to metoda "leczenia" jest jeszcze bardziej chora. A wynika to ze sposobu definiowania natury.

Każda definicja opiera się na jakiejś wartości. Ponieważ jednak wartość nie broni się samoczynnie, więc ważne jest to, jaka siła egzekucyjna stoi na jej straży. Doniosłość aktualnego momentu historycznego w Polsce polega na tym, że doszło do zderzenia trzech sił broniących trzech różnych wartości.

Pierwszą z tych sił jest państwo, jego władze i formułowane przez nie prawo. Ustawiczne zmiany przepisów, a także krętactwa władz tylko na pozór utrudniają odpowiedź na pytanie, jak politycy definiują naturę i jakiej wartości bronią. Właśnie owa zmienność kodeksów i ustawiczne matactwa stanowią odpowiedź. Rządzący pragną mianowicie natury dysponowalnej, plastycznej, pozwalającej im samodzielnie i doraźnie określać reguły ochrony bądź eksploatacji. Wskazuje to na drugą z sił wchodzących do gry o naturę - rynek. Kapitalizm nie formułuje samodzielnie praw, ale na tysięczne sposoby podpowiada ich zawartość. Rynek również chciałby natury dysponowalnej, ale do eksploatacji wprowadza istotne ograniczenia; dążenie do przekształcenia natury w obszary systemowej produkcji (zwierząt, ryb, drewna, owoców...) jest limitowane przez prawo własności, przez rachunek ekonomiczny i konkurencję.

Być może państwo do spółki z rynkiem wycięłyby w pień całą naturę, gdyby nie korzyści, które społeczeństwo czerpie z trwania natury. Niezatrute wody, niewycięte lasy, czyste powietrze stały się dobrem chronionym, ponieważ odkryto, że są to bogactwa wyczerpywalne, a zarazem kluczowe dla życia. Właśnie dlatego przez cały wiek XX rozwija się eksploatacja konserwacyjna natury. Polega ona na zakładaniu rezerwatów i parków narodowych, tworzeniu ośrodków wypoczynkowych i wytyczaniu tras turystycznych, a więc podejmowaniu działań na rzecz utrzymania krajobrazów, jezior, szlaków, lasów czy plaż w stanie dostatecznie atrakcyjnym dla konsumentów. W ten sposób wartość czysto rynkową uzupełniła wartość społecznie-użytkowa. Od czasu założenia pierwszych rezerwatów (na terenie Polski: rok 1827) i parków narodowych (1932), a także w związku z rozwojem turystyki i sektora rekreacyjnego państwo i rynek dzielą między siebie obszary wpływu, zyski i troski.

Obie wartości - gospodarcza i użytkowa - wynikają z przekonania, że natura zasadniczo powinna przynosić korzyści ludziom. Jest rzeczą drugorzędną, czy będą to pieniądze, profity polityczne czy korzyści zdrowotne. Jeśli społeczeństwo będzie syte, owca natury ocaleje.

Tymczasem w ostatnich latach, między innymi za sprawą sporu o Puszczę, coraz wyraźniejszy staje się głos trzeciej strony - społecznej. Określa ona naturę przede wszystkim jako wartość samoistną - ani produkcyjną, ani społecznie-użytkową. Cel produkcyjny w miarę precyzyjnie wskazuje na praktykę, czyli metody włączania natury w system gospodarczy. W przypadku wartości społecznie-użytkowej sprawa przedstawia się również stosunkowo jasno: konieczne są działania ochronne, choć zarazem interesowne, przypominające opiekuńczą eksploatację. Nie jest jednak rzeczą łatwą określić poprawne postępowanie względem natury pojmowanej jako wartość samoistna.

Żyj i pozwól umrzeć

Śmierć - podpowiedziana już w tytule części pierwszej - przewija się niemal przez całą książkę. Przybiera jednak różne postaci: jest charakteryzowana w odniesieniu do naturalnego cyklu życia, lecz także w związku z wycinaniem drzew, trzebieniem lasów, zabijaniem zwierząt, zatruwaniem powietrza. Przeciwstawiając sobie dwa rodzaje umierania autorzy wyraźnie bronią pierwszego z nich. Mówią: chrońmy las, aby mógł umierać wedle własnego rytmu. To oswajanie ze śmiercią wynika stąd, że umieranie lasu jest warunkiem jego życia. "W Puszczy śmierć nie przeraża", pisze Adam Wajrak. I dodaje: "[...] na ciałach przodków pojawiają się ich następcy. Świerki uwielbiają wyrastać na cielskach poprzedników, graby i lipy obok nich. I tak Puszcza umiera i znów się odradza"[14].

Wiatrołom, brudnica mniszka, kornik - las poradzi sobie z każdą "katastrofą" i każdym "szkodnikiem" ("Z całą odpowiedzialnością twierdzę - pisze Dorota Sumińska - że w przyrodzie nie istnieje pojęcie szkodnik[15]). Nawet wielkie umieranie Puszcza potrafi przerobić na wielkie życie. Pod warunkiem jednak, że szkodnikiem nie będzie człowiek, który osłabia lasy nawet wtedy, gdy je sadzi. Najczęstsze przeczenie, jakie pojawia się w naszej książce, brzmi: "Las to nie wielki magazyn drewna"[16]. Wyrzeczenie się korzyści materialnych wynika z nowej bioświadomości: dalsze życie ludzi w skali planetarnej jest zależne nie tylko od wody i powietrza, ale i od lasów. Zmniejszanie powierzchni lasów powoduje, że woda szybciej paruje z gleby i zbiorników wodnych, a gazy zanieczyszczające atmosferę utrzymują się w niej dłużej. W rezultacie życie na planecie jest coraz bardziej spocone - jeszcze oddychamy, ale do płuc dociera zbyt mało tlenu. Potrzebne byłoby obniżenie temperatury, ale do tego niezbędne jest oczyszczenie atmosfery z nadmiaru CO2. Koło się zamyka, a pętelka zaciska.

Czym zatem jest las, jeśli nie sumą drzew, magazynem drewna, zbiorem przyszłych mebli i książek? "Skomplikowany organizm", "miasto", "wspólnota", "społeczeństwo", "samowystarczalny system" - to umowne, metaforyczne, przybliżone określenia, jakie pojawiają się w tekstach. Wszystkie wyrażają wspólną treść, która mówi, że las jest autonomicznym życiem, któremu najbardziej zagraża człowiek. Samoistna wartość jest tu zatem słabsza i zależna od człowieka, choć zarazem - jako warunek dalszego życia planety - silniejsza i determinująca. Problem polega na tym, że szczególną pozycję słabego siłacza las może potwierdzić wyłącznie w długim czasie, którego on i my już prawie nie mamy. W tej sytuacji siła przysługująca człowiekowi powinna zostać obrócona na rzecz ochrony lasów. W imię czego? Dariusz Gzyra pisze:

Mam poczucie, że las trzeba chronić ze względu na jego użyteczność dla odczuwających zwierząt, które spędzają w nim życie, uznając go za swoje miejsce. Dla tych, którzy nie mogąc być gdzie indziej, są tam u siebie. Poszerzam więc - dotychczasowo podejrzane - pojęcie walorów użytkowych lasu o pozaludzką perspektywę i to mi daje wystarczającą podstawę jego ochrony[17].

To subtelne wyznanie rozumieć można tak, że winni jesteśmy ochronę lasowi, ponieważ żyje on dla innych. Nie dla innych ludzi - Polaków, Mazowszan, Podlasian - lecz dla wszystkich istot, które go zamieszkują. Ujmując rzecz radykalniej: powinniśmy chronić las tak, aby mógł on umierać wedle własnego rytmu. Postawę człowieka wobec lasu - a szerzej wobec natury - winna określać maksyma: "Żyj i pozwól umrzeć". Mimo pozorów okrucieństwa zdanie to zawiera w sobie treść wymierzoną we władzę suwerenną, którą państwo chciałoby sprawować nad naturą i którą wręcza w coraz większym stopniu kapitalizmowi. Najwyższym i zarazem najokrutniejszym przejawem władzy suwerennej w stosunku do natury nie jest uśmiercenie zwierzęcia czy drzewa, lecz odebranie prawa do samodzielnego umierania. Władza suwerenna to ta, która może nakazać żyć - jak czyni to zwierzętom hodowlanym, zamkniętym w klatkach, karmionym siłą i siłą trzymanym przy życiu. Albo jak czyni to lasom, sadząc je wedle określonego wzoru i skazując na życie w monokulturze. W tym kontekście chronić las to właśnie zwrócić mu prawo do samodzielnego umierania.

Jest jasne, że człowiek nie postąpi tak wobec całej natury. Ani nawet wobec jej połowy. Jedyne, na co można dziś liczyć, to uznanie, że istnieje ona już nie wyłącznie dla nas, lecz jako wiązka wartości. Nigdy - dopóki żyć będą ludzie - nie będzie w całości samoistna. Krystalizacja bioświadomości w Polsce nie polega na tym, że coraz więcej ludzi broni autonomii natury, lecz na tym, że postulują oni wielorelacyjność[18], a więc prowadzenie polityki natury uwzględniającej zróżnicowane podmioty. Można wyobrazić sobie politykę, która uzgadnia potrzeby ekosystemu, mieszkańców danego regionu, lokalnych władz i inwestorów. Byłaby to polityka pilnująca, aby ochrona natury nie pozbawiła bezpieczeństwa społecznego osób najbardziej z naturą związanych i od niej zależnych. I zarazem pilnująca, by zapewnienie bezpieczeństwa społecznego ludziom nie odbywało się kosztem natury.

Natura to najszerszy z możliwych zewnętrznych kontekstów życia ludzi i zarazem najbardziej wewnętrzna jego treść. Jej katastrofa będzie katastrofą ludzkości. Nigdy nie przestanie być problemem ani źródłem konfliktów. Czy można zacząć inaczej te konflikty rozstrzygać?

Nieposłuszeństwo ekologiczne

Skoro prawo ma taką naturę, że wymaga od człowieka, aby stał się narzędziem niesprawiedliwości wobec drugiego człowieka, wówczas, powiadam, należy prawo naruszać

Thoreau 1997: 7

Przekonanie, że znaleźliśmy się w czasach kryzysu jest wspólnym mianownikiem wszystkich pomieszczonych w książce tekstów. Kryzys nie jest jednak wyłącznie kwestią wycinki lasu - nie jest także problemem brudnego powietrza, zaśmieconych wód, ginących gatunków zwierząt czy topnienia lodowców. Kryzys ekologiczny nie rozgrywa się wewnątrz systemu - jest kryzysem samego systemu.

Wraz z rozpoznawaniem zmian klimatycznych zmieniają się nadzieje. Najpierw była nadzieja na to, że kryzys można odwrócić, potem - że da się go zatrzymać. Jako ostatnia umierać będzie nadzieja na to, że można go złagodzić, odraczając katastrofę. Urealnić tę nadzieję mógłby tylko system zdolny sprzeciwiać się kryzysowi - oparty na samoograniczeniu, na powszechnej partycypacji ekologicznej, na solidarnym (a więc proporcjonalnym) ponoszeniu kosztów. W takim systemie wspólnotowy wysiłek samoograniczenia obywateli (zmniejszanie zużycia energii, rezygnacja z jedzenia mięsa etc.) przekłada się na konkretną politykę państw i sposoby zarządzania firm: my zakręcamy grzejniki, a rząd podejmuje decyzję o zamknięciu kopalni węglowej; rząd wprowadza ograniczenie używalności opakowań plastykowych, a my nabywamy lniane torby na zakupy.

Skuteczna polityka ekologiczna potrzebuje więcej demokracji, a demokracja większego udziału obywateli[19]. Problem rozpoczął się wówczas, gdy obywatele spostrzegli, że ich wysiłek niekoniecznie przekłada się na działania władzy. Wystarczyło posłuchać wiadomości, żeby zorientować się, że zamiast planetarnej solidarności mamy planetę egoizmów: USA wycofuje się z pakietu klimatycznego, a polski rząd - mimo konkretnych zobowiązań podjętych w ramach Unii - dąży za wszelką cenę do utrzymania gospodarki węglowej.

Jeśli projekt "demokratycznej" odpowiedzi na kryzys zakłada większą partycypację obywateli, to ostatnie działania rządu w Polsce wzmacniają suwerenność władzy i osłabiają sprawczość obywateli. Demokracja kruszy się na wielu poziomach: sądownictwa, wolności mediów, równouprawnienia kobiet. Ten sam proces objął naturę. Wraz z popychaniem państwa w stronę autorytaryzmu[20] wzmocnieniu ulega system, który z konieczności prowadzi do kryzysu ekologicznego - wszystkie działania rządu legitymizują bowiem kapitalistyczne pojmowanie przyrody. To wywołuje podwójną bezsilność: po pierwsze, atakowanie przez rządowe media obywatelskich działań zachęca do bierności; po drugie: narodowy kapitalizm zwiększa skalę operacji na naturze, a przez to rozmiar zniszczeń. Jednocześnie problemy ekologiczne są już zbyt wyraźne, by je zlekceważyć; przeniknęły tak bardzo do rzeczywistości, że stają się przedmiotem codziennych rozmów i sprawdzeń (jak np. poziom stężenia pyłów). Ale głos społeczny pozbawiony jest decyzyjności, zaś działania rządowe pozbawione są logiki: walka ze smogiem toczy się przy utrzymaniu gospodarki węglowej; chorobę dzików powstrzymuje się poprzez strzelanie, które rozprasza stada i rozprzestrzenia zarazę; plan powstrzymania kornika "zabijającego" drzewa w Puszczy realizuje się wycinając Puszczę. Wyrazistość problemów ekologicznych zderza się zatem z jaskrawością antyekologicznej strategii legitymizowanej przez stanowione prawo i torpedującej inicjatywy społeczne. Nadzieja partycypacji ekologicznej zamienia się w obywatelską bezsilność - odebranie narzędzi demokratycznego uczestnictwa wytwarza pustkę. Pustkę wypełnia gniew.

Gniew - być może afekt zawierający w sobie największy potencjał mobilizacyjny - stał się impulsem do artykulacji sprzeciwu i działań protestacyjnych. Formę, jaką przybrały owe protesty, określamy mianem nieposłuszeństwa ekologicznego. Jawne nawiązanie do pojęcia nieposłuszeństwa obywatelskiego jest tu nieprzypadkowe. Od samego początku istnienia demokracji w jej funkcjonowanie wpisana jest możliwość ostentacyjnego wystąpienia przeciw prawu w imię wyższej wartości. W gruncie rzeczy dla demokracji nieposłuszeństwo takie - wskazujące na jakąś wartość wykluczoną - stanowi wewnętrzny bufor bezpieczeństwa: dzięki "nieposłusznym" podstawowa metoda demaskowania niesprawiedliwości i walki z niesprawiedliwością zostaje umieszczona wewnątrz demokracji. Protest podejmuje się w imię dobra wspólnego przeciw prawu stanowionemu przez władzę i sprzeniewierzającemu się owemu dobru. Nie chodzi przy tym o obalenie całego systemu prawnego, ale zakwestionowanie legitymizacji konkretnych uregulowań i zatrzymanie ich egzekucji. Z tego względu "nieposłuszni" w pierwszej kolejności wykorzystują legalne (przewidziane przez prawo) sposoby działania, nie zarzucając ich nawet w czasie wszczętej akcji. (W konflikcie o Puszczę ów mechanizm uwyraźniał się za każdym razem, kiedy "nieposłuszni" aktywiści i spacerowicze w uzasadnieniu swoich działań powoływali się na konstytucję lub ekspertyzy prawne, a później na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE). Opowiedzenie się po stronie dobra wspólnego jest też równoznaczne z kolektywnością - nieposłuszeństwo powołuje do istnienia wspólnotę zdolną do działania. W imię wspólnoty "nieposłuszni" gotowi są ponieść konsekwencje czynu bezprawnego, a ich ofiarność służy podkreśleniu symboliczności gestu[21]. Ze względu na dynamikę ofiarnej odpowiedzialności "nieposłuszni" w swoich działaniach odżegnują się od użycia przemocy, świadomie i konsekwentnie wystawiając się na przemoc ze strony sił pilnujących obowiązującego prawa[22].

Na pewnym poziomie nieposłuszeństwo ekologiczne czerpie inspirację z pamiętnej koncepcji sformułowanej przez Henry'ego Davida Thoreau, a rozwijanej przez Emila Zolę, Lwa Tołstoja, Mahatmę Gandhiego, Martina Luthera Kinga, Hannah Arendt, Edwarda Abramowskiego czy Jacka Kuronia[23]. Między tą tradycją i postawą przez nas omawianą istnieje jednak poważna różnica. Nieposłuszeństwo ekologiczne nie postuluje zniesienia konkretnego przepisu prawnego, a więc ulepszenia demokracji. Nieposłuszeństwo ekologiczne, domagając się włączenia natury w demokrację, artykułuje sprawę dużo większą: konieczność przemodelowania samej demokracji. Z tego względu nie jest ono wariantem nieposłuszeństwa obywatelskiego ani nie jest z nim równoznaczne. O ile bowiem nieposłuszeństwo obywatelskie największą skuteczność osiąga w sprawnie działającej demokracji, o tyle nieposłuszeństwo ekologiczne rodzi się w warunkach demokracji wadliwej, wypaczonej, znieprawionej. Uruchamia przy tym grę o wysoką stawkę. Walczy o zatrzymanie autorytarnych dążeń polityki, o podważenie kapitalistycznego modelu państwa, o wymianę zbiorowych tożsamości, a także o wytworzenie innego pojęcia wspólnotowości, uwzględniającej lasy, wody i zwierzęta jako pozaludzkich uczestników parlamentu.

Odsłonięcie stawki prowadzi do pytania o skuteczność. W tym miejscu powrócić trzeba do gniewu - afektu fundacyjnego dla nieposłuszeństwa ekologicznego. Moment historyczny wydaje się niekorzystny: w aktualnym systemie gniew łatwo uwolnić, ale jak dotąd nie udało się nadać mu charakteru przewrotowego[24]. Zgodnie z diagnozami Petera Sloterdijka gniew został rozproszony: pojawia się lokalnie, ale w większej skali nie prowadzi do systemowych zmian. Gniew, opór i manifestowany sprzeciw mogą wpływać na poszczególne decyzje władzy, ale nie wytwarzają całościowego projektu[25]. Ludzie przystępujący do aktu nieposłuszeństwa ekologicznego robią to zatem ze świadomością, że są w stanie doraźnie zatrzymać egzekucję ustanawianego przez rząd prawa, ale nie zatrzymają samego mechanizmu stanowienia owego prawa: udało się powstrzymać wycinkę Puszczy Białowieskiej, ale prawo pozwoliło wpuścić harvestery do lasu na Mierzei Wiślanej[26]; zdołano spowolnić zabijanie dzików, ale nie podważono przepisu, który zabijanie legalizuje.

Szansą nieposłuszeństwa ekologicznego jest porozumienie ze wszystkimi innymi możliwymi "nieposłuszeństwami" generowanymi przez deformowaną demokrację i ekspansywny kapitalizm. Siłę takiego sojuszu powinny stanowić nie masowość i jedność, lecz wielość i różnorodność. A także - świadomość, że kryzys ekologiczny jest ściśle powiązany z ustrojem. Aby powstrzymać dewastację natury, trzeba zmienić demokrację. Aby zmienić demokrację, trzeba wpuścić reprezentantów natury do parlamentu[27].

Co stoi na przeszkodzie takiej polityce natury, a co mogłoby ją wesprzeć; dlaczego aktualne władze traktują naturę instrumentalnie, dlaczego lasy powinny trwać i dlaczego im się to nie uda bez politycznych przedstawicieli - to kwestie, które z kulturowego, politycznego i ekonomicznego punktu widzenia zostaną omówione w kolejnych częściach niniejszej książki.

Puszcza nie umiera nigdy (chyba że z ręki człowieka)Adam Wajrak

W przytłaczającej większości lasy oglądane przez nas na co dzień niewiele mają wspólnego z prawdziwymi lasami, których mamy bardzo mało i których ciągle ubywa.

Jestem pewien, że teraz większość czytających stuka się w głowę. Jak to lasów mamy bardzo mało? Jak to ubywa? Wystarczy spojrzeć na dane statystyczne, by przekonać się, że powierzchnia lasów w Polsce i Europie rośnie.

Każdy był w lesie - i każdy jest przekonany, że doskonale wie, co to takiego las. Z lasu przecież mamy drewno, z którego budujemy domy i robimy meble. W lesie wypoczywamy: spacerujemy, zbieramy grzyby i jagody. Jak więc moglibyśmy nie wiedzieć, co to takiego las? Przecież prawie jedną trzecią Polski stanowią lasy. Wydaje się nam, że doskonale wiemy co to takiego las. Las to najbardziej ustabilizowane i ostateczne stadium sukcesji - tego uczą nas w szkołach na lekcjach biologii. Wiadomo także, że dbamy o lasy. Bronimy ich przed pożarami, szkodnikami, usuwamy skutki wichur, las wreszcie sadzimy albo, jak kto woli, odnawiamy. Nasze lasy są zawsze piękne, bo tnąc je w odpowiednim momencie, nie dajemy im się zestarzeć.

Trzydzieści lat temu, gdy byłem młodym miłośnikiem przyrody z Warszawy, zgodziłbym się z większością powyższych stwierdzeń bez zastrzeżenia. I oburzałbym się na kogoś, kto mówiłby mi, że nie wiem czym jest las. Przecież wiedziałem dokładnie. Nie raz w nich byłem. To te piękne, sosnowe, jednowiekowe monokultury, w których zbierałem grzyby z tatą. Bez żadnych martwych drzew, bez żadnej zgnilizny. Piękny i przejrzysty, pachnący żywicą. Wspomniałbym mojemu rozmówcy, że z każdym rokiem sadzimy coraz więcej lasów, bo przecież sadzenie było przez ostatnie kilkadziesiąt lat niemal jedynym sposobem na zwiększanie tzw. lesistości. Być może dalej tkwiłbym w tej błogiej nieświadomości i dobrym samopoczuciu, gdyby nie to, że pewnego dnia zobaczyłem Puszczę Białowieską. Pierwsze spotkanie było bolesnym szokiem. Zaprowadzono mnie w jakieś ciemne miejsce, gdzie rosły różnorodne drzewa. Wysokie, niskie, krzywe, skręcone. Miejsce było także pełne pni martwych drzew, rozkładu wilgoci i brzęczących owadów. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Byłem zaszokowany. Przede wszystkim w oczy rzucał się wszechobecny bałagan, który wzbudzał mój niepokój. Nic dziwnego - widok był zupełnie inny niż to wszystko, co kojarzyło mi się dotąd z lasem. Szok mijał powoli. Z każdą wizytą w Puszczy - w której było coś bardzo pociągającego - docierało do mnie powoli, że ten las, choć tak inny od tych, które znam, jest bardzo ciekawy. Raptem okazywało się, że mieszkają tu organizmy, których nie ma lub jest niewiele w innych (tak zwanych) lasach. Że Puszczę kształtowało coś innego niż leśnik ze swoją planową gospodarką. Po latach spędzonych w Puszczy z przerażeniem patrzę na te lasopodobne twory pokrywające większość naszego kraju. Twory, którymi zastąpiliśmy lasy albo, jak kto woli, puszcze. Dziś nie powiedziałbym, że jesteśmy w stanie posadzić las, choć z pewnością jesteśmy go w stanie wyciąć i zniszczyć - zresztą nie tylko tnąc, ale także sadząc. Oczywiście dla większości z nas nie ma w tym nic niepokojącego. Przez ostatnie 200 lat, czyli mniej więcej przez tyle, ile istnieje współczesne leśnictwo, zdołaliśmy zlikwidować większość prawdziwych lasów.

Zaraz, zaraz, ale czy w jednym i drugim przypadku nie mamy do czynienia z bardzo podobnymi tworami? Przecież i w lasach stworzonych przez człowieka są drzewa. Czymże jest las, jeśli nie zbiorowiskiem drzew rosnących na określonej powierzchni? Rzeczywiście - tak brzmiałaby jedna z najprostszych definicji lasu. Ale, choć w jednym i drugim przypadku mamy miejsce porośnięte drzewami, różnice są zasadnicze. Chociażby w gatunkach. Dla większości z nas leśne gatunki drzew to oczywiście sosna, świerk, dąb albo buk. Rzadziej kojarzą nam się z lasem takie drzewa, jak grab albo wiąz, a już zupełnie nie klon czy lipa. W Puszczy znam takie jej części, które niemal wyłącznie składają się z lip. Jest to coś w rodzaju lipowego lasu. Czy samo stwierdzenie "lipowy las" nie jest czymś dziwnym? Lipa i klon przecież kojarzą się z drzewami parkowo-ogrodowymi, a nie leśnymi. Tylko że one są, a raczej powinny być, jak najbardziej leśnymi drzewami. Wyrugowała je jednak z nich gospodarka leśna.

Inną poważną różnicą jest wiek drzew. Nasze lasy, te które znamy, wydają się młode i zdrowe. W naszych zwykłych polskich lasach śmierć nie istnieje. Poza rezerwatami, które stanowią 1,4 procenta terenów zarządzanych przez Lasy Państwowe, drzewa nie dożyją, ba, nawet nie mają szansy się zbliżyć do starości. (W tym miejscu warto dodać, że w naszych statystykach za "las" uznawany jest zrąb zupełny, czyli miejsce, w którym wycięto wszystkie drzewa!). Dla sosen wiek rębny, w którym najczęściej się je wycina, to osiemdziesiąt lat. A one mogą dożywać nawet trzech setek.

Dęby, które w naszych lasach miewają nawet czterysta czy pięćset lat, można ściąć, gdy dojdą do stu dwudziestu. Podobnie z innymi drzewami. Jeśli porównać je do ludzi, to za pomocą siekier, pił spalinowych i harwesterów zabijamy trzydziestolatków. Nic dziwnego, że nasze lasy z pozoru wyglądają pięknie i zdrowo niczym społeczeństwo, w którym nikt nie przekracza trzydziestki.

Ktoś przyzwyczajony do takiego lasu, gdy przypadkiem znajdzie się w Puszczy, musi być zszokowany, podobnie jak ja przed laty. Bo tam, przynajmniej w tych częściach, do których nie dotarł leśnik, jest inaczej. Szczególnie w takich miejscach jak rezerwat ścisły Białowieskiego Parku Narodowego - tu mniej więcej jedna trzecia drzew jest martwa. Ale umierają śmiercią naturalną - tak jak ich przodkowie przed tysiącami, a nawet milionami lat.

Jak wygląda śmierć drzewa? Bardzo różnie: dąb, puszczański kolos, najczęściej umiera powoli. Usycha mu jedna gałąź, potem za kilka, kilkanaście lat kolejna. Zanim zamrze ostatni liść w jego koronie, niejeden człowiek zdąży się urodzić i odejść. Graby dożywają najwyżej dwustu lat. Po nich widać starość. Z wiekiem coraz bardziej się wykręcają, marszczą. Robią się dziuplaste i spróchniałe w pniu. Do ich blizn dostaje się woda, rozsadza je mróz, drążą grzyby. Zaczynają przypominać bajkowe trolle lub smoki. Zanim umrą, w ich dziuplach zdążą się wychować całe pokolenia muchołówek, rudzików albo sikor.

Te drzewa są niezłomne. Stoją na posterunku nawet srodze nadwerężone. Znam grab, któremu ktoś piłą wyciął sięgający dwóch trzecich pnia kwadrat, a on na tej jednej trzeciej, na pozostawionym kawałku, stoi i żyje. Często widzi się graby, które padły, gdy zwaliło się na nie inne, większe drzewo. Ten, który je przewrócił, jest martwy, a grab, choć leży, to żyje. Tylko tu i ówdzie wypuszcza gałęzie wertykalnie. I tyle.

A sosny? Też twardzielki. Może nawet większe od grabów. W Puszczy jeszcze stoją takie, którym ponad sto lat temu ludzie łupali pnie, żeby uzyskać łatwopalne, nasączone żywicą szczapy. I co? Żyją. A ich śmierć przyjdzie niezauważona.

Powoli umierają też lipy. To drzewa leśne, choć gospodarka wygoniła je z większości naszych lasów i dziś bardziej kojarzą się z ogrodami i parkami, a nie prastarą Puszczą. Z wiekiem stają się w środku puste. Czasami w takim pniu może się zmieścić nawet człowiek. W końcu pień pęka. Ale lipa nie ginie, bo zwykle ma odrosty i któryś z nich zajmuje miejsce głównego pnia. Dlatego te drzewa z naszej ludzkiej perspektywy są wieczne.

Z jesionami i świerkami jest jeszcze inaczej. Pierwsze zabija dziś tajemnicza choroba - prawdopodobnie grzyb, który zatrzymuje transport wody i przerywa korzenie. Patrzysz na pień takiego jesionu, wydaje się zdrowy, a na górze już nie ma żadnego listka. Świerki, najwyższe żyjące w Puszczy drzewa, mogą być tak wysokie jak czternastopiętrowy budynek. One też kończą życie w sposób nagły. Ich słabością jest płytki system korzeniowy. Z dwóch powodów: po pierwsze, te płaskie i rozległe korzenie nie kotwiczą świerka mocno w ziemi. Do tego ich pokryte gęstymi igłami gałęzie działają jak żagiel, więc w czasie wiosennych i jesiennych wiatrów często te drzewa się wywracają. A po drugie, gdy panuje susza, płytki system korzeniowy nie jest w stanie dostarczyć wody wielkiemu pniowi. Wtedy atakują korniki, bo drzewo, któremu brakuje wody, nie może zalewać żywicą napastników. A one drążą korytarze w tkankach odpowiedzialnych za przewodzenie wody i substancji odżywczych. I po kilku tygodniach świerk jest martwy.

Te drzewa umierają masowo, całymi grupami. Nie ma w tym nic wyjątkowego. Rozgrywka między kornikiem a świerkiem - podobnie jak między jeleniem a wilkiem - trwa nieprzerwanie w Puszczy od tysięcy lat.

W Puszczy śmierć nie przeraża. Baczny obserwator od razu dojrzy, że tam, gdzie pełno martwych drzew, tętni życie. Pod korą suchego, zabitego przez korniki świerka kłębią się wije i larwy chrząszczy rębaczy o tłustych, białych ciałach. Pająki mają tam swoje gniazda. Przed wyschnięciem chowają się nagie ślimaki, a czasami płazy, jak traszki. Gnieżdżą się pełzacze, maleńkie ptaszki. W pniach drążą korytarze żerdzianki Urussowa.

Z martwymi świerkami związanych jest ponad sto gatunków rzadkich i chronionych chrząszczy. Szuka tam więc pożywienia cudaczny dzięcioł trójpalczasty, ten o żółtej czapeczce i trzech, a nie tak jak u innych dzięciołów czterech palcach u każdej z łapek. Gdzie nie ma zamierających świerków, nie ma też tego rzadkiego ptaka.

Bogactwo grzybów, porostów, mchów, śluzowców, owadów, pajęczaków i mięczaków zależy nie tylko od liczby martwych drzew, ale także od ich różnorodności. Jedne potrzebują grabu, inne jesionu albo dębu, inne sosny lub świerka. Jeszcze inne chcą czegoś grubszego, cieńszego, potrzebują pnia wystawionego na promienie słońca lub wręcz przeciwnie - rozkładającego się gdzieś w zacienionym i wilgotnym miejscu. To dlatego w Puszczy, jak mówił profesor Uniwersytetu Warszawskiego i szef Stacji Geobotanicznej UW w Białowieży Bogdan Jaroszewicz, mamy aż tysiąc osiemset pięćdziesiąt gatunków grzybów wielkoowocnikowych (to te na tyle duże, że je widzimy). Czyli połowę wszystkich gatunków występujących w całym kraju, a przecież rezerwat ścisły Białowieskiego Parku Narodowego stanowi zaledwie 0,05 procenta polskich lasów.

Puszczę można porównać z rafą koralową, w której żywe i martwe koralowce tworzą warunki do życia dla unikalnego i różnorodnego świata ryb, skorupiaków, ukwiałów i ślimaków.

Ale to nie koniec. Momentalnie na ciałach przodków pojawiają się ich następcy. Świerki uwielbiają wyrastać na cielskach poprzedników, graby i lipy obok nich.

I tak Puszcza umiera i znów się odradza. Ale tylko tam, gdzie człowiek ze swoją uzbrojoną w piły i ciężkie maszyny gospodarką leśną trzyma się od niej z dala. I ten cud trwa od tysięcy lat. Tego procesu w innych lasach zwyczajnie nie ma. Został zlikwidowany przez gospodarkę leśną, która drzewa traktuje niczym tuczniki w chlewni - gdy te osiągają określony wiek, posyłane są na śmierć. W Puszczy wszystko jest powiązane i wszystko ma swoje daleko idące skutki. Zarówno skład gatunkowy jak i to, że drzewa mogą dożywać późnego wieku (nawet nie starości, lecz pełnej dojrzałości), ma swoje konsekwencje nie tylko dla występowania różnych gatunków w takim ekosystemie, ale również dla różnych procesów ekologicznych - takich, jak na przykład lata nasienne, czyli pojawiający się w Puszczy co pięć do sześciu lat wysyp nasion dębu, grabu i lipy, który ma z kolei wpływ na zwierzęta: od gryzoni, przez dziki po żubry, a także drapieżniki od łasic po sowy. Taki wysyp może mieć miejsce tam, gdzie są dojrzałe drzewa.

To, co widzimy w Puszczy, jest efektem działania sił natury. Strukturę drzewostanu kształtuje nie siekiera i piła albo wyhodowana w szkółce sadzonka, ale wichura, kornik, pożar, konkurowanie różnych gatunków lub osobników w wyścigu o miejsce do życia. To wszystko w tak zwanym lesie, który znamy, jest zwalczane z całą surowością. Las nie może być strukturą dynamiczną. Las ma stać i rosnąć w górę. Tu nie ma miejsca na pożary, kornika i wichury. Każde takie zdarzenie przedstawiane jest jako katastrofa lub kataklizm. Tymczasem tu w Puszczy to nie kataklizm, ale szansa.

W tych lasach, które znamy, sadzenie drzew odbywa się zgodnie z leśną sztuką i wiedzą. O tym, czy drzewo rośnie tu czy tam, decyduje człowiek. Są gatunki mniej lub bardziej pożądane. Lubimy świerki, sosny i dęby, nie lubimy grabu i brzozy, bo trudno z nich zrobić deski. Zupełnie jak w ogrodzie albo na polu. Czy wypada, by dwa tak różne twory nazywać tak samo? Proszę nie dać się zmylić temu, że i w Puszczy, i w tych innych niby lasach mamy te same gatunki. I tu i tam rosną sosny, dęby i świerki, borowiki albo rydze. Po jednych i drugich biegają jelenie i dziki. Tylko co z tego? Przecież w wykopanym przez człowieka stawie mamy te same gatunki ryb i roślin co w naturalnym jeziorze. Na koszonej łące może być niemal to samo co na stepie. A mimo to nie nazywamy ukształtowanego przez człowieka stawu jeziorem, a łąki stepem. Wyraźnie rozróżniamy twory, w których człowiek jest główną siłą sprawczą i te, w których jest nią natura. Nie mówimy na usypane przez nas kopce "to góry". I na odwrót: rzeka, nawet bardzo przez ludzi zmieniona, to wciąż rzeka, a nie wykopany kanał.

Może więc pora przyznać, że nie możemy zrobić sobie lasu. Podobnie jak nie jesteśmy w stanie stworzyć rafy koralowej i arktycznych lodowców albo sprawić, by meandrowała rzeka czy wypiętrzyły się góry.

Myślę, że taka szczerość dobrze by nam zrobiła. Szczególnie w czasie, gdy toczy się dyskusja o ochronie Puszczy Białowieskiej albo resztek naturalnych lasów w Karpatach. Mądrzy naukowcy zastanawiają się, czy to lasy dziewicze, naturalne, półnaturalne albo zbliżone do naturalnego. Może zamiast tego warto wreszcie stwierdzić, że to jedne z ostatnich lasów, jakie nam zostały. Co byśmy zrobili, gdybyśmy mieli ostatnią rafę koralową? Czy nie chronilibyśmy jej z całą surowością? Może więc Puszcza i karpackie resztki są ostatnimi naszymi lasami, a cała reszta to tylko nasz produkt, przypominający las tylko z pozoru. Może pora zrozumieć, że naszą sytuację - nie tylko w Polsce, ale również w Europie i Ameryce Północnej - najlepiej oddaje myśl zawarta w znakomitej książce Macieja Zaremby Bielawskiego Leśna mafia, dotyczącej lasów szwedzkich. Jest ono uniwersalne i najlepiej pokazuje, co z zrobiliśmy z lasami: "Nigdy w historii nie było tylu drzew i tak mało lasów".

[1] Cyt. wg wydania: H.D. Thoreau, Obywatelskie nieposłuszeństwo, [bez nazwiska tłumacza], Oficyna "Red Rat", Zielona Góra 1997, s. 2. Lokalizacja kolejnych cytatów - bezpośrednio w tekście.

[2] Niniejszy Wstęp nie zawiera omówienia poszczególnych części czy tym bardziej wszystkich tekstów zebranych w książce. Jako redaktorzy postanowiliśmy ograniczyć się do scharakteryzowania wspólnych idei i wyostrzenia wniosków.

[3] Zob. W. Adamowski, Opinia w sprawie oddziaływania obwodnicy Augustowa na środowisko przyrodnicze projektowanego rezerwatu Rospuda, adres: https://dzikiezycie.pl/archiwum/1999/kwiecien-1999/opinia-w-sprawie-­oddzialywania-obwodnicy-augustowa-na-srodowisko-przyrodnicze-projektowanego-rezerwatu-rospuda [dostęp: 10.02.2019].

[4] Zob. kalendarium sporu, adres: www.pracownia.org.pl/upload/filemanager/pracownia.org.pl/Rospuda/Dolina-Rospudy-kalendarium.pdf [dostęp: 2.02.2019].

[5] W języku militarnym zakończenie sporu opisała Anna Słojewska - zob. tejże Zamykanie frontów w wojnie z UE. "Rzeczpospolita" z 18 kwietnia 2018, adres: http://grm-rpweb.newscyclecloud.com/Unia-Europejska/304179914-Zamy-kanie-frontow-w-wojnie-Polski-z-UE.html [dostęp: 2.02.2019].

[6] Zob. Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 15 listopada 2018 r. w sprawie wysokości ryczałtu za wykonanie odstrzału sanitarnego dzików, adres: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20180002194/O/D2018-2194.pdf [dostęp: 2.02.2019].

[7] I. Nazaruk, "To jest stosowanie etyki faszystowskiej do dzików". Rozmowa z prof. Andrzejem Elżanowskim, "Gazeta Wyborcza", 9 stycznia 2019, adres: http://wyborcza.pl/7,82983,24347041,to-jest-stosowanie-etyki-faszystowskiej-do-dzikow-rozmowa.html?disableRedirects=true [dostęp: 2.02.2019]. Andrzej Elżanowski stwierdza: "To jest stosowanie etyki faszystowskiej do dzików, podkreślam: faszystowskiej etyki, która polega na bezwzględnej eksterminacji słabszych i niepożądanych. Nagonki na niedobitki dzików, rozbijanie ich rodzin, zabijanie tych wysoko inteligentnych zwierząt, taki stopień prześladowania, jaki właśnie zarządził obecny rząd, a w szczególności minister Ardanowski - to jest barbarzyństwo i zasługuje na miano etyki faszystowskiej".

[8] W liście skierowanym przez naukowców i ekspertów zajmujących się ochroną i zarządzaniem zasobami środowiska przyrodniczego do premiera Mateusza Morawieckiego czytamy: "[...] zarówno wytyczne Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), jak i krajowa praktyka wskazują, że zmasowane polowania na dziki walnie przyczyniają się do roznoszenia wirusa" - zob. List otwarty środowiska naukowego w sprawie redukcji populacji dzików, "Nauka dla Przyrody", 9 stycznia 2019, adres: www.naukadlaprzyrody.pl/2019/01/09/list-otwarty-srodowiska-naukowego-w-sprawie-redukcji-populacji-dzikow/?fbclid=IwAR1a-8y4F5dzzUVZBo_GdBS5yndzCBHVzPe-5dXwl1ji_woCJyQp_nvlJK4 [dostęp: 10.02.2019]. Zasadnicze przyczyny tego procesu: 1) spłoszone zwierzęta szukają terenów nie objętych polowaniami i zarażają kolejne osobniki; 2) krew zastrzelonych zwierząt zanieczyszcza środowisko i staje się źródłem nowych zakażeń; 3) zwiększona liczba polowań zwiększa liczbę myśliwych i psów wchodzących w kontakt z zarażonymi zwierzętami i sprzyja przenoszeniu zarazków do domów, obejść gospodarczych i chlewni.

[9] Zachętę do zabijania loch w ciąży oprotestowali nawet myśliwi; nie zabrakło też krytyki formułowanej na łamach pism branżowych - zob. np. H. Okarma, K. Bojarska, Jak polityka może wykończyć dzika, "Brać Łowiecka" 2018, nr 8.

[10] Przykładem i dowodem może być las na Mierzei Wiślanej: 15 lutego 2019 rozpoczęto wycinanie pasa o szerokości 200 m i długości 1 km (25 ha lasu, około 25 tysięcy drzew) - bez koniecznej (prawem przewidzianej) zgody na płoszenie zwierząt i wbrew zaleceniom Komisji Europejskiej, a także w trakcie procedury środowiskowej. Finał operacji (28 lutego) postawi wszystkie Komisje przed faktem wyciętym. Zob. M. Sandecki, Bez wymaganych zgód i wbrew zaleceniom KE. Dlaczego PiS tak bardzo spieszy się z wycinką drzew na Mierzei Wiślanej, wyborcza.pl, adres: http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,24469106,bez-wymaganych-zgod-i-wbrew-zaleceniom-komisji-europejskiej.html [dostęp: 19.02.2019].

[11] W trakcie przygotowań do odstrzału dzików minister rolnictwa Jan Ardanowski powiedział: "Jeżeli jesteśmy na wojnie z afrykańskim pomorem świń [...], jeżeli się nie uda tej choroby wyeliminować, to ryzyko dramatycznego pogorszenia sytuacji polskiego rolnictwa i upadku sektora trzody chlewnej jest bardzo realne"; cyt. za: Jednej inspekcji bezpieczeństwa żywności nie będzie, dziennik.pl, 4 stycznia 2019, adres: https://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/588515,jan-krzysztof-ardanowski-inspekcja-resort-zdrowia-zywnosc.html [dostęp: 10.02.2019].

[12] Zob. P. Sekuła, Aktywność protestacyjna Polaków w latach 1989-2009, "Polityka i Społeczeństwo" 2013, nr 3 (11), s. 85-99. Autorka pisze o ciekawej prawidłowości: w ciągu dwóch pierwszych dekad mobilizacja strajkowa stawała się coraz rzadsza, pojawiły się za to nowe formy protestu (przemarsze, petycje, blokady dróg, działania okupacyjne).

[13] W skrótowej charakterystyce władzy suwerennej nawiązujemy do koncepcji Giorgio Agambena - zob. tegoż, Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie, tłum. M. Salwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

[14] Adam Wajrak, Puszcza nie umiera nigdy (chyba że z ręki człowieka) - zob. niniejszy tom, s. 31-39.

[15] Dorota Sumińska, Czy las jest potrzebny? - zob. niniejszy tom, s. 25-29.

[16] Las to nie wielki magazyn drewna. Z Peterem Wohllebenem rozmawia Paulina Machnik - zob. niniejszy tom, s. 41-50.

[17] Dariusz Gzyra, Ściana lasu - zob. niniejszy tom, s. 51-59.

[18] O gospodarce wielorelacyjnej - zob. J. Hausner, T. Żylicz, Aksjologiczne podstawy i systemowo-ekonomiczne reguły racjonalnej gospodarki i polityki leśnej, Narodowy Program Leśny, adres: www.npl.ibles.pl/aksjologiczne-podstawy-i-systemowo-ekonomiczne-reguly-racjonalnej-gospodarki-i-polityki-lesnej [dostęp: 20.01.2019].

[19] Zob. C. Leggewie, H. Welzer, Koniec świata, jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji, tłum. P. Buras, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012 (zwłaszcza rozdz. IV oraz V).

[20] Por. M. Gdula, Nowy autorytaryzm, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

[21] O symbolice owej sytuacji pisze w niniejszym tomie Dariusz Kosiński - zob. s. 247-261.

[22] W niniejszym tomie opis konfrontacji bezprzemocowych aktywistów z przemocą strażników w czasie konfliktu o Puszczę Białowieską zawierają teksty Zenona Kruczyńskiego (s. 113-129) i Michała Książka (s. 131-140).

[23] Na temat złożoności pojęcia nieposłuszeństwa obywatelskiego, jego różnych tradycji i koncepcji - zob. M.R. Kaczmarczyk, Nieposłuszeństwo obywatelskie a pojęcie prawa, Oficyna Naukowa, Warszawa 2010.

[24] Por. P. Sloterdijk, Gniew i czas, tłum. A. Żychliński, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2011.

[25] Podobnie o gniewie jako podstawie sprzeciwu pisała Izabela Kowalczyk - por. taż, Nowy faszyzm czy kolektywna rebelia?, w: Prognozowanie teraźniejszości. Myślenie z wnętrza kryzysu, red. P. Czapliński, J.B. Bednarek, Wydawnictwo Naukowe Katedra, Gdańsk 2018.

[26] Zob. M. Pankowska, PiS tnie drzewa pod przekop Mierzei Wiślanej. Ekolodzy: Bezprawnie. Będzie powtórka z Białowieży?, OKO.press, 20 lutego 2019, adres: https://oko.press/pis-tnie-drzewa-pod-przekop-mierzei-wislanej-ekolodzy-bezprawnie-bedzie-powtorka-bialowiezy/?fbclid=IwAR3g_Y5xYuvUN23TiNZqwO29k-0Ch30twN0Mg4sg2fTKP4Lg-guW2FSp4ZE [dostęp: 21.02.2019]. W tekście kilkukrotnie pojawia się stwierdzenie, że rząd "szykuje nam kolejną Białowieżę". Por. m.in.: A. Dobiegała, Tysiące drzew dziennie. Wycinka na Mierzei Wiślanej trwa dzień i noc, wyborcza.pl, www.trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,24471927,tysiace-drzew-dziennie-wycinka-na-mierzei-wislanej-trwa-dzien.html [dostęp: 21.02.2019]. Powtórzenie widać także w wybranej formie sprzeciwu - powstała inicjatywa "Obóz dla Mierzei Wiślanej" - zob. www.wyborcza.pl/10,82983,24479578,oboz-dla-mierzei-wislanej-aktywisci-zapraszaja-na-weekendowy.html [dostęp: 21.02.2019].

[27] Nawiązujemy tu do rewoltującego pomysłu Brunona Latoura. Stwierdził on, że należy zmienić reguły w stanowieniu republiki. Wedle obowiązujących zasad najpierw definiuje się obywatelstwo, a potem przeprowadza wybory, co powoduje, że wyborcami i wybieranymi mogą być wyłącznie dorośli ludzie. Aby zatrzymać katastrofę ekologiczną, należy upolitycznić naturę, czyli wprowadzić do parlamentu reprezentantów wód, lasów i zwierząt. Zob. B. Latour, Polityka natury. Nauki wkraczają do demokracji, tłum. A. Czarnacka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009, s. 113. Wierzymy, że idea ta zostanie rozwinięta w innych książkach i przez kolejnych "nieposłusznych".