Rozdział 1
Robin Hood wskoczył na pieniek i przywołał do siebie wesołą bandę rozbójników.
- Słuchajcie, przyjaciele! - krzyknął, wymachując zwojem pergaminu. - Szeryf urządza zawody łucznicze w swoim zamku i obiecuje, że spełni dowolne życzenie zwycięzcy!
Mały John, który właśnie strugał nowy kij, podniósł wzrok i spojrzał na przyjaciela.
- Chyba nie zamierzasz wziąć w nich udziału?
- Czemu nie? - odparł Robin. - Bez wątpienia stawią się tam doskonali łucznicy, z którymi mógłbym rywalizować. Z szeryfem na czele.
Braciszek Tuck zamknął butelkę piwa korkiem i otarł usta.
- Robinie, czy to aby roztropne? Musiałbyś wejść prosto do jaskini lwa.
Nawet lady Marion, zazwyczaj skłonna do przygód, sprawiała wrażenie zaniepokojonej.
- Pomyśl, jakie niebezpieczeństwo by ci groziło! Szeryf marzy o tym, by cię pojmać.
Robin wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ależ właśnie na tym polega piękno mojego planu. Pojadę tam w przebraniu! - wyjaśnił i naciągnął kaptur na głowę, by ukryć twarz. - Widzicie? - zawołał. - Nikt mnie nie rozpozna!
Wszyscy zamilkli, a Mały John, braciszek Tuck i lady Marion wymienili spojrzenia.
- Czy kaptur... - zaczął taktownie Tuck - to na pewno najlepsze przebranie dla kogoś zwanego... Robin Hoodem? Tak tylko pytam.
- No i nie zapominaj - dodał Mały John - że pani dyrektor chce się z tobą spotkać przed apelem.
- No właśnie. Nie możesz się spóźnić pierwszego dnia szkoły - poparła go Marion.
*
Pani dyrektor? Pierwszy dzień szkoły?
Charlie ściągnęła brwi, skołowana.
Podniosła wzrok znad książki i ujrzała uśmiechnięte twarze rodziców. Wizja sherwoodzkiego lasu natychmiast się rozwiała i dziewczynka zdała sobie sprawę, że siedzi przy stole w kuchni w swoim nowym domu, a mama i tata patrzą na nią z wyczekiwaniem.
Z westchnieniem zamknęła książkę i niechętnie powróciła do rzeczywistości. Poczuła ukłucie strachu, które dźgnęło ją pod żebra niczym dokuczliwy palec.
- Siedzisz z nosem w tej książce, od kiedy się przeprowadziliśmy - zauważył tata. - Czy wszystko w porządku?
Z kolei mama wyciągnęła do niej rękę.
- Wiemy, że boisz się zacząć naukę w nowej szkole, skarbie - powiedziała. - Ale Forest Hill ma znakomitą opinię i na pewno będziesz tam bardzo szczęśliwa.
- Po prostu bądź sobą, a wszyscy cię pokochają - dodał tata.
"Ta, jasne - pomyślała Charlie - tak samo jak w poprzedniej szkole".
Uśmiechnęła się z przymusem i pokiwała głową.
- Dzięki - mruknęła. - Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.
Nie chciała sprawiać przykrości rodzicom, więc nie powiedziała nic więcej. Ostatecznie oni też nie chcieli opuszczać dawnego domu. Ale myśl o tym, że znowu musi zaczynać od początku, przyprawiała ją o mdłości. Ci wszyscy nauczyciele. Te wszystkie dzieci! Gdyby tylko mogła znów zagubić się w książce...
Rodzice dalej coś mówili, ale przestała ich słuchać.
Nagle jakiś ruch po drugiej stronie pomieszczenia przykuł jej wzrok. Duży ptak wylądował na kuchennym parapecie.
Czy to był... kruk?
- KRA! - zawołał, po czym odwrócił głowę na bok i wbił w dziewczynkę nieruchome spojrzenie.
Wydawał się taki duży i egzotyczny! Bardziej przypominał okaz z ogrodu zoologicznego niż ptaka z lokalnych lasów. Wyglądał jak papuga, tyle że w zwykłym stroju. Jakby był tajnym agentem. Ta myśl sprawiła, że Charlie się uśmiechnęła.
- KRA!
Czy on próbował coś jej powiedzieć? Nie, to było niemożliwe. A jednak zdecydowanie na nią patrzył. Kruki podobno są inteligentne, prawda? Pomachała do niego, a on zakrakał raz jeszcze i znowu wbił w nią spojrzenie oka czarnego jak atrament.
- Zrobisz to, Charlie?
Dziewczynka z powrotem przeniosła uwagę na mamę.
- Zaprosisz nowych przyjaciół na swoje urodziny w weekend? Moglibyśmy urządzić małe przyjęcie w ogrodzie.
- Pewnie - skłamała dziewczynka, zaciskając dłonie pod stołem.
"Jakby znajdowanie nowych przyjaciół było takie proste!"
Zresztą nie była pewna, czy w ogóle chce mieć przyjaciół. Wiedziała tylko, że nie chce sobie narobić więcej wrogów... Lepiej, żeby się nie wychylała i trzymała z dala od kłopotów.
"Zakradnę się do biblioteki w porze lunchu" - pomyślała, pakując książkę do plecaka. "Tam przynajmniej będę mogła poczytać w spokoju".
Kruk wciąż się na nią gapił, ale gdy ruszyła w stronę okna, by włożyć miskę po płatkach śniadaniowych do zlewu, zatrzepotał skrzydłami i odleciał.