U BARBARKI PIES MYJE GARNKI
Na stole stał garnek po mleku. Mama, gdy wychodziła, powiedziała: - Barbarka, umyj ten garnek.
Mama wyszła z izby. Barbarka postawiła garnek na ziemi i woła:
- Burek, umyj ten garnek!
I sama łaps! za chustkę i już jej w domu nie ma, wybiegła na drogę.
A tu Burek ucieszony raz - dwa! zabiera się do wylizywania garnka.
Najpierw przy brzegu dookoła. Pyszne! bo są tu resztki śmietany. Potem głębiej, głębiej... Ładnie, pięknie umył boki garnka. A teraz trzeba jeszcze sięgnąć do dna, bo tam pachnie serwatką.
No... no... jeszcze trochę łeb trzeba wsunąć, jeszcze... chłep, chłep, chłep...
Już i dno wylizane do czysta.
Uff! - odsapnął sobie Burek i łeb do góry podnosi, ale i garnek w górę jedzie
Cofa się Burek - i garnek się cofa.
A ciemno pieskowi jak podczas najczarniejszej nocy.
- Co za diabeł wlazł mi na łeb! - myśli Burek i bierze się wartko do oswobodzenia głowy.
Usiadł. Ściąga garnek.
Najpierw przednią prawą łapą - nic.
Potem przednią lewą łapą - nic.
Więc drapie garnek.
Najpierw tylną prawą nogą - nic.
Potem tylną lewą nogą - nic.
Więc jak nie zacznie łbem trząść, a zataczać nim, a na boki rzucać! Łups!! - palnął garnkiem o piec i garnek rozpadł się na dwadzieścia skorup.
Burek wyskoczył z izby i dyr-duś! dyr-duś! na pole w ziemniaki. Schował się przed tym strachem, co mu tyle czasu łeb ściskał.
A dwadzieścia skorup na podłodze pod piecem leży.
Patrzą na to inne garnki z policy i nuż biadolić:
- Oj, szkoda go, szkoda! Taki był godny, z odpustu na święty Roch przyniesiony.
- Taki był ładny: pękaty, brzuszkowaty...
- I kwiatki miał na brzuszku.
- A polewę jak lusterko. Mogłeś się w nim do syta na siebie napatrzeć.
- Dwadzieścia pięć groszy kosztował!
- A jak mu w boczek puknąłeś, to odpowiedział jak dzwon: czysto, dźwiękliwie.
- A teraz aby te skorupki...
- Barbarka winna! Barbarka ladaco! Czemu kazała Burkowi garnek zmywać!
I stary sagan zawołał:
- Już ja za to Barbarce odpłacę!
A szczerbaty żeleźniak za nim:
- I ja! I ja!
A znów rynka od słoniny za nimi:
- I ja! I ja!
Od tej okrutnej zawziętości aż huczało tam w górze na policy.
Przybiegła Barbarka, zobaczyła skorupy, przeraziła się. Przyszła matka, zobaczyła skorupy.
- A któż to zrobił?
- Burek.
Zgarnęła matka skorupki, wzięła miotłę i do Burka.
A Burka przy budzie nie ma. Wciąż w tych ziemniakach na polu siedzi, bo owego licha, co za łeb chwyta, okrutnie się wciąż boi.
Gospodyni miotłę rzuciła. I tak to upiekło się tym razem Burkowi.
Na drugi dzień postawiła matka na ogniu mleko w starym saganie i mówi:
- Barbarka, popatrz tu na mleko, coby nie skipiało.
Stanęła Barbarka przy piecu. Patrzy... patrzy... Zrobił się na mleku kożuszek, ale w miejscu stoi, a po brzeżku bąbelki wyskakują.
- Eee... jeszcze się nieprędko zagotuje!
I Barbarka myk do kąta, do swej gałgankowej lali.
A sagan tylko na to czekał.
Raz - dwa - trzy! - pospieszył się, wielki czepiec wyburzył w górę i chlust! chlust! chlust! na kuchnię!
- Mleko kipi!
Wbiegła matka, łaps! za sagan! Ale połowa mleka już po gorącej płycie w bąbelkach skacze. A tyle przy tym robi szumu, tyle syku, tyle dymu, jakby lokomotywa do izby wjechała.
- Barbarko, Barbarko, nie wartaś to ty kary?
Innego znów dnia nastawiła matka w szczerbatym żeleźniaku kaszę na obiad i mówi:
- Barbarka, spojrzyj no czasami na kaszę. Jak wody w niej ubędzie, to dolej.
I matka poszła ziemniaki okopywać.
A Barbarka przystawiła do pieca stołek i coraz na niego hop! i do żeleźniaka zagląda.
A no, gotuje sie kasza wartko: bul-bul, bul-bul...
A potem zaczęła inaczej śpiewać.
Klap! Klap! Klap!
Bardzo to Barbarce się podoba.
A potem jeszcze inaczej: wydyma się wielki bąbel i puff! bąbel pęka. A zaraz robi się drugi i znowu: puff!
- Olaboga, jakie to ucieszne! - śmieje się Barbarka, w żeleźniak patrzy i ani jej nie przemknie przez głowę, żeby wody dolać.
Kasza wciąż swoje: puff! puff!
Wchodzi matka i już z sionki woła:
- Rety! co tu tak czuć! Kasza się przypaliła!
Zagląda mama do żeleźniaka: a tam kasza aż brązowa! Odgarnia łyżką: wszystka prawie do dna przywarła!
Próbuje jej: gorzka jak chrzan!
- Barbarko, Barbarko, nie wartaś to ty kary?!
Wieczorem siadła mama przy stole i mówi:
- Barbarka, pokrój kawałek słoniny i przysmaż w rynience, to nią ziemniaki omaścimy.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.