Prolog
Biegła, ale z biegówkami przypiętymi do nóg nie było to tak proste, jak sądziła. Może gdyby była Justyną Kowalczyk, miałaby jakąś szansę, ale ona była jedynie dziewczyną z miasta, która przypomniała sobie o dawnej narciarskiej pasji.
Energicznie odpychała się kijkami, co chwilę zerkając przez lewe ramię. Przez zaparowane gogle niewiele widziała. Kamień na fioletowej tasiemce - bawole oko, które przed godziną ktoś podarował jej w jakuszyckim Bombaju - obijał się o mostek przy każdym szarpnięciu nart. Oddech mocno się jej już rwał, a ból w płucach był tak silny, że aż kłuło ją w piersiach. Mimo to nie poddawała się, nie miała w zwyczaju odpuszczać, nawet wtedy, gdy była na z góry przegranej pozycji. W duchu powtarzała sobie wciąż jedną frazę: "Dasz radę. Kto, jak nie ty, Bo?".
Choć lęk nie odpuszczał i próbował sparaliżować ciało, skupiona była na obranym celu. Musiała uciec i jak najszybciej zejść z pola widzenia temu, kto ją ścigał. Tylko wtedy miała szansę na to, by przeżyć. Na pustej leśnej ścieżce, oświetlonej jedynie księżycem w pełni, przebijającym się przez chmury, i snopem światła czołówki, była łatwym celem. Zbyt łatwym, zdanym jedynie na siebie. Nie liczyła na to, że ktokolwiek jej pomoże. Nie teraz, nie w nocy, nie w środku szalejącej śnieżycy. Chciałaś przygód, to je masz. Na przyszłość trzy razy się zastanowisz, zanim głośno wypowiesz życzenie - rugała się, jakby to miało jej pomóc.
Gdyby wcześniej dostrzegła niebezpieczeństwo, mogłaby w porę zawrócić. Ona jednak za bardzo skupiona była na sobie, by racjonalnie ocenić sytuację, zanim ta zamieniła się w koszmar.
Teraz mogła mieć pretensje wyłącznie do siebie o to, że wolała rozdrapywać bolesne i najwyraźniej niezabliźnione rany, dzielić włos na czworo, a może nawet już na ośmioro, po to tylko, by użalać się nad sobą. I gdzie ją to zaprowadziło? Jak miała wyrwać się z potrzasku, w który sama wpadła?
I ten pomysł, by ukojenia poszukiwać na górskich ścieżkach, bo przecież na nich nic jej nie grozi. Owszem, kiedyś znała jakuszyckie szlaki jak własną kieszeń, a na biegowych trasach czuła się jak ryba w wodzie, ale teraz z przerażeniem rozglądała się na boki, a każdy szelest liści, każde pohukiwanie sowy sprawiało, że serce jej zamierało z przerażenia.
Kiedy skrzydlate ptaszysko przeleciało tuż nad jej głową, krzyknęła, boleśnie odczuwając na własnej skórze prawdę płynącą z jednego serialu - "Sowy nie są tym, czym się wydają". Stłumiła śmiech, zanim poniósł się echem po lesie. Musiała zachować spokój, bo na to, by zawrócić, było już zdecydowanie za późno. Teraz musiała liczyć na siebie i wierzyć w to, że pamięć tak dobrze znanych jej kiedyś ścieżek i wytężony wysiłek ocalą ją przed czyhającym na nią niebezpieczeństwem, czymkolwiek ono było i skądkolwiek pochodziło.
Problem polegał jedynie na tym, że im więcej wysiłku wkładała w to, by przetrwać, tym bardziej jej organizm odmawiał posłuszeństwa. Była zbyt wycieńczona, by wykrzesać z siebie wystarczająco dużo siły na równą walkę z przeciwnikiem, z którym najwyraźniej współgrała aura. Tory biegowe dawno zasypał padający coraz mocniej śnieg. Zatarł nawet granicę między spacerowym traktem a linią lasu. Biegła więc na oślep, mieszając styl klasyczny z pozwalającą przyspieszyć łyżwą, ale narty grzęzły w kopnym, nieubitym przez ratrak śniegu, co zmuszało ją do nieludzkiego wręcz wysiłku. Nie mogła uwierzyć, że jedna z najprostszych tras, zwykle szeroka ścieżka, zwęziła się w niepokojący tunel, pokazując swe mroczne, nieznane dotąd oblicze. Dziś pokonanie jej kosztowało ją aż nazbyt dużo wysiłku, a banalna na co dzień trasa na Orle stała się jej drogą przez mękę. W duchu pluła sobie w brodę. Po co ci był ten cały wyjazd?!
Od początku wiedziała, że nie powinna była tu przyjeżdżać. Miała przeczucie, ale zignorowała je, bo przecież kto słuchałby własnej intuicji? Teraz miała za swoje. Wiedziała jedno - musi dojść jak najszybciej do schroniska.
Im częściej spoglądała za siebie, tym większego nabierała przekonania, że ktoś ją śledził. Wypity alkohol jedynie pogarszał sprawę. Palce jej kostniały, a obraz pływał, jakby ktoś przykręcił jej tlen płynący do mózgu.
Cienie rzucane przez pnące się ku niebu świerki, pochylane przez silny wiatr, do złudzenia przypominały ludzkie sylwetki, wyciągające po nią swe szpony. Próbowała celować w nie kijkami, ale one śmiały się jej w twarz, jeszcze mocniej próbując sięgnąć po nią, niczym po łatwy łup.
Czy ja zwariowałam? Czy ktoś naprawdę podąża moim śladem? Tylko kto? Przecież ja nic nikomu nie zrobiłam! A do tej pory wydawało mi się, że nie mam nawet wrogów! Teraz gdy myśl zderzała się z lodowatym powietrzem, nie była tego już taka pewna.
Kimkolwiek jesteś, niech cię jasny chuj strzeli! - tłumiąc płacz, próbowała krzyczeć, ale głos grzązł jej w gardle.
Upadła i z trudem podniosła się na kijach. Gdzieś za plecami coraz bliżej i coraz wyraźniej słyszała wycie wilków. Jeszcze parę lat temu wyśmiałaby samą myśl o wilczej watasze w Izerach, uznając, że kogoś postradał zmysły. Dzisiaj wiedziała, że wilki wróciły w sudeckie strony, a skoro słyszała wilcze wycie, to znaczyło, że musiały być już dość blisko niej, nie dalej niż kilka kilometrów. To zmusiło ją do wytężenia wysiłku, chociaż sił brakło.
Podkręciła czołówkę przypiętą do czapki. Do schroniska miała jeszcze dobry kawałek, chociaż i tego nie była pewna. Raz jeszcze spojrzała przez ramię i wtedy ją dostrzegła. Na skraju przecinki, jakieś sto metrów od niej, stała postać. Wysoka, postawna, choć wydawało jej się, że się na czymś opiera. Pomyślała, że to kij, ale w poświacie mignął jej chłodny błysk metalu. Zmrużyła oczy, by przyjrzeć się tajemniczej postaci. Nie wiedziała, czy wzrok jej nie zwodził, ale wydawało jej się, że postać się jej wyraźnie przygląda, jakby czekała na jej ruch. Żałowała, że nie włożyła soczewek. Przymrużyła ponownie oczy, by wyostrzyć wzrok, ale postać znajdowała się zbyt daleko, by mogła się jej bliżej przyjrzeć. Przez krótką chwilę nawet naiwnie przyszło jej do głowy, że może sam Duch Gór wyszedł jej naprzeciw. Od dziecka znała o nim liczne legendy, ale aż tak nisko jeszcze nie upadła, by brać je na serio. Ściągnęła na moment rękawiczkę, podniosła gogle i przetarła dłonią oczy. Teraz nie miała wątpliwości - w poświacie księżyca wyraźnie widoczna była ludzka postać, stojąca w całkowitym bezruchu. Miała wrażenie, że wręcz świdruje ją wzrokiem, ona jednak nie miała ochoty, by stanąć w szranki w pojedynku na spojrzenia. Bała się jej i podświadomie wiedziała, że nie może jej ufać. Musiała wykorzystać przewagę odległości i ponownie rzucić się do ucieczki, w boczną ścieżkę, która jak pomocna dłoń ukazała się w przecince między świerkami.
Zanim jednak zmusiła do pracy obolałe i zmarznięte mięśnie, usłyszała charakterystyczny dźwięk przeładowania broni. Zbyt wiele razy sama była na strzelnicy, żeby pomylić ten odgłos z czymkolwiek innym. Ostatkiem sił wypięła się z nart, zostawiła je na ścieżce i zaczęła biec.
Próbowała ze wszystkich sił przyspieszyć, ale strach był od niej silniejszy. Jej ciało znów zesztywniało, a ona, choć chciała, nie była w stanie wykonać najmniejszego kroku. Wtedy padł pierwszy strzał, potem drugi, a ona runęła na śnieg. Ból w obojczyku sparaliżował jej ruchy. Nawet nie próbowała się ruszyć. Gdy kroki były tuż obok, zamarła. Ktoś pochylił się nad nią i splunął jej prosto w twarz.
Wycie wilków dochodziło już gdzieś z pobliża - wataha czaiła się w gęstwinie, ale nie podchodziła bliżej. Postać stała tak jeszcze przez chwilę, nagle odwróciła się i odeszła tą samą przecinką, którą przyszła. Z głębi świerków wrócił skowyt, a wiatr poniósł go po grani jak lament zbłąkanych dusz. Cokolwiek ją czekało, była na to gotowa.
Nocny mróz ściął krew jak lód, a wiatr zasypywał tor biegówek. Nie wszystko jednak zniknęło: w płytkim, nawianym śniegu, tuż obok rozlanej plamy, leżały dwie łuski, a obok nich zostało kilka wyraźnych odcisków bieżnika, odciętych od równych śladów nart. Jeszcze tej nocy ktoś je znajdzie.