Prima aprilis
Leśniczy Piątek spojrzał niebezpieczeństwu prosto w oczy.
Głodny tygrys, waląc ogonem po zapadniętych bokach, sprężył się do skoku. Z ogłuszającym rykiem odbił się od ziemi...
Za późno! Piątek złapał pierwszą z brzegu lianę i cudem unikając ostrych jak brzytwa pazurów, skoczył w przepaść.
Rozległ się ryk wściekłości, ale leśniczy już go nie słyszał. Szybował wysoko pośród konarów gigantycznych drzew. Daleko pod nim, jak w kalejdoskopie, przesuwały się barwne obrazy: czerwone grzbiety skał, niebieskie wstęgi rzek i postrzępione pióropusze palm.
Stado kolorowych papug z trzepotem skrzydeł poderwało się do lotu. Otuliła go szmaragdowozielona toń dżungli. Przez chwilę zdawało mu się, że jest pacyficznym łososiem przemierzającym głębiny oceanu, a papugi to latające ryby. Gdzieś z oddali dobiegał odgłos bębnów i porykiwanie rozgniewanego tygrysa...
- Czy to pański kotek? - spytał ktoś, trącając go w ramię.
Piątek ocknął się i spojrzał na konduktora.
Siedział samotnie w przedziale drugiej klasy, a to, co we śnie brał za daleki odgłos bębnów, było rytmicznym postukiwaniem kół pociągu. Za oknem przesuwały się obrazy, ale jakże inne od tych w jego śnie.
Była wczesna wiosna, nad rozjeżdżonymi przez traktory polami wisiałoszarobure niebo, tu i ówdzie na miedzach, jak przykrótkie kołdry, bieliły się jeszcze łachy mokrego śniegu.
- Jaki kot? - spytał nieprzytomnie. - Co za kot?!
- Ten tygrys - uśmiechnął się kolejarz, wskazując na wiklinową klatkę. W środku połyskiwała para zielonych oczu.
- Aaa... - oprzytomniał leśniczy. - To nie jest tygrys, tylko czarna pantera. Wabi się Azja.
- To proszę nie zapomnieć o tej czarnej panterze, jak pan będzie wysiadał. Zaraz stacja Krzekiszki. Prawdę mówiąc, to straszna dziura, więc pociąg staje tylko na chwilkę. Pomyślałem, że pana uprzedzę.
- Dziękuję - przeciągnął się Piątek.
Spojrzał w okno. Zamiast wiosennych pól po obu stronach torów wyrosły ciemnozielone kurtyny świerków. Zaczął siąpić drobny deszcz.
Leśniczy wygładził galowy mundur i ściągnął z półki walizkę oraz podróżną torbę.
Pociąg szarpnął i zaczął zwalniać.
- Czas na nas, idziemy! - zawołał Piątek, chwycił bagaże i zaczął przeciskać się wąskim korytarzem.
Po chwili stał na malutkiej, zagubionej wśród lasów stacyjce.
Rozejrzał się wkoło, ale najwyraźniej nikt na niego nie czekał. Końce peronu niknęły w gęstej i białej jak mleko mgle.
- No, no, ładne rzeczy, koteczku! - mruknął gorzko. - Zdaje się, że wylądowaliśmy w jakimś okropnym grajdole. W dodatku jak nic dostanę kataru!
Jakby na potwierdzenie tych słów głośno kichnął:
- A psik!
- Na zdrowie! - odpowiedział czyjś wesoły głos za jego plecami. - Witam w Dolinie Bagiennej Trawy!
* * *
Jechali wysłużonym gazikiem wąskim leśnym duktem, błoto tryskało na boki, koła ślizgały się na odkrytych korzeniach drzew. Było zimno i wciąż siąpił deszcz.
- Jak się panu podoba moje gospodarstwo? - spytał wesoło leśniczy Kobiela. I zaraz się poprawił: - Właściwie nie moje, tylko pańskie! W końcu ma mnie pan zastąpić!
- Bardzo - skłamał Piątek.
Kobiela uśmiechnął się pod siwym wąsem. Piątek zauważył, że jego gospodarz w ogóle często się uśmiecha. Od tego ciągłego uśmiechania w kącikach błękitnych oczu porobiły mu się kurze łapki.
- Pierwsza samodzielna placówka, co? - zagadnął stary leśniczy. - Pamiętam, jak czterdzieści lat temu obejmowałem leśniczówkę Klechdy, wtedy też wydawało mi się, że tu nie ma nic ciekawego!
- A po czterdziestu latach coś jest? - burknął niegrzecznie Piątek. Był pewien, że się przeziębił.
- Sam się pan przekona - znowu uśmiechnął się stary leśniczy.
- Co tu może być ciekawego? - Piątek wzruszył ramionami. - Normalne leśnictwo jakich wiele, trzeba będzie zaplanować zrywkę, wytypować i usunąć drzewa zaatakowane przez szkodniki, zadbać o zwierzęta...
- Co prawda, to prawda - mruknął Kobiela. - Odziedziczy pan po mnie niezwykły rewir. Sporo zwierzyny, którą podczas zimowych miesięcy trzeba dokarmiać.
- Sarny, jelenie, dziki... może łosie? - zgadywał Piątek.
- To też. - Stary leśniczy skinął głową. - Musi pan zgromadzić w stodole siano i owies. No i zakopcować ziemniaki, bo dziki bardzo je lubią. Ale najważniejszy jest Leon.
- Jaki znowu Leon? - zdziwił się Piątek.
- Wielki Leon - odparł Kobiela. - Co prawda on w zimie przeważnie śpi, ale jak się zbudzi, to strasznie marudzi. Wtedy trzeba mu podrzucić trochę wałówki.
- No wie pan! - żachnął się Piątek. - Nie będę dokarmiał gajowego!
- Jakiego znowu gajowego? - zdziwił się Kobiela. - Ach! Pan myśli, że Leon jest pańskim podwładnym! - roześmiał się serdecznie. - Co za zabawne nieporozumienie! Leon to niedźwiedź!
- Co takiego?! - krzyknął Piątek. - W tym lesie jest ostoja niedźwiedzia brunatnego?! To niesamowite!
- A jest! Jest! - przytaknął stary leśniczy. - Co prawda nie brunatnego, lecz brutalnego, ale z Leonem idzie się dogadać.
- Wspaniale! Cudownie! - piał z zachwytu Piątek. - A już myślałem, że będę się tu nudził! Wie pan, całe życie marzyłem o dalekich podróżach, do Kanady pachnącej żywicą albo pięknej i strasznej Amazonii, tam gdzie żyją naprawdę egzotyczne zwierzęta... Cóż, jakoś nie wyszło! No, ale prawdziwy niedźwiedź! To dopiero niespodzianka!
- Leon to jeszcze nic. - Kobiela lekceważąco machnął ręką. - Musi pan poznać resztę ferajny. Ręczę, że nie będzie się pan nudził.
- To tutaj są jeszcze jakieś rzadkie gatunki? - zdziwił się Piątek.
- A bo to jeden?
- Niech pan opowiada! - Piątek wbił rozgorączkowane spojrzenie w kierowcę.
- Po pierwsze Alfred, znaczy się wilkołak...
- Wilk?!
Kobiela przecząco pokręcił głową.
- Przecież mówię, że wilkołak.
Piątek musiał zrobić dziwną minę, bo leśniczy zaraz dodał:
- Na szczęście niegroźny, woli mleko od krwi.
- Słucham?
- No i strzyga Helga. Na nią musi pan uważać, potrafi capnąć zębami.
Piątek odsunął się od swojego rozmówcy.
- A poza tym normalnie. Są leśne licha, skrzaty, błędne ogniki, dziwożony, bagienniki i cała masa żabonów. Ale ich nie trzeba dokarmiać, chyba że zaczną obgryzać młode drzewka.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Padał deszcz.
- A ja prawie uwierzyłem w tego niedźwiedzia - mruknął gorzko Piątek.
- Znaczy się Leona? No i dobrze, że pan uwierzył, bo on jest prawdziwy.
- Tak? I może jeszcze śpiewa przy goleniu? - prychnął gniewnie Piątek.
- On się nie goli - odparł z powagą Kobiela. - Ale śpiewać bardzo lubi, bo wtedy się nie jąka.
- Ach tak! Więc do tego gada ludzkim głosem? - Piątek zdecydował się podjąć grę.
- Jak oni wszyscy.
- A wie pan, co to jest? - Piątek przysunął bliżej wiklinową klatkę. - To czarna pantera! Bardzo groźna, prawdziwy ludojad!
- To? - Stary leśniczy na moment odwrócił wzrok od drogi. - To przecież zwyczajny kot! Co to ja oczu nie mam?
Przez jakiś czas znowu jechali w milczeniu.
Naburmuszony Piątek zastanawiał się, jak mógł tak bardzo się pomylić. W pierwszej chwili jego gospodarz wydał mu się przecież sympatyczny...
Nagle uderzył się dłonią w kolano i wybuchnął serdecznym śmiechem.
- No tak! Jak mogłem zapomnieć! Przecież dzisiaj pierwszy kwietnia! Prima aprilis! A to się panu udało mnie nabrać! Moje gratulacje!
Kobiela także się uśmiechnął.
- Musi mi pan coś obiecać.
- Co takiego? - Piątek spojrzał w oczy starego leśnika. Tym razem nie zobaczył w nich uśmiechu.
- Musi pan dokończyć za mnie dwie sprawy. Po pierwsze, schwyta pan tego łotra Kindziuka.
- Kogo? - Przez chwilę Piątek miał wrażenie, że leśniczy znowu z niego kpi.
- To miejscowy kłusownik. Pozna pan go prędzej czy później. Od dawna mamy ze sobą na pieńku, ale nigdy nie udało mi się złapać go na gorącym uczynku.
Piątek z przejęciem skinął głową.
- Zgoda! A ta druga sprawa?
- Od czterdziestu lat wytrwale ścigam jedno zwierzę. Podobno występuje w moim rewirze, ale ja nigdy nie widziałem go z bliska. Chciałbym, żeby zrobił mu pan zdjęcie...
- Co to za zwierzę? - spytał z przejęciem Piątek.
- Sześcioptak! - odparł z namaszczeniem Kobiela. A widząc, że Piątek nie rozumie, wyjaśnił: - Przedziwny stwór łączący w sobie cechy sześciu ptaków objętych ścisłą ochroną gatunkową: bielika, orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia, puchacza i cietrzewia!
- Ma pan moje słowo - odparł kwaśno Piątek. A w duchu pomyślał: Niektórzy nie wiedzą, kiedy skończyć z żartami.
Tymczasem zapadł zmrok, a siąpiący do tej pory deszcz zamienił się w ulewę.
Zboczyli z duktu i stanęli przed płotem z drewnianych sztachet. Za ogrodzeniem majaczyły ściany leśniczówki Klechdy i jaśniał prostokąt okna z zapaloną lampą. Najwyraźniej ktoś na nich czekał, być może z ciepłą kolacją.
- Otworzy pan bramę? - spytał grzecznie Kobiela.
Piątek bez słowa wyskoczył z samochodu. Zimne strugi deszczu uderzyły go prosto w twarz. Zacisnął zęby, postawił kołnierz kurtki i podreptał do bramy, omijając ledwo widoczne w ciemnościach kałuże.
Wymacał zasuwę i szeroko otworzył wrota.
Zastanawiał się, co właściwie robi w tej głuszy i za jakie grzechy, gdy jakaś olbrzymia postać wyłoniła się z ciemności i podskoczyła raźno, aby osłonić mu głowę parasolem.
- Dziękuję - mruknął z wdzięcznością Piątek.
- Nie maaa za co! - odpowiedział niedźwiedź brutalny Leon.