O czym szumi las - Paweł Wakuła

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (23,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prima aprilis

Leśniczy Piątek spojrzał niebezpieczeństwu prosto w oczy.

Głodny tygrys, waląc ogonem po zapadniętych bokach, sprężył się do skoku. Z ogłuszającym rykiem odbił się od ziemi...

Za późno! Piątek złapał pierwszą z brzegu lianę i cudem unikając ostrych jak brzytwa pazurów, skoczył w przepaść.

Rozległ się ryk wściekłości, ale leśniczy już go nie słyszał. Szybował wysoko pośród konarów gigantycznych drzew. Daleko pod nim, jak w kalejdoskopie, przesuwały się barwne obrazy: czerwone grzbiety skał, niebieskie wstęgi rzek i postrzępione pióropusze palm.

Stado kolorowych papug z trzepotem skrzydeł poderwało się do lotu. Otuliła go szmaragdowozielona toń dżungli. Przez chwilę zdawało mu się, że jest pacyficznym łososiem przemierzającym głębiny oceanu, a papugi to latające ryby. Gdzieś z oddali dobiegał odgłos bębnów i porykiwanie rozgniewanego tygrysa...

- Czy to pański kotek? - spytał ktoś, trącając go w ramię.

Piątek ocknął się i spojrzał na konduktora.

Siedział samotnie w przedziale drugiej klasy, a to, co we śnie brał za daleki odgłos bębnów, było rytmicznym postukiwaniem kół pociągu. Za oknem przesuwały się obrazy, ale jakże inne od tych w jego śnie.

Była wczesna wiosna, nad rozjeżdżonymi przez traktory polami wisiałoszarobure niebo, tu i ówdzie na miedzach, jak przykrótkie kołdry, bieliły się jeszcze łachy mokrego śniegu.

- Jaki kot? - spytał nieprzytomnie. - Co za kot?!

- Ten tygrys - uśmiechnął się kolejarz, wskazując na wiklinową klatkę. W środku połyskiwała para zielonych oczu.

- Aaa... - oprzytomniał leśniczy. - To nie jest tygrys, tylko czarna pantera. Wabi się Azja.

- To proszę nie zapomnieć o tej czarnej panterze, jak pan będzie wysiadał. Zaraz stacja Krzekiszki. Prawdę mówiąc, to straszna dziura, więc pociąg staje tylko na chwilkę. Pomyślałem, że pana uprzedzę.

- Dziękuję - przeciągnął się Piątek.

Spojrzał w okno. Zamiast wiosennych pól po obu stronach torów wyrosły ciemnozielone kurtyny świerków. Zaczął siąpić drobny deszcz.

Leśniczy wygładził galowy mundur i ściągnął z półki walizkę oraz podróżną torbę.

Pociąg szarpnął i zaczął zwalniać.

- Czas na nas, idziemy! - zawołał Piątek, chwycił bagaże i zaczął przeciskać się wąskim korytarzem.

Po chwili stał na malutkiej, zagubionej wśród lasów stacyjce.

Rozejrzał się wkoło, ale najwyraźniej nikt na niego nie czekał. Końce peronu niknęły w gęstej i białej jak mleko mgle.

- No, no, ładne rzeczy, koteczku! - mruknął gorzko. - Zdaje się, że wylądowaliśmy w jakimś okropnym grajdole. W dodatku jak nic dostanę kataru!

Jakby na potwierdzenie tych słów głośno kichnął:

- A psik!

- Na zdrowie! - odpowiedział czyjś wesoły głos za jego plecami. - Witam w Dolinie Bagiennej Trawy!

* * *

Jechali wysłużonym gazikiem wąskim leśnym duktem, błoto tryskało na boki, koła ślizgały się na odkrytych korzeniach drzew. Było zimno i wciąż siąpił deszcz.

- Jak się panu podoba moje gospodarstwo? - spytał wesoło leśniczy Kobiela. I zaraz się poprawił: - Właściwie nie moje, tylko pańskie! W końcu ma mnie pan zastąpić!

- Bardzo - skłamał Piątek.

Kobiela uśmiechnął się pod siwym wąsem. Piątek zauważył, że jego gospodarz w ogóle często się uśmiecha. Od tego ciągłego uśmiechania w kącikach błękitnych oczu porobiły mu się kurze łapki.

- Pierwsza samodzielna placówka, co? - zagadnął stary leśniczy. - Pamiętam, jak czterdzieści lat temu obejmowałem leśniczówkę Klechdy, wtedy też wydawało mi się, że tu nie ma nic ciekawego!

- A po czterdziestu latach coś jest? - burknął niegrzecznie Piątek. Był pewien, że się przeziębił.

- Sam się pan przekona - znowu uśmiechnął się stary leśniczy.

- Co tu może być ciekawego? - Piątek wzruszył ramionami. - Normalne leśnictwo jakich wiele, trzeba będzie zaplanować zrywkę, wytypować i usunąć drzewa zaatakowane przez szkodniki, zadbać o zwierzęta...

- Co prawda, to prawda - mruknął Kobiela. - Odziedziczy pan po mnie niezwykły rewir. Sporo zwierzyny, którą podczas zimowych miesięcy trzeba dokarmiać.

- Sarny, jelenie, dziki... może łosie? - zgadywał Piątek.

- To też. - Stary leśniczy skinął głową. - Musi pan zgromadzić w stodole siano i owies. No i zakopcować ziemniaki, bo dziki bardzo je lubią. Ale najważniejszy jest Leon.

- Jaki znowu Leon? - zdziwił się Piątek.

- Wielki Leon - odparł Kobiela. - Co prawda on w zimie przeważnie śpi, ale jak się zbudzi, to strasznie marudzi. Wtedy trzeba mu podrzucić trochę wałówki.

- No wie pan! - żachnął się Piątek. - Nie będę dokarmiał gajowego!

- Jakiego znowu gajowego? - zdziwił się Kobiela. - Ach! Pan myśli, że Leon jest pańskim podwładnym! - roześmiał się serdecznie. - Co za zabawne nieporozumienie! Leon to niedźwiedź!

- Co takiego?! - krzyknął Piątek. - W tym lesie jest ostoja niedźwiedzia brunatnego?! To niesamowite!

- A jest! Jest! - przytaknął stary leśniczy. - Co prawda nie brunatnego, lecz brutalnego, ale z Leonem idzie się dogadać.

- Wspaniale! Cudownie! - piał z zachwytu Piątek. - A już myślałem, że będę się tu nudził! Wie pan, całe życie marzyłem o dalekich podróżach, do Kanady pachnącej żywicą albo pięknej i strasznej Amazonii, tam gdzie żyją naprawdę egzotyczne zwierzęta... Cóż, jakoś nie wyszło! No, ale prawdziwy niedźwiedź! To dopiero niespodzianka!

- Leon to jeszcze nic. - Kobiela lekceważąco machnął ręką. - Musi pan poznać resztę ferajny. Ręczę, że nie będzie się pan nudził.

- To tutaj są jeszcze jakieś rzadkie gatunki? - zdziwił się Piątek.

- A bo to jeden?

- Niech pan opowiada! - Piątek wbił rozgorączkowane spojrzenie w kierowcę.

- Po pierwsze Alfred, znaczy się wilkołak...

- Wilk?!

Kobiela przecząco pokręcił głową.

- Przecież mówię, że wilkołak.

Piątek musiał zrobić dziwną minę, bo leśniczy zaraz dodał:

- Na szczęście niegroźny, woli mleko od krwi.

- Słucham?

- No i strzyga Helga. Na nią musi pan uważać, potrafi capnąć zębami.

Piątek odsunął się od swojego rozmówcy.

- A poza tym normalnie. Są leśne licha, skrzaty, błędne ogniki, dziwożony, bagienniki i cała masa żabonów. Ale ich nie trzeba dokarmiać, chyba że zaczną obgryzać młode drzewka.

Przez chwilę jechali w milczeniu. Padał deszcz.

- A ja prawie uwierzyłem w tego niedźwiedzia - mruknął gorzko Piątek.

- Znaczy się Leona? No i dobrze, że pan uwierzył, bo on jest prawdziwy.

- Tak? I może jeszcze śpiewa przy goleniu? - prychnął gniewnie Piątek.

- On się nie goli - odparł z powagą Kobiela. - Ale śpiewać bardzo lubi, bo wtedy się nie jąka.

- Ach tak! Więc do tego gada ludzkim głosem? - Piątek zdecydował się podjąć grę.

- Jak oni wszyscy.

- A wie pan, co to jest? - Piątek przysunął bliżej wiklinową klatkę. - To czarna pantera! Bardzo groźna, prawdziwy ludojad!

- To? - Stary leśniczy na moment odwrócił wzrok od drogi. - To przecież zwyczajny kot! Co to ja oczu nie mam?

Przez jakiś czas znowu jechali w milczeniu.

Naburmuszony Piątek zastanawiał się, jak mógł tak bardzo się pomylić. W pierwszej chwili jego gospodarz wydał mu się przecież sympatyczny...

Nagle uderzył się dłonią w kolano i wybuchnął serdecznym śmiechem.

- No tak! Jak mogłem zapomnieć! Przecież dzisiaj pierwszy kwietnia! Prima aprilis! A to się panu udało mnie nabrać! Moje gratulacje!

Kobiela także się uśmiechnął.

- Musi mi pan coś obiecać.

- Co takiego? - Piątek spojrzał w oczy starego leśnika. Tym razem nie zobaczył w nich uśmiechu.

- Musi pan dokończyć za mnie dwie sprawy. Po pierwsze, schwyta pan tego łotra Kindziuka.

- Kogo? - Przez chwilę Piątek miał wrażenie, że leśniczy znowu z niego kpi.

- To miejscowy kłusownik. Pozna pan go prędzej czy później. Od dawna mamy ze sobą na pieńku, ale nigdy nie udało mi się złapać go na gorącym uczynku.

Piątek z przejęciem skinął głową.

- Zgoda! A ta druga sprawa?

- Od czterdziestu lat wytrwale ścigam jedno zwierzę. Podobno występuje w moim rewirze, ale ja nigdy nie widziałem go z bliska. Chciałbym, żeby zrobił mu pan zdjęcie...

- Co to za zwierzę? - spytał z przejęciem Piątek.

- Sześcioptak! - odparł z namaszczeniem Kobiela. A widząc, że Piątek nie rozumie, wyjaśnił: - Przedziwny stwór łączący w sobie cechy sześciu ptaków objętych ścisłą ochroną gatunkową: bielika, orlika krzykliwego, bociana czarnego, żurawia, puchacza i cietrzewia!

- Ma pan moje słowo - odparł kwaśno Piątek. A w duchu pomyślał: Niektórzy nie wiedzą, kiedy skończyć z żartami.

Tymczasem zapadł zmrok, a siąpiący do tej pory deszcz zamienił się w ulewę.

Zboczyli z duktu i stanęli przed płotem z drewnianych sztachet. Za ogrodzeniem majaczyły ściany leśniczówki Klechdy i jaśniał prostokąt okna z zapaloną lampą. Najwyraźniej ktoś na nich czekał, być może z ciepłą kolacją.

- Otworzy pan bramę? - spytał grzecznie Kobiela.

Piątek bez słowa wyskoczył z samochodu. Zimne strugi deszczu uderzyły go prosto w twarz. Zacisnął zęby, postawił kołnierz kurtki i podreptał do bramy, omijając ledwo widoczne w ciemnościach kałuże.

Wymacał zasuwę i szeroko otworzył wrota.

Zastanawiał się, co właściwie robi w tej głuszy i za jakie grzechy, gdy jakaś olbrzymia postać wyłoniła się z ciemności i podskoczyła raźno, aby osłonić mu głowę parasolem.

- Dziękuję - mruknął z wdzięcznością Piątek.

- Nie maaa za co! - odpowiedział niedźwiedź brutalny Leon.