IV.
Bez entuzyazmu wszakże Krajewski, czynił nazajutrz przygotowania na przyjęcie tej "od Konitza", jak w myśli nazywał odstąpioną sobie dziewczynę. - Kupił trochę ciastek, pół butelki maraschino krajowego wyrobu (bo tańsze) i troszkę gwoździków. - Kanarka ani kota nie kupił.
- Po co? - myślał - gdy przyjdzie, powiem jej, że uciekł. Gdy już uprzątnął trochę, usiadł na swej otomance i chciał czytać. Lecz nie był w stanie. Widział kiedyś na wsi starą dziwną kapliczkę, zamkniętą i pełną jakichś niewypowiedzianych wiekowych tajemnic. I koło tej kapliczki stała krowa, zwykła chłopska krowa i tarła swe rogi o ciemne, pleśnią pokryte ściany. - Krajewski aż targnął się na ten widok. - I teraz mu było tak jakoś, gdy o tej godzinie chciał skrócić sobie czas czytaniem biblii.
Coś zapukało do drzwi. - Byłby wolał w tej chwili, aby to się nie stało.-Pukanie było szorstkie, nieprzyjemne.
Wstał powoli z otomany. Otworzył drzwi. - Usunął się.
Dziewczyna weszła.
- Pan Konitz jeszcze nie przyszedł? - spytała od progu.
- Nie. Ale pewnie zaraz nadejdzie. - Może pani zechce usiąść, odpocząć.
Silił się na grzeczność i dobry humor. Ogarniał ją równocześnie wzrokiem. Nie podobała mu się. Była duża i koścista. Twarz miała płaską i nieprzychylną. Czuć było łatwo, że jest jakby zniechęcona i musi być podejrzliwa. Brunetka była silna, a cera jej miała żółtawe tony. Tylko czoło jej bylo silnie zarośnięte równo w pięć zębów i brwi, jak skrzydła jaskółcze, zarysowane cudownie. Odziana była ubogo, bezpretensyonnlnie, w cienkim żakiecie i słomianym letnim kapeluszu.
Widocznie Konitz nie rujnował się na swoją metressę.
- Niechże pani wejdzie! On zaraz się zjawi!
Weszła wreszcie i obejrzała się dokoła. - Ascetyczna abnegacya Krajewskiego była dla niej źródłem pogardy.
Nie wymówiła jednak swej myśli, tylko wydęła wargi.
I tak stała milcząc.
Krajewski uczuł, jakby jakiś ciężar walił mu się na ramiona.
- Niech pani siada.
- Gdzie?
Nic nie zdoła oddać tonu, z jakim to "gdzie?" zostało wyrzeczone.
Krajewskiego zaczęła nagle bawić grandezza obdartej dziewczyny. - Swoją właśnie abnegacyę form i drobiazgów, które uważał za balast niepotrzebny w życiu, cenił tak wysoko, iż ktoś, okazujący mu z tego względu jakieś tony, przejmował go śmiechem i litością.
- Tu... na tej perskiej otomanie, podawszy mi poprzednio swą cudowną łapkę.
Lecz dziewczyna zacisnęła swe ręce w zjedzonej przez mole mufce i usiadła sama na brzeżku sofy.
- Tu u pana pusto! - zaczęła - niema firanków. Czemu?
- Nadejdą mi meble - ze wsi - z majątku.
- Tak? to co jenszego.
Nalał jej kieliszek maraschino.
- Proszę... może pani pozwoli.
- Dziękuję. Ja wódki nie pijam.
- To nie wódka. To likier.
- Zawsze.... spirytualia.
- Czy pani przysięgała?
- Także coś!
- No... myślałem. Bo teraz to poczwórna jest wstrzemięźliwość. Eleusis. Słyszała pani?
- Nie znam.
- A wie pani, od czego się przysięga. Od pijaństwa, od kart, od palenia i od... kochania.
Duża dziewczyna aż podskoczyła.
- I... co pan!
- Naprawdę. Tak ludzie przysięgają.
- Dzie?
- Jedni przed drugimi.
- Chyba u czubków.
- I ja tak myślę. Jeszcze od kart, od wódki, od tytuniu możnaby się wstrzymać, ale od kochania? Co? jak pani myśli? panno... jakże imię?...
Usiadł przy niej i zaglądał jej w oczy.
- Niby mnie?
- Aha!
- Stefcia. Ale mnie nazywają Funia.
- Ślicznie. Funia, Funiusia, Funiusieczka...
Modulował głos, a tymczasem myślał, że ta Funiusia jest gruba, niemiła i że niewiadomo jak się do niej zabrać i jakiego tonu użyć.
Na owe bowiem spieszczanie swego imienia zmarszczyła brwi i wydęła znów usta.
- Pan to też... poufały! - odcięła się dość ostro. - Czemu ten Józek nie przychodzi? Pan ma podobno uczonego kanarka. Gdzie jest?
Krajewski się roześmiał.
- Uciekł mi dziś rano! Ale dlaczego pani tak koniecznie chce widzieć tego Józka? Do czego nam on potrzebny? Czy to nam źle we dwoje?
Nie odpowiedziała nic. - Patrzyła uporczywie w ziemię. - Zaczynało się powoli ściemniać i po kątach rozwłóczyła się jakby mgła.
- Niech pani zje choć ciastko... - próbował znów Krajewski.
Ale nie poruszyła się nawet. Tylko cała zdawała się przemieniać w słuch. - Łowiła z daleka szmery w sieni. Widoczne było, iż z wytężeniem oczekuje Konitza.
Krajewski czuł się dziwnie zderutowany i wysadzony z siodła, on, zawsze pełen elokwencyi i romantycznych wynalazków wobec dziewcząt, które posiąść pragnął. - Teraz patrzył na jej włosy sztywne, jak druty, pozlepiane i coraz mniej czuł do niej pociągu i chęci. Pragnął nawet, aby istotnie Konitz namyślił się i przyszedł zabrać "Funię" - z powrotem. Lecz Konitz się nie zjawiał, a natomiast Funia odwróciła się nagle ode drzwi i spojrzała ostro na Krajewskiego.
- Pan i on jesteście dwa łajdaki! - wyrzekła dobitnie.
Było to niespodziane i dziwne. - Krajewski zaprzeczył gorącym gestem.
- Co pani?
Ale ona aż poczerniała od złości.
- Dwa łajdaki! - powtórzyła dobitnie - przecie mnie nie oszukacie. Konitz mi tu kazał przyjść, żeby mnie panu wpakować. Bo ma mnie dosyć. Ja to widziałam. Ja mam na tyle sprytu. Jakem tu weszła, to zaraz z pana miny poznałam, co się święci...
Zatknęła sobie mufką usta, jakby tłumiąc łkanie, które gwałtem darło się jej z piersi.
- A to hycel! - dodała tylko.
Lecz Krajewski skorzystał z okazyi.
- A więc tak! - wyrzekł - Konitz nie przyjdzie, bo chciał z panną Funią zerwać.
- Ale czemu? przecie ja nic od niego nie chciała! czemu?
Patrzyła mu prosto w oczy. Zmieszał się. Nie umiał jej odpowiedzieć, dlaczego tamten odpędza ją wierną, ubogą, oddającą mu się bez żadnych zastrzeżeń.
- Nie wiem... nie wiem... ale niech się panna Funia uspokoi. Co tam Konitz! Czy to on jeden na świecie. Ja sam!...
Siedziała nieruchoma, a na nią zapadał cień i owijał ją powoli.
- Czemu? - powtórzyła raz jeszcze.
Przysunął się do niej, objął ją. Zdawała się nie zwracać uwagi. Była bez gorsetu i Krajewski uczuł, że pomimo pozorów trywialnej budowy miała dość ładne kształty.-To mu wystarczyło.- Dante i Descartes, filozofia i czar słowa wionęły daleko. Pozostała tylko kobieta. - Jakieś łagodne, właściwe mu uczucie, graniczące z sentymentem, ogarnęło go.
- Funiu! - zaczął i, znalazłszy kawałek jaśniejącego ciała pomiędzy kołnierzykiem i policzkiem, zaczął całować go namiętnie.
Ona nie odpychała go. Wytarła przez ten czas nos i wreszcie wyrzekła jakby do siebie:
- Co ja teraz będę robiła.
Trzymał ją zupełnie przy sobie i delikatnie zdejmował jej kapelusz.
- Zostaniesz ze mną! - wyszeptał jej prawie w ucho.
Lecz ona teraz jakby się zbudziła.
- Co pan? co pan chce?-zaczęła ostro - pan myśli, że ja tak od jednego do drugiego... Niech mi pan da spokój!
- Kiedy on cię nie chce...
Nie odpowiadała nic, tylko patrzyła znów we drzwi i znów zmieniała się w słuch.
Krajewski wstał, zapalił papierosa i zaczął chodzić po pokoju. Sytuacya stawała się dziwna. Nie przypuszczał, że będzie taka.
Stanął wreszcie przed nią, zdecydowany nie wypuścić tej okazyi z ręki. Przed chwilą nie pragnął jej wcale, obecnie ten opór podniecił go.
- Funia powinna ukarać go i zemścić się! - zaczął - takby zrobiła każda kobieta.
Milczenie.
To mu najwięcej dokuczy. Niech Funia się we mnie zakocha, co?
Obrzuciła go długiem spojrzeniem, poczem odwróciła z niechęcią głowę i dalej we drzwi patrzyła.
Krajewski zadziwił się niepomiernie.-Nie miał wiele w sobie zarozumiałości, ale sądził, iż nie wytrzymuje rasowością swoją porównania z małym i śmiesznym Konitzem. Tymczasem Funia osądziła inaczej.
- Chyba, że panna Funia nie ma ambicyi! - zaczął z finezyą.
Ona odezwała się wreszcie:
- To nie to.
- A co?
- Tylko... że tak zmieniać. Ja przecie nie myślałam. Ja się zgodziłam, ale zawsze przecież...
- Panna Funia stała w miłości, to ładnie.
- No... a jakże!
Miała jakiś pewien czar w odezwaniu się tem, czar istoty, ścielącej swoje ja, jak płaszcz pod nogi komuś, kto tuli i pieści. Krajewskiemu zrobiło się nagle jej żal. Uczuł, źe pod tą szorstką powłoką kryć się musi jakieś lepsze serce, pragnące, jak pies, pana i dobrego słowa.
- Panna Funia sama? - zapytał.
- Jakto - sama.
- Bez rodziców.
- Ja - sierota!
To było proste, krótkie, nawet szorstkie, ale było.
Jedno słowo - cały świat.
Wszystko.
Krajewski znów zaczął chodzić po pokoju i od czasu do czasu spoglądał na Stefkę. - Nie siedziała teraz już wyprostowana i harda, tylko skurczyła się i niejako zatonęła w sobie.
Krajewskiemu przez umysł przesunęły się słowa Nietzschego:
- Wszystko, co żyje, podlega czemuś...
Tak. Lecz nikt, tak jak kobieta, nawet chwilowo z pewną gracyą składać umie swą energię i wolę. - To brzydkie, strzępiaste stworzenie w skurczeniu swem umiało już zaznaczyć ten wdzięk. Podlegała temu, który ją porzucał, podlegała temu, który wdzierał się na jego miejsce brutalnie i niesympatycznie.
Odgarnęła włosy i otarła nos dość nieczystą chustką.
- No... to zresztą dobrze!
Zaskoczyło to już Krajewskiego. Zaczął się pogrążać w jakieś niewyraźne sfery. Zdawało mu się, że Stefka oddala się od niego, spowija w mgłę, staje niedościgłą "kobietą".
Nagle znalazła się przed nim gotowa i bierna. Zbliżył się machinalnie. Wyciągnął rękę ku guzikom bluzki. Ona przymknęła oczy i nagle przez zęby wyrzuciła:
- Możebyśmy jeszcze poczekali...
Ogarnął go śmiech i zadowolenie. Doprawdy, że ta miłosna sprawa zaczynała go śmieszyć i nudzić.
- Zaczekajmy.
Usiadł znów obok niej i palił papierosa. Zauważył, że była bardzo zziębnięta. Płaszczyk prawie letni leżał koło niej. Wyciągnął rękę-dotknął. Odzienie było ledwo wystarczające na jesienne słoty.
- Dlaczego panna Stefcia tak lekko ubrana? Wzruszyła ramionami.
- Za co?... dawno już się zbieram, są gotowe watowane podszewki. Raz, dwa - podszyć można w godzinę plecy, piersi i gotowe. Ale to kosztuje parę reńskich, bo to na atłasie robią. Zebrać się trudno.
Krajewskiego ogarnęła dobroć. Wykwitła nagle na tle zamierającej namiętności. - Wstał i wziął płaszczyk.
W kamienicy mieszkała krawcowa.
- Proszę tu siedzieć! - wyrzekł szybko.
- Co? pan?...
- Nic, nic...
Wyszedł, drzwi na klucz zamknął i klucz wziął. Przeszedł ganek i zastukał do drzwi szwaczki. Zaduch go owionął. Pochylona, stara panna siedziała przy maszynie. Zdziwiona patrzyła na Krajewskiego rybiemi oczyma. Wytłómaczył jej o co chodzi. Jakiś uśmieszek przesunął się po wybladłych wargach kobiety. Widocznie osądziła dziwacznym ten sentymentalizm bladego inteligentnego i ślicznie ułożonego urzędnika od "podatków". Lecz - skłoniła głowę i chętnie podjęła się migawkowej roboty, przyrzekając podszyć plecy i piersi watą najdalej za dwie godziny.
- Skoczę na rynek, do Frenklowej, tam dostanę gotową podszewkę...
- Proszę, tu pieniądze. To dla mej kuzynki ze wsi, zaraz odjeżdża.
- Dobrze, dobrze.
Coś fałszywego prześlizgnęło się pomiędzy nimi.
W tem mieszkanku szwaczki znać było nędzę złego sezonu, brak roboty i chęć podjęcia się byle czego, aby zarobić jutro na trochę ciepłej strawy...
Krajewskiemu zdało się, że nadużywa właśnie tej sytuacyi, dając taką pracę, dobry jego "uczynek" wydał mu się zbyteczny.
- Ja tu przyjdę za dwie godziny!
- Tak, tak proszę!
Gdy Krajewski wyszedł na ganek, chciał skierować się ku swemu mieszkaniu, ale jakby go coś powstrzymało.
- Nie. Nie chcę jej! - pomyślał. - Za taką nędzę, trochę waty na zziębnięte plecy, nie... to niepodobna!
I poszedł chodzić po ulicach oślizgłych od błota, jakiś smutny i pełen melancholii.
----------