II
Gdy się wydostali na górę i wpadli do swego mieszkania, uczuli się nagle tak, jak ten, który tonął w błocie i nagle poczuł grunt pod stopami.
Ciepło domowego gniazda, świeżość sprzętów, do których już zdążyli się przyzwyczaić, ich milczące powitanie bez cienia tej złośliwości, którą z czasem przybierają rzeczy nieme, w długiej wysłudze poniewierane - owinęła ich od razu pewną miękkością uspokajającą.
Szczególniej odnosiło się to do mężczyzny, który wrażliwszy był obecnie na różnicę życiowych odcieni. Zetknięcie się z dziewką, która dawniej dawała mu przytułek i "miłość" w bardzo niewybrednym otoczeniu i formie, kazała mu poniekąd odczuć dużą różnicę w tym, co było, a co jest obecnie. Zdejmując palto i wchodząc do oświetlonej jadalni, gdzie czyściuchno nakryty stół pod kloszem elektrycznym świecił się bielą obrusa, porcelany, migotał szkłem - winszował sobie, iż jest teraz tak bardzo daleki od włóczenia się nocą po bajzlach, szantanach po to, aby zakończyć noc tryumfalnie na przepojonym dymem tytuniowym łonie prostytutki. Pod tymi wrażeniami uśmiechnął się do sztychów zawieszonych na ścianach, do ładnego dębowego kredensiku o mosiężnych okuciach, do sofy obitej brązowym suknem. Nie żałował zaciągniętych na umeblowanie pieniędzy. Dziś bowiem więcej niż kiedykolwiek odczuł ciepełko wiejące z zastawionych kątów. Siadł do stołu i nalał sobie kieliszek koniaku. Potem przysunął sardynki i zajął się nimi, oczekując na pojawienie się żony i dalszy ciąg kolacji.
W kuchni słychać było brzęk naczyń i krzątanie się służącej. I to było dopełnieniem programu domowego ogniska. Rozpalone płonęło równo i jasno, bez dymu i komplikacji.
Przynajmniej na teraz.
Zawołał prawie wesoło:
- Maryś!
W sypialni odezwał się cichy, jakby płaczliwy głosik:
- Idę!
Weszła ubrana jeszcze, jak była w teatrze - w ładnej sukni skomplikowanej, złożonej z gipiury, gazy i jedwabiu. Była za strojna dla jej drobnej postaci. Niemniej dodawała jej jakby szyku. Kolor lewandy, komplikacja karminu z błękitem, przeważał dyskretny i podobny do barwy jej oczu. Te oczy były jakby zapłakane, jakby coś po nich się przesunęło - pomimo usiłowań, aby znikło. Usiadła jeszcze po panieńsku, grzecznie, na brzeżku krzesła, i poddała pod blask lampy swą starannie uczesaną, trochę podłużną głowę. Włosy jej miały odcień właściwy szatynkom, które zbyt o te włosy dbają. Lśniły prawie sztucznie, bez rozkosznej puszystości, przypominającej rozwichrzone dziecięce fryzurki. Doskonale, równo zarośnięte, podnosiły się od karku linijką bez najmniejszego zarzutu. To uderzało przede wszystkim w jej głowie, to, i pewna prawie starcza pedanteria w doskonałej czystości i dokładności stroju i całej postaci.
Nalał jej kieliszek koniaku.
- Napij się! - zapraszał.
Odczuła natychmiast, że on jest w doskonałym humorze, a przynajmniej usiłuje być w nim.
Zapragnęła się doń dostroić.
Uśmiechnęła się, pijąc koniak, lecz poczuła także, iż uśmiech ten wypada blado.
Siedziała dalej martwa i niema.
Chciała jeść. Nie mogła. Widelec jej z rąk leciał. Mimo woli ciągle zesuwała się na ulicę. Nie widziała przytulnych, jasnych ścian ani szkiców, które lubiła i do których przywykła już uśmiechać się, jedząc. Coś przed nią majaczyło ciemnego o liniach przeginającej się kobiety, jakiś kapelusz spadał, wirował, toczył się po bruku. I potem wrzask się rozlegał z oddali, i znów coś się o nią ocierało śliskiego, i to coś bez wyrazu zasiadało przy stole na jasnym dębowym krzesełku. Sama mimo woli marszczyła brew - usta jej wykrzywiały się. To coś, co za nimi weszło ze śmietnika ulicy, miało w sobie promieniowanie jakichś brudnych, zastałych przeżyć. Kurczyła swe wymyte czyściuchno ręce. I doznała nagle dziwnego wrażenia. Gdy Zdzich podał jej czarkę z masłem, ręce jego wydały się jej jakby pokryte szarą pleśnią. Była to sekunda niewyraźna. Znikła przecież. Ale była.
On wyciągnął się na krześle, rad z kolacji, która ciągnęła się już teraz normalnym trybem.
- Wszędzie dobrze, w domu najlepiej! - mruknął szablonowo. - Co, Maryś?
Nie odpowiedziała nic. Mimo woli nasłuchiwała.
- Czy nic nie słyszysz? - zapytała wreszcie.
- Jak to?
- Z ulicy! Zdaje się, ktoś krzyczy.
Porwał go gniew. Wznowił się poprzedni nastrój, zebrany w zgniliźnie trotuaru. Zanudziło go. Odsunął talerz.
- Co z tobą? Kto ma krzyczeć?
Cichutko wyszeptała:
- Ona!
Udawał, że zapomniał, że nie rozumie.
- Jaka znów?
- Ta... coś ją uderzył.
- Ach!... Także masz o kim myśleć... lepiej jedz...
Lecz ona odsunęła się nagle od stołu.
- Ona ci mówiła... ty... - wyrzekła powoli, wbijając oczy w obrus.
Wzruszył ramionami.
- Zdawało ci się!
- Nie! nie! I nazywała cię po imieniu. Ona cię zna...
Zniecierpliwiony, tym bardziej, że przyniesiono kompot, który lubił specjalnie - odrzucił:
- No więc mnie zna.
- Ciebie?
Oczy jej otwarły się szeroko. Patrzyła na niego długą chwilę, jakby starając się pojąć rzecz nadnaturalną. Wreszcie wyszeptała:
- Skąd?
Nadspodziewanie te jej szeroko rozwarte oczy, ta indagacja rozbawiła go.
- Skąd? nie pamiętam! Z ulicy czy z knajpy... czy ja już wiem!
- Ona mówiła, że przychodziłeś do niej na Zakroczymską ulicę.
- Nie pamiętam. Jeżeli tak, to było bardzo dawno. Z osiem, dziesięć lat temu. Może i dawniej. Byłem jeszcze smarkaczem...
Pożarł kompot, pił śpiesznie herbatę. Ona nie jadła nic wcale. Skurczyła się. Patrzyła spod brwi ściągniętych. Wreszcie po długiej chwili wykrztusiła powoli:
- Po coś ty do niej chodził?
Zaczął się śmiać bardzo serdecznie i szczerze.
- Po co? po co?
- Tak? po co?
Nieznany jakby błysk mignął w jej oczach. Poczuła się sama nagle silna, jakby w stal zakuta. Wyprostowała się i odsunęła. On porwał się z krzesła i wesoło pochwycił ją wpół.
- Po to, po co my oboje pójdziemy teraz do naszego pokoju!...
Podniósł ją z krzesła, nie czując, jak mu się pręży w ręku nagle i boleśnie. Chciał ją ugryźć swoim zwyczajem w kark, lecz wygięła się przed jego ustami jakby przed dotknięciem czegoś nieczystego.
- Zostaw mnie! - zawołała.
Nie wyczuwał nic. Był już w sypialni i tam urządzał swoje małe nocne gospodarstwo. Ona stała ciągle na progu i patrzyła na niego tępo. To coś, co wyczuwała obok nich przy stole, wtargnęło i tu do sypialni. Wydało się jej, że na posadzce jest pełno błota, a meble przysypane pyłem.
- Rozbieraj się, Maryś!...
Zaczęła powoli ściągać z siebie suknię. Przechodząc koło okna, mimo woli przystanęła w nadsłuchujący sposób. Zwykle rozbierała się bardzo szybko - załatwiała swą nocną tualetę za parawanikami, tworzącymi rodzaj ubieralni, i już była obok niego pod kołdrą ruchem zwinnego małego kota.
- Oto jest mopsa żona! - anonsowała skrzeczącym głosikiem.
Dziś tego wszystkiego nie było. On leżał już w swoim łóżku, śmieszny trochę, na błękicie delikatnym, przebijającym przez batyst poszewek. Palił papierosa z wielkim smakiem. Na kołdrze leżały dwa wieczorne dzienniki. Nie miał ochoty zabierał się do nich. Pogrążał się w miłym nastroju, oczekując na ciepło ciała Maryśki, które za chwilę powinno było znaleźć się tuż przy nim. Lecz dziś "żona mopsa" - spóźniała się jakoś. Obejrzał się po sypialni. Stała przy oknie. Stora była wszakże zapuszczona. Marysieńka miała już na sobie długą, ciekawą koszulę z białego batystu, przystrojoną żółtymi koronkami. Delikatna wstążeczka związywała tę koszulę białym, dziewczęcym motylkiem. Miała Marysieńka w tej chwili pozór białej komuniantki, zasłuchanej w niepewny ton organów. Nie widział jej twarzy. Przylgnęła nią do szyby. Stała - nieruchoma.
- Co tam widzisz? na co czekasz? chodź!...
Oderwała się powoli i szła wąską ścieżeczką, zostawioną pomiędzy łóżkami. Wyczuł w niej (nawet on) obcość jakąś, chęć izolowania się. Podnieciła go ta świadomość. Wyciągnął rękę. Pochwycił batyst.
- Chodźże!
Nie wsunęła się pod kołdrę. Usiadła na brzegu łóżka. Błękit abażurka lampki elektrycznej oświetlił ją mistycznie. Przyniosła z sobą jakby pewną powagę chwili.
- Powiedz mi!... - zaczęła - powiedz! to ty... ją kochałeś?...
Teraz on otworzył szeroko oczy.
- Kogo?
- Tę, tę...
Wskazała ręką w stronę okna, jakby nie mogła już przecisnąć przez gardło bliższego określenia tamtej kobiety.
Zaczął śmiać się znowu.
- Ach! ty głuptasku!
Ręka jego błądziła po batystach. Usunęła ją.
- Kochałeś ją? - powtórzyła twardo.
- Jak ty się możesz pytać o coś podobnego.
- Mogę! mogę!... Powiedziałeś, że po to do niej chodziłeś, po co...
Nie dokończyła. Oblały ją płomienie. Usunęła się z brzegu łóżka.
On aż podniósł się na pościeli.
- A to piła!... - wyrzekł, sięgając po papierosa.
- Odpowiedz!...
- Czyś ty oszalała? Przecież się takich kobiet nie kocha.
- Jak to? Jeśli to samo z nią... robiłeś, co ze mną?
Rozłożył ręce bezsilnie zdumiony.
- A cóż ty chciałaś? żebym czekał na ciebie?... Przecież musiałem gdzieś pójść.
- Dlaczego... musiałeś?
Nie znalazł odpowiedzi na razie, którą mógłby skoncentrować w jędrnym, dosadnym określeniu. Schował się jakby za skrzydła parawanu.
- Byłem młody...
- A!...
Lecz na jej twarzy chmura wzrastała. To ją nie przekonywało. Namyślała się. Coś kombinowała. Wreszcie uparcie wróciła do swego.
- No to musiałeś się w niej kochać!
- Niby dlaczego?...
- Bo właśnie młodzi się kochają. I gdybyś tak przez miłość poszedł do niej...
Żachnął się pół zniecierpliwiony, pół roześmiany.
- Gadasz o rzeczach, o których nie masz pojęcia. Bierze się w kieszeń trochę pieniędzy i idzie się załatwić ową miłość. Nic więcej!
- Tak - po prostu?
- Najprościej.
- Nic więcej?
- Najzupełniej.
- I wszyscy tak?
- Wszyscy.
- Jezus Maria!...
To już cichutko wyszło z jej ust, prawie niedosłyszalne. Tylko ona odczuła ten rozpaczny wykrzyk i coś przewinęło się przez nią, jakby żywe, szarpiące ją stworzenie. Zrozumiała, że głośno nie może zademonstrować swej grozy, bo byłaby niezrozumiana. To, co się w niej działo w tej chwili, było zupełnie obce dla tego mężczyzny. On przebył to lodowe pole, na którym włóczyły się kłęby czarnej, cuchnącej mgły. Ona znajdowała się dopiero u beznadziejnej furty i biły w nią orkany zamarzłych i duszę przenikających pędów. Czuła, iż cofnąć się nie czas. Zrozumieć musi wszystko i napoić się cała trucizną strasznych, nieprzewidzianych tajemnic. Ciało jej marzło i prężyło się, zatracając swą giętkość i podatność dziecięcą. Wpiła paznokcie w atłas kołdry.
I tak martwiała.
On patrzył w sufit poprzez delikatne chmurki papierosowego dymu.
- Teraz sobie coś niecoś przypominam, skąd ona. Zdaje mi się, że była wtedy w jakiejś mleczarni.
- Co tam robiła?
- Usługiwała. Potem spotkałem ją na ulicy. Już się włóczyła... A potem widocznie spadła na to, co dziś... Tak! tak! zdaje się, że to będzie ona. Choć dobrze nie pamiętam.
Zęby mu w śmiechu błyszczały.
- Tyle ich było.
Zapadło milczenie. On grzebał we wspomnieniach, ona z tych wspomnień budowała teraźniejszość.
- A dlaczego... ona... ci mówiła "ty"?... - zapytała wreszcie.
Głos jej brzmiał dziwnym, zmienionym dźwiękiem.
- Jakże chcesz, żeby mówiła inaczej po tym, co było pomiędzy nami.
- A ty?
- Co?
- Mówiłeś jej także... ty.
- Jakże miałem mówić - "łaskawa pani" czy "droga pani"!
- I... i... całowałeś ją?
- Czy ja wiem.
- W usta?
Nie odpowiedział nic. Czuł jej oczy spod długich rzęs, wbite w siebie niespokojnie.
- W usta... - powtórzyła - jak mnie?
Zrozumiał wreszcie, że chwila jest trochę ważniejsza niż przypuszczał.
Zaprzeczył.
- Co ci do głowy przychodzi? Takich kobiet nie całuje się w usta. Traktuje się je jako mus, jako konieczność. Pogardza się nimi. Jak możesz nawet porównywać siebie do niej. Ty głuptasie!...
Wyciągnął rękę, aby ją przyciągnąć do siebie. Lecz spotkał się z pewnym oporem. Pierwszy raz podatne zazwyczaj i chętne do pieszczoty ciało Marysieńki zesztywniało w jakiejś niechęci.
Zmarszczył brwi.
- No... Maryś... co to? fe! a! fe!...
Ta nagana, wypowiedziana tonem kogoś, kto dojrzał nagle rzecz brzydką i zdrożną tam, gdzie była sama jasność i czystość bezwzględna, wywołała w niej wręcz przeciwny wynik.
Zachmurzyła się, zacięła jeszcze więcej.
- I... często do niej chodziłeś?
- Daj mi spokój!
Zgasił papierosa - wcisnął głowę w poduszki.
- Odpowiedz!
- I tak za dużo mówiłem. Daj mi spać!
Nie odpowiedziała nic. Siedziała wciąż nieruchoma. Wreszcie powolnie, jakby mówiąc do siebie, wyrzekła:
- A jednak ją uderzyłeś...
Czuć było, że w tym mózgu kobiecym odbył się wartko cały proces. Nocne schadzki, wspólnie odczuwana rozkosz pieszczoty, których treść doskonale już pojmować zaczęła - mistyczny wdzięk oddawania się i odbierania ofiary wspólnych uniesień - wszystko to, będące niezbitym i niezłamanym faktem, rzeczywistością stwierdzonym. I nagle ten kij wzniesiony, walący prosto w twarz, a potem osuwający się na pierś. Przegięte ciało pod wpływem bólu, skowyt hieny - i to pozostawienie jej samej w cuchnącej wilgoci ulicznej, podczas gdy oni odgradzali się tchórzliwie od jej mściwości deskami bramy. I nie wiedziała, co w niej jest w tej chwili.
Nienawiść do tej dziewki, tej poprzedniczki, która z tajemniczych oparów błotnych wychylała się nagle z wyciągniętymi pazurami i zuchwałą mordą, zbrojną w niezaprzeczone istnienie minionych chwil! Czy może jakby współczucie za tę zapłatę, jaka tę dziewkę spotkała w formie kija... Sama nie wiedziała. Dość, że miała w sobie pełno nienawiści, żalu, buntu. Spożytkować ją umiała. Obrócić w jakąś stronę.
I przeraziła się.
Zrozumiała - że jeśli nienawiści tej, która porwała się tak nagle z jej głębin i ogarnęła ją całą, nie zużytkuje, odwracając ją w stronę dziewki - lawina cała dławiącego ją zła spadnie ku niemu i połamie jej życie na strzępy. Znienawidzi go i oderwie się na zawsze. Spadnie na nią katastrofa, pogrążająca ją w bezdeń życia bez uśmiechu.
Nienawiści nie zdoła wyplenić z duszy. Przemierzyła jej ogrom i zrozumiała tę potęgę. Za mało miała sił, aby się z nią zrównać. Zbudziła się w niej w ten tragiczny wieczór, zbudziła się przedwcześnie, bo przecież z przebiegiem życia w każdym nienawiść wystąpić musi jako jedna z dominujących cech charakteru. Lecz u niej przyszło to w zaraniu i wypadkowo. Pogodzić się z tym musiała. Gorycz przelewała się po prostu brzegami jej moralnej istoty...
Nienawidzić już musi.
Z jakimś trwożliwym, szalonym gestem porwała się nagle z miejsca. Jak wąż skręcony i wyprężony wsunęła się do łóżka i przywarła do ciała męża. Rozpaczliwie chwyciła go wpół i wtuliła się weń cała.
On, wpółsenny, przyjął łaskawie to, co sądził wybuchem temperamentu. Pogładził ją po głowie.
- Ech! ty mała wariatko!...
I wziął ją w swoje ramiona.