O czym się nawet myśleć nie chce - Gabriela Zapolska

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Zanosiło się na tak zwaną piękną noc. Ludzie w ogóle wracali do swych legowisk piechotą. Inni z owych legowisk także piechotą zanurzali się w jeszcze nie podeschnięte od błota ulice. Klapały bojkie lub rozlazłe stukania pode­szew o bruk lub asfalt. Cierpliwie oddawała je echem ulica, po której snuły się widma, kształ­tem ludzi przypominające. Z daleka brzęczały tony fortepianów i połyskały przebijające się przez story światła prawie jaskrawe piętrowych po­mieszkali. Tak - nad chodniki wzniesione okna te wydawały się jakby szeregiem olbrzymich latarni, zawieszonych w powietrzu. Niektóre były uchylone, na niektórych znaczył się rozpięty mi­stycznie krzyż ramy szybowej. Ten szereg krzy­żów, z poza których łaskotała przestrzeń tane­czna muzyka, dziwny był i w mózg wrastający. Przytulny znak, podobny milczącej postaci czar­nego archanioła o rozsuniętych prosto, nierucho­mych skrzydłach, przechodził w coś boleśnie wystawionego na bezcelowe urągowisko. Kohorta archaniołów strzegła gniazd rechocących wieprzaków, niewidzialnych, jednak znak życia silny i niezmożony o sobie dających. (...) Te krzyże, tak o nocnej porze wyrastające szeregiem i zawisłe nad ziemią, domagały się ra­czej wielkiej, bezkresnej równiny - wysrebrzonej świeżym rżyskiem o czerwonych, gasnących już, strzelistych resztkach ginącego w pomroce słońca. To powinno być poza nimi, ten cichy czar wieczoru nie zdławionego cielskiem murów, zie­jących smrodem i zgnilizną spiętrzonych ciał ludzkich. To tylko purpura słońca i drżąca po­świata tęczowa, półkolem zaznaczona i wchła­niana przez srebro równiny. I one, te krzyże rozpięte - wyniosłe, archa­nielskie, szeregiem wykwitłe, jak grzęda misty­cznych irysów czarnych - modlitewne same i do modlitwy bez przymusu wyzywające. Lub jeszcze choćby z poza murów rozwalonych, opuszczo­nych cmentarzy, gdzie miejsca na nowe trumny nie ma, a noc jesienna miecie całuny złote sze­leszczące z liści przydrożnych lip na zapadłe mogiły... (...)

Ku tym krzyżom bez skargi znoszących swe pohańbienie przestrzenne biegną świecące oczki Marysieńki, podskakującej drobnym, prawie dziecinnym krokiem obok Zdzicha, zaszytego dostatnio w swe zimowe jeszcze palto. Uczepiła mu się swoim zwyczajem u ra­mienia gestem w dobrym humorze będącej małpki. Z dumą stawia swe wązkie, nerwowe nogi, lśniące lakierem nowych bucików. Długi aksa­mitny płaszczyk czernią matową wchłania jej po­stać drobną i prawie nikłą. Tylko gdzieniegdzie zabłyszczą guziczki lub w świetle latarni prze­lotnie dół okrągłej bródki z linijką zawsze otwartych jakby do krzyku ust. Jest śmieszna i roze­śmiana. To odczuć można. Wraca z teatru, gdzie grano jakąś nudną sztukę. Mówiono dużo o mi­łości na scenie. Ona przez ten czas szczypała męża w udo, robiąc przytem minę poważną i za­słuchaną. On podskakiwał śmiesznie, lecz się nie gniewał. Był także w dobrym humorze. Na kolację mieli świeże cielęce sznycelki, pasztet, napiją się po kieliszku koniaku. Zamiast dorożki kupili sobie trochę ciastek i owoców. On niesie ciastka, ona owoce i wywija zwy­cięsko małą torebką. Bardzo jest przyjemnie i dobrze na świecie. Dochodząc do ulicy Ciężarowej, zwolniła kroku. Wsłuchiwała się w rechoczące tony for­tepianów. Jakaś polka ekscentryczna wybijała się nad wszystko. Załaskotała ją. Zaczęła podskaki­wać w takt. Zdzich jednak pociągnął ją.

- Chodź, Maryś! - wyrzekł niecierpliwie. Lecz ona zaczęła prosić:

- Chodźmy tamtędy! mój złoty!... - Żachnął się, prawie ze złością.

- Powiedziałem ci, że nigdy nie będziemy tamtędy chodzić.

- Tam... bal!

- Właśnie.

- Tańczą!

- Właśnie. - Jakaś dorożka nadjeżdżała. Ciężka była, cała pełna od mężczyzn. Stado ich było całe. Jeden przechylony spał, a ręka jego zwisała, dotykając prawie koła. Inni ściągali w głąb jakiegoś mło­kosa, który niepewnymi ruchami darł się na ko­zioł i wyczyniał jakieś konszachty z pełnym po­gardy dorożkarzem. Minęli Zdzisia i Marysieńkę przypartych do ściany. Wjechali w aleję Krzy­żów. Zaczęli krzyczeć coś niezrozumiale. Marysieńka wyrzekła:

- To pewnie jedzie młodzież na bal. - Zdziś wzruszył ramionami.

- Właśnie. - Pociągnął ją w boczną, ciemną, wązką uliczkę. Idąc - szczebiotała:

- Bo żeby się poznać z tern państwem, co tam mieszkają, to byłoby wesoło. Co dzień tań­czą... Choć żeby bywać u jednych takich... Oni pewnie też kolejarze... Może znają tatusia... a może ty tam bywałeś - to moglibyśmy im wizytę zło­żyć. Co?... Jakieś dwie postacie szły naprzeciw nich. Ko­biety. Ubrane wązko. Jedna miała kapelusz nagłowie, druga była z gołą głową.

- Jakieś panie!... - zapiszczała Marysieńka - patrz, Zdzich - jedna z gołą głową.

- Co ci do nich!...

- Nic - tylko że to nieprzyzwoicie. Nawet ładnie ubrane, zdaje się. Więc nie sługi. Czemu bez kapelusza? Co? O! rozstały się. Jedna rzeczywiście zatrzymała się pod latarnią, pochyliła się i zaczęła coś poprawiać pod suknią. Druga przemknęła środkiem ulicy, kierując się ku Ciężarowej. Szła brukiem, nie zważając na błoto. Zniknęła. Marysieńka obejrzała się za nią.

- To ta pani bez kapelusza. Patrz, jaką ma fajną bluzkę koronkową... co? Myślisz, że ja nie widzę, bo ciemno?! Ja mam dobry wzrok.

- Cicho! nie oglądaj się!

- Poszła już tamtędy, gdzie tańczą. Nie wi­działa...

- Chodź prędzej.

- Nie ciągnij! - E! jesteś mops! - Nagle umilkła, jak zahypnotyzowana. Kobieta pod latarnią uniosła wysoko spódnicę i mane­wrowała coś kolo pończochy ponad kolanem. Poprawiała podwiązkę. Biała koronka majtek bły­skała. Marysieńka wpatrzyła się szeroko rozwartemi oczyma w tę aparycję. I nagle zachichotała, jak chichoczą dzieci wiejskie, uciekające z go­ścińca do chałupy.

- Zdzich! ta pani ma różę za podwiązką! - Szarpnął nią.

- Cicho! chodź!... - Piszczała rozbawiona.

- Jak mamę kocham! różową różę z liściami... - Lecz tamta z pod latarni już dosłyszała i wy­prostowała się nagle.

- To co? to co? - warknęła. Niespodziewane to odezwanie się zbiło zu­pełnie z tropu Marysieńkę. Głos tamtej był jakiś dziwny, niesamowity. I potem cała twarz zna­ czona kreskami oczu, rozpłaszczonego nosa, wąskich ust, twarz niecodzienna, napiętnowana, jakby tylko z kości, pokrytych trochą skóry bardzo de­likatnej i białej - wgniotła się w mózg roześmia­nej młódki brutalnie i niespodziewanie.

- To co? to co? - powtórzyła, równając się z idącą pośpiesznie parą. Marysieńka zaszyła się pod ramię męża nagle strwożona - jak ptak, na którego spadła bryła brudnego śniegu.

- Zdzich! czego ona? niech sobie idzie!... - wyszeptała. Rozzłościł się naprawdę.

- Widzisz, mówiłem ci... - Tamta wyczuła w nich trwogę. Jak pies złośliwy, który czepi się uciekających i zalęknio­nych, pokazała kły posztukowane złotemi plom­bami.

- Widzicie ją!... - syczała - nie podoba się jej róża na podwiązce. A co ci się podoba? - Marysieńka drgnęła, jakby pod uderzeniem rozpalonej szpicruty.

- Zdzich!... - wyjęczała.

- Małpa! - syczała tamta - złapała sobie draba i wlecze się z nim i taka dumna!... - Zdzich odwrócił się ku niej pełną twarzą.

- Proszę nas zostawić w spokoju! - krzy­knął. Lecz ta - czysto zdjęta z Ropsa tragicznych wizji - parsknęła kocim śmiechem.

- Zdziszek!... serwus, kanalio... gdzie cię niesie? - Zacisnął usta. Czuł pytający wzrok Mary­sieńki. Poufałość błotnistej zjawy zamroczyła mu na chwilę przytomność. Nie rozróżniał jej twa­rzy. Nie znał jej. A może i znał. Kiedyś - bar­dzo dawno - w swych młokosowskich, wyuzdanych latach. Zdawała się nie mieć określonego wieku. Zdawała się być wieczną - ciągłą - nie­ustającą - niezwalczoną. I nagle ogarnęło go nieokreślone uczucie, gdy tak szedł z temi dwoma kobietami przy boku. Z młodziuchną żoną, uczepioną mu u ra­mienia, i z tą drugą, klapiącą o krawężnik chodnika amerykańskiemi, grubemi podeszwami bu­cików. Uczuł jakby zawrót głowy i mdłości, po­rywające go nerwowo.

- A powiedz tej małpie, z którą się wle­czesz! - zasyczał znów grobowy głos z cie­mnicy - żeby porządnych ludzi nie zaczepiała po ulicach, bo tak jej pyski spiorę... - Ścisnął w ręku laskę.

- Idź precz, bo zawołam policyanta - krzyknął.

- A!... patrzcie go! A wołałeś policjanta, kiedyś do mnie przychodził na Zakroczymską? Zapomniałeś? Na darmochę przychodziłeś! By­łeś goły, jak bizun[1]... Ty morowa nacjo! policjantem będzie straszył. Ja cię nie zapomniałam! - Teraz już biegli prawie wszyscy troje. Ona wciąż obok nich, utykając teraz po kamieniach, bo asfaltowy chodnik urywał się nagle i prze­chodził w resztki jakiegoś wygryzionego bruku.

- Zapłać mi lepiej, coś winien od tylu lat, złodzieju!... - wycharczała zdyszana. Wyrwał ramię Marysieńce. Laska śmignęła i opadła ciężko na twarz i głowę prześladującej. I rozległ się straszny, nieludzki wrzask. Coś z hieny, obdzieranej żywcem ze skóry, coś z gwiżdżącej tragicznie syreny okrętowej, nawo­łującej o pomoc w piekielnym skowycie rozsza­lałej burzy. Właściwy ton ów mają jedynie tylko głosy dziewek, bitych po zaułkach ulicznych. Tajemnica tego dźwięku tkwi w ich zapadłych i zmęczo­nych piersiach. Wyją... skomlą... drą się, jakby życie darło się im w strzępy.

- Policja! po-li-cja!... stójkowy[2]!... zabijają!... za-bi-ja-ją!... - Marysieńka zaczęła krzyczeć:

- Zdzich! nie bij!... - Jakaś solidarność kobieca podniosła się nagle w tej czerni i wobec śmigania tego kija po zmęczonej głowie, z której posypały się pióra ka­pelusza i przyprawione kudły.

- Nie bij!... - Dopadli do bramy, mając ją poza sobą. Wyła - widocznie silnie kijem ugodzona. Dzwonili roz­paczliwie - oboje uważając wydostanie się do wnętrza bramy, jakby jakieś ocalenie się przed czymś ohydnym. Stróż wyjątkowo szybko się zjawił. Czas już był. Tamta pozbierała się i pę­dziła ku nim, jak kłąb czarnego, rozwichrzonego błota. Zionęła przekleństwem i ohydą słów. Cała rozpusta długoletnia była w niej. Mściwość te­raz brała górę. Rzec można nie za śmiech Ma­rysieńki i kij dawnego kochanka, który studenckie noce przesypiał na jej łonie - lecz za to wszystko, co tam na dnie marło w niej na pozór, a prze­cież gniło tylko nienawiścią i przekleństwem. I był taki rozpęd szalony, taka moc potworna w tym pędzie, którym się ku nim cisnęła, że wpadli do bramy, jakby bezprzytomni - i równo­cześnie z ust ich wycharczało do stróża:

- Zamykaj! zamykaj!... - Już z tamtej strony biły o bramę oszalałe od furii pięście - rozlegał się tupot nóg, walących w histerycznym szale o bruk. I bełkot przeciągły słów gnijących - jakby szczek psa, wyrwanego z budy, który, wlokąc łańcuch, targa się nocną czernią wśród zapartych domostw. Stróż pokiwał głową.

- Jakaś z Ciężarowej. Wyjdę i zdzielę przez łeb... - Lecz Marysieńka uchwyciła rękę już gotową do bicia.

- Nie bić!... - zawołała, cała drżąca.

[1] grymasy- zmienne nastroje, humory

[2] masny- nieprzyzwoity

[3] Rubikon- nazwa rzeki we Włoszech. W starożytności Rubikon przekroczył wódz Juliusz Cezar w 49 r. p.n.e., decydując się na podjęcie wojny domowej z Gnejuszem Pompejuszem. Odtąd pojęcie przekroczyć Rubikon oznacza podjąć decyzję.

[4] kose- ukośne, zezowate

[5] szlachtuz- rzeźnia

[6] niebacznie- przez nieuwagę; lekkomyślnie

[7] protekcjonalny- traktujący innych z góry, z poczuciem wyższości

[8] zamężna za notariuszem- rusycyzm; w języku rosyjskim mówi się быть заамужем

[9] menażeria- dawny rodzaj zoo. Istniały również menażerie obwoźne.

[10] Syngalezi- grupa etniczna zamieszkująca południową Sri Lankę.

[11] któregoś Żeromskiego- krórąś z książek Żeromskiego

[12] złota wolność- określenie staropolskie, związane z tak zwaną ideologią sarmacką. Złota wolność była związana z przywilejami szlachty i ich zastosowaniem.

[13] systemu- stylu

III

Stało się to w niespełna trzy tygodnie po ich ślubie. Jeszcze w sypialni i saloniku więdły z brzydkim, grobowym zapachem resztki bukie­tów, z którymi włożono Tońkę do wagonu - a pasztet z uczty weselnej, skrzętnie przez star­szą panią zapakowany do pudła, nie został całkowicie spożyty. Marysieńka miała jeszcze za­lęknione oczy i usta rozwarte, jak małe dziecko, gdy się zanadto czegoś przelęknie. A Zdzich kroczył jakoś tryumfująco, trochę parobkowato, i miał w kącikach ust pewien niesmak. Bo na­tura w nim była prosta, rzec można nawet pro­stacka i komplikacye nocy poślubnych - owe rozkosze, oparte na subtelności delikatnego zdobywania - wydawały mu się raczej dwuznaczne. Nie rad sprawiał ból i przestrach, a tu wypadło właśnie owo zadawanie tortury musową konie­cznością pod grozą skompromitowania swej dziarskości męskiej. Przy tym był egoistą i miał jakoby żal do zepsucia mu spodziewanej i ocze­kiwanej satysfakcji seryą grymasów[1] dziewczę­cych, które brał jedynie i tylko za grymasy. Wy­czuł w nich podkład nieświadomości i ta nie zachwyciła go. Oczekiwał uświadomienia, gdyż niezmącony spokój, z jakim przyjmowano w cza­sie narzeczeństwa jego ryzykowne dwuznaczniki, wprowadziły go na błędną drogę. Sądził Marysieńkę dużo wiedzącą i winszował sobie tej wie­dzy. Lękał się niewiniątek i naiwność robiła na nim wrażenie niemodnej teatralności. Tymczasem zaraz w pierwszej chwili ślubnego sam na sam odczuł, iż potyka się o prowincjonalną, zakamieniałą nieświadomość. Poprzedni spokój w przyj­mowaniu tak zwanych masnych[2] dowcipów opierał się właśnie na niezrozumieniu. Przestrach go ogarnął i wzmógł jego zmieszanie. Pragnął jak najszybciej być poza Rubikonem[3]. Stał się prawie brutalnym i niezręcznym. Trochę kose[4] oczy Marysieńki - jej twarzyczka krągła z ko­miczną podkówką drżących świeżych ust - gładziuchne, grzeczne włoski - ta całość na łóżku małżeńskiem, świeżuchno zasłanym, ozdobionym ładną a nawet wytworną pościelą - peszyła go. Psia krew! myślał, psia krew, pragnąc aby ta panienka dała znak życia bardziej intensywny w połączeniu z jakąś brawurową, z teorii czerpaną zmysłowością. Natomiast, ciche podchlipywanie, szloch ofiary, zdumienie jagnięcia, wprowadzonego do szlachtuza[5]... Czuł, iż trzeba powiedzieć jakieś dobre słowo, coś murowanego, coś, co zostanie. Nie znalazł nic. Pogładził ją po głowie i zamruczał:

- No... no... - Mimo woli przypomniał sobie ciekawy mo­ment swego życia, gdy on znalazł się w sytuacji, w której obecnie znajdowała się Maryś. Miał lat czternaście, a jego rolę spełniała jego stryjeczna ciotka, niebacznie[6] z powodu jakiejś uroczystości ulokowana przez zbyt wierzącą ma­tkę w jednym z nim pokoju. Ten sam wzrok zalękniony, kto wie - może te usta w podkówkę miał on właśnie. I ten gest protekcjonalny[7]. To poklepanie po głowie i owo uspokajające no! no!... wymówiła ciocia, która później zapaliła papierosa i patrzyła na niego z drwiącym, ironicznym uśmiechem. Pamiętał, że znienawidził i ciotkę i akt miło­snego złączenia. Nienawidził długo, ale powoli się przyzwyczaił. A nawet polubił.

- Phi... i Marysieńka przyzwyczai się a na­wet... polubi. - Uśmiechnął się. Sięgnął machinalnie po pa­pierosa. Zapalił go. Pozostało mu to ze wspo­mnienia po cioci. Zawsze potem musiał wy­palić papierosa. U jego boku podchlipywanie dziecka ustało.

- Zasnęła, dzięki Bogu - pomyślał - ale to psia krew awantura! Dobrze, iż to tylko raz jeden w życiu. Mam tego wyżej uszu! Swoją drogą mogli jej byli choć o tym powiedzieć i oszczędzić mi tej przykrości. - Utonął zaraz w kombinacjach materialnych. To było stokroć ważniejsze. Ożenił się bardzo poczciwie bez posagu. Przyrzekano mu tam coś, nawet i teraz przyrzekają, ale on na to nie liczy. Gwiżdże na to. Mogli nawet wyprawy nie da­wać. Ale dali. I tak byłby dziewczynę wziął. Dla­czego? Sam nie wie. Kochać się? Gadanie austriackie. Podczas wakacyjnego czasu, gdy ba­wił u siostry zamężnej za notariuszem[8] w jakimś mieścidle - poznał Marysieńkę. Przedstawiła mu się nieźle w różowych kretonikach, przez które przebijały jej dziewczęce piersi bardzo rozwi­nięte. Te piersi pociągały go dziwnie. Nisko były osadzone i kształt miały niesamowity. Coś po­dobnego widział w menażerii[9] u Syngalezek[10]. Później przyzwyczaił się do ich widoku. Prze­stał się nimi interesować specjalnie. Natomiast coś pomiędzy niemi obojgiem zadzierzgnęło się, jakby sympatia. Lato było cudne, czyste, pa­chnące. Staw duży - woda przejrzysta i łódka da­wała im schronienie przytulne, jeszcze jedna gąskowata figurka w błękitnych kretonach dla przy­zwoitości - piastująca któregoś Żeromskiego[11] pod mokrą pachą. Tak we troje kołysali się po wodzie dniami całymi - bo nawet kawiarni w mieścidle owem nie było.

Zdzich nie wiedział, gdzie umieścić swą męskość. Umieszczał ją więc wyjątkowo przyzwoicie tych wakacji obok ró­żowych kretonów córki stacyjnego naczelnika. Aż się dziwił sam sobie, gdy wieczorem wracał do domu siostry bardzo grzeczny i prawie cno­tliwy. O małżeństwie nie myślał, złota wolność[12] kawiarniana była mu drogą. Natomiast myślano za niego. Ani się nie obejrzał, gdy go zaręczono. Różowe kretony i biust Syngalezki oddawano mu wspaniałomyślnie na własność. Przeraził się, potem wzruszył ramionami.

- No to się ożenię! - pomyślał - wielka awantura! - Gdy wrócił zaręczony do miasta na swoje stanowisko adjunkta kolejowego, nie zmienił systemu[13] życia. Spacerował dalej po knajpach i lokalach - za pan brat z kelnerami i dziew­kami, zalegającemi spelunki. Nie chciał czynić so­bie przykrości, odmawiając sobie raz przyjętych i utorowanych dróżek. Kochał siebie bardzo i czułby ogromną urazę do swego charakteru, gdyby go w czymkolwiek zgwałcił.

- Dość będzie, gdy się ożenię! - pomyślał ze spokojem.

- Zresztą wtedy będzie mi łatwiej... będę miał żonę... - Wziął bowiem za zasadę, że jak obiad i kolacja, tak samo musiała być kobiecość w jego systemie dziennym.

- Dla zdrowia! - Marysieńka miała mu zastąpić rolę, dotych­czas spełnianą przez tysiąc i jedno - bezimien­nych ciał.

- Dla zdrowia! - Zagasł papieros, lampka błękitniała w kąciku sypialni. Niesmak nie opuszczał ust Zdzicha. Zerknął ukosem na nieruchomo leżącą żonę ze spłaszczonym noskiem o powierzchnię zbyt świe­żego jaśka.

- Hm! wyrobi się... - pocieszył się - ja­koś tam będzie! - A potem jego dobre serce wzięło górę. Żal mu się zrobiło tego czegoś, prawie zmaltretowa­nego i tak bezgranicznie głupiego.

- Biedaczka! - pomyślał - ale czego wy­prawiała takie awantury. Nie wiedziała... ślicznie! Ale... gdzie się to takie coś uchowało!... I rad był poniekąd, że jest to takie głupie. To uświadomienie panien nie zachwycało go.

- Przynajmniej mam żonę, która nie jest jak ciastko w cukierni - roześmiał się w duchu, tanio i trywialnie używając koncept. Delikatny kaszelek powstrzymał go od zapa­lenia nowego papierosa. Przypomniał sobie, iż w domu rodziców Marysieńki, z powodu sła­bego zdrowia matki, nikt prawie nie palił papie­rosów.

- A! do diabła! - warknął w myśli - i do papierosów muszę ją przyzwyczaić. Leżał teraz nieruchomo, usiłując zasnąć. Za­częły mu się przed oczyma majaczyć całe serie przeżyć. I same erotyczne zjawy wypływały z tej przebytej w danej chwili sytuacji. Jakieś zarzucone niedbale i umiejętnie ręce, jakieś usta przepojone koniakiem i tytoniem - coś, do czego właściwie przywykł i co było pod­stawą jego uspokojenia. Właściwie - pomyślał w konkluzji - powinny by istnieć poprostu jakieś szkoły, gdzieby niewiniątka narzeczeńskie wyuczali obowiązują­cego je zachowania się. Skąd ja przychodzę do mordowania się nad podobną edukacją? Nie jestem zdeprawowany i to mnie nie podnieca. Usiłował zasnąć, lecz nie mógł. I spać nawet nie mogę! Coś tam pod jego bokiem jakby znów łkać zaczęło. Lecz on udał, że nie słyszy. I tak oboje trwali!

V

Sceny takie, jak poprzednia, powtórzyły się kilkakrotnie. Na jaw wywoływały je drobiazgi na pozór - idące od zewnątrz. Przede wszystkim Marysieńka zaczęła pielę­gnować w sobie ból i urazę. Lecz nagle pra­gnęła znów ją zwalczać i brała się do tego nie­umiejętnie. Rzucała się wtedy w objęcia Zdzicha, z podwójną namiętnością akcentując swą miłość i przez to bardzo niezręczna. Kierowała się tylko swoim usposobieniem, nie podglądając jego usposobienia. Napotykała czasem chłód źle maskowany, który tłumaczyła sobie opacznie. Ma­niacko skierowane jej myśli w stronę istnienia poprzednich błotnistych kochanek męża - w ich egzystencji chciały znaleźć przyczynę chwilowe­go znużenia mężczyzny. Nie grało w niej w tej chwili wygłodniałe pragnienie zadowolenia zmysłowego. Tak była na wskroś wstrząśnięta niespodziewaną dla niej sytuacją, iż o sobie w tej sprawie myśleć nie mogła. Lecz szło jej o stan rzeczy, o to, co jest naprawdę, o skon­statowanie odnoszenia się Zdzicha do swej prze­szłości. Odbudowywała tę przeszłość z okruszyn wydartych bądź losowi, bądź jemu samemu, gdy podstępnie zdołała go uprowadzić na teren czegoś, co już potrącało o - zwierzenia. I zdumiewające to było, jak szybko, nagle - i doskonale rozwinęła się w tern prawie dziecku przebiegłość kobieca ze wszystkimi wyczekiwaniami i doskonałościami, które prowadzą do celu. Po ile chytrości sięgnęła, jakby do skarbca, do własnej duszy, wytrenowanej wiekowo[1] właśnie w tym kierunku. Miała w sobie całe zasoby tej chytrości już gotowej, przekazanej po kądzieli, oszlifowanej i wygładzonej, jak banieczki kryszta­łowe na pachnidła, znajdowane w sepecikach[2] dawno zmarłych prababek. Zbierała cegiełki i budowała gmach pracowi­cie i mozolnie. Jak dziecko, składające całe domy z kawałków drzewa według wzoru, załączonego w pudełku - tak samo i ona według wzoru pożycia swego, rodziców, znajomych starała się odtworzyć obraz odnoszenia się Zdzicha do swych poprzedniczek. Lecz trudno jej było. Ka­wałki drzewa nie pasowały - ciągle sztuczny gmach się osuwał. Czuła, iż to nie tak było. I nerwy jej już zaczynały dzwonić leciutką swoją piosenkę. Snuła się przeważnie koło okien i to w po­dwójny sposób. W dzień stawała przy szybach i patrzyła na przeciwległy trotuar szary i zbłocony. Wiedziała, instynktem wiedziona, iż w dzień trotuar[3] ten będzie czysty i żadne widmo upiorne w słońcu się nie zjawi. Zapytała raz Zdzicha:

- Co one robią we dnie?

- Śpią.

- We dnie?

- Przecież muszą kiedyś spać. - Zanotowała to sobie. I oto, gdy zbliżała się noc, ogarniał ją niepokój nerwowy. Starała się bowiem wyzyskać dzień i światło dzienne. Czytała dużo i lubowała się zwłaszcza w deli­katnych, lirycznych poezyach. To było właściwe rodzajowi jej całej. Grała także trochę Chopina, po swojemu - jak jej tam płakał w samej głębi serca. Ładne akwarelki podznaczała spłakanymi barwami - coś z japońskiej grzecznej i słodkiej sztuki świeżo rozkwitłych jabłoni, roześmianych wschodów słonecznych. Przyozdabiała rysunka­mi glinę garnków, wiązała kokardy - wstawiała w te improwizowane cache-pots zielone, liściaste roślinki. Słowem, całe estetyczne gospodarstwo przeciętnej panienki czyniła sprawnie i grzecznie według programu w godzinach biurowych męża. Lecz oto - z chwilą ściemniania się na dworze, gdy przez story okien zaczęły przesuwać się co­dziennie spodziewane a zawsze nieśmiałe i nie­pewne cienie nocne - w duszyczce Marysieńki powstawało dziwne uczucie. Czym prędzej skła­dała farby, nuty, książki. Zamykała fortepian, cho­wała zaczęte akwarele. Jakby lękała się, że coś znajdzie, coś bardzo błotnistego, czarnego, cuch­nącego, i zwali się na te delikatne, grzeczne, miluchne zajęcia, które jej były drogie. Zawierała pośpiesznie drzwi swojego światka. I bezczynna, spłoszona, z nienawiścią w sercu stawała na straży. Zaczynała pracować imaginacją[4] i tu więcej niż kiedykolwiek można było za­stosować tę nazwę - folie du logis[5].

W wyobraźni Marysieńki pod murami do­mów razem z mroków zaczynały snuć się widma, którym wszystkim nadawała kształt owej ulicznicy, z którą los ją tak brutalnie zetknął. Wszystkie były chude, wysokie, z trupią twa­rzą pod smugami rozfryzowanych włosów. Wszyst­kie miały ciemne suknie, jasne bluzki, zniszczone gazowe szale i różę za podwiązką. Ta róża zwła­szcza stawała się koniecznością, bojowym sygna­łem, czemś jakby piętnem, odznaczającym[6] tamte od tych, do których ona należała. Lecz ogarniały ją dziwactwa, graniczące z dzie­ciństwem. Raz w pudełku z kapeluszami znalazła kilka róż. Pochwyciła jedną i cała drżąca, jakby spełniała jakiś zły uczynek, podniosła suknię i we­tknęła jedną z róż za podwiązkę. Chwilę stała tak nieruchoma i jakby skamieniała. Był to już wieczór, lecz słabe światło jednej świecy migo­tało w pokoju. Nagle - Marysieńka ocknęła się - wyrwała kwiat, którego drut zadrapał jej białe, delikatne ciało. Ten ból sprawił jej ulgę i zdawał się jej w tej chwili konieczny. Nie otarła krwi. Patrzyła chwilę na głęboką rysę krwawą, ciągnącą się wzdłuż nogi, pomiędzy ciemnią poń­czochy i koronkami bielizny. Przypomniała sobie rysę, którą zadała paznokciami piersiom Zdzicha któregoś wieczoru. I zdawało się jej, że ta cała sprawa zaczyna ociekać ich krwią serdeczną.

- To... przez te! przez te!... - Odwróciła się ku szybom. Za niemi była ulica w całej swej pełni, majestacie, potędze i mocy. Ta ulica, która wą dnie była trochę szerszą, marną, bez charakteru, uległą i podatną dla wszystkich ścieżką - w nocy jakiś potworny wygląd i roz­miar dróg, po których tylko przewalać się mogą niepowstrzymane kataklizmy i katastrofy życiowe. Zawsze od małego dziecka bała się ciemni ulicz­nej, którą znała mało i z którą nie miała prawie styczności. Małżeństwo jej wyprowadziło ją w ten ośliz­gły parów, ciągnący się pomiędzy cielskami ka­mienic. Od razu przywitało ią tam, co najstrasz­niejszego wykwitnąć jest w stanie na tym terenie. (...) Marysieńka szybko zorientowała się w sytuacji. (...) Szybko wtłoczyła w uliczną całość kawiarnie, szantany[7], o których istnieniu postarał się Zdzich ją poinformować.

- Muszę cię tam zaprowadzić! - wyrzekł raz łaskawie. - Otrzesz się trochę i wycywilizujesz. Tam chodzą teraz i najporządniejsze ko­biety... - Zachmurzyła się.

- Nie chcę! - odparła krótko. - Ramionami wzruszył.

- Gęś jesteś. - Milczała. Lecz po chwili podała mu układnie papierosa.

- Zapal!... proszę cię!... - Wzbraniał się.

- Nie! nie! i tak już dużo dymu.

- Ale to nic. Ja się już przyzwyczaiłam. - Dusiła się, chowając głowę pod poduszkę. Wiedziała jednak, że papieros wprowadza go w doskonały humor. Czyniła ustępstwa. Gdy zaczął palić, objęła go pieszczotliwie za szyję.

- Moje! moje!... - szeptała. A potem, niby od niechcenia:

- Czy... one tam chodzą?

- Kto?

- No... takie... wiesz. - Wydął usta.

- Phi! jak gdzie. Zresztą w kawiarniach są kasjerki, a to na jedno wychodzi. A w szantanach są znów występujące tinglówki[8]. One także po przedstawieniach schodzą do gości.

- A... tak!... - Chwilę milczała, wreszcie znów wyrzekła twardo:

- To one właściwie są wszędzie! - Roześmiał się:

- Właściwie wszędzie. - Usiadła na łóżku. Miała jakiś dziwny wyraz twarzy.

- A gdzież się od nich można uchronić? - spytała, patrząc nań ostro z pod powiek na wpół spuszczonych. Zrobił gest niepewny, niewyraźny.

- Czy ja wiem!... - odparł - może w domu! - Uśmiech gorzki przesunął się po jej ustach. Położyła się znów, nie mówiąc nic. W domu? Ależ tu właśnie czuła ona ich obecność stokroć silniej i intensywniej, niż tam, na bagnisku miejskim. (...)

VI

Gdy zajmowała się raz w kuchni myciem swoich pędzelków akwarelowych, stróż kamieniczny, zamiatający właśnie schody, dojrzał ją przez uchylone drzwi i podszedł ku niej.

- Ja tu z ostrzeżeniem - wyrzekł, unosząc wysoko brwi, które miał dziwacznie zarysowane.

- Z jakim?

- Bo ta dziewczyna, co to kiedyś za pań­stwem w nocy przygnała i tak się darła pod bramą, to ona tu się często po nocy kręci. Ona mówi, że musi na panu się pomścić, bo ją pan podobno zdzielił laską - czy coś... - Zamarł w Marysieńce dech.

- A... tak... - Ogarnął ją i wstyd i lęk. Wstyd, że ten chłop wdziera się - ot - tak prosto w najtajniejsze jej zakamarki duchowe.

- A... tak...

- To niech się państwo strzegą, bo taka to się na wszystko odważy... - Lękała się spojrzeć mu w oczy. Nie wiedziała, czy ma w nim sprzymierzeńca, czy wroga. Nie wiedziała, czy on, z nizin, nie będzie właściwie po stronie tamtych, które wyparowują takie niziny.

- Jeszcze czym obleje... - dokończył, odcho­dząc. - Gdy nad wieczorem Zdzich zaproponował jej przechadzkę, zaoponowała:

- Nie, nie.

- Dlaczego?

- Niezdrowa jestem.

- No... to wyjdę sam! - Rzuciła się nagle.

- Proszę cię, nie wychodź! Już późno. Ście­mnia się.

- Więc co?

- Wracać będziesz po nocy. - Zaczął patrzeć na nią, jak na obłąkaną.

- O co ci właściwie idzie? - Nagle zdławiło ją w gardle. Zawstydziła się nieokreślonym wstydem. Wszystko tam było ra­zem. Bo i duma, że ona lęka się, aby tamta nie uczyniła mu jakiej krzywdy. I trwoga, aby on nie przypuścił, że nią miota jakaś zazdrość... I właśnie tak stało się. Zdzich popatrzył na nią uważnie i wzruszył ramionami.

- Nie... wiecie... coś takiego! - Zrozumiała go. Usunęła mu się z drogi.

- Idź! - wyrzekła krótko. Wyszedł. Lecz gdy drzwi się za nim zamknęły, pobiegła do szarzejących szyb. Ulica była pusta. Słyszała wyraźnie jego kroki. Dokąd szedł? Przejść się. To było jasne. Po całym dniu siedzenia w biu­rze chciał się trochę przewietrzyć. Ale równo­cześnie wchodził w ten jakiś świat, który tak gościnnie rozwierał się przed nim od dzieciń­stwa. I tam ku niemu biegły całe pułki, legiony czarne z wyciągniętymi rękami, przegięte, wiewa­jące rondami olbrzymich kapeluszy. Wiodła je jedna, ta pierwsza, ta, o którą ona się otarła, ona sama i która wołała sykiem rozdeptanych bajkowych gadzin:

- Oddaj lepiej, coś winien, złodzieju!... - Oblała ją krew. Złodziejem był on wobec tej dziewki, on, przed którym klękała ona, Mary­sieńka, w ślicznej bieli swych kobiecych pragnień i uwielbień. Romantyzm dziewczyny, chowanej pod skrzydłem, bił żywym strumieniem ku niemu właśnie i gromadził się ku jego stopom w bał­wochwalczej potrzebie ubóstwienia. I oto - wył głos z czeluści ohydą obelgi - dowodzący, jak bardzo silny zespół łączył właśnie ubóstwianego mężczyznę z mieszkankami tej czeluści, które mogły poniewierać nim, smagać go zarzutami, jakby równe z równym...

Drżąca, oblana potem, przewłóczyła się Ma­rysieńka długie dwie godziny po pustych i cie­mnych pokojach. Z uchem wytężonem łowiła każde dźwięki z zewnątrz. Cisza jednak była gro­bowa. Nawet kroków słychać nie było. Czasem tylko przewarczała dorożka. Ale rzadko. Wcze­śnie było. Marysieńka wiedziała już, że późną nocą ściągać zaczną te pijane wehikuły, wypeł­nione po brzegi niesamowitymi postaciami męż­czyzn. - Kiedyś im będą wołać: złodzieje! zło­dzieje! - myślała. I to napawało ją radością bolesną. Tak, tak będzie dobrze. Obelga prosto im w oczy, za to gnają dziś w te strony. Lecz nagle przyszło jej na myśl wyobrażenie, iż snuć się będą takie Marysieńki, jak ona smutne i w samo serce ukłute... I co one winne za to, że ci wszyscy, ci z do­rożek i te straszne - że oni wszyscy razem prze­stają w tej chwili i ściągają ku sobie, jak gro­mada robactwa. Tak - co one winne, te dziew­częta w panieńskich ładnych sukienkach, poczesane tak czyściutko, opięte, eleganckie na ciele i duszy - wyciągające tak chętnie i bezwiednie swe rączki po zaręczynowy pierścionek? A to one właśnie będą tak bić czołem o szyby w pusty, smutny wieczór, gdy nie będą śmiały po prostu wyjść poza próg swego małżeńskiego legowiska. Nie nad sobą jedną rozrzewniła się w tej chwili samotnej dusza Marysieńki. Ogarnęła ja­kieś tysiące, jakieś krocie cichych, spokojnych, milczących istot. Nie wymówiła ku nim jeszcze słowa solidarności, ale powiało od niej ku nim tęsknotą wielką i smutkiem wspólnego cier­pienia.

W jadalni pokojowa nakrywała do kolacji, zaświeciwszy elektryczność. To jedno przywołało Marysieńkę do przytomności. Poszła do sypialni i zajęła się układaniem drobiazgów na toalecie. Wejście w świat erotyczny stępiło w niej wszystkie inne pojęcia i dążenia. Poza sferą mi­łosną nie interesowała się na razie niczym. To było zupełnie naturalne. Zbyt silnie uderzyły w nią te wrażenia, niespodziewanie spadły na nią, aby nie przygłuszyć jeszcze mało unormo­wanych warstw jej pojęć i myśli. Machinalnie ocierała kurz z małej skarbonki, w której mie­ściły się jej dziewczęce oszczędności, a którą uniosła z sobą z domu rodziców.

- Będzie tu kilkanaście rubli! - myślała, starając się w ten sposób oderwać myśl od tra­piącej ją zmory. Lecz zaraz napadło na nią:

- A... ile on winien tamtej? ile? - Westchnęła ciężko. Postawiła skarbonkę. Oparła się o brzeg toalety.

- Ile winien... i... za co? - Zasłoniła twarz ręką.

- Gdyby, gdyby jej zapłacić. Ale jak? Kto ona? Gdzie mieszka? Pocztą posłać, czy jak? Może dać stróżowi, który mówił, że widział ją często na ulicy. Lecz... byłoby to wtajemniczanie tego człowieka w tę straszną, ohydną sprawę. Ale zapłacić! zapłacić trzeba - za jaką bądź cenę. Niech go nie nazywa więcej - złodziejem. Nabożnie prawie ujęła znów w rękę swoją maluchną skarbonkę. Była to gliniana, brzuchata puszka ciemnobrązowa, lśniąca. Światło elek­tryczne migotało w niej. Szeroko rozwarta cze­luść miała w sobie wyraz małej tajemnicy. Mi­łośnie patrzyła na nią Marysieńka. Śmieszne, drobniuchne zarobki - czyściuchne, motyle mieściła w sobie ta gliniana bańka. Umiane lekcje, wy­kończone robótki, zasiane grządki kwiatów, odegrane ładniuchno walce Chopina - takie tam drobiażdżki same. Życie cichutko przesuwającej się po dobrze sprzątniętym pokoiku panienki, która ani wie, kiedy urośnie z dziewczynki w dziew­czynę, przed której czystym wejrzeniem rumienią się bezwstydni.

- Rozbiję i przeliczę. Może wystarczy. Niech ona mu tylko nie wymyśla. - Nagle zdawało się jej, że posłyszała z ulicy wycie tak jej dobrze znane. Natychmiast zaczęła drżeć nerwowo.

- Napadła go... może oblała jakim kwasem. Boże, zlituj się! - Równocześnie do przedpokoju wszedł Zdzich, otwierając drzwi kluczem od zatrzasku. Rzuciła się ku niemu, jak szalona.

- Nic ci? nic? - pytała, gorączkowo, wo­dząc ręką po twarzy męża. Zaczął śmiać się.

- Cóż mi ma być? - zapytał. Przytuliła się do niego.

- Ja się bałam, że znów... ona... - wyjęczała prawie. Odsunął ją z niesmakiem.

- Czy ty masz bzika? - zapytał. I zwrócił się do jadalni.

- Dawajcie kolację! Głodny jestem. - Nie wiedziała, co ma zrobić z sobą. Ten pe­wny jego chód, głos naturalny, całe wzięcie się jego jurnej, zdrowej postaci - tak - dalekie było od tej abstrakcyjnej czerni, w jakiej ona się pławiła. Była przerażona i jakby dziecko przybite nagłą naganą za brzydkie postępowanie. Skur­czyła się moralnie i fizycznie. Cichutko wsunęła się do sypialni i w głąb szuflady ukryła skar­bonkę, która zdawała się jej teraz powiernicą jej myśli. Coś połączyło je obie ścisłym węzłem czystych, wytwornych przeżyć. Obie miały iść na ofiarę. Jedna już poszła z rozbitą egzystencją, jakkolwiek sobie z tego sprawy nie zdawała. Druga iść miała roztrzaskana jej ręką. Cała zawartość przetoczyć się miała rynsztokiem uli­cznego błota - zawartość, zbierana dziecinną, wymodloną, kochaną egzystencją. Zapadała cie­mnia, gasło słoneczko dni drobnych, nawiązanych na złotą niteczkę nieświadomości, jak pa­ciorki różańca nowicjuszki klasztornej.

- Maryś! chodź do kolacji. Przyniosłem nowy dobry koniaczek... Musimy się urżnąć... - Po niej całej przeleciał skurcz - pociągnął ją ktoś za wszystkie struny serdeczne.

- Zapłacę! - myślała - zapłacę, żeby mu nie mówiła... złodzieju! - Zaczynała już wprawiać się w obłudę, bo gdy weszła do jadalni, miała wyraz twarzy prawie normalny. Zdzich nalewał umiejętnie kieliszki koniakiem. Nie przeszło mu przez umysł, że tam, przez tę istotę przesunęła się przez sekundę możliwość znienawidzenia - jego. Przemknęła się i zagasła. Lecz niemniej - przesunęła się.

VII

W kilka dni dopiero Marysieńce udało się dotrzeć do jądra sprawy. Jakimś bowiem ukła­dem niemym oboje doszli do tego, że nie roz­mawiali w czasie dnia o sprawach ciemnych - jak je w duszy nazwała Marysieńka. Dopiero z nastaniem nocy, a zwłaszcza z chwilą, gdy znaleźli się w swym wykoronkowanym legowi­sku, wypływały na usta ich najprzód urywane aluzje, odpowiedzi niechętne, potem stopniowe zagrzebywanie się w otwartą skrzynię śmietnika. Lecz - czy Zdzich wreszcie nawet i przez męską gruboskórność odczuł jakiś proces dziwa­cznego rozkładu rozpoczynający się w duszy Ma­rysieńki, czy inną przyczyną wiedziony - dość, że podwoił ilość swych namiętnych objawów miłosnych i oszałamiał nowością sensacji nie­spodziewanych drżące mu w ręku ciało żony. W zapamiętaniu swoim nie rozróżniał jednak odcieni, jakie mu oddawały w bezsprzeczne po­siadanie Marysieńkę. Nie widział strwożonej i pra­wie gniewnej jej twarzyczki, gdy przychodziły na niego płomienie dreszczów, wydobywanych przez niego z głębin samych jej źródeł życiowych. Nie widział, że wsłuchiwała się ona ba­cznie w każde drgnienie, w każdą sensację i głę­bokim jej westchnieniom towarzyszyły czarne wiedźmy rozpaczliwych myśli.

- Z tamtemi tak samo... tak samo... - Była, jak każda świeżo w świat zmysłów wrzu­cona kobieta, niezdolna jeszcze do brania udziału w misteriach rozkoszy. On, typowy egoista, mało troszczył się o istotny stan rzeczy. Ogłuszony sam radosną rozkoszą, nie baczył, aby, powołując ją do współuczestnictwa, zagłuszyć w niej ja­kiekolwiek inne silniejsze wrażenia. Nasyciwszy się, czuł do niej urazę za to, że nie wyrażała mu swej wdzięczności i dziwił się temu. Nie przy­chodziło mu nawet na myśl, iż jest w niej coś potężniejszego, jakaś moc zwyciężająca go i dła­wiąca w niej rozegranie się swobodne napiętych przez niego pieszczotami strun miłosnych. Nie mógł przypuścić nawet, że do punktu kulminacyjnego dochodzi on sam tylko - a w pół drogi zatrzymuje się jej sensacja, zdławiona nagle stra­szną, brutalną, żelazną ręką widm, towarzyszek nieodłączonych i już nieuniknionych.

- Z tamtemi tak samo!... - Krępował się jednak trochę i nakładał więzy na rodzaj swych pieszczot. Ona czuła instynktem, że nie daje jej wszystkiego, że jeszcze są inne bardziej wyrafinowane rozkosze. Nie dla cieka­wości lub zadowolenia siebie chciała poznać wszystko, lecz dlatego, aby wiedzieć, co działo się z tamtymi. Wiedzieć do ostatka. Ale on na pewne jej nieśmiałe aluzje odparł prawie surowo:

- O! o!... panienko - jesteśmy zdeprawo­wani!... to nie dla uczciwych kobiet podobne zachcenia. - Tyrn samym podniecił silnie jej umysł chorowicie podrażniony. Nie dla... uczciwych! Więc znaczy - dla tamtych, dla tych nędz­nic, dla tych zwierząt, dla tej kohorty stworów. Przybierał pozy człowieka, przepełnionego sza­cunkiem dla moralności ustanowionej i przyjętej. U jego boku ona drżała cała i płonęła mieszanem uczuciem bólu i nienawiści. Nasycony, w kłę­bach dymu papierosa, rozpoczynał wykład o ró­żnicy i obowiązkach, jakie powstają w samym świecie erotycznych wrażeń. Mówił głupstwa, utarte nonsensy, plątał się w nie - łamał logi­cznie. I powoli - zatracał siłę panowania nad sobą w jednym kierunku. Oto, zakreśliwszy plan po­szanowania świętości małżeńskiej instytucji, wy­pełniał tylko plan ten w czynie. Lecz myślą i słowem nie umiał nałożyć pęt. Brakowało mu tego wypełnienia nocnych uniesień. Przyzwyczajony do wolności słowa, dławił się wobec pensjonarskich nieświadomości Marysieńki i jej rumieńców słownych. Zahazardował[1] jedno i drugie. Przyjęła skwapliwie, czując, że na tym terenie łatwo dojdzie z nim do porozumienia i cel swój osiągnie. Dowie się choć, jak mówił z tamtemi, skoro mu będzie powolną[2] partnerką.

I rozpoczęła się rzecz szkaradna, rzecz prak­tykowana z taką lubością w alkowach młodych, rozpoczęła się deprawacja słowna, deprawacja na zimno, mająca kiedyś w życiu najfatalniejsze skutki. Powolnie przyjmowała w siebie Marysieńka tę wiedzę, te drobiazgowe szpetne określenia, niweczące cały pietyzm[3], jaki jej czystość i uczu­ciowość wniosła w sprawę małżeństwa. Kropla po kropli mężczyzna wsączał w jej samowiedzę[4] jad, zebrany latami z ust sprzedajnych, zgniecio­nych od naśladownictw pocałunków, ust pełnych zgniłych wiadomości samego zła i trądu moral­nego. Rozzuchwalony powolnością, z jaką dziecięca ta kobieta zanurzała powoli swą liliową istotę w kulty błotne, wylewane na nią w formie dowcipów, anegdotek, piosenek, żartów, które z całą brutalnością dzikich zwierząt rozdzierały szponami bezwstydu białą szatę romantycznych uniesień, rozkwitłych dokoła samego aktu złączenia, jak ogród najpiękniejszych i najszlachetniejszych kwia­tów. W czerń niezwalczoną i śmiertelną leciały płatki tego kwiecia śnieżnych róż, wyrosłych na łodydze złudzeń i marzeń tajemnych. Z nogami założonymi za poręcz łóżka, z papierosem w ustach bezmyślny nauczyciel wytwarzał potworną aka­demię, której echo gdzieś po latach odezwać się miało destrukcyjnem echem. Zmartwiała, prawie bezprzytomna, śmiała się u jego boku powolna uczennica.

- Jak? jak? - pytała cienkim, drżącym gło­sikiem. To drżenie brał on za wyraz podnieconej na­miętności. Bawiło go to. Winszował sobie, że znalazł sposób uświadomienia tej małej gęsi i uczynienia swych sam na sam małżeńskich mniej nudnymi. Zaczynała mu być tą koleżanką w rozpuście, do jakich przywykł w swem miłosnym życiu. Nie potrzebował krępować się. Mógł nazywać rzeczy po nazwisku[5] i wypluwać z sie­bie ordynarny repertuar rozpustnych żartów, którymi zdumiewał dawniej swe partnerki. Bra­kowało mu tego, dławił się nimi formalnie. Ta Marysieńka, to coś niesformowane, chciało mo­dlić się w chwili miłosnego dreszczu - zachwy­tem i ekstazą. Było więc to nieporozumienie - groźne dla niego i niemiłe. Tak - zacierała się różnica. Z radością witał tę zmianę. Lękał się bowiem, że nie wytrzyma. Mógł bowiem odmó­wić sobie niskiej rozpusty czynów, lecz słownej zbyt ciężko mu było. Miły, kochany chłopiec właśnie z powodu rozpusty słowa tęsknił za triumfem, odnoszonym brudem swych wyrażeń. Obecnie miał przed kim i mógł się wygadać. Powstrzymywanie się przez czas jakiś usposo­biło go wojowniczo. Cały arsenał najpotworniej­szych, najnikczemniejszych ohyd, pozbieranych z szantanów, z kabaretów, z ust dziewek po ga­binetach i ich legowiskach, spadł huraganem na głowę Marysieńki i owionął ją obłokiem strasznej, potwornej moralnej nędzy. Przerażona - zaci­snęła usta i w pierwszych chwilach szukać za­częła jakiejś ostoi w wierze, w wierzeniach ideal­nych, rozsnutych przed nią jako siła jej przyszłej egzystencji. Lecz tamto było silniejsze. Ulica za­głuszyła wyciem swoim głos cichy organów, gra­jących na chórze kościelnym w chwili anielskiej komunii. Marysieńka zrozumiała, że jest bezsilna, że i to przyjąć będzie zmuszona. Z piersi jej wydarł się chichot, bardzo do łkania zbliżony.

- Jak? jak? - pytała, tonąc w kaskadzie swych włosów splątanych. W odpowiedzi brzmiał refren jakiejś ohydnej piosenki o rydzach, o lesie... Cicho powtarzała, wtórowała. Głos jej, sopranik wypieszczony, który wydzwaniał sola[6] na chórze - sola Schubertowskich, naiwnych Ave - łamał się i giął. O szyby bił rozpacznie[7], jak ptak, któremu ginie wzrok, któremu podcięli świeżo czarujące błękitne skrzydła. Od ulicy zdawały się lecieć i odpowiadać echa nabrzmiałe radością... Jakieś gwizdy, wrza­ski, sygnały, nawoływania. Cały chór, cała orkie­stra - nieuchwytna i dla wchodzących w życie dusz niezrozumiała, wzmocniona turkotem pijanych dorożek, z których wypadały bezecne słowa, refreny druzgocących możliwość jakiegokolwiek piękna piosnek, repertuar najkrwawszej tragedii, na jaką dla samobójczej śmierci zdobyła się do tej chwili ludzka dusza. I oto wstawała Noc! I oto spadała od wierchów firmamentu, zda się jednaka i wszystkim miłosierna. Lecz, przypadłszy do ziemi, rozpełzała kupą drżącego robactwa i śpieszyła się być bezecną, niweczyć cuda, druzgotać diamentowe kaplice, w których modlić się miały ludzkie serca i uczyć się rozchylać skrzydła.

IX

Po tej wyczerpującej scenie nastąpiło jakby za­wieszenie broni. Marysieńka pogrążyła się w pewną apatię. Była wyczerpana fizycznie i fatalnie upokorzona zakończeniem całej tej nocnej roz­terki. Wolałaby nawet brutalne milczenie ze strony Zdzicha, niż takie zareagowanie na jej bunt i łzy. Nie miał więc nic z lepszych warstw swoich do poruszenia, do zmobilizowania, aby ją uspokoić choćby chwilowo, w takiej prawdziwej, głębokiej rozpaczy, która nią miotała i ciskała w szalonych wysiłkach - ponad kurcze i spazmy zapamiętań zmysłowych? Uległa mu i zamilkła. I to było najgorsze. Obecnie miała jakby zatarasowaną drogę do wzno­wienia tej sprawy. Byłoby to jakby wywoływa­niem z jej strony nowego napadu zmysłowych objawów - skoro wiedziała teraz, jak się owe sceny będą z jego strony kończyły. Powoli przecież - niepokój nerwowy zaczął w niej budzić się i rosnąć. Zdzich powiedział, że pieniądze jej wręczy. Kiedy, gdzie, jak! - Mówić więc z nią będzie. Wejdzie w kontakt z tą dziewką. I to ona sama niejako stała się pośredniczką tego zbliżenia. Dla­czego nie uczyniła tego przez stróża! Raczej było zgnieść na nic dumę i wtajemniczyć tego draba w rdzeń całej sprawy. Teraz już było za późno. Od czasu owej nocy Zdzich także przestał owych rozmów na tle swego ubiegłego życia. Coś jakby w tym kierunku się przełamało. Na­tomiast zaczął bardzo gorliwie zajmować się Ma­rysieńką i pieścił ją z odcieniem miłej serde­czności. Wymyślał coraz ładniejsze dla niej nazwy i ubierał ją w nie, jak w girlandy z kwiatów. Działo się to prawdopodobnie dlatego, że Mary­sieńka cofnęła się jakby w głąb i zachowywała się względem niego apatycznie i spokojnie. In­stynktem wiedziony, czuł w niej urazę i to od­suwanie się. Nie umiał znaleźć inaczej drogi. Wybrał sposób naiwny i dziecięcy. Przymilał się wtedy, gdy trzeba było rozjaśnić[1] i przekonać. Dlatego zapadał koło nich coraz większy mrok. Jednego południa, o porze, w której Zdzich powracał z biura do domu, Marysieńka wyszła na balkon, ażeby strząsnąć na ulicę okruszyny popielniczki. Nagle - stanęła, jak wryta. Po dru­giej stronie ulicy dostrzegła idącą powoli w stronę miasta ową dziewkę, która była zmorą i nieszczę­ściem jej życia. W jaskrawym oświetleniu wiosennym wydała się jej tak nędzną, tak marną, tak potwornie chudą i szkaradną, że aż cofnęła się w niewysłowionym uczuciu, które nagle prze­pełniło ją całą. Odzienie jej było zniszczone z wyjątkiem jasnożółtych bucików, które uwidoczniały jeszcze chamski kształt jej fatalnych stóp. Snuła się pod murem kamienic, cicho. Nawet kroków jej słychać nie było. Głowę miała spuszczoną na piersi. W opuszczonej ręce trzymała niedbale zamkniętą parasolkę, która wlokła się za nią, za­taczając zygzaki. W całej tej postaci było coś niewymownie przygnębionego, zamyślonego i jakby oderwanego od świata i otoczenia. Marysieńka stała na swoim balkoniku, jak przyrośnięta, nieruchoma i ciągle niezdecydowana. Ogarnął ją podziw, że, mając tak blisko uwidocznioną tę, której tak bardzo, tak szalenie przez tyle dni i nocy nienawidziła - czuje w tej chwili jakiś ciężki, ołowiany spokój i trwogę. Lecz była to trwoga różna od tej, jaka nią dławiła wewnątrz mieszkania na myśl o istnieniu prostytutek. To był raczej lęk, aby ta dziewczyna nie dojrzała jej w słońcu ulicznym. Jakieś zmieszanie, zawsty­dzenie ogarnęło ją. Było jej tak, jakby nagle uczuła się czegoś winną i poza tern zmuszoną do obnoszenia jakiegoś kalectwa. Czuła, że gdyby szła po ulicy, stanowczo by­łaby się tamtej kobiecie ustąpiła z drogi. To jedno uczucie miała w sobie wyraźne i doskonale za­rysowane. I to jeszcze, że poza tamtą, która wlo­kła się samotna, był - tłum. Poza nią cicha i trwożna jakaś zbita masa, mająca w sobie niepewność i lęk.

Od strony miasta pojawiła się sylwetka męż­czyzny. Był to Zdzich, powracający z biura do domu. Szedł bojko, żwawo, rozprostowując skur­czone siedzeniem ciało. Dziwne to było, jak sta­wał się sobą w otoczeniu ulicy. Był to jeden z tych typów męskich, którym jest do twarzy ulica. Brał ją całą w posiadanie. Służyła mu za tło i podtrzymywała go. Marysieńce zamarło serce. Teraz spotka się z nią. Są tylko sami na ca­łej przestrzeni. Zobaczą się. Jak postąpią? Kto wie, czy ona nie rzuci się mściwie na niego i nie uczyni zadość groźbom, którymi zionęła po nocy. Kto wie, czy on nie zareaguje znów uderzeniem i czy nie rozpocznie się znów to wy­cie, ten krzyk, ten gwałt, jak owej ohydnej nocy. Coś przecież stać się musi. Jakiś wybuch, jakieś starcie...

Bez tchu przytuliła się do muru. I lękała się o nich oboje - a to było najgorsze. Lękała się o swą własność, tego mężczyznę, który był jej, i zarazem lękała się o to coś drugiego, o... ko­bietę, czując ból i zniewagę, jaka spaść może na nią w formie kija w męskiej rozjuszonej dłoni. Z tego drugiego uczucia nie zdawała sobie tak doskonale sprawy, a przecież fizyczny ból prze­biegł jej plecy i krzyż. Coś jakby dreszcz wła­ściwy zwierzęcemu oczekiwaniu na uderzenie, na gwizd bata. Lecz, gdy tak trwała zawieszona na wynio­słości balkonu, z ustami wyschłymi i rozwartymi, z rękami zaciśniętymi w kułak na piersiach, tam, na dole, zaszła rzecz niebywała i nieoczekiwana. Oto - tamci oboje, równocześnie dojrzawszy się, podeszli do siebie i spotkali na pół ulicy. I tu mężczyzna obejrzał się poza siebie nałogo­wym ruchem, czy kto nie idzie, a ona nałogo­wym także ruchem pociągnęła go pod domy, w cień. Za wiele było jasności, za wiele było słońca. Ci ludzie nie umieli patrzeć sobie w twarz w dziennym ozłoceniu świetlanych promieni. Stanęli pod murem, wymieniając jakieś zdania. Nie dolatywały nawet do Marysieńki ich głosy. Mówili z przyzwyczajenia szeptem. Jakby zbro­dnię knuli. To jasno jednak widziała Marysieńka, że wszelki gniew nie ma pomiędzy nimi miejsca. Ton ich porozumienia był normalny. Zdawali się być dobrymi znajomymi, którzy mają sobie coś do powiedzenia po dłuższem niewidzeniu się. Tylko dziewczyna wyprostowała się, zbywając[2] się swej apatycznej, zdeformowanej postaci. Ujęła się pod bok, wysunęła tors. Nagle w tern zbliżeniu się do mężczyzny odmłodniała i przetwo­rzyła[3] się nagle. Jakieś przewrażliwienie na oko­liczności sprzyjające widoczne tu było i łatwo dostrzegalne. Marysieńka jednak nie pojęła i niezrozumiała istoty rzeczy. Nie wiedziała, że ta dziewka byłaby tak samo przetworzyła się w zbli­żeniu do każdego innego mężczyzny. Marysieńce zdawało się, że tu działa specjalnie istota Zdzicha i zaszumiało w niej całej od bolesnego ucisku. I to porozumiawcze, spokojne zachowanie się Zdzicha dopełniało miary. Zacisnęło się w niej od skurczu nerwów wzdłuż szyi. Skrzywiły się jej szczęki. Nieledwie pragnęła teraz, chciała, aby dziewka z czeluści swego żakietu wydostała jaką flaszeczkę z gryzącym płynem i bluzgnęła nim w twarz mężczyzny. Aż drżało w niej od pra­gnienia, aby ci oboje rzucili się na siebie, bili, gryźli, tarzali w prochu ulicznym. Niechby po­wstali oślepli, zalani krwią. Zasłużyli oboje na to - za owe ciche, spokojne porozumiewanie się w cieniu uśpionych kamienic... Jakby było mało tego szeptu, tego pochyle­nia się ku sobie wyćwiczonego i charakterysty­cznego, nagle śmiech dziewki, śmiech histery­czny, troszkę spazmami podszyty, przeciął po­wietrze. Coś musiał Zdzich powiedzieć, coś ze swego repertuaru, z tych znanych już Marysieńce do­wcipów, ociekających błotem, które ona chłonęła w siebie nocami, jak torturę i mus, wynikające ze składowych części brodzenia[4] w życiową egzystencję. To dopełniło miary. Gdy śmiech ten przeciął powietrze i uderzył ją w twarz, jakby policzkiem stalowych, cienkich palców, Marysieńka cofnęła się w głąb swego gniazda i pośpiesznie zamknęła drzwi balkonowe. Zdzich, wszedłszy do mieszkania, zastał żonę stojącą na środku pokoju, nieruchomą i bladą. Chciał się do niej zbliżyć, ale zastanowił go wy­raz jej twarzy. Dziecinny poblask tej drobnej twarzyczki znikł, jakby zmieciony podmuchem wiatru. Patrzyła na niego tępo i dziwnie. Mimo to przecież przysunął się i wyciągnął ręce. Odczuła nagle szalony ból w całym ciele, ból fizyczny, taki, jak odczuwała w chwili nad­ciągania piorunowej burzy. Porwała się z krzy­kiem i zastawiła rękami, jak przed grożącym niebezpieczeństwem. Zrozumiała, iż nie ma mowy, aby mogła znieść jego zbliżenie się fizyczne. Zaczęła krzyczeć:

- Idź! idź sobie!... - Jak zawsze, odpowiedział jej banalnym pytaniem :

- Czyś ty oszalała? - Wyłkała z trudem:

- Widziałam... widziałam was!

- Aha! - Wzruszył ramionami i bardzo naturalnie za­pytał ją:

- No i co z tego? - Przez chwilę milczała. Trudno jej było zebrać w jedno i wyrazić, co jej było z tego. Wre­szcie zdołała powiedzieć:

- Takeście z sobą przyjemnie rozmawiali.

- Och, przyjemnie!... trudno, żebyśmy się bili.

- Nawet ona się śmiała.

- Czy wolałabyś, ażeby mi wymyślała? - Nie odpowiedziała nic. Trzymała się wciąż odpornie w roli obrażonej w swej godności. Tylko wpiła sobie w rękę paznokcie tak silnie, iż powstała długa, krwawa pręga. Dostrzegł to. Porwał ją za rękę.

- Maryśka, co to? - Wyrwała mu rękę z krzykiem:

- Nie dotykaj mnie!

- Bo... przed chwilą... może podałeś jej rękę... jej... - Pokiwał głową z litością.

- Co ty? co ty? Jakże ja mógłbym w biały dzień podawać rękę takiej, jak ona? Jak ty mo­żesz przypuszczać coś podobnego.

- A rozmawiałeś z nią!

- Musiałem. Chciałem ją udobruchać. Mu­siałem coś zrobić, aby zaprzestała chodzić pod naszym domem. Wprowadziłem ją w dobry hu­mor. Przyrzekła mi, że więcej tędy chodzić nie będzie... - Marysieńka wzgardliwie wydęła usta.

- Wielka łaska.

- No!... Nie łaska, ale grzeczność. Ulica jest dla wszystkich i skoro się ktoś przyzwoicie za­chowuje i nikogo nie zaczepia, ma zupełne prawo do chodzenia po niej! - Marysieńka zagryzała wargi.

- Taka nie ma prawa do chodzenia w dzień... niech chodzi po nocy! To dla nas jest w dzień ulica, dla nas... - Uderzyła się w pierś, aż jęknęło. Zaakcento­wała dziwnie to dla nas.

- Przecież i dla nas coś być musi... - za­wołała wreszcie. Spojrzał na nią zdziwiony.

- Dla jakich... nas?

- Dla nas... dla... kobiet...

- No przecież i one są kobiety. - Protest wydarł się z jej ust:

- To nie są kobiety!... - Skierował się w głąb mieszkania.

- Nudna jesteś. Powtarzasz się. Lepiej zaj­mij się obiadem. Głodny jestem. - Tyrn oświadczeniem przygwoździł ją. Rzuciła mu mściwa i chmurna:

- Dałeś jej pieniądze? - Zatrzymał się na progu jadalni.

- Wiesz! zapomniałem! - rzucił dobrodu­sznie. I zaraz dodał:

- Ale kupiłem dwa bilety na jutro do teatru. To będzie z tych pieniędzy. Tupnęła nogą gniewnie.

- Ja nic nie chcę z tych pieniędzy, rozu­miesz? - Znudzony był naprawdę i głodny.

- Piła jesteś nieznośna! - wyrzekł - więc to z moich pieniędzy! A teraz każ dawać zupę, bo ciebie połknę z głodu. Rozumiesz?

[1] wzmiankarze- osoby, które poczyniły wzmiankę, zrobiły notatkę

[2] koncypient- urzędnik niskiego szczebla

[3] en dehors- franc. na zewnątrz

[4] au bon endroit- franc. na właściwym miejscu

[5] szampański kolor- kolor szampana

[6] stras- szkło, stanowiące imitację brylantów lub drogich kamieni

[7] wiewały- podchodziły w górę za sprawą wiatru

[8] frymarczący sobą- sprzedajny

[9] sznit- szyk

[10] amalgamat- mieszanina

[11] galon- taśma ozdobna, naszywana zwłaszcza na mundury

[12] maneż- arena, wybieg

[13] rekryminacja- oskarżenie wzajemne

[14] biedz- biec

[15] fraise- truskawka

[16] subretka- sprytna służąca, typ postaci z komedii dell'arte

[17] ćwierćświatówka- żartobliwe określenie kobiety z półświatka (od rzeczywiście istniejącego określenia demimondówka).

X

Do teatru poszli i w Marysieńce rozegrała się pewna radość, gdy weszła do oświetlonej, wyzłoconej salki, w której grała właśnie muzyka. Grano jakąś farsę tłumaczoną, jedną z tych, o których wzmiankarze[1] piszą, że jest sukce­sem. Zdzich prostodusznie obiecywał sobie kąpiel śmiechu.

- Podobno nieprzyzwoite!" - mówił, za­cierając ręce. Marysieńka nie z tego punktu brała rzecz. Ona poprostu chciała zmienić choć na chwilę środowisko i otoczenie. Z przestrachem bowiem zauważyła, iż dom jej, to gniazdo, zaczyna powoli dławić ją emanacją jakichś rzeczy smutnych i brzydkich.

- Może w teatrze myśleć o tyrn ohydztwie nie będę. - Usiadła w fotelu rada i dobrze ubrana. Su­kienkę miała jasną, gustowną, elegancką. Zwła­szcza ładne boa, strojne w wiele gazy i wstążek. Miała wygląd małego ptaszka, wyglądającego ciekawie z misternie uplecionego gniazdka. Zdzich także przedstawiał się korzystnie w doskonale skrojonym żakiecie. Miał prawie fizjonomię i wy­glądał, jak ktoś, liczący się z sobą samym. Sta­nowili ładną parę i odczuwali to. Ciągnęli spoj­rzenia, pod którymi było im dobrze i które ła­skotały ich duszę. Marysieńka ucieszyła się tym nastrojem. Da­wno go nie czuła. Zdawało się jej, że wraca do swego świata z dalekiej'drogi błotnistej i nużą­cej. Świat tamten czarny i smutny pozostawiła za sobą. Nic jej nie przypominało, że istniał. Uśmiechała się do siebie i do tych ludzi, otacza­jących ją. Dziecięcy, rozkoszny wyraz okrasił jej usta. Przytuliła się do ramienia Zdzicha, rozgospodarowała, zawiesiła afisz, otworzyła pudełko z cukierkami. Było jej nad wyraz dobrze. Oddy­chała. Wszystko tu było prawidłowe, jasne, jak być powinno. Zdawało się nie być miejsca ani na brud, ani na kłamstwo.

Powoli zapełniła się cała sala. Tylko dwa miejsca obok Zdzicha pozostały niezajęte. Mu­zyka umilkła i kurtyna poszła w górę. Rozpoczął się banalny, drobiazgowy obraz życia przeciętnej francuskiej burżuazji. Jakaś młoda mężatka przychodzi do biura adwokata - żąda, aby ten prowadził jej rozwód. Naturalnie adwokatowi podoba się młoda dama, przysiada się, robi oko. Słowem, wszystko w porządku. Są jacyś komiczni koncypienci[2], naturalnie woźny, słowem wszystko, co potrzeba do pod­trzymania od samego początku niewybrednego humoru na widowni. Nagle Marysieńka wstaje, wyprowadzona z ró­wnowagi. Coś zaszumiało, narobiło hałasu. Ja­kieś dwie damy spóźnione przedzierają się do miejsc wolnych obok Zdzicha. Czynią to hała­śliwie, podśmiechując się głupawo. Potykają się, przepraszają, dzwonią łańcuszkami, aż wreszcie siadają. Równocześnie jednak nieznośny, mdły zapach nadużytych perfum przesyca powietrze. Zapach ten łączy się z wonią potu, jaki czasem wydzie­lają przepocone jedwabne staniki kobiet. Jest to coś niepokojącego, drażniącego nerwy i Mary­sieńka odczuła to w niemiły sposób. Cień, panu­jący w sali, nie dozwalał jej przyjrzeć się dokła­dnie nowoprzybyłym. Przytem cofnęły się głę­boko w fotele. Widzi tylko ich uda i kolana silnie opięte angielskiemi spódnicami. Widzi także, iż Zdzich, zapatrzony na scenę, spojrzał kilkakrotnie na swe sąsiadki. I to ją zaniepokoiło. Lecz oto i na scenie zmieniło się coś - jakoś. I tam zaszumiało i zadźwięczało. Owa dama, pra­gnąca rozwodu, minęła się właśnie we drzwiach scenicznych z drugą damą, wchodzącą właśnie do płóciennego gabinetu adwokata. Obie aktorki wytrzymały pauzę. Jedna zrobiła sobie wyjście efektowne, druga efektowne wejście. Były jakieś różne, pomimo że obie były bardzo modnie ubrane i bardzo eleganckie. Ale różniły się bar­dzo, tak stojąc obok siebie. Coś tam było w pod­niesieniu głowy, w spojrzeniu, w linii nóg. Owa mężatka była bardziej skoncentrowana w sobie, melancholijna i dystyngowana. Ta druga wdzierała się na okopy życia taranem, en dehors[3] cała, roześmiana urzędowo, wabna, jak gablotka jubi­lerska dobrze obsadzona klejnotami. I gdy po wyjściu mężatki piruetowym kro­kiem podbiegła do adwokata i wyszepleniła po cichu (prawdopodobnie ze względu na koncypientów):

- Jak się masz, stary! - Zdzich pochylił się ku Marysieńce i roześmiany, rozjaśniony, objaśnił:

- To... kokotka! - I nagle zrobiło się jakoś jasno, pełno w sali. Wszystko zadźwięczało i roześmiało się dokoła. Wszyscy poprawili się, jakby załaskotani au bon endroit[4]. Znikła melancholia i gruntowne pojmowanie życia. Ktoś podawał ze sceny szklaneczkę szczypiącego napoju. Koncypienci znikli. Kokotka zręcznym susem usiadła, jak małpa, na kolanach adwokata. Zaczęła mu poprawiać krawat. Aktorka, grająca tę rolę, miała swawolny typ obnoszącej dobrze swą płeć kobiety. Śmiała się, przechy­lając w tył bardzo powabnie. Zadzierała wtedy wysoko założone jedna na drugą nogi, obcią­gnięte w cienkie gazowe pończochy. Lakierowane szampańskiego koloru[5] pantofelki, zdobne olbrzy­mią kokardą i strassową[6] błyszczącą klamrą, wie­wały[7] w górę na tle zielonawej podszewki spó­dnicy. Bardzo to było dobrze skombinowane, obmyślone i podniecające. Marysieńka uczuła się nagle dziwnie pomniejszona i zgnębiona. W je­dnej chwili zmierzyła i zrozumiała różnicę, jaka była pomiędzy jej ubogą elegancją, z której przed chwilą była tak dumna, a tern czymś błyszczącym i ciągnącym, w co spowite było ciało tej kokotki na scenie. Wszyscy byli zapatrzeni na tę strojną, tę błyszczącą prostytutkę, jakkolwiek ugodą przyzwoitości na kokotkę przechrzczoną. Dowcipy jej, nawet niedwuznaczne, roztaczały we­sołość. Mężczyźni rozpromieniali się coraz bar­dziej. Brała ich w posiadanie zupełne. Marysieńka spojrzała ukosem na Zdzicha. Roz­chylił usta bezmyślnym wyrazem zachwytu. Całym ciałem podał się naprzód, jakby rwało go coś tam, w przestrzeń, na scenę. Powoli, delikatnie Marysieńka odsunęła się od jego ramienia. Nie uczuł nawet tego braku. Ona przygasłym wzro­kiem patrzyła przed siebie. Czuła doskonale, że cała zagasa, że to, co się w niej roztliło chwi­lowo radością życia i poczuciem swej urody i wartości, gdy weszła do tej sali - dogorywa i cofa się w cień. Zdrętwiała - oczekiwała końca aktu. Gdy wreszcie na triumfalnym szastnięciu spó­dnicą kokotka zakończyła swą scenę i kurtyna zasłoniła jamę sceniczną - Marysieńka doznała uczucia ulgi. Wreszcie zniknęło jej z oczu to uosobienie eleganckiej prostytucji. Idąc do teatru, nie przeczuwała, że zmuszona będzie asystować pokazowi właśnie wykwintu frymarczących sobą[8] dziewek.

- Takie są... - myślała - takie więc są. - Aktorka, grająca tę rolę, musiała przecież studiować taką kobietę, aby odtwarzać tę postać dokładnie i z całą prawdą. Słyszałam, że artyści sceniczni muszą robić studia z natury. I tym razem tak być musiało... Rozgoryczenie wypełniło jej duszę. Zapo­mniała nawet o cukierkach, które leżały na jej kolanach. Przypomniał jej Zdzich.

- Nie jesz cukierków? - zapytał. Machinalnie otworzyła pudełko. On sięgnął łakomie i wziął jedną czekoladkę.

- Doskonała sztuka! - zaopiniował - we­soła. A ta aktorka, co gra kokotkę, ma sznit[9]... prawda? co? - Nachmurzyła się.

- Nie podoba mi się.

- Dlaczego?

- Jest bezczelna. Wstrętna.

- Tworzy typ.

- Jaki typ?

- No... kokotki. Tam we Francji kokotki

tak wyglądają i tak się zachowują. - A ty skąd wiesz? przecież nie byłeś we Francji, to nie możesz sądzić! - Roześmiał się.

- Cóż ty myślisz, że my to jesteśmy od­cięci murem od cywilizowanego świata? Fran­cuskie kokotki często i do nas zaglądają, jadąc do Petersburga albo do Moskwy. - Spojrzała na niego z pogardą.

- I ty pewnie znałeś się z niemi? - spy­tała ironicznie. Uczuł się dotknięty.

- Dlaczegożby nie? cóż to trudnego?