O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości / Katedra - Raymond Carver

-
Proszę czekać

Spis treści

Seria Strona tytułowa Strona redakcyjna O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości Dedykacja A może zatańczycie? Wizjer Pan Kawka i Pan Fachman Altanka Widziałam każdy drobiazg Torebki Kolofon

Lista stron

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 395

Punkty orientacyjne

Okładka Strona tytułowa Prawa autorskie Spis treści Kolofon

Altanka

Tego dnia, przed południem, rozlewa mi łyskacza na brzuchu i go zlizuje. Tego dnia popołudniu próbuje wyskoczyć z okna.

No więc zaczynam:

- Holly, tak dalej być nie może. To musi się skończyć.

Siedzimy na kanapie w jednym z apartamentów na pierwszym piętrze. Wolnych lokali było dużo, do wyboru, do koloru. My potrzebowaliśmy apartamentu, miejsca, w którym moglibyśmy się swobodnie poruszać i porozmawiać. Rano zamknęliśmy biuro w motelu i poszliśmy na górę, do apartamentu.

A ona:

- To mnie wykańcza, Duane.

Pijemy Teachersa z lodem i wodą. Pospaliśmy trochę między porankiem a popołudniem. A ona wyskakuje z łóżka i grozi, że wyskoczy z okna w bieliźnie. Musiałem ją przytrzymać. To było tylko pierwsze piętro. Mimo wszystko.

- Mam już dość - mówi. - Dłużej tego nie zdzierżę.

Przykłada dłonie do policzków, zamyka oczy. Pochyla głowę do tyłu i do przodu, i zaczyna mruczeć.

Kiedy widzę ją w takim stanie, mógłbym umrzeć.

- Czego nie zdzierżysz? - pytam, choć oczywiście wiem.

- Nie muszę ci tego ponownie wyjaśniać - to ona. - Straciłam kontrolę. Straciłam dumę. Byłam kiedyś dumną kobietą.

Jest kobietą atrakcyjną, ledwo po trzydziestce. Jest wysoka, nosi długie, czarne włosy i ma zielone oczy, to jedyna zielonooka kobieta, jaką znam. W dawnych czasach mówiłem o tych oczach różne rzeczy, a ona mi odpowiadała, że to znak, że pisane jest jej coś wyjątkowego.

Jakbym o tym nie wiedział!

Czuję się podle, powodów nie brakuje.

Słyszę, jak na dole w biurze dzwoni telefon. Dzwoni tak i dzwoni na okrągło. Nawet gdy uciąłem sobie drzemkę, słyszałem, jak dzwoni. Otwierałem oczy i wślepiałem się w sufit i słuchałem, jak dzwoni, i myślałem o tym, co się z nami dzieje.

Może powinienem patrzyć w podłogę.

- Pękło mi serce - mówi ona. - Zamieniło się w kamień. Jestem do niczego. Gorzej być nie może, jestem po prostu do niczego.

- Holly - mówię.

Kiedyśmy się tu wprowadzili i najęli do prowadzenia tego interesu, wydawało się nam, że kłopoty mamy już za sobą. Czynsz zerowy, świadczenia darmo, plus trzy stówki miesięcznie. Żyć, nie umierać.

Holly zajęła się księgowością. Znała się na rachunkach, przejęła sprawy wynajmu pokoi. Lubiła ludzi, ludzie lubili ją. Terenem opiekowałem się ja: kosiłem trawę, pieliłem chwasty, utrzymywałem w czystości basen, zajmowałem się drobnymi naprawami.

Przez rok wszystko szło nam jak z płatka. Brałem dodatkowe zlecenia na noc, szliśmy raźno do przodu. Mieliśmy plany. A potem pewnego dnia rano, no nie wiem, co się stało. Właśnie ułożyłem płytki w łazience jednego z pokoi, kiedy wchodzi ta Meksykaneczka, posprzątać. To Holly ją naraiła. Nie powiem, żebym przyuważył to maleństwo już wcześniej, ale zamieniliśmy kilka słów, kiedy weszła. Mówiła do mnie, pamiętam, "proszę pana".

W każdym razie zdarzyło się.

I od tego dnia zacząłem zwracać na nią uwagę. Była cudną istotką, z pięknymi białymi zębami. Wpatrywałem się w jej usta.

Zaczęła mówić mi po imieniu.

Pewnego dnia podłączałem pralkę pod kran w łazience, i wchodzi ona, i włącza telewizor, tak normalnie, jak to robią sprzątaczki. Znaczy, kiedy sprzątają. Przerwałem robotę i wyszedłem z łazienki. Była zaskoczona, kiedy mnie zobaczyła. Uśmiecha się i wymawia moje imię.

Ledwo to zrobiła, a rzuciliśmy się na łóżko.

- Holly, jesteś dumną kobietą - nawijam. - Jesteś numero uno. No, przestań, Holly.

Kręci głową.

- Coś we mnie umarło - mówi. - Długo to trwało, ale umarło. Zabiłeś to coś we mnie, jakbyś siekierę wziął i ciachnął. Wszystko jest teraz takie plugawe.

Dopija drinka. Zaczyna się mazać. Chcę ją przytulić. Na nic.

Dolewam drinków, wyglądam przez okno.

Przed biurem dwa samochody z tablicami rejestracyjnymi z innego stanu, przy drzwiach stoją kierowcy i gadają. Jeden kończy mówić, i taksuje wzrokiem domki, i drapie się po brodzie. Jest tam też kobieta, przykłada głowę do szyby, dłonią osłania oczy, zagląda do środka. Próbuje otworzyć drzwi.

Telefon na parterze zaczyna dzwonić.

- Nawet przed chwilą, kiedy to robiliśmy, myślałeś o niej.

Holly się rozkręca:

- To mnie boli, Duane.

- Holly - mówię.

- To prawda, Duane - mówi. - Tylko się ze mną nie kłóć - mówi.

Paraduje po pokoju w samych majtkach i biustonoszu, z drinkiem w ręku.

- Żyłeś poza małżeństwem - mówi Holly. - Zabiłeś moje zaufanie.

Padam na kolana, zaczynam błagać. Ale myślę o Juanicie. To straszne. Nie wiem, co się ze mną stanie, ani z kimkolwiek na świecie.

- Holly - mówię - kochanie, kocham cię.

Na parkingu ktoś kładzie się na klaksonie, przestaje i znów się kładzie.

Holly wyciera oczy. Mówi:

- Zrób mi drinka. Ten jest zbyt rozcieńczony. Niech sobie trąbią, pojeby. Wisi mi to. Wyjeżdżam do Nevady.

- Nie jedź do Nevady - mówię. - Mówisz od rzeczy - mówię.

- Nie mówię od rzeczy - mówi. - Nevada nie jest od rzeczy. Możesz sobie tu zostać ze swoją sprzątaczką. Jadę do Nevady. Albo pojadę, albo się zabiję.

- Holly - mówię.

- Przestań z tą Holly! - mówi.

Siedzi na kanapie i podciąga kolana.

- I dolej mi drinka, ty sukinkocie - mówi. - Znów trąbią, niech spierdalają. Niech piorą swoje brudy w Travelodge. Czy nie tam dziś robi ta twoja sprzątaczka? Daj mi tego drinka, sukinkocie.

Zaciska usta i wbija we mnie te swoje wyjątkowe oczy.

Picie jest dziwne. Jak sobie przypominam, wszystkie ważne decyzje podjęliśmy, pijąc. Nawet kiedy rozmawialiśmy o tym, żeby nie pić tak dużo, siedzieliśmy przy stole kuchennym albo przy stoliku w ogrodzie, z sześciopakiem albo butelką whisky pod ręką. Kiedy postanowiliśmy sprowadzić się tutaj i przyjąć tę pracę w motelu, siedzieliśmy przez parę nocy, pijąc, rozważając wszystkie za i przeciw.

Nalewam resztkę Teachersa do naszych szklanek, wrzucam kostki lodu i dodaję wody.

Holly wstaje z kanapy i kładzie się w poprzek łóżka.

- Robiłeś to z nią w tej pościeli? - pyta.

Nie mam nic do powiedzenia. Czuję się wyprany ze słów. Podaję jej szklankę i siadam na krześle. Wypijam drinka i myślę, że nic już nie będzie takie samo.

- Duane? - mówi.

- Holly?

Serce mi spowolniło. Czekam.

Holly była moją prawdziwą miłością.

Moja przygoda z Juanitą to pięć dni w tygodniu, między godziną dziesiątą a jedenastą. Robiliśmy to w tym pokoju, w którym akurat ją zastałem, kiedy zajmowała się sprzątaniem. Jak gdyby nigdy nic, wchodziłem tam, gdzie pracowała, i zamykałem za sobą drzwi.

Ale najczęściej była to jedenastka. Jedenastka - nasz szczęśliwy pokój.

Byliśmy dla siebie słodcy, ale szybcy. Nie narzekam.

Myślę, że Holly mogłaby to przetrwać. Myślę, że wystarczyłoby, gdyby wzięła na przeczekanie.

A ja trzymałem się swojej nocnej roboty. Małpa dałaby sobie z nią radę. Sprawy jednak pędziły na łeb na szyję. Obojgu nam brakowało do tego serca.

Nie czyściłem już basenu. Napełnił się zielonym gównem, goście przestali więc z niego korzystać. Nie naprawiałem kranów ani nie kładłem płytek, ani nie podejmowałem się żadnych prac malarskich. Cóż, prawdą jest, że oboje tankowaliśmy na potęgę. A jak pijesz, to musisz nieźle się starać i mieć na to sporo czasu.

Holly, ona też - coraz częściej myliła się przy rejestrowaniu gości. Kazała im płacić za dużo, to znów nie ściągała tego, co nam się należało. Czasami kwaterowała trzy osoby w pokoju z jednym łóżkiem albo dawała pokój z dużym, podwójnym łóżkiem jednej osobie. Mówię wam, sypały się skargi, dochodziło do pyskówek. Ludzie pakowali się i jechali gdzie indziej.

Wkrótce przychodzi list od dyrekcji. Potem drugi, polecony.

Rozdzwaniają się telefony. Ktoś z miasta do nas przyjeżdża.

Ale, muszę przyznać, przestaliśmy się tym przejmować. Wiedzieliśmy, że nasze dni są policzone. Spapraliśmy sobie życie, czekaliśmy na odstrzał.

Holly to bystra kobieta. Pierwsza o tym wiedziała.

No i tamtej soboty obudziliśmy się po nocy spędzonej głównie na dreptaniu w kółko i omawianiu tego samego. Otworzyliśmy oczy i odwróciliśmy się do siebie, by lepiej się sobie przyjrzeć. Już wtedy wiedzieliśmy. Dotarliśmy do kresu czegoś ważnego, pozostało pytanie, gdzie mielibyśmy zacząć to nowe.

Wstaliśmy, ubraliśmy się i wypili kawę. I postanowiliśmy pogadać. Tak by nic nam tej rozmowy nie przerywało. Żadnych telefonów. Żadnych gości. Nic.

I wtedy sięgnąłem po butelkę Teachersa. Zamknęliśmy dom i poszliśmy na piętro, z lodem, szklankami, butelkami. Najpierw oglądaliśmy telewizję w kolorze, i trochę poharcowaliśmy, i nie przeszkadzało nam, że na dole dzwoni telefon. Jeśli chodzi o żarcie, wyszliśmy do automatu i kupiliśmy czipsy serowe.

Mieliśmy to dziwne odczucie, że teraz, gdy zrozumieliśmy, że wydarzyło się już wszystko - wszystko może nam się przydarzyć.

- Kiedyśmy brali ślub, a byliśmy wciąż szczeniakami? - zaczyna Holly. - I kiedy mieliśmy taaakie plany i nadzieje? Pamiętasz?

Siedziała na łóżku, ściskała kolana i szklankę z drinkiem.

- Pamiętam, Holly.

- Nie byłeś moim pierwszym chłopakiem, wiesz o tym. Tamten nazywał się Wyatt. Wyobraź sobie. Wyatt. A ty masz na imię Duane. Wyatt i Duane. Kto wie, co przez te lata straciłam. Byłeś dla mnie gwiazdą w ciemności, jak w tej piosence.

- Jesteś cudowną kobietą, Holly - mówię. - Wiem, że miałaś inne możliwości.

- Ale z nich nie korzystałam! - mówi. - Nie mogłabym żyć poza małżeństwem.

- Holly, błagam - mówię. - Już tego wystarczy, złotko. Nie dręczmy się wzajem. Co moglibyśmy teraz zrobić?

- Posłuchaj - mówi. - Pamiętasz ten dzień, kiedy pojechaliśmy na starą farmę pod Yakimą i mijaliśmy Terrace Heights? Bo mieliśmy ochotę na przejażdżkę? I jechaliśmy tą wiejską drogą, grzało jak diabli, wszędzie kurz? Dojechaliśmy do tego starego domu, a ty powiedziałeś, że może napijmy się tu wody? Wyobrażasz sobie, że coś takiego robimy dzisiaj? Że podjeżdżamy do obcych ludzi i prosimy o szklankę wody?

I mówi dalej:

- Te dziadki na pewno już nie żyją. Leżą obok siebie na jakimś cmentarzyku. Pamiętasz, jak zaprosili nas na kawałek ciasta? A potem oprowadzili po domu? I była tam taka altanka za domem? W dalszej części ogrodu, tam pod drzewami? Miała spiczasty daszek, farba schodziła płatami, a na schodkach rozpleniły się chwasty. No i ta kobieta mówi, że dawno temu, znaczy naprawdę bardzo dawno temu, przychodzili tu muzycy i grali w niedziele, a ludzie siedzieli i słuchali. Myślałam, że będziemy tacy jak oni, kiedy się zestarzejemy. Tacy dostojni. I tacy na swoim miejscu. I że ludzie będą do nas przychodzić.

Nie potrafię niczego z siebie wydusić. Po chwili mówię:

- Holly, te rzeczy teraz, będziemy je też wspominać. Będziemy się pytać, "a pamiętasz motel z tym syfem w basenie?" - mówię. - Rozumiesz, Holly, do czego zmierzam?

Ale Holly tylko siedzi na łóżku ze szklaneczką w ręku.

Widzę, że nie jest tego pewna.

Podchodzę do okna i patrzę przez firanki. Na zewnątrz ktoś coś mówi, ktoś stuka w drzwi biura. Nie ruszam się. Modlę się, by Holly dała mi jakiś znak. Modlę się, by Holly pokazała mi, co, z czym i dlaczego.

Słyszę, jak ktoś zapala silnik. Potem ktoś inny. Włączają światła na wprost budynku i jeden za drugim cofają się, i wjeżdżają na szosę, między samochody.

- Duane - mówi Holly.

Tym razem też miała rację.

Pan Kawka i Pan Fachman

Widziałem już niejedno. Jechałem do matki, miałem spędzić z nią kilka dni. Ale jak tylko wszedłem po schodach na górę, patrzę i widzę: siedzi na kanapie i migdali się z jakimś facetem. Było lato. Drzwi otwarte. Telewizor włączony. To jedna z tych rzeczy, które widziałem.

Matka ma sześćdziesiąt pięć lat. Należy do klubu singli. Mimo wszystko - szok. Stałem, z ręką na poręczy, patrzyłem, jak ten gość ją obcmokuje. A ona odpowiada mu pocałunkami. A telewizor gra.

Teraz jest lepiej. Ale w tamtym czasie, kiedy matka się puszczała, byłem bez pracy. Dzieciaki miały nie po kolei w głowie, nie po kolei w głowie miała moja żona. Też się puszczała. Facet, który korzystał z tej okazji, był inżynierem aeronautyki na bezrobociu, poznała go na spotkaniach anonimowych alkoholików. On też miał nie po kolei.

Ross jemu było, ojciec sześciorga. Chodził, kulejąc od rany postrzałowej, którą zafundowała mu pierwsza żona.

Nie wiem, co nam w tamtym czasie po głowie łaziło.

Druga żona tego gościa, jak się zjawiła, tak znikła, ale to ta pierwsza strzeliła do niego, bo nie płacił. Teraz - życzę mu dobrze. Ross. Co za imię! Wtedy jednak rzeczy wyglądały inaczej. Wspomniałem o broni. Powiedziałem do żony:

- Mam zamiar kupić Wessona.

Ale nigdy nie kupiłem.

Ross był kurduplem. Nie całkiem, ale jednak. Nosił wąsy i nieodmiennie sweter zapinany na guziki.

Jego pierwsza żona zamknęła go w kiciu. Jego druga żona zrobiła to samo. Dowiedziałem się od córki, że moja żona wpłaciła za niego kaucję. Mojej córce Melody nie przypadło to do gustu, tak zresztą jak i mnie. Ta historia z kaucją. Nie żeby Melody o mnie dbała. Nie dbała o żadne z nas, ani o matkę, ani o mnie. W grę wchodziła poważna kasa, a gdyby jakaś część trafiła do Rossa, to o tyle mniej przypadłoby Melody. Ross wylądował więc na jej czarnej liście. Na dodatek nie lubiła jego dzieciaków i tego, że miał ich aż tyle. Generalnie jednak mówiła, że Ross to w porządku chłop.

Raz nawet jej powróżył.

No i ten Ross, teraz, gdy nie miał stałej pracy, spędzał dni, naprawiając różne rzeczy. Widziałem jednak jego dom z zewnątrz. Jeden wielki bajzel. Gdzie spojrzeć, porozrzucane graty. Dwa zdezelowane Plymouthy na podwórzu.

Na pierwszym etapie tej historii, co się między nimi działa, moja żona twierdziła, że facet jest kolekcjonerem starych wozów. To były jej słowa: "stare wozy". Ale chodziło o złom.

Miałem jego numer. Pan Fachman.

Mieliśmy rzeczy, które nas łączyły, Rossa i mnie, coś więcej niż ta sama kobieta. Na przykład nie umiał naprawić telewizora, kiedy telewizor siadał i znikał obraz. Ja tego też nie umiałem naprawić. Był głos, ale bez obrazu. Jak włączaliśmy na dziennik, siadaliśmy pod ekranem i słuchali.

Ross poznał Myrnę, kiedy Myrna próbowała wytrwać w trzeźwości. Chodziła na spotkania, powiedziałbym trzy, może cztery razy w tygodniu. Ja też, raz w to wpadałem, raz z tego wychodziłem. Ale kiedy Myrna spotkała Rossa, byłem poza domem, od pięciu dni w ciągu. Myrna chodziła najpierw na sesje, a potem - do Pana Fachmana, pichciła mu, robiła porządki. Pod tym względem jego dzieciaki nie zdawały się na wiele. W sprawie domu Fachmana nikt palcem nie kiwnął, z wyjątkiem mojej żony, kiedy tam była.

To wszystko zdarzyło się nie tak dawno, może trzy lata temu. Wtedy to było coś.

Zostawiłem matkę z tym gościem na kanapie, pokręciłem się trochę po okolicy. Kiedy wróciłem do domu, Myrna zaparzyła mi kawy.

Poszła do kuchni, a ja czekałem. Gdy tylko usłyszałem, że nalewa wodę, sięgnąłem po butelkę pod poduszką.

Myślę, że Myrna rzeczywiście kochała tego człowieka. Ale on miał kogoś na boku - dwudziestodwuletnią Beverly. Pan Fachman radził sobie nieźle jak na człowieka, który chodzi w zapinanym na guziki swetrze.

Miał trzydzieści lat, kiedy poszedł na dno. Stracił pracę, sięgnął po flaszkę. Nie przepuściłem okazji, by sobie z niego podworować. Ale już nie dworuję.

Niech Bóg pana błogosławi, Panie Fachmanie.

Powiedział Melody, że zajmował się lotami na Księżyc. Powiedział mojej córce, że przyjaźni się z astronautami. Powiedział, że przedstawi ją astronautom, jak tylko przyjadą do miasta.

To nowoczesne przedsięwzięcie, ta firma kosmiczna, w której Pan Fachman pracował. Widziałem. Kantyna pracownicza, stołówka dla kadry kierowniczej, cuda-niewidy. Pan Kawka w każdym biurze.

Pan Kawka i Pan Fachman.

Myrna mówi, że ciekawiła go astrologia, aura, I Ching - tego typu rzeczy. Nie wątpię, że ten Ross był gościem wystarczająco bystrym i zajmującym, jak większość naszych byłych przyjaciół. Jestem pewien - powiedziałem Myrnie - że w przeciwnym wypadku nie zawiesiłaby na nim oka.

Mój ojciec zmarł we śnie, pijany, osiem lat temu. Był piątek, południe, miał pięćdziesiąt cztery lata. Wrócił do domu z pracy w tartaku, wyjął z lodówki kiełbaski na śniadanie i otworzył kwartę burbona.

Matka siedziała przy tym samym stole. Próbowała napisać list do siostry w Little Rock. Ojciec wreszcie podniósł się i poszedł do łóżka. Matka mówi, że nie powiedział dobranoc. Ale była to przecież młoda godzina.

- Kotku - powiedziałem do Myrny tego wieczoru, gdy wróciła do domu. - Poprzytulajmy się trochę, a potem, moja fachmanko, przygotujesz ekstra obiad.

- Umyj ręce - powiedziała Myrna.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuły oryginałów angielskich What We Talk About When We Talk About Love; Cathedral

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Ilustracja na okładce Keith Thomson, Sunday Night at the Clove ? Keith Thomson

Copyright for What We Talk About When We Talk About Love ? 1981,Raymond Carver

Copyright Renewed ? 1989, Tess Gallagher

All rights reserved

Copyright for Cathedral ? 1983, Raymond Carver

Copyright Renewed ? 1989, Tess Gallagher

All rights reserved

Copyright ? for Donikąd. O sztuce opowiadania Raymonda Carvera by Jerzy Jarniewicz, 2026

Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright ? for the Polish translation by Jerzy Jarniewicz, 2026

Redakcja Dariusz Sośnicki

Korekta Iwona Łaskawiec / d2d.pl, Agata Górzyńska-Kielak / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-406-5

A może zatańczycie?

W kuchni nalał sobie kolejnego drinka i przyglądał się rzeczom z sypialni wywalonym przed jego dom. Materac był odarty z powłok, a paskowane prześcieradła leżały obok pary poduszek na komodzie. Ale poza tym wszystko wyglądało niemal tak samo jak w środku: stolik nocny i lampka do czytania po jego stronie łóżka, stolik nocny i lampka do czytania po jej stronie.

Po jego stronie, po jej stronie.

Rozważał tę okoliczność, sącząc whiskey.

Komoda stała kilka stóp przed łóżkiem. Tego dnia rano opróżnił wszystkie szuflady, drobnicę wrzucił do kartonów, kartony zostawił w dużym pokoju. Obok komody przenośny grzejnik. Ratanowe krzesło z dekoracyjną poduszką u nóg łóżka. Wypolerowany aluminiowy zestaw kuchenny zajmował część podjazdu. Żółty, zdecydowanie za duży muślinowy obrus, prezent od kogoś, zwisał z każdej strony stołu. Na stole doniczka z paprotką, obok kasetki ze sztućcami i gramofonu, to także prezenty. Wielki telewizor kineskopowy na stoliku, a kilka kroków dalej - sofa i krzesło, i lampa stojąca. Biurko podsunął ktoś pod same drzwi garażu. Na biurku leżały różnorakie przybory, a przy nich zegar ścienny i dwie fotografie w ramkach. Na podjeździe stał też karton z kubkami, kieliszkami, talerzami, a każdy z nich owinięty był gazetą. Tego dnia rano opróżnił szuflady i poza trzema kartonami, które pozostały w dużym pokoju, wszystko trafiło już na zewnątrz. Przeciągnął z domu przedłużacz i podłączył wystawione sprzęty. Działały jak wtedy, gdy były w środku.

Od czasu do czasu przejeżdżał samochód i zwalniał, ludzie wytrzeszczali oczy. Nikt się jednak nie zatrzymał.

Przyszło mu na myśl, że on też by tego nie zrobił.

- Wystawka - powiedziała dziewczyna do chłopaka.

Dziewczyna i chłopak meblowali niewielkie mieszkanie.

- Zobaczmy, ile chcą za łóżko - powiedziała dziewczyna.

- I za telewizor - powiedział chłopak.

Chłopak wjechał na podjazd i zatrzymał się tuż przed stołem kuchennym. Wyszli z samochodu i zaczęli przyglądać się przedmiotom, dziewczyna dotykała muślinowego obrusu, chłopak podłączył maszynkę do mięsa i ustawił na MIELONE, dziewczyna podniosła podgrzewacz do potraw, chłopak włączył telewizor i majstrował przy ustawieniach.

Usiadł na kanapie i patrzył. Zapalił papierosa, rozejrzał się wokół, zapałkę pstryknął w trawę.

Dziewczyna siadła na łóżku. Zsunęła buty i legła na plecach. Wydawało jej się, że widzi gwiazdę.

- Podejdź tu, Jack. Siądziesz na tym łóżku? I przynieś no poduszkę - powiedziała.

- No i jak? - zapytał.

- Sam zobacz - powiedziała.

Rozejrzał się wokół. W domu było ciemno.

- Dziwnie się tu czuję - powiedział. - Lepiej sprawdzę, czy ktoś jest w środku.

Podskoczyła na łóżku.

- Najpierw chodź tu, no, spróbuj - powiedziała.

Położył się na łóżku, poduszkę wsunął pod głowę.

- No i co powiesz?

- Że chyba solidne to łóżko - powiedział.

Obróciła się na bok i przyłożyła dłoń do jego twarzy.

- Pocałuj - powiedziała.

- Chodźmy - powiedział.

- Pocałuj - powiedziała.

Zamknęła oczy. Objęła go.

- Zobaczę, czy ktoś jest w środku - powiedział.

Ale tylko siadł wyprostowany i tkwił tak na swoim miejscu, i mogło się wydawać, że ogląda telewizję.

W domach przy ulicy, na lewo i prawo, zapalały się światła.

- Byłoby śmiesznie, gdyby... - powiedziała dziewczyna i uśmiechnęła się, i nie skończyła zdania.

Chłopak się zaśmiał, ale bez powodu. Bez powodu włączył lampkę do czytania.

Dziewczyna ruchem dłoni przegnała komara, po czym chłopak wstał i upchnął koszulę w spodnie.

- Zobaczę, czy ktoś jest w środku - powiedział. - Wydaje mi się, że nikogo nie ma. A jak ktoś jest, dopytam o ceny.

- Nie wiem, ile zaśpiewają, ale powiedz, że dasz dychę mniej. Tak zawsze najlepiej - powiedziała. - Wygląda na to, że mają nóż na gardle, albo coś koło tego.

- Niezły ten telewizor - powiedział chłopak.

- Zapytaj, ile chcą - powiedziała dziewczyna.

Chodnikiem szedł mężczyzna z zakupami w torbie. Miał w niej kanapki, piwo, whiskey. Zobaczył samochód na podjeździe i dziewczynę na łóżku. Zobaczył włączony telewizor i chłopaka na ganku.

- Witam - zwrócił się do dziewczyny. - Widzę, że masz już łóżko. Świetnie.

- Dzień dobry - powiedziała dziewczyna i się podniosła. - Sprawdzałam, czy wygodne. - Poklepała łóżko. - Niczego sobie.

- To niezłe łóżko - powiedział mężczyzna, odłożył torbę z zakupami i wyciągnął z niej piwo i whiskey.

- Myśleliśmy, że nie ma nikogo - powiedział chłopak. - Interesuje nas to łóżko i może telewizor. Może też biurko. Ile chce pan za łóżko?

- Myślałem o pięćdziesięciu dolarach - powiedział mężczyzna.

- A gdyby tak czterdzieści? - zapytała dziewczyna.

- Niech będzie czterdzieści - odpowiedział.

Z kartonu wyciągnął szklankę. Ze szklanki wyjął strzępek gazety. Zerwał plombę na butelce whiskey.

- A telewizor? - zapytał chłopak.

- Dwadzieścia pięć.

- Piętnaście? - zapytała dziewczyna.

- Może być piętnaście. Dajcie piętnaście - powiedział mężczyzna.

Dziewczyna spojrzała na chłopaka.

- A może po łyczku, co? - powiedział mężczyzna. - Szklanki są w pudełku. Siądę sobie. Siądę sobie na sofie.

Mężczyzna siadł na sofie, oparł się o tył, patrzył na chłopaka i dziewczynę.

Chłopak wyciągnął dwie szklanki i nalał whiskey.

-Mnie wystarczy - powiedziała dziewczyna. - Z wodą, proszę.

Przysunęła krzesło i usiadła przy stole.

- Tam jest kranik z wodą - powiedział mężczyzna. - Odkręć kurek.

Chłopak przyniósł whiskey z wodą. Odchrząknął i usiadł przy stole. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ale nie wypił nic ze swojej szklanki.

Mężczyzna gapił się w telewizor. Dopił, co miał. Dolał sobie. Wyciągnął ramię, by włączyć lampę stojącą. I wtedy spomiędzy jego palców wysunął się papieros, spadł i zniknął między poduszkami.

Dziewczyna wstała, żeby pomóc mu go szukać.

- To co w końcu chcesz? - chłopak zapytał dziewczynę.

Wyciągnął książeczkę czekową i przyłożył ją do ust, jakby się namyślał.

- Chcę biurko - powiedziała dziewczyna. - Biurko za ile?

Mężczyzna machnął ręką na tak absurdalne pytanie.

- Zaproponuj - powiedział.

Wpatrywał się w nich, kiedy siedzieli przy stole. Światło lampy dobywało z ich twarzy coś dziwnego. Coś, co sprawia przyjemność, a może też - odpycha. Trudno powiedzieć.

- Wyłączę telewizor i puszczę płytę - powiedział mężczyzna. - Gramofon też na sprzedaż. Ile byście dali?

Wlał sobie więcej whiskey i otworzył puszkę piwa.

- Wszystko na sprzedaż - powiedział.

Dziewczyna podsunęła szklankę, nalał.

- Dzięki - powiedziała. - Jest pan bardzo miły.

- Uderza do głowy - powiedział chłopak. - Uderza mi do głowy.

Podsunął szklankę i nią potrząsnął.

Mężczyzna wypił swoją, nalał kolejną i wyciągnął pudło z płytami.

- Wybierz coś dla siebie - zwrócił się do dziewczyny i podsunął jej płyty.

Chłopak wypisywał czek.

- Już, już - powiedziała dziewczyna, wybrała coś. Wybrała coś na chybił trafił, nazwiska na okładkach nic jej nie mówiły. Wstała od stołu i znowu usiadła. Nie umiała długo usiedzieć.

- Czek dam na gotówkę - powiedział chłopak.

- Jasne - powiedział mężczyzna.

Pili. Słuchali płyty. Potem mężczyzna puścił im nową.

- Kochani, a może potańczycie? - zdecydował się zapytać. - Nie chcecie potańczyć?

- Raczej nie - powiedział chłopak.

- Wyluzuj - powiedział mężczyzna. - To moje podwórze. Możecie tańczyć, jak chcecie.

Ramiona zarzucili sobie na szyje, chłopak z dziewczyną, przylgnęli do swoich ciał, sunęli w górę i w dół podjazdu. Tańczyli. A kiedy skończyła się płyta, zrobili to jeszcze raz, a kiedy i ten taniec dobiegł końca, chłopak powiedział:

- Urżnąłem się.

- Nie jesteś pijany - powiedziała dziewczyna.

- Przeciwnie, jestem - odpowiedział chłopak.

Mężczyzna zmienił stronę płyty, a chłopak powiedział:

- Jestem.

- Zatańcz ze mną - powiedziała dziewczyna do chłopaka, a potem do mężczyzny, a kiedy mężczyzna wstał, podeszła do niego z szeroko otwartymi ramionami.

- Patrzą na nas, tam, jacyś ludzie - powiedziała.

- Nie szkodzi - powiedział mężczyzna. - To mój dom - powiedział.

- Niech sobie patrzą - powiedziała dziewczyna.

- Dokładnie - powiedział mężczyzna. - Im się wydaje, że widzieli tu już wszystko. Ale coś takiego widzą po raz pierwszy, prawda? - powiedział.

Poczuł jej oddech na szyi.

- Mam nadzieję, że łóżko ci się spodoba - powiedział.

Dziewczyna zamknęła i otworzyła oczy. Wcisnęła twarz w ramię mężczyzny. Przyciągnęła mężczyznę bliżej.

- Masz nóż na gardle, albo coś koło tego, prawda? - powiedziała.

Po kilku tygodniach mówiła:

- Ten dziadek był w średnim wieku. Cały dobytek wywalił przed dom. Nie kłamię. Urżnęliśmy się i były tańce. Na podjeździe. Boże. Nie śmiej się. Puszczał nam płyty. To ten gramofon, zobacz. Dziadek nam go sprezentował. I te wszystkie pożal się Boże płyty. Przejrzyj je.

Nie przestawała mówić. Opowiadała każdemu. Coś jednak zawsze zostawało do opowiedzenia, choć próbowała wypowiedzieć to do końca. Po jakimś czasie przestała próbować.

Widziałam każdy drobiazg

Byłam już w łóżku, kiedy usłyszałam, jak trzasnęła furtka. Nasłuchiwałam uważnie. Nic poza trzaskiem furtki. Furtkę słyszałam. Próbowałam zbudzić Cliffa. Spał jak zabity. Wstałam, podeszłam do okna. Na wzgórzach, które okrążały miasto, położył się wielki księżyc. Był to biały księżyc, poryty bliznami. Nawet głupiec zobaczyłby w nim ludzką twarz.

Było dość jasno, widziałam więc wszystko na podwórzu - krzesła ogrodowe, wierzbę, sznur do bielizny rozciągnięty między dwoma słupkami, petunie, płot, furtkę szeroko otwartą.

Ale nikt się tu nie kręcił. Żadnych cieni, które budziłyby strach. Wszystko pokryła księżycowa poświata, widziałam każdy drobiazg. Na przykład klamerki na sznurze.

Przyłożyłam rękę do szyby, żeby zasłonić księżyc. Popatrzyłam jeszcze chwilę. Posłuchałam. Poszłam spać.

Ale nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok. Myślałam o furtce szeroko otwartej. Była jak wyzwanie.

Oddechu Cliffa nie dało się wytrzymać. Cliff spał z rozdziawionymi ustami, jego ramiona spoczywały na bladej piersi. Zajmował swoją połowę łóżka i większą część mojej.

Szturchnęłam go, raz, drugi. Jęknął tylko.

Jeszcze przez chwilę leżałam bez ruchu, dopóki nie zrozumiałam, że to nie ma sensu. Wstałam, znalazłam kapcie. Poszłam do kuchni i zaparzyłam herbaty, i usiadłam z tą herbatą przy stole. Zapaliłam papierosa bez filtra, z paczki Cliffa.

Było późno. Nie chciałam wiedzieć, która godzina. Wypiłam herbatę, wypaliłam jeszcze jednego papierosa. Po chwili postanowiłam wyjść i zamknąć furtkę.

Włożyłam więc szlafrok.

Księżyc oświetlał wszystko - domy i drzewa, słupy i linie wysokiego napięcia, cały ten świat. Omiotłam wzrokiem podwórze, zanim wyszłam przed dom. Powiał lekki wiatr, zapięłam więc szlafrok.

I ruszyłam ku furtce.

Spod płotu, który oddzielał nasz dom od gospodarstwa Sama Lawtona, dobiegał jakiś hałas. Spojrzałam uważnie. Sam wspierał się ramionami na swoim płocie, bo były dwa płoty, na których mógłby się oprzeć. Uniósł pięść do ust i kaszlnął sucho.

- Bry wieczór, Nancy - powiedział Sam Lawton.

A ja mu mówię:

- Sam, wystraszyłeś mnie. - I mówię: - Co ty tu robisz? Czemu nie śpisz? Słyszałeś coś? Bo słyszałam, jakby ktoś otwierał moją furtkę.

- Niczego nie słyszałem - mówi. - Ani nie widziałem. Może to wiatr.

Coś żuł. Spojrzał na otwartą furtkę i wzruszył ramionami.

W świetle księżyca jego włosy srebrzyły się i stały mu na głowie. Widziałam jego długi nos i zmarszczki na wielkiej, smutnej twarzy.

Zapytałam:

- Co ty tu robisz, Sam? - Podeszłam bliżej do płotu.

- Chcesz coś zobaczyć? - zapytał.

- Już idę - powiedziałam.

Otworzyłam furtkę i poszłam ścieżką do niego. Dziwne uczucie, tak iść pod gołym niebem w koszuli nocnej i szlafroku. Myślałam sobie, że powinnam zapamiętać tę chwilę, ten spacer pod gołym niebem.

Sam stał przy swoim płocie. Jego piżama kończyła się wysoko nad eleganckimi butami. W jednej dłoni trzymał latarkę, w drugiej - jakąś puszkę.

Sam i Cliff przyjaźnili się kiedyś. Pewnej nocy popili ostro. Posypały się wyzwiska. Zaraz potem Sam postawił płot, a po nim swój płot postawił Cliff.

To było wtedy, gdy Sam stracił Millie, ożenił się ponownie i po raz drugi został ojcem, a wszystko to w błyskawicznym tempie. Millie była moją bliską przyjaciółką, aż do śmierci. Miała zaledwie czterdzieści pięć lat, kiedy zmarła. Niewydolność serca. Dopadła ją w chwili, gdy wjeżdżała na podjazd. Samochód jechał dalej i przebił się przez tył wiaty.

- Spójrz na to - powiedział Sam, podciągając spodnie od piżamy i kucając. Skierował snop światła na ziemię.

Spojrzałam i zobaczyłam na grządce jakieś wijące się robaki.

- Pomrowiki - powiedział. - Właśnie dałem im to. - Podniósł puszkę z czymś, co wyglądało jak Ajax. - Przejmują teren - powiedział i żuł, cokolwiek to było, co miał wtedy w ustach. Odwrócił w bok głowę i splunął, chyba tytoniem.

Skierował światło na słoik pełen tych stworów.

- Muszę to robić, bo inaczej przyszłoby mi z nimi zamieszkać. Wyłożyłem przynętę, a teraz, jak tylko mam czas, przychodzę tu z tym środkiem. Te sukinkoty są wszędzie. Masakra, co wyprawiają. Spójrz - powiedział.

Wstał. Chwycił mnie za ramię i poprowadził do swoich róż. Pokazał mi dziurki w liściach.

- Pomrowiki - powtórzył. - Są tu wszędzie, gdzie nie spojrzysz, żerują nocą. Rozsypuję przynętę i przychodzę, i je zgarniam - powiedział. - Ohydny wynalazek, te pomrowiki. Zbieram je do słoika. - Przesunął światło swojej latarki pod krzewy.

Nad nami przeleciał samolot. Wyobraziłam sobie ludzi, w pasach bezpieczeństwa, siedzących w swoich fotelach, niektórzy czytają, niektórzy patrzą w dół, na ziemię.

- Sam - powiedziałam - co u was?

- Mamy się dobrze - powiedział i wzruszył ramionami.

Nie przestawał żuć, czymkolwiek było to, co żuł.

- A co u Clifforda? - zapytał.

No to mówię:

- To samo, co zwykle.

A Sam mi mówi:

- Czasami, kiedy tu jestem i poluję na te pomrowy, to patrzę w waszą stronę. Żałuję, że się już z Cliffem nie kumplujemy. O, popatrz - mówi i robi szybki wdech. - Tu jest jeden. Widzisz go? Tam, gdzie świecę latarką. - Skierował promień na ziemię pod różą. - Popatrz tylko - mówi.

Złożyłam ramiona pod piersiami i schyliłam się nad miejscem, gdzie padało światło jego latarki. Pomrowik znieruchomiał, kręcił tylko głową w lewo i prawo. Wtedy Sam był już nad nim ze swoją puszką i sypał na niego proszek.

- Oślizgłe to - powiedział.

Pomrowik przesuwał się, wykręcając się na wszystkie strony. Potem zwinął się w kłębek i wyprostował.

Sam podniósł dziecięcą łopatkę i zgarnął na nią pomrowika, i zrzucił go do słoja.

- Przestałem, wiesz o tym? - powiedział Sam. - Musiałem. Tak się porobiło, że często nie wiedziałem, jak się nazywam. Trzymam to nadal gdzieś w domu, ale już mnie to nie dotyczy.

Pokiwałam głową. Spojrzał na mnie i patrzył.

- Powinnam już wracać - powiedziałam.

- Jasne - powiedział. - Porobię tu jeszcze trochę, a kiedy skończę, też poczłapię do domu.

- Dobranoc, Sam - powiedziałam.

Powiedział:

- Słuchaj. - Przestał żuć. Językiem wypchnął pod dolną wargę to, co żuł, czymkolwiek to było. - Powiedz Cliffowi, że go pozdrawiam.

- Powiem mu, Sam - powiedziałam. - Powiem, że pozdrawiasz.

Sam przeciągnął dłonią po siwych włosach, jakby próbował je raz na zawsze przygnieść, ale po chwili je zmierzwił.

W sypialni zdjęłam szlafrok, złożyłam go w kostkę, położyłam w pobliżu. Nie spojrzałam na budzik, sprawdziłam tylko, czy ma wyłączony przycisk. Weszłam do łóżka, okryłam się kołdrą i zamknęłam oczy.

I wtedy przypomniałam sobie, że nie zamknęłam furtki.

Otworzyłam oczy i leżałam. Szturchnęłam Cliffa. Odchrząknął. Przełknął. Coś w jego piersiach zawiesiło się i zaczęło spływać.

Nie wiem. Naszły mnie myśli o tym czymś, na co Sam Lawton sypał swój proszek.

Przez chwilę pomyślałam o świecie na zewnątrz, za domem, a potem już nie myślałam wcale, poza tym, że muszę się spieszyć i zasnąć.

Torebki

Październik, plucha. Z mojego hotelowego okna widzę nadmiar tego miasta na Środkowym Zachodzie. Widzę, jak zapalają się światła w niektórych budynkach, jak grube smugi dymu wysnuwają się z wysokich kominów. Wolałbym na to nie patrzeć.

Chciałbym przekazać wam historię, którą opowiedział mi ojciec, kiedy zatrzymałem się na chwilę w Sacramento w zeszłym roku. Dotyczy wydarzeń, w które wplątał się dwa lata wcześniej, wcześniej, czyli przed tym, jak się z matką rozwiedli.

Jestem obwoźnym sprzedawcą książek. Reprezentuję dobrze znaną firmę. Wydajemy podręczniki, siedzibę mamy w Chicago. Moim terytorium jest Illinois, część Iowa i Wisconsin. Brałem udział w konwencji Zachodniego Stowarzyszenia Wydawców Książek w Los Angeles, kiedy pomyślałem, że mógłbym wpaść na kilka godzin z wizytą do ojca. Zrozumcie, nie widziałem się z nim od ich rozwodu. Wyszukałem adres w portfelu i wysłałem mu telegram. Następnego dnia rano wyekspediowałem bagaż do Chicago, a sam wszedłem na pokład samolotu do Sacramento.

Niemal natychmiast wyłowiłem go z tłumu. Stał tam, gdzie wszyscy - znaczy się, za bramką - siwe włosy, okulary, brązowe Levisy.

- Jak się masz, tato? - powiedziałem.

- Les - powiedział.

Podaliśmy sobie dłonie i ruszyliśmy w kierunku terminalu.

- Jak się mają Mary i dzieciaki? - zapytał.

- Wszyscy są OK - powiedziałem, co zresztą nie było prawdą.

Otworzył białą torebkę ze słodyczami. Powiedział:

- Mam tu małe co nieco, zawieziesz im? To drobiazg. Migdały Roca dla Mary i żelki dla małych.

- Dzięki - powiedziałem.

- Nie zapomnij, jak będziesz wyjeżdżał - powiedział.

Usunęliśmy się z drogi, gdy grupa zakonnic spieszyła do bramki.

- Może jakiś drink? Albo kawa? - zapytałem.

- Cokolwiek - powiedział. - Nie mam samochodu.

Znaleźliśmy hall, kupiliśmy drinki, zapaliliśmy papierosy.

- No, to znowu razem - powiedziałem.

- No, tak, znowu - odpowiedział.

Wzruszyłem ramionami i powiedziałem:

- Tak.

Oparłem się o tył fotela, zrobiłem głęboki wdech i poczułem, jakbym wciągał w płuca opary tego wielkiego nieszczęścia, które nie dawało mu spokoju. Powiedział:

- Lotnisko w Chicago pomieściłoby pewnie ze cztery takie.

- O, więcej niż cztery - powiedziałem.

- A mnie się zdawało, że to tu jest wielkie - dodał.

- Od kiedy nosisz okulary? - zapytałem.

- Od niedawna - odpowiedział.

Wziął duży łyk i przeszedł do konkretów.

- Miałem ochotę po tym umrzeć - powiedział. Długimi dłońmi objął szklankę z obu stron. - Jesteś, Les, człowiekiem wykształconym. Kto jak nie ty potrafi to zrozumieć.

Odwróciłem popielniczkę, żeby przeczytać napis pod spodem:

KLUBHARRAHA / RENO I JEZIORO TAHOE

IDEALNE MIEJSCE ROZRYWKI

- To była kobieta ze Stanley Products. A raczej kobietka, drobne stopy i dłonie i czarne jak węgiel włosy. Nie była pięknością na miarę miss świata. Ale miała w sobie wiele czaru. Miała trzydzieści lat i miała dzieci. Ale była porządną kobietą, bez względu na to, co się zdarzyło.

Matka zawsze u niej robiła zakupy, a to szczotkę kupiła, a to mopa, to znów jakieś nadzienie do ciasta. Wiesz, jaka ona jest. Była sobota, siedziałem w domu. Matka wyszła gdzieś w interesach. Nie wiem, gdzie. Nie pracowała. Siedziałem w pokoju od frontu i czytałem gazetę, i piłem kawę, i nagle słyszę to pukanie do drzwi, otwieram, a tam - ta kobietka. Sally Wain. I mówi, że ma jakieś rzeczy dla pani Palmer. "Ja jestem panem Palmer - mówię. - Pani Palmer teraz nie ma". Proszę ją, żeby weszła, wiesz, i mówię, że zapłacę jej za to, co u niej zamówiliśmy. Nie wiedziała, czy ma wchodzić, czy nie. Stoi w drzwiach z tą papierową torebką w ręku i z dołączonym rachunkiem.

"Biorę to - mówię. - Proszę wejść, siąść na chwilę, a ja poszukam pieniędzy".

"Nie trzeba - mówi. - Niech pan to weźmie, to pana. Wielu moich klientów tak robi. Wszystko gra". Uśmiecha się, dając w ten sposób do zrozumienia, że, wie pan, wszystko gra.

"Nie, nie - mówię. - Już mam. Wolałbym teraz zapłacić. Oszczędzi sobie pani kolejnej wizyty, a ja oszczędzę sobie długu. Niech pani wejdzie", mówię i przytrzymuję otwarte drzwi z moskitierą. Byłoby to niegrzeczne, gdybym kazał jej czekać na dworze.

Zakasłał, wziął ode mnie papierosa. Z baru doleciał nas śmiech jakiejś kobiety. Spojrzałem na nią i znowu zacząłem czytać to, co na popielniczce.

- Wchodzi więc i mówię "Chwilunia", i idę do sypialni po portfel. Przeglądam rzeczy na stoliku, ale nie mogę go znaleźć. Znajduję jakieś drobne i zapałki, i grzebień, ale portfela znaleźć nie mogę. Twoja matka tu była, robiła rano porządki, sam rozumiesz. Wracam więc do drzwi frontowych i mówię: "Zaraz skombinuję jakąś gotówkę".

"Niech się pan nie kłopocze", mówi ona.

"Żaden kłopot - ja mówię. - I tak muszę znaleźć portfel. Niech się pani rozgości".

"Niczego mi nie trzeba", ona mówi.

"Niech pani popatrzy - mówię. - Słyszała pani o tym napadzie na Wschodnim Wybrzeżu? Właśnie o tym czytałem".

"Widziałam wczoraj w telewizji", mówi.

"Udało im się uciec", mówię.

"Spryciarze", mówi.

"Zbrodnia doskonała", mówię.

"Niewielu udaje się ujść cało", mówi.

Nie wiedziałem, co mogę jeszcze powiedzieć. Staliśmy tam razem i patrzyliśmy na siebie. Wyszedłem więc na ganek i szukałem spodni w koszu, gdzie, jak myślałem, mogła je położyć matka. Znalazłem portfel w tylnej kieszeni i wróciłem do pokoju, i zapytałem, ile jestem winien.

Chodziło o trzy albo cztery dolary, zapłaciłem. A potem nie wiem, czemu zapytałem ją, co by zrobiła, gdyby je miała, te wszystkie pieniądze, z którymi tym złodziejom udało się uciec.

Zaśmiała się, a ja zobaczyłem jej zęby.

Nie wiem, Les, co mną powodowało. Pięćdziesiąt pięć lat na karku. Dorosłe dzieci. Powinienem wiedzieć lepiej. Ta kobieta miała dzieciaki w wieku szkolnym, a ja byłem od niej dwa razy starszy. U Stanleya pracowała tylko w godzinach, gdy były w szkole, po prostu, żeby miała co robić. Nie musiała. Mieli dość kasy, by żyć. Jej mąż, Larry, to kierowca, pracuje dla Consolidated Freight. Nieźle zarabia. Jeździ na ciężarówce.

Przerwał i przetarł twarz.

- Każdy ma prawo się pomylić - powiedziałem.

Potrząsnął głową.

- Miała dwóch chłopców. Hank i Freddy. Rok różnicy między nimi. Pokazała mi zdjęcia. No więc tak. Śmieje się, kiedy mówię jej o tych pieniądzach, i mówi, że chyba przestałaby sprzedawać u Stanleya i przeniosła się do Dago, i kupiła dom. Mówi, że w Dago ma krewnych.

Zapaliłem kolejnego papierosa. Spojrzałem na zegarek. Barman uniósł brwi, a ja uniosłem szklankę.

- Siedzi więc sobie na kanapie i pyta, czy mam papierosa. Mówi, że swoje zostawiła w innej torebce i że od wyjścia z domu nie zapaliła ani razu. Mówi, że w życiu nie kupiłaby w automacie, kiedy ma sztangę w domu. Wyciągnąłem jej jednego i zapaliłem zapałkę. Ale, uwierz mi, Les, ręce trzęsły mi się na potęgę.

Przerwał i przez chwilę przyglądał się butelkom. Ramiona kobiety, tej od śmiechu przy barze, utknęły pod ramionami stojących z obu stron mężczyzn.

- Potem rzeczy mi się zacierają. Pamiętam, że zapytałem, czy napije się kawy. Powiedziała, że może ma czas na jedną. Poszedłem do kuchni i czekałem, aż się kawa podgrzeje. Mówię ci, Les, przysięgam na Boga, ani razu nie zdradziłem matki przez ten czas, jak byliśmy małżeństwem. Ani razu. Były chwile, kiedy czułem chęć i miałem okazję. Uwierz mi, nie znasz matki tak dobrze jak ja.

- Słuchaj, nie musisz poruszać tego tematu - powiedziałem.

- Przyniosłem jej kawę, a ona już wcześniej zdjęła płaszcz. Siadam na przeciwnym skraju kanapy i zaczynamy rozmawiać o rzeczach już całkiem osobistych. Mówi, że ma dwoje dzieci w podstawówce w Roosevelt, i Larry'ego, Larry jest kierowcą, i często wyjeżdża na tydzień, dwa. Do Seattle, albo na południe do Los Angeles, może do Phoenix. Zawsze gdzieś. Mówi, że poznała Larry'ego, gdy chodzili do szkoły średniej. Mówi, że dumna była z tego, że skończyła tę szkołę. Wkrótce zaczyna wybuchać śmiechem na to, co akurat mówię. Można by to różnie zrozumieć. Potem pyta, czy znam ten dowcip o wędrownym sprzedawcy butów, który odwiedził pewną wdowę. Rozbawiło nas to oboje. A wtedy ja opowiedziałem jej swój, trochę słabszy. A ona śmieje się z niego i zapala jeszcze jednego papierosa. Jedna rzecz prowadzi do drugiej, tak to działa, rozumiesz?

No i wtedy ją pocałowałem. Odchyliłem jej głowę na kanapie i pocałowałem ją i czuję, jak ten jej język spieszy się, żeby dostać się do moich ust. Rozumiesz, co mówię? Mężczyzna może przeżyć życie, przestrzegając reguł, i nagle to wszystko diabli biorą. Los się od ciebie odwraca, rozumiesz?

I zanim się człowiek obejrzał, było po wszystkim. A potem ona mówi: "Pewnie masz mnie za dziwkę", i zwyczajnie wychodzi.

Byłem taki podniecony, czujesz? Poprawiłem kanapę, odwróciłem poduszki. Złożyłem wszystkie gazety, a nawet zmyłem kubki, w których piliśmy kawę. Wyczyściłem czajniczek. I przez ten czas myślałem o jednym, jak spojrzę w oczy twojej matce. Bałem się.

No, w każdym razie tak to się zaczęło. Z matką żyliśmy jak do tej pory. Ale zacząłem regularnie spotykać się z tamtą kobietą.

Kobieta przy barze zeszła ze swojego krzesła. Zrobiła kilka kroków w kierunku środka sali i zaczęła tańczyć. Rzucała głową to w jedną, to w drugą stronę, i strzelała palcami. Barman, który robił drinki, przerwał pracę. Kobieta podniosła ramiona nad głową i kręciła się w kółku na środku parkietu. Nagle przestała, a barman powrócił do pracy.

- Widziałeś to? - zapytał ojciec.

Ale nic mu nie odpowiedziałem.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Wizjer

Pewien bezręki mężczyzna zapukał do drzwi, żeby sprzedać mi fotkę mojego domu. Gdyby nie jego chromowane haki, mogłoby się wydawać, że to zwyczajny gość około pięćdziesiątki.

- Co się stało z pana rękami? - zapytałem, kiedy powiedział mi, z czym przychodzi.

- Długo by opowiadać - odparł. - Chcesz pan to zdjęcie czy nie?

- Niech pan wchodzi - powiedziałem. - Zaparzyłem kawę.

Zrobiłem też galaretkę Jell-O. Ale o tym mu nie powiedziałem.

- Skorzystałbym z toalety - powiedział bezręki mężczyzna.

Chciałem zobaczyć, jak będzie trzymał filiżankę.

Bo jak trzyma aparat fotograficzny, widziałem. Stary polaroid, duży i czarny. Przypięty do skórzanych pasków, które obejmowały jego ramiona i biegły wzdłuż pleców i w ten sposób przytwierdzały aparat do piersi. Zatrzymywał się na chodniku przed domem, ustawiał dom w wizjerze, naciskał jednym z haków spust i wyskakiwało zdjęcie.

Bo wiecie, przyglądałem się mu przez okno.

- To gdzie, pan mówisz, ta łazienka?

- Na dole, po prawej.

Schylił się, skulił, uwolnił z pasków. Aparat położył na kanapie, obciągnął kurtkę.

- Przez ten czas możesz pan sobie pooglądać.

Wziąłem od niego zdjęcie.

Były tam niewielki prostokątny trawnik, podjazd, wiata na samochód, frontowe schody, okno wykuszowe i okno, przez które patrzyłem na niego z kuchni.

Czemu więc chciałem mieć zdjęcie tego nieszczęścia?

Przyjrzałem się zdjęciu bliżej i zobaczyłem głowę, moją głowę, w środku, w oknie kuchennym.

Różne rzeczy przychodziły mi na myśl, kiedy tak na siebie patrzyłem. Mówię wam, różne rzeczy przychodzą człowiekowi na myśl, gdy na siebie patrzy.

Usłyszałem strumień spuszczanej wody. Gość szedł przez przedpokój, zapinał rozporek, uśmiechał się, jednym hakiem przytrzymywał pasek, drugim wpychał do spodni koszulę.

- No i co pan na to? - zapytał. - W porządku? Mnie osobiście się podoba, dobrze wyszło. Ja miałbym nie wiedzieć, jak to się robi? Umówmy się, trza tu zawodowca.

Podciągnął spodnie w kroczu.

- Kawa dla pana - powiedziałem.

- Pan sam tu mieszkasz, prawda? - zapytał.

Rozejrzał się po pokoju. Pokiwał głową.

- Ciężko, ciężko - powiedział.

Usiadł przy aparacie, oparł się plecami, westchnął i uśmiechnął się, jakby wiedział o czymś, o czym opowiedzieć nie chciał.

- Pana kawa - powiedziałem.

Zastanawiałem się, co mógłbym powiedzieć.

- Przyszła tu trójka smarkaczy, że niby wymalują mi adres na krawężniku. Chcieli za to dolara. Pan nie miał z tym nic wspólnego, prawda?

Był to strzał w ciemno. A mimo to bacznie mu się przyglądałem.

Pochylił się do przodu, znacząco. Filiżanka trzymała równowagę między jego hakami. Postawił ją na stoliku.

- Pracuję w pojedynkę - powiedział. - Zawsze pracowałem sam, zawsze będę sam pracował. Co też pan mówisz.

- Próbowałem powiązać jedno z drugim - powiedziałem.

Bolała mnie głowa. Wiem, że kawa nic nie da, czasem pomaga galaretka Jell-O. Podniosłem zdjęcie.

- Byłem wtedy w kuchni - powiedziałem. - Zazwyczaj jestem na zapleczu.

- Co chwila z tym przychodzą - powiedział gość. - Przyszli tu i sobie poszli, tak? Ale ja, ja pracuję w pojedynkę. No więc jak? Bierzesz pan to zdjęcie?

- Biorę - powiedziałem.

Podniosłem się, wziąłem filiżanki.

- I dobrze - powiedział. - Mam pokój na przedmieściu. Nienajgorszy. Wsiadam do autobusu, jadę, obskakuję swój rewir, a potem pryskam do innej dzielnicy. Rozumiesz pan, co mówię? Sam miałem kiedyś dzieciaki. Jak pan - powiedział.

Stałem z filiżankami i patrzyłem, jak próbuje podnieść się z kanapy.

- To od nich ten prezencik - powiedział.

Spojrzałem uważnie na haki.

- Dzięki za kawę i za łazienkę. Współczuję.

Uniósł i opuścił haki.

- Niech pan pokaże - powiedziałem. - Niech mi pan pokaże, jak bardzo. Niech mi pan zrobi więcej zdjęć, mnie i mojego domu.

- To nic nie da - powiedział mężczyzna. - Nie wrócą.

Ale pomogłem mu założyć paski.

- Mam stałą stawkę - powiedział. - Trzy za dolara. Jak spuszczę z ceny, przestanie mi się opłacać - powiedział.

Wyszliśmy przed dom. Ustawił migawkę. Powiedział mi, gdzie mam stanąć. I wzięliśmy się do roboty.

Obchodziliśmy dom. Metodycznie. Czasem patrzyłem w bok. Czasem patrzyłem w przód.

- Nieźle - mówił. - Jest nieźle - mówił, aż okrążyliśmy dom i znaleźliśmy się znowu przed drzwiami. - Dwadzieścia zdjęć. I wystarczy.

- Nie - powiedziałem. - Teraz na dach.

- Jezu - powiedział. Otaksował dom od góry do dołu. - Jasne - powiedział. - Teraz mówisz pan do rzeczy.

- Wynieśli się, co do jednego - powiedziałem. - Trzask-prask i nikt nie został.

- Popatrz pan! - powiedział mężczyzna i raz jeszcze uniósł haki.

Wszedłem do domu po krzesło. Postawiłem je pod wiatą. Ale było za niskie. Przyniosłem skrzynkę i postawiłem ją na krześle.

Tam, na dachu, wszystko grało.

Wstałem i rozejrzałem się wokół. Pomachałem ręką, a mężczyzna bez rąk pomachał mi hakami.

I wtedy je zobaczyłem - te kamienie. Wyglądały jak małe skalne gniazdko uwite na siatce nad wylotem komina. Wiecie, jakie są dzieciaki. Wiecie, jak nimi rzucają, by wpadły do komina.

- Gotowy? - krzyknąłem, wziąłem kamień, poczekałem, aż zobaczy mnie w wizjerze.

- Gotowy - odkrzyknął.

Zamachnąłem się i wrzasnąłem: "Teraz!". I smyrgnąłem sukinkota, jak najdalej mogłem.

- No, nie wiem - słyszałem, jak do mnie krzyczy. - Nie robię zdjęć w ruchu.

- Jeszcze raz! - wrzasnąłem i wziąłem kolejny kamień.