Zbratany z książęty i równy żebrakom, jak zasłuży.
Cytowane powyżej prawo kreśli program piękny, ale trudny
do wykonania. Równy żebrakom to ja bywałem nieraz w
okolicznościach, które jednak każdemu z nas utrudniłyby
zastanawianie się nad tem, na co sobie kto zasłużył. Wciąż jeszcze
czekam na to zbratanie się z książęty, aczkolwiek byłem raz w
bliskich stosunkach z człowiekiem, który mógł być najprawdziwszym w
świecie królem i który przyobiecał mi królestwo z armją, podatkami,
trybunałem i policją, wszystko jak się patrzy. Obawiam się jednak
bardzo, że mój król nie żyje i że gdyby mi dziś potrzeba było
korony, musiałbym się sam o nią postarać. Zaczęło się to wszystko w pociągu, idącym z Adżmiru do
Mhau. W budżecie miałem deficyt, który zmusił mnie do podróżowania
nie drugą klasą, tańszą o połowę tylko od pierwszej, lecz
pośrednią, co jest istotnie okropne. W klasie pośredniej niema
kanap, no, i publiczność jes
t albo pośrednia, to znaczy
eurazyjska, albo tubylcza, obrzydliwa podczas długiej podróży
nocnej, lub wreszcie składająca się z włóczęgów, zabawnych, choć
pijanych. Pasażerowie klasy pośredniej nie kupują w restauracjach
kolejowych, żywność wiozą ze sobą w węzełkach lub kociołkach,
słodycze kupują od przekupniów tubylczych i piją wodę przydrożną.
Oto dlaczego w porze upałów, pasażerów klas pośrednich wyciąga się
z wozów martwych i dlaczego o każdej innej porze roku wszyscy
patrzą na nich z góry.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mój przedział był pusty
aż do Nasirabad. Tam wsiadł jakiś rosły "gentleman" w koszuli i z
gęstemi, czarnemi brwiami. Dzień spędził stosownie do zwyczajów
pasażerów klasy pośredniej. Był to wędrowiec i włóczęga, jak ja,
ale z silnie rozwiniętem zamiłowaniem do wódki. Opowiadał
niesłychane historje o tem, co widział i czego dokonał w
najróżniejszych zakątkach cesarstwa, do których dotarł i o
przygodach, w których narażał życie dla zdobycia żywności na parę
dni. - Gdyby Indje zaludnione były ludźmi, podobnymi do was i
do mnie, jak ptaki nie wiedzącymi, co jutro jeść będą, kraj ten
dawałby nie siedemdziesiąt, ale siedemset miljonów dochodu, tak
jest, siedemset! - powiedział mi. Spojrzawszy na jego usta i wysuniętą naprzód dolną
szczękę, byłem skłonny zgodzić się z nim. Rozmawialiśmy o polityce, o polityce - jak ją rozumie
włóczęga, widzący wszystko z odwrotnej strony, gdzie znać wszystkie
szwy i łaty - a potem mówiliśmy o urządzeniach pocztowych, ponieważ
mój przyjaciel pragnął z najbliższej stacji wysłać telegram do
Adżmiru, który jest węzłowym punktem między Bombajem a linją
wiodącą do Mhau, - o ile się jedzie na zachód. Przyjaciel mój nie
miał pieniędzy, prócz ośmiu "annów", które chował na obiad, zaś ja
byłem wogóle bez grosza, skutkiem wspomnianej już dziury w
budżecie. Prócz tego droga moja wiodła w dzicz, gdzie wprawdzie
miałem odzyskać kontakt ze skarbem, ale gdzie nie było wcale
telefonu. Ja w żaden sposób nie mogłem mu dopomóc. - Możemy nastraszyć naczelnika stacji i zmusić go, ażeby
wysłał telegram na kredyt - mówił mój przyjaciel - ale to znowu
naraziłoby nas na różne wybadywania, a wyznaję, że ja miałem tego
już dosyć w ostatnich czasach. Wspomnieliście coś, że w krótkim
czasie zamierzacie tędy wracać? - Za jakich dziesięć dni - odpowiedziałem. - Nie moglibyście załatwić się za osiem dni? - zapytał. -
Zależałoby mi na tem, żeby to było wcześniej. - Mógłbym zadepeszować w ciągu dziesięciu dni, jeśli o to
idzie - zaproponowałem. - Trudno mi go będzie znaleźć telegraficznie, jak myślę.
On pojedzie tędy. Ma 23-go wyjechać z Delhi do Bombaju - to znaczy,
że 23-go w nocy będzie przejeżdżał przez Adżmir. - Ależ ja jadę na Pustynię Indyjską! - tłumaczyłem. - Bardzo słusznie! - odrzekł. - Jadąc do Dżodhpore musicie
się przesiadać w Marwar - musicie! - a on pojedzie przez Marwar
wczesnym rankiem 24-go bombajskim pociągiem pocztowym. Możecie być
wtedy w Marwar? To wam nie może zrobić różnicy, bo, jak to dobrze
wiem, w tych państewkach środkowo-indyjskich nie znajdziecie dużo
dobrych kąsków - nawet jeśli przedstawicie się jako korespondent
"Mieszkańca Dżungli". - Próbowaliście kiedy tego "tricku"? - zapytałem. - Ile razy! Ale Rezydenci zawsze was odnajdą i potem
smarujecie pod eskortą do granicy, zanim zdołacie dźgnąć nożem.
Lecz wróćmy jeszcze do mego przyjaciela. Ja muszę dać mu znać, co
się ze mną dzieje, inaczej nie będzie wiedział, dokąd się obrócić.
Byłoby z waszej strony więcej niż uprzejmością, gdybyście chcieli
do tego czasu wrócić z Indyj środkowych, złapać go na stacji Marwar
i powiedzieć mu: On wyjechał na tydzień na południe! Będzie już
wiedział, co to znaczy. Jest to wysoki, tęgi mężczyzna z rudą brodą
i okropnie się dmie. Znajdziecie go w przedziale drugiej klasy.
Będzie z pewnością spał, jak hrabia, otoczony pakunkami. Ale wy
sobie z tego nic nie róbcie. Spuśćcie okno i powiedzcie: Wyjechał
na tydzień na południe! - Zobaczycie, jak skoczy. To wam skróci
pobyt w tych stronach tylko o dwa dni. Proszę oto, jako podróżny -
jadący na Zachód! - rzekł z naciskiem. - A skąd jedziecie? - spytałem. - Ze Wschodu! - odpowiedział - i spodziewam się, że
spełnicie mą prośbę, na węgielnicę. Zaklinam was na pamięć Matki
waszej i mojej. Anglicy niezbyt są czuli na pamięć matki, ale dla pewnych
przyczyn, łatwych zresztą do zrozumienia, zgodziłem się. - Jest to rzecz nielada - mówił towarzysz - i dlatego
właśnie was o to proszę. Teraz wiem już, że na was mogę polegać.
Wagon drugiej klasy w Marwar, a w nim śpiący mężczyzna z rudą
brodą. Zapamiętajcie sobie. Na następnej stacji wysiadam i muszę tu
siedzieć dopóki nie przyjedzie, lub nie przyśle mi tego, czego
potrzebuję. - Więc dobrze, jeśli go złapię, to mu wasze słowa powtórzę
- zgodziłem się. - Ale na pamięć Matki waszej i mojej zaklinam was,
abyście usłuchali jednej mojej rady. Nie jedźcie teraz do państw
środkowo-indyjskich, jako korespondent "Mieszkańca Dżungli". Wałęsa
się tu właśnie prawdziwy korespondent i to mogłoby doprowadzić do
starć. - Dziękuję - odpowiedział poprostu. - A kiedy ta świnia
się stąd wyniesie? Nie mogę przecie zdychać z głodu dlatego, że
jemu się podoba psuć mi interesy. Właśnie miałem na muszce Degumber
radżę z powodu tej jego historji z wdową po ojcu - chciałem go
pociągnąć... - A cóż to było z tą wdową po ojcu? - Napchał ją czerwonym pieprzem, powiesił za nogi na belce
i zakołysał na śmierć. Sam to wywąchałem i jestem jedynym
człowiekiem, któryby odważył się pójść tam i zażądać pieniędzy za
milczenie. Będą próbowali otruć mnie, jak to było w Chortumnie,
kiedym tam był po pieniążki. Nie zapomnicie załatwić mego interesu
w Marwar? Wysiadł na małej, ubocznej stacyjce. Długo o nim myślałem.
Nieraz słyszałem o tych ludziach, udających korespondentów gazet i
szantażujących groźbami władców małych państewek hinduskich, ale
nie zdarzyło mi się dotychczas spotkać którego z nich. Ciężkie
mieli ci ludzie życie, a śmierć przeważnie bardzo nagłą. Rządy
hinduskich państw strasznie się boją pism angielskich, nie chcąc,
aby one rozgłaszały tajniki ich przedziwnych metod rządzenia,
dlatego albo korespondentów zalewają szampanem, albo też gonią ich
na cztery wiatry. Nie rozumieją, że nikomu ani w głowie nawet nie
postoi zajmować się ich wewnętrznemi sprawami, dopóki ucisk i
zbrodnie trzymają się granic pewnej przyzwoitości i o ile władca
nie jest zatruty opjum, pijany lub chory od początku do końca roku.
Są to najciemniejsze pod słońcem miejsca na ziemi, pełne
niemożliwych do opisania okrucieństw, graniczące z jednej strony z
koleją i telegrafem, a z drugiej z epoką Haruna-al-Raszyda.
Wysiadłszy z pociągu, musiałem też załatwiać wiele różnych
interesów z różnymi królami i w przeciągu ośmiu dni przeszedłem
najrozmaitsze koleje losu. Czasami, odświętnie ubrany,
biesiadowałem z książętami i mężami stanu, popijając z
kryształowych kielichów i jadając na srebrze, to znów leżałem na
ziemi i pożerałem, co Pan Bóg dał z półmisków zrobionych z liści,
piłem wodę ze strumienia i spałem pod jedną derką razem ze swym
służącym. Takie to było zajęcie. Następnie udałem się na Wielką Pustynię Indyjską w
oznaczonym terminie, jak to przyrzekłem i w nocy pociąg pocztowy
przywiózł mnie do Marwar, skąd śmieszny, mały, na los szczęścia
przez tubylczą służbę kolejową prowadzony pociąg idzie do
Dżodhpore. Bombajski pociąg pocztowy z Delhi stoi w Marwar krótko.
Przybył właśnie, kiedy ja przyjechałem, tak, że akurat zdążyłem
dobiec na platformę, na którą zajechał i przejść się wzdłuż
wagonów. W pociągu tym był tylko jeden wagon drugiej klasy.
Spuściłem okno i wzrok mój natychmiast padł na czerwoną jak ogień
brodę, napół zakrytą kocem podróżnym. Był to mój człowiek, na pół
śpiący; trąciłem go delikatnie w żebra. Obudził się, mrucząc, i w
świetle lampy ujrzałem jego twarz; była szeroka, świecąca. - Znowu bilety? - mruknął. - Nie! - odpowiedziałem. - Mam wam powiedzieć, że on
wyjechał na tydzień na południe. Wyjechał na tydzień na południe! Pociąg ruszał zwolna. Czerwonobrody tarł oczy. - Wyjechał na tydzień na południe! - powtórzył. - Ta
bezczelność zupełnie do niego podobna. Może wam powiedział, że ja
wam co dam? Bo mnie ani się śni! - Nie powiedział - krzyknąłem, odskakując na bok. Chwilę
czekałem, aż czerwone światła zniknęły w ciemnościach. Było
okropnie zimno, bo z piaszczystej pustyni dmuchał wiatr. Skoczyłem
do swego własnego pociągu ale tym razem już nie do wagonu trzeciej
klasy - i położyłem się spać. Gdyby czerwonobrody był mi dał jaką rupję, byłbym ją
schował na pamiątkę tej bądz co bądź dziwnej afery. Tak jednak za
całą nagrodę pozostało mi zadowolenie ze spełnienia obowiązku. Później dopiero przyszło mi na myśl, że dwóch podobnych do
tych moich przyjaciół w "gentlemenów", udających korespondentów
pism angielskich, nie może zrobić nic dobrego i że jeśli zaczną
szantażować którego z tyranów jakiegoś małego państewka środkowych
Indyj lub południowej Radżputany, to gotowi narazić się na poważne
nieprzyjemności. Z tego powodu zadałem sobie trochę trudu w
opisaniu ich, jak najdokładniej sobie mogłem przypomnieć, osobom,
którym ewentualnie mogłoby zależeć na usunięciu ich. Jak mnie też
później poinformowano, udało mi się dzięki temu cofnąć ich od
granic państwa Degumber. I znowu stałem się porządnym człowiekiem i wróciłem do
redakcji, gdzie już nie było królów, ani żadnych nadzwyczajnych
wypadków, a tylko codzienne fabrykowanie gazety. Redakcja w dziwny
jakiś sposób przyciąga ludzi wszelkiego rodzaju ze szkodą dla
samego zawodu. Damy z misji "Zenana" przychodzą i proszą, żeby
redaktor natychmiast porzucił wszystkie swe obowiązki dla opisania
rozdania nagród w szkółce chrześcijańskiej w jakiejś absolutnie
niedostępnej wiosce. Pominięci w awansie pułkownicy siadają i
szkicują w ogólnych zarysach serję po dziesięć, dwanaście albo i
dwadzieścia cztery artykuły wstępne przeciw protekcji. Rozbite
trupy teatralne silą się wytłumaczyć, że nie mogą w tej chwili
zapłacić za ogłoszenia, ale zrobią to z procentem po powrocie z
Nowej Zelandji lub z Tahiti. Wynalazcy patentowanych "punkah",
aparatów do łączenia wozów, nie łamiących się szabel lub toporzysk
przychodzą z listami imiennemi w kieszeniach podając, w których
godzinach są wolni. Firmy herbaciane wchodzą bez ceremonji i piszą
prospekty redakcyjnemi piórami. Sekretarze komitetów balowych
domagają się większego entuzjazmu w opisie tańców. Dziwne jakieś
damy wpadają, domagając się "stu damskich biletów wizytowych,
wydrukowanych odrazu", co również niby należy do obowiązków
redaktora, zaś każdy wałęsający się po wielkim indyjskim gościńcu
wypędek bez zajęcia uważa za swój obowiązek przyjść i żądać dla
siebie posady korektora. Równocześnie telefon dzwoni, jak wściekły,
mordują królów na kontynencie, cesarstwa mówią: - My to zrobimy
inaczej! - Mr. Gladston piorunuje na Dominja Brytańskie a mały,
czarny chłopak z drukarni bzyka nad głową jak zmęczona pszczoła
"kaa-pi czaj-ha-ych"(potrzeba manuskryptu), zaś papier jest czysty
jak tarcza Modreda. Tak się to dzieje w przyjemniejszej i zabawniejszej części
roku. Nadchodzi drugich sześć miesięcy, podczas których nikt się w
redakcji nie zjawia, rtęć w termometrze cal po calu skacze w górę,
w redakcji, wyjąwszy lampę na biurku, jest zupełnie ciemno, maszyny
aż pieką, kiedy ich dotknąć, nieledwie do czerwoności rozpalone z
gorąca, a nikt nie pisze nic prócz opisów zabaw w miejscach
klimatycznych w górach lub wzmianek pośmiertnych. Telefon zmienia
się w dzwoniącego upiora, bo mówi tylko o śmierci dobrze znanych
mężczyzn i kobiet, z gorąca pot występuje na czoło i siada się, i
pisze: - O małym wzroście epidemji donoszą z dystryktu Khuda Janta
Chan. Wybuch epidemji jest w naturze swej sporadyczny i dzięki
energji władz został stłumiony w zarodku. Mimo to z wielkim żalem
notujemy śmierć itd.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.