Nuvole bianche. Białe chmury. Tom 2 - Adrianna Ratajczak

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Co­py­ri­ght ? 2024 by Ad­rianna Ra­taj­czak Co­py­ri­ght ? 2024 for this edi­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
W po­wie­ści wy­ko­rzy­stano frag­menty po­niż­szych utwo­rów: J. Au­sten, Duma i uprze­dze­nie w prze­kła­dzie Anny Przed­peł­skiej-Trze­cia­kow­skiej, Świat Książki, War­szawa 2008 "The Scot­sman", nr 1, 25 stycz­nia 1817 r., tłum. Ad­rianna Ra­taj­czak
Pro­jekt gra­ficzny okładki Ur­szula Gi­reń
Skład i ła­ma­nie Ra­do­sław Stęp­niak
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Ni­niej­szy utwór jest fik­cją li­te­racką. Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych po­staci - ży­ją­cych obec­nie lub w prze­szło­ści - oraz do rze­czy­wi­stych zda­rzeń i miejsc jest czy­sto przy­pad­kowe.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
ISBN 978-83-8265-873-6
Gorzka Cze­ko­lada jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

To było nie­spra­wie­dliwe.

Nie­spra­wie­dliwe było mó­wić mu coś ta­kiego, pa­trząc przy tym pro­sto w oczy, a po­tem do­ko­ny­wać wy­boru. Ale Ali­stair Man­ners nie był tym ani tro­chę za­sko­czony. Ży­cie już wie­lo­krot­nie mu po­ka­zało, że nie mo­gło być tak, jak so­bie tego za­ży­czył. Tyle że on sam miał w zwy­czaju do­trzy­my­wać da­nego słowa, więc oczy­wi­stym było, iż wy­bie­rze się do Gla­mis.

Wcze­śniej jed­nak mu­siał do­mknąć kilka spraw w Lon­dy­nie. I cho­ciaż Aimil wy­je­chała, to jej duch to­wa­rzy­szył mu nie­mal na każ­dym kroku, nie­ustan­nie przy­po­mi­na­jąc o sy­tu­acji z parku, a tym sa­mym pod­sy­ca­jąc gniew tlący się w ży­łach diuka.

Tak, Ally był zły. W za­sa­dzie na­wet wście­kły, mimo że nie za­wsze do­pusz­czał to do świa­do­mo­ści. Cza­sami prze­kli­nał tę szkocką cza­row­nicę pod no­sem, za­sta­na­wia­jąc się, dla­czego jest tak cho­ler­nie uparta i dla­czego za główny cel swo­jego ży­cia ob­rała ucieczkę przed nim.

A cza­sami... cóż, cza­sami po pro­stu za nią tę­sk­nił. Kiedy prze­glą­dał ko­re­spon­den­cję, czę­sto na­tra­fiał na nowe oferty. Wów­czas przy­ła­py­wał się na tym, że za­sta­na­wia się, co by na nie po­wie­działa Aimil - czy szu­ka­łaby in­nego roz­wią­za­nia, które spra­wi­łoby, że nowy biz­nes stałby się bar­dziej opła­calny? Gdy czy­tał po­ranną ga­zetę, uśmie­chał się pod no­sem, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nie ich spo­tka­nia w domu jej wu­jo­stwa, do któ­rego matka za­cią­gnęła go pod­stę­pem. In­nym ra­zem, w trak­cie po­szu­ki­wań pew­nej książki, wy­da­wało mu się, że mię­dzy re­ga­łami mi­gnął cień ko­biety - aż za do­brze pa­mię­tał ten mo­ment, gdy na chwilę za­po­mnieli, co się dzieje do­okoła, wpa­da­jąc w ob­ję­cia na­mięt­no­ści. Z ko­lei pod­czas spa­ceru ze Skan­da­lem pod­świa­do­mie skie­ro­wał się do miej­sca, gdzie po raz ostatni ją wi­dział, gdzie nie­malże po­tłu­kła mu serce na ka­wałki.

Nie­obec­ność Aimil - fi­zyczna, bo jej wspo­mnie­nie prze­śla­do­wało Ali­sta­ira nie­malże na każ­dym kroku - fak­tycz­nie wzbu­dzała w nim całą gamę sprzecz­nych uczuć. Nie­wąt­pli­wie naj­gor­szy z nich był lęk. Diuk miał wra­że­nie, że to przed­smak jego przy­szło­ści - do­kład­nie tak wy­glą­da­łaby ona bez Meli.

I choć wie­dział, że w ży­ciu zda­rzały się gor­sze rze­czy, a w los ary­sto­kra­tów wpi­sano aran­żo­wane mał­żeń­stwa, to czuł ca­łym sobą, że nie po to wy­rwał się śmierci na woj­nie, by do końca swo­ich dni tkwić w związku z ko­bietą, któ­rej nie ko­chał.

Na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia diuk wró­cił do Be­aver Ca­stle i krótko po No­wym Roku wy­ru­szył w drogę. Nad­szedł dzień, w któ­rym matka oraz ciotka Be­atrice wy­mow­nymi spoj­rze­niami oraz mało dys­kret­nymi alu­zjami dały mu do zro­zu­mie­nia, że nie jest mile wi­dziany we wła­snym domu. Poza tym dał słowo, a po­nie­waż był czło­wie­kiem ho­no­ro­wym, obiet­nic do­trzy­my­wał.

I tak oto tra­fił do Szko­cji, a kon­kret­niej do Gla­mis.

Po­wóz prze­je­chał przez główną bramę pro­wa­dzącą do ma­jątku Lyon-Bo­we­sów. Wrota wy­ko­nane z czar­nego że­liwa umo­co­wano na dwóch ka­mien­nych słu­pach za­koń­czo­nych po­są­gami sie­dzą­cych lwów. Droga do zamku wio­dąca mię­dzy równo po­sa­dzo­nymi, wy­so­kimi drze­wami le­ni­wie opa­dała w dół nie­wiel­kiego wznie­sie­nia.

Ali­stair po­ru­szył nie­spo­koj­nie dłońmi, sku­pia­jąc wzrok na skó­rza­nych rę­ka­wicz­kach. Ostat­nią noc spę­dził w po­bli­skim za­jeź­dzie. Pla­no­wał od­po­cząć, na­sta­wić się psy­chicz­nie na spo­tka­nie, jed­nak po­sław­szy do zamku wia­do­mość o swoim przy­jeź­dzie, nie mógł zna­leźć dla sie­bie miej­sca. Krą­żył nie­spo­koj­nie po izbie sy­pial­nej, ocze­ku­jąc na od­po­wiedź, ale gdy ta na­de­szła, wcale nie po­czuł ulgi. Te­ar­lach Lyon-Bo­wes za­pew­nił go, że za­pro­sze­nie po­zo­sta­wało ak­tu­alne i na­tu­ral­nie bę­dzie go wy­glą­dał na­stęp­nego dnia. Wy­da­wa­łoby się, że po ta­kim za­pew­nie­niu diuk wresz­cie bę­dzie spał spo­koj­nie, jed­nak wąt­pli­wo­ści na­dal go nie opusz­czały.

Po­wóz w końcu się za­trzy­mał, po­zwa­la­jąc Ali­sta­irowi ode­tchnąć z ulgą. Im prę­dzej bę­dzie miał to za sobą, tym le­piej. A poza tym w końcu miał zo­ba­czyć ten prze­klęty za­mek, o któ­rym tak wiele sły­szał nie tylko z ust Aimil, ale także lo­kal­nych miesz­kań­ców. Nie­stety, wie­ści szybko się roz­cho­dziły - wy­miana ko­re­spon­den­cji mię­dzy ob­cym a Gla­mis nie po­zo­stała nie­zau­wa­żona. Cho­ciaż Ally o to nie pro­sił, zo­stał ukrad­kowo ura­czony kil­koma opo­wie­ściami o sta­rym ro­dzie Lyon-Bo­we­sów... i to się­ga­ją­cymi kilku po­ko­leń wstecz.

Ma­wiano, że Lyon-Bo­we­som nie po­winno się wcho­dzić w drogę, bo za po­zor­nie miłą fa­sadą kryły się bez­duszne kre­atury. Z dużą dozą scep­ty­cy­zmu Ally wy­słu­chał hi­sto­rii o tym, jak je­den z wcze­śniej­szych hra­biów urzą­dził po­lo­wa­nie na czar­no­skó­rego nie­wol­nika, któ­rego w ogro­dzie, ku ucie­sze ob­ser­wu­ją­cych za­wody dam, ro­ze­rwały psy. Po­noć duch nie­szczę­śnika krą­żył po dziś dzień po te­re­nach po­sia­dło­ści, ostrze­ga­jąc na­iw­niej­szych przed tym, co ich czeka.

Jak się oka­zało, z ro­dem i po­sia­dło­ścią wią­zała się jesz­cze jedna krwawa hi­sto­ria. Bo­dajże dwa wieki temu ja­kaś ro­dzina z oko­licy, utra­ciw­szy dach nad głową, po­pro­siła ów­cze­snego lorda o schro­nie­nie. Za­mknięto ich jed­nak w lo­chu, po­zo­sta­wia­jąc bez po­ży­wie­nia. Po trzech mie­sią­cach wy­pusz­czono zdzi­cza­łego męż­czy­znę, który, jak się oka­zało, za­bił, a na­stęp­nie zjadł swoją żonę i dzieci, by prze­żyć.

Opo­wie­ści te w isto­cie brzmiały nie­po­ko­jąco - Ali­stair, słu­cha­jąc ich, nie­raz się wzdry­gnął, lecz w przy­pły­wie roz­sądku uznał, że na­leży wło­żyć je mię­dzy wy­jąt­kowo ma­ka­bryczne bajki. Je­śli były praw­dziwe, od tych wy­da­rzeń mi­nęło co naj­mniej sto lat, trudno za­tem było prze­ło­żyć je na obecne re­alia.

Poza tym diuk od­niósł wra­że­nie, że nie­szcze­gól­nie prze­pa­dano tu­taj za ob­cymi, zwłasz­cza za An­gli­kami, w do­datku ta­kimi, któ­rzy słali li­sty do zamku. Ta nieco wy­mu­szona ga­da­nina go­spo­da­rza za­jazdu miała go ra­czej tro­chę na­stra­szyć i znie­chę­cić do tego, po co tu­taj przy­je­chał. Cóż, nie­trudno było się do­my­ślić, jaki cel krył się za tą nie­ocze­ki­waną wi­zytą.

Ali­stair wy­siadł z po­wozu i za­czerp­nął chłod­nego po­wie­trza. Wzdry­gnął się, gdy ostry po­dmuch mroź­nego wia­tru owi­nął się do­okoła jego syl­wetki, wzbi­ja­jąc przy oka­zji w po­wie­trze dro­binki śniegu. Męż­czy­zna z za­in­te­re­so­wa­niem ro­zej­rzał się do­okoła - za sobą po­zo­sta­wił długą aleję wio­dącą w stronę bramy, a na­stęp­nie mia­steczka. Wo­kół roz­cią­gały się po­kryte świeżą war­stwą pu­chu traw­niki cią­gnące się aż do ciem­nej li­nii drzew igla­stych. Sam ten wi­dok wy­star­czył, by zro­zu­miał. Nic dziw­nego, że Aimil wy­soko ce­niła so­bie wol­ność zwią­zaną z tym miej­scem.

Spoj­rze­nie Man­nersa po­wę­dro­wało w stronę ma­syw­nego bu­dynku. Rze­czy­wi­ście mógł onie­śmie­lać, ba, na­wet wzbu­dzać nie­po­kój, gdyby tylko wie­rzyć w któ­rąś z za­sły­sza­nych opo­wie­ści. Gla­mis ani tro­chę nie przy­po­mi­nało ro­do­wej po­sia­dło­ści diuka Ru­tland, cho­ciaż obie zwano zam­kami. Be­lvoir Ca­stle, mimo usy­tu­owa­nia na wzgó­rzu, ze­wnętrz­nych for­ty­fi­ka­cji oraz mu­rów, któ­rych aku­rat szkoc­kiej bu­dowli bra­ko­wało, spra­wiało wra­że­nie luk­su­so­wego lo­kum. Na­to­miast Gla­mis wy­raź­nie od­py­chało, po­nuro su­rowe i nie­przy­stępne. Ide­al­nie nada­wało się na miej­sce ak­cji jed­nego z tych po­czyt­nych go­tyc­kich ro­man­sów uwiel­bia­nych przez cio­cię Be­atrice.

Jed­nego nie można było od­mó­wić sie­dzi­bie Lyon-Bo­we­sów - była po­tężna. Cen­tralną część za­mczy­ska zaj­mo­wała wy­soka na trzy, może cztery, pię­tra wieża, z któ­rej wy­ra­stało kilka mniej­szych i na któ­rej umiesz­czono tar­czę ze­gara. Od niej od­cho­dziły dwa skrzy­dła, po­łu­dniowe oraz za­chod­nie, każde za­koń­czone basztą. Mimo cał­kiem spo­rych okien i nieco baj­ko­wej kon­struk­cji Gla­mis pierw­sze wra­że­nie i tak nie było po­zy­tywne.

Po­krę­cił głową, wy­rwaw­szy się z za­my­śle­nia. Po pro­stu za dużo na­słu­chał się opo­wie­ści go­spo­da­rza za­jazdu. Za­mek jak za­mek.

- Wa­sza mi­łość! - Po­tężne drzwi ulo­ko­wane u pod­stawy głów­nej wieży za­trza­snęły się z hu­kiem za Te­ar­la­chem Lyon-Bo­we­sem, który szyb­kim kro­kiem zmie­rzał w jego stronę, uśmie­cha­jąc się po­god­nie. - A już za­czą­łem się mar­twić, że diuk po­rzu­cił po­mysł zło­że­nia nam wi­zyty. - Za nim w kie­runku po­wozu Ali­sta­ira prze­mknęło kilku lo­kai. Za przy­zwo­le­niem jego oso­bi­stego ka­mer­dy­nera, Tho­masa, za­częli roz­pa­ko­wy­wa­nie ba­gaży.

- Pla­no­wa­łem przy­je­chać wcze­śniej, ale chyba nikt nie spo­dzie­wał się aż tak su­ro­wej zimy - od­po­wie­dział szcze­rze Ali­stair, wy­cią­ga­jąc do wi­ceh­ra­biego dłoń.

- Woli diuk zo­ba­czyć przy­go­to­wane dla niego po­koje i od­po­cząć przed wie­czorną uro­czy­sto­ścią czy ze­chciałby może uczy­nić mi za­szczyt i po­znać mo­jego ojca? - za­gad­nął Lyon-Bo­wes, od­wza­jem­nia­jąc uścisk.

Ali­stair wy­ra­ził wolę spo­tka­nia z hra­bią. Nim po­dą­żył za pro­fe­so­rem, jako ten sto­jący wy­żej w hie­rar­chii za­pro­po­no­wał, by zwra­cali się do sie­bie po imie­niu. Nie czuł się skrę­po­wany ty­tu­la­turą, lecz ze względu na oko­licz­no­ści mniej­szy for­ma­lizm wy­da­wał mu się znacz­nie bar­dziej wła­ściwy.

Przy­sta­nął przed wej­ściem, zwra­ca­jąc uwagę na umiesz­czoną nad ma­syw­nymi drzwiami pła­sko­rzeźbę sta­no­wiącą od­zwier­cie­dle­nie ro­do­wego herbu. Jej kre­mowy od­cień wy­raź­nie od­zna­czał się na tle czer­wo­nej ce­gły, z któ­rej zbu­do­wano za­mek. Roz­cią­gnięty w wa­lecz­nej po­zie lew oraz trzy łuki, kto by po­my­ślał.

Diuk wziął głę­boki od­dech, a na­stęp­nie wkro­czył za go­spo­da­rzem do domu. To tu­taj wy­cho­wała się ko­bieta jego ży­cia i tego domu tak bar­dzo nie chciała opu­ścić.

Do Gla­mis wcho­dziło się przez główną wieżę, która oka­zała się klatką scho­dową. Wy­glą­dała rów­nie su­rowo jak za­mczy­sko z ze­wnątrz. By­łoby tu znacz­nie mrocz­niej, gdyby nie roz­sta­wione lampy. Praw­do­po­dob­nie ze wzglę­dów obron­nych okna w wieży były wą­skie i sto­sun­kowo małe - wpa­da­jące przez nie świa­tło dzienne nie by­łoby w sta­nie roz­pro­szyć kłę­bią­cych się tu­taj ciem­no­ści.

Gdy tak wspi­nali się na pię­tro, a stu­kot okuć pod ich obu­wiem niósł się echem, Ali­stair zo­rien­to­wał się, że w zamku było ci­cho, zu­peł­nie jakby nikt poza nimi w nim nie prze­by­wał, co po­wi­tał z ża­lem. Miał na­dzieję zo­ba­czyć Aimil, w za­sa­dzie łu­dził się, iż ko­bieta wyj­dzie go po­wi­tać, a jed­nak...

- Po­sta­no­wi­łem nie mó­wić Aimil o twoim przy­jeź­dzie - po­in­for­mo­wał go nie­ocze­ki­wa­nie Te­ar­lach, naj­wy­raź­niej czy­ta­jąc mu w my­ślach. - Uzna­łem, że sam po­wi­nie­neś za­de­cy­do­wać o tym, w jaki spo­sób po­in­for­mo­wać ją o celu swo­jej obec­no­ści tu­taj. W tej chwili jest w szklarni, na ze­wnątrz.

Ally zmy­lił krok, omal nie po­tknął się o sto­pień. Py­ta­nia o Aimil bo­le­śnie mu cią­żyły, nie po­zwa­la­jąc na swo­bodne za­czerp­nię­cie po­wie­trza. Mu­siał się wręcz po­wstrzy­my­wać przed wy­po­wie­dze­niem ich na głos.

- Z two­ich słów wnio­skuję, że nie bę­dzie uszczę­śli­wiona z po­wodu mo­jego przy­jazdu - zdo­łał wy­krztu­sić.

Do tej pory z za­in­te­re­so­wa­niem roz­glą­dał się do­okoła, te­raz zaś na­tych­miast prze­stał. Praw­do­po­do­bień­stwo, że wy­pa­trzy gdzieś Aimil, zma­lało do zera.

Gdzie znaj­do­wała się ta cho­lerna szklar­nia? Czy mógłby tam pójść, nim po­zna hra­biego? A przede wszyst­kim, jak Mela za­re­ago­wa­łaby na jego, Ali­sta­ira, wi­dok? Czy ucie­szy­łaby się? A może zna­la­złaby ja­kąś wy­mówkę, by unik­nąć spo­tka­nia z nim?

Tar­gany wąt­pli­wo­ściami Ally po­ko­nał ostatni ze stopni, by zna­leźć się w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu na pię­trze. Zda­wało się jesz­cze bar­dziej zło­wiesz­cze ani­żeli śre­dnio­wieczna klatka scho­dowa, gdyż z uwagi na po­ło­że­nie w sa­mym cen­trum domu w tym po­koju nie było żad­nych okien. Mrok roz­pra­szał je­dy­nie pło­nący w ko­minku ogień, któ­rego cie­nie tań­czyły na orze­cho­wej pod­ło­dze oraz ścia­nach wy­ło­żo­nych bo­aze­rią w zbli­żo­nym ko­lo­rze. Tak się przy­naj­mniej diu­kowi wy­da­wało, na do­kład­niej­sze oglę­dziny było bo­wiem zbyt ciemno.

- Może na po­czątku - od­parł Te­ar­lach, idąc da­lej sprę­ży­stym kro­kiem po gru­bym dy­wa­nie. - Za do­brze ją znam, by uwie­rzyć w to, że je­steś jej obo­jętny - do­koń­czył zda­nie, na­ci­ska­jąc na klamkę. Ge­stem za­pro­sił go do po­miesz­cze­nia.

Ali­stair przy­sta­nął w progu, by wy­mie­nić z młod­szym męż­czy­zną dłu­gie spoj­rze­nie. Pró­bo­wał coś od­czy­tać z twa­rzy Lyon-Bo­wesa, od­na­leźć w oczach kpinę, do­strzec ją w drga­ją­cym ką­ciku ust - nic po­dob­nego. Te­ar­lach nie wy­glą­dał na ko­goś, kogo trzy­mają się żarty.

- Na wszyst­kie dia­bły tego domu! - Ten okrzyk wy­rwał z za­my­śle­nia obu dżen­tel­me­nów.

Za­in­try­go­wany Ally wszedł do po­miesz­cze­nia z mocno bi­ją­cym ser­cem. Za­mru­gał, pró­bu­jąc czym prę­dzej przy­zwy­czaić się do zmiany na­tę­że­nia świa­tła. Oto wła­śnie wcho­dził do ja­skini lwa, któ­rym z całą pew­no­ścią był oj­ciec Aimil.

Ga­bi­net po­łą­czony z bi­blio­teką wy­da­wał się spory - nieco roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem diuk pró­bo­wał za­re­je­stro­wać wszyst­kie znaj­du­jące się we­wnątrz ele­menty, było ich tam jed­nak przy­tła­cza­jąco wiele. Lyon-Bo­we­so­wie, jak na ary­sto­kra­tyczną ro­dzinę przy­stało, nie­wąt­pli­wie lu­bo­wali się w prze­py­chu.

Więk­szą część ściany, w któ­rej umiesz­czono drzwi wej­ściowe, zaj­mo­wał wy­soki, po­ma­lo­wany na biało ko­mi­nek. Złotą farbą po­kryto wy­tło­czone, skom­pli­ko­wane or­na­menty słu­żące za ozdoby, przy­po­mi­na­jące swym kształ­tem ło­dygi róż. Nie mo­gło za­brak­nąć rów­nież herbu - wid­niał na nim lew oraz trzy łuki. Po obu stro­nach pa­le­ni­ska stały iden­tyczne, wy­ko­nane z ciem­nego drewna ko­mody. Ich blaty za­peł­niono prze­róż­nymi bi­be­lo­tami, ta­kimi jak książki czy­tane przez go­spo­da­rzy, no­tesy czy sza­chow­nice. Dru­gie, bliź­nia­cze drzwi za­sta­wiono na­to­miast okrą­głym sto­łem, na któ­rym zna­la­zło się miej­sce dla srebr­nej tacy oraz por­ce­la­no­wego dzbanka z fi­li­żan­kami.

Trzy wy­so­kie okna na ścia­nie po pra­wej gwa­ran­to­wały do­bre do­świe­tle­nie tego spo­rego po­miesz­cze­nia. Na sze­ro­kich bia­łych pa­ra­pe­tach także za­le­gały rze­czy oso­bi­ste do­mow­ni­ków - na tym naj­bli­żej wej­ścia do­strzegł ko­szyk z ro­bót­kami oraz pu­sty wa­zon, na dru­gim ozdobne krysz­tały, w tym por­ce­la­no­wego, roz­cią­gnię­tego w biegu lwa, a na ostat­nim, usy­tu­owa­nym naj­bli­żej biurka, pię­trzyły się tak do­brze znane mu do­ku­menty - ra­porty, ko­re­spon­den­cja, no­tatki.

Ścianę po le­wej na­to­miast zaj­mo­wały białe re­gały wy­peł­nione po brzegi książ­kami. Nie za­bra­kło także kon­soli na ka­rafki z al­ko­ho­lem, do­bie­gało stam­tąd rów­nież ci­che ty­ka­nie ze­gara. Nie spo­sób było też nie za­uwa­żyć ob­ra­zów, któ­rymi wy­peł­niono wolną prze­strzeń - wi­siały po­mię­dzy oknami i nad nimi, nie­mal do­szczęt­nie przy­sła­nia­jąc kre­mowy ko­lor ścian. Ali­stair po­czuł się odro­binę nie­swojo, zda­wało się bo­wiem, że spoj­rze­nia przod­ków Aimil oraz po­staci hi­sto­rycz­nych utrwa­lo­nych na płót­nie utkwione były w jego oso­bie. Miał wra­że­nie, że bacz­nie śle­dziły każdy jego ruch.

Ale to nie wie­lość ma­lo­wi­deł go za­ska­ki­wała, w końcu, zgod­nie z pa­nu­ją­cym prze­ko­na­niem, im za­moż­niej­sza ro­dzina, tym wię­cej po­sia­dała dzieł sztuki. Za­in­try­go­wały go za­wie­szone nad ko­min­kiem ha­fto­wane cho­rą­gwie i zro­bione z ja­kie­goś ciem­nego su­rowca po­sążki dra­pież­nego ptac­twa zer­ka­jące ze szczytu re­ga­łów, mię­dzy któ­rymi wy­eks­po­no­wano ogromny mo­del czte­ro­masz­to­wego statku. Wy­ko­nano go bar­dzo pre­cy­zyj­nie, przy­kła­da­jąc wagę do naj­mniej­szych de­tali.

Man­ners ob­szedł zaj­mu­jący cen­tralne miej­sce stół bi­lar­dowy. To aku­rat uznał za miłą nie­spo­dziankę, gdyż ro­dzeń­stwo nie wspo­mi­nało mu o po­dob­nego ro­dzaju roz­rywce. Spoj­rze­nie diuka po­wę­dro­wało wresz­cie na prze­ciw­le­gły kra­niec ga­bi­netu, gdzie stało spore biurko, przy któ­rym sie­dział hra­bia.

- Nie zgad­niesz, co ta mała dia­blica wy­my­śliła tym ra­zem - ode­zwał się męż­czy­zna zza biurka. Zmarsz­czył ciemne brwi, po­pra­wia­jąc spo­czy­wa­jące na no­sie dru­ciane oku­lary. Do­czy­tał do końca tekst na kartce, a na­stęp­nie zer­k­nął na jej od­wrót, gdzie nic nie zna­lazł. - Uznała, że mo­żemy za­ło­żyć ho­dowlę róż - wy­ja­śnił, nie zwra­ca­jąc uwagi na dys­kretne chrząk­nię­cie Te­ar­la­cha. - Róże z Gla­mis w ca­łej Szko­cji. - Star­szy dżen­tel­men po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową, zsu­wa­jąc z nosa oku­lary, które odło­żył na blat. - Do­prawdy, ta dziew­czyna wpę­dzi do grobu naj­pierw mnie, a po­tem swo­jego męża. Za­czy­nam ża­ło­wać - tu­taj prze­rwał, aby za­kasz­leć - że da­łem się na­mó­wić na tę pie­kielną szklar­nię... - Pod­niósł wzrok i za­mru­gał, do­strze­ga­jąc w po­miesz­cze­niu nie­zna­jo­mego.

- My­ślę, że no­wym po­my­słem Meli mo­żemy za­jąć się nieco póź­niej - po­wie­dział spo­koj­nie Te­ar­lach, zu­peł­nie jakby był przy­zwy­cza­jony do ta­kich roz­mów. - Wa­sza mi­łość po­zwoli, że przed­sta­wię wa­szej mi­ło­ści Fe­ar­ghasa Lyon-Bo­wesa, hra­biego Stra­th­more i Kin­ghorne, mo­jego ojca.

Hra­bia Stra­th­more i Kin­ghorne, znany przez są­sia­dów jako lord Gla­mis, pod­niósł się zza biurka. Cho­ciaż Ali­stair nie na­le­żał do ni­skich - w Lon­dy­nie wzro­stem prze­wyż­szało go nie­wielu dżen­tel­me­nów - te­raz po­czuł się odro­binę przy­tło­czony. Męż­czy­zna był mu równy wzro­stem, ale szer­szy w ra­mio­nach, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­stawny. Miał ostre rysy twa­rzy - wy­raź­nie za­ry­so­waną szczękę, pełne wargi, a także spory nos, który odzie­dzi­czyła po nim Aimil. Po­dob­nie jak włosy, które mimo przy­strzy­że­nia, upar­cie się krę­ciły.

- Je­stem za­szczy­cony - od­po­wie­dział hra­bia, a w jego brą­zo­wych oczach bły­snęło zro­zu­mie­nie.

- Hra­bio. - Ali­stair ski­nął głową. - Ser­decz­nie dzię­kuję za za­pro­sze­nie.

Przez dłuż­szą chwilę, kiedy w po­koju sły­chać było je­dy­nie ty­ka­nie ze­gara i szmer pło­ną­cego w ko­minku drewna, dżen­tel­meni pa­trzyli so­bie w oczy. Lyon-Bo­wes otak­so­wał Ali­sta­ira wzro­kiem, zu­peł­nie jakby ele­gancki po­dróżny strój, jaki miał na so­bie, mógł coś na jego te­mat po­wie­dzieć. I cho­ciaż jaw­nie oce­nia­jące spoj­rze­nie można było uznać za nie­uprzejme, Ally był na to przy­go­to­wany. Zna­lazł się w ja­skini lwa; mało tego, wszedł do niej do­bro­wol­nie, co jed­nak nie ozna­czało, że da się po­żreć bez walki.

Nim jed­nak zdą­żył przy­jąć obronną pozę, lord Gla­mis par­sk­nął do­no­śnym śmie­chem, od któ­rego Man­ner­sowi aż za­dzwo­niło w uszach. Wy­buch ten za­koń­czył się na­pa­dem pa­skud­nego kaszlu, który hra­bia na szczę­ście szybko opa­no­wał.

- Bar­dzo do­brze, bar­dzo do­brze - wy­mam­ro­tał, ki­wa­jąc z apro­batą głową. Ciężką dło­nią po­kle­pał diuka po ra­mie­niu, a na­stęp­nie wbił w jego bark palce. - Je­śli wa­sza mi­łość na­dal ma za­miar wstą­pić do tej ro­dziny, pro­po­no­wał­bym odło­żyć na bok te na­dęte an­giel­skie kon­we­nanse. - Uśmiech­nął się, wy­pusz­cza­jąc ra­mię Ali­sta­ira z że­la­znego uści­sku. - Je­stem Fe­ar­ghas.

Już wie­dział, po kim Aimil odzie­dzi­czyła tę szczerą bez­po­śred­niość.

- Ali­stair. - Uści­snął wy­cią­gniętą w jego stronę dłoń.

- Ala­stair - prze­krę­cił hra­bia, po­now­nie ki­wa­jąc głową. - To do­bre imię - do­dał, ge­stem za­chę­ca­jąc go­ścia do za­ję­cia miej­sca na so­fie. Uwa­dze diuka nie umknęło, że Tear wy­raź­nie się roz­luź­nił i się­gnął po sto­jące na kon­soli szklanki.

- Gdzie ta dia­blica to scho­wała? - za­sta­na­wiał się na głos Fe­ar­ghas, grze­biąc w jed­nej z szu­flad ko­mody. Skrzy­wił się, za­glą­da­jąc do ko­lej­nej. Osta­tecz­nie, nie kry­jąc zre­zy­gno­wa­nia, otwo­rzył znaj­du­jącą się w po­bliżu szafkę i z trium­fal­nym uśmie­chem wy­jął z niej opa­ko­wa­nie cy­gar. De­li­kat­nym pchnię­ciem chciał za­mknąć drzwiczki, jed­nak te od­sko­czyły, od­ma­wia­jąc po­słu­szeń­stwa.

Hra­bia zmarsz­czył brwi i przyj­rzał się im uważ­nie. Po­now­nie je pchnął, tym ra­zem nieco moc­niej, ale me­cha­nizm znów nie za­sko­czył, szafka po­zo­sta­wała otwarta. Klnąc pod no­sem po szkocku, kil­koma szyb­kimi ru­chami pró­bo­wał do­mknąć me­bel. Po­skut­ko­wał do­piero mało de­li­katny kop­niak.

W tym cza­sie Te­ar­lach po­dał każ­demu szklankę z al­ko­ho­lem, praw­do­po­dob­nie whi­sky, za którą Ally nie­szcze­gól­nie prze­pa­dał. Po­tem pro­fe­sor opadł na jedno z krze­seł, które przy­cią­gnął przed ko­mi­nek.

- Aimil pró­buje od­uczyć mnie pa­le­nia - wy­ja­śnił hra­bia, mosz­cząc się w spo­rym fo­telu usta­wio­nym pod jed­nym z okien, na który Man­ners nie zwró­cił uwagi po prze­kro­cze­niu progu po­miesz­cze­nia. - My­śli, że nie znajdę cy­gar. - Star­szy Lyon-Bo­wes we­tknął so­bie do ust koń­cówkę jed­nego z nich, a na­stęp­nie, nie kry­jąc nie­za­do­wo­le­nia, pod­niósł się, aby uchy­lić spore okno.

Wtedy spoj­rzał na Ali­sta­ira, który wciąż za­sko­czony tym, co się działo do­okoła, stał w tym sa­mym miej­scu. Miał prawo być za­sko­czony, po­dobne za­cho­wa­nie w Lon­dy­nie było nie do po­my­śle­nia. Który po­ten­cjalny teść wła­śnie tak by się za­cho­wał? Gdzie po­dejrz­li­wość? Gdzie kon­we­nanse? Ofi­cjalne for­mułki? Nie­wy­godne py­ta­nia?

- Sia­daj.

Ma­jąc w pa­mięci za­trza­ski­wa­nie szafki kop­nia­kiem, Ali­stair po­słusz­nie speł­nił po­le­ce­nie wy­po­wie­dziane iście ge­ne­ral­skim to­nem. Lord Gla­mis spra­wiał spe­cy­ficzne wra­że­nie, a jed­no­cze­śnie w jego za­cho­wa­niu było coś zna­jo­mego. Ally po­czuł się tak, jakby znowu miał dzie­sięć lat i stał przed swoim oj­cem. Po­przedni diuk Ru­tland rów­nież ema­no­wał au­to­ry­te­tem i ota­czała go aura bez­względ­nej wła­dzy. Za­uwa­żalne były też pewne róż­nice - Edward Man­ners był ra­czej ci­chym, nie­szcze­gól­nie wy­lew­nym dżen­tel­me­nem, pod­czas gdy Fe­ar­ghas Lyon-Bo­wes naj­wi­docz­niej nie krył się z emo­cjami, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

- Za­tem - tu­taj Fe­ar­ghas za­cią­gnął się cy­ga­rem, opa­da­jąc z po­wro­tem na fo­tel obity czer­wo­nym ak­sa­mi­tem - co o tym my­ślisz? - za­gad­nął, prze­su­wa­jąc po bla­cie sto­lika stos pa­pie­rów w kie­runku Ali­sta­ira.

Diuk uniósł brew, się­gnął jed­nak po do­ku­menty. Od razu roz­po­znał cha­rak­ter pi­sma Aimil - wszak pa­mię­tał przy­go­to­waną przez nią opi­nię. Te no­tatki były schludne, bez prze­kre­śleń, do­dat­ko­wych uwag. Czy­sto­pis.

- In­te­re­su­jące - sko­men­to­wał po dłuż­szej chwili. To była bez­pieczna od­po­wiedź, cho­ciaż, wi­dząc spoj­rze­nie star­szego męż­czy­zny, z całą pew­no­ścią nie sa­tys­fak­cjo­nu­jąca.

- In­te­re­su­jące? - po­wtó­rzył za nim Lyon-Bo­wes.

- Oj­cze - mruk­nął wy­raź­nie znu­żony Te­ar­lach, od­ry­wa­jąc się od prze­glą­da­nia ja­kiejś książki, którą naj­pew­niej wziął z po­bli­skiej ko­mody. Fe­ar­ghas jed­nak prze­wró­cił oczami, od­ga­nia­jąc pal­cami dym, jaki przy­sło­nił mu wi­dok po­ten­cjal­nego zię­cia sie­dzą­cego na ka­na­pie.

- Na po­czą­tek trzeba wy­ło­żyć cał­kiem sporą kwotę, co jest zro­zu­miałe, w końcu ro­śliny wy­ma­gają nie tylko od­po­wied­niego za­bez­pie­cze­nia, ale przede wszyst­kim opieki - pod­jął wą­tek Ali­stair, gdy już prze­ana­li­zo­wał pro­po­zy­cję. - Jed­nakże póź­niej­szy zysk, we­dle sza­cun­ków, po­wi­nien po­kryć po­cząt­kowe koszty. Nie­szcze­gól­nie znam się na kwia­tach - przy­znał z pew­nym nie­po­ko­jem - ale oba­wiam się, że w ciągu pierw­szych pię­ciu lat ta in­we­sty­cja może przy­nieść wię­cej strat ani­żeli ko­rzy­ści.

- Po­zwo­lił­byś jej na to? - za­py­tał wprost star­szy z dżen­tel­me­nów, wy­pusz­cza­jąc spo­mię­dzy warg ko­lejny ob­łok dymu.

Py­ta­nie za­wi­sło nad głową diuka ni­czym to­pór nad kar­kiem ska­za­nego. Tak, to była próba, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Co mógł chcieć usły­szeć ktoś taki jak Fe­ar­ghas Lyon-Bo­wes? Pra­gnął za­pew­nie­nia, że Ali­stair zrobi wszystko, by speł­nić ka­prysy jego córki? A może chciał spraw­dzić, jak wiele miał zdro­wego roz­sądku?

Ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzi się spo­dzie­wano, a może wręcz ocze­ki­wano, mo­gła po­cią­gnąć za sobą ko­lejne py­ta­nia, z któ­rych mógłby nie wy­brnąć, gdyby skła­mał. Dla­tego po­sta­no­wił po­wie­dzieć prawdę.

- Mam sporo bie­żą­cych in­we­sty­cji, które wy­ma­gają nad­zoru, i jesz­cze wię­cej na eta­pie pla­nów - od­parł po chwili na­my­słu. - Nie wi­dzę prze­szkód, aby to Aimil w pełni się nie­któ­rymi zaj­mo­wała. Je­żeli jed­nak u pod­staw po­my­słu nie leży nuda, tylko chęć pod­ję­cia sa­mo­dziel­nie ca­łego przed­się­wzię­cia, zgo­dził­bym się, ale może na mniej­szą skalę. - Przez ten cho­lerny dym nie mógł do­strzec miny swo­jego roz­mówcy. - Plany Aimil są da­le­ko­siężne i błęd­nie za­kła­dają nie­które stałe, przy­kła­dowo marże prze­woź­ni­ków bar­dzo czę­sto i szybko ule­gają zmia­nie, rów­nież po­goda jest ostat­nio do­syć nie­prze­wi­dy­walna. Po­zo­staje też kwe­stia tak zwa­nej marki. Dla­tego za­su­ge­ro­wał­bym po­zo­sta­nie na rynku lo­kal­nym, tu­taj, w Szko­cji, gdzie wa­sze róże są znane, a do­piero po­tem, gdyby pro­dukt się przy­jął, spró­bo­wał­bym sprze­daży na więk­szym ob­sza­rze.

- Wi­dzisz? Mó­wi­łem ci - ode­zwał się po­god­nym to­nem Te­ar­lach, się­ga­jąc po do­ku­menty. Ku ogrom­nemu za­sko­cze­niu Ali­sta­ira męż­czy­zna bez więk­szego za­sta­no­wie­nia wrzu­cił no­tatki sio­stry do pło­ną­cego ko­minka.

- Mhm - przy­tak­nął po­mru­kiem hra­bia. Naj­wi­docz­niej nie po­dzie­lał en­tu­zja­zmu syna. - Wo­lał­bym, aby Aimil po ślu­bie za­jęła się tym, czym po­winna zaj­mo­wać się żona. Her­bat­kami, ro­bót­kami, dziećmi... - Zga­sił cy­garo w po­piel­nicy, którą wy­su­nął spod fo­tela. Od­cze­kał chwilę, a na­stęp­nie we­pchnął ją tam z po­wro­tem. - Jed­nak po­woli za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­czego moja córka za­in­te­re­so­wała się An­gli­kiem.

Do­bry Boże, ten czło­wiek ma do­prawdy nie­co­dzienny spo­sób by­cia, prze­mknęło diu­kowi przez myśl. A może to nie kwe­stia Fe­ar­ghasa, a jego, Ali­sta­ira? Może po pro­stu od­wykł od kon­taktu z ludźmi i nie po­tra­fił już la­wi­ro­wać mię­dzy wąt­kami roz­mów, by po­pro­wa­dzić je tak, jak so­bie tego ży­czył? Cho­ciaż... na­wet gdy się­gnął pa­mię­cią do swo­ich sa­lo­no­wych do­świad­czeń, nie po­tra­fił przy­po­mnieć so­bie dżen­tel­mena ta­kiego po­kroju. An­glicy byli fleg­ma­tycz­nie uspo­so­bieni, prze­cią­gali odro­binę wy­razy, pro­wa­dzili wolne, pełne kur­tu­azji roz­mowy, pod któ­rymi nie­rzadko kryło się dru­gie dno.

A Fe­ar­ghas Lyon-Bo­wes był do­kład­nie taki, jak Ally go so­bie wy­obra­żał. Nieco szorstki i sta­now­czy, ale jed­nak do­bry - uwa­dze diuka nie umknął cie­pły błysk, który po­ja­wiał się w oczach star­szego męż­czy­zny za każ­dym ra­zem, gdy wspo­mi­nał o córce. Chciał dla niej jak naj­le­piej, dla­tego spodo­bała mu się jego od­po­wiedź, bo wła­śnie tak po­wi­nien in­ter­pre­to­wać ostat­nie zda­nie. Lord Gla­mis wo­lałby, żeby Aimil za­jęła się ko­bie­cymi za­ję­ciami, bo wie­dział, że tego wy­ma­gałby od niej nie­mal każdy męż­czy­zna. Nie­mal. Bo Ali­stair chciał Aimil taką, jaką była na­prawdę. I był go­towy o nią wal­czyć.

- Czuj się jak u sie­bie w domu - po­wie­dział w końcu hra­bia, wy­ry­wa­jąc się z za­my­śle­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki