Nuvole bianche. Białe chmury - Adrianna Ratajczak

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Co­py­ri­ght ? 2023 by Ad­rianna Ra­taj­czak Co­py­ri­ght ? 2023 for this edi­tion by Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o.
W po­wie­ści wy­ko­rzy­stano frag­menty po­niż­szych utwo­rów: K. Po­klew­ski-Ko­ziełł, Due pro­ces of law, [w:] Insty­tu­cje i dok­tryny praw­no­po­li­tyczne Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki, pod. red. W. So­ko­le­wi­cza, Osso­li­neum 1974, s. 395. S. Wal­toś, P. Hof­mań­ski, Pro­ces karny. Za­rys sys­temu, wyd. XIII, Wol­ters Klu­wer, War­szawa 2016, s. 335. E. Gib­bon, Upa­dek Ce­sar­stwa Rzym­skiego na Za­cho­dzie, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 2000, s. 375 w prze­kła­dzie Ireny Szy­mań­skiej. P.B. Shel­ley, Zmien­ność w prze­kła­dzie Wło­dzi­mie­rza Le­wika, [w:] Po­eci ję­zyka an­giel­skiego, tom II pod red. H. Krzecz­kow­skiego, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 1971, s. 319.
Pro­jekt gra­ficzny okładki Ur­szula Gi­reń
Skład i ła­ma­nie Ra­do­sław Stęp­niak
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Prze­druk lub ko­pio­wa­nie ca­ło­ści albo frag­men­tów książki - z wy­jąt­kiem cy­ta­tów w ar­ty­ku­łach i prze­glą­dach kry­tycz­nych - moż­liwe jest tylko na pod­sta­wie pi­sem­nej zgody wy­dawcy.
Ni­niej­szy utwór jest fik­cją li­te­racką. Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych po­staci - ży­ją­cych obec­nie lub w prze­szło­ści - oraz do rze­czy­wi­stych zda­rzeń i miejsc jest czy­sto przy­pad­kowe.
Me­dia Ro­dzina po­piera ści­słą ochronę praw au­tor­skich. Prawo au­tor­skie po­bu­dza róż­no­rod­ność, na­pę­dza kre­atyw­ność, pro­muje wol­ność słowa, przy­czy­nia się do two­rze­nia ży­wej kul­tury. Dzię­ku­jemy, że prze­strze­gasz praw au­tor­skich, a więc nie ko­piu­jesz, nie ska­nu­jesz i nie udo­stęp­niasz ksią­żek pu­blicz­nie. Dzię­ku­jemy za to, że wspie­rasz au­to­rów i po­zwa­lasz wy­daw­com na­dal pu­bli­ko­wać książki.
ISBN 978-83-8265-652-7
Gorzka Cze­ko­lada jest im­prin­tem wy­daw­nic­twa Me­dia Ro­dzina Sp. z o.o. ul. Pa­sieka 24, 61-657 Po­znań tel. 61 827 08 50 wy­daw­nic­two@me­dia­ro­dzina.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ali­stair ob­ra­cał w dłoni nie­wielki skra­wek pa­pieru zna­le­ziony w jed­nej z szu­flad. Ktoś za­czer­nił go za­ma­szy­stymi li­te­rami za­pi­sa­nymi ciem­nym atra­men­tem. Diuk wy­pu­ścił no­tatkę spo­mię­dzy pal­ców. Pa­trzył, jak z ci­chym szme­rem opa­dła na blat ma­syw­nego dę­bo­wego biurka, za któ­rym sie­dział. Od­chy­lił się na krze­śle, roz­ma­so­wu­jąc dło­nią kark. Po­wiódł spoj­rze­niem po spo­rym po­miesz­cze­niu, za­sta­na­wia­jąc się nad zna­cze­niem wy­ra­zów, które ana­li­zo­wał przez ostatni kwa­drans.

Cho­ciaż od po­grzebu mi­nęło pół roku, męż­czy­zna wciąż nie po­tra­fił oswoić się z my­ślą, że ojca już nie ma. Wręcz prze­ciw­nie - wy­da­wało mu się, że lada mo­ment wy­so­kie drew­niane drzwi, na po­wierzchni któ­rych wy­tło­czono skom­pli­ko­wane wzory, z hu­kiem się otwo­rzą, a wolną prze­strzeń nie­mal w ca­ło­ści wy­pełni syl­wetka diuka Edwarda. Ta­kiego, ja­kim go za­pa­mię­tał - wy­so­kiego, po­staw­nego, peł­nego ener­gii.

Do ga­bi­netu za­glą­dały pro­mie­nie wrze­śnio­wego słońca. Nie gi­nęły w chmu­rze dymu z cy­gar, które oj­ciec tak na­mięt­nie wy­pa­lał, lecz le­ni­wie opa­dały na grzbiety opra­wio­nych w skórę to­misk. Wy­so­kie re­gały się­ga­jące po sam su­fit zaj­mo­wały prawą część po­miesz­cze­nia. Złote pro­mie­nie ze­śli­zgi­wały się po ozdob­nym glo­bu­sie i pa­dały na kwiaty, które upar­cie zno­siła tu du­chessa. Spoj­rze­nie męż­czy­zny za­trzy­mało się na ni­skiej so­fie usta­wio­nej na­prze­ciwko wy­ga­szo­nego ko­minka. Skóra w jed­nym miej­scu była wy­tarta, przez co me­bel nada­wał się do re­no­wa­cji, ale Ali­stair za­pro­te­sto­wał, kiedy matka to za­su­ge­ro­wała.

Trza­ski par­kietu to­wa­rzy­szyły mu od dziecka - pa­mię­tał, jak wie­lo­krot­nie zdra­dzały ojcu jego obec­ność w tym miej­scu. Po­dob­nie było ze znisz­czoną ka­napą, wy­bla­kłymi okład­kami ksiąg czy po­psu­tym, po­kry­tym ku­rzem ze­ga­rem w rogu po­miesz­cze­nia - ro­dzin­nym za­byt­kiem, któ­rego ni­gdy nie na­pra­wiono ze względu na wy­jąt­kowo gło­śne, nie­moż­li­wie iry­tu­jące ty­ka­nie. To wszystko nie wy­glą­dało re­pre­zen­ta­cyj­nie, może i świad­czyło o nie­dbal­stwie, ale dla Ali­sta­ira miało swój urok. Za­wie­rało w so­bie du­cha jego ojca, a to do­da­wało mu otu­chy.

Spo­kój pa­nu­jący w sa­motni prze­rwało prze­cią­głe skrzy­pie­nie, ja­kie wy­dały otwie­rane drzwi. Na chwilę serce męż­czy­zny za­marło, bo na­prawdę my­ślał, że uj­rzy w progu ojca. Już sły­szał jego tu­balny głos, gło­śny śmiech i cięty ko­men­tarz na te­mat miny, jaką zro­bił. Za­miast diuka Edwarda do ga­bi­netu wkro­czyła du­chessa. Ali­stair po­de­rwał się z fo­tela, ale matka ski­nie­niem dłoni na­ka­zała mu usiąść. Zro­bił to do­piero wtedy, kiedy sama przy­sia­dła na brzegu jed­nego z krze­seł usta­wio­nych po dru­giej stro­nie biurka.

Przez chwilę mil­czała, roz­glą­da­jąc się po do­brze zna­nym po­koju. Ali­stair nie wie­dział, czy kie­ro­wała nią cie­ka­wość i je­dy­nie spraw­dzała, ja­kie zmiany wpro­wa­dził w na­le­żą­cym te­raz do niego ga­bi­ne­cie, czy może do­szu­ki­wała się du­cha uko­cha­nego męża w po­zo­sta­wio­nych bi­be­lo­tach. W każ­dym ra­zie cier­pli­wie cze­kał, aż się pierw­sza ode­zwie, cho­ciaż chciał ją za­py­tać, jak się czuje, a także za­pew­nić, że w ra­zie po­trzeby może na niego li­czyć. I po­wie­dzieć, że utrata diuka Edwarda, nie­za­leż­nie od tego, jak się roz­stali, bo­lała go rów­nie mocno, a wi­dok jej sa­mej szlo­cha­ją­cej w chu­s­teczkę z ini­cja­łami ojca roz­dzie­rał mu serce. Jed­nak Man­ner­so­wie ni­gdy nie byli zbyt wy­lewni, dla­tego żadna z tych my­śli nie zo­stała ubrana w słowa.

- Nie wy­cho­dzisz dzi­siaj? - za­py­tała w końcu du­chessa, po­sy­ła­jąc mu blady uśmiech. Po­pra­wiła ma­te­riał czar­nej sukni, a na jej bladą twarz opa­dły pro­mie­nie po­po­łu­dnio­wego słońca. Po­woli przy­mknęła po­wieki, roz­ko­szu­jąc się cie­płem, które wy­gła­dziło na­pięte rysy ko­biety.

- Ża­łoba. Mówi ci to coś? - od­po­wie­dział bar­dziej opry­skli­wym to­nem, ani­żeli za­mie­rzał.

Na wi­dok zmarszczki, która prze­cięła czoło matki, po­czuł wy­rzuty su­mie­nia. Nie chciał być nie­miły, nie dla niej, ale w tej jed­nej kwe­stii nie za­mie­rzał ulec. Zo­stał mu ty­dzień. Póź­niej czerń za­stąpi sza­rość, a ci­szę ga­bi­netu nie­zno­śny gwar so­cjety. Po­wi­nien za­cząć stop­niowo uak­tyw­niać się to­wa­rzy­sko - po­ja­wiać na przy­ję­ciach, ko­la­cjach, ale jesz­cze nie brać w nich czyn­nego udziału.

Gdyby to od niego za­le­żało, mógłby przez ko­lejne trzy mie­siące cho­dzić w czerni i da­lej ukry­wać się w domu, przyj­mu­jąc je­dy­nie in­te­re­san­tów. Wciąż nie oswoił się z my­ślą, że te­raz to on nosi ty­tuł diuka i na nim ciążą wszyst­kie zwią­zane z tym obo­wiązki.

- Miło by­łoby, gdy­byś gdzieś wy­szedł.

- I wyjdę, na ob­rady par­la­mentu - od­parł, pro­stu­jąc się w fo­telu. Przy­su­nął do sie­bie po­tężną księgę z ra­chun­kami. Otwo­rzył ją gwał­tow­nie, czu­jąc na so­bie uważne spoj­rze­nie. Za­czął prze­kła­dać strony za­pi­sane rów­nymi rzę­dami cyfr. W głębi du­cha wie­dział, że matka tak prędko nie da mu spo­koju. To nie było w jej stylu.

- Ali­sta­irze - za­częła ła­god­niej, a po szu­mie ha­lek zo­rien­to­wał się, iż wstała z zaj­mo­wa­nego krze­sła.

Pod­niósł głowę, po­sy­ła­jąc matce py­ta­jące spoj­rze­nie. Nie mu­siała nic mó­wić, bo wy­czy­tał od­po­wiedź z jej oczu. Ża­łoba nie wy­klu­czała cał­ko­wi­cie ży­cia to­wa­rzy­skiego, a je­dy­nie je ogra­ni­czała. A poza tym mar­twiła się o niego. Naj­pew­niej chcia­łaby, aby od­no­wił przy­jaź­nie bądź zwy­czaj­nie z kimś po­roz­ma­wiał o czymś in­nym niż in­te­resy. Może na­wet wy­szedł z domu i to nie­ko­niecz­nie do banku czy par­la­mentu - na spa­cer, prze­jażdżkę konną po parku? Do­kąd­kol­wiek.

Wy­cią­gnęła dłoń, aby po­ło­żyć ją na jego ra­mie­niu. Wzdry­gnął się lekko, od­zwy­cza­jony od ja­kiej­kol­wiek bli­sko­ści i czu­ło­ści, ale się nie od­su­nął. Do­tyk matki miał w so­bie coś nie­sa­mo­wi­tego, ja­kieś ko­jące wła­ści­wo­ści, któ­rych nie po­tra­fił po­jąć. Jakby wraz z tą kru­chą, de­li­katną ręką, którą ostroż­nie, jakby z wa­ha­niem, na­krył swoją, spły­wała na niego nie­wi­dzialna fala spo­koju, cie­pła oraz mi­ło­ści.

- Wiem, że cię to wszystko przy­tła­cza i nie po­tra­fisz od­na­leźć się w no­wej sy­tu­acji - za­częła po­woli - ale to wła­śnie jest ży­cie, do któ­rego cię przy­go­to­wy­wa­li­śmy. To jest świat, do któ­rego na­le­żysz, Ally.

Przy­tak­nął ski­nie­niem głowy, nie wda­jąc się w dys­ku­sję. W ustach czuł dziwną go­rycz.

Ma­wia się, że czas le­czy rany - wy­da­wa­łoby się więc, że sześć mie­sięcy to wy­star­cza­jąco dużo, by po­że­gnać się z uko­chaną osobą. Nic bar­dziej myl­nego. Przez ostatni ty­dzień Ali­stair zma­gał się nie tylko z wła­snymi uczu­ciami, ale rów­nież z wciąż świe­żym i głę­bo­kim smut­kiem matki. Cho­ciaż du­chessa opusz­czała swoje apar­ta­menty i więk­szość dnia spę­dzała w po­miesz­cze­niach na par­te­rze domu, za­cho­wu­jąc przy tym względny spo­kój, Ally wie­dział, że to tylko po­zory, które za­cho­wy­wała, by nie do­kła­dać mu zmar­twień. Może nie wi­dzieli się przez ostat­nie parę lat, może kon­takt ten osłabł, ale więź, jaka ich łą­czyła - matki i syna - była czymś nie­zwy­kle sil­nym.

Wy­ry­wa­jąc się z za­my­śle­nia, po­pra­wił jesz­cze raz wy­soki koł­nierz śnież­no­bia­łej ko­szuli, a po­tem wy­gła­dził opusz­kami pal­ców ma­te­riał czar­nego, nie­dawno uszy­tego fraka pod­kre­śla­ją­cego sze­ro­kie ra­miona oraz wą­ską ta­lię. Przez ostat­nie dni za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób mógłby po­pra­wić du­ches­sie hu­mor. Ma­jąc w pa­mięci roz­mowę od­bytą w ga­bi­ne­cie, uświa­do­mił so­bie, że mi­łość sta­no­wiła coś w ro­dzaju mie­cza obo­siecz­nego - mar­twił się o matkę, tak jak ona mar­twiła się o niego. Dla­tego do­syć nie­chęt­nie po­sta­no­wił przy­jąć jedno z licz­nych za­pro­szeń, ja­kie wpły­nęły ostat­nio do Man­ners Ho­use. De­cy­zja ta - choć ab­so­lut­nie nie była mu w smak, już ob­fi­to­wała w pro­fity - du­chessa wy­rwała się z ma­ra­zmu, w ja­kim trwała całe po­po­łu­dnie i, jak za­uwa­żył, ani razu nie się­gnęła po chu­s­teczkę z ini­cja­łami ojca.

- Po­wóz? - za­py­tał Ali­stair, przy­glą­da­jąc się jesz­cze raz swo­jemu od­bi­ciu w lu­strze. Strój miał ele­gancki i modny, a po la­tach musz­try rów­nież jego sztyw­nej, wy­pro­sto­wa­nej po­sta­wie nie można było ni­czego za­rzu­cić. Po­zo­stały je­dy­nie brą­zowe, wciąż przy­dłu­gie włosy, które nie chciały dać się po­skro­mić. Nie­mniej - tyle po­winno wy­star­czyć, uznał w du­chu, po czym uśmiech­nął się po­nuro, zda­jąc so­bie sprawę, jak bar­dzo był to zna­jomy ob­raz.

Wszystko było ta­kie samo. Ciemny stary dy­wan o pu­szy­stym wło­siu, w jed­nym miej­scu nie­od­wra­cal­nie przy­dep­tany przez wy­pa­sto­wane buty po­przed­nich głów rodu. Wy­soka, nie­ska­zi­tel­nie czy­sta ta­fla za­mknięta w cięż­kiej, wy­ko­na­nej z mo­sią­dzu i po­zła­ca­nej ra­mie. Za­pach mę­skiej wody ko­loń­skiej zmie­szany z za­pa­chem drewna, z któ­rego wy­ko­nano me­ble, i ku­rzu kry­ją­cego się w za­kąt­kach głów­nej sy­pialni.

Wszystko było ta­kie samo, a jed­nak tak bar­dzo inne. Spoj­rze­nie mło­dego diuka po­wę­dro­wało w stronę sto­ją­cej w po­bliżu pufy obi­tej ciem­nym ak­sa­mi­tem. To wła­śnie stam­tąd przy­glą­dał się, jak oj­ciec szy­ko­wał się do wyjść. Na­iw­nie wie­rzył, że bę­dzie mógł cie­szyć się tamtą per­spek­tywą przez ko­lejną de­kadę.

- Go­towy, wa­sza mi­łość.

- A matka?

- Du­chessa wdowa od­po­czywa, wa­sza mi­łość - od­po­wie­dział po­now­nie ka­mer­dy­ner tym do­brze zna­nym, spo­koj­nym to­nem. W końcu słu­żył temu ro­dowi od lat, za­wsze miał wszystko pod kon­trolą.

- Du­chessa - po­pra­wił go twardo Ali­stair. Wie­dział, że Tho­mas nie po­peł­nił błędu, jed­nakże do­póki nie miał żony, nie było po­trzeby sto­so­wa­nia ta­kiego roz­gra­ni­cze­nia. Zresztą wszystko wska­zy­wało na to, że jesz­cze długo stan ten nie ule­gnie zmia­nie.

Wy­szedł z głów­nej sy­pialni, po­zo­sta­wia­jąc w niej zmie­sza­nego ka­mer­dy­nera. Zbiegł po stop­niach ob­ło­żo­nych gra­na­to­wym chod­ni­kiem, kie­ru­jąc się do prze­stron­nego holu, gdzie mi­nął się z lo­ka­jem, który otwo­rzył mu drzwi. Chłodny wie­czorny wiatr owiał twarz wy­cho­dzą­cego oraz jego wy­soką, smu­kłą syl­wetkę. Na­su­nął na głowę czarny ka­pe­lusz o kształ­cie przy­po­mi­na­ją­cym sto­żek - naj­now­szy krzyk mody - i ru­szył po­woli w stronę cze­ka­ją­cego po­wozu.

Wcią­ga­jąc na dło­nie białe rę­ka­wiczki, uświa­do­mił so­bie, że było to pierw­sze to­wa­rzy­skie wyj­ście od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Zła­pał się na my­śli, iż ostat­nio po­ja­wił się na sa­lo­nach w cza­sach mło­do­ści. Przez ten okres tak wiele się wy­da­rzyło. Wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie, wspi­na­jąc się po stop­niach do wnę­trza po­jazdu. Za­wsze uwa­żał, że po­wie­dze­nie o tym, że każdy zmaga się ze swo­imi de­mo­nami, było mocno prze­sa­dzone. W końcu z czym nie mógłby so­bie po­ra­dzić czło­wiek? Co mia­łoby być tak silne, że spę­dza­łoby mu sen z po­wiek? Okra­dało ze spo­koju? Bez­dusz­nie za­my­kało w pu­dełku zde­ner­wo­wa­nia?

Prze­szłość.

Ali­stair cza­sami nie po­tra­fił uciec od wspo­mnień. Nic dziw­nego, w końcu wciąż były sto­sun­kowo świeże. Na­dal sły­szał krzyki, ogłu­sza­jący huk ar­mat, czuł za­pach pro­chu oraz ten do­mi­nu­jący odór krwi zmie­sza­nej ze świeżą chmurą ziemi wzbi­tej przez ostrzał. Pa­mię­tał ich pa­skudny smak.

W dal­szym ciągu bu­dził się z krzy­kiem, o ile w ogóle uda­wało mu się za­snąć - bo czę­sto nie po­tra­fił tego zro­bić. Cie­płe i wy­godne łóżko było dla lu­dzi z jego sfery czymś nor­mal­nym, a dla niego ja­wiło się jako luk­sus, który je­dy­nie przy­wo­ły­wał wy­rzuty su­mie­nia z da­le­kich od­mę­tów umy­słu. Te z ko­lei miały bar­dzo lep­kie macki; gdy raz przy­cze­piły się do my­śli, przez dłu­gie go­dziny nie chciały odejść.

Naj­wi­docz­niej nie­któ­rzy nie mieli szansy po­now­nie za­znać tego przy­wi­leju. Po tym, co prze­szedł na kon­ty­nen­cie, jak miałby za­jąć się nor­mal­nym ży­ciem? Za­rzą­dza­nie ma­jąt­kiem, za­ło­że­nie ro­dziny, sta­ra­nie się o dzie­dzica - ta­kie nor­malne, tak bar­dzo pro­za­iczne i jed­no­cze­śnie tak obce.

Chwi­lowo po­zo­sta­wił te prze­my­śle­nia za sobą. Wy­siadł z po­wozu - do­tar­cie na miej­sce za­jęło mu o wiele mniej czasu, ani­żeli przy­pusz­czał. Po­sta­no­wił sku­pić się na przy­czy­nie swo­jej obec­no­ści tu­taj - chciał, by któ­raś z daw­nych ko­le­ża­nek matki zło­żyła jej wi­zytę i na­po­mknęła o tym, że rze­czy­wi­ście po­ja­wił się na przy­ję­ciu, po­roz­ma­wiał z kil­koma oso­bami, za­in­te­re­so­wał wy­da­rze­niem. Nie­ocze­ki­wa­nie naj­bliż­sza go­dzina ja­wiła się jako bar­dzo długa.

- Pro­szę, pro­szę, kogo ja wi­dzę!

Ali­stair za­trzy­mał się na stop­niach pro­wa­dzą­cych do bu­dynku. Po­woli się obej­rzał, aby uj­rzeć sze­roki uśmiech na twa­rzy Ja­mesa McLe­ada, lorda Hut­ting­ton, który po­woli wspi­nał się po scho­dach, by się z nim zrów­nać. Przez chwilę mie­rzyli się na po­zór obo­jęt­nymi spoj­rze­niami i nie­mal rów­no­cze­śnie za­mru­gali. Wtedy uśmiech McLe­ada zgasł, a brew Ali­sta­ira drgnęła. Ten niemy po­je­dy­nek prze­rwało rów­no­cze­sne par­sk­nię­cie śmie­chem, po ja­kim na­stą­pił mocny mę­ski uścisk.

- Do­brze cię wi­dzieć, Ally.

- Cie­bie także, Ja­mes.

Ra­zem, ra­mię w ra­mię, wkro­czyli do sa­lonu hra­biego We­mbley, w któ­rym już zgro­ma­dziło się sporo osób. Spo­tka­nie miało cha­rak­ter nie­ofi­cjalny, o czym kil­ka­krot­nie wspo­mi­nała du­chessa. Na li­ście go­ści zna­leźli się nie­liczni, je­dy­nie sta­rzy zna­jomi oraz bar­dziej in­te­re­su­jące oso­bo­wo­ści.

In­te­re­su­jące oso­bo­wo­ści, ład­nie ujęte, stwier­dził w du­chu Ali­stair, marsz­cząc czoło. Za­sta­na­wiał się, do któ­rej grupy przy­na­le­żał - ze względu na na­zwi­sko ra­czej do pierw­szej, cho­ciaż wi­dząc kie­ro­wane w jego stronę pełne cie­ka­wo­ści spoj­rze­nia, przy­pusz­czał, że do tej dru­giej. Może po­winno go to za­nie­po­koić albo cho­ciaż odro­binę onie­śmie­lić - fakt, iż zna­lazł się po­śród tylu lu­dzi, w do­datku w roli sen­sa­cji wie­czoru. Nie­szcze­gól­nie go to jed­nak ob­cho­dziło.

Szybki rzut oka na go­ści wy­star­czył, by przy­znać matce ra­cję. Nie mo­gła wy­brać lep­szej oka­zji na jego po­wrót. Sta­ran­nie wy­se­lek­cjo­no­wane grono, które znało Man­ner­sów nie od dziś, miało uła­twić mu po­nowne na­wią­za­nie kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Nie­wąt­pli­wie za naj­więk­szy plus po­czy­ty­wał nie­obec­ność mło­dych pa­nien, które szu­ka­łyby so­bie męża.

Ali­stair z chę­cią ko­rzy­stał z to­wa­rzy­stwa Ja­mesa. Przy­po­mi­nało mu to stare do­bre czasy. Wra­cały pewne przy­zwy­cza­je­nia i od­ru­chy. Udało mu się od­no­wić parę zna­jo­mo­ści z cza­sów szkol­nych oraz za­wrzeć kilka no­wych, co spra­wiło, że nie po­strze­gał tego czasu jako stra­co­nego. Osta­tecz­nie im wię­cej lu­dzi po­zna, tym bar­dziej po­sze­rzy po­ten­cjalne grono kon­tra­hen­tów. Póź­niej ob­ser­wo­wał, jak przy­ja­ciel raz za ra­zem prze­gry­wał w karty - znowu. Pod tym wzglę­dem, mimo upływu lat, nic się nie zmie­niło. Ja­mes był by­stry, nie­zwy­kle spo­strze­gaw­czy, ale te ce­chy sze­ro­kim łu­kiem omi­jały okrą­gły sto­lik i le­żące na nim pa­pie­rowe kar­to­niki.

W oko­li­cach pół­nocy Ali­stair na­wet za­czął nie­śmiało są­dzić, że wie­czór był udany. Co prawda kil­ka­krot­nie czuł się wy­ob­co­wany, parę razy uciekł my­ślami gdzieś w głąb sie­bie. Jed­nakże, jak na pierw­sze to­wa­rzy­skie spo­tka­nie po tylu la­tach, po­szło cał­kiem nie­źle. Udało mu się na ni­kogo nie burk­nąć, nie spoj­rzał krzywo na żad­nego roz­mówcę oraz do­brze ukry­wał ogar­nia­jące go mo­men­tami znu­dze­nie.

Gdy opu­ścił miej­ską po­sia­dłość hra­biego, ni­g­dzie nie za­uwa­żył po­wozu z ro­do­wym her­bem. Wsu­nął ka­pe­lusz pod zgięty ło­kieć, do­ci­ska­jąc go do ciała, i pełną pier­sią ode­tchnął chłod­nym po­wie­trzem, roz­ko­szu­jąc się spo­ko­jem nocy.

- Diuk Ru­tland.

To tyle, je­śli cho­dziło o spo­kój.

Kiedy się od­wró­cił, na­po­tkał by­stre oraz uważne spoj­rze­nie star­szej ko­biety, którą od razu roz­po­znał. Nie spo­sób było jej za­po­mnieć, mimo upływu lat, cho­ciaż ob­raz, jaki no­sił w pa­mięci, nieco róż­nił się od obec­nego. Dama była nie­sa­mo­wi­cie chuda, za­wsze nie­na­gan­nie wy­pro­sto­wana, przez co spra­wiała wra­że­nie su­ro­wej i do­kład­nie tak od­no­siła się do mło­dzieży po­ja­wia­ją­cej się na sa­lo­nach. Te­raz wy­glą­dała na zmę­czoną - znik­nął z jej oczu ten zło­śliwy błysk, a po­stawa zmie­niła się z upły­wem czasu, po­dob­nie jak ko­lor upię­tych wło­sów, które mie­niły się sre­brem w przy­dy­mio­nej po­świe­cie noc­nych lamp.

- Hra­bina Se­fton. - Skło­nił z sza­cun­kiem głowę.

Nie­malże sły­szał w gło­wie śmiech ojca. Ze wszyst­kich ma­tron cho­dzą­cych po Lon­dy­nie mu­siał tra­fić aku­rat na Li­sicę - naj­bar­dziej prze­bie­głą, sprytną, obe­znaną w so­cje­cie ko­bietę. Mo­głaby być jego bab­cią, je­śli nie pra­babką. I jak na ko­bietę w tym wieku przy­stało po­winna wy­po­czy­wać w ro­dzin­nej po­sia­dło­ści na wsi, za­miast pleść nie­wi­dzialne nici po­mię­dzy ludźmi, aby póź­niej za nie znie­nacka po­cią­gać oraz do­pa­so­wy­wać re­la­cje po­szcze­gól­nych osób do wła­snych wy­obra­żeń.

O tak, to wszystko było do­sko­nale prze­my­ślane. To niby przy­pad­kowe spo­tka­nie rów­nież.

- Miło cię wresz­cie zo­ba­czyć w domu, chłop­cze - po­wie­działa. Słu­żący zbli­żył się do niej z pe­lisą ob­szytą ja­snym fu­trem na kra­wę­dziach. We­dług Ali­sta­ira było odro­binę za cie­pło na po­dobne odzie­nie, ale nie sko­men­to­wał tego w ża­den spo­sób. Po­mógł je za­ło­żyć da­mie.

- Twoja matka od­cho­dziła od zmy­słów. Twój oj­ciec za­cho­ro­wał, a ty, za­miast być przy nim, włó­czy­łeś się po Eu­ro­pie za Wel­ling­to­nem - kon­ty­nu­owała. Za­nim owi­nęła się szczel­nie wy­ko­na­nym z dro­giego ma­te­riału okry­ciem, bły­snęła jej dia­men­towa ko­lia.

- Nie ma ni­czego waż­niej­szego od służby dla kraju, hra­bino - od­po­wie­dział grzecz­nie, cho­ciaż nie do końca za­pa­no­wał nad to­nem swo­jego głosu. Był pe­wien, że za­uwa­żyła ema­nu­jący z niego chłód, a po­dejrz­liwe spoj­rze­nie, ja­kie mu po­słała, je­dy­nie to po­twier­dziło.

- Oczy­wi­ście. - Przy­tak­nęła, wska­zu­jąc dło­nią na nad­jeż­dża­jący po­wóz. - Speł­ni­łeś swój ide­ali­styczny mło­dzień­czy obo­wią­zek, więc ro­zu­miem, że te­raz za­mie­rzasz za­jąć się czymś nieco bar­dziej przy­ziem­nym?

Po­słusz­nie za­pro­po­no­wał jej ra­mię, ofe­ru­jąc tym sa­mym wspar­cie. Zi­gno­ro­wał py­ta­nie, uzna­jąc je za stwier­dze­nie. Może nie do końca mu to od­po­wia­dało, może nie­ustan­nie to od sie­bie od­su­wał, ale wie­dział, że prę­dzej czy póź­niej bę­dzie mu­siał się tym wszyst­kim za­jąć.

- Pla­no­wa­łam wy­słać do diuka sto­sowne za­pro­sze­nie - mó­wiła da­lej, scho­dząc ostroż­nie po stop­niach. Uwa­dze Ali­sta­ira nie umknął fakt, iż użyła ty­tułu. - Nie omiesz­kam jed­nak wspo­mnieć o tym już te­raz. W naj­bliż­szą środę or­ga­ni­zu­jemy w Al­mack bal. Bę­dzie na nim sporo pięk­nych nie­za­męż­nych pa­nien, które będą po­trze­bo­wały opieki.

Opieki... Zdu­sił prych­nię­cie. Oczy­wi­ście miała na my­śli coś wię­cej niż spę­dze­nie z ja­kąś dziew­czyną kil­ku­na­stu mi­nut. Jaw­nie su­ge­ro­wała mu, że cho­dziło o zna­jo­mość znacz­nie dłuż­szą, trwal­szą, taką do końca ży­cia. Przy­sta­nął przy stop­niach pro­wa­dzą­cych do po­wozu. Dama po­pa­trzyła na niego swo­imi ciem­nymi oczami, roz­wa­ża­jąc coś w du­chu. Ali­stair po­czuł się odro­binę nie­swojo. Po­dej­rze­wał, że wła­śnie pla­no­wała, z którą panną za­po­znać go jako pierw­szą.

Co zro­biłby oj­ciec? Myśl.

- Dzię­kuję za in­for­ma­cje, hra­bino - od­po­wie­dział, sku­pia­jąc na so­bie po­now­nie uwagę damy. - Do­prawdy do­ce­niam wspa­nia­ło­myśl­ność hra­biny i do­brą wolę, to - prze­chy­lił głowę - nie­sa­mo­wi­cie miłe z hra­biny strony. Ta­kie za­an­ga­żo­wa­nie w edu­ka­cję tych mło­dych pa­nien... My­ślę, że moja matka z przy­jem­no­ścią po­może hra­bi­nie re­ali­zo­wać to jakże wy­ma­ga­jące za­da­nie. Nie­zwłocz­nie prze­każę jej pani prośbę oraz za­pro­sze­nie. - Uśmiech­nął się nie­win­nie, po­ma­ga­jąc lady Mo­ly­neux wsiąść do po­wozu.

Przez chwilę wy­glą­dała, jakby chciała coś po­wie­dzieć. Osta­tecz­nie po­krę­ciła głową, ży­cząc mu spo­koj­nej nocy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Główny sa­lon o wy­so­ko­ści dwóch pię­ter, który optycz­nie wy­dłu­żały i do­dat­kowo po­więk­szały ogromne lu­stra, sta­no­wił serce Be­lvoir Ca­stle, zamku na­le­żą­cego od wie­ków do rodu Man­ner­sów. Ściany po­kry­wała se­le­dy­nowa ta­peta o wy­pu­kłych i skom­pli­ko­wa­nych wzo­rach, którą do­brano tak, by ide­al­nie kom­po­no­wała się ze zdo­bioną złotą sztu­ka­te­rią oraz ro­ze­tami ota­cza­ją­cymi ma­lo­wi­dła na su­fi­cie. Naj­bar­dziej re­pre­zen­ta­cyjne po­miesz­cze­nie w ca­łym domu zwy­kle o tej po­rze ską­pane było w ko­ją­cej ci­szy i pro­mie­niach za­cho­dzą­cego słońca. Wpa­dały one do środka przez spore pro­sto­kątne okna umiej­sco­wione w pół­okrą­głej wieży bę­dą­cej cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem ar­chi­tek­tury bu­dynku.

Na próżno jed­nak było szu­kać słońca, gdy niebo po­kry­wały ciem­no­szare chmury. Pół­mrok pa­nu­jący w po­miesz­cze­niu roz­świe­tlały liczne kin­kiety oraz po­tężny dwu­na­sto­ra­mienny ży­ran­dol. Trudno było rów­nież o spo­kój, gdy na so­fach i w fo­te­lach roz­sie­dli się po­grą­żeni w roz­mo­wach ża­łob­nicy.

Dla­tego Ali­stair, wbrew proś­bom matki, sztywno wy­pro­sto­wany prze­szedł przez główny sa­lon. Mięk­kie per­skie dy­wany tłu­miły dźwięk jego kro­ków. Igno­ru­jąc rzu­cane mu spoj­rze­nia i nie od­po­wia­da­jąc na ad­re­so­wane do niego wy­razy współ­czu­cia, wy­szedł z domu. Żwir chrzę­ścił pod jego sto­pami, gdy prze­mie­rzał roz­le­gły ta­ras. Oparł dło­nie na chłod­nym ka­mie­niu, z któ­rego wy­ko­nano ba­lu­stradę, wziął głę­boki od­dech i po­ru­szył ra­mio­nami, czu­jąc drze­miące w nich na­pię­cie.

Stał tak, wpa­tru­jąc się nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem w za­dbany ogród i ho­ry­zont. Przez chwilę nie my­ślał o ni­czym, roz­ko­szu­jąc się ulotną chwilą spo­koju. Na­wet je­śli ob­ser­wo­wano go z okien wy­cho­dzą­cych na tę część po­sia­dło­ści, czuł się wolny pra­wie tak samo jak w trak­cie dłu­giej i sa­mot­nej po­dróży po Eu­ro­pie.

Ob­szedł po­woli mur, od­szu­ku­jąc ka­mienne stop­nie pro­wa­dzące w głąb ogrodu. Po­dą­żył sta­now­czym, szyb­kim kro­kiem jedną z licz­nych ale­jek. Znowu nie zwra­cał uwagi na równo przy­strzy­żone krzewy ani mie­niące się ko­lo­rami kwit­nące ra­baty. Igno­ro­wał także przy­bie­ra­jący na sile wiatr, który tar­gał jego przy­dłu­gie ciemne włosy.

Chciał być sam. Chciał odejść jak naj­da­lej od tych wszyst­kich lu­dzi, uwol­nić się od cią­żą­cych mu ni­czym okowy za­sad do­brego wy­cho­wa­nia oraz re­guł to­wa­rzy­skich. Nie miał w so­bie wy­star­cza­jąco dużo siły, by da­lej igno­ro­wać mało sub­telne pro­po­zy­cje. Na li­tość, to był po­grzeb jego ojca! Z tru­dem nad sobą za­pa­no­wał, by nie wark­nąć na trze­ciego ary­sto­kratę, który po­sta­no­wił przed­sta­wić mu swoją córkę, dziw­nym tra­fem bę­dącą w wieku od­po­wied­nim do za­mąż­pój­ścia.

Ali­stair odzie­dzi­czył ty­tuł, a wraz z nim ma­ją­tek i liczne obo­wiązki, w tym je­den ko­nieczny, acz przy­kry - mu­siał się ustat­ko­wać, z czego bo­le­śnie zda­wał so­bie sprawę. Od dziecka ni­czym cień po­dą­żała za nim świa­do­mość, że kie­dyś to na­stąpi. Wi­zja za­ło­że­nia ro­dziny po­winna go uskrzy­dlać, do­da­wać mu sił, ale za­miast tego wpra­wiała go je­dy­nie w po­nury na­strój. Nie zno­sił tego.

Na­wet nie za­uwa­żył, kiedy zna­lazł się poza gra­ni­cami wy­pie­lę­gno­wa­nego ogrodu. Przy­sta­nął i obej­rzał się, raz jesz­cze zer­ka­jąc na ma­sywną bryłę Be­lvoir Ca­stle. Bez względu na to, gdzie ak­tu­al­nie prze­by­wał, ten za­mek za­wsze był dla niego do­mem, a te­raz stał się rów­nież jego wła­sno­ścią. Wzdry­gnął się na samą myśl, splótł dło­nie i ru­szył wy­dep­taną ścieżką przez las. Po­goda, po­dob­nie jak sa­mo­po­czu­cie mło­dego diuka, nieco się po­lep­szyła - miej­scami blade pro­mie­nie sło­neczne prze­bi­jały się przez gę­ste ko­rony drzew, aby na­stęp­nie spa­dać po­dłuż­nymi łu­nami na su­chą ściółkę. Każdy jego ruch, naj­mniej­sze na­wet drgnie­nie, po­wo­do­wał wzru­sze­nie pyłu, któ­rego dro­binki wi­ro­wały w fa­scy­nu­jący spo­sób w żół­tym świe­tle.

Za­ga­pił się, przez co w asy­ście gło­śnego pla­sku wdep­nął po ko­lana w grzą­ską, wil­gotną zie­mię mo­kra­deł. Jak mógł o nich za­po­mnieć? Po­woli wspiął się na po­bli­ski ka­mień, a z niego prze­sko­czył na ko­lejny, aż wresz­cie po­czuł pod sto­pami twardy grunt. Do mo­krych ubło­co­nych bu­tów nie­mal na­tych­miast za­częły się kleić wy­su­szone igiełki. Ce­lowo prze­su­nął stopą po ściółce, spra­wia­jąc, że na wil­got­nej skó­rze obu­wia osiadł jesz­cze piach.

Pod­jął wę­drówkę, roz­po­czy­na­jąc wspi­naczkę na Black­berry Hill. Może jego nie­chlujny wy­gląd od­stra­szy od niego tych wszyst­kich lu­dzi cho­ciaż na kilka mi­nut. Zda­wał so­bie oczy­wi­ście sprawę, że na­wet od­py­cha­jący cha­rak­ter tra­cił na zna­cze­niu w ze­sta­wie­niu z jego ty­tu­łem i ma­jąt­kiem.

Wie­dział, co po­my­śla­łaby matka na ten wi­dok - miała za wiele taktu, by po­wie­dzieć coś po­dob­nego na głos - za­pewne coś w stylu: "Zo­sta­łeś diu­kiem, Ally, a ten ty­tuł wy­maga odro­binę wię­cej po­wagi. Gdyby oj­ciec wi­dział...". Jed­nak oj­ciec nie wi­dział, a na­wet gdyby, na pewno nie miałby mu tego za złe.

Wresz­cie do­tarł na szczyt wzgó­rza, gdzie przy­sta­nął, wcią­ga­jąc ze świ­stem po­wie­trze przez roz­chy­lone wargi. Oparł dło­nie o umię­śnione uda. Diuk. Po­krę­cił głową. On im jesz­cze po­każe, co to zna­czy być diu­kiem, jesz­cze się zdzi­wią.

Ali­stair wy­pro­sto­wał się i nie­mal uśmiech­nął, wi­dząc roz­cią­ga­jący się przed nim pej­zaż. Przez chwilę po­dzi­wiał pola oraz łąkę mie­niącą się ko­lo­rami dzi­kich, do­piero co roz­kwi­ta­ją­cych kwia­tów oraz so­czy­stą zie­le­nią wy­so­kich traw. Na­wet nie zda­wał so­bie sprawy, jak tę­sk­nił za tym do­brze zna­nym mu kra­jo­bra­zem.

Naj­więk­szą ra­dość spra­wił mu jed­nak wi­dok czar­nych chmur, które na­dal kłę­biły się w od­dali. Do­sko­nale od­da­wały to, jak się w tam­tej chwili czuł.

Szko­cja, za­mek Gla­mis,

w tym sa­mym cza­sie

- Aimil!

Cięż­kie, ma­sywne drzwi trza­snęły z ta­kim hu­kiem, że naj­pew­niej całe Gla­mis za­drżało w po­sa­dach. Dźwięk po­niósł się echem po oto­cze­niu, spra­wia­jąc, że z po­bli­skich drzew po­de­rwało się stado wron, zło­wrogo kra­cząc. Po­tem za­pa­dła nie­po­ko­jąca ci­sza, którą prze­ry­wał ryt­miczny, cha­rak­te­ry­styczny dźwięk la­ski ojca ude­rza­ją­cej o ka­mie­nie, któ­rymi wy­ło­żono plac przed bu­dyn­kiem.

Młoda ko­bieta po­trzą­snęła gwał­tow­nie głową i przy­spie­szyła kroku. Długa spód­nica sukni, którą spe­cjal­nie wło­żyła na przy­jazd go­ści, zde­cy­do­wa­nie nie nada­wała się na pie­sze wy­cieczki, szcze­gól­nie w taką po­godę. Czuła opla­ta­jące ją i wśli­zgu­jące się pod cienki, de­li­katny ma­te­riał zimno, jed­nak tar­ga­jące nią w tej chwili emo­cje były zbyt silne, by mo­gła przej­mo­wać się ta­kimi dro­bia­zgami. Chwy­ciła tka­ninę w dło­nie, upar­cie po­dą­ża­jąc przed sie­bie - w kie­runku równo przy­strzy­żo­nego traw­nika, a także wid­nie­ją­cej w od­dali li­nii lasu.

- Aimil! - Głos ojca za­brzmiał wy­jąt­kowo sta­now­czo, a kilka gło­śnych stuk­nięć za­wtó­ro­wało mu w celu wzmoc­nie­nia efektu. Na­wet się udało, bo na chwilę, ale tylko na chwilę dziew­czyna zwąt­piła w słusz­ność swo­jego uporu i przy­sta­nęła. - Na­tych­miast wra­caj!

Prych­nęła pod no­sem, po­dej­mu­jąc wę­drówkę i igno­ru­jąc wszech­ogar­nia­jący chłód. Nie za­mie­rzała wra­cać, o nie! Po tym, co wła­śnie usły­szała? Nie­do­cze­ka­nie! Oprócz zło­rze­cze­nia ojca i stu­kotu la­ski do uszu dziew­czyny do­tarł cha­rak­te­ry­styczny tę­tent koń­skich ko­pyt ude­rza­ją­cych o utwar­dzoną na­wierzch­nię dłu­giej alei pro­wa­dzą­cej do zamku. Aimil przy­sta­nęła i po­pa­trzyła w tamtą stronę. Przez dłuż­szą chwilę nie wi­działa nic poza zie­lo­nymi ko­ro­nami sta­rych drzew, póź­niej jej oczom uka­zał się ele­gancki po­wóz ze zna­jo­mym her­bem. Wów­czas po­czuła, jak coś nie­przy­jem­nie skrę­ciło jej się w żo­łądku. Te­raz, kiedy wie­działa, dla­czego ciotka z ku­zynką po­sta­no­wiły zło­żyć im wi­zytę, nie od­czu­wała już żad­nej ra­do­ści.

- Aimil!!!

Oj­ciec był zde­ner­wo­wany, ale ona rów­nież. Z nich dwojga mia­łaby do tego więk­sze prawo. W końcu on zo­sta­nie so­bie tu­taj, w Gla­mis, a ona... Aimil jesz­cze raz spoj­rzała w kie­runku alei, a serce za­biło jej moc­niej, szyb­ciej. Nie podda się bez walki. Je­śli chcą, by wy­je­chała, będą mu­sieli wy­wieźć ją siłą. Dla­tego za­ci­snęła moc­niej palce na ma­te­riale spód­nicy i pu­ściła się bie­giem przez ostat­nie jardy ogrodu, igno­ru­jąc wo­ła­ją­cego za nią hra­biego.

Chciała zna­leźć się moż­li­wie naj­da­lej od domu, od ojca, jego in­tryg i sza­lo­nych pla­nów. Wprost nie wie­rzyła w to, co się działo. Obie­cy­wał, za­rze­kał się, a tym­cza­sem zro­bił do­kład­nie to samo co inni. Po­krę­ciła głową, a czarne loki wsku­tek gwał­tow­nego ru­chu przy­le­piły się do wil­got­nych od łez po­licz­ków. Na­wet nie za­uwa­żyła, że za­częła pła­kać. Po­iry­to­wana od­gar­nęła włosy z twa­rzy, po­cią­ga­jąc ża­ło­śnie no­sem, pod­czas gdy zimny wio­senny wiatr ba­wił się spód­nicą sukni.

Przy­lgnęła do pnia po­bli­skiego drzewa, prze­su­wa­jąc po szorst­kiej ko­rze drżą­cymi dłońmi. Miała ochotę krzy­czeć. Nie chciała je­chać do Lon­dynu i była go­towa zro­bić wszystko, ab­so­lut­nie wszystko, by ten wy­jazd od­wlec. Może i ob­raz miej­skiej so­cjety, jaki kre­owała swoim za­dba­nym pi­smem ku­zynka Ra­chel, był fa­scy­nu­jący, ale tylko wtedy, gdy wy­obra­żała go so­bie, prze­sia­du­jąc w ulu­bio­nym fo­telu i czy­ta­jąc li­sty ze sto­licy. Lu­biła Ra­chel, tro­chę mniej jej matkę, ciotkę Silę, ale... Tup­nęła, da­jąc w ten spo­sób upust swoim emo­cjom, i ode­pchnąw­szy się od drzewa, pod­jęła dal­szą wę­drówkę.

Lady Ce­cily, po­pra­wiła się w my­ślach, w Lon­dy­nie prze­szka­dza im na­wet brzmie­nie na­szych imion.

Dom Aimil był w Szko­cji, na zie­miach rów­nie nie­okrze­sa­nych jak ona sama. Tu­taj nie li­czyły się kon­we­nanse... Do­brze, może jed­nak się li­czyły, ale z całą pew­no­ścią nie tak bar­dzo jak na po­łu­dniu. Za­trzy­mała się, a jej klatka pier­siowa gwał­tow­nie uno­siła się i opa­dała po tym, jak się prze­for­so­wała wspi­naczką na nie­wielki pa­gó­rek.

Wiatr osu­szał po­liczki dziew­czyny, chło­dząc rów­nież bu­zu­jące w niej emo­cje. Gniew Aimil stop­niowo słabł. Ustę­po­wał temu, czego młoda panna nie zno­siła z ca­łego serca - oba­wie. Mo­gła się de­ner­wo­wać, krzy­czeć, pro­te­sto­wać, ba, mo­gła na­wet uciec do brata, ale wie­działa, że oj­ciec do­pnie swego. Wy­śle ją na po­łu­dnie na roz­po­czę­cie se­zonu, a ciotka Sila zrobi wszystko, aby zna­leźć dla niej męża.

I cho­ciaż cały świat - jak są­dziła - sprzy­siągł się prze­ciwko niej, na­wet po­sza­rzałe niebo, po któ­rym sza­leń­czo mknęły nie­mal czarne chmury, Aimil zdała so­bie sprawę, że nie może się pod­dać. Niech bę­dzie, po­je­dzie do tego Lon­dynu. A gdy tylko zo­rien­tują się, że tam nie pa­suje, prędko ode­ślą ją do Gla­mis, do domu.