Nuty znad Brdy - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo wstępne

Są książki, które czyta się dla zagadki, i są takie, które czyta się dla języka. Są kryminały o trupie, śledztwie i winie, oraz powieści o miłości, która nie wygasa nawet wtedy, gdy zamienia się w popiół. Są też opowieści o Polsce lokalnej, cielesnej, uwikłanej w małe układy i wielkie ambicje. Rzadko jednak trafia się książka, która potrafi połączyć te wszystkie żywioły bez fałszywego tonu. "Interwał" należy właśnie do tej rzadkiej kategorii. To powieść, która nie tylko wciąga, ale także rezonuje. Zostaje pod skórą jak dźwięk, który dawno wybrzmiał, a mimo to nadal drży w pamięci.

Punktem wyjścia jest zbrodnia niemal doskonała w swojej teatralności: ciało pierwszego oboisty znalezione na scenie filharmonii, partytura, łaciński dopisek, cisza po dźwięku. Już ten pierwszy obraz ustawia skalę całej opowieści. Autor nie traktuje śmierci jako prostego mechanizmu fabularnego. Trup nie jest tu pionkiem, lecz początkiem symfonii. Wszystko, co później następuje, wyrasta z tego jednego, przejmującego kadru. To bardzo dobry znak. Najlepsze kryminały nie zaczynają się od pytania kto zabił, ale od pytania co właściwie zostało zabite. Człowiek? Uczucie? Prawda? Zaufanie? Może wszystkie te rzeczy naraz.

Największą siłą tej książki jest to, że znakomicie rozumie naturę napięcia. Nie chodzi tylko o tempo, choć tempo zostało rozegrane z dużym wyczuciem. Chodzi o napięcie psychologiczne, moralne i społeczne. "Interwał" od pierwszych stron pokazuje, że zbrodnia nigdy nie dzieje się w próżni. Dzieje się między ludźmi. Dzieje się w sieci zależności, ambicji, upokorzeń i przemilczeń. Dzieje się tam, gdzie władza dotyka słabości, a słabość udaje cnotę. W tej powieści filharmonia nie jest wyłącznie pięknym tłem, kościół nie jest wyłącznie miejscem kultu, a ratusz nie jest wyłącznie urzędem. Wszystkie te przestrzenie mają własną temperaturę i własne sumienie. A może właśnie brak sumienia.

Gábor Fájó jest bohaterem, którego zapamiętuje się długo po zamknięciu książki. Były skrzypek, obecny policjant, człowiek pęknięty dokładnie tam, gdzie zwykle pękają artyści: między dumą a wstydem, między talentem a utratą, między miłością a bezradnością. To postać napisana z czułością i dyscypliną. Nie jest papierowym twardzielem. Nie jest też sentymentalnym wrakiem. Jest kimś znacznie ciekawszym: człowiekiem, który nauczył się rozpoznawać fałsz w dźwięku, a teraz próbuje rozpoznać go w ludzkich twarzach. Jego policyjna przenikliwość wyrasta z muzycznego słuchu, a jego emocjonalna nieporadność z bardzo głębokiej potrzeby prawdy. To bohater na wskroś literacki, a jednocześnie wiarygodny w najdrobniejszych odruchach.

Nie mniej sugestywnie została poprowadzona Rachela Cukier. W literaturze łatwo zrobić z takiej postaci albo femme fatale, albo niewinną ofiarę. "Interwał" unika obu uproszczeń. Rachela jest pełna sprzeczności, a przez to prawdziwa. Piękna i zmęczona. Dumna i zalękniona. Uwikłana, ale nie bezwolna. Jej historia pokazuje z chirurgiczną precyzją, jak działa przemoc subtelna, ta nieoparta na krzyku, lecz na zawłaszczaniu języka, wstydu i potrzeby bliskości. Autor bardzo trafnie rozumie psychologię relacji opartych na dominacji. Wie, że najgroźniejsze więzienia nie mają krat. Mają za to piękne słowa, dobrze dobraną muzykę i człowieka, który potrafi nazwać manipulację duchowym doświadczeniem.

Właśnie dlatego postać Albina Unterhosego działa tak mocno. To jeden z tych antagonistów, którzy nie są straszni dlatego, że są brutalni, ale dlatego, że są inteligentni. Rozumieją język pragnień swoich ofiar. Wiedzą, gdzie należy dotknąć, by człowiek sam oddał klucz do własnego wnętrza. Ten bohater nie jest jedynie kryminalnym czarnym charakterem. Jest figurą uwodzenia, pychy i sakralizowanej przemocy. Autor nie ucieka od ryzyka, jakie niesie taki temat, a zarazem nie popada w tanią sensację. Pokazuje coś znacznie ciekawszego niż skandal: mechanizm. To właśnie mechanizmy są tutaj najważniejsze. Mechanizm władzy. Mechanizm samousprawiedliwienia. Mechanizm społecznego milczenia.

Trzeba powiedzieć również o mieście, bo Bydgoszcz w tej książce jest kimś więcej niż dekoracją. Ma swój zapach, swój rytm, swoją zimową wilgoć, swoje mosty, swoje korytarze instytucji, swoje filharmonie, plebanie i bloki. To nie jest pocztówka ani turystyczna reklama. To żywy organizm, w którym kultura sąsiaduje z prowincjonalną pychą, a piękno architektury z cuchnącą kuchnią lokalnych układów. Autor ma świetne oko do przestrzeni. Potrafi jednym akapitem zbudować obraz, który jest jednocześnie konkretny i symboliczny. Czytelnik nie tylko widzi to miasto. On je słyszy.

A słyszy w tej książce bardzo wiele. Muzyka nie jest tutaj ozdobą. Nie jest tematycznym rekwizytem. Jest językiem konstrukcji i językiem duszy. To niezwykle cenne, bo powieści o muzyce często popadają albo w dekoracyjność, albo w hermetyczny żargon. "Interwał" zachowuje równowagę. Muzyczne terminy pracują na sens, a nie na pokaz erudycji. Każde napięcie ma swój rytm. Każda scena ma swoją dynamikę. Każda relacja brzmi inaczej. Autor bardzo dobrze wie, że muzyka nie służy tu do opisywania świata, tylko do jego rozumienia. Oddech, tempo, pauza, powtórzenie, dysonans, rozwiązanie - wszystko to zostaje przeniesione z partytury do życia. Efekt jest znakomity.

Warto też podkreślić precyzję reportażową tej powieści. Medycyna sądowa, toksykologia, psychologia urazu, technika śledcza, obieg pieniędzy, lokalna polityka, kościelna dyplomacja - te wszystkie elementy zostały wplecione w narrację z dużą kompetencją. Nie czuć tu szkolnej demonstracji wiedzy. Czuć pracę autora, który wie, że szczegół jest godny zaufania tylko wtedy, gdy wynika z człowieka i służy opowieści. Najlepsze partie tej książki przypominają dobre reportaże: chłodne w obserwacji, ale gorące pod spodem. To bardzo trudna sztuka.

Język "Interwału" zasługuje na osobny akapit. Jest obrazowy, ale nie przesadnie ozdobny. Zmysłowy, ale zdyscyplinowany. Potrafi być twardy jak protokół sekcji zwłok, a chwilę później miękki jak fraza z Mahlera. Najbardziej imponuje jednak umiejętność prowadzenia emocji bez epatowania nimi. Autor wie, kiedy trzeba dopowiedzieć, a kiedy lepiej zostawić niedosyt. Wie też, że w kryminale najgłębszy niepokój nie rodzi się z krwi, lecz z prawdy o tym, do czego zdolni są ludzie, jeśli odpowiednio długo nazywa się ich pożądanie miłością, a strach - lojalnością.

To książka o śledztwie, ale także o słuchu moralnym. O tym, jak rozpoznać fałsz tam, gdzie wszyscy klaszczą. O tym, że instytucje często chronią same siebie, a nie tych, którzy potrzebują ochrony. O tym, że człowiek może zdradzić własny talent, własne ciało, własne sumienie, ale i tak przychodzi moment, gdy trzeba stanąć wobec siebie bez orkiestry, bez chóru, bez wymówek. Najciekawsze w tej powieści jest właśnie to, że zbrodnia uruchamia nie tylko śledztwo policyjne, ale też śledztwo egzystencjalne. Kto jest kim, kiedy pękają role? Kogo kochamy, kiedy opadną maski? Co zostaje z człowieka, gdy przestaje mieć gdzie się schować?

Jeśli miałbym powiedzieć jednym zdaniem, czym jest "Interwał", powiedziałbym tak: to kryminał, który zna cenę piękna i nie boi się pokazać, że piękno także może być narzędziem przemocy. A zarazem to powieść, która nie traci wiary w sztukę, nawet kiedy pokazuje jej najciemniejsze okolice. To rzecz dojrzała, gęsta, inteligentna i poruszająca. Czyta się ją z rosnącym napięciem, ale zostaje się w niej dla czegoś więcej niż intryga. Zostaje się dla ludzi. Dla ich głosów. Dla miasta. Dla muzyki, która w tej historii nigdy nie jest tłem, lecz sercem.

Oddaję więc tę książkę czytelnikom z przekonaniem, że trafia do ich rąk rzecz ważna. Nie tylko świetnie skomponowana, ale też uczciwa wobec ludzkiej ciemności. A uczciwość w literaturze bywa dziś rzadsza niż talent. "Interwał" ma jedno i drugie. I właśnie dlatego warto wejść w jego dźwięk od pierwszej strony i pozostać w nim do ostatniej.