Nurek - Håkan Östlundh

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Sta­wiała opór. Nie chciała, żeby znowu ogar­nęły ją ciem­no­ści. Ciem­no­ści nocy i serca. Była tam śmierć. Nie, nie śmierć - mor­der­stwo. Nie chciała się tam zna­leźć, ale i tak...

Pa­no­wała kom­pletna ci­sza. Nie było sły­chać wi­bra­cji po­ru­sza­ją­cego się sa­mo­chodu, od­głosu sil­nika. Uklę­kła na wą­skiej pry­czy i od­cią­gnęła nie­bie­skoszarą za­słonkę od­dzie­la­jącą miej­sce do spa­nia od po­zo­sta­łej czę­ści ka­biny kie­rowcy. Pa­liło się w niej świa­tło. Drzwi od strony pa­sa­żera były uchy­lone. Na ze­wnątrz było ciemno. Żad­nych la­tarni ani świa­teł nad­jeż­dża­ją­cych z na­prze­ciwka aut.

Wi­docz­nie gdzieś skrę­cili, kiedy spała. Miała mgli­ste po­czu­cie, że się obu­dziła, gdy ciężki tir re­du­ko­wał bieg i sil­nik prze­szedł na niż­sze ob­roty. A może to tylko senny ma­jak? Chyba jed­nak nie, to mu­siało się zda­rzyć, bo cię­ża­rówka stała.

W ka­bi­nie kie­rowcy nie było ni­kogo. Dziew­czyna znik­nęła. Tata też. Do­piero te­raz w znacz­nym od­da­le­niu, po le­wej stro­nie, do­strze­gła światła au­to­strady, ale nie do­cierały na wą­ską drogę, na któ­rej tir się za­trzymał. Na­wet nie było sły­chać od­gło­sów cię­ża­ró­wek, o ile w ogóle ja­kieś tędy prze­jeż­dżały. Wpraw­dzie nie była w sta­nie ich zo­ba­czyć, ale po­winny ich mi­jać. Nie­ustan­nie po­zo­stają w ru­chu, także w nocy. Wła­ści­wie zwłasz­cza w nocy.

Do­bie­gło ją upo­rczywe cy­ka­nie świersz­czy. W szo­ferce było cie­pło i duszno, a przez otwarte drzwi do­cie­rał silny za­pach ziemi i ro­ślin. Nie chciała być tu­taj sama. Dla­czego tir się za­trzymał? Do­kąd oni po­szli? Na po­czątku była zbyt za­spana, żeby się bać, ale gdy zro­zu­miała, że jest zu­peł­nie sama, da­leko od au­to­strady i świa­teł, strach wy­peł­nił każdą naj­drob­niej­szą ko­mórkę jej ciała. Ci­cho jęk­nęła. Dla­czego tata zo­sta­wił ją samą? I co się stało z dziew­czyną?

Jesz­cze nie­dawno sie­działa obok niej. Grały w uno, co nie było ła­twe, lecz dziew­czyna jej po­ma­gała. Jak ona wła­ści­wie miała na imię? Nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć. Uśmie­chała się do niej peł­nymi ustami, a jej duże oczy były ra­do­sne. "Cześć, mam na imię..." Nie mó­wiła po szwedzku, ale i tak ła­two ją było zro­zu­mieć. Przed­sta­wiła się. Dla­czego nie pa­mię­tam jej imie­nia?

Usły­szała ja­kiś dźwięk, jakby echo przy­nio­sło jej wła­sny jęk. Szybko pod­czoł­gała się do przodu. Klę­cząc, po­chy­liła się ku bocz­nej szy­bie i przez nią wyj­rzała. To byli oni...

Jenny obu­dziła się w swoim miesz­ka­niu w Slite. W ci­szy sły­szała je­dy­nie wła­sny przy­śpie­szony od­dech. Prze­ra­żona usia­dła w po­ścieli. Znowu miała ten kosz­marny sen. Dla­czego? Była zlana zim­nym po­tem, od­dy­chała płytko, co­raz bar­dziej spa­ni­ko­wana. W cia­snej sy­pialni pa­no­wał za­duch. Wstała z łóżka, po­de­szła do okna, otwo­rzyła je na oścież i za­czerp­nęła po­wie­trza.

Był wrze­sień, w tym roku wy­jąt­kowy. Na Go­tlan­dii lato za­zwy­czaj trwało dłu­żej, ale obec­nie pa­no­wały re­kor­dowe upały, mó­wiono o naj­go­ręt­szym le­cie od przy­naj­mniej dwu­stu lat, bo mniej wię­cej wtedy za­częto pro­wa­dzić po­miary. W ciągu dnia było nie­mal jak w tro­pi­kach. W nocy tem­pe­ra­tura nie spa­dała po­ni­żej dwu­dzie­stu stopni. Upały trwały od czte­rech ty­go­dni i źle się spało w nie­spo­ty­ka­nej o tej po­rze roku lep­kiej du­cho­cie. A je­śli w ogóle miało się pro­blemy ze snem, to trudno było po­rząd­nie się wy­spać.

Jenny stała przez chwilę przy oknie i wpa­try­wała się w noc, wsłu­chi­wała w ci­szę za­kłó­caną je­dy­nie upo­rczy­wym cy­ka­niem świersz­czy. Nie bała się mroku i tego, co na ze­wnątrz, lę­kała się ciem­no­ści w so­bie, gnę­bią­cych ją kosz­ma­rów. Nie chciały jej zo­sta­wić w spo­koju. Wra­cały rów­nie upo­rczy­wie jak świersz­cze pod ko­niec lata, a ona w głębi du­szy wie­działa, z ja­kiego po­wodu.

W piw­ni­cach pa­no­wała przy­ja­zna tem­pe­ra­tura, dzięki któ­rej le­piej się my­ślało, a ciało od­zy­ski­wało wi­tal­ność i siłę. Fre­drik stał pew­nie na ja­snej drew­nia­nej pod­ło­dze strzel­nicy, ca­łej w czar­nych śla­dach po łu­skach. Czuł, że ma kon­takt z wła­snym cia­łem, za­uwa­żał każdy naj­drob­niej­szy ruch. Tu wy­zwo­lił się od upału dzia­ła­ją­cego jak nie­chciane upo­je­nie al­ko­ho­lowe. Mą­cił w gło­wie i po­wo­do­wał opór mię­śni.

Wy­ce­lo­wał w znaj­du­jącą się sie­dem me­trów da­lej tar­czę i na­ci­snął spust. Po od­da­niu strzału lekko opu­ścił broń i spoj­rzał na boki. Wszystko po to, by ćwi­cze­nie było jak naj­bar­dziej re­ali­styczne. Po­wta­rzał je, aż udało mu się strze­lić wszyst­kie osiem razy. Scho­wał pi­sto­let do ka­bury.

Było wpół do ósmej rano. W wol­nym cza­sie wy­zna­czył so­bie do­dat­kową go­dzinę w ty­go­dniu na ćwi­cze­nia w strzel­nicy, która przy­po­mi­nała saunę z po­wodu tłu­mią­cych dźwięki drew­nia­nych pa­neli. Na lewo od niego wi­siały ko­lo­rowe plan­sze wy­ja­śnia­jące, jak działa sig sauer, a pod nimi, na ha­czy­kach, na­usz­niki i oku­lary ochronne.

Obo­wiąz­ko­wych go­dzin było za mało, żeby osią­gnąć przy­zwo­ity po­ziom, jakby sze­fo­stwo przy­my­kało oko na to, że szwedzcy po­li­cjanci w grun­cie rze­czy uży­wali broni je­dy­nie na strzel­nicy, co oczy­wi­ście miało swoje po­zy­tywne aspekty. Po­nad rok temu czter­dzie­sto­letni Fre­drik pierw­szy raz po­słu­żył się służ­bową bro­nią poza strzel­nicą, a był po­li­cjan­tem od szes­na­stu lat, z czego pięt­na­ście prze­pra­co­wał w Sztok­hol­mie. Do tam­tej chwili wy­star­czyło, że wyj­mo­wał broń. Nie­wiele osób ob­staje przy swoim, sta­jąc oko w oko z uzbro­jo­nym po­li­cjan­tem.

Strzał, który mu­siał od­dać po­przed­niego lata, spra­wił, że Fre­drik za­czął się za­sta­na­wiać, jak to moż­liwe, że w Szwe­cji peł­nią służbę po­li­cjanci nie­po­tra­fiący się ob­cho­dzić z bro­nią. Nie wie­dział, ilu ich jest, ale na­wet gdyby tylko kilku, to i tak za dużo. W wielu po­li­cyj­nych jed­nost­kach w ca­łym kraju ko­le­dzy byli zmu­szeni do zło­że­nia służ­bo­wej broni, po­nie­waż osią­gali zbyt słabe wy­niki na strze­la­niach te­sto­wych. A po­li­cjant bez broni to ża­den po­li­cjant. Je­śli przez wiele lat nie zna­lazł się w pod­bram­ko­wej sy­tu­acji, to za­czyna so­bie od­pusz­czać strzel­nicę i tre­ning fi­zyczny. Gdy w końcu cza­sami do­piero po dzie­się­ciu la­tach nad­cho­dzi mo­ment kry­tyczny, może stra­cić ży­cie.

Spraw­dził re­zul­tat. Wy­nik nie za­gwa­ran­to­wałby mu zło­tego me­dalu olim­pij­skiego, ale był wię­cej niż ak­cep­to­walny. Fre­drik wy­strze­lił w ten sam spo­sób jesz­cze je­den ma­ga­zy­nek, na­stęp­nie na­ła­do­wał oba pu­ste ma­ga­zynki i je­den z nich wło­żył do pi­sto­letu.

W szpi­talu do­brze za­jęli się Ninni. Bli­zna po­zo­stała, lecz po za­biegu la­se­ro­wym była le­dwo wi­doczna. W każ­dym ra­zie z da­leka. Fre­drik ni­gdy nie za­po­mni szyb­kiego po­cią­gnię­cia no­żem przez klatkę pier­siową Ninni ani trwa­ją­cych wiecz­ność se­kund, za­nim try­snęła krew i na bluzce wy­glą­dała ni­czym bu­dzący grozę czer­wony kwiat. Wryły mu się w pa­mięć ból wi­doczny na twa­rzy Ninni, utkwiony w nim jej wzrok roz­pacz­li­wie bła­ga­jący o po­moc. Tym­cza­sem on nie był w sta­nie nic uczy­nić. Zmro­ziło go i jed­no­cze­śnie roz­pa­liło do czer­wo­no­ści. Bez­rad­nie pa­trzył, jak jego żona od­cho­dzi.

Zo­rien­to­wał się, że nie scho­wał pi­sto­letu do ka­bury. Jak długo tak stał za­to­piony we wła­snych my­ślach? Uła­mek se­kundy czy kilka mi­nut? Nie wie­dział. Po­czuł zimny pot na czole, a po­tem zdał so­bie sprawę, że dłoń za­ci­śnięta na kol­bie pi­sto­letu jest cała mo­kra. Wy­tarł broń, za­nim wło­żył ją do fu­te­rału. Wziął kilka głę­bo­kich wde­chów i parę razy prze­stą­pił z pięt na palce, jakby chciał strzą­snąć z sie­bie nie­przy­jemne wspo­mnie­nie.

Wy­strze­lał ostatni ma­ga­zy­nek. Tym ra­zem wy­nik był gor­szy. Wciąż do za­ak­cep­to­wa­nia, ale nie­wy­star­cza­jąco do­bry. Z Fre­drika scho­dziły emo­cje. Zdjął oku­lary ochronne, od­wie­sił na­usz­niki i sprząt­nął łu­ski po na­bo­jach, po czym wy­łą­czył lampę sy­gna­li­za­cyjną i otwo­rzył ma­sywne dźwię­kosz­czelne drzwi.

Za drzwiami zde­rzył się z Sarą Oskars­son. Oboje sta­nęli jak wryci.

- Wcze­śnie za­czy­nasz - stwier­dził.

- A ty nie? - od­parła Sara.

Była no­wym na­byt­kiem Wy­działu Kry­mi­nal­nego. Przy­je­chała ze Sztok­holmu, po­dob­nie jak Fre­drik, lecz była od niego młod­sza pra­wie o de­kadę, a do­kład­nie miała trzy­dzie­ści trzy lata. W ko­mi­sa­ria­cie w Söde­rort w Sztok­hol­mie zaj­mo­wała się prze­mocą do­mową i tu też po­wie­rzono jej ta­kie sprawy.

- Ow­szem - od­parł Fre­drik. - Wy­gląda na to, że to je­dyny spo­sób, żeby się roz­ru­szać.

Nie tylko spę­dzał wię­cej go­dzin na strzel­nicy, ale także sta­rał się kilka razy w ty­go­dniu zna­leźć czas na tre­ning w nowo wy­bu­do­wa­nej si­łowni. Było bar­dziej re­gułą ani­żeli wy­jąt­kiem, że na­ty­kał się tam na Sarę. Wy­soka i atle­tycz­nie zbu­do­wana ko­bieta miała ob­cięte na pa­zia czarne włosy, które koń­czyły się na wy­so­ko­ści szczęki. Göran stwier­dził, że bę­dzie z niej do­cho­dze­nio­wiec świet­nie ra­dzący so­bie z de­li­kat­nymi prze­słu­cha­niami, zresztą kilka razy już to za­de­mon­stro­wała. Fre­drik za­uwa­żył, że Sara jest cho­ler­nie am­bitna. Za­wsze w blo­kach star­to­wych, jakby cią­gle mu­siała coś udo­wad­niać.

Z tego, co wie­dział, była sin­gielką i zaj­mo­wała jed­no­po­ko­jowe miesz­ka­nie w ob­rę­bie mu­rów obron­nych. Mu­siało być kosz­towne. Za cenę ta­kiego lo­kum w cen­trum Visby można było zna­leźć ładny dom ka­wa­łek od mia­sta. Nie do końca ro­zu­miał, dla­czego przy­je­chała na Go­tlan­dię. To nie był oczy­wi­sty wy­bór dla chcą­cej zro­bić ka­rierę mło­dej sin­gielki, nie­ma­ją­cej żad­nych po­wią­zań z wy­spą. Za­sta­na­wiał się, czy jej się tu spodoba i zo­sta­nie na dłu­żej, czy też ule­gła chwi­lo­wej za­chciance i za rok lub dwa prze­nie­sie się gdzie in­dziej.

- Słu­chaj - po­wie­działa, za­trzy­mu­jąc Fre­drika, gdy już wcho­dził na schody. - Bie­gasz, prawda?

- Ow­szem - od­parł.

- Po­my­śla­łam, czyby się nie za­pi­sać na Bieg Świę­tej Łu­cji. Bra­łeś w nim udział?

- Nie - przy­znał.

Na­wet nie przy­szło mu to głowy. Śli­zga­nie się w środku zimy wo­kół Visby w dre­sie i czapce z pom­po­nem, a na ko­niec po­ko­na­nie dłu­giego i mor­der­czego pod­biegu nie było czymś, co go krę­ciło. Poza tym wąt­pił, aby udało mu się to zro­bić z pod­nie­sioną głową. Co prawda, bie­gał re­gu­lar­nie, lecz na krót­kie dy­stanse i za rzadko. Na ra­zie za­mie­rzał za­mie­nić dwa sze­ścio­ki­lo­me­trowe dy­stanse w ty­go­dniu na trzy ośmio­ki­lo­me­trowe, lecz w od­róż­nie­niu od strze­la­nia i tre­ningu na si­łowni jesz­cze tego planu nie zre­ali­zo­wał.

- Może po­wi­nie­neś? - spy­tała Sara.

- Szcze­rze mó­wiąc, nie je­stem w for­mie.

- Och, daj spo­kój. Do Biegu Świę­tej Łu­cji zo­stały jesz­cze trzy mie­siące. Wy­star­czy, żeby się przy­go­to­wać do dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wego dy­stansu. - Za­mil­kła, jakby ocze­ki­wała, że Fre­drik na­tych­miast zmieni zda­nie. - Nie daj się pro­sić - do­dała. - Bę­dzie faj­nie. Wiesz, te roz­mowy o tre­nin­gach i po­rów­ny­wa­nie cza­sów...

Z pew­no­ścią, po­my­ślał Fre­drik. Py­ta­nie dla kogo.

- Za­sta­no­wię się nad tym, obie­cuję - za­pew­nił Sarę i się ulot­nił.

Obu­dziła ją ci­sza. Pustka po czymś, czego nie usły­szała, ale co i tak zro­zu­miała. Nie tylko zni­kło da­jące po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa po­mru­ki­wa­nie sil­nika. Było coś jesz­cze, jakby wo­ła­nie czy krzyk. Nie miała pew­no­ści. Wie­działa je­dy­nie, że w ciszę wdarł się ja­kiś od­głos. Nie mo­gła go usły­szeć, ale go po­czuła.

Uklę­kła na le­żance. Tata znik­nął, dziew­czyna też. Była sama. W szo­ferce pa­liło się świa­tło, lecz na ze­wnątrz pa­no­wała ciem­ność - gęsta, nie­prze­nik­niona. Ta­jem­ni­czy od­głos z se­kundy na se­kundę zmie­niał za­bar­wie­nie. Była prze­ra­żona, po­czuła ucisk w pier­siach i mu­siała ze sobą wal­czyć, żeby nie krzyk­nąć "Tato!". Za­miast tego z jej gar­dła wy­do­był się le­d­wie sły­szalny sko­wyt. Przy­ci­snęła dło­nie do ust. Po­czuła, że za­czyna drżeć. Dla­czego jest sama? Dla­czego się za­trzy­mali? Dla­czego tata zo­sta­wił ją w tych ciem­no­ściach?

Do jej uszu do­tarło cy­ka­nie świersz­czy, ty­powe dla cie­płych, późnych let­nich nocy. Da­leko po le­wej stro­nie, ni­czym gwiazdy na nie­bie, po­bły­ski­wały świa­tła au­to­strady. Na­wet mo­głoby być pięk­nie.

Na­gle ko­lejny od­głos. Tym ra­zem wy­raźny. Wo­ła­nie, ale stłu­mione, zdu­szone jak jej wła­sny sko­wyt stra­chu. Pod­czoł­gała się do drzwi od strony pa­sa­żera. W ka­bi­nie uno­sił się de­li­katny za­pach kawy i cze­ko­lady, mie­szał się z tępą nutą ropy i wci­ska­jącą się z ze­wnątrz du­szącą wo­nią ro­ślin­no­ści. Zła­pała za uchwyt znaj­du­jący się obok drzwi i po­chy­liła do przodu. Wyj­rzała przez boczną szybę.

To byli oni. Wi­działa ich w ciem­no­ściach, w sła­bej po­świa­cie gór­nego świa­tła w ka­bi­nie. Tata mocno ści­skał ra­mię dziew­czyny. A może tylko chwy­cił ją za ubra­nie? Duży do­ro­sły męż­czy­zna gó­ro­wał ni­czym ol­brzym nad dziew­czyną le­żącą na ziemi.

Te­raz chwy­cił ją w pa­sie i pod­niósł. Głowa dziew­czyny od­chy­liła się bez­wład­nie do tyłu, usta były otwarte. Roz­chy­lona i roz­pięta ko­szula ob­na­żyła brzuch.

Jenny od­su­nęła się od okna, rzu­ciła na le­żankę i za­ko­pała w ko­cach. Zro­zu­miała, że stało się coś strasz­nego.

Na­gle z kosz­mar­nego snu wy­rwało ją wra­że­nie, że się dusi. Mi­nęło dzie­sięć dłu­gich se­kund, za­nim so­bie uświa­do­miła, że to nie­prawda. Z tego wszyst­kiego na chwilę za­po­mniała o od­dy­cha­niu. Usia­dła na łóżku, po­chy­liła głowę i wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów. Cała się trzę­sła, lecz rów­no­cze­śnie po­czuła ulgę. To był tylko sen. Na­gle za­częła pła­kać. Naj­pierw kilka chlip­nięć, od któ­rych za­szkliły się oczy, a po­tem gwał­towny szloch, który prze­szedł w krzyk. Wci­snęła twarz w po­duszkę, by wy­krzy­czeć w puch swój strach.

W końcu była w sta­nie znowu usiąść. Dy­szała i łap­czy­wie chwy­tała po­wie­trze. W po­koju było duszno, jakby zu­żyto cały tlen. Wstała, po­de­szła do okna i je otwo­rzyła. Kła­dąc się, po­winna je była zo­sta­wić otwarte. Ten kosz­mar to pew­nie wina upału. Za­pa­trzyła się w noc. Nie­śmiało za­czy­nało świ­tać. Ro­snące na du­żym po­dwórku drzewa i krzewy wy­glą­dały na tle do­mów ni­czym mięk­kie szare plamy. Słaby wiatr sze­le­ścił li­śćmi kasz­ta­nowca. Do­le­ciał do niej za­pach mo­rza.

Już się nie bała, płacz ją uspo­koił. Sto­jąc przy otwar­tym oknie, po­czuła się sa­motna, lecz to nie była żadna no­wość. Być może już za­wsze bę­dzie sa­motna. Po­go­dziła się z tym, nie po­tra­fiła uwie­rzyć, że mo­głoby być ina­czej. Naj­waż­niej­sze, by nie mu­siała się bać.

Zy­skała pew­ność, że musi coś zro­bić. Ci­sza w ka­bi­nie cię­ża­rówki. Echo krzyku na ze­wnątrz. Oj­ciec. Tam na­prawdę coś się wy­da­rzyło, to nie był tylko po­wta­rza­jący się senny kosz­mar.

Anna Gar­dell prze­pro­wa­dziła szcze­gó­łową roz­mowę na ogól­no­do­stęp­nej li­nii.

- Po­li­cja w Visby, dzień do­bry.

- Chcia­ła­bym z kimś po­roz­ma­wiać i zło­żyć do­nie­sie­nie o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa - po­wie­działa ko­bieta o mło­dym gło­sie, ale się nie przed­sta­wiła.

- Na­tu­ral­nie. Po­szu­kam ko­goś wol­nego i prze­łą­czę pa­nią da­lej. O ja­kie prze­stęp­stwo cho­dzi?

Ko­bieta nie od­po­wie­działa od razu. Anna ru­ty­nowo zer­k­nęła na ekran, który po­ka­zy­wał, gdzie znaj­dują się pa­trole. Było tuż przed je­de­na­stą. Pa­no­wał spo­kój, jak za­zwy­czaj o tej po­rze. Ra­dio mil­czało. Dy­żurka ofi­cera była pu­sta.

- Za­raz... - od­parła ko­bieta. - Czy nie wy­star­czy, że opo­wiem o tym oso­bie, która bę­dzie przyj­mo­wać zgło­sze­nie?

- Ow­szem, ale je­śli do­wiem się cze­goś wię­cej, skie­ruję pa­nią do od­po­wied­niego funk­cjo­na­riu­sza - od­rze­kła Anna.

Za­cho­wy­wała ostroż­ność, bo w gło­sie mło­dej ko­biety usły­szała po­wagę i ból. Po­dej­rze­wała, że sprawa, z którą zwraca się ta ko­bieta, może mieć pod­łoże sek­su­alne. W ta­kich przy­pad­kach lu­dzie nie mieli ochoty się tłu­ma­czyć ope­ra­to­rowi z cen­trali.

- Cho­dzi o... - za­częła ko­bieta i za­mil­kła.

Anna ski­nęła głową do Ove Gahn­ströma z Wy­działu Kry­mi­nal­nego, wła­śnie prze­cho­dzą­cego obok cen­trali. W od­po­wie­dzi pu­ścił do niej oko. Tylko jemu coś ta­kiego mo­gło ujść na su­cho, w każ­dym ra­zie w od­nie­sie­niu do Anny Gar­dell. Wie­działa, że za tym ge­stem nie stoi nic spro­śnego, i to wcale nie dla­tego, że jest wolny. Po pro­stu był otwarty i bez­po­średni.

- Cho­dzi o po­ważne prze­stęp­stwo, ale to skom­pli­ko­wane - pod­jęła ko­bieta.

Anna za­sta­na­wiała się przez dwie se­kundy.

- Po­łą­czę pa­nią z Sarą Oskars­son z Wy­działu Kry­mi­nal­nego. Pro­szę chwi­leczkę po­cze­kać, spraw­dzę tylko, czy jest u sie­bie.

- Dzię­kuję.

To prze­czu­cie ka­zało An­nie po­łą­czyć tę ko­bietę z Sarą Oskars­son. Anna od razu na­brała za­ufa­nia do Sary, po­nie­waż wy­glą­dało na to, że zna się na tym, czym się zaj­muje. Poza tym była pro­sto­li­nijna i ko­mu­ni­ka­tywna. A co naj­waż­niej­sze - była je­dyną ko­bietą w Wy­dziale Kry­mi­nal­nym.

- Sara Oskars­son - przed­sta­wiła się po­li­cjantka, gdy Anna po­łą­czyła roz­mowę.

- Dzień do­bry, na­zy­wam się Jenny Lund­gren. Chcia­ła­bym zgło­sić po­peł­nie­nie prze­stęp­stwa.

- Słu­cham.

- Wo­la­ła­bym do pani przyjść. Mogę?

- Tak, oczy­wi­ście - od­parła Sara, wolną ręką za­kła­da­jąc pa­smo wło­sów za ucho. - Czy jest ja­kiś szcze­gólny po­wód?

- Wy­daje mi się, że tak bę­dzie le­piej. To tro­chę skom­pli­ko­wane - wy­ja­śniła Jenny Lund­gren. Na chwilę za­wie­siła głos, po czym do­dała: - Je­śli po­wiem przez te­le­fon, czego do­ty­czy prze­stęp­stwo, to wciąż bę­dzie pani chciała się ze mną spo­tkać?

- Tak. A po­wie mi pani?

- Cho­dzi o mor­der­stwo.

Rozdział 2

Dwa dni póź­niej Jenny nie była pewna, co wła­ści­wie po­wie­działa po­li­cjantce, z którą się spo­tkała. Zmę­czona upa­łem usia­dła w kuchni nad fi­li­żanką her­baty i dwiema krom­kami chleba z pasz­te­tem. Zwy­kle przy­go­to­wy­wała od razu dwie ka­napki za­miast jed­nej, by w ra­zie po­trzeby nie mu­siała szy­ko­wać na­stęp­nej. Ten zwy­czaj wy­nio­sła z domu i nie po­tra­fiła się go po­zbyć. Zro­biła kęs, wy­schnięty chleb draż­nił pod­nie­bie­nie, więc upiła łyk her­baty. Była za słaba, ale ta mocna, którą naj­bar­dziej lu­biła, wła­śnie się skoń­czyła.

Miesz­ka­nie przy Stor­ga­tan w Slite na­le­żało do Jenny od wielu lat, lecz do­piero nie­dawno się do niego wpro­wa­dziła. Wy­naj­mo­wała je komu in­nemu, stu­diu­jąc poza Go­tlan­dią, a pod­czas wa­ka­cji za­trzy­my­wała się u mamy. Po­cząt­kowo pla­no­wała miesz­kać przy Stor­ga­tan la­tem, lecz osta­tecz­nie do­szła do wnio­sku, że le­piej za­osz­czę­dzić pie­nią­dze. Poza tym w wa­ka­cje nie spę­dzała na Go­tlan­dii tyle czasu, ile przy­pusz­czała, że bę­dzie.

Tak czy owak, w maju wró­ciła do swo­jego miesz­ka­nia. Śmier­działo w nim dy­mem pa­pie­ro­so­wym i było brudno, za­brała się więc do ge­ne­ral­nych po­rząd­ków, po czym po­ma­lo­wała ściany na biało. Po­szło jej cał­kiem spraw­nie. To było dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie z sa­lo­nem przy­zwo­itej wiel­ko­ści, w każ­dym ra­zie jak na jej po­trzeby, i sy­pial­nią, która była czymś po­mię­dzy po­ko­jem a wnęką sy­pial­nianą. Kuch­nia była mała, ale wy­god­nie mo­gły w niej usiąść dwie osoby. Ume­blo­wała miesz­ka­nie tym, co wzięła z domu, a nie­które przed­mioty upo­lo­wała na pchlim targu, gdzie można było zro­bić ta­nie za­kupy, bo let­nicy po­zby­wali się nie­mod­nych sprzę­tów. Mama dała jej cztery ty­siące ko­ron na nowe łóżko, które za­mó­wiła w Ikei. Jako stu­dentka więk­szość za­ku­pów ro­biła przez in­ter­net. W ten spo­sób na­by­wała ciu­chy, książki, płyty i oczy­wi­ście bi­lety na prom. Na­wet wy­po­ży­czała pu­bli­ka­cje z uni­wer­sy­tec­kiej bi­blio­teki. Tej je­sieni miała przy­stą­pić do eg­za­minu ma­gi­ster­skiego. Mo­gła się przy­go­to­wać, miesz­ka­jąc na Go­tlan­dii. Wy­star­czyło raz w mie­siącu po­je­chać do Sztok­holmu. Lu­biła swoje stu­dia i sta­rała się nie my­śleć o tym, co nie­unik­nione, czyli co bę­dzie ro­bić po­tem. Wy­brać pracę czy stu­dia dok­to­ranc­kie? Go­tlan­dię czy na przy­kład Sztok­holm?

Nie­tkniętą ka­napkę i tę le­d­wie na­po­czętą przy­kryła ka­wał­kiem fo­lii spo­żyw­czej i wło­żyła ta­le­rzyk do lo­dówki. Zje je na lunch ra­zem z odro­biną jo­gurtu ma­li­no­wego. Do­lała so­bie her­baty z dzbanka. Wy­piła ją z dwiema kost­kami cu­kru, bez mleka.

Spra­wiało jej kło­pot spo­glą­da­nie w przy­szłość, do­ko­ny­wa­nie wy­bo­rów. Wpraw­dzie po­tra­fiła so­bie wy­obra­zić, że po ma­gi­sterce robi dok­to­rat, ale nie mo­gła pod­jąć de­cy­zji o dal­szym stu­dio­wa­niu tylko po to, by nie mu­siała się za­sta­na­wiać nad dal­szym ży­ciem. Przed pod­ję­ciem istot­nych, wią­żą­cych po­sta­no­wień mu­siała się zmie­rzyć z czymś, co w pe­wien spo­sób było od nich dużo waż­niej­sze. Uczy­niła zna­czący ruch, pod­no­sząc słu­chawkę i dzwo­niąc na po­li­cję. Py­ta­nie, do czego ją to do­pro­wa­dzi. Czy to pierw­szy krok ku cze­muś lep­szemu, czy ra­czej do pie­kła?

Wzięła ze sobą fi­li­żankę i usia­dła przy sto­ją­cym pod oknem znisz­czo­nym biurku. Jej wzrok przy­kuł nie­zbyt oka­zały kasz­ta­no­wiec. Może po­winna być wdzięczna, że może się uczyć. Dzięki temu miała po­czu­cie kon­troli nad swoim ży­ciem.

Czy Sara Oskars­son jej uwie­rzyła? Wy­glą­dało, że tak. Obie­cała, że się ode­zwie.

Jenny się­gnęła po ple­cak z czar­nego ny­lonu i wy­jęła wi­zy­tówkę, którą do­stała od po­li­cjantki. Nie­bie­skimi li­te­rami było na niej na­pi­sane "Po­li­cja", a po­ni­żej "Sara Oskars­son, in­spek­tor Wy­działu Kry­mi­nal­nego". Pro­sta ząb­ko­wana wi­zy­tówka, jakby wy­ko­nana wła­sno­ręcz­nie. Wy­obra­ziła so­bie po­li­cjan­tów sie­dzą­cych przy biur­kach i roz­ci­na­ją­cych ar­ku­sze wi­zy­tó­wek.

Wy­da­wało jej się, że miała wię­cej do po­wie­dze­nia, ale nie była pewna, co po­mi­nęła. Ra­czej drę­czyło ją uciąż­liwe prze­czu­cie, że mó­wiła męt­nie. Po­miesz­cze­nie było duże i ja­sne. Sie­działy przy jed­nej ze ścian, każda na swoim krze­śle, i Jenny od­nio­sła wra­że­nie, jakby była u psy­cho­loga, choć nie do końca. Dwie małe ka­mery ob­ser­wo­wały ją czar­nymi obiek­ty­wami, co spra­wiło, że miała w gło­wie go­ni­twę my­śli. Sara oka­zała się miła, Jenny na­wet ją po­lu­biła, ale mimo to... wszystko było inne, nie­znane. Po­li­cjantka pa­trzyła na nią pra­wie nie­prze­rwa­nie, tylko od czasu do czasu po­chy­lała głowę i wbi­jała wzrok w ko­lana, rów­no­cze­śnie uno­sząc ręce i za­kła­da­jąc włosy za uszy. Gdy to ro­biła, Jenny od­no­siła wra­że­nie, jakby ją znała. Jakby Sara była jej przy­ja­ciółką.

Ze­brali się w ma­łej salce kon­fe­ren­cyj­nej. Na ta­blicy su­cho­ście­ral­nej znaj­do­wały się nie­bie­skie frag­menty za­pi­sków z wczo­raj­szego ze­bra­nia.

Dziw­nie się czuli, za­mknąw­szy się w po­miesz­cze­niu bez okien, pod­czas gdy na ze­wnątrz żar lał się z nieba, a ter­mo­metr po­ka­zy­wał pra­wie trzy­dzie­ści stopni już o dzie­wią­tej rano. W środku było zno­śniej, ale wy­glą­dało na to, że upo­rczywy upał ry­wa­li­zuje z nową kli­ma­ty­za­cją. Na ra­zie go­rąc nie dał im się we znaki.

Cho­ciaż brak okien w po­miesz­cze­niach był jed­nym z man­ka­men­tów, to więk­szość zga­dzała się z tym, że re­mont oka­zał się suk­ce­sem. Te kilka osób, które miały za­strze­że­nia, i tak było bar­dziej za­do­wo­lo­nych z za­koń­cze­nia za­mie­sza­nia spo­wo­do­wa­nego prze­bu­dową ani­żeli nie­za­do­wo­lo­nych z re­zul­tatu re­montu. Z przy­jem­no­ścią za­po­mnieli o pro­wi­zorce w bu­dynku daw­nej poczty i roz­pa­ko­wali kar­tony w no­wej sie­dzi­bie. Ko­lo­ry­styka lat sie­dem­dzie­sią­tych - zie­leń, błę­kit, czer­wień i róż - zo­stała za­stą­piona oszczędną bielą i ak­cen­tami w róż­nych od­cie­niach sza­ro­ści. Zli­kwi­do­wano ciemne i cia­sne ko­ry­ta­rze, two­rząc ja­sne, duże prze­strze­nie. Nie­bie­ską ele­wa­cję z bla­chy za­stą­piono po­pie­la­tym tyn­kiem i musz­tar­do­wymi ra­mami okien­nymi. Bl?kulla, jak kie­dyś po­tocz­nie na­zy­wano sie­dzibę po­li­cji w Visby, była już tylko mgli­stym wspo­mnie­niem.

Pra­cow­nicy Wy­działu Kry­mi­nal­nego wró­cili na dru­gie pię­tro. Do ich po­koi wcho­dziło się z dłu­giego ko­ry­ta­rza; na jego końcu z jed­nej strony urzę­do­wało do­wódz­two, a z dru­giej znaj­do­wał się areszt. Za do­wódz­twem, w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, mieli swoje po­miesz­cze­nie pro­ku­ra­to­rzy.

Len­nart Svens­son miał zwol­nie­nie le­kar­skie z po­wodu pro­ble­mów z krę­go­słu­pem. Poza nim wszy­scy byli obecni. Ove Gahn­ström w ja­sno­żół­tej ko­szuli z krót­kim rę­ka­wem sie­dział wy­god­nie od­chy­lony na krze­śle. W jed­nej dłoni trzy­mał bu­telkę wody Loka, drugą dło­nią nie­stru­dze­nie pró­bo­wał uła­dzić fry­zurę. Gu­stav Wal­lin wró­cił po urlo­pie ostrzy­żony. Miał za­dbaną lekko szpa­ko­watą brodę, ob­ci­sły czarny T-shirt uwi­dacz­niał, że jest naj­bar­dziej wy­spor­to­waną osobą w wy­dziale. Na swoim miej­scu sie­działa Sara Oskars­son, wy­pro­sto­wana, z uśmie­chem na twa­rzy, który Fre­drik ode­brał jako wy­raz pew­no­ści sie­bie.

Znów nie po­tra­fił on ode­rwać się od do­kucz­li­wych my­śli. Za­sta­na­wiał się, dla­czego żywi nieco am­bi­wa­lentne uczu­cia wzglę­dem no­wej ko­le­żanki. Praw­do­po­dob­nie Sara nie tylko świa­do­mie roz­ta­czała wo­kół sie­bie aurę pro­fe­sjo­na­li­zmu, lecz po pro­stu była pro­fe­sjo­na­listką. Nowo za­trud­niona, uzdol­niona, osiem lat młod­sza in­spek­tor Wy­działu Kry­mi­nal­nego chęt­nie brała nie­od­płatne, po­ranne nad­go­dziny. Może czuł się za­gro­żony?

Szef Wy­działu Kry­mi­nal­nego, Göran Eide, zaj­mo­wał miej­sce przy jed­nej z dłuż­szych kra­wę­dzi stołu z drewna brzo­zo­wego. Był ko­ści­sty, przy­naj­mniej w oczach swo­ich współ­pra­cow­ni­ków. Po czte­rech la­tach wresz­cie skoń­czył z pa­le­niem po ką­tach i że­bra­niem o pa­pie­rosy wśród ko­le­gów. Rów­no­cze­śnie z pod­ję­ciem de­cy­zji o cał­ko­wi­tym rzu­ce­niu pa­le­nia zin­ten­sy­fi­ko­wał tre­ningi i za­ostrzył dietę, aby unik­nąć przy­bra­nia na wa­dze. Pół roku póź­niej był o pięć kilo lżej­szy, ale rów­no­cze­śnie dużo bar­dziej draż­liwy. Ci, któ­rzy nie mieli po­rów­na­nia, przy­pusz­czal­nie nie od­bie­rali go jako chu­dego, lecz w oczach Fre­drika Göran stał się nie­po­ko­jąco ko­ści­sty.

- Okej - rzu­cił Göran, chcąc pod­kre­ślić, że za­częli ze­bra­nie. - Do­sta­li­śmy zgło­sze­nie i mamy ze­zna­nie świadka, które nieco wy­myka się sche­ma­tom. Cho­dzi o mor­der­stwo - po­in­for­mo­wał, ale za­raz się po­pra­wił: - Może cho­dzić o mor­der­stwo.

- Może cho­dzić o mor­der­stwo? - po­wtó­rzył Ove.

- Uspo­kój się - po­wie­dział Göran, ostrze­gaw­czo pod­no­sząc rękę.

Fre­drik i Gu­stav wy­mie­nili nad sto­łem py­ta­jące spoj­rze­nia.

- W skró­cie: młoda ko­bieta, Jenny Lund­gren, skon­tak­to­wała się z nami we wto­rek rano. Zło­żyła za­wia­do­mie­nie o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa i na jego pod­sta­wie po­pro­si­łem wczo­raj Sarę, aby prze­pro­wa­dziła ko­lejne prze­słu­cha­nie. - Göran Eide kiw­nął głową w kie­runku sie­dzą­cej obok niego Sary. - Ko­bieta twier­dzi, że wi­działa, jak jej oj­ciec za­bija albo do­tkli­wie mal­tre­tuje młodą dziew­czynę. Do tego mo­mentu wszystko jest pro­ste. Póź­niej się kom­pli­kuje. Miało się to wy­da­rzyć sie­dem­na­ście, osiem­na­ście lat temu. Jenny Lund­gren nie wie, kim była dziew­czyna ani gdzie to się wy­da­rzyło, z wy­jąt­kiem tego, że praw­do­po­dob­nie we Fran­cji. Jest jesz­cze coś: przy­po­mniała so­bie o tym wy­da­rze­niu dzięki snowi.

- Snowi? - upew­nił się Gu­stav.

Ove Gahn­ström po­krę­cił głową. Fre­drik i Gu­stav spoj­rzeli na sie­bie z nie­do­wie­rza­niem. Przy stole za­pa­no­wał luź­niej­szy na­strój.

- Tak, wiem - po­wie­dział Göran. - To po­dej­rzane i skom­pli­ko­wane za­ra­zem, ale trzeba to zgło­sze­nie po­trak­to­wać po­waż­nie. Opi­nię ko­biety, że to nie tylko sen, lecz także wspo­mnie­nie, po­twier­dza mię­dzy in­nymi jej te­ra­peuta.

- Te­ra­peuta? - upew­nił się Ove.

- Tak. Ja­kiś czas temu Jenny Lund­gren roz­po­częła te­ra­pię, mię­dzy in­nymi z po­wodu snów - od­parł Göran. - Są jesz­cze inne oko­licz­no­ści wska­zu­jące na jej wia­ry­god­ność, ale nie będę się te­raz wda­wał w szcze­góły. Jak sami wi­dzi­cie, w grę nie wcho­dzi prze­moc w ro­dzi­nie, ale wy­gląda na to, że dziew­czyna na­brała za­ufa­nia do Sary, i by­łoby głu­potą je za­prze­pa­ścić. Nie chciał­bym bar­dziej niż to ko­nieczne od­cią­gać Sary od jej obo­wiąz­ków, pro­po­nuję więc, że­byś za­an­ga­żo­wał się w tę sprawę - do­dał Göran, spo­glą­da­jąc na Fre­drika. - Za­po­znaj się z na­gra­niem z prze­słu­cha­nia, a po­tem spo­tkamy się we trójkę i usta­limy, co da­lej.

Jenny Lund­gren miała ru­do­blond włosy do ra­mion, świeżo umyte i sta­ran­nie wy­szczot­ko­wane. Pa­trzyła na pro­wa­dzącą prze­słu­cha­nie nie­pew­nym, ale i za­ra­zem uf­nym wzro­kiem. Była ubrana mię­dzy in­nymi w białą bluzkę z dłu­gimi rę­ka­wami. Na sto­liku le­żały modne tego lata oku­lary prze­ciw­sło­neczne, które po­wo­do­wały, że wszyst­kie młode ko­biety wy­glą­dały tak, jakby po­łowę ich twa­rzy za­sła­niała szyba mie­niąca się wszyst­kimi ko­lo­rami tę­czy. Ogól­nie rzecz bio­rąc, spra­wiała na­prawdę do­bre wra­że­nie. Była bar­dzo chuda, lecz nie ano­rek­tyczna.

- Co spra­wiło, że uzna­łaś to za wspo­mnie­nie, a nie tylko sen? - Z gło­śnika mo­ni­tora, na który pa­trzył Fre­drik, po­pły­nął głos Sary, wy­ra­ża­jący za­cie­ka­wie­nie, lecz spo­kojny, nie­na­tar­czywy.

Sara Oskars­son pro­wa­dziła prze­słu­cha­nie w po­koju, w któ­rym na stałe za­in­sta­lo­wano dwie ka­mery. Zgod­nie z roz­po­rzą­dze­niem mały ob­raz śled­czego znaj­do­wał się w jed­nym z na­roż­ni­ków du­żego ob­razu. Z uwagi na to, że zgło­sze­nie do­ty­czyło mor­der­stwa, Sara zde­cy­do­wała się uru­cho­mić za­pis. W po­miesz­cze­niu po­wie­szono za­słony, po­ło­żono dy­wan i po­sta­wiono kwiaty do­nicz­kowe, by nadać mu nieco przy­tul­niej­szy cha­rak­ter. Świa­dek i osoba pro­wa­dząca prze­słu­cha­nie sie­działy na­prze­ciwko sie­bie, każda w błę­kit­nym fo­telu, przy ma­łym okrą­głym sto­liku. Sara scho­wała plu­szaki, które miały za­pew­nić po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa nie­let­nim świad­kom.

- To, że po­wraca i za­wsze jest taki sam. Śni mi się od po­nad roku i nie daje za wy­graną - od­po­wie­działa Jenny Lund­gren.

- Co masz na my­śli? - spy­tała Sara.

- Za­zwy­czaj po prze­bu­dze­niu czło­wiek so­bie uświa­da­mia, że to tylko zły sen. Je­śli jest szcze­gól­nie wy­ra­zi­sty, to my­ślimy o nim w ciągu dnia, lecz i tak ra­czej prę­dzej niż póź­niej o nim za­po­mi­namy. Tym­cza­sem tego kosz­maru nie da się za­po­mnieć.

- Po­wie­dzia­łaś, że za­czął ci się śnić ze­szłej wio­sny?

- Tak - od­parła Jenny i ski­nęła głową.

- Dla­czego aku­rat wtedy?

- Cóż, tro­chę się nad tym za­sta­na­wia­łam. Mia­łam dość do­bry kon­takt z tatą, do­póki nie po­znał Ann, po­tem na­sze re­la­cje się po­psuły. Od­kąd skoń­czy­łam trzy­na­ście lat, spo­ty­ka­łam się z nim tylko kilka razy w roku. - Jenny za­mil­kła i spoj­rzała w kie­runku okien i dzie­dzińca.

Z po­wodu miej­sca umiesz­cze­nia ka­mery ob­ser­wu­jący mo­ni­tor Fre­drik od­niósł wra­że­nie, jakby pa­trzył na prze­słu­chi­waną z góry, także w prze­no­śni. Mil­cze­nie się prze­dłu­żało i w końcu zo­stało prze­rwane przez Sarę:

- Nie kon­tak­tu­jesz się z tatą zbyt czę­sto, tak?

- To prawda.

Jenny spoj­rzała na Sarę i uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco, ale uśmiech szybko znik­nął z jej twa­rzy. Wbiła wzrok w sto­lik, po czym po­now­nie po­pa­trzyła na po­li­cjantkę i nie­omal bez­gło­śnie od­chrząk­nęła.

- W każ­dym ra­zie zde­cy­do­wali z Ann, że się po­biorą. Ślub od­był się ze­szłego lata. Tata chciał, że­bym przy­je­chała. Naj­pierw nie wie­dzia­łam... Nie by­łam pewna, czy po­win­nam. To zna­czy... nie mia­łam ochoty. W końcu i tak po­je­cha­łam. Kilka dni po uro­czy­sto­ści po raz pierw­szy przy­śnił mi się sen.

Sara wy­dała z sie­bie po­twier­dza­jący po­mruk.

- To było dziwne. By­łam na ślu­bie ojca, a pra­wie ni­kogo nie zna­łam. Kilka osób ko­ja­rzy­łam z wi­dze­nia, lecz więk­szość była mi kom­plet­nie obca z wy­jąt­kiem Tho­masa, mo­jego przy­rod­niego brata. - Jenny za­kasz­lała i do­dała: - Trzy­ma­łam się Tho­masa i nie zo­sta­łam długo.

- W trak­cie uro­czy­sto­ści nie wy­da­rzyło się nic szcze­gól­nego? - drą­żyła Sara.

- Nie, a przy­ję­cie we­selne było po pro­stu nudne. W każ­dym ra­zie dla mnie. Prze­cież to nie był mój ślub. - Jenny zde­cy­do­wa­nym ru­chem prze­su­nęła oku­lary prze­ciw­sło­neczne w kie­runku kra­wę­dzi sto­lika.

Sara ode­brała to jako sy­gnał, że na te­mat we­sela Jenny po­wie­działa już wszystko.

- Wróćmy do zda­rze­nia, o któ­rym śni­łaś. Opo­wiedz mi wszystko jesz­cze raz, ze szcze­gó­łami, od sa­mego po­czątku. Jak to się stało, że po­je­cha­łaś z tatą do Fran­cji?

- Wła­ści­wie nie wiem. W tam­tym okre­sie, to zna­czy gdy mia­łam ja­kieś sześć, sie­dem lat, czę­sto z nim jeź­dzi­łam. Za każ­dym ra­zem trasa była ta sama, do Fran­cji. Uda­wał się do Hisz­pa­nii, Ho­lan­dii i Bel­gii, lecz ja za­wsze to­wa­rzy­szy­łam mu w po­dró­żach do Fran­cji. Za­zwy­czaj spa­li­śmy w szo­ferce, choć zda­rzało się, że szli­śmy do ho­telu. Pa­mię­tam, że za­trzy­ma­li­śmy się, aby zjeść ko­la­cję. To było w po­bliżu biura spe­dy­cyj­nego i tata coś tam za­ła­twiał przed ko­la­cją. Nie wiem, co do­kład­nie, ale pew­nie cho­dziło o do­ku­menty albo o wy­ko­na­nie te­le­fonu do domu. Kie­row­com za­zwy­czaj po­zwa­lano dzwo­nić z biura, choć nie za­wsze, to za­le­żało od osób, które tam pra­co­wały. Po­tem tata przez chwilę roz­ma­wiał z ja­kąś dziew­czyną. Wtedy wy­da­wała mi się pra­wie do­ro­sła, lecz nie są­dzę, by miała wię­cej niż pięt­na­ście, szes­na­ście lat. Zje­dli­śmy ko­la­cję. Pa­mię­tam też, że sie­dzie­li­śmy w szo­ferce ra­zem z tą dziew­czyną. Nie było jej pod­czas ko­la­cji, więc po­dej­rze­wam, że za­py­tała, czy weź­miemy ją na stopa, i tata ka­zał jej po­cze­kać przy cię­ża­rówce. Zwra­cała się do mnie, ale nie ro­zu­mia­łam, co mówi. Póź­niej gra­ły­śmy w karty, w uno. Tro­chę się róż­nią od zwy­kłych kart. Po­tem uśpił mnie od­głos sil­nika, a gdy się obu­dzi­łam, sa­mo­chód stał i było ci­cho jak ma­kiem za­siał. Le­ża­łam na pry­czy, więc mu­sia­łam się tam po­ło­żyć, choć tego so­bie nie przy­po­mi­nam. Pew­nie za­snę­łam na sie­dze­niu i tata ka­zał mi iść do tyłu i się po­ło­żyć. - Jenny unio­sła brwi i lekko wzru­szyła ra­mio­nami, jakby chciała uspra­wie­dli­wić dziurę w pa­mięci. - Usia­dłam na pry­czy i roz­su­nę­łam za­słonkę od­dzie­la­jącą mnie od reszty ka­biny. Była pu­sta. Nie było ani dziew­czyny, ani taty. W środku świe­ciło się świa­tło, lecz na ze­wnątrz pa­no­wała kom­pletna ciem­ność.

W spoj­rze­niu mło­dej ko­biety, wi­docz­nym na mo­ni­to­rze, po­ja­wiła się za­duma, jakby za­pa­dała się w sie­bie i we wspo­mnie­nia. Opo­wia­da­jąc, sie­działa bez ru­chu, nie ro­biła ge­stów czy min. Nie­za­leż­nie od tego, czy to był tylko sen, czy rze­czy­wi­stość wra­ca­jąca w sen­nym kosz­ma­rze, Jenny wie­rzyła w to, co mówi.

- Usły­sza­łam dźwięki do­bie­ga­jące z ze­wnątrz, krzyk lub wo­ła­nie, a po­tem jęk, jakby wo­ła­nie uci­chło lub zo­stało prze­rwane. Pod­czoł­ga­łam się do okna po stro­nie pa­sa­żera. Gdy wyj­rza­łam przez boczną szybę, do­strze­głam tatę i dziew­czynę. Byli ka­wa­łek da­lej, dość słabo wi­doczni w świe­tle z szo­ferki. Do­kład­nie w chwili, gdy wy­glą­da­łam, coś się wy­da­rzyło. Nie wi­dzia­łam wszyst­kiego, więc trudno mi do­kład­nie opi­sać, co to mo­gło być, ale je­stem pra­wie pewna, że on ją ude­rzył i usły­sza­łam ko­lejny zdu­szony krzyk. Wy­glą­dało, jakby bił ją w głowę. Wszystko ra­zem było bar­dzo dziwne. Nie­rze­czy­wi­ste. Dla­czego miałby bić dziew­czynę, którą wzię­li­śmy na stopa? Tę, która do­piero co grała ze mną w karty? Ale wła­śnie to wi­dzia­łam. Po­tem za­pa­dła ci­sza. Nie było sły­chać krzy­ków ani ję­ków. Dziew­czyna le­żała kom­plet­nie bez ru­chu.

Gdy Jenny umil­kła, Fre­drik wy­obra­ził so­bie spo­kój i ci­szę, które na­stały po tra­gicz­nym wy­da­rze­niu, i małą dziew­czynkę, samą w ka­bi­nie cię­ża­rówki, zer­ka­jącą przez szybę na tatę.

- Wy­glą­dało tak, jakby oj­ciec ła­pał od­dech, po­tem pod­niósł ją z ziemi - ode­zwała się po­now­nie Jenny. - Chwy­cił ją za barki albo ja­koś pod ple­cami i uniósł. Głowa zwi­sała jej do tyłu, a usta miała otwarte. Ubra­nia były w nie­ła­dzie. Nie była cał­kiem ro­ze­brana, lecz miała roz­piętą ko­szulę. Po­tem już nie pa­trzy­łam. Wró­ci­łam na le­żankę i zwi­nę­łam się w kłę­bek.

Jenny za­mil­kła, przez dłuż­szą chwilę tępo wpa­try­wała się przed sie­bie pu­stym wzro­kiem, po czym się ock­nęła, uświa­do­miw­szy so­bie, że od dłuż­szego czasu nic nie mówi. Uśmiech­nęła się do Sary, jakby po­my­ślała o czymś za­baw­nym, lecz oczy wcale się nie śmiały.

- Jak wy­glą­dała dziew­czyna, która je­chała z wami cię­ża­rówką? - za­py­tała Sara.

Jenny przez chwilę się za­sta­na­wiała.

- To trudne. Pa­mię­tam, że pach­niała per­fu­mami, chyba dla na­sto­la­tek. Miała krę­cone ciemne włosy. Była miła. Po­lu­bi­łam ją.

- Co miała na so­bie?

- Ciemne ubra­nia. Praw­do­po­dob­nie dżinsy. Ciemną kurtkę, być może czarną, pod spodem ko­szulę, też czarną.

- A jak jej na imię?

Jenny za­mil­kła, po­krę­ciła głową.

- Nie mam po­ję­cia.

- Wspo­mnia­łaś, że rzadko wi­du­jesz się z oj­cem - przy­po­mniała Sara. - A jak już się spo­tka­cie, to jaka pa­nuje at­mos­fera?

- Kiep­ska... To zna­czy... nie je­ste­śmy po­kłó­ceni... ale nie mamy bli­skiej...

Sara za­trzy­mała na­gra­nie wi­deo, które oglą­dali w po­koju tech­ni­ków, miesz­czą­cym się mię­dzy dwoma po­ko­jami prze­słu­chań. Tak było naj­pro­ściej. Przez lu­stro we­nec­kie po le­wej stro­nie Fre­drik mógł zaj­rzeć do pu­stego po­miesz­cze­nia, w któ­rym wczo­raj sie­działa Jenny.

- Tu­taj coś prze­mil­czała. To oczy­wi­ste, że była skrę­po­wana, ale pod­czas prze­słu­cha­nia było to na­prawdę wi­doczne, jesz­cze bar­dziej niż na na­gra­niu - po­wie­działa Sara.

Cóż, po­ja­wia się kwe­stia prze­mocy w ro­dzi­nie, po­my­ślał Fre­drik.

- Je­steś w tym do­bra - stwier­dził i ski­nął głową w kie­runku mo­ni­tora.

- Wiem, dla­tego do­sta­łam tę ro­botę - skwi­to­wała Sara.

Nie mo­gła po pro­stu po­wie­dzieć "dzię­kuję"?, po­my­ślał Fre­drik. Nie da się ukryć, to pro­fe­sjo­nalna po­li­cjantka. Poza tym wy­spor­to­wana, by­stra, miła w prze­rwach na kawę, a oprócz tego młoda i ładna. Nie może się wy­lu­zo­wać? A może dziew­czyna musi mieć wy­ta­tu­owane na czole, że jest pewna sie­bie i za­dziorna, aby dać so­bie radę w mę­skim świe­cie?

- Do­bra, oglą­damy da­lej. - Sara włą­czyła na­gra­nie.

Okej, sze­fie, po­my­ślał Fre­drik, rów­no­cze­śnie wy­rzu­ca­jąc so­bie, że nie po­trafi od­pu­ścić i roz­dmu­chuje to, co na­wet nie jest kon­flik­tem. A może ona po pro­stu jest za do­bra? Ta­kie to pro­ste? Może w tym tkwi pro­blem, a nie w jej pew­no­ści sie­bie?

- Wa­ha­łaś się, czy po­je­chać na ślub ojca. Co spra­wiło, że zmie­ni­łaś zda­nie? - kon­ty­nu­owała prze­słu­cha­nie Sara.

- Tho­mas mnie prze­ko­nał.

- Ach tak? W jaki spo­sób?

- Wła­ści­wie to nie po­wie­dział nic szcze­gól­nego. "Ja­sne, że po­je­dziesz, prze­stań się wy­głu­piać"... tak to mniej wię­cej brzmiało.

- Wy­gląda na to, że masz lep­szy kon­takt z bra­tem niż z oj­cem.

- Czy ja wiem... Miesz­kał z oj­cem, gdy prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się z mamą do Slite. Mia­łam wtedy sie­dem lat. Mię­dzy mną a Tho­ma­sem jest trzy­na­ście lat róż­nicy. Póź­niej wy­pro­wa­dził się z domu, więc z nim też nie wi­dy­wa­łam się zbyt czę­sto. Cho­ciaż ow­szem, do­ga­du­jemy się.

- Wi­du­je­cie się?

- Tak, Tho­mas przy­jeż­dża do domu, od­wie­dza mamę i... - Jenny ucie­kła wzro­kiem w bok.

W po­koju prze­słu­chań za­pa­no­wało mil­cze­nie.

Ob­ser­wu­jąc to ucie­ka­jące spoj­rze­nie na mo­ni­to­rze, Fre­drik po­czuł się nie­swojo. Młoda ko­bieta na­gle prze­isto­czyła się w po­rzu­cone osa­mot­nione dziecko. "Tho­mas przy­jeż­dża do domu, od­wie­dza mamę i..." Schlud­nie ubrana, do­brze wy­glą­da­jąca, wy­da­wała się in­te­li­gentna i swo­bod­nie się wy­sła­wiała, w każ­dym ra­zie do­póki nie mu­siała mó­wić o ro­dzi­nie, lecz we wła­snym mnie­ma­niu z tru­dem eg­zy­sto­wała. Się­gnęła po oku­lary prze­ciw­sło­neczne i wolno za­częła nimi krę­cić po sto­liku.

Fre­drik wes­tchnął. Sara na­ci­snęła stop i Jenny znik­nęła.

- Reszta to tylko pod­su­mo­wa­nie. Stwier­dzi­łam, że nie będę drą­żyć, do­póki nie po­ga­dam z Göra­nem.

Fre­drik ski­nął głową. Po­zo­stało wiele py­tań, a pierw­sze z nich brzmiało, czy to sprawa dla nich.

Rozdział 3

Göran zdjął oku­lary i odło­żył je na biurko. Za­czął ich uży­wać czę­ściej, od­kąd de­fi­ni­tyw­nie po­że­gnał się z pa­le­niem. Mu­siał czymś za­jąć ręce. Ku­po­wał ta­nie oku­lary do czy­ta­nia na sta­cjach ben­zy­no­wych, po czym zo­sta­wiał je na każ­dym kroku, nie­które gu­bił, inne nisz­czył. Fre­drik za­sta­na­wiał się, czy jego szef nie byłby bar­dziej zmo­ty­wo­wany do pil­no­wa­nia swo­ich oku­la­rów, gdyby na­był po­rządny i drogi mo­del. Przy­pusz­czal­nie na dłuż­szą metę wy­nio­słoby go to ta­niej.

- Co to za bred­nie?! - zi­ry­to­wał się Göran, spo­glą­da­jąc na pod­wład­nych.

- Jej wspo­mnie­nie jest wy­raźne i wia­ry­godne, mimo że po­cho­dzi sprzed sie­dem­na­stu lub osiem­na­stu lat. Je­śli rze­czy­wi­ście do­szło do ta­kiego wy­da­rze­nia, to mamy do­bry punkt wyj­ścia, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści - po­wie­działa Sara.

- W tym tkwi sedno sprawy. Czy to się na­prawdę zda­rzyło? - do­dał Fre­drik.

- Cóż, co do tego mo­żemy się chyba zgo­dzić - stwier­dził Göran.

- Jest jesz­cze je­den aspekt - do­dał Fre­drik. - Na­wet je­śli do tego, o czym opo­wie­działa Jenny Lund­gren, istot­nie do­szło, to wcale nie jest pewne, że była świad­kiem mor­der­stwa. Miała wtedy ja­kieś sześć, sie­dem lat. Uwa­żam, że rów­nie do­brze mo­gła zo­ba­czyć, jak jej tata upra­wia seks z dziew­czyną, którą wziął na stopa. Dla sied­mio­latki to mógł być wstrzą­sa­jący wi­dok. Może nie ro­zu­miała tego, co wi­dzi.

- Też o tym po­my­śla­łam - przy­znała Sara.

Fre­drik nie li­czył na po­par­cie, a na pewno nie ze strony Sary. Nie bar­dzo wie­dział dla­czego.

- To mógł być gwałt - do­dała Sara.

- Gwałt i mor­der­stwo - stwier­dził Göran.

- Rów­nie do­brze zwy­czajny seks, cho­ciaż wy­daje się mniej praw­do­po­dobny - za­su­ge­ro­wała Sara.

- Bo? - spy­tał Göran.

- No cóż... Czy czter­dzie­sto­letni męż­czy­zna i na­sto­latka mo­gliby na po­bo­czu za­li­czyć szybki nu­me­rek, pod­czas gdy sied­mio­let­nia córka męż­czy­zny śpi w sa­mo­cho­dzie? - za­py­tała Sara.

- Se­rio? Je­śli uwa­żasz, że nie, to chyba za do­brze my­ślisz o lu­dziach - stwier­dził Göran.

- Po­wie­dzia­łam je­dy­nie, że to mniej praw­do­po­dobne.

- Bar­dziej re­alne, że sta­nął na po­bo­czu, by za­mor­do­wać dziew­czynę, którą wziął na stopa, pod­czas gdy córka spała w sa­mo­cho­dzie? - spy­tał Fre­drik.

Sara nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć. Ubiegł ją Göran:

- Pro­po­nuję, że­by­śmy odło­żyli spe­ku­la­cje na bok. Mamy do czy­nie­nia ze zgło­sze­niem o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa, moż­liwe, że cho­dzi o za­bój­stwo. Bez ofiary nie mo­żemy roz­po­cząć śledz­twa.

Ko­mi­sarz od­je­chał do tyłu krze­słem na kół­kach, obi­tym nie­bie­skim ma­te­ria­łem, któ­rego użyto w ca­łym bu­dynku z wy­jąt­kiem sal kon­fe­ren­cyj­nych. Tam kró­lo­wała bor­dowa ta­pi­cerka w małe nie­bie­skie listki. Göran do­stał ja­sny duży po­kój z so­lid­nym na­roż­nym biur­kiem. Bez trudu mógł po­mie­ścić go­ści. Fre­drik i Sara usie­dli na krze­słach. Po­koi Görana i Len­narta jako je­dy­nych nie od­dzie­lała od ko­ry­ta­rza prze­szklona ściana; może to przy­wi­lej sze­fo­stwa.

Göran zdjął oku­lary i jed­nym z za­usz­ni­ków wska­zał Sarę.

- We­zwiesz Jenny Lund­gren na ko­lejne prze­słu­cha­nie. Po­sta­raj się usta­lić na­zwę wio­ski, knajpy, wy­gląd do­mów, coś, co przy­bliży miej­sce zda­rze­nia. Firma trans­por­towa po­winna po­móc nam usta­lić trasę. Mu­szą wie­dzieć, do­kąd jeź­dziły ich auta. Czy ona jest pewna, w któ­rym roku i o ja­kiej po­rze do­szło do tego wy­da­rze­nia? La­tem, je­sie­nią czy zimą?

Sara ski­nęła głową. Pew­nie już o tym po­my­ślała, tylko cze­kała na po­zwo­le­nie, by móc ru­szyć da­lej ze śledz­twem.

- Fre­drik, skon­tak­tu­jesz się z fran­cu­ską po­li­cją z po­mocą Kra­jo­wej Po­li­cji Kry­mi­nal­nej, która zrobi to przez In­ter­pol. A tak w ogóle, znasz tro­chę fran­cu­ski?

- Złożę za­mó­wie­nie w knaj­pie, ale poza tym to śred­nio.

- Na pewno so­bie po­ra­dzisz - stwier­dził Göran.

- Ja mó­wię po fran­cu­sku - po­in­for­mo­wała Sara.

- Świet­nie, w ra­zie pro­ble­mów skon­sul­tu­jesz się z Sarą.

Można się było tego spo­dzie­wać, po­my­ślał Fre­drik i ski­nął głową.

- Jak tylko bę­dziemy mieć szcze­gó­łowe dane do­ty­czące czasu i miej­sca, to po­szpe­ramy w spi­sie nie­wy­ja­śnio­nych za­gi­nięć, za­bójstw, ewen­tu­al­nie po­bić. Zo­ba­czymy, co to da. Szu­kamy zgod­no­ści. Zwy­czajna, ba­nalna po­li­cyjna ro­bota. - Mó­wiąc "ba­nalna", Göran po­zwo­lił so­bie na iro­niczny uśmie­szek. - Do psy­cho­lo­gicz­nych niu­an­sów od­nie­siemy się póź­niej, kiedy i je­śli w ogóle roz­pocz­niemy śledz­two - do­dał. Zmie­nił po­zy­cję na krze­śle i za­czął prze­szu­ki­wać wzro­kiem pa­piery le­żące na biurku. Naj­wy­raź­niej uznał spo­tka­nie za za­koń­czone.

Tho­mas zro­bił minę, jakby chciał wy­pluć piwo, które wła­śnie w sie­bie wlał. Od­sta­wił brą­zową pół­li­trową bu­telkę na ławę i od­chy­liw­szy głowę, prze­łknął je z wiel­kim tru­dem.

- Czy to nie strata czasu? Wy­bu­lisz mnó­stwo kasy i jesz­cze zro­bią ci pra­nie mó­zgu.

- Pró­bo­wa­łeś? - od­gry­zła się Jenny.

Cze­kali w sa­lo­nie na obiad. Jenny ulo­ko­wała się na środku ka­napy w ko­lo­rze łą­ko­wej zie­leni. Mama ku­piła ten me­bel, gdy prze­pro­wa­dziły się do Slite. Tho­mas usiadł w fo­telu po prze­ciw­nej stro­nie stołu.

- Nie, ale ta­kie rze­czy się wie, do cho­lery - oznaj­mił, ści­ska­jąc dłońmi opar­cia fo­tela.

- Poza tym to nic nie kosz­tuje. W każ­dym ra­zie nie wię­cej niż dzie­więć­set ko­ron rocz­nie - po­wie­działa Jenny.

"Ta­kie rze­czy się wie", cały Tho­mas. Z tru­dem skoń­czył dwu­let­nie li­ceum, a i tak zjadł wszyst­kie ro­zumy. Z re­guły nie po­świę­cał zbyt wiele czasu na prze­my­śle­nia, od razu wy­da­wał wy­rok: gówno albo za­je­bi­ste. Pew­nego razu Jenny ośmie­liła się po­wie­dzieć, że Tho­mas nie za­uważa niu­an­sów albo nie ma po­ję­cia, o czym mówi. Wtedy usły­szała, że jest na­dętą biu­ro­kratką, która stra­ciła kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. Za­dała so­bie trud i wy­ja­śniła mu, kim jest biu­ro­krata, ale oczy­wi­ście było mu wszystko jedno.

Tho­mas nie miał głowy do na­uki. Pod tym wzglę­dem kom­plet­nie się od sie­bie róż­nili. Jenny przy­pusz­czała, że zdol­no­ści odzie­dzi­czyła po ma­mie. Przy­rodni brat nie był głupi, twier­dząc tak, by­łaby nie­spra­wie­dliwa. Po pro­stu nie zo­stał stwo­rzony do roz­wa­żań i my­śle­nia abs­trak­cyj­nego. W prze­ci­wień­stwie do niej był zwie­rzę­ciem spo­łecz­nym, w grun­cie rze­czy ście­rał się z ludźmi, ale nie miał pro­ble­mów z na­wią­zy­wa­niem no­wych kon­tak­tów.

Mama Tho­masa zmarła na guza mó­zgu, gdy miał trzy lata, a pięć lat póź­niej ich tata spo­tkał mamę Jenny. Tho­mas miał wtedy osiem lat, więc w prak­tyce Gu­nilla była także jego mamą. Poza mamą był dla Jenny naj­bliż­szą osobą. To nie ozna­czało, że za nim prze­pa­dała, lecz lu­biła się z nim spie­rać. Z kim in­nym rzadko so­bie na to po­zwa­lała. W to­wa­rzy­stwie Tho­masa była bar­dziej spon­ta­niczna i tak bar­dzo się nie pil­no­wała. Jako mała dziew­czynka była w niego wpa­trzona jak w ob­ra­zek, na­prawdę go po­dzi­wiała. Wtedy czuła się przy nim bez­piecz­nie. Wciąż jesz­cze po­tra­fiła być na­iwna, dzie­cinna; by­wało, że czuła się nie­doj­rzała w re­la­cji z in­nymi ludźmi, lecz nie w kon­tek­ście swo­jego miej­sca w spo­łe­czeń­stwie czy prak­tycz­nych za­cho­wań, któ­rych wy­maga się od do­ro­słego czło­wieka.

- Czyli co? Uwa­żasz, że to ja bulę? Ja i wielu in­nych nie­szczę­śni­ków, któ­rzy ha­rują jak chłopi pańsz­czyź­niani?

"Ha­rują jak chłopi pańsz­czyź­niani", cie­kawe, skąd Tho­mas to wziął.

- Prze­cież się prze­chwa­lasz, że nie pła­cisz po­dat­ków - przy­po­mniała mu spo­koj­nie.

- Oczy­wi­ście, je­stem na to za by­stry. Po­waż­nie, dla­czego cho­dzisz do tego le­ka­rza dla czub­ków? - Tho­mas się­gnął po bu­telkę z pi­wem.

Jenny wes­tchnęła i spoj­rzała na ich fo­to­gra­fie zaj­mu­jące pra­wie metr kwa­dra­towy ściany na prawo od okna. Na ich pierw­szym wspól­nym zdję­ciu ma trzy latka, a Tho­mas szes­na­ście. Jest ubrana w ak­sa­mitną su­kienkę w ko­lo­rze ma­ry­nar­skiego błę­kitu. We wło­sach ma ko­kardę z tego sa­mego ma­te­riału co su­kienka. Tho­mas jest wy­stro­jony w gar­ni­tur i wą­ski, in­ten­syw­nie czer­wony kra­wat. Rę­kawy ma za­wi­nięte, włosy za­cze­sane i ster­czące, po­liczki usiane prysz­czami, ale nie jest ich spe­cjal­nie dużo.

- Ja...

To nie było ła­twe py­ta­nie. Cho­dziło oczy­wi­ście o sen, lecz nie tylko o to. Zde­cy­do­wa­nie nie tylko o to.

- Z wielu po­wo­dów. Za­częły mi się przy­po­mi­nać i śnić różne wy­da­rze­nia. Nie chcę o tym ga­dać. W każ­dym ra­zie nie te­raz.

- Nie bądź taka, gdy po­wie­działo się A, to trzeba do­rzu­cić B - oznaj­mił z na­głą iry­ta­cją Tho­mas.

W grun­cie rze­czy go ro­zu­miała. Nie­do­po­wie­dze­nia były iry­tu­jące, ale i tak nie po­do­bał jej się ten ton. Po­li­cjantka ostrze­gła, żeby z ni­kim nie roz­ma­wiała na te­mat tam­tego wy­da­rze­nia.

- Nie chcę. Za wcze­śnie na to.

W tej kwe­stii po­zo­stała nie­wzru­szona, choć ge­ne­ral­nie taka po­stawa nie na­le­żała do jej moc­nych stron. By­cie nie­wzru­szoną nie było ła­twe; długo nad sobą pra­co­wała, aby te­raz tak się za­cho­wać.

- Ach tak.

Tho­mas wy­pił łyk piwa, opu­ścił bu­telkę, ści­snął ją ko­la­nami i wyj­rzał przez okno. Na­stęp­nie prze­szył sio­strę wzro­kiem.

- Przy­po­mi­nasz so­bie różne rze­czy? Mo­gła­byś zdra­dzić z grub­sza, o co cho­dzi?

- Nie.

Wes­tchnął po­iry­to­wany.

- Mimo wszystko to tylko sen - stwier­dziła, wbi­ja­jąc wzrok w ko­lana. Ża­ło­wała, że za­częła ten te­mat. Cho­lera, to miała być jej ta­jem­nica.

Tho­mas od­sta­wił bu­telkę z pi­wem, wstał i wy­szedł z po­koju. Wró­cił z po­piel­niczką i paczką pa­pie­ro­sów.

- My­śla­łam, że rzu­ci­łeś pa­le­nie.

- Ow­szem, ale wy­pa­lam jed­nego do piwa - wy­ja­śnił, wy­trzą­sa­jąc pa­pie­rosa z paczki.

Nie zdjął fo­lii ochron­nej, tylko zro­bił w niej dziurę na tyle dużą, by się do­stać do środka. Iry­tu­jące. Cały Tho­mas. Za­pa­lił pa­pie­rosa, kilka razy się za­cią­gnął, po czym wziął parę po­rząd­nych ły­ków piwa.

Jenny za­częła się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem brat nie ma pro­blemu z al­ko­ho­lem, przy­naj­mniej w po­cząt­ko­wym sta­dium. Za­wsze przy­cho­dził do mamy z pi­wem i pił łap­czy­wie. Naj­czę­ściej przy­no­sił różne rzad­kie ga­tunki, o któ­rych ni­gdy nie sły­szała. Za każ­dym ra­zem miał do opo­wie­dze­nia o nich ja­kąś hi­sto­rię. Kilka ty­go­dni wcze­śniej, w czwar­tek, na­tknęła się na niego w Sys­tem­bo­la­get1 w Visby. Stał w ko­lejce z ja­kimś kum­plem i za­czął się gę­sto tłu­ma­czyć, dla­czego ku­puje piwo. Wów­czas Jenny zwró­ciła uwagę na jego al­ko­ho­lowy od­dech.

- Nie mów nic ma­mie i ta­cie - po­pro­siła. - Obie­caj.

Po­ma­chał non­sza­lancko pa­pie­ro­sem.

- Ja­sna sprawa.

- Słu­chaj­cie, za­raz bę­dzie obiad - do­biegł ich z kuchni głos mamy. Po chwili sta­nęła w progu sa­lonu i spoj­rzała na Tho­masa. - Znowu za­czą­łeś pa­lić? - Ewi­dent­nie po­sta­rała się, aby to py­ta­nie za­brzmiało od nie­chce­nia.

- Nie, skąd - rzu­cił lekko Tho­mas, ner­wowo ga­sząc na wpół wy­pa­lo­nego pa­pie­rosa. - Tylko przy oka­zji ja­kiejś im­prezki - wy­ja­śnił ze śmie­chem.

- Oczy­wi­ście - po­wie­działa mama, choć wcale nie było to pewne.

Jenny ukrad­kiem ob­ser­wo­wała brata. Rany bo­skie, po­my­ślała. Czy ja też tak się za­cho­wuję w domu? Jak małe dziecko, które nie po­trafi wziąć na klatę swo­ich ułom­no­ści? Nie po­trafi być przy ma­mie do­ro­słe? Praw­do­po­dob­nie tak, uznała, ale w inny spo­sób, i tego nie do­strze­gam. Mnie tłu­ma­czy wiek, lecz Tho­mas skoń­czył trzy­dzie­ści sie­dem lat.

- Po­tem je­dziesz do domu? - za­gad­nęła, gdy prze­szli do kuchni.

Tho­mas miesz­kał w St?nga, czter­dzie­ści pięć mi­nut jazdy sa­mo­cho­dem na po­łu­dnie.

Spoj­rzał na nią py­ta­jąco, po czym na­gle so­bie uświa­do­mił, dla­czego sio­stra chce to wie­dzieć.

- Nie, prze­no­cuję u Jan­nego. Roz­wiódł się, więc może po­trze­bo­wać to­wa­rzy­stwa.

Jenny wy­czuła, że brat kła­mie.

Usie­dli przy ku­chen­nym stole. Tho­mas wziął ze sobą piwo. Jenny i Gu­nilla piły czer­wone wino. Wie­działa, że brat prze­rzuci się na wino, jak tylko opróżni dwie bu­telki, które ze sobą przy­niósł. Była pewna, że lekko się wstawi i bę­dzie się gło­śno za­cho­wy­wał, ale nie w że­nu­jący spo­sób. Tylko tro­chę prze­kro­czy gra­nicę do­pusz­czalną pod­czas ro­dzin­nego obiadu w środku ty­go­dnia.

- Mam na­dzieję, że wam sma­kuje - ode­zwała się mama, a oni przy­tak­nęli, po­mru­ku­jąc.

Nie było to nic nad­zwy­czaj­nego, ale sma­ko­wały im za­pie­kanka z mie­loną ja­gnię­ciną, po­dana w ża­ro­od­por­nym na­czy­niu, i do tego sa­łata, ser­wo­wana w zie­lo­nej szkla­nej mi­sce. Jenny stra­ciła ra­chubę, ile razy ja­dła za­pie­kankę, tę ty­powo je­sienną po­trawę, w tej kuchni. We­dług ka­len­da­rza po­mału za­czy­nała się je­sień, lecz w rze­czy­wi­sto­ści pa­no­wała let­nia aura.

- Co za lato, prawda?! Po­dam wodę - po­wie­działa mama, jakby czy­tała w my­ślach córki.

Wstała, na­peł­niła dzba­nek zimną wodą i po­dała szklanki.

Z ku­chen­nego okna wi­dzieli mo­rze. Bał­tyk był spo­kojny; pra­wie nie­ru­choma po­wierzch­nia bli­żej lądu miała barwę gra­natu, a da­lej była fio­le­towa od wie­czor­nego słońca. W Slite było bli­sko do mo­rza. W zu­peł­nie inny spo­sób niż w Visby. Tam mo­rze na­le­żało do pro­mów i tu­ry­stów. W Slite do Jenny. Wi­dok za ku­chen­nym oknem to także część jej dzie­ciń­stwa.

So­czy­ście zie­lone drzewa ro­snące w dole, przy plaży, spra­wiały, że miało się wra­że­nie, jakby do je­sieni było jesz­cze da­leko.

Je­sień... W my­ślach Jenny po­ja­wiły się brą­zowe li­ście i trawa, po­żół­kła, su­cha i zwięd­nięta. Zie­leń, brąz, czer­wień - wszystko wy­pło­wiałe. Na­gle w jej umy­śle wy­świe­tlił się ob­raz. Mu­siała uciec od stołu, żeby zwy­mio­to­wać. Gdy za­łza­wiona osu­nęła się na pod­łogę w ła­zience, obej­mu­jąc muszlę klo­ze­tową, usły­szała głos Tho­masa do­bie­ga­jący z kuchni.

- Co, do cho­lery, się z nią dzieje? Za­cią­żyła?

1 Sys­tem­bo­la­get (szw.) - pań­stwowa sieć ma­jąca mo­no­pol na sprze­daż na­po­jów o za­war­to­ści al­ko­holu po­wy­żej 3,5 proc. (przyp. tłum.).

Rozdział 4

Gdy ty­dzień wcze­śniej Jenny prze­kra­czała próg ko­mi­sa­riatu po­li­cji, była prze­ko­nana, że po­stę­puje słusz­nie. Wręcz czuła się szczę­śliwa, że w końcu zdo­była się na od­wagę. Obec­nie tar­gał nią nie­po­kój. Nie ża­ło­wała, że zło­żyła ze­zna­nie, lecz dały o so­bie znać sprzeczne emo­cje. Ubo­le­wała nad tym, że przy­znała się przed Tho­ma­sem do te­ra­pii. Dla­czego nie po­trafi trzy­mać ję­zyka za zę­bami? Prze­cież to miała być jej ta­jem­nica. Zu­peł­nie jakby przy bra­cie nie umiała prze­mil­czeć cze­goś lub skła­mać. Przez chwilę się bała, że Tho­mas wy­dusi z niej prawdę, dla­czego uczęsz­cza na te­ra­pię, ale osta­tecz­nie udało jej się mu po­sta­wić. To dziwne, lecz spra­wiało jej trud­ność nie­udzie­le­nie od­po­wie­dzi pew­nym oso­bom - od­czu­wała pe­wien przy­mus, by jed­nak od­po­wie­dzieć.

Jenny przy­szła za wcze­śnie i mu­siała po­cze­kać wśród lu­dzi chcą­cych wy­ro­bić so­bie nowy pasz­port lub zgło­sić kra­dzież ro­weru. Zer­kała w kie­runku pię­tra, gdzie miała się udać, pa­trzyła, jak umun­du­ro­wani i ubrani po cy­wil­nemu po­li­cjanci suną pod oknami wy­cho­dzą­cymi na hol. W pew­nym mo­men­cie ze­szła do niej Sara Oskars­son i za­pro­wa­dziła do po­koju prze­słu­chań.

Znowu Jenny zna­la­zła się w po­miesz­cze­niu wy­po­sa­żo­nym w dwie ka­mery. Sara Oskars­son ob­ser­wo­wała ją z fo­tela, a ka­mery ga­piły się na nią z prze­ciw­le­głej ściany. Na krze­śle pod oknem sie­dział plu­szowy miś, któ­rego dzień wcze­śniej nie było.

Nie spo­dzie­wała się, że po­li­cjantka tak szybko się ode­zwie. Wła­ści­wie to nie miała pew­no­ści, czy w ogóle to uczyni. Nie znała się na po­li­cyj­nych pro­ce­du­rach. W trak­cie stu­diów parę razy otarła się o kry­mi­no­lo­gię, ale to nie miało zbyt wiele wspól­nego z pracą po­li­cji. Za­ło­żyła więc, że choć Sara Oskars­son obie­cała się ode­zwać, to ni­gdy nic nie wia­domo. Lu­dzie różne rze­czy obie­cują. Wes­tchnęła.

- To dla cie­bie trudne? - spy­tała Sara.

- Nie - skła­mała. Cza­sami ła­two się kła­mało. - Tro­chę - przy­znała po chwili.

- Przy­nieść ci szklankę wody? Je­cha­łaś w upale.

- To prawda. Chęt­nie się na­piję - po­wie­działa Jenny.

- Za­raz wra­cam. - Sara wstała z fo­tela.

Jenny uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią.

Kiedy zo­stała w po­koju sama, spoj­rzała w czarny obiek­tyw ka­mery, która była na nią skie­ro­wana. Nie świe­ciła się czer­wona lampka, co ozna­czało, że apa­ra­tura nie jest włą­czona. Przy­po­mniała so­bie, że Tho­mas wziął ze sobą ka­merę na ślub ojca. Była mniej­sza od tej, ale poza tym wy­glą­dała mniej wię­cej tak samo. Brat długo się nią ba­wił, po­ka­zy­wał różne moż­li­wo­ści i prze­chwa­lał się tech­nicz­nymi de­ta­lami, które nie do końca po­tra­fiła do­ce­nić. Wkrótce po uro­czy­sto­ści sprze­dał ka­merę. Cały Tho­mas. Wi­docz­nie po­trze­bo­wał pie­nię­dzy na coś in­nego.

Sara wró­ciła z dwiema otwar­tymi bu­tel­kami wody Ram­lösa i dwiema szklan­kami. Po­sta­wiła przed Jenny bu­telkę i szklankę, żeby sama mo­gła so­bie na­lać wody. Włą­czyła ka­merę i wy­re­cy­to­wała na­zwi­sko i datę, jakby zwra­cała się do ko­goś, kto słu­cha, lecz mimo wszystko jest nie­obecny.

- Po­przed­nim ra­zem, gdy się wi­dzia­ły­śmy, szcze­gó­łowo omó­wi­ły­śmy tamto zda­rze­nie - przy­po­mniała.

Jenny kiw­nęła głową.

- Tym ra­zem chcia­ła­bym, że­byś opo­wie­działa tro­chę wię­cej o oko­li­cach, w któ­rych wów­czas prze­by­wa­li­ście, lub o po­ko­ny­wa­nej przez was tra­sie. Na przy­kład jak wy­glą­dało miej­sce, w któ­rym wzię­li­ście na stopa tamtą dziew­czynę, ale także inne miej­sca. Zro­bimy tak jak po­przed­nim ra­zem. Za­cznij od tego, co pa­mię­tasz. Opo­wia­daj jak naj­bar­dziej szcze­gó­łowo, na­wet je­śli ci się wy­daje, że coś jest nie­ważne albo dziwne. Wszystko jest istotne - pod­kre­śliła z uśmie­chem Sara.

- Okej - bąk­nęła Jenny.

- Tylko żad­nych do­my­słów. Je­dy­nie to, co pa­mię­tasz, co wi­dzisz przed oczami.

- Ro­zu­miem - po­wie­działa Jenny. W trak­cie stu­diów prze­pro­wa­dziła sporo wy­wia­dów oraz ba­dań i orien­to­wała się w moż­li­wych pu­łap­kach.

- Daj so­bie chwilę, by wró­cić my­ślami do tam­tych wy­da­rzeń. Spró­buj za­mknąć oczy i zwi­zu­ali­zuj to so­bie - po­ra­dziła Sara i do­dała: - Mamy mnó­stwo czasu.

Jenny za­sto­so­wała się do su­ge­stii po­li­cjantki, choć po­cząt­kowa miała z tym trud­no­ści. Po­czuła się za­że­no­wana, sie­dząc z za­mknię­tymi oczami na krze­śle usta­wio­nym metr od pra­wie nie­zna­jo­mej osoby, świa­doma, że jest fil­mo­wana. Drgały jej po­wieki, a do­cie­ra­jące do oczu świa­tło ją roz­pra­szało, lecz po dłuż­szej chwili udało jej się roz­luź­nić. Po­woli za­ta­piała się we wspo­mnie­niach. Drogi, au­to­strady, as­falt i ba­riery dro­gowe. Brzyd­kie, brudne wjazdy do miast, mi­ga­jące przy­drożne bary, gdy pę­dzili na gło­śnym ni­skim biegu. Wtedy jesz­cze nie okre­ślała ich nędz­nymi, lecz już do­strze­gała za­py­ziałe okna, czarne od ku­rzu i spa­lin szyldy, męż­czyzn w zno­szo­nych ubra­niach. Ma­ga­zyny firm spe­dy­cyj­nych, roz­le­głe po­ła­cie pa­let, na­czep, kon­te­ne­rów i cię­ża­ró­wek z nie­bie­skimi ta­bli­cami z bia­łym na­pi­sem "TIR" z tyłu. Także góry w od­dali i po­żół­kłe pola. Cen­tra miast z ład­nymi sta­rymi bu­dyn­kami, wznie­sio­nymi w tech­no­lo­gii muru pru­skiego, ni­czym żyw­cem wzięte z ba­jek.

Jenny po­woli otwo­rzyła oczy i utkwiła wzrok w ścia­nie tuż za Sarą.

- Wy­daje mi się, że jest wcze­sna je­sień albo późne lato. Pa­nuje su­sza, ko­lory są wy­pło­wiałe, żół­tawy, brą­zowy i sza­rawy, a przy dro­gach jest czę­sto szaro i brudno. Jak się wje­dzie w las, tam, gdzie słońce nie do­ciera bez­po­śred­nio, robi się bar­dziej zie­lono, ro­ślin­ność jest wy­bu­jała. W nie­któ­rych miej­scach są roz­sta­wione duże zra­sza­cze, które roz­pry­skują wodę z ogromną siłą nad roz­le­głymi ob­sza­rami. - Za­mil­kła na chwilę, a po­tem na­gle po­wie­działa: - Nancy... Wi­dzę dro­go­wskaz. Za­pa­mię­tuję tę na­zwę, bo brzmi jak imię. Nie je­dziemy tam, lecz wiele razy mi­jamy dro­go­wskaz z na­pi­sem "Nancy".

Sara wy­cze­ku­jąco mil­czała, ale Jenny wy­czuła, o co chcia­łaby ją za­py­tać.

- Na­uczy­łam się czy­tać, ma­jąc sześć lat - wy­ja­śniła.

Sara ski­nęła głową.

- Jest cie­pło, jesz­cze cie­plej niż te­raz - pod­jęła Jenny. - Je­ste­śmy we Fran­cji. Wcze­śniej prze­je­cha­li­śmy przez Niemcy. Sły­sząc fran­cu­ski, roz­po­znaję go, ale nie ro­zu­miem, co mó­wią. Gdy prze­kra­czamy gra­nicę da­nego kraju, tata za każ­dym ra­zem in­for­muje, gdzie je­ste­śmy, i wy­mie­nia Fran­cję, Niemcy lub Bel­gię, w za­leż­no­ści od tego, do któ­rego pań­stwa wjeż­dżamy. Par­ku­jemy obok in­nych cię­ża­ró­wek. Dziew­czyna pod­cho­dzi do taty, kiedy wy­sia­damy. Mówi coś po fran­cu­sku. Chwilę roz­ma­wiają, po­tem wcho­dzimy do środka. Re­stau­ra­cja ma duże okna wy­cho­dzące na ulicę. Sia­damy w star­szej czę­ści re­stau­ra­cji. Pa­nuje mrok, a w oknach są zie­lono-brą­zowe wi­traże. Na sto­łach stoją świece. Ściany są białe i wisi na nich mnó­stwo przed­mio­tów. Nie wiem za bar­dzo, do czego służą, tylko że to kute że­lazo. To mogą być na­rzę­dzia albo ozdoby, coś w ro­dzaju po­roża je­le­nia z pod­kładką. Kel­nerka ma na so­bie biało-zie­lono-nie­bie­ski lu­dowy strój albo coś, co go przy­po­mina. Jem kieł­basę z grilla i frytki. Pra­wie za­wsze jem to albo spa­ghetti. Tata do obiadu pije piwo. Do­staje je w ku­flu z gru­bego szkła. - Jenny za­mil­kła, pró­bu­jąc przyj­rzeć się re­stau­ra­cji, którą pa­mięć przy­wo­łała jej przed oczy, ale zdaje się, że wszystko już po­wie­działa. - Wra­camy do cię­ża­rówki. Wtedy pod­cho­dzi ta dziew­czyna i się z nami za­biera. Świa­tło jest nie­bie­skawe, zo­sta­wiamy za sobą mia­sto i wy­jeż­dżamy na wieś. Dość szybko się ściem­nia. Mkniemy au­to­stradą lub dużą drogą kra­jową. Na­stęp­nie zwi­jam się w kłę­bek na le­żance i za­sy­piam.

Przez chwilę Jenny ogar­nęły emo­cje, które ją prze­peł­niały, gdy się obu­dziła i uświa­do­miła so­bie, że jest w cię­ża­rówce sama. Głę­boko za­czerp­nęła po­wie­trza. Z tru­dem przy­po­mi­nała so­bie coś in­nego niż ciem­ność, wła­sny strach i to, co się po­tem wy­da­rzyło. Dziew­czyna leży na ziemi. Głowa od­chy­lona do tyłu, z tego, co wi­dzi, bez ży­cia.

- Pra­wie nie pa­mię­tam, jak wy­gląda to miej­sce - oznaj­miła. - Je­stem zbyt za­spana i prze­stra­szona, a na ze­wnątrz pa­nuje kom­pletna ciem­ność. - Za­sta­no­wiła się i do­dała: - W od­dali wi­dzę świa­tła au­to­strady, wiem, że skrę­ci­li­śmy. Po­wie­trze jest na­sy­cone za­pa­chami, unosi się in­ten­sywna woń ziemi i ro­ślin­no­ści. Dziwne, bo prze­cież było su­cho, a wy­raź­nie pa­mię­tam ten za­pach. Może pa­dało. Mo­gło tak być, prze­cież spa­łam. Zresztą... sama nie wiem.

Pew­nie w tym mo­men­cie Sara Oskars­son uznała, że w moją wy­po­wiedź wkradł się chaos, po­my­ślała Jenny. Miało nie być żad­nych do­my­słów, a mó­wiła o desz­czu. Dla­czego mia­łaby wy­ga­dy­wać ta­kie bzdury?

- Od­pręż się. Nie pa­mięta się tego, na co nie zwró­ciło się uwagi - po­wie­działa Sara.

Jenny gor­li­wie ski­nęła głową.

- Zga­dza się. Jest na­prawdę ciemno. Dzięki świa­tłu w szo­ferce wi­dzę tatę, tę dziew­czynę i zie­leń na ziemi, a wo­kół... po­dej­rze­wam, że to li­ście, wy­daje mi się, że w mroku ma­ja­czą drzewa i krzaki, choć to ra­czej prze­czu­cie. Sły­szę od­pa­la­nie sil­nika i po­woli ru­szamy, lecz na po­czątku nie mam od­wagi się ro­zej­rzeć. Do­piero po prze­je­cha­niu ka­wałka ostroż­nie wy­glą­dam przez okno i wi­dzę, jak świa­tło re­flek­to­rów pada na rząd drzew ro­sną­cych przy dro­dze. Drzew albo wy­so­kich krza­ków. To pierw­sze, co wi­dzę. Wcze­śniej sku­li­łam się na le­żance. Sły­sza­łam, jak tata wraca i za­trza­skuje drzwi. Roz­glą­dam się do­piero po... nie mam po­ję­cia. Pię­ciu mi­nu­tach, pół­go­dzi­nie? Wy­gląda na to, że tata mnie nie za­uważa. Za­ma­szy­stymi ru­chami kręci kie­row­nicą. Wy­glą­dam przez przed­nią szybę i wi­dzę oświe­tlone ni­czym bły­ska­wicą drzewa, które po­tem znowu zni­kają, a my je­dziemy da­lej.

Trzeba cze­goś jesz­cze poza drze­wami, by od­na­leźć to miej­sce, po­my­ślała Sara Oskars­son.

- Mija kilka mi­nut, tata od­wraca się i na mnie spo­gląda, chrząka - po­dej­muje Jenny. - Wra­cam na le­żankę, ale wcze­śniej coś się wy­da­rza na dro­dze. Wiem, że coś tam jest. To wy­raźne, ale nie mogę so­bie tego przy­po­mnieć.

Jenny z iry­ta­cją po­tarła czoło lewą ręką, jakby to miało przy­wo­łać wspo­mnie­nia.

- Pro­po­nuję krótką prze­rwę - ode­zwała się Sara i się­gnęła po pu­stą szklankę. - Chcesz jesz­cze wody? A może kawy?

Jenny pod­nio­sła ostrze­gaw­czo rękę.

- Po­cze­kaj. Wi­dzę to.

Sara znie­ru­cho­miała.

- Wy­ła­nia się z ciem­no­ści na dro­dze tuż przed nami. To dro­go­wskaz... wiem. Na­pis "Col­mar".

- Col­mar? - po­wta­rza Sara.

- Tak. Pa­mię­tam to wy­raź­nie. Col­mar przez C.

Przed dłuż­szą chwilę obie sie­działy w mil­cze­niu.

- Col­mar - po­twier­dziła Jenny.

- W ta­kim ra­zie wiemy, gdzie je­ste­śmy - pod­su­mo­wała Sara.

- Tak - zgo­dziła się Jenny.

Rozdział 5

Upał nie ze­lżał. Było bez­wietrz­nie, a błę­kit­nego nieba nie za­sła­niała ani jedna chmura, mimo że na­stał dwu­dzie­sty pierw­szy wrze­śnia. Go­tland­czycy byli za­chwy­ceni cie­płem i słoń­cem, choć przy tym nieco oso­wiali. Wiele osób od­no­siło wra­że­nie, że nie ru­sza­jąc się z miej­sca, prze­nio­sło się w cie­płe kraje, do Hisz­pa­nii, Gre­cji albo jesz­cze gdzieś in­dziej na Po­łu­dniu.

Ro­bin wraz ze swoim ko­legą Wil­lem z ca­łych sił mknęli na ro­we­rach gór­skich. Sta­rali się nie prze­oczyć żad­nej dziury w szu­trówce pro­wa­dzą­cej do za­la­nego wa­pien­nego wy­ro­bi­ska. W naj­więk­sze wgłę­bie­nia wjeż­dżali tylko na tyl­nych ko­łach. Ina­czej przed­nie mo­głyby się za­blo­ko­wać i prze­le­cie­liby przez kie­row­nicę. Na gło­wach mieli ka­ski, ale tak czy owak ko­zioł­ko­wa­nie nie było przy­jemne, a przede wszyst­kim kom­pro­mi­to­wało.

Ciężko od­dy­chali, twa­rze lśniły od potu, na szy­jach po­ja­wiły się czer­wone plamy. Ro­wery wzbi­jały tu­many ku­rzu, który bar­dzo wolno opa­dał. Gdzieś w tym wa­pien­nym pyle, w pro­mie­niach słońca lśnią­cym jak kreda, bez po­śpie­chu je­chał ro­we­rem tata Ro­bina.

Było wcze­sne przed­po­łu­dnie i przed nimi zdą­żyły prze­je­chać tędy tylko dwa auta. Stały za­par­ko­wane przy na­peł­nio­nym wodą wy­ro­bi­sku w miej­scu, gdzie się naj­le­piej nur­ko­wało. Obaj chłopcy mi­nęli mały port; cu­mo­wała tam łódź ry­backa bez pły­wa­ków i ak­ce­so­riów ry­bac­kich. Naj­wy­raź­niej już się wy­słu­żyła. Pe­da­łu­jąc szybko, na środku za­krętu zje­chali z drogi i z chrzę­stem wbili się w małe ka­myki tuż przed dwoma sa­mo­cho­dami.

Nie mo­gli nie zwró­cić uwagi na forda mu­stanga, ka­brio­let z lat sie­dem­dzie­sią­tych. La­kier lśnił pod cienką war­stwą ku­rzu na do­sko­nale utrzy­ma­nym wo­zie. Drugi z sa­mo­cho­dów to było zwy­czajne ro­dzinne kombi. Za­ha­mo­wali na wy­so­ko­ści mu­stanga, ale bli­żej wody. Po­rzu­cili ro­wery, szybko ścią­gnęli ko­szulki, zsu­nęli buty i wy­jęli z sakw ma­ski do nur­ko­wa­nia. Ką­pie­lówki już mieli na so­bie.

Woda przy­po­mi­nała ta­fle szkła, skrzy­dła wia­tra­ków na wzgó­rzu nie po­ru­szały się na­wet o mi­li­metr. Za­nu­rzyli się rów­no­cze­śnie; na po­wierzchni wolno ro­ze­szły się kółka. Z ma­skami pod­nie­sio­nymi na czoło za­częli pły­nąć w kie­runku be­to­no­wego bu­dynku. Byli w po­ło­wie drogi, gdy oj­ciec Ro­bina do­tarł w miej­sce, gdzie po­rzu­cili ro­wery. Zsiadł z ro­weru i po­ło­żył go na ziemi, po czym ro­zej­rzał się za chłop­cami.

- Pa­mię­taj­cie, żad­nego nur­ko­wa­nia! Sami nie mo­że­cie tego ro­bić! - za­wo­łał w stronę wody.

Po­ma­chali do niego na znak, że znają za­sady.

Be­to­nowe ściany bu­dynku były czę­ściowo za­to­pione w wo­dzie. Na środku ściany szczy­to­wej mie­ścił się otwór, przez który można było wpły­nąć do środka, a tam, na wy­so­ko­ści po­wierzchni wody, znaj­do­wał się be­to­nowy fun­da­ment, a w nim mnó­stwo pro­sto­kąt­nych wgłę­bień, ni­czym małe ba­se­niki wy­peł­nione ja­sno­zie­loną wodą. Ku­siło ich, by za­nur­ko­wać pod be­to­nem i wpły­nąć do jed­nego z nich. Czuli się, jakby uczest­ni­czyli w grze kom­pu­te­ro­wej Tomb Ra­ider. Nie mu­sieli scho­dzić pod wodę głę­boko i wła­ści­wie nic złego nie mo­gło się stać, ale tata Ro­bina za­bro­nił im sa­mo­dziel­nego nur­ko­wa­nia, w oba­wie że utkną w zbro­je­niu fun­da­men­tów i już nie wy­płyną.

Woda była cie­pła i cierpka, je­dyna w swoim ro­dzaju. Miało się wra­że­nie, jakby można ją było na sie­bie wło­żyć w spo­sób, który nie po­wi­nien być moż­liwy w wy­padku cie­czy. Wy­da­wało się, że za­trzy­muje się ona mię­dzy pal­cami. Było w tym coś tak prze­ra­ża­ją­cego jak pły­wa­nie w ba­se­nie z wodą uży­waną do chło­dze­nia re­ak­tora ato­mo­wego. Przy odro­bi­nie do­brej woli nie­omal sły­szało się ci­che bu­cze­nie.

Do­tarli do mo­lo­cha i wpły­nęli do środka, za­fa­scy­no­wani echem swo­ich gło­sów i plu­skiem wody. Dźwięk od­bi­jał się ry­ko­sze­tem od be­to­no­wych ścian, które gó­ro­wały wy­soko nad nimi. Ich ru­chy spra­wiały, że woda z plu­skiem roz­bi­jała się o chro­po­wate fun­da­menty.

- Ale czad - rzu­cił Wille.

- Za­nur­ku­jemy po oko­nie? - spy­tał Ro­bin.

Te słowa po­fru­nęły ni­czym spło­szone ja­skółki w górę be­to­no­wego szybu.

- Ja­sne. - Wille ski­nął głową i ścią­gnął ma­skę na twarz.

Za­nu­rzyli się. W daw­nej ko­palni od­kryw­ko­wej na­prawdę żyły oko­nie. Jak się tu do­stały? W cie­płe dni cho­wały się w cie­niu bu­dynku.

Ro­bin zsu­nął ma­skę z czoła i spraw­nym ru­chem za­nur­ko­wał, tak że stopy wkrótce znik­nęły pod wodą. Wille zro­bił to samo, lecz skie­ro­wał się w prze­ciw­nym kie­runku.

Ro­bin wy­ko­nał kilka za­ma­szy­stych ru­chów. Trzeba się było wy­si­lić, je­śli chciało się zejść w dół. Na­tych­miast coś za­uwa­żył, ale nie był to okoń. Coś błysz­czało i miało czarne kra­wę­dzie. Jesz­cze je­den ruch ra­mio­nami i roz­po­znał ma­skę do nur­ko­wa­nia. Wy­glą­dało na to, że znaj­duje się dość bli­sko. Po­my­ślał, że po­wi­nien móc do niej do­trzeć. Wie­dział, że je­śli zej­dzie się na głę­bo­kość trzech, może trzech i pół me­tra, za­cznie od­czu­wać ból uszu. Tata wspo­mi­nał o ko­niecz­no­ści wy­rów­ny­wa­niu ci­śnie­nia, ale Ro­bin nie bar­dzo wie­dział, jak to się robi. Dwa razy od­gar­nął wodę ra­mio­nami i rze­czy­wi­ście po­czuł ucisk w uszach. Spo­strzegł, że w miej­scu, do któ­rego się zbli­żał, było coś wię­cej niż ma­ska. Znie­ru­cho­miał, wi­dząc czarną po­stać wpa­tru­jącą się w niego wiel­kim okiem przez zie­loną toń.

Ro­bin wy­strze­lił do góry. Po­ma­gał so­bie rę­koma i szybko zna­lazł się na po­wierzchni.

- Wi­dzia­łeś, wi­dzia­łeś! - wy­krzyk­nął i usły­szał echo wła­snego głosu. - Wille! - za­wo­łał.

Za­raz po­tem ta­fla wody pę­kła i ko­lega rów­nież wy­pły­nął na po­wierzch­nię.

- Cho­lera, wi­dzia­łeś?

- Co?! - wrza­snął Wille, prze­krzy­ku­jąc echo.

- Ktoś nur­kuje w dole. Praw­dziwy nu­rek. Cho­lera, o mały włos nie po­sra­łem się ze stra­chu.

- Za­je­bi­ście, mu­szę to zo­ba­czyć.

Wille do­strzegł scep­tyczną minę Ro­bina. Czy jego opa­le­ni­zna na­gle nie zbla­kła?

- No co? To prze­cież tylko nu­rek. Nic groź­nego.

Ja­sna sprawa, Wille ma ra­cję, po­my­ślał Ro­bin. Prze­cież to nie jest nie­bez­pieczne. On się prze­stra­szył, bo bez ostrze­że­nia zna­lazł się oko w oko z praw­dzi­wym płe­two­nur­kiem, w piance, z bu­tlą i ca­łym osprzę­tem. Nie był przy­go­to­wany na to, że ktoś po­jawi się zni­kąd i bę­dzie się na niego ga­pił na głę­bo­ko­ści czte­rech me­trów. Poza tym coś dziw­nego zwró­ciło jego uwagę, lecz nie do końca wie­dział, co to ta­kiego.

Z tru­dem za­nur­ko­wali po­now­nie. Nie­ba­wem zo­ba­czyli ma­skę. Nu­rek wciąż tkwił w tym sa­mym miej­scu zie­lo­nej ot­chłani, w iden­tycz­nej po­zy­cji. Te­raz Ro­bin zo­ba­czył, co jest nie tak. Cho­dziło o rurkę z ust­ni­kiem, któ­rej używa się pod wodą. Ten nie miał ust­nika, a rurka od­sta­wała w bok.

Tym­cza­sem oj­ciec Ro­bina z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się gra­na­to­wemu spor­to­wemu autu z cha­rak­te­ry­stycz­nym chro­mo­wa­nym logo na ma­skow­nicy, przed­sta­wia­ją­cym wierz­ga­ją­cego ko­nia, kiedy usły­szał wo­ła­nie do­cho­dzące z wody:

- Tato! Tato!

Ro­bin i Wille krzy­czeli coś jesz­cze, lecz on wy­ła­wiał tylko słowo "tato". Sły­szał ro­snącą w ich gło­sach pa­nikę i wi­dział, jak szybko wy­cho­dzą z wody. Za­nim zdą­żył po­my­śleć, już ścią­gał ko­szulkę przez głowę. Za­kli­no­wała się, co ni­gdy wcze­śniej mu się nie przy­da­rzyło. Od­niósł wra­że­nie, że otwór, przez który po­winna się prze­ci­snąć głowa, na­gle się skur­czył. Po kil­ku­se­kun­do­wej walce - choć męż­czyź­nie wy­da­wało się, że trwała w nie­skoń­czo­ność - rzu­cił się w ko­szulce do wody.

Fre­drik Bro­man sie­dział na ka­mien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych do domu. Za­sznu­ro­wał spor­towe buty, ale wy­soka tem­pe­ra­tura po­wie­trza spra­wiała, że czuł się ocię­żały i zmę­czony. Mimo że w ostat­nim ty­go­dniu spa­dła o kilka stopni, trudno było mu zna­leźć mo­ty­wa­cję do bie­ga­nia. Od sze­ściu ty­go­dni uspra­wie­dli­wiał le­ni­stwo pa­nu­ją­cymi upa­łami. Z za­pla­no­wa­nych ośmio­ki­lo­me­tro­wych tras nic nie wy­szło. Naj­wyż­sza pora wziąć się w garść.

Do paź­dzier­nika po­zo­stało dzie­więć dni, a wciąż było go­rąco jak cho­lera. W tej sy­tu­acji nie dało się nie my­śleć o zmia­nach kli­ma­tycz­nych i top­nie­ją­cych lo­dow­cach. A je­śli mieszka się na wa­pien­nej pły­cie, tylko tro­chę wy­sta­ją­cej z mo­rza, to ta­kie roz­wa­ża­nia po­tra­fią za­kłó­cić czło­wie­kowi spo­kój.

- Mo­żesz tu na chwilę przyjść?! - za­wo­łała Ninni przez otwarte okno na pię­trze.

Wy­glą­dało na to, że upał jej nie prze­szka­dzał. Fre­drik jęk­nął i po­woli wstał ze scho­dów. Do­piero co ra­zem z Ninni i Si­mo­nem skoń­czyli jeść śnia­da­nie na dwo­rze. Jo­akim jesz­cze się nie obu­dził.

- Już idę! - krzyk­nął, bio­rąc ze sobą dużą srebrną tacę, którą Ninni ku­piła na pchlim targu w po­przedni week­end, wraz z brud­nymi ta­le­rzy­kami, fi­li­żan­kami po ka­wie i kub­kiem Si­mona z osa­dem po ka­kao.

Za­niósł tacę do kuchni. Si­mon sie­dział na krze­śle z pod­cią­gnię­tymi pod brodę ko­la­nami i po­chy­lał się nad sto­łem. Skon­cen­tro­wany szki­co­wał coś w bloku ry­sun­ko­wym, a wo­kół niego le­żały po­roz­rzu­cane kredki, zaj­mu­jąc po­łowę blatu. Fre­drika ucie­szył ten wi­dok. Każda prze­rwa od gier na kon­soli była wiel­kim suk­ce­sem.

Na­peł­nił zmy­warkę.

- Patrz, tato - po­wie­dział Si­mon, uno­sząc kartkę, którą wy­rwał z bloku ry­sun­ko­wego.

Fre­drik wziął od syna ry­su­nek. Wid­nieli na nim Ninni, Fre­drik, Jo­akim i Si­mon - każde z nich w in­nym rogu bia­łej kartki for­matu A4. A nad nimi w dym­kach le­wi­to­wały sym­bole. Nad Jo­aki­mem gi­tara, nad Si­mo­nem piłka do gry w nogę, nad Ninni czer­wone serce, a nad po­sta­cią przed­sta­wia­jącą Fre­drika czarny pi­sto­let. Po­czuł nie­smak, co go za­sko­czyło. Prze­je­chał pal­cem po ry­sunku.

- Dla­czego nade mną jest pi­sto­let? - spy­tał. Po­sta­rał się, by za­brzmiało to tak, jakby py­tał o śmieszny szcze­gół.

- Bo w pracy uży­wasz pi­sto­letu - od­parł Si­mon.

Fre­drik nie tyle za­re­ago­wał na wi­dok pi­sto­letu, co na kon­trast z po­zo­sta­łymi sym­bo­lami. Głów­nie z tym, który uno­sił się nad Ninni - czer­wo­nym ser­cem. Czarny pi­sto­let to on? Czy wła­śnie tak wi­dzi go młod­szy syn?

- Prze­cież w domu nie uży­wam broni - za­uwa­żył.

- Nie? - upew­nił się Si­mon, co nie do końca za­brzmiało tak, jakby zro­zu­miał słowa ojca.

Ninni znowu za­wo­łała z pię­tra:

- Idziesz?!

Fre­drik zde­cy­do­wał, że od­pu­ści sprawę pi­sto­letu. Pew­nie nie­po­trzeb­nie zro­biłby z igły wi­dły.

- Ładny ry­su­nek - stwier­dził szcze­rze i do­dał: - W za­sa­dzie.

Wszedł na górę. Za­stał Ninni w du­żym szczy­to­wym po­koju. Stała przy stole i ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami i zmarszczką na czole przy­glą­dała się trzem prób­kom ta­pet.

W za­ło­że­niu miał to nie­ba­wem być ich sa­lon, lecz na ra­zie zo­stał przez Jo­akima na­zwany Staj­nią Au­gia­sza. Nie bez przy­czyny. Od­cho­dzące ta­pety, znisz­czona płyta kor­kowa na pod­ło­dze, duży tur­ku­sowy piec ka­flowy nie­na­da­jący się do użyt­ko­wa­nia, pełno nie­roz­pa­ko­wa­nych kar­to­nów, me­ble, z któ­rymi nie bar­dzo wie­dzieli, co zro­bić, skła­dały się na ża­ło­sny wy­gląd po­koju.

- Co po­wiesz na któ­rąś z tych? - spy­tała Ninni, wska­zu­jąc próbki.

- Z tych tu­taj? - upew­nił się Fre­drik i spoj­rzał na trzy lekko po­fał­do­wane skrawki ta­pet.

- Tak.

- Ta - oświad­czył pew­nym sie­bie gło­sem i wska­zał na tę błę­kitną z dys­kret­nym wzor­kiem.

Ninni do­tknęła wy­bra­nej przez niego próbki i przy­gry­zła dolną wargę.

- Na­prawdę? - spy­tała. Było oczy­wi­ste, że nie do­ko­na­łaby ta­kiego wy­boru.

- Dla­czego ją wzię­łaś, skoro ci się nie po­doba? - zi­ry­to­wał się Fre­drik.

- Nie by­łam pewna i chcia­łam, że­byś mi do­ra­dził.

- A te­raz, kiedy stwier­dzi­łem, że po­doba mi się ta nie­bie­ska, już je­steś pewna, że jej nie chcesz? - spy­tał.

To miał być żart, ale kiedy Fre­drik usły­szał swój głos, wie­dział, że za­brzmiało to ra­czej gder­li­wie.

- Nie­ważne - bąk­nęła Ninni, zgar­nia­jąc próbki.

Wbiła w niego wzrok, nie kry­jąc zło­ści, a on nie po­zo­stał jej dłużny. Re­mon­towa go­rączka żony za­częła dzia­łać Fre­dri­kowi na nerwy. Cią­gle było coś do zro­bie­nia. Na po­czątku cie­szył się, znowu wi­dząc ją pełną ener­gii. Wy­da­wało mu się, że upo­rała się z tym, co ją spo­tkało. Tyle że po­tem za­częła prze­gi­nać. Nie na­dą­żał za nią i jej re­mon­tem. Te wszyst­kie próbki ta­pet i puszki z far­bami... Ja­sne, trzeba to było zro­bić, lecz może nie wszystko na­raz.

Od dwóch dni nie mo­gli ko­rzy­stać z ła­zienki. Tro­chę się o to kłó­cili. Fre­drik uwa­żał, że można było po­cze­kać z jej od­no­wie­niem do na­stęp­nego lata. Ow­szem, ła­zienka była kie­dyś za­lana i nie wy­glą­dała naj­le­piej, ale miej­sce prze­cieku zo­stało uszczel­nione, a ślady wil­goci udało się usu­nąć. W grun­cie rze­czy pro­blem był przede wszyst­kim es­te­tyczny. Za­częli się na sie­bie wy­dzie­rać i w końcu Ninni zro­biła taką minę, jakby ją ude­rzył, więc Fre­drik przy­stał na jej plan, choć nie­chęt­nie. W czwar­tek po­ja­wili się ro­bot­nicy i za­częli zry­wać pod­łogę. Ka­bina prysz­ni­cowa, którą hy­drau­lik obie­cał im za­mon­to­wać w cha­rak­te­rze pro­wi­zorki, zo­stała wy­po­ży­czona in­nemu klien­towi, więc przez naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie, o ile wszystko pój­dzie zgod­nie z har­mo­no­gra­mem, byli ska­zani na uży­wa­nie to­a­lety na pię­trze i znaj­du­ją­cej się w niej mi­niu­my­walki, w któ­rej mie­ściły się za­le­d­wie dwie dło­nie. Fre­drik nie bar­dzo wie­dział, jak prze­trwają re­mont. Zo­sta­wał im gu­mowy wąż w sto­dole lub ba­sen w Hemse. Żadna z tych opcji nie była spe­cjal­nie ku­sząca.

Wpraw­dzie nie było ła­two się spa­ko­wać i prze­pro­wa­dzić do no­wego domu po za­le­d­wie pół­to­ra­rocz­nym po­by­cie na Go­tlan­dii, ale po­wrót na stały ląd byłby jesz­cze trud­niej­szy.

Gdy la­tem po­przed­niego roku Fre­drik stał przy ką­pie­li­sku w Ro­ne­hamn i przy­glą­dał się zwło­kom ukry­tym w ba­gaż­niku da­cho­wym, nie mógł prze­wi­dzieć, że naj­więk­sze śledz­two w spra­wie mor­der­stwa w hi­sto­rii Go­tlan­dii do­tknie ich oso­bi­ście. Przed za­koń­cze­niem skom­pli­ko­wa­nego do­cho­dze­nia Ninni zo­stała ra­niona no­żem, a Fre­dri­kowi o mały włos nie roz­trza­skano czaszki, za­wa­żyło kilka mi­li­me­trów. Na szczę­ście dzieci nie były świad­kami tych dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Wspo­mnie­nia cały czas były świeże, do­tkliwe, choć za­ra­zem nie­rze­czy­wi­ste. Były jak zły sen, a czas, który na­stą­pił po tych wy­da­rze­niach, prze­peł­niła mie­sza­nina ulgi i szoku. Czy po­winni być wdzięczni za to, że wciąż żyją, a może zży­mać się na... Wła­śnie, na co? Na los?

W za­ist­nia­łej sy­tu­acji Ninni była zde­cy­do­wana opu­ścić Go­tlan­dię, wy­da­wało jej się to je­dy­nym sen­sow­nym roz­wią­za­niem. Chciała wra­cać do Sztok­holmu, gdzie miała od­zy­skać po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Była tak nie­ugięta, że Fre­drik na­wet nie pró­bo­wał z nią na ten te­mat dys­ku­to­wać.

Po pierw­szym okre­sie re­kon­wa­le­scen­cji po­le­cieli na Wy­spy Ka­na­ryj­skie. To tam Ninni za­częła się wa­hać w spra­wie wy­jazdu z Go­tlan­dii. To był po­wolny pro­ces, ale już była w sta­nie spo­koj­nie się za­sta­no­wić nad de­cy­zją. Fre­drik uwa­żał, że po­wrót do Sztok­holmu może tylko po­gor­szyć sy­tu­ację. Na­wet je­śli na po­czątku po­czu­liby się tam bez­piecz­nie, to z cza­sem uświa­do­mi­liby so­bie, że stali się ofia­rami, że zmu­szono ich do pod­da­nia się, do ucieczki. "I tak już je­ste­śmy ofia­rami!", pa­mię­tał, jak Ninni wy­krzy­czała to w ich wy­na­ję­tym miesz­ka­niu w Pu­erto del Car­men. Wciąż pro­te­sto­wała, ale jego ar­gu­ment za­padł jej w pa­mięć. Ninni lu­biła ry­wa­li­za­cję dużo bar­dziej niż on. Nie spodo­bało jej się, że mia­łaby się pod­dać, choć do tam­tej chwili nie pa­trzyła na ich po­ło­że­nie w ten spo­sób.

Ninni była na­uczy­cielką w wyż­szych kla­sach pod­sta­wówki Hög­by­sko­lan w Hemse. Po po­dróży na Wy­spy Ka­na­ryj­skie jesz­cze przez mie­siąc miała zwol­nie­nie le­kar­skie. W tym okre­sie sta­wało się co­raz bar­dziej ja­sne, że nie opusz­czą Go­tlan­dii, i rów­no­cze­śnie co­raz bar­dziej oczy­wi­ste, że nie zo­staną w do­tych­cza­so­wym domu. Fre­drik mu­siał się zgo­dzić z Ninni, że coś wżarło się tam w ściany. On ja­koś by się z tym upo­rał, ale skoro żona nie po­tra­fiła, to mu­sieli się prze­pro­wa­dzić.

Jak tylko roz­pu­ścili wici, że szu­kają no­wego domu, do­stali cynk o osiem­na­sto­wiecz­nej po­sia­dło­ści, którą Ro­ger Tin­gvall, lo­kalny wła­ści­ciel licz­nych grun­tów, trak­to­wał jako lo­kum dla swo­jego per­so­nelu, a ostat­nio po­sta­no­wił ją po­dzie­lić i sprze­dać. Po­sia­dłość znaj­do­wała się nie­cały ki­lo­metr od ich po­przed­niego domu, przy dro­dze do Ro­ne­hamn, na­prze­ciwko go­spo­dar­stwa Ro­gera. Osiem­na­sto­wieczny dom był za­miesz­kany, za­nim w 1917 roku zbu­do­wano nowy. Roz­po­ście­rał się z niego wi­dok na roz­le­głe pola uprawne na po­łu­dniu. Pa­trząc na za­chód, wi­działo się ko­ściół i ich stary dom. Przez drogę prze­cho­dziły na pa­stwi­sko ko­nie są­siada. W ogło­sze­niu, które się nie uka­zało, po­winno być na­pi­sane "Do re­montu". Za­chę­ciła ich ni­ska cena wy­ni­ka­jąca przede wszyst­kim z za­la­nia bu­dynku, choć także kiep­skiej in­sta­la­cji grzew­czej i da­chu przy­pusz­czal­nie w naj­bliż­szych la­tach wy­ma­ga­ją­cego wy­miany.

Dom był dwu­kon­dy­gna­cyjny, zbu­do­wany z ka­mie­nia, prze­stronny, na pię­trze su­fit był wy­soko, par­ter był niż­szy i cia­śniej­szy. Kie­dyś nie­ru­cho­mość ro­biła wra­że­nie, póź­niej lekko pod­upa­dła. Łusz­cząca się ele­wa­cja w ko­lo­rze ugru gó­ro­wała nad po­ro­śnię­tym trawą du­żym dzie­dziń­cem, po­środku któ­rego tkwiła za­rdze­wiała że­liwna pompa. Nie­równy traw­nik scho­dził w kie­runku rzędu bu­dyn­ków go­spo­dar­czych. Znaj­do­wały się w głębi, przy pło­cie od­gra­dza­ją­cym po­se­sję od pa­stwisk są­siada. Przy jed­nym ze skrzy­deł domu miesz­kal­nego mie­ściły się mały sad z dwiema cze­re­śniami, ja­bło­nią, krza­kami agre­stu i po­rze­czek oraz za­ro­śnięty ogró­dek, w któ­rym Ninni zna­la­zła pod chwa­stami kilka me­trów kwa­dra­to­wych tru­ska­wek.

- Wi­dzę, że mnie nie słu­chasz - oświad­czyła Ninni.

Mó­wiła coś?

- Ow­szem, ale cię sły­szę - od­parł Fre­drik.

- A co po­wie­dzia­łam? - Wbiła w niego wzrok, tym sa­mym rzu­ca­jąc mu wy­zwa­nie.

Fre­drik wy­ko­nał lek­ce­wa­żący gest.

- Po­my­śla­łem tylko o... cóż, no wiesz. - Zer­k­nął w kie­runku po­koju dzie­cię­cego, aby pod­kre­ślić, że nie chce mó­wić ja­śniej. Było to zgodne z prawdą, cho­ciaż jego my­śli od­pły­nęły w kie­runku cze­goś tak nie­win­nego jak tru­skawki.

Ninni za­mil­kła, a jej spoj­rze­nie zła­god­niało. Po­ło­żyła próbki ta­pet na stole i po­gła­dziła go po ra­mio­nach.

- Może po­wi­nie­neś z kimś po­roz­ma­wiać?

Po tam­tych wy­da­rze­niach kilka razy spo­tkał się z po­li­cyj­nym psy­cho­lo­giem. Ninni cho­dziła do te­ra­peuty raz w ty­go­dniu przez cały rok. Za­koń­czyła te­ra­pię za­le­d­wie parę ty­go­dni temu.

- To tam jest - oznaj­mił. - Ża­den psy­cho­log tego nie zmieni.

Nie za­mie­rzał tego ba­ga­te­li­zo­wać. Zde­cy­do­wa­nie. Tam­ten dzień ubie­głego lata zmie­nił ich bez­pow­rot­nie, za­równo ich sa­mych jako jed­nostki, jak i całą ro­dzinę. Ni­gdy już nie będą tacy jak kie­dyś, ale to nie ozna­czało, że mu­szą wziąć urlop od ży­cia. Po pro­stu się zmie­nili.

- Sam wiesz, co jest dla cie­bie naj­lep­sze - stwier­dziła Ninni z re­zerwą. - Mam na­dzieję - do­dała i po­słała mu prze­cią­głe py­ta­jące spoj­rze­nie.

- Tak - zgo­dził się z nią Fre­drik.

Lekko za­ko­ły­sał się na nie­sta­bil­nych po­de­szwach bu­tów bie­go­wych. Był spięty, tro­chę nie­spo­kojny. Ośmio­ki­lo­me­trowy bieg ma­łymi lo­kal­nymi dróż­kami na pewno po­zwoli mu się roz­luź­nić, po­tem do­bra ko­la­cja, bu­telka wina...

Zbiegł po scho­dach. Po­czuł su­chość w ustach, wszedł do kuchni i na­peł­nił wodą dużą szklankę. Gdy zbli­żył ją do ust, za­uwa­żył, że trzę­sie mu się ręka. Szybko od­sta­wił szklankę na ku­chenny blat, jakby się spa­rzył. Co to było? Do­brze wi­dział czy tylko to so­bie wy­obra­ził? Zu­peł­nie nie czuł się roz­trzę­siony ani słaby lub zdzia­działy czy nie­pewny. Wziął trzy głę­bo­kie wde­chy i wy­ko­nał nową próbę. Tym ra­zem po­szło do­brze. Ręka była pewna i silna. Uniósł szklankę i ją opróż­nił.

Si­mon wciąż sie­dział przy ku­chen­nym stole ze wzro­kiem utkwio­nym w bloku ry­sun­ko­wym. Ró­żowa kredka tkwiła mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym; prawa dłoń szybko po­ru­szała się tam i z po­wro­tem po pa­pie­rze. Fre­drik od­sta­wił szklankę i wła­śnie wy­cho­dził, gdy ode­zwał się te­le­fon. Po­cze­kał przy drzwiach, ma­jąc na­dzieję, że w końcu ktoś od­bie­rze, lecz te­le­fon upar­cie dzwo­nił. Po­iry­to­wany wró­cił do kuchni i pod­niósł słu­chawkę.

Oka­zało się, że to ofi­cer dy­żurny.

- W Smöjen do­szło do wy­padku. Dwóch chło­pa­ków zna­la­zło mar­twego płe­two­nurka w za­la­nym wy­ro­bi­sku wa­pien­nym - oznaj­mił Bo Er­lan­der.

Fre­drik wy­obra­ził so­bie po­staw­nego Bos­sego sie­dzą­cego na ob­ro­to­wym krze­śle przy biurku w cen­trum do­wo­dze­nia. W Smöjen wi­dział lu­dzi nur­ku­ją­cych z peł­nym osprzę­tem. Po­mimo to zdzi­wiło go, że wła­śnie tam do­szło do śmier­tel­nego wy­padku. Nie­wy­klu­czone, że w każ­dej wo­dzie można umrzeć. Nie wie­dział zbyt wiele o nur­ko­wa­niu.

- Roz­ma­wia­łem z Göra­nem, chce, że­by­ście tam po­je­chali ra­zem z Wal­li­nem. Je­den z bę­dą­cych na miej­scu zda­rze­nia ko­le­gów stwier­dził, że tro­chę to dziwne.

- Tro­chę dziwne?

- Tak po­wie­dział. To Mats Lars­son, po­ga­daj z nim.

- Kim jest ofiara wy­padku? - spy­tał Fre­drik.

- Męż­czy­zna w wieku trzy­dzie­stu kilku lat. Wiem tylko tyle. To pierw­sza ko­pal­nia od­kryw­kowa po le­wej stro­nie, naj­bli­żej mo­rza. Na miej­scu są lu­dzie, więc tra­fi­cie.

- Okej, je­dziemy.

Fre­drik spoj­rzał na sie­dzą­cego przy stole Si­mona. Cóż, po­my­ślał, dzi­siaj też nici z ośmio­ki­lo­me­tro­wej prze­bieżki.

Rozdział 6

Dzie­sięć mi­nut póź­niej za­ha­mo­wał przed do­mem Gu­stava przy Ha­ga­ga­tan w Hemse. Wcze­śniej zmie­nił krót­kie spodenki na dżinsy, ale zo­stał w T-shir­cie.

- Wspólna prze­jażdżka, faj­nie, nie? - Gu­stav wsiadł do wozu i za­mknął za sobą drzwi.

Wiele razy mó­wili, że chcie­liby ra­zem jeź­dzić, ale się nie skła­dało, i w końcu po­wstał z tego żart.

- Mógł po­pro­sić Sarę, prze­cież jest sin­gielką - do­dał Gu­stav, gdy ru­szyli.

- Może miała kaca - za­su­ge­ro­wał Fre­drik.

- Albo Ove Gahn­ströma, ma naj­bli­żej i chyba ni­gdy nie jest ska­co­wany.

Fre­drik wzru­szył ra­mio­nami. Lu­bił, jak coś się działo, na­wet w so­botę. Na tym po­le­gała ich służba, choć mu­siał przy­znać, że wy­pa­dek płe­two­nurka nie bar­dzo mie­ścił się w za­kre­sie kom­pe­ten­cji ich wy­działu.

- A co tam w domu? Ninni w po­rządku? - spy­tał Gu­stav, jakby py­ta­nie było uza­sad­nione w sto­sunku do ko­goś, kto nie pro­te­stuje wy­star­cza­jąco gło­śno z po­wodu pracy w so­botę.

- A dzię­kuję, do­brze. Szcze­rze mó­wiąc, mamy tro­chę za­mie­sza­nia z re­mon­tem. Naj­chęt­niej prze­pro­wa­dzi­łaby go od razu.

- Chyba tak jest od Bo­żego Na­ro­dze­nia? - rzu­cił z prze­ką­sem Gu­stav i się uśmiech­nął. - Po­winna so­bie ro­bić prze­rwy.

Fre­drik opo­wie­dział o ła­zience. Gu­stav prze­rwał mu, gdy ten do­szedł do ba­senu w Hemse jako tym­cza­so­wego miej­sca ką­pieli ca­łej ro­dziny, i uparł się, że mają ko­rzy­stać z ich prysz­nica.

- Prysz­nic w Hemse bę­dzie was kosz­to­wał dwa­dzie­ścia pięć ko­ron od łepka, uzbiera się nie­zła sumka, je­śli wszy­scy bę­dzie­cie się tam myć. Tyle kasy tylko za to!

Fre­drik za­przy­jaź­nił się z Gu­sta­vem krótko po roz­po­czę­ciu pracy w Visby i nie mi­nęło zbyt dużo czasu, gdy Ninni i Lena też za­częły się kum­plo­wać. To, że Jo­akim wy­lą­do­wał w tej sa­mej kla­sie co Mar­tin, syn Wal­li­nów, praw­do­po­dob­nie po­mo­gło im za­cie­śnić kon­takty. Obie ro­dziny świet­nie się do­ga­dy­wały. Do­pi­sało im szczę­ście, że na sie­bie tra­fili. Gu­stav i Fre­drik byli rów­no­lat­kami i mieli za sobą mniej wię­cej tyle samo lat służby. Róż­nili się pod wie­loma wzglę­dami, ale wy­zna­wali po­dobne war­to­ści, co spra­wiało, że do­brze czuli się w swoim to­wa­rzy­stwie. Dla Fre­drika, który nie­dawno za­miesz­kał wraz z ro­dziną na wy­spie, do­bry ko­lega z pracy i za­ra­zem przy­ja­ciel, do któ­rego mógł z domu do­je­chać ro­we­rem, był w ich ma­łej spo­łecz­no­ści na wagę złota.

- To było gdzieś tu­taj, no nie? - ode­zwał się Gu­stav, kiedy mi­jali tar­tak Vall.

Fre­drik nie od­po­wie­dział.

- Tak, to tu­taj, czy to nie ten za­kręt, na któ­rym wy­pa­dłeś...? - do­dał Gu­stav, wska­zu­jąc pal­cem pole.

- Nie wiem, o czym mó­wisz - od­parł Fre­drik.

Za­sta­na­wiał się, ile czasu mi­nie, za­nim Gu­stav prze­sta­nie mu o tym przy­po­mi­nać. Pięć lat? Dzie­sięć?

Prze­je­chali przez Visby i prze­sie­dli się do auta służ­bo­wego. Fre­drik sko­rzy­stał z oka­zji i za­brał broń. Praw­do­po­do­bień­stwo, że bę­dzie jej po­trze­bo­wał, było równe zeru, ale w końcu to służba. Gu­stav zo­sta­wił pi­sto­let w szafce. Fre­drik znowu usiadł za kie­row­nicą.

Po­je­chali drogą nu­mer 148 do Lär­bro, a na­stęp­nie przez Hel­lvi do ma­łej wio­ski Kyl­laj, po­ło­żo­nej nad sa­mym mo­rzem. Li­czyła nie wię­cej niż kilka do­mów, ale oko­lica na­le­żała do naj­pięk­niej­szych na Go­tlan­dii. Fre­drik prze­ko­nał się o tym po raz pierw­szy, przy­je­chaw­szy tu wiele lat temu, i od tam­tej pory nie zmie­nił zda­nia. Te­raz mógłby tę opi­nię roz­sze­rzyć na cały świat i po­wie­dzieć, że to naj­pięk­niej­sze miej­sce na Ziemi. Chęt­nie wy­bie­rał się tu­taj kilka razy w ciągu lata, cho­ciaż dla osób miesz­ka­ją­cych na dru­gim końcu wy­spy wią­zało się to z długą jazdą sa­mo­cho­dem.

Skrę­cili w szu­trówkę bie­gnącą za bia­łym do­mem czę­ściowo prze­sło­nię­tym wy­so­kim drew­nia­nym pło­tem. Stromy pa­gó­rek wy­ra­stał obok domu ska­za­nego przez no­wego wła­ści­ciela na kom­plek­sowy re­mont. Czysz­czono ele­wa­cję, wy­mie­niano okna, wzmac­niano bal­kon na pię­trze. To ostat­nie było szcze­gól­nie ważne. Z bal­konu można mieć fan­ta­styczny wi­dok na mo­rze. W mło­do­ści Fre­drik ma­rzył, żeby za­miesz­kać w ta­kim miej­scu. Otwar­tym, ja­snym, po­ło­żo­nym bli­sko Bał­tyku. Nie cho­dziło o pre­stiż zwią­zany z od­nie­sie­niem suk­cesu i zdo­by­ciem du­żych pie­nię­dzy. To, że osią­dzie w domu nad mo­rzem, było dla niego oczy­wi­ste, o ile nie zde­cy­duje się na miesz­ka­nie w cen­trum Sztok­holmu, jakby było to ko­lejną rze­czą, która mu się na­le­żała, obok opieki zdro­wot­nej i wy­kształ­ce­nia. Po­tem do­pa­dła go szara rze­czy­wi­stość i uświa­do­mił so­bie, że w ta­kich miej­scach osie­dlają się tylko lu­dzie na dy­rek­tor­skich stoł­kach oraz ci z kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kich i ga­bi­ne­tów za­rzą­dów. Roz­po­czy­na­jąc dzień od po­ran­nej od­prawy w Wy­dziale Kry­mi­nal­nym, było się ska­za­nym na miesz­ka­nie w le­sie, co mu zresztą od­po­wia­dało. Nie na­rze­kał. Po la­tach ra­czej za­smu­cało go to, że kie­dyś był tak na­iwny.

Małe ka­myki chrzę­ściły pod ko­łami sa­mo­chodu. Droga do wy­ro­bi­ska pro­wa­dziła przez roz­le­gły ska­li­sty te­ren. Je­siony i ja­łowce na tle bia­łego kra­jo­brazu; su­rowo i pięk­nie. Po le­wej stro­nie mo­rze i mie­niące się na jego po­wierzchni pro­mie­nie wrze­śnio­wego słońca, a także przy­brzeżne drzewa rzu­ca­jące dłu­gie czarne cie­nie. Na tym pła­skim te­re­nie kil­ku­set­let­nie wa­pien­niki wy­glą­dały ni­czym bud­dyj­skie świą­ty­nie - je­den z nich tkwił na cy­plu nad sa­mym mo­rzem.

Fre­drik zwol­nił, gdy zbli­żali się do celu. Drogę za­gro­dzono ta­śmą po­li­cyjną aż do miej­sca, które kie­dyś było wjaz­dem na te­ren za­kładu wy­do­byw­czego. Sto­jący przy ta­śmie ko­lega już z da­leka roz­po­znał ich auto i pod­niósł ją, by mo­gli prze­je­chać. Ostatni od­ci­nek drogi pro­wa­dzący do wy­peł­nio­nej wodą ko­palni od­kryw­ko­wej był pe­łen dziur. Fre­drik mu­siał ma­new­ro­wać sa­mo­cho­dem, by nie wpaść w któ­rąś z nich. Na ty­łach za­la­nego wy­ro­bi­ska stały gra­na­towe spor­towe auto, ja­kieś kombi i trzy ro­wery. W pew­nej od­le­gło­ści od nich, zwró­cone w stronę mo­rza, stały dwa wozy pa­tro­lowe, sa­mo­chód płe­two­nur­ków ze straży po­żar­nej, ka­retka i jesz­cze jedno cy­wilne służ­bowe auto na­le­żące, jak zga­dy­wał Fre­drik, do Evy Kar­lén, tech­nika kry­mi­na­li­styki go­tlandz­kiej po­li­cji. W dal­szym ciągu pra­cu­jące w po­li­cji ko­biety nie­zwy­kle rzadko zaj­mo­wały się tą dzie­dziną.

Fre­drik za­par­ko­wał przy sa­mo­cho­dzie Evy. Wziął z tyl­nego sie­dze­nia no­tes i obaj po­li­cjanci wy­sie­dli. Dwaj męż­czyźni z ka­retki stali oparci o ma­skę i pa­lili pa­pie­rosy. Praw­do­po­dob­nie przy­je­chali tu na sy­gnale tylko po to, żeby te­raz cze­kać.

W po­przek wa­pien­nego wy­ro­bi­ska za­mie­nio­nego w je­zioro bie­gła droga dzie­ląca je na dwie czę­ści, więk­szą i mniej­szą. Na środku drogi, przy lesz­czy­no­wych za­ro­ślach, stali Eva Kar­lén i dwaj płe­two­nur­ko­wie ze straży. To było je­dyne miej­sce, gdzie ła­two było zwo­do­wać łódź. Fre­drik i Gu­stav po­spie­szyli w ich kie­runku.

Ubrana w biały kom­bi­ne­zon ochronny Eva Kar­lén ku­cała przy czymś dry­fu­ją­cym na po­wierzchni wody. Na rę­kach miała cien­kie la­tek­sowe rę­ka­wiczki. Włosy wy­sta­wały jej spod czapki z dasz­kiem. Tuż obok cze­kała pla­sti­kowa łódź wy­cią­gnięta na ka­mie­nie. Płe­two­nu­rek ze straży po­chy­lał się nad Evą i ge­sty­ku­lo­wał jedną ręką. Dwóch umun­du­ro­wa­nych cze­kało ka­wa­łek da­lej od plaży. W jed­nym z nich Fre­drik roz­po­znał Matsa Lars­sona i do niego pod­szedł.

- Wie­cie, kto to?

- Spraw­dzi­łem mu­stanga - po­in­for­mo­wał Mats Lars­son i wska­zał pal­cem spor­towe auto sto­jące po dru­giej stro­nie je­ziora. - Jest za­re­je­stro­wany na Sörena Myr­mana ze Sztok­holmu, rocz­nik sześć­dzie­siąty szó­sty. Wy­gląda na to, że wiek się zga­dza, a w au­cie znaj­duje się sprzęt nur­kowy.

- Nie zna­leź­li­ście port­fela? - spy­tał Fre­drik.

- Eva nie otwo­rzyła jesz­cze sa­mo­chodu. Za­glą­da­li­śmy tylko przez szybę.

- Okej - rzu­cił Fre­drik.

Zo­ba­czył, że Gu­stav zmie­rza w kie­runku Evy, i po­my­ślał, że też do niej po­dej­dzie, ale przy­sta­nął.

- Bosse prze­ka­zał mi, że we­dług cie­bie to tro­chę dziwne.

Mats Lars­son spoj­rzał na niego zdzi­wiony.

- Na­prawdę?

- Tak po­wie­dział Bosse.

Mats Lars­son za­sta­no­wił się przez chwilę, po czym od­parł:

- To tro­chę dziwne, że nur­ko­wał sam. Nur­ko­wie za­zwy­czaj scho­dzą pod wodę pa­rami, ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa.

- Hm, fak­tycz­nie - zgo­dził się z nim Fre­drik. Nie znał się na nur­ko­wa­niu, lecz w dole, przy wo­dzie, stały dwie osoby w pian­kach, które po­winny co nieco na ten te­mat wie­dzieć. - Gdzie są chłopcy, któ­rzy go zna­leźli? - spy­tał.

- Tam, przy sa­mo­cho­dzie, z Knuts­so­nem. Jed­nemu z nich to­wa­rzy­szy oj­ciec. To on za­alar­mo­wał po­li­cję.

Mats Lars­son miał na my­śli je­den z pa­troli. Fre­drik nie mógł doj­rzeć ni­kogo z miej­sca, w któ­rym stał.

- Ktoś jesz­cze?

- Starsi pań­stwo. To ich kombi. Ni­czego nie wi­dzieli.

- Po­ga­damy z nimi - oznaj­mił Fre­drik.

Ru­szył w kie­runku wody, ale za­trzy­mał się obok Gu­stava, cze­ka­jąc, aż Eva po­ma­cha do nich, da­jąc tym sa­mym znać, że mogą po­dejść. Mimo pa­nu­ją­cego mę­czą­cego upału czuło się, że to już je­sień. Słońce nie pa­liło tak jak la­tem. Pod­szedł­szy bli­żej, zo­ba­czył, że cia­łem w nie­bie­sko-czar­nej piance zaj­mo­wali się Eva i stra­żak. Zdjęli mu bu­tlę i ma­skę.

Fre­drik przy­wi­tał się z nur­kami. Na ich pian­kach gdzie­nie­gdzie błysz­czały kro­ple wody. Twa­rze wy­sta­jące z gu­mo­wych kap­tu­rów były dziw­nie ano­ni­mowe. Spoj­rzał na ciało le­żące w otwar­tym worku, w któ­rym stra­żacy przy­nie­śli je z wody. Pianka de­nata nie miała kap­tura, włosy były mo­kre, a twarz blada. Fre­drik oce­nił, że męż­czy­zna był tro­chę wię­cej niż śred­niego wzro­stu. Wy­glą­dał na do­brze wy­tre­no­wa­nego. Na sto­pach po­ja­wiły się sine plamy po­śmiertne. Na pra­wym uchu sie­działo ja­kieś małe wodne ży­jątko.

- I jak to wy­gląda? - za­gaił Gu­stav.

- Je­śli wie­rzyć kom­pu­te­rowi nur­ko­wemu, to zmarł na po­czątku nur­ko­wa­nia.

- Nur­ko­wie też uży­wają kom­pu­te­rów? - zdzi­wił się Fre­drik, zdra­dza­jąc się ze swoją cał­ko­witą nie­wie­dzą w tej dzie­dzi­nie.

Z do­świad­cze­nia wie­dział, że spe­cja­li­ści róż­nych dys­cy­plin naj­czę­ściej są szczę­śliwi, spo­ty­ka­jąc lu­dzi, któ­rzy nic na ten te­mat nie wie­dzą.

- Ow­szem, od ja­kie­goś czasu - od­parł stra­żak. - Kom­pu­ter nur­kowy mie­rzy głę­bo­kość, po­ka­zuje go­dzinę i cią­gle ak­tu­ali­zuje cał­ko­wity czas nur­ko­wa­nia.

- Cał­ko­wity czas nur­ko­wa­nia? - za­in­te­re­so­wał się Gu­stav.

- Czas nur­ko­wa­nia może się róż­nić w za­leż­no­ści od głę­bo­ko­ści - wy­ja­śnił stra­żak. - Je­śli je­steś, dajmy na to, na trzy­dzie­stu me­trach i za­mie­rzasz przez całe nur­ko­wa­nie po­zo­stać na tej głę­bo­ko­ści, to twój cał­ko­wity czas nur­ko­wa­nia bę­dzie krót­szy, niż gdy­byś po paru mi­nu­tach wy­pły­nął na dzie­sięć me­trów i tam zo­stał.

- Dla­tego musi się ak­tu­ali­zo­wać? - spy­tał Gu­stav.

- Tak, kom­pu­ter do­ko­nuje ob­li­czeń na pod­sta­wie otrzy­my­wa­nych in­for­ma­cji.

Gu­stav ski­nął głową, ale nie wy­glą­dał na cał­ko­wi­cie prze­ko­na­nego. Fre­drik też nie był pe­wien, co to ozna­cza w prak­tyce, poza tym, że nie można za długo prze­by­wać pod wodą.

- A jak nur­ko­wie so­bie ra­dzili, za­nim po­ja­wiły się kom­pu­tery? - drą­żył Gu­stav.

Stra­żak się uśmiech­nął, ale nie od­po­wie­dział. W su­mie było to ra­czej py­ta­nie re­to­ryczne. Fre­drik wska­zał pal­cem kom­pu­ter nur­kowy, który ra­zem z resztą sprzętu był pod­łą­czony do bu­tli z tle­nem i ka­mi­zelki.

- Tak czy owak, można się z niego do­wie­dzieć, że zmarł dość szybko po za­nu­rze­niu? - za­py­tał.

- Kom­pu­ter nur­kowy in­for­muje - ode­zwała się Eva - że de­nat praw­do­po­dob­nie od­dy­chał przez au­to­mat od­de­chowy za­le­d­wie kilka mi­nut, ci­śnie­nie w bu­tli jest tylko tro­chę po­ni­żej mak­si­mum, i że zszedł co naj­wy­żej na głę­bo­kość dzie­się­ciu me­trów. Oczy­wi­ście, nie do­wiemy się z niego, o któ­rej do­kład­nie zmarł ani dla­czego - do­dała z uśmie­chem.

Za każ­dym ra­zem Fre­drika za­dzi­wiało, że po­tra­fiła być w świet­nym hu­mo­rze, krę­cąc się mię­dzy mar­twymi cia­łami. Rzadko wi­dział ją po­ru­szoną, choć może to był jej spo­sób na ra­dze­nie so­bie z tego ro­dzaju obo­wiąz­kami za­wo­do­wymi. Na Go­tlan­dii nie­zbyt czę­sto do­cho­dziło do mor­derstw, ale Eva lub jej ko­lega zaj­mo­wali się wszyst­kimi śmier­tel­nymi wy­pad­kami, sa­mo­bój­stwami i in­nymi zgo­nami, które na­le­żało wy­ja­śnić.

- Czy ktoś wie, jak tu­taj jest głę­boko? - spy­tał Fre­drik.

Nikt nie od­po­wie­dział, więc po­trak­to­wał to jako za­prze­cze­nie.

Szybko zlu­stro­wał oko­licę. Zie­lona woda stała, na po­wierzchni nie było wi­dać ani jed­nej zmarszczki. Po prze­ciw­nej stro­nie wy­ra­stała stroma, wy­soka wa­pienna skała. Na prawo i w miej­scu, w któ­rym stał, zej­ście na plażę było spa­dzi­ste, choć miało tylko kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Po le­wej stro­nie wzno­siła się mniej wię­cej dwu­me­trowa półka skalna. Ide­al­nie ska­kało się stam­tąd do wody. Fre­drik sam to ro­bił. To tam za­par­ko­wał mu­stang. Chyba nie ska­cze się z wy­so­ko­ści dwóch me­trów z peł­nym wy­po­sa­że­niem nur­ko­wym?

- Czy wcho­dząc do wody, mógł upaść, ude­rzyć się i stra­cić przy­tom­ność? - za­py­tał.

- Prze­cież od­dy­chał pod wodą kilka mi­nut i z dzie­się­ciu me­trów wy­pły­nął na cztery me­try, nie mógł więc od razu ze­mdleć. Mo­głoby się tak zda­rzyć, gdyby był za­mro­czony, nie w pełni świa­domy tego, co robi, lub gdyby po­peł­nił ja­kiś błąd. Na gło­wie nie ma wi­docz­nych ob­ra­żeń. Nie wiem, jak wy­gląda reszta ciała - od­parła Eva.

Pianka cia­sno ob­le­piała zmar­łego z wy­jąt­kiem głowy, dłoni i stóp. Wy­da­wał się zbyt młody na za­wał.

- Czy mógł za­wieść sprzęt? - za­py­tał Gu­stav.

- To bar­dzo za­awan­so­wane urzą­dze­nia - od­parł stra­żak.

- Co to zna­czy? - spy­tał Gu­stav.

- To był pro­fe­sjo­na­li­sta lub bar­dzo do­świad­czony ama­tor. Jest mało praw­do­po­dobne, by ma­jąc taki sprzęt, za­wczasu do­kład­nie go nie spraw­dzić.

- Prze­cież coś może za­szwan­ko­wać, na­wet je­śli wcze­śniej dzia­łało naj­zu­peł­niej po­praw­nie - za­su­ge­ro­wała Eva.

Stra­żak za­czął się wier­cić, jakby na­gle so­bie uświa­do­mił, że ocze­kuje się od niego, by po­wie­dział, jak było na­prawdę.

- Mało praw­do­po­dobne - wy­rwało mu się po dłu­żej chwili.

- Nie wy­daje mi się, że­by­śmy te­raz to roz­strzy­gnęli. Gdy sprzęt zo­sta­nie spraw­dzony i do­sta­niemy wy­niki sek­cji zwłok, na pewno wszystko się wy­ja­śni - pod­su­mo­wała Eva i wstała.

Drogą wolno nad­je­chał gra­na­towy saab i za­par­ko­wał przy au­cie Fre­drika i Gu­stava. Ko­bieta, która z niego wy­sia­dła, oka­zała się le­ka­rzem re­jo­no­wym ze Slite. Sta­wiła się, by stwier­dzić zgon męż­czy­zny le­żą­cego na skraju plaży. Nie za­jęło jej to zbyt wiele czasu i jak tylko skoń­czyła, dwóch męż­czyzn opar­tych o ma­skę ka­retki mo­gło od­je­chać. Eva za­dzwo­niła do Ham­pego z Kräklingbo. To on wo­ził zmar­łych, tych, któ­rzy mieli zo­stać prze­trans­por­to­wani z wy­spy da­lej, na sek­cję zwłok.

- Mu­szę zmie­rzyć tem­pe­ra­turę wody - zwró­ciła się Eva do stra­żaka, gdy skoń­czyła roz­ma­wiać z Ham­pem.

- Ja to zro­bię, po­wiedz mi tylko, co chcesz wie­dzieć.

Eva udzie­liła mu paru wska­zó­wek, a stra­żak wy­pchnął łódź i od­pa­lił sil­nik. Tym­cza­sem jego ko­lega za­czął pa­ko­wać ich sprzęt do sa­mo­chodu. Eva wzięła jedną ze swo­ich cięż­kich du­żych to­reb i ru­szyli w kie­runku aut.

- Jak my­ślisz, jak długo tam le­żał? - spy­tał Fre­drik.

- Trudno orzec, za­nim się nie do­wiem, jaka jest tem­pe­ra­tura wody - od­parła.

- A mniej wię­cej?

- Nie­długo. Nie dłu­żej niż dwie doby.

Wy­szli na drogę i usły­szeli głosy do­bie­ga­jące z wo­zów po­li­cyj­nych.

- Trzeba po­ga­dać z tymi chło­pa­kami - za­su­ge­ro­wał Gu­stav.

- Ra­cja, zrób to - po­wie­działa Eva. - Byli tro­chę wy­stra­szeni. Ja tym­cza­sem przyj­rzę się mu­stan­gowi.

Za rzę­dem aut róż­nych służb cze­kał Knuts­son z pię­cioma oso­bami, które znaj­do­wały się na miej­scu, gdy zna­le­ziono mar­twego nurka. Obok dwóch chłop­ców stał wy­soki i szczu­pły męż­czy­zna około czter­dziestki i para na oko sie­dem­dzie­się­cio­let­nia. Knuts­son był do­świad­czo­nym po­li­cjan­tem, z któ­rym do­brze się współ­pra­co­wało. Miał nie­omal ma­giczną zdol­ność uspo­ka­ja­nia lu­dzi i na­kła­nia­nia ich do współ­pracy, na przy­kład wów­czas, kiedy świa­dek zo­stał za­trzy­many na miej­scu zda­rze­nia, żeby można go było prze­słu­chać.

Wy­da­wało się, że starsi pań­stwo są w świet­nych na­stro­jach. Obok wozu pa­tro­lo­wego Knuts­sona roz­sta­wili sto­lik kem­pin­gowy i dwa krze­sła w nie­bie­sko-białe pa­ski. Na wi­dok błę­kit­nych jed­no­ra­zo­wych kub­ków, które każde z nich trzy­mało w dłoni, można było są­dzić, że za­pro­sili go na kawę i sok wy­jęte ze świet­nie za­opa­trzo­nej pla­żo­wej torby. Na środku sto­lika le­żała duża paczka cze­ko­la­do­wych an­dru­tów, czy wa­fel­ków, jak się te­raz mó­wiło.

Fre­drik i Gu­stav przed­sta­wili się i wy­ja­śnili, że chcą za­dać kilka py­tań, za­nim świad­ko­wie będą wolni.

Chłopcy trzy­mali się bli­sko wy­so­kiego i szczu­płego męż­czy­zny, który przed­sta­wił się jako Ola Jo­hans­son, tata Ro­bina. Drugi z chłop­ców miał na imię Wille. Fre­drik spo­strzegł, że fa­cet jest bar­dziej wstrzą­śnięty niż syn i jego ko­lega.

- To wy dwaj za­uwa­ży­li­ście nurka? - spy­tał Fre­drik, spo­glą­da­jąc na chłop­ców.

Ciem­no­włosy Wille miał dość krępą bu­dowę ciała, szczu­pły Ro­bin, bar­dzo po­dobny do ojca, miał rude włosy i ja­sne rzęsy. Wzięli Ro­bina i jego ojca na stronę, a Wil­lego zo­sta­wili z Knuts­so­nem.

- Okej, Ro­bin, chciał­bym od cie­bie usły­szeć, co się wła­ści­wie stało - za­gaił Gu­stav.

- Cóż. - Ro­bin prze­łknął ślinę i za­milkł. Oj­ciec po­ło­żył mu dło­nie na bar­kach.

- Po­wiedz, co wi­dzia­łeś - po­pro­sił Fre­drik.

Ro­bin ski­nął głową.

- Chcie­li­śmy za­nur­ko­wać po oko­nie. To zna­czy spraw­dzić, czy są, bo naj­czę­ściej można je tu­taj spo­tkać. Pod wodą zo­ba­czy­łem nur­kową ma­skę. Po­my­śla­łem, że ktoś ją zgu­bił, i za­nur­ko­wa­łem po nią, ale wtedy do­strze­głem... po­stać nurka. Wy­pły­ną­łem na po­wierzch­nię, żeby po­wie­dzieć o tym Wil­lemu, a on stwier­dził, że mu­simy to spraw­dzić. I tak zro­bi­li­śmy. Wtedy zo­ba­czy­li­śmy, że rurka z ust­ni­kiem nie tkwi w ustach nurka, a on się nie po­ru­sza. Po pro­stu uno­sił się w wo­dzie.

Chło­pak opo­wia­dał, aż do­tarł do ob­razu, który wrył mu się w pa­mięć. Po­stać w czar­nym gu­mo­wym ska­fan­drze miała w niej zo­stać na wieki uwię­ziona w zie­lo­nej toni ciem­nie­ją­cej w kie­runku dna. Miała le­wi­to­wać we wspo­mnie­niach Ro­bina, gdy ten bę­dzie miał tyle lat, ile siwy męż­czy­zna sie­dzący przy sto­liku kem­pin­go­wym.

- Jak wy­glą­dał nu­rek? - chciał wie­dzieć Gu­stav.

Ro­bin się za­wa­hał.

- Wy­da­wało mi się, że na mnie pa­trzy, ale to była tylko ma­ska. Miał na so­bie piankę. - Wzru­szył ra­mio­nami.

- Nie wi­dzia­łeś nic poza tym? W wo­dzie albo na dnie? - drą­żył Gu­stav.

- Dna nie wi­dać. Zbior­nik ma trzy­dzie­ści me­trów czy coś ta­kiego.

- Okej, w po­rządku - od­parł Gu­stav.

- Pan też go wi­dział? - zwró­cił się Fre­drik do Jo­hans­sona.

- Ow­szem. Chłopcy za­częli krzy­czeć, zro­zu­mia­łem, że coś się stało, więc wsko­czy­łem do wody. Wy­szedł­szy z nimi na brzeg, stwier­dzi­łem, że mu­szę za­nur­ko­wać i się prze­ko­nać, czy ich re­la­cja jest zgodna z rze­czy­wi­sto­ścią, za­nim za­dzwo­nimy po po­li­cję.

Ola Jo­hans­son za­pa­mię­tał, że od­ci­nek do fun­da­men­tów bu­dynku po­ko­nał, jakby fru­nął nad wodą. Po­tem za­nur­ko­wał i stwier­dził, że chłopcy mieli ra­cję, choć wi­dok mar­twego męż­czy­zny nie był tak straszny, jak się spo­dzie­wał. Co in­nego przy­pra­wiło go o mdło­ści. Zo­ba­czył małą rybkę, nie więk­szą od ki­janki, która pod­pły­nęła i sku­bała rękę nurka. Wów­czas cia­łem Jo­hans­sona wstrzą­snął dreszcz i do tej pory nie udało mu się po­zbyć tego nie­mi­łego uczu­cia.

Do­piero gdy stał na brzegu i dzwo­nił pod 112, tknęło go, że może po­wi­nien był wy­cią­gnąć nurka z wody. Mało praw­do­po­dobne, by można go było ura­to­wać, lecz ist­niała taka szansa. Uspra­wie­dli­wił się przed sobą tym, że nu­rek uno­sił się na głę­bo­ko­ści czte­rech, pię­ciu me­trów, a on na­wet do niego nie pod­pły­nął. Zszedł tylko tak głę­boko, żeby go zo­ba­czyć. Gdyby znał się na sprzę­cie nur­ko­wym, mógłby na­peł­nić ka­mi­zelkę nurka po­wie­trzem i wy­do­być go na po­wierzch­nię. Wy­star­czyło wci­śnię­cie od­po­wied­niego przy­ci­sku, lecz on nie miał ro­ze­zna­nia. Chciał się do­wie­dzieć od po­li­cjan­tów, jak długo męż­czy­zna le­żał w wo­dzie. Py­ta­jąc jed­nak o to, mu­siałby zdra­dzić, dla­czego go to in­te­re­suje, więc zre­zy­gno­wał.

Na­stęp­nie Fre­drik i Gu­stav prze­słu­chali Wil­lego i star­szą parę. Wille po­twier­dził ze­zna­nia Ro­bina. Oka­zało się, że sie­dem­dzie­się­cio­lat­ko­wie byli na miej­scu już o dzie­wią­tej. Nic nie rów­nało się z po­ran­kiem nad mo­rzem, ale cza­sami dla lu­dzi w ich wieku na plaży było zbyt zimno i wil­gotno. Te­raz ko­rzy­stali z oka­zji, że cie­pło było na­wet w nocy, opo­wia­dał męż­czy­zna. Mu­stang stał już na miej­scu, gdy par­ko­wali swoje auto. Za­nim przy­je­chali Wille i Ro­bin wraz ze swoim oj­cem, wi­dzieli tylko dziew­czynkę spa­ce­ru­jącą z psem rasy gol­den re­trie­ver. Było to tuż po dzie­wią­tej.

Fre­drik i Gu­stav po­dzię­ko­wali świad­kom i ru­szyli w kie­runku nie­bie­skiego mu­stanga. Szli wol­nym kro­kiem. Obaj czuli, że ubra­nia się do nich kleją. Od­kąd tu do­tarli, Fre­drik pró­bo­wał się kon­cen­tro­wać na tym, co wi­dzi i sły­szy. Prze­mie­rzyli w mil­cze­niu ja­kieś dzie­sięć me­trów, gdy ode­zwał się do Gu­stava:

- Prze­cież kom­pu­ter nur­kowy nie po­ka­zuje, kto od­dy­cha i nur­kuje.

- Co masz na my­śli? - spy­tał Gu­stav.

- Cho­dzi mi o to, że kom­pu­ter in­for­muje, że ktoś od­dy­chał przez pe­wien czas na okre­ślo­nej głę­bo­ko­ści. Dla­tego nie wia­domo, czy po­miary do­ty­czą tego kon­kret­nego fa­ceta, który leży na plaży.

Gu­stav de­mon­stra­cyj­nie głę­boko ode­tchnął i za­uwa­żył:

- To brzmi tro­chę kon­spi­ra­cyj­nie.

- Pró­buję tylko prze­ana­li­zo­wać to, czym dys­po­nu­jemy. To, co wiemy na pewno, i to, czego nie wiemy. Skoro już prze­je­cha­li­śmy sto ki­lo­me­trów w wolny dzień, to cho­ciaż bądźmy po­dejrz­liwi, do­bra?

- Ow­szem - zgo­dził się Gu­stav. - Je­śli to nie wy­pa­dek, to co?

- Chyba Eva ma ra­cję. Mu­simy po­cze­kać na wy­niki sek­cji, do­piero wtedy zy­skamy ja­sność w spra­wie.

Do­tarli do mu­stanga i kombi. Gu­stav za­wo­łał Evę i za­py­tał, czy mogą po­dejść. Nie od­po­wie­działa, ale trzy­ma­jąc coś w ręku, ru­szyła w ich stronę.

- Ubra­nia le­żały na tyl­nym sie­dze­niu mu­stanga, a port­fel był w kie­szeni spodni. To on, Sören Myr­man.

Po­ka­zała im ró­żowe prawo jazdy, trzy­ma­jąc je dło­nią w rę­ka­wiczce. Przyj­rzeli się do­ku­men­towi. Czarno-białe zdję­cie pod flagą Unii Eu­ro­pej­skiej ozna­czo­nej li­terą S, a na nim uśmiech­nięty męż­czy­zna z za­cze­sa­nymi do tyłu, ale ster­czą­cymi wło­sami. Miał in­ten­sywne spoj­rze­nie i wy­glą­dał na sym­pa­tycz­nego czło­wieka. Prawo jazdy było ważne jesz­cze przez dwa lata.

W schowku mu­stanga zna­leźli bi­let na prom. Myr­man przy­pły­nął w czwar­tek i miał za­bu­ko­wany rejs na nie­dzielę wie­czo­rem.

- W po­rządku - ode­zwał się Gu­stav. - Mu­simy się skon­tak­to­wać ze sto­łeczną po­li­cją, żeby po­wia­do­mili jego bli­skich w Sztok­hol­mie lub tam, gdzie miał ro­dzinę.

Eva mruk­nęła coś w od­po­wie­dzi. Nie­ru­choma ta­fla wody przy­cią­gnęła spoj­rze­nie Fre­drika. Oczami wy­obraźni uj­rzał nurka w wa­pien­nym wy­ro­bi­sku wy­peł­nio­nym wodą. Po­my­ślał, że to zna­mienny ob­raz sa­mot­no­ści, tak le­wi­to­wać na głę­bo­ko­ści czte­rech me­trów w sztucz­nym je­zio­rze, pod­czas gdy dzieci ba­wią się i ha­ła­sują na brzegu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki