Numero Uno - B. Bisha
44.42 zł
36.87 zł
(37,76 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Drogi czytelniku! Nie wiem, jak ta książka dostała się w Twoje ręce, ale cieszę się, że tak się stało. Być może czytając ją odnajdziesz gdzieś pomiędzy kolejnymi wersami fragmenty, które staną się dla Ciebie ważne. Wiem, że ja takie znalazłam. Na pewno odnajdziesz tu radości i troski dnia codziennego, z jakimi zmagają się nie tylko bohaterowie, ale jakie do pewnego stopnia dzieli również każdy z nas.
Zaczynając tą książkę, zapewne zdajesz sobie sprawę z tego, że jest ona zaliczana do literatury LGBT. Historia tu przedstawiona posiada więc różne, mniej lub bardziej, tęczowe wątki, a wizja niehomofobicznego społeczeństwa tu przedstawiona jest nieco utopijna. Mam więc nadzieję, że nie zważając na nic, będziesz tak jak ja, minuta po minucie dzielił z bohaterami wzloty i upadki.
Całość historii i przedstawionych w niej zmagań chcę zadedykować przede wszystkim każdemu, kto stanął przed ciężkim wyborem, między swoją pasją, a pracą, szkołą, studiami czy zdrowiem. Pamiętajcie, że czasem trzeba trochę odpuścić, ale nigdy nie warto się poddawać.
Ponad to, chciałabym podziękować wielu osobom, bez których powstanie tej książki w ogóle nie byłoby możliwe. Szymkowi - wiecznej, kolorowej duszy, którą poznałam dzięki tej książce. Od momentu poznania Szymona moje życie zmieniło się na lepsze i mimo wielu przebojów, pozostaje jedną z osób, którą uwielbiam i szanuję, za to, kim jest. Ponad to, do rozwoju tej książki bardzo przyczyniła się Gabriela Nowacka, która przeżywała ze mną na bieżąco wszystkie przygody bohaterów i z wielką determinacją poprawiała moje błędy i przecinki. Przez ostatnich kilka lat jej pomoc była nieoceniona. Okładkę zawdzięczamy za to wspaniałemu Pawłowi Kępie, którego kreatywność i pozytywne nastawienie ostatnimi czasy nie raz ratowało mi nastrój i nie tylko. Następnie całe zastępy moich znajomych, przyjaciół i moja żona. Ich wsparcie niejednokrotnie pozwoliło mi nie zostawić pisania na dobre w środku rozdziału. No i na koniec zostawiam wszystkich tych, którzy przez ostatnich kilka lat otworzyli pierwsze części tej książki i chcieli brnąć dalej w tę historię. Wasze komentarze, obecność na profilu Facebookowym czy blogu pozwoliła mi rozwinąć skrzydła i brnąć dalej.
Wiem, że przede mną, jak przed moimi bohaterami, jeszcze długa droga. Mam nadzieję, że przejdziemy ją razem. Zapraszam Cię do mojej wersji świata, gdzie życie ma wiele barw. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej.
Nie chciałem mówić tak dużo. Nigdy. Nikomu. Na pewno nie jemu. Wstałem szybko i chciałem odejść, zniknąć tak szybko, jak tylko było to możliwe. Zanim zdążyłem zrobić chociaż krok, on pociągnął mnie za rękę i przyciągając do siebie, przytulił mocno. W pierwszym odruchu próbowałem się wyrwać, ale nie udało mi się. Po chwili stałem sztywny, jak kłoda w jego objęciach, dopóki nie usłyszałem szeptu tuż przy moim uchu.
- Tymek, nie uciekaj. - Jego głos był ciepły, kojący i było w nim coś, czego nie potrafiłem rozszyfrować, ale co skutecznie rozstroiło mnie do reszty i wczepiając się w niego kurczowo, rozpłakałem się jak dziecko. Musiałem wyglądać żałośnie, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. - Przykro mi. Z powodu biegania i twojego chłopaka. Naprawdę mi przykro. Wypłacz się spokojnie, każdy czasem tego potrzebuje. Nie jesteś z tym wszystkim sam, okej? Porozmawiamy o tym, jak się trochę uspokoisz - powiedział cicho i poczułem jak jego wargi składają delikatny pocałunek na mojej skroni. Było w tym geście tyle czułości, że rozsypałem się jeszcze bardziej. Nie wiedziałem, że było to możliwe. Od śmierci Grzesia nie pozwalałem sobie na żadne czułości. Przestałem wierzyć, że na nie zasługuję. Stojąc tak, nie wiadomo, ile, zacząłem się uspokajać. Gdy mój szloch przeszedł w płacz, a następnie w zwykłe pociąganie nosem, Radek zaczął głaskać mnie po plecach i kołysać delikatnie.
- No już, już. Teraz powoli i spokojnie, a najlepiej od początku. Co się stało? - Przez chwilę zapatrzyłem się w te jego wszystko rozumiejące oczy i nie mogłem zebrać się w sobie, żeby zacząć, ale w końcu westchnąłem i zacząłem opowiadać.
- W liceum miałem chłopaka. Tańczył i był w tym naprawdę dobry. Niestety dorobił się kontuzji i na tym skończyła się jego kariera. Lekarze mówili mu, że już nie ma szans, że nie będzie więcej tańczył. Twierdzili, że to cud, że jakoś chodzi, ale on był uparty. Kochał to i kiedy utracił możliwość, załamał się. Ja biegałem i, co prawda, nie wyobrażałem sobie życia bez biegania już wtedy, ale jakoś nie byłem w stanie pojąć, czemu dla Grześka to wszystko to nagle koniec świata i zwyczajnie zbagatelizowałem jego problem, zamiast go w tym wszystkim wspierać. Powiesił się. Wszedłem do niego do pokoju i zobaczyłem, jak wisi. Niezapomniany widok - zażartowałem cierpko. - Stracił to, co kochał, a ja straciłem jego. Długo się nie mogłem pozbierać... Niedawno dowiedziałem się, że coś jest nie tak z moimi nogami. Wczoraj dostałem potwierdzenie. Nie będę chodził. Ironio losu. Zostałem skazany na to samo, co on. Nie mam chyba tylko tyle odwagi, żeby zrobić to samo... Choć czasem przechodzi mi to przez myśl - ostatnie zdanie wypowiedziałem szeptem, ale Radek i tak je usłyszał i automatycznie dostałem w policzek.
- Ani mi się waż o tym myśleć. Niczym sobie nie zasłużyłeś na to, przez co teraz przechodzisz. Rozumiesz mnie? To, że nie byłeś w stanie mu pomóc, to nie była twoja wina. Nie wiedziałeś, że sobie coś zrobi. Nie mogłeś tego wiedzieć. - Z każdym wypowiedzianym słowem nakręcał się coraz bardziej i usilnie starał się patrzeć mi w oczy, czego ja z kolei wolałem unikać.
- Ja... Nie wiem. Wciąż nocami śni mi się jego twarz. Wciąż, gdy zamykam oczy widzę go wiszącego w jego pokoju... Nie jestem w stanie się tego pozbyć. Po prostu nie umiem. Mogłem coś zrobić. Wiem, że mogłem. Tylko... Tylko nie wiem, co. A teraz...? Rozumiem go aż za dobrze - powiedziałem szczerze, wciąż starając się unikać jego spojrzenia, ale po chwili poczułem jego dłoń na swoim policzku i zmusił mnie do tego, bym spojrzał mu w oczy. Jego wzrok był stanowczy, ale ciepły.
- Tymek, uspokój się. Nic nie mogłeś zrobić. Nie myśl nawet o tym, żeby próbować czegoś podobnie głupiego. Jeżeli będę miał chociaż cień podejrzenia, że coś jest nie halo, to uwierz mi, będę spał z tobą w jednym łóżku i chodził za tobą do kibla. - Mimo wciąż zebranych w kąciku łez, parsknąłem cichym śmiechem, na co on tylko pokręcił głową. - Ty się tu teraz nie śmiej, ja jestem w stu procentach poważny, ot co! Słuchaj, powiedzenie tego na pewno nie było dla ciebie łatwe, ale chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś sam. Wiesz... Każdy ma jakieś sekrety - to mówiąc, cofnął rękę i po chwili wahania, zdjął frotki, które miał na nadgarstkach i podwinął rękawy. Moim oczom ukazały się dość wyraźne, wypukłe blizny ciągnące się wzdłuż przedramion. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że zawsze miał długi rękaw lub frotki czy bransolety.
- Ale... Ale... Co się...? - zacząłem się jąkać, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Niepewnie wyciągnąłem rękę i delikatnie przejechałem palcami po najgłębszych bliznach. Pozwolił mi na to, w ciszy obserwując moją reakcję.
- Niewiele osób je widziało. Zazwyczaj dobrze się ukrywam. W każdym razie... Uwierz mi, nie warto. - Ból, jaki dało się usłyszeć w jego głosie, zdecydowanie mnie otrzeźwił. Nie wiem, co mną wtedy kierowało, ale podniosłem jedną z jego rąk do ust i złożyłem delikatny pocałunek na jednej z blizn. Ta chwila nagle stała się bardzo intymna. Jeszcze przez moment milczeliśmy, aż zdecydowałem się przerwać tę ciszę.
- Co się stało? - powiedziałem przyciszonym głosem, patrząc na niego i wciąż nie wypuszczając jego ręki z dłoni. Tym razem role się odwróciły. To ja usilnie starałem się złapać jego spojrzenie, a on tego unikał.
- Możemy to zostawić na inny raz? - zapytał z nadzieją w głosie i w końcu na mnie spojrzał. Westchnąłem ciężko, ale pokiwałem głową, na co na jego twarzy odmalowała się wyraźna ulga.
- Jasne, że tak. Nie zmuszę cię do zwierzeń - powiedziałem łagodnie. Jakim cudem dotarliśmy do tego momentu? Jeszcze przed chwilą to ja siedziałem wściekły na cały świat i nie chciałem z nikim rozmawiać.
- Dzięki. Powiem ci. Obiecuję. Tak jakby wiszę ci to, po twoich zwierzeniach. Potrzebuję tylko trochę czasu, żeby to sobie jakoś logicznie poukładać. Nie rozmawiałem o tym z nikim, więc nie wiem nawet, co miałbym powiedzieć - zmieszał się trochę i przez chwilę intensywnie o czymś myślał wpatrując się w nasze ręce ze ściągniętymi brwiami, po czym potrząsnął głową, jakby chciał coś od siebie odgonić. Ostatecznie spojrzał się na mnie, a na jego ustach zagościł słaby uśmiech. - Wiesz, wszystko się ułoży. No bo przecież, w końcu jakoś musi. Póki co, walcz. Nie poddawaj się, tylko walcz. Nie rezygnuj ze sportu ani z treningów. Może nie uda ci się wystartować w olimpiadzie, a może, jeżeli będziesz równolegle do treningów przychodził na rehabilitację, to jakoś do tego czasu dociągniesz? Nic nie jest przesądzone. No bo, jeżeli się poddasz teraz, to co ci pozostanie?
- Stwierdzam, że nie lubię, jak masz rację. Nie wiem, ile czasu mi zostało, ale chyba faktycznie, nawet gdybym chciał, to bym nie umiał przestać. Nie wyobrażam sobie tego. Dziękuję. Naprawdę. Potrzebowałem tego - spojrzałem na niego z autentyczną wdzięcznością i o mało serducho mi nie stanęło, gdy posłał mi w odpowiedzi jeden ze swoich uśmiechów.
- Nie masz za co. Zawsze do usług - odpowiedział szybko. - To ten, mówisz, że miałeś chłopaka?
- Aa... Tak. Miałem. - Nigdy nie ukrywałem się za bardzo z moją orientacją, ale jego przenikliwe spojrzenie sprawiło, że poczułem się trochę nieswojo.
- I teraz jesteś wolny, z tego co wywnioskowałem? - drążył temat, unosząc sugestywnie brwi i wpatrując się wciąż w moją rękę trzymającą go za nadgarstek. Dopiero teraz zorientowałem się, że wciąż go trzymam i szybko cofnąłem dłoń, rumieniąc się cały. Kurde, nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłem się tak czerwony.
- Ja tego... Znaczy... - Zacząłem się nieskładnie tłumaczyć, patrząc się wszędzie, tylko nie na niego, ale odpowiedział mi jedynie jego chichot, który po chwili przerodził się w szczery, niepowstrzymany śmiech. Był tak zaraźliwy, że wkrótce dołączyłem do niego. Kiedy się uspokoiliśmy, on tylko przekrzywił głowę i spojrzał na mnie przygryzając policzek, a ja, wciąż nieco speszony, zagadnąłem. - Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. - W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami i pokręcił głową, ale wciąż nie spuszczał ze mnie wzroku, więc czując się nieswojo pod jego spojrzeniem, zagadnąłem ponownie. - No co?
- Nie, nic. Dobrze wiedzieć, że jesteś wolny. Jesteś w moim typie - powiedział, jak gdyby nigdy nic, a ja cieszyłem się, że siedzę, bo inaczej chyba bym się przewrócił.
- C... co? - wydukałem zszokowany.
- Oj, przestań. Nie mów, że się tego nie spodziewałeś. - Machnął ręką wyraźnie rozbawiony, a ja tylko pokręciłem głową.
- Ty nie jesteś hetero? - wydusiłem gapiąc się na niego otwarcie. Dopiero po chwili doszło do mnie, jak głupio to w tym momencie zabrzmiało.
- Oczywiście, że nie - powiedział to takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie i do tego powszechnie znana. - Nie wiedziałeś?
- Nie miałem pojęcia. Widywałem cię tylko z dziewczynami, więc jakoś nigdy się nie zastanawiałem nad tym - przyznałem szczerze. To, że sam chętnie dobrałbym mu się do spodni, to jeszcze nie znaczy, że kiedykolwiek posądzałem go o to, że on chętnie dobrałby się do moich.
- Jestem panseksualny, a to, że te dzikie stada blondynek latają za mną wszędzie, to już nie jest mój problem - wydał z siebie podirytowane sapnięcie.
- Dobrze, już spokojnie. Dla mnie bomba. Ja tam jestem zwykłym gejem. Nic niezwykłego. - Wzruszyłem ramionami. Atmosfera między nami stała się luźna i było całkiem miło. Nie spodziewałem się, że będę w stanie tak z nim rozmawiać.
- Marudzisz. Mogę czegoś spróbować? - Spojrzał na mnie pytająco i przygryzł wargę w oczekiwaniu.
- Ee...? Jasne. Próbuj. - Nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, więc tylko wzruszyłem ramionami, zgadzając się od razu. Po chwili, zaskoczony, poczułem jego wargi na swoich.
Tego się nie spodziewałem. Tak dawno nie miałem żadnego partnera, że w pierwszej chwili się spiąłem i nie bardzo wiedziałem, co mam robić, ale powoli oswajałem się z tym uczuciem. Zacząłem niepewnie oddawać pocałunki, wciąż nie wierząc w to, co się dzieje. Radek mnie całował. On całował mnie. Z każdym kolejnym pocałunkiem stawaliśmy się obaj bardziej pewni, bardziej natarczywi, tak więc w momencie, w którym znalazła nas jedna z pielęgniarek, byliśmy tak pochłonięci tym wszystkim, że nie usłyszeliśmy jej, dopóki nie chrząknęła wystarczająco głośno, stając obok nas. Z trudem odkleiliśmy się od siebie i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na to, że moje dłonie były wplecione w jego włosy, a jego znajdowały się niebezpiecznie blisko moich pośladków.
- Nieładnie, chłopcy! Wiecie, ile was szukałam? Spuścić was na chwilę z oka i co? - Starała się wyglądać na złą, ale po jej oczach widać było, że usilnie powstrzymuje się przed zarzuceniem nas milionem pytań. - No, sio. Do sali. Byle własnych. Ale mi już!
- Już idziemy, obiecuję. - Radek uśmiechnął się w odpowiedzi. Wciąż miał wypieki na twarzy i opuchnięte wargi, a do tego przekrzywione okulary i zmierzwione włosy. Wyglądał uroczo. Po prostu uroczo. Aż nie mogłem się na niego napatrzeć.
- No, powiedzmy, że wam wierzę. Nie naróbcie hałasu, jak będziecie wracać - rzuciła tylko oddziałowa i udała się do dyżurki. Gdy tylko oddaliła się na bezpieczną odległość, spojrzeliśmy po sobie i nie wiedzieć czemu, wybuchliśmy śmiechem, jak na komendę.
- No to na czym stanęło? - zapytał patrząc na mnie wymownie.
- Na tym, że mamy iść spać - powiedziałem, udając powagę, a on w odpowiedzi wykrzywił się i sapnął zirytowany.
- No wiesz, co... - jęknął i spojrzał na mnie naburmuszony. Wyglądał tak rozbrajająco uroczo, że nie mogłem się nie uśmiechnąć. Pochyliłem się i cmoknąłem go szybko w usta.
- Robisz się uroczy, jak się tak nabzdyczasz, wiesz? - Uśmiechnąłem się, ale on tylko wykrzywił się w odpowiedzi i spiorunował mnie wzrokiem. - Oj, no daj spokój. Zdecydowanie wolę twoją szpitalną wersję od tego, co widywałem na co dzień.
- Nie mów nikomu, ale ja też - westchnął, ale wreszcie odwzajemnił mój uśmiech. - Wiesz, jak się weszło między wrony, musisz krakać, jak i one. Na co dzień już nie bardzo mam wyjście. Tu nie muszę się pilnować ani udawać. Dobra, czas się zbierać, bo nas zaraz prześwięcą. Wpadnij do mnie jutro rano do sali, jeszcze przed zabiegami, co? - powiedział wstając i przeciągając się, po czym pociągnął mnie za rękę tak, żebym podążył w ślad za nim. Wkrótce pożegnaliśmy się jeszcze jednym, małym buziakiem i obaj położyliśmy się spać.
Długo nie mogłem zasnąć, myśląc o tym, co się stało. Jakim cudem w ogóle doszliśmy do takiego momentu, jak przed chwilą? To było tak nieprawdopodobne, że sam nie wiedziałem, co o tym myśleć. Gdy wstałem rano, moje myśli automatycznie powędrowały w jego stronę, ale doszedłem do wniosku, że nie mam nawet pojęcia, jak się teraz przy nim zachować. Nagle dopadł mnie strach. Co, jeżeli on po prostu wróci do bycia tym Radkiem, którego znam i teraz, jak już dostał, co ode mnie chciał, po prostu mnie wyśmieje i na tym się skończy cała ta przygoda? Moje obawy powiększyły się tylko, gdy nie zobaczyłem go na śniadaniu, ale postanowiłem spróbować zajrzeć do niego do sali przed fizykoterapią tak, jak prosił. Nie miałem nic do stracenia. Zastałem go z nosem w książce. Zdawał się zapomnieć o całym bożym świecie. Zapukałem delikatnie w futrynę i zobaczyłem, jak podnosi nieobecny wzrok i przez chwilę patrzy się na mnie bez zrozumienia. Dopiero po chwili zorientował się, kim jestem i co tu robię, więc włożył do książki zakładkę i odłożył ją na stolik obok łóżka, po czym przeciągnął się i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Cześć - zagadnąłem, czując się trochę nieswojo.
- Hej, hej, właź i siadaj, a nie stoisz tak w tych drzwiach. - Pokiwał na mnie ręką i usiadł w siadzie skrzyżnym, żeby zrobić mi trochę miejsca. Dość niepewnie podszedłem i usiadłem na brzegu jego łóżka, na co on pokręcił głową i zaśmiał się krótko. - Ja nie gryzę. No, tylko trochę, ale wczoraj nie protestowałeś. Jak się dzisiaj czujesz?
- Dobrze, zaskakująco dobrze - odpowiedziałem tylko na zadane pytanie, resztę pomijając głębokim milczeniem. - Nie widziałem cię na śniadaniu.
- Ja tego... Zawsze jem śniadanie sam. Nigdy na stołówce - zmieszał się wyraźnie, ale zaciekawił mnie ten temat.
- Jak to? Czemu? - zapytałem więc, patrząc się na niego z zainteresowaniem, ale on tylko westchnął i przygryzając wargę, spojrzał na mnie zrezygnowany.
- To jest część tego, co jeszcze mam ci powiedzieć. Możemy zostawić to na wieczór? Długo wczoraj o tym myślałem i już chyba wiem, jak mam to powiedzieć, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, okej? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Jasne. Wiesz, że nie musisz mi niczego mówić, prawda? Nie chcę zmuszać cię w żaden sposób do zwierzeń ani do mówienia czegoś, co jest dla ciebie niewygodne - zapewniłem go szybko, lustrując spojrzeniem jego reakcję, ale on tylko pokręcił w odpowiedzi głową i po chwili rzucił.
- Wiem. Wiem, ale muszę z kimś w końcu o tym pogadać, a tobie chyba będzie najłatwiej powiedzieć i wydaje mi się, że jako jedyny chcesz słuchać. Może nawet nie będziesz mnie za bardzo oceniał - dodał z nadzieją w głosie.
- Nie będę. Obiecuję - zapewniłem go ponownie, ale w odpowiedzi uśmiechnął się smutno.
- Tego nie wiesz. Nie obiecuj z góry, bo raczej tego nie dotrzymasz. - Tu zamilkł na moment, po czym uśmiechnął się do mnie. - Dość tych ponurych tematów, noc jest lepsza na takie rzeczy. Wiesz, że już jesteśmy spóźnieni do Agi?
- O cholera! Faktycznie, wstawaj. Biegusiem! - Poderwałem się na równe nogi i pociągnąłem go za sobą, po czym puściłem jego rękę i pobiegłem do pokoju od fizykoterapii.
Kiedy tam wbiegłem, było kilka minut po planowanym rozpoczęciu mojej rehabilitacji, więc uznałem, że nie ma tragedii. Nie zdążyłem się nawet zmęczyć, ale chwilę po mnie do pomieszczenia wpadł zdyszany Radek i przez długi czas nie mógł złapać oddechu, a gdy tylko mu się udało jakoś ustabilizować oddech, wycelował we mnie palec i fuknął.
- Pieprzony olimpijczyk. Nie wszyscy są tu, kurde, sportowcami. Następnym razem tak ci dupę skopię. - Tu zrobił przerwę na głębszy oddech, po czym spojrzał na rehabilitantkę. - Dzisiaj nie potrzebuję fizykoterapii, bieganie za nim wystarczy mi do końca tygodnia.
- Dwójka wariatów - skomentowała krótko Agnieszka i popędziła nas w kierunku przyrządów, po czym odwróciła się do mnie. - No to jak tam dzisiaj, lepiej?
- Dużo lepiej. Dzięki. Słuchaj, mam do ciebie mały romans. - Uśmiechnąłem się i puściłem do niej oczko, na co ona tylko się zaśmiała i przewróciła oczami, ale w końcu spojrzała na mnie wyczekująco. - Potrzebuję dobrego zestawu ćwiczeń. Muszę jak najdłużej to wszystko przeciągnąć. Nie wiem, czy mi się uda, ale chcę spróbować. Jestem kandydatem na następne igrzyska olimpijskie. Było duże prawdopodobieństwo, że zostanę wybrany, ale teraz wszystko stoi pod wielkim znakiem zapytania. Może, jeżeli będę miał dobrze dobrane ćwiczenia, to jakoś dotrwam? To byłoby piękne zakończenie kariery biegacza.
- Igrzyska... Co? - Kobieta wybałuszyła na mnie oczy. Chwilę to trwało, zanim odzyskała mowę i zaczęła zbierać fakty do kupy. - Nie mam tego w twoich aktach. Cholera! Gratuluje! Słuchaj, do jutra opracujemy ci pełny plan zabiegów i ćwiczeń do robienia tu i w domu. Normalnie pewnie byłyby małe szanse, ale skoro jesteś przyszłym olimpijczykiem... Twoje mięśnie i kondycja na bank dużo pomogą. Myślę, że to się może udać. Nie mogę ci nic obiecać, ale jeśli się postarasz, to jeszcze trochę pobiegasz - powiedziała wyraźnie podekscytowana.
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się tylko i kontynuowałem ćwiczenia, ale za chwilę poczułem delikatne pukanie na ramieniu. Odwróciłem głowę w tę stronę i zobaczyłem, że to Radek wychyla się i szczerzy do mnie, jak głupi do sera.
- No stary, masz przesrane. Teraz Aga żyć ci nie da. Gwarantuję - powiedział z nutką złośliwości w głosie, ale tylko przewróciłem oczami.
- Radek, jestem sportowcem. Lubię się męczyć. No i chcąc, nie chcąc, chyba tego potrzebuję - powiedziałem, zbywając go, na co on tylko mrugnął do mnie i powiedział przyciszonym głosem.
- Znam lepszy sposób na to, żeby cię zmęczyć. - Słysząc to, mimowolnie zarumieniłem się trochę i pokręciłem głową z niedowierzaniem. On był niemożliwy.
- Cicho siedź, zbereźniku - rzuciłem przyciszonym głosem.
- Zbereźniku? - udał zdziwionego. - Głodnemu chleb na myśli. Ja myślałem o skakance itp.
- Uch, ty! - Zmierzyłem go spojrzeniem i zaczerwieniłem się bardziej.
- Uno! Nie dokuczaj koledze - pogroziła mu palcem Agnieszka, stając przed nami.
- Ja? Ja przecież nic nie robię. To on jest jakiś dziwny. - Wyszczerzył się w odpowiedzi chłopak i zrobił niewinną minkę.
- Tak, tak, jasne. Już ja wiem, że z ciebie jest dobry terrorysta - odpowiedziała szybko Aga i ponownie grożąc mu palcem, odeszła do innych pacjentów, zostawiając nas chichrających się pod nosem. Niemal do końca fizykoterapii nie byliśmy w stanie się uspokoić. Następne zabiegi mieliśmy jednak osobno, więc każdy z nas poszedł w swoją stronę. Zanim zdążyliśmy się jednak rozstać, odwrócił się do mnie i lekko zmieszany rzucił.
- Nie mam nikogo innego na sali. Wpadnij do mnie wieczorem, to wtedy pogadamy.
- Jasne. Nie ma sprawy. Będę jakoś po kolacji, okej? - zapytałem szybko, zerkając na zegarek. Gdy podniosłem na niego wzrok, wyglądał dość niepewnie, ale wreszcie, po chwili wahania, skinął głową.
- Jasne. Wpadaj - rzucił cicho i szybko się oddalił. Zmarszczyłem brwi, patrząc na niego jeszcze przez chwilę. Po co w ogóle zgadzał się na tę rozmowę, jeżeli wyraźnie nie czuł się z tym wszystkim komfortowo? To pytanie i jego mina, pozostały ze mną do końca dnia.
Niestety doby mijały nieubłaganie. Po paru dniach skończył się jego pobyt w szpitalu, a mi czas zaczął się coraz bardziej dłużyć. Przed wyjazdem wymieniliśmy się numerami, zaakceptowaliśmy zaproszenia na Facebooku, dodaliśmy się na Skype 'e i generalnie posiadaliśmy swoje wszelkie możliwe namiary, włącznie z adresem. Podałem mu nie tylko mój adres domowy, ale też wynajmowanego w Warszawie mieszkania, na wypadek, gdyby chciał wpaść. Teraz zostały nam tylko wiadomości, telefony i wspomnienia.
Nasz wypad na kebab na przykład minął bardzo przyjemnie i gdybym nie był pewny, że jest inaczej, uznałbym to za randkę. Chociaż, ponoć jestem w jego typie, więc kto go tam wie, co on sobie pomyślał. Mimo że z początku opornie nam szło, to ostatecznie bardzo się przyzwyczailiśmy do przebywania w swoim towarzystwie. Wymienione na początku doświadczenia i kilka pocałunków, sprawiły, że następny dzień był nieco krępujący. Obaj musieliśmy się odnaleźć w codzienności z wiedzą, jaką posiadaliśmy o sobie nawzajem. Ja uparcie zwalczałem w sobie wszystko, co mówiło mi, żeby się nim zaopiekować, a on wyraźnie toczył własną walkę z czymś, co po drodze zaadaptował.
Ostatecznie wyszło nam to jednak całkiem dobrze. Nie tylko nasz wypad zakończył się w przyjemnej atmosferze, ale też pod koniec jego pobytu czuliśmy się przy sobie bardzo swobodnie. Niezmiernie cieszył mnie fakt, że przez ostatnie dwa dni Radek jadł już względnie normalnie, bez większej pomocy z mojej strony, chociaż wciąż porcje były raczej małe. Nie chciałem jednak narzekać. Ważne, że jadł. Przez to ominą go nieprzyjemności związane z wizytą w szpitalu psychiatrycznym. Psycholog, z którym Uno wciąż ma spotkania, wystawił mu jak najbardziej pozytywną opinię, więc na jakiś czas powinien mieć względny spokój. Pozostaje nam tylko liczyć na to, że jeszcze długo nie będzie żadnego nawrotu. Ja oczywiście też mam w tym trochę swoich korzyści. Będąc w domu może ze mną bezkarnie i do woli SMSować i rozmawiać. Po jakimś czasie takie nasze konwersacje stały się moim małym nawykiem.
Nawet, gdy wróciłem do Warszawy, wiedziałem, że po każdym ciężkim dniu będę mógł usłyszeć jego głos i od razu robiło mi się lepiej. Jednoczesne branie udziału w treningach i chodzenie na rehabilitacje paradoksalnie odbiło się na moim zdrowiu. Chodziłem wiecznie zmęczony, a do tego często łapałem przeziębienia, mimo obecnej pory roku. Kto normalny choruje u progu lata? Najwidoczniej ja. Zdecydowanie zmalał mi też apetyt, ale widząc karcące spojrzenie Radka na ekranie monitora, za każdym razem grzecznie dreptałem do kuchni po jakąś lekką kolację. Nawet na odległość pilnował, żebym jadał i się wysypiał, co było na swój sposób urocze.
Mimo iż był koniec roku akademickiego, a on już dawno obronił tytuł magistra i złożył wstępnie wszystkie potrzebne dokumenty do rozpoczęcia przewodu doktorskiego, bardzo dużo pracował nad ostatecznym kształtem swoich badań, które będzie chciał złożyć, jak i również pozyskiwaniem kolejnych miejsc, w których mógłby je przeprowadzić. W tak zwanym międzyczasie, chociaż szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, kiedy by to miało u niego być, uczył ludzi angielskiego bądź hiszpańskiego, a jednak w tym wszystkim znalazł zawsze moment, żeby ze mną porozmawiać i dopytać się czy na pewno prowadzę zdrowy tryb życia. Było to naprawdę ujmujące. Rozbrajał mnie czasem doszczętnie prostymi gestami i słowami, dając mi znać, że się o mnie troszczy. Nie pozostawałem mu oczywiście dłużny, upewniając się, że on również jada należycie, a czasem nawet zmuszając go do jedzenia przede mną podczas rozmowy przez Skype 'a. Na początku trochę protestował, ale ostatecznie się poddał i nie raz czekał z kolacją, abyśmy mogli w pewien sposób zjeść ją wspólnie. Były to całkiem miłe chwile.
Dziwiło mnie w tym wszystkim to, jak łatwo w gruncie rzeczy przychodziło mi utrzymanie tej znajomości. Rozmowy między nami były naturalne. Nigdy nie doświadczyłem z nim tej krępującej ciszy, kiedy każda ze stron patrzy się tępo w ekran i nie wie, co jeszcze mogłaby powiedzieć. Zawsze znalazł się jakiś temat. Często się śmialiśmy, a ja szybko przywykłem do jego kąśliwego poczucia humoru. Z czasem zaczęły mnie nawet bawić jego żarty na mój własny temat. Wiedziałem, że mówiąc je, nie ma niczego złego na myśli, więc na spokojnie śmiałem się z nim, ponieważ musiałem przyznać, że zdecydowana większość była trafiona. Czasem zdarzyło nam się również obejrzeć film, jednocześnie komentując go przez Skype 'a. Nasza relacja, czymkolwiek ona nie była, rozwijała się w najlepsze.
Chcąc, nie chcąc, w głowie zaczęły mi kiełkować myśli o tym, jakby to było móc trzymać go w ramionach co wieczór, przed zaśnięciem i budzić się koło niego każdego poranka lub poczuć jego dłonie na mojej nagiej skórze... Niestety, ale było to niewykonalne. Nawet, jeżeli dobrze nam się rozmawiało i znajomość szła w dobrym kierunku, to nie oznaczało przecież, że zostaniemy parą. Moja wybujała wyobraźnia płatała mi figle na przekór zdrowemu rozsądkowi. Jakby mało było powodów, to z czysto racjonalnego punktu widzenia, każdy z nas miał swoje życie gdzie indziej. On nie porzuci doktoratu, a ja nie poddam się z bieganiem na ostatniej prostej.
Jednego wieczoru wróciłem bardziej padnięty niż zwykle i mówiąc szczerze, nie bardzo miałem ochotę na jakiekolwiek rozmowy. Postanowiłem nie siadać nawet do komputera, tylko wziąć prysznic, szybko coś przekąsić i iść spać. Niestety coś koło dwudziestej drugiej z minutami, kiedy już leżałem w łóżku, mój telefon zaczął niemiłosiernie brzęczeć. Nawet na niego nie spojrzałem, ale kiedy usłyszałem trzeci raz dźwięk przychodzącego połączenia, zirytowałem się i złapałem za aparat odbierając połączenie nie zobaczywszy nawet, kto dzwoni.
- Czego? - warknąłem.
- Wow, przepraszam. Spokojnie, to tylko ja. Nie przeszkadzam? - Usłyszałem w słuchawce niepewny i lekko nerwowy głos Radka. Automatycznie zszedłem z tonu i mimowolnie uśmiechnąłem się do siebie.
- Nie przeszkadzasz. Wybacz, nie chciałem tak warczeć na ciebie - odpowiedziałem szybko.
- Martwiłem się. Nie odbierałeś, nie ma cię na Internecie, nie odpowiadałeś na SMSy... - zaczął nieśmiało.
- Przepraszam. Jestem padnięty i zaraz po szybkim prysznicu i kolacji położyłem się do łóżka. Nie mam dzisiaj siły na nic - wytłumaczyłem się nieco zażenowany. Nie chciałem go obrazić w żadnym wypadku, a już na pewno nie chciałem wyjść na chama, gdy on się o mnie martwił.
- Ups. Dobra, to idź spać, a ja zadzwonię kiedy indziej - odpowiedział szybko.
- Nie, nie. Zawsze dobrze słyszeć twój głos - wtrąciłem prędko. - Jak minął dzień?
- Wszystko w porządku. Słuchaj, mam do ciebie romans - rzucił już zupełnie normalnie.
- Oho, lubię dźwięk tych słów. Mów - zaczynałem się ekscytować. Coś w jego głosie mówiło mi, że spodoba mi się to, co dla mnie przyszykował. Przeciągnąłem się i ułożyłem wygodniej, oczekując na dalszą część.
- Przekimasz mnie parę dni? - zapytał prosto z mostu, a na moje usta wypłynął wielki uśmiech. Podobało mi się to coraz bardziej.
- Jasne, nie ma sprawy. Mam bardzo wygodną kanapę - powiedziałem, ale po chwili dorzuciłem figlarnie. - I jeszcze wygodniejsze łóżko.
- Przyjmuję ofertę i trzymam za słowo. Powiedz mi, gdzie i o której kończysz trening w środę, to podjadę, co?
- Słuchaj, ciężko powiedzieć. Na pewno na stadionie legii, ale w środę akurat będzie małe zamieszanie i mogę być wolny o dwunastej albo o siedemnastej. Ciężko stwierdzić, która z opcji jest bardziej prawdopodobna.
- Uuu, kurczę. Jedenasta trzydzieści jestem na dworcu w Centralnej.
- Wiesz, jak trafić na stadion?
- Wiem, wiem. Poza tym od czego są mapy, co? Dam sobie radę - zapewnił mnie od razu.
- Dobra, a nie przeszkadza ci czekanie na mnie? - upewniłem się.
- Nie, jasne, że nie. To jak robimy?
- Podjedź pod stadion i zadzwoń do mnie, to wyjdę po ciebie i wpuszczę cię na trybuny. Inaczej ochroniarz może mieć jakieś zastrzeżenia.
- Jesteś pewny, że tak możesz? To nie będzie żaden problem? Nie chcę robić kłopotu - od razu zaczął się dopytywać, a ja zaśmiałem się krótko.
- Nie, nie, żaden kłopot. To dość popularne. Muszę cię tylko ostrzec. Do mnie nikt nie przychodził jeszcze, więc możesz przyciągać uwagę. Żeby nie było, że nie powiedziałem zawczasu - ostrzegłem go od razu, a w odpowiedzi przez jakiś czas słyszałem tylko jego śmiech.
- Okej, zrobię się na bóstwo. Rozumiem, że witanie się buziakiem nie wchodzi w grę? - żartował w najlepsze. Wyobraziłem sobie miny trenera czy chłopaków, gdyby zobaczyli mnie całującego się z Radkiem i również dołączyłem do niego, wybuchając śmiechem.
- A to zależy od tego, jak dobrym. Jak zrobisz się na bóstwo, to mogę się nie powstrzymać - rzuciłem zniżając głos. Atmosfera stała się inna, trochę bardziej intymna. Wbrew wszelkim pozorom dość rzadko dochodziło do takich momentów i nigdy nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć. To była bardzo specyficzna znajomość i te chwile napawały mnie jednocześnie nadzieją i strachem.
- Na to liczę, ale ćśś, to tajemnica - odpowiedział konspiracyjnym szeptem, ale po chwili wrócił już do normalnego tonu głosu, skutecznie rozwiewając kłębiące się w powietrzu emocje. - No to do zobaczenia za dwa dni. Nie mam serca cię dłużej trzymać. Dobranoc.
- Dobranoc. Będę czekał - powiedziałem cicho i rozłączyłem się. Jeszcze przez chwilę leżałem z telefonem w ręku, po czym poczułem, że faktycznie morzy mnie sen i odłożyłem aparat na stolik obok łóżka. Umościłem się wygodnie, przymykając oczy. Tego wieczoru zasypiałem z uśmiechem.
Wtorek mijał nieubłaganie. Wieczorem dostałem tylko krótkiego SMS-a: do zobaczenia jutro (;. Zaczynałem panikować. Istniała duża szansa, że coś pójdzie nie tak. Albo może odwrotnie, za bardzo tak. Być może będzie spał w jednym łóżku ze mną. Teraz, gdy nikt nas nie pilnował i nie było żadnych przeszkód... Nie wiem, na ile będę mógł trzymać nerwy na wodzy i zachować jako taki spokój, gdy on będzie leżał pode mną... yyy... obok mnie w samej piżamie. Moja wyobraźnia płatała mi zdecydowanie za dużo figli.
Nie mogłem zaprzeczyć, między nami była chemia. Tylko wciąż bałem się jej poddać. Bałem się tego, co miało być potem. Każde z nas ma życie gdzie indziej, a ja do niedawna myślałam o nim jak o dupku, który wszystkich ma za nic. Z jednej strony znów chciałem poczuć jego miękkie wargi na swoich i zanurzyć palce w jego włosach. Wpleść w nie dłoń i przyciągnąć go bliżej siebie, a drugą ręką sunąć po jego nagiej skórze... Aż przygryzłem wargę na samą myśl. Nie powinienem w ogóle nastawiać się na takie scenariusze, ale ciężko było powstrzymać strumień myśli i obrazów przewijających się przez moją głowę. Byłem w kropce. Jednocześnie chciałem wszystkie te wizje spełnić, ale za razem nie chciałem rujnować jedynej znajomości, która nie była powierzchowna.
Cały środowy poranek nie mogłem się skupić. Wstałem jeszcze wcześniej niż zwykle i po raz nie wiem już, który sprawdziłem, czy mieszkanie na pewno jest posprzątane. Zmieniłem pościel i na wszelki wypadek przygotowałem dodatkowy komplet. Coś ściskało mnie w żołądku. Od kiedy tylko trening się rozpoczął, ja wciąż zerkałem na zegarek i nasłuchiwałem sygnału komórki. Trener co chwilę się na mnie darł, ale widziałem, jak mimo to podśmiechuje się na boku. Z rana zapowiedziałem wizytę znajomego i widocznie zżerała go ciekawość, kto to będzie, bo jeszcze ani razu nie zdarzyło mi się ani nikogo przyprowadzać, ani zachowywać w ten sposób. W dodatku najwidoczniej mojego trenera bawiło moje rozkojarzenie i chciał potorturować mnie dłużej, bo zapowiedział, że biegnę ostatni, co oznaczało, że nie wyjdę stąd przed siedemnastą. Westchnąłem ciężko i starałem się chociaż w jakimś stopniu skupić na rozgrzewce, ale słabo mi to wychodziło.
Wreszcie podczas przerwy poprzedzającej kwartalne sprawdziany sprawnościowe rozdzwonił się mój telefon. Złapałem za niego i szybko pobiegłem w stronę wyjścia. Cała werwa wróciła. W biegu odebrałem połączenie i rzuciłem szybkie: zaraz będę, po czym zakończyłem rozmowę. Chwilę później go zobaczyłem. Stał, jak gdyby nigdy nic, rozglądając się dyskretnie. Rzeczywiście zrobił się na bóstwo. Włosy miał rozpuszczone i zaczesane lekko do tyłu tak, że dobrze było widać jego oczy. Miał swoje zwyczajowe soczewki, więc już z daleka można było zauważyć ten ich piękny, orzechowy kolor. Założył dopasowaną, elegancką koszulę, zamiast marynarki miał narzucony na nią rozpinany sweter i do tego proste, ciemne jeansy, które idealnie uwydatniały jego zgrabne nogi i pośladki. Przez ramię miał przewieszoną zwykłą, sportową torbę, a w ręku trzymał drugą, zapewne z laptopem. Gdyby nie było świadków, już teraz zaciągnąłbym go w jakiś ciemny zakamarek i prędko nie wypuścił. Podbiegłem do niego truchcikiem już z daleka machając, żeby zwrócić na siebie jego uwagę i och... ten uśmiech. Gdy zbliżyłem się wystarczająco, przyciągnął mnie do uścisku na powitanie.
- Oj, daj spokój, jestem cały spocony, wybrudzisz się - zaśmiałem się.
- Nie ważne - odpowiedział. - Dawno się nie widzieliśmy, daj mi się nacieszyć.
- Nacieszysz się potem. Na razie chodź, bo zaraz mi się przerwa skończy, a trener jest na mnie dzisiaj cięty. - Pociągnąłem go za sobą, pilnując, aby nie przyspieszać za bardzo.
- Matko, nigdy za tobą nie nadążam - westchnął i zaczął obok mnie biec truchcikiem, podczas gdy ja szedłem. Dość szybko, ale jednak szedłem. Zacząłem się śmiać i zwolniłem trochę.
- Wybacz.
- Nie ma problemu. Rehabilitacja 2.0 trening z Przybyszem. - Mrugnął do mnie z ironicznym uśmieszkiem na ustach. W odpowiedzi tylko pokręciłem głową i przewróciłem oczami.
Chwilę później dotarliśmy na miejsce. Odstawiłem go na trybuny i sam zszedłem na zbiórkę. Przez pierwsze pół godziny czułem na sobie wzrok dosłownie wszystkich. Ich spojrzenia wędrowały ode mnie do Radka i z powrotem. Jego zaś było utkwione na stałe we mnie tak, jakby inni w ogóle nie istnieli. Na początku trochę mi to przeszkadzało, ale później przyzwyczaiłem się i szybko przestałem to zauważać, a przynajmniej przestałem tak odczuwać spojrzenia chłopaków z drużyny. Radek bardzo dbał o to, żebym o nim nie zapomniał. Mimo to, jego obecność do jakiegoś stopnia uspokajała mnie i pozwalała mi się skoncentrować i zmobilizować, więc kiedy przyszła moja kolej wziąłem głęboki oddech i skupiłem się na tym, żeby wszystkie ćwiczenia wykonać poprawnie, a na końcu pobiec jak najszybciej umiem. Kłamałbym, gdybym twierdził, że w głowie miałem tylko olimpiadę, bo gdzieś z tyłu przebłyskiwała myśl o nim, usilnie śledzącym każdy mój ruch. Jednak rehabilitacja przynosiła pożądane efekty i dziś mimo niewyspania byłem w formie jak nigdy. Ci, którzy nie wiedzieli o mojej chorobie, nigdy w życiu nie domyśliliby się, że cokolwiek jest nie tak. Naprawdę byłem w szczytowej formie. Żeby tylko utrzymać to do igrzysk... Pociąg moich myśli został przerwany przez głos mojego trenera.
- Dobra robota, Przybysz. Chodź na podsumowanie - rzucił z ironicznym półuśmieszkiem. To wróżyło źle, bardzo źle. Niemniej jednak musiałem podejść i wysłuchać tego, co ma do powiedzenia.
- Dziękuję trenerze, a tak na poważnie? - zapytałem podchodząc.
- Mówiłem poważnie. Ćwiczenia przyzwoicie, ale bez szału. Za to na biegach właśnie pobiłeś swój rekord. Twój chłopak musi częściej przychodzić. - Ach, to o to mu chodziło. Przez chwilę zatkało mnie kompletnie.
- To nie jest mój chłopak. Jaki miałem czas? - wydukałem.
- Jasne, jasne. Widzę jak na siebie patrzycie. Poza tym inaczej byś go tu nie przyprowadził - odpowiedział kompletnie pomijając moje pytanie.
- Trenerze, to jest mój znajomy, który ma u mnie przenocować kilka dni, żeby zaoszczędzić na hotelu. Musiał tu przyjść, żeby miał jak dojechać do mieszkania. Chociaż nie sądzę, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Jaki miałem czas? - powtórzyłem dobitnie czując narastającą irytację.
- Oszukuj się dalej, ale ja na twoim miejscu nie chciałbym przegapić takiej okazji. Masz, sam sobie zobacz. - Tu pokazał mi kartę z moimi wynikami, a mi szczęka opadła.
Poprawiłem swój najlepszy czas o ponad pół minuty na krótkim dystansie, a na całości o ponad trzy minuty, co stanowiło naprawdę dobry wynik. Szybko podziękowałem i zebrałem swoje rzeczy, kiwając na Radka, żeby podszedł do mnie. Zrobił, o co prosiłem i poszedł za mną do szatni, czekając, aż wezmę prysznic i się przebiorę. Przez cały czas nie odezwał się ani słowem, a ja nie miałem bladego pojęcia, o co chodzi. Gdy wyszliśmy, również bez słowa, podążył za mną na przystanek, ale w jednym miejscu rozejrzał się dyskretnie i pociągnął mnie za rękę tak, że wylądowałem za jednym z kiosków stojących w zakątku. Przyparł mnie do tylnej ściany i rzucił na wydechu zniecierpliwionym szeptem: no nareszcie po czym zaczął mnie całować.
Tak, zdecydowanie tego mogłem się po nim spodziewać. Dopiero to uświadomiło mi, jak bardzo tęskniłem za jego dotykiem. Cholera. Cały mój misterny plan niepoddawania się takim porywom poszedł się paść. Wiedziałem, że jestem już sprzedany. Po raz pierwszy od czasu Grześka czułem się przy kimś tak dobrze i wiedziałem, że mam do tego prawo. Po raz pierwszy od liceum nie chciałem wypuścić z rąk mężczyzny stojącego przede mną. Ani teraz, ani najlepiej już nigdy.
- Uno, poczekaj chociaż aż dotrzemy do mieszkania - rzuciłem łapiąc oddech.
- Już nie mogłem. Wiesz, ile samozaparcia potrzebowałem, żeby doczekać do teraz? Matko, gdybyś tylko wiedział, jak seksownie wyglądasz taki cały spocony z napiętymi mięśniami i skupieniem na twarzy - powiedział nisko, patrząc mi w oczy i oblizując dolną wargę.
- Wiesz, jak bardzo chcę cię teraz pocałować? - rzuciłem i przymknąłem oczy, biorąc głęboki oddech.
- Do dzieła.
- Nie. Nie teraz. Poczekaj aż będziemy u mnie. Wtedy się tobą zajmę - obiecałem cicho, otwierając oczy i patrząc się prosto na niego. Uśmiech, jaki zobaczyłem na jego twarzy i delikatnie zarumienione policzki mówiły mi, że zdecydowanie podobał mu się mój plan. Obaj uspokoiliśmy oddechy i jak gdyby nigdy nic wyszliśmy zza budki, idąc dalej na przystanek.
Zanim dojechaliśmy do mojego mieszkania, napięcie między nami stało się nieznośne. Żaden z nas się nie odzywał, nie chcąc tego potęgować. Jeszcze nigdy dwadzieścia minut nie trwało tak nieznośnie długo. Wreszcie wczłapaliśmy się na drugie piętro jednego z nowszych bloków na Ochocie. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, przywarliśmy do siebie, nie chcąc się rozłączyć. Po omacku dotarliśmy do kanapy. Tak, jak sobie wyobrażałem, leżał pode mną namiętnie oddając pocałunki. Jego dłonie błądziły po moim ciele, raz za razem wędrując coraz dalej, a ja nie pozostawałem mu dłużny.
Wreszcie mogliśmy być ze sobą w każdy możliwy sposób i nagle to wszystko przestało być tak przerażające. Nagle związek na odległość zaczął brzmieć sensownie, a to, że będziemy się kochać zaraz i jeszcze pewnie kilka razy później stało się logiczne, a wręcz naturalne. Zacząłem go powoli rozbierać, ale ku mojemu zdziwieniu spiął się lekko i złapał mnie za rękę patrząc w bok. Nagle cały mój piękny obrazek runął. Przełknąłem dumę i położyłem mu rękę na policzku, chcąc zmusić go do tego, by spojrzał na mnie, ale kategorycznie odmówił.
- Przepraszam - powiedziałem cicho. Być może to wszystko działo się dla niego zbyt szybko, a może nigdy nie chciał posuwać się dalej.
- Nie, to ja przepraszam. Chciałem tego, naprawdę, ale... - zaczął nieporadnie, a ja wtedy zrozumiałem, skąd wzięła się jego reakcja. Wypuściłem głośno powietrze z ust. Jego stare nawyki znów wzięły górę i mogłem spodziewać się tego, że również z jedzeniem będzie miał spore problemy.
- Ćśśś, Uno, spokojnie. Jeżeli wciąż chcesz, to zrobimy to powoli i w każdej chwili możemy przerwać, wystarczy jedno słowo, ale wyglądasz naprawdę świetnie. - Starałem się utrzymywać spokojny ton głosu i miałem nadzieję, że to do niego dotrze, ale on tylko po chwili pokręcił głową.
- Nie rozumiesz. Tu nie chodzi o wagę albo raczej nie tylko... - jęknął przeciągle.
- To wytłumacz mi, o co chodzi - poprosiłem, próbując spojrzeć mu w oczy. Wreszcie mi się to udało. Milczał dłuższy czas, aż w końcu westchnął.
- Te blizny na rękach to tylko niewielka część wszystkiego. Mam blizny na udach, na brzuchu, rozstępy po nagłych zmianach wagi... Tego jest sporo.
- Wiesz, że mi to kompletnie nie przeszkadza - powiedziałem z lekkim uśmiechem, ale jego reakcja trochę mnie zdziwiła.
- Ale mi przeszkadza! - krzyknął natychmiast i zacisnął powieki. - To jest obrzydliwe, sam mam z tym problem, a co dopiero pokazanie tego komuś...
- Uno, uspokój się. Mi to nie przeszkadza, a ciebie muszę oduczyć takiego podejścia - powtórzyłem cierpliwie.
- Nie widziałeś tego, nie masz pojęcia jak to wygląda - upierał się dalej.
- To mi pokaż i wtedy będziemy dyskutować. - Spojrzałem na niego z determinacją w oczach, ale on ponownie zacisnął powieki i pokręcił głową.
- Tymon... - szepnął błagalnie.
- Unirad... - zacząłem przedrzeźniać jego ton. Wydał z siebie podirytowane sapnięcie i otworzył oczy, patrząc na mnie z wyrzutem. Odgarnąłem mu włosy z twarzy i pogłaskałem po policzku. - Uno, nie pozwól temu zdominować twojego życia i psuć pięknej chwili. To tylko ja.
- I właśnie dlatego... - zaczął, ale szybko wszedłem mu w słowo.
- Możesz przestać się bać. To ja. Dobrze wiesz, że mi to nie przeszkadza. Zaufaj mi - zniżyłem głos do szeptu i czekałem na rozwój wydarzeń. Widocznie toczył walkę sam ze sobą, ale wreszcie uległ i skinął ledwie zauważalnie głową. Uśmiechnąłem się do niego ciepło i pocałowałem go czule. Nie było mowy o szybkim, mocnym i namiętnym seksie. Przynajmniej na razie. On potrzebował akceptacji i czułości, a ja usilnie chciałem mu to dać. Powoli i ostrożnie zacząłem rozpinać guzik za guzikiem i rozchyliłem koszulę na boki. Sam pomógł mi ją z siebie zdjąć razem ze swetrem. Wypuścił głośno powietrze, a ja nagrodziłem go buziakiem. Chyba złapał aluzję, bo uśmiechnął się, oddając pocałunek.
Pozwoliłem mu na chwilę przejąć inicjatywę i poddawałem się jego dłoniom. Ściągnął ze mnie koszulkę i spodnie, pozostawiając mnie jedynie w bokserkach. Nie pozostałem mu dłużny i po chwili sięgnąłem do zamka od jego spodni. Spiął się lekko, ale mimo to pozwolił mi kontynuować. Niedługo po tym pozbyłem się jego spodni wraz z bielizną. Rzeczywiście wnętrze jego ud pokrywały pobladłe już sznyty i rozstępy, które również wychodziły na jego brzuchu. Przejechałem wzrokiem po nim całym. Był zgrabny i miał całkiem ładne mięśnie brzucha. Przejechałem ręką po jego nagim ciele i ostatecznie zatrzymałem ją na biodrze. On starał się usilnie nie patrzeć na mnie i widocznie czekał na moją reakcję. Pochyliłem się i pocałowałem go w szyję, szepcząc mu do ucha.
- Jesteś piękny. Naprawdę.
- Przestań, przecież wiem, jak wyglądam - odmruknął.
- Najwidoczniej nie masz pojęcia. Uno, masz świetne ciało. Już ci mówiłem, co sądzę o wszystkich twoich bliznach. - Spojrzałem na niego z uśmiechem - A teraz się zamknij i całuj.
Podziałało. Wreszcie trochę się rozluźnił i zaraz potem pozbył się moich bokserek, i zaczął mnie całować. Powoli coraz bardziej się rozkręcał, więc po chwili niemal powrócił nastrój z początku wizyty. Niemal, bo wciąż spinał się lekko, gdy moje dłonie wędrowały w okolice jego ud czy brzucha, ale raz za razem reakcje były coraz słabsze. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kochałem się z kimś, ale nigdy z nikim nie było mi tak dobrze. Nie myślałem, że dożyję chwili, w której on będzie wił się pode mną, rozgrzany i błagający o każdy kolejny ruch. Ja zresztą nie byłem w lepszym stanie. Byliśmy jak dwa splątane ze sobą kłębki emocji, nie gotowe, by je rozplątać. Coś mi mówiło, że jeszcze długo nie będziemy na to gotowi. Byliśmy chaosem, który nitka po nitce zaczynał łączyć się i splatać w coś pięknego, czemu sami dopiero nadamy kształt. Nie od dziś wiadomo, że z wszechogarniającego chaosu powstaje coś idealnego. Byliśmy swoją własną miarą ideału.
Kiedy żegnałem się z nim na dworcu, objąłem go mocno i powiedziałem ze ściśniętym gardłem.
- Dbaj o siebie. I jedz. Błagam cię, jedz.
- No przecież jem... - zaczął, ale kiedy zobaczył mój wzrok, ucichł.
- Uno, myślisz, że nie widzę? Jesz, ale kiedy myślisz, że nie patrzę, to mierzysz jedzenie takim spojrzeniem, jakbyś szykował się na spożycie trucizny albo gorzej. Po prostu... Jedz, okej? Nawet, jeżeli ci się to nie podoba.
- Dobra, uspokój się. A jak będziesz mnie tak dalej ściskał to pociąg odjedzie beze mnie - rzucił z kwaśnym uśmiechem i wywinął się z moich objęć, ostatecznie nie dając mi żadnego zapewnienia.
- Uno - stęknąłem na wpół błagalnie na wpół ostrzegawczo, ale nic to nie dało. W ostatniej chwili odwrócił się jeszcze i dodał.
- Nie martw się. Pa. - Niestety brzmiał przy tym na winnego. Świetnie, teraz na pewno nie będę się martwił, prawda?
- Kurwa - mruknąłem pod nosem i patrzyłem za oddalającym się pociągiem. Miałem przed sobą tydzień na ogarnięcie głowy i przygotowanie się psychicznie do wyjazdu.
Powtarzałem sobie, ile tylko się dało, że będzie dobrze. Uno to przecież rozsądny chłopak. Może i z problemami, ale jednak rozsądny. Poza tym ma rodzinę. Na pewno jakoś da sobie radę, a ja na spokojnie pojadę się z nim spotkać, jak tylko wrócę z zawodów. Niestety rozmowy z nim nie napawały mnie optymizmem. Zawsze zręcznie uciekał od tematu, a ja nie czułem się komfortowo stawiając go pod ścianą, więc milczałem. Powtarzałem sobie raz po raz, że wytrzymam. Przecież to nic takiego. Wytrzymam na bank... Ostatecznie nie wytrzymałem. Na wszelki wypadek kupiłem dodatkowy bilet i już spakowany pojechałem do niego, mając cichą nadzieję, że po prostu wsiądzie ze mną w samolot i będę miał go pod ręką. Spotkaliśmy się na mieście w jednej z kawiarni na Świętojańskiej.
Siedziałem naprzeciwko niego i nie zdejmowałem z niego badawczego spojrzenia. Schudł. Może nie było to wiele, może dwa lub trzy kilo, ale ostatnio byłem wyczulony na takie zmiany u niego. Nauczyłem się go uważnie obserwować i reagować w porę, jeżeli tylko pojawiały się jakieś symptomy nawrotu choroby. Większość ludzi nie ma tylu nawrotów, ale w jego przypadku, czasem nawet trzy, cztery razy do roku, dlatego mam wrażenie, że nie jest do końca dobrze leczony. Niemniej jednak, nie miałem zamiaru w to ingerować, tylko pomagałem, jak mogłem. Niestety, czekał mnie trzytygodniowy wyjazd na zawody i nie chciałem spuszczać go z oczu. Szczególnie w takim momencie.
- Uno, proszę cię, jedź ze mną - zaproponowałem mu, niemal błagalnym głosem.
- Błagam cię, co ja będę tam robił? Daj spokój - starał się mnie za wszelką cenę zbyć, ale coś mi mówiło, że on wiedział, że ja doskonale zdaję sobie sprawę z jego stanu zdrowia.
- Możesz wziąć wszystkie te swoje tomiszcza potrzebne do twoich badań. Miałbyś co robić, kiedy ja będę na treningach, a podczas głównych treningów i zawodów może byś mi tak pokibicował? - dorzuciłem zachęcająco.
- Tymek, nie. Wiem, o co ci chodzi i nie. Nie musisz mnie pilnować na każdym kroku - zirytował się.
- Uno - jęknąłem, po czym zniżyłem głos. - Ja się po prostu martwię. Czy to źle, że chcę, żeby wszystko było w porządku?
- Tymek, nie wyciągaj tej karty. Nie mam zamiaru poddać się tym twoim słówkom. Wiem, że się martwisz i dziękuję, ale musisz mi pozwolić na trochę luzu. Wiem, że nie jestem w najlepszej formie, ale zaufaj mi, poradzę sobie z tym. Zanim wrócisz będzie po wszystkim, okej? Muszę sam dać sobie z tym radę, dobrze?
- To nie tak, że ci nie ufam. Po prostu się martwię, ale masz rację. Nie mogę ciągnąć cię ze sobą wszędzie. Będziesz dzwonić?
- Jasne, że będę. Nie bój żaby ani się obejrzysz, będziesz z powrotem i skoczymy na jakąś dobrą kolację - powiedział lekko. Pochyliłem się nad nim i pocałowałem go. Miałem tylko nadzieję, że miał rację.
Poleciałem sam. Czekały mnie ostatnie treningi i zawody. Całość odbywała się w słonecznym Madrycie. Być może i zwiedzanie byłoby całkiem przyjemne, ale treningi w tym upale nie koniecznie mnie zachwycały. Jedyną zaletą było to, że płynnie posługiwałem się językiem hiszpańskim. Mogłem go trochę odkurzyć i poćwiczyć rozmowy. W sumie mógłbym też rozmawiać po hiszpańsku z Radkiem, ale poza szczególnymi momentami, jakoś nigdy za bardzo nie korzystaliśmy z naszej znajomości języków obcych. Czasem w łóżku któreś z nas używało pieszczotliwych określeń, głównie właśnie po hiszpańsku, bo trzeba było przyznać, że działało to podniecająco na nas obu, ale to tyle.
Dzień za dniem treningi stawały się coraz bardziej uciążliwe. Nie byłem pewien czy to kwestia tego, że byłem w środku urlopu, czy moja choroba zrobiła jakieś postępy, ale byłem wycieńczony. Trener widocznie zauważył moją kondycję, bo trzy dni przed zawodami kazał mi przystopować i skupić się na rehabilitacji oraz przygotować psychicznie do zawodów. Byłem mu za to bardzo wdzięczny, szczególnie, że przez kilka ostatnich dni Uno nie odzywał się do mnie. Nie odbierał telefonów ani nie odpowiadał na SMS-y czy wiadomości na Internecie. Martwiło mnie to. Były trzy opcje. Numer jeden - był zajęty. Numer dwa - czymś go ostatnio uraziłem i nie chce ze mną rozmawiać, co zdecydowanie mi się nie podobało. No i w końcu istniał jeszcze cień szansy, że jednak nie podołał i wylądował w szpitalu, a co za tym idzie miał utrudniony kontakt z kimkolwiek i na bank nie chciał się do tego przyznać, nawet, jeżeli miał szansę napisania do mnie jednego, głupiego SMS-a.
Nienawidziłem niepewności i bezsilności, a tak właśnie czułem się teraz. Nie byłem pewny, co się dzieje i czułem się bezsilny wobec wszystkiego. Nie mogłem zwyczajnie wsiąść w samolot i polecieć do niego, porzucając udział w zawodach. Jeżeli chciałem mieć jakąkolwiek szansę na start w olimpiadzie, musiałem tu być. To nie tak, że sport był ważniejszy od niego. On stał się moim priorytetem. Jeżeli coś będzie się działo, to byłem w stanie rzucić wszystko i jechać za nim, ale póki próbował zapewniać mnie o tym, że wszystko był w najlepszym porządku, chciałem próbować osiągnąć swój cel. W takim więc nerwowym nastroju minął mi niemal cały ostatni tydzień. Również podczas wyścigu myślałem nie o zwycięstwie, a o nim. O tym, żeby jak najszybciej znów być blisko niego i upewnić się, że wszystko jest w porządku. Myśl o nim tak napędzała mnie do działania, że nie widziałem moich przeciwników, nie widziałem dobrze toru ani nie słyszałem dopingujących tłumów. Biegłem i dopiero, gdy przebiegłem metę zorientowałem się, co się dzieje. Po kilku sekundach zwolniłem i zatrzymując się rozejrzałem się dookoła.
Tłum krzyczał, zawodnicy dalej biegli, a trener stał z wybałuszonymi na mnie oczami. Przez chwilę bałem się, że coś pokręciłem i wciąż miałem biec, ale każdy kolejny zawodnik zatrzymywał się przede mną. W końcu dobiegli do mnie koledzy z drużyny, którzy również mieli okazję dziś pobiec i niewiele myśląc wzięli mnie na ręce i zaczęli podrzucać. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, dopóki nie zobaczyłem słowa record na jednym z bilbordów.
Pobiłem rekord ustanowiony na tych zawodach kilka lat wstecz. Nie myślałem, że to w ogóle było możliwe, a już na pewno nie w moim obecnym stanie.
- Tymon, co to miało być? Słaniasz mi się na treningach i ledwo stoisz, a teraz co? - Usłyszałem kpiący głos trenera, biegnącego do nas truchcikiem. - Dobry bieg, chłopcy. Wszyscy świetnie się spisali.
- Dziękujemy, trenerze - odpowiedzieliśmy chórem, a chłopcy w końcu postawili mnie na ziemię. Dopiero wtedy poczułem ogarniające mnie zmęczenie i aż zachwiałem się lekko. Trener podtrzymał mnie i pokręcił głową z dezaprobatą.
- Przybysz, nie mdlej przed medalami. Dzisiaj masz swoje święto. Jestem z ciebie dumny. Mówię ci, dotrwasz do tych igrzysk, jest coraz lepiej. Teraz będziesz miał zasłużony urlop to odpocznij.
- Jasne, dzięki trenerze. Obiecuję, że dopóki mogę, dam z siebie wszystko - odpowiedziałem naprędce i zacząłem kierować się do miejsca, gdzie powoli zbierali się wszyscy zawodnicy.
Przechodzący obok ludzie gratulowali mi sukcesu, a do mnie to wciąż nie dochodziło. Nawet, gdy stałem na podium z medalem i kwiatami, nie mogłem pojąć tego, jak udało mi się to zrobić. Niemal do końca dnia działałem jak na autopilocie. Szatnia, prysznic, autokar do hotelu, kolacja, toasty i rozmowy, szybki wywiad z dziennikarzami, kilka uścisków dłoni i wreszcie upragniony spokój. Gdy tylko wszedłem do hotelowego pokoju, padłem na łóżko i nie miałem już na nic siły. Niestety w tej chwili rozdzwonił się mój telefon. Licząc na to, że może jednak dzwoni Uno, chwyciłem za słuchawkę, ale niestety dzwonili moi rodzice. Wysłuchałem więc cierpliwie wszystkich gratulacji i innych miłych przymiotników na mój temat, po czym kazali mi grzecznie odpoczywać. Tak, jakbym miał siłę na cokolwiek innego. Nawet pakowanie się zostawiłem na kolejny dzień. Mimo iż wyruszaliśmy wcześnie rano, wolałem zrobić to potem. Zdążyłem nastawić budzik na trzecią rano i pogapić się chwilę w okno. Nie wiem nawet, kiedy zasnąłem.
Obudził mnie dopiero jazgot wydobywający się z mojego telefonu. Na około było ciemno. Paliła się jedynie blada lampka obok mojego łóżka. Nie pamiętam, żebym ją zapalał, ale postanowiłem się tym kompletnie nie przejmować. Rzeczywiście nie było powodu, bo zastałem obok niej notatkę z odręcznym pismem trenera: Nie dawałeś znaku życia, więc wszedłem. Nie spóźnij się na zbiórkę i nie śpij tak następnym razem. Gdy nikt nie patrzył, trener był dla nas jak ojciec. Karcił nas jak małe dzieci, dbał o to, żebyśmy chodzili wyspani, nie lubił, gdy któryś z nas dotykał alkohol, ale też potrafił rzucić ciepłym słowem. Oczywiście to była nieoficjalna wersja, którą każdy z nas znał, ale milczał o niej zawzięcie.
Według oficjalnych danych był surowym sukinsynem. Pozwalaliśmy wszystkim w to wierzyć. Tymczasem złożyłem koc, którym mnie przykrył i rozejrzałem się wokoło. Nie wypakowałem zbyt wiele rzeczy, więc tylko pozbierałem ciuchy z treningu i zawodów, po czym wziąłem długi odprężający prysznic i zebrałem wszystkie kosmetyki z łazienki. Ubrałem się i zrobiłem ostateczną rundkę po pokoju, sprawdzając wszystkie szafki. Upewniwszy się, że wszystko zabrałem, wziąłem torby i zszedłem na dół do lobby. Jak się okazało, byłem pierwszy. Zerknąłem na zegarek i zauważyłem, że jest ledwo po piątej. Do zakończenia zbiórki pozostało około dwudziestu minut i większość drużyny nie zbierze się raczej do tego czasu. Pojawił się natomiast trener mówiąc, że jest mile zaskoczony, że kogokolwiek widzi tak szybko, po czym zaciągnął mnie na przyspieszone śniadanie. Zazwyczaj nie jadałem z nim posiłków, więc było to dla mnie lekko krępujące, ale nie wypadało mi odmówić.
- Zajadaj Tymon, marnie wyglądasz.
- Oj, proszę nie przesadzać. Nie jest źle.
- Tymek, mówię serio. Słuchaj, weź dłuższy urlop. Zostało ci jeszcze trzy tygodnie, weź cztery albo pięć i odwiedź dobrego lekarza. Osiągasz świetne wyniki, jak nigdy. Naprawdę jestem dumny z twoich osiągnięć, ale martwią mnie z kolei twoje wahania kondycyjne. Raz tryskasz energią i bijesz rekordy, a potem chwiejesz się i słaniasz na nogach. Potrzebujesz dobrego odpoczynku i sprawdź czy to nie jest nic poważnego.
- Trenerze, ja doskonale wiem, co to jest. Lepiej nie będzie, ale póki co nie powinno być gorzej.
- Nie powiedziałeś mi nigdy, co ci jest. Tylko raz dzwoniłeś i panikowałeś, że wszystko rzucasz i niedługo przestaniesz chodzić, ale na razie to widzę, że z chodzeniem radzisz sobie świetnie - rzucił ironicznie.
- Poza moim lekarzem i rehabilitantem wiedzą tylko dwie osoby i nie chcę tego zmieniać - powiedziałem stanowczo.
- Dla dobra twojego i drużyny wolałbym wiedzieć - rzucił zmęczonym tonem.
- Dobra, ale to nie wyjdzie poza tę rozmowę. - Poczekałem cierpliwie, aż skinął głową. - Mam dystrofię mięśniową Beckera. Powoli zanikają mi mięśnie począwszy od nóg i bioder. Całość postępuje raczej powoli, więc powinienem do igrzysk dociągnąć. Może nawet trochę dłużej.
- Ja pierdzielę i słyszę o tym dopiero teraz? Normalny jesteś? A gdyby na treningu coś się stało?! - podniósł głos, a ja pokręciłem głową ze śmiechem.
- Za wcześnie na takie krzyki. Właśnie dlatego nic nie mówiłem, żeby nie siał trener paniki. Wszystko gra. Wiem, ile mogę i będę walczyć do samego końca, żeby móc jak najwięcej i jak najdłużej - zapewniłem go. Widać, że nie było mu to wszystko w smak, ale postanowił nie komentować dalej mojej sytuacji i skinął głową.
Aż do końca dnia nie odezwał się do mnie ani słowem. Dopiero, kiedy na lotnisku zaczynaliśmy rozchodzić się każdy w swoją stronę, trener złapał mnie i powiedział z wycelowanym we mnie placem.
- Pamiętaj, nie widzę cię tutaj przez najbliższych pięć tygodni. Zrozumiano?
- Tak jest! - odkrzyknąłem i pokręciłem głową z niedowierzaniem. Taki urlop to ja rozumiem, ale nie wierzę, że go dostałem. Zaczynałem dostrzegać niewielkie korzyści płynące z bycia chorym.
Prosto z lotniska pojechałem do swojego mieszkania i gdy tylko ogarnąłem wszystkie niezbędne rzeczy, pobiegłem na dworzec i kupiłem bilet na najbliższy pociąg do Gdyni. Niestety dotarłem tam już po dwudziestej trzeciej, więc wizyta w domu Radka odpadała. Chyba tylko cudem, na szybko znalazłem nocleg w jednym z pobliskich hosteli i postanowiłem przeczekać do rana. To była prawdopodobnie najdłuższa noc w moim życiu. Przez długi czas, mimo ogromnego zmęczenia, nie zmrużyłem oka. Martwiłem się o niego cholernie, a on jak na złość dalej milczał. Na przemian kimając, na przemian wiercąc się w łóżku, dotrwałem do ósmej rano, po czym wstałem, umyłem się i doprowadziłem do względnie normalnego stanu tak, żeby nikt nie uciekał z krzykiem widząc mnie na ulicy.
Wciąż denerwując się niemiłosiernie, wyszedłem z budynku i ruszyłem na autobus, jadąc najpierw do najlepszego baru mlecznego w okolicy, mając nadzieję, że już będzie otwarty. Na szczęście był, tak więc zamówiłem na szybko jakieś tosty i zacząłem męczyć śniadanie. Kiedy wreszcie wsiadłem w autobus mający mnie zawieźć niemal pod jego dom, czułem, jakbym zaraz miał zemdleć z nerwów, choć do końca nie wiedziałem, dlaczego. Było już po dziesiątej, gdy stanąłem przed docelowym budynkiem i wziąłem głęboki oddech, po czym nacisnąłem dzwonek. Drzwi otworzył jego ojciec.
- Tak? - zapytał patrząc na mnie podejrzliwie.
- Dzień dobry, nazywam się Tymon Przybysz, szukam Radka - powiedziałem krótko i czekałem na jego reakcję. Zmarszczył brwi i odpowiedział chłodno.
- Nie ma go, wyjechał na urlop. - Na te słowa krew się we mnie zagotowała. Wiedziałem, że nie planował żadnego urlopu, a już na pewno nie w takim stanie, w jakim był.
- Proszę nie udawać. Jest w szpitalu, prawda? - rzuciłem czując narastającą złość. Cholera! Trzeba go było nie zostawiać samego!
- W jakim szpitalu? Co pan mówi? Nie wiem, kto panu takich bzdur naopowiadał, ale... - zaczął się bronić, ale było widać, że dość niepewnie i nieudolnie próbował maskować zdziwienie. Przerwała mu kobieta, która jak mniemam była macochą mojego chłopaka.
- Co się dzieje? O co tu chodzi? - zapytała, patrząc to na mnie, to na męża.
- Nic, nic, kochanie. Właśnie tłumaczę temu panu, że U... Radek jest na urlopie - powtórzył, tym razem z większym zacięciem i spojrzał na mnie złym wzrokiem.
- Naprawdę, proszę pana, obaj wiemy, że Uno jest w szpitalu. Spodziewałem się tego, ale nie chciał mnie słuchać... - Ja również zacząłem się nakręcać, ale kobieta szybko mi przerwała.
- Tymek, prawda? - Spojrzała na mnie zaciekawiona, a mi ze zdziwienia odjęło mowę, więc pokiwałem tylko głową.
- Znasz go? - wydukał jej mąż.
- Nie, ale Uno dużo o nim mówił - powiedziała i posłała mi ciepły uśmiech, na co spojrzałem na nią z wdzięcznością. - Proszę wejść, nie będziemy przecież rozmawiali w drzwiach - dorzuciła szybko i wpuszczając mnie do środka, zaprowadziła mnie do salonu proponując coś do picia. Grzecznie odmówiłem i z niecierpliwością oczekiwałem na wieści o Radku.
- Jestem Natalia, a to mój mąż Arek. Nie wiem, czy Uno mówił cokolwiek, ale jestem jego macochą. Mimo to mamy raczej dobry kontakt - zaczęła, gdy usiedliśmy naprzeciwko siebie na kanapach.
- Tak, sporo o pani opowiadał. Nie tylko o pani zresztą, o panu również sporo mówił. - Na te słowa kobieta uśmiechnęła się szeroko, natomiast jej małżonek spochmurniał.
- Podejrzewam, że nie wyraził o mnie najlepszej opinii - burknął pod nosem, chociaż było widać, że trochę go ta myśl bolała, ale pokręciłem głową.
- Myli się pan. Owszem, mówił o raczej ciężkich początkach, ale nigdy nie wypowiadał się o panu źle. Raczej zawsze wyrażał podziw dla pańskiej pracy, a poza tym nie raz wspominał jakieś wypady czy rozmowy z panem - uspokoiłem go szybko. Wyglądał na zdziwionego, ale zadowolonego z tego, co właśnie usłyszał.
- A skąd pan wie o jego pobycie w szpitalu? - zapytał, zmieniając nieco temat.
- Domyśliłem się. Tego się obawiałem, szczerze mówiąc i dlatego przyjechałem to sprawdzić, bo nie odpowiadał na wiadomości ani nie odbierał telefonów i nigdy nie oddzwaniał... Teraz już wiem, czemu. Kiedy wyjeżdżałem, nie był w najlepszym stanie i chciałem, żeby pojechał ze mną. Miałbym go na oku i jakoś byśmy tego uniknęli, ale najpierw się wypierał, a potem poprosił o zaufanie, twierdząc, że da sobie z tym radę sam. Cóż. Nie wyszło - westchnąłem ciężko. Oboje moich rozmówców wpatrywało się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- Nie podejrzewałam, że wasza znajomość jest na takim etapie. Uno nie jest raczej skory do zwierzeń, więc znam tylko urywki informacji. Mogłam się domyślić, skoro tak często o tobie mówi - powiedziała w zamyśleniu.
- Znam mniej więcej zarys jego przeszłości i nauczyłem się już rozpoznawać symptomy, jakie miewa na początku nawrotów. Chciałem go uchronić i tym razem, ale się nie udało... Wiedzą państwo może czy istnieje chociaż cień szansy, żebym mógł go w najbliższej przyszłości zobaczyć? - Spojrzałem na nich z nadzieją, licząc, że jest jeszcze jakaś możliwość zorganizowania takiej wizyty.
- Dobrze pan trafił. Mamy dziś umówione widzenie. Myślę, że da radę jakoś pana z nami podczepić. - Ku mojemu zaskoczeniu odezwał się ojciec mojego chłopaka. Spojrzałem na niego z wdzięcznością i wydukałem ciche dziękuję.
- Proszę przestać mi mówić per pan. Czuję się z tym strasznie nieswojo. Samo imię wystarczy - powiedziałem w końcu ze słabym uśmiechem.
- Jasne. Dziękuję. Właściwie to powinniśmy się już zbierać, bo mogą być korki, a jest w Gdańsku na Srebrzysku. Zabierzemy pana... cię, od razu.
- Dziękuję bardzo. Ja po prostu martwię się o niego. Jednak lubię mieć z nim stały kontakt - wymruczałem pod nosem, nieco zażenowany.
- Oczywiście, rozumiemy. Jesteś chyba pierwszą osobą, której zwierzył się ze swoich problemów. Wszystkim znajomym bliższym i dalszym kazał nam mówić, że jest gdzieś na urlopie. Musisz być naprawdę wyjątkowy.
- Nie, to on jest wyjątkowy. Tak długo, jak będzie chciał mnie znosić, będę gdzieś obok, ale z naszej dwójki to on jest unikalny i niepowtarzalny. - Uśmiechnąłem się szeroko na samą myśl o nim, a jego rodzice wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Widocznie dotarło do nich, co tak naprawdę dzieje się między mną a ich synem.
Czekałem na korytarzu już od pół godziny. Jego rodzice rozmawiali z nim w jego sali. Lekarz będący na porannym dyżurze wyraził zgodę na moją wizytę, ale ten, który przyszedł teraz nie patrzył już na mnie tak przychylnym okiem. Moja wizyta miała być dla Uno niespodzianką, więc umówiliśmy się, że jego rodzice nie pisną ani słówkiem o tym, że czekam na swoją kolej i jestem tuż obok. Niestety, kiedy oni wyszli i wreszcie mógłbym spokojnie porozmawiać z własnym chłopakiem, drogę zagrodził mi lekarz, uparcie twierdząc, że teraz Radek ma ustaloną porę obiadu, a później będzie koniec wizyt, więc mogę spróbować umówić się na za trzy tygodnie. Zdecydowanie nie było mi to na rękę.
- Proszę posłuchać, gwarantuję, że wszystko przy mnie zje i nawet pan nie zauważy, że tam jestem - upierałem się.
- O nie. On nie jada przy ludziach. Ma duży problem z personelem medycznym, a co dopiero przy kimś obcym. - Nieprzyjemnie podkreślił ostatnie słowo, a we mnie aż zawrzało.
- Nie chcę kwestionować pańskich kompetencji, panie doktorze, ale może czytałby pan dokładnie kartę swojego pacjenta. Przy mnie jada normalnie - wycedziłem przez zęby. Uno widocznie musiał usłyszeć naszą małą wymianę zdań, bo wyszedł z sali i spojrzał po nas obu, po czym zrobił wielkie oczy.
- Tymek, co ty tu robisz? - powiedział zdziwiony, ale na pewno nie niezadowolony.
- A jak myślisz? Przyjechałem do ciebie - odpowiedziałem od razu. - Schudłeś. - Zmierzyłem go spojrzeniem, a on założył ręce na piersi i prawie szeptem burknął sarkastycznie pod nosem no shit, Sherlock, po czym dodał głośniej.
- Dzięki za stwierdzenie oczywistego. Jeszcze jakieś komentarze do mojego wyglądu? - Spojrzał na mnie spode łba, ale spadające mu z nosa okulary sprawiły, że i tak wyglądał uroczo.
- Tak, dopóki twoja koścista dupa nie wróci do normy, będę na ciebie wołał kościotrup - powiedziałem z udawaną powagą. Zarówno lekarz, jak i jego rodzice nie zdejmowali z nas bacznego spojrzenia, chociaż po ich minach mogłem zobaczyć, że nie bardzo podobają im się moje odzywki.
- Och, jakie to romantyczne. Zawsze o tym marzyłem - rzucił z ironicznym uśmiechem Radek, po czym westchnął, a jego uśmiech stał się cieplejszy. - Stęskniłem się za tobą.
- Ja za tobą też. Powinieneś dostać w łeb za martwienie mnie. Przed zawodami nie mogłem się skupić i prawie nie spałem ostatnio.
- Już ja sobie wyobrażam, jak ty jadłeś. - Zmierzył mnie karcącym spojrzeniem.
- Jadłem przyzwoicie. Trener mnie pilnował. Zresztą akurat ty nie masz w tym momencie mocnych argumentów w tym temacie - odciąłem się.
- Dobra, dobra, ja swoje wiem. Będę musiał mu podziękować. Bywasz gorszy niż blondynka na diecie. A teraz powiedz mi, ile jeszcze mam tu stać i czekać? - Słysząc to przewróciłem oczami, ale mimo to podszedłem do niego i przytuliłem go. Wtulił się we mnie i odetchnął głęboko. - No nareszcie.
- Mhm... - odmruknąłem tylko, ciesząc się chwilą. Niestety zaraz potem odsunął się trochę i spojrzał na lekarza.
- Co dzisiaj jest na obiad?
- Rodzice przywieźli ci gulasz wołowy. Może dasz już radę. - Usłyszawszy odpowiedź, Uno zamyślił się na chwilę i pokiwał nieobecnie głową.
- Spróbuję. Poproszę o dużą porcję, jestem całkiem głodny - powiedział zdeterminowany, na co lekarz zaśmiał się lekko. Naprawdę zaczynałem go nie lubić.
- Ostatnio miałeś problemy z tym, żeby wcisnąć w siebie chociażby mały talerz chudych kotlecików drobiowych, a teraz nagle dużą porcję? Nie wywiniesz się, kolega nie zje za ciebie - odpowiedział twardo lekarz, ale Radek nie dawał za wygraną.
- Poproszę pełny talerz. Akurat gulasz bardzo lubię. Nie chce pan chyba hamować postępów u pacjentów, prawda? On nic nie będzie za mnie jadł. Macie zresztą pielęgniarki, żeby tego pilnować. Mówię panu, ma na mnie niezawodny sposób. Przy nim zjem wszystko i w każdej ilości.
- Już nie kłam - wtrąciłem, za co zostałem obdarowany złym spojrzeniem, ale tylko wyszczerzyłem się w jego kierunku. - Może i w każdej ilości, ale nie wszystko. Nie ma takiej siły, która wmusiłaby w ciebie nawet pół grama melona albo krewetek. Kto normalny nie lubi melona?
- Ja, najwidoczniej, a teraz przymknij paszczę - rzucił w moją stronę, po czym zwrócił się znów do lekarza. - To jak, panie doktorze? Mogę spróbować?
Lekarz oczywiście nie miał większego wyboru i wyraził zgodę na jego zdaniem nieludzko wręcz wielką porcję jak na Radka. Fakt, że ostatecznie dostał dość spory talerz pełen zdrowego jedzenia, wyglądającego raczej zachęcająco. Najwidoczniej jego macocha miała talent kucharski. Nie czekając dłużej przystąpiliśmy do działania. Kilka razy podczas całego procesu mierzył talerz niechętnym wzrokiem, ale dotrwał do końca bez żadnego marudzenia. Kiedy tylko przełknął ostatni kęs, odchylił się mocno na krześle gładząc się po brzuchu i stwierdził, że czuje się jak piłka, ale mimo to był uśmiechnięty. Niestety nie zostało nam dużo czasu, więc przybliżyłem swoje krzesło, jak tylko mogłem najbliżej i siedząc obok niego, objąłem go. Wtulił się we mnie i trwaliśmy tak w błogiej ciszy, ciesząc się sobą nawzajem. Cmoknąłem go delikatnie w skroń i ścisnąłem mocniej, wiedząc, że czas nam się kończy.
- Martwię się o ciebie - szepnąłem.
- Wiem, przepraszam. Może i powinienem z tobą jechać, ale chciałem udowodnić tobie i sobie, że potrafię nad tym zapanować. Nie wyszło - odpowiedział również szeptem, chociaż w jego głosie wyczułem niebezpieczną nutę zapowiadającą rozklejanie się, a to nie zdarzało mu się często.
- Posłuchaj, nie masz o co mieć do siebie pretensji. Nie przyspieszaj niczego, z czasem damy sobie z tym radę, obaj. Jestem tu dla ciebie o każdej porze dnia i nocy. Jeżeli będziesz mnie potrzebował to zostanę tu na Pomorzu. Mam jeszcze długi urlop przed sobą, więc załatwię sobie tutaj gdzieś rehabilitację i będę czekał aż wyjdziesz, okej?
- Dziękuję. Tymek, naprawdę dziękuję... - Był już na granicy łez, a ja zdając sobie sprawę z tego, że nie zostało nam już dużo czasu musiałem uspokoić go jakoś zawczasu. Tak bardzo, jak chciałem pozwolić mu się na spokojnie wypłakać i doprowadzić do ładu, wiedziałem, że czas wizyty niedługo dobiegnie końca. Pociągnąłem go tak, że chwilę później siedział okrakiem na mnie. Nachyliłem się nad nim i najpierw zacząłem całować go czule w usta czekając aż odpowie na pieszczotę. Kilka sekund później siedzieliśmy spleceni ze sobą, wymieniając czułe leniwe pocałunki. Kilka słonych kropel poleciało mu po policzkach, ale szybko je scałowałem, co zaowocowało chichotem z jego strony. Szczerze mówiąc liczyłem na taką reakcję.
- Już lepiej? - zapytałem cicho, a on tylko pokiwał głową i wtulił się głębiej w moje ramię. W takich chwilach chciałem nigdy go nie puszczać i móc ochronić przed całym światem, ale dobrze wiedziałem, że poza swoimi momentami nie potrzebował żadnej ochrony i świetnie radził sobie sam. - Jak mnie nie będzie to postaraj się chociaż połowę tego zjeść, okej?
- Postaram się, ale co ja poradzę, że apetyt mi wraca tylko, jak ciebie widzę? - odparł z półuśmiechem. - Wiesz, chcę zrezygnować z doktoratu tutaj.
- Co? Czemu? Przecież... - zacząłem protestować, ale szybko mi przerwał.
- Nie chciałem ci nic mówić, dopóki nie będę miał pewności, a ostatnio dostałem kilka maili z potwierdzeniem... Dostałem się na doktorat na Uniwersytecie Warszawskim. Jak wyjdę to poszukam tam mieszkania.
- Po co ci mieszkanie? - Spojrzałem na niego z niezrozumieniem, na co on uniósł jedną brew i spojrzał na mnie z ironicznym uśmieszkiem.
- Gdzieś muszę mieszkać.
- Przecież ja mam mieszkanie. Wiem, że nie jest największe, ale myślę, że spokojnie się zmieścimy - powiedziałem takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, ale zaraz potem zreflektowałem się. - Znaczy... Jeśli chcesz.
- Chcę. Dziękuję. To w sumie rozwiązuje dwa problemy. Szukania czegoś w dobrej lokalizacji i braku czasu dla siebie nawzajem, jak już obaj wrócimy do codziennych obowiązków. Tak to chociaż będę wracał do domu, w którym ty jesteś.
- Brzmi jak bajka. Nie mogę się doczekać - wymruczałem, całując go za uchem i podnosząc się niechętnie. - Twój lekarz zaraz dostanie białej gorączki, powinienem się zbierać. Walcz, Uno i niedługo się widzimy.
- Jasne. Mówisz, że masz długi urlop? Za tydzień wychodzę - powiedział z determinacją w głosie.
- Uno - jęknąłem. - Nie przyspieszaj niczego, bo to na dłuższą metę nie pomaga.
- Mam dobrą motywację. Obiecuję, że szybko stanę na nogi. Co dziwne, zawsze jak jesteś w pobliżu mam ochotę na kebsa - rzucił, a ja odpowiedziałem śmiechem i cmoknąwszy go ostatni raz w usta, wyszedłem ze stołówki, z ciężkim sercem kierując się w stronę dyżurki, pod którą stali jego rodzice wraz z lekarzem.
Jego rodzice czekali na mnie ze wszystkowiedzącymi uśmiechami, a lekarz mierzył mnie podejrzliwym spojrzeniem.
- Wszystko zjedzone, ale sądząc po pańskiej minie, już pan to wie, panie doktorze. - Skinąłem mu głową i odwróciłem się, nieco zażenowany do rodziców mojego chłopaka.
- Dobra... Przyznaję się, podsłuchiwałam. - Niemal pisnęła pani Natalia i rzuciła mi się na szyję. Niepewnie oddałem uścisk. - Wreszcie Uno sobie kogoś znalazł. Kibicuję wam chłopaki, ale jak go skrzywdzisz, to skrócę cię o głowę i wykastruję na miejscu.
- Nie mam zamiaru, proszę pani. Mam raczej odwrotny plan - zapewniłem ją, na co uśmiechnęła się od ucha do ucha i machnęła ręką.
- Dajmy sobie spokój z tymi formalnościami, Natka jestem, a teraz chodź. Czas wracać - mówiąc to pociągnęła mnie za sobą w stronę wyjścia, a jej mąż podreptał za nami chichocząc pod nosem.
Przez całą drogę byłem zagadywany przez nich oboje i robiło mi się coraz bardziej głupio. Przy niektórych pytaniach byłem naprawdę zakłopotany. Chcieli wiedzieć dosłownie wszystko. Starałem się jakoś dyplomatycznie wybrnąć z sytuacji i nie opowiadać o szczegółach naszego życia erotycznego. No cóż, cieszyłem się, że takie posiadaliśmy, ale nie oznacza to, że od razu miałem dzielić się pikantnymi szczegółami, szczególnie z jego rodzicami. Jego macocha zachowywała się jak psychofanka. Najwidoczniej kręciło ją słuchanie o gejach i bała się do tej pory, że Uno przez swoje problemy nikogo nie znajdzie, co zaowocowało eskalacją euforii na wielką skalę.
Ostatecznie zostałem zaproszony na obiad, z czego chciałem się jakoś wymiksować, ale nie udało mi się. Tak więc, gdy tylko dotarliśmy do domu, zostałem zagoniony do stołu, posadzony na wygodnym krześle i kiedy chciałem pomóc, zostałem obrzucony oburzonym spojrzeniem. Już dawno nie byłem u nikogo gościem, więc dziwnie czułem się siedząc i patrząc jak na stole pojawiają się kolejne naczynia, sztućce i serwetki. O dziwo nakrycie było na cztery osoby. Widocznie zauważyli, że jestem tym zdziwiony, bo szybko Natalia pospieszyła z wyjaśnieniami.
- Karol zaraz będzie w domu. - Skinąłem na to niepewnie głową, a ona tylko westchnęła. - Młodszy brat Uno. Nie lubią się, więc podejrzewam, że nawet o nim nie wspomniał.
- Szczerze, to nie przypominam sobie... - zacząłem ostrożnie.
- Oni zawsze drą ze sobą koty, od dziecka, a Karol jest teraz w trudnym wieku i to niczego nie ułatwia.
- Niestety jestem jedynakiem, więc w tym temacie nie bardzo mogę się wypowiadać.
- Wiesz... On nie jest w stanie zrozumieć, że Uno nie miał tak łatwego życia, jak on. Poza tym nie wiem, dlaczego, ale zrobił się strasznym homofobem. Podejrzewam, że to ci jego tak zwani znajomi. No i zawsze lubił się naśmiewać z imienia brata. Gdyby tylko wiedział, że miał się nazywać Dobromir, ale kategorycznie odmówiłam nazwania tak dziecka - zaśmiała się krótko. - Jak niby miałabym do niego wołać? Dobruś? Tragedia. Mój mąż ma takie dziwne zapędy.
- Gdyby to ode mnie zależało, to nazywałby się Budzigniew. Przynajmniej pasowałoby mu do charakteru - wciął się pan Arek.
- Tu ci muszę przyznać rację... Ale i tak nie nazwałabym tak syna. Absolutnie nie - podkreśliła wyraźnie ostatnie zdanie, celując widelcem w męża.
- Jak się trafi następny to go nazwę Tworzymir, jeśli nie przestaniesz się tutaj rozwodzić nad imionami - rzucił ze zwycięskim uśmiechem pan Arkadiusz, a jego żona tylko przewróciła oczami i sapnęła niezadowolona. - A teraz siadamy i jemy, bo stygnie. Na młodego nie ma co czekać. I tak nigdy nie przychodzi na czas.
- Racja, smacznego. Jeszcze tylko doniosę sałatkę - dodała Natalia odwracając się na pięcie i szybko znikając w kuchni.
Po niespełna dziesięciu minutach dołączył do nas młodszy brat mojego chłopaka. Wyglądał niemal jak jego kopia o parę lat wstecz. Nie było mowy o żadnej pomyłce, ale co ciekawe, w życiu bym nie powiedział, że są podobni do ojca. Obrzucił mnie tylko spojrzeniem i nic nie mówiąc, usiadł do stołu i zaczął jeść. Dopiero po paru minutach wskazał na mnie obojętnie widelcem i rzucił od niechcenia.
- Kto to? - Zdecydowanie nie było to pytanie do mnie. Oburzona mina jego matki trochę poprawiła mi humor.
- Karol! Zachowuj się! To Tymek, partner Uno - powiedziała z jakąś taką dziwną dumą w głosie, chociaż wciąż nie znała mnie za dobrze i nie bardzo mogłem wymyślić jakiegokolwiek powodu, dla którego mogłaby być z tego dumna, czy chociaż zadowolona.
- Kolejny pedał. - Chłopak mruknął pod nosem, we mnie zawrzało, chociaż starałem się trzymać nerwy na wodzy, a jego rodzice wyglądali jakby nie mogli się zdecydować, czy są źli czy rozczarowani.
- Karol, nie powinieneś w ogóle używać takich określeń, a już w ogóle w stosunku do gości ani do brata - powiedział ostro jego ojciec, mierząc go spojrzeniem, ale ten tylko wzruszył ramionami.
- Przecież to prawda. Biedna ciota nie umie sobie poradzić z tak ciężkim życiem to jeszcze ściągnęła sobie fagasa - odciął się z ociekającym ironią głosem. Pan Arek od razu chciał coś odpowiedzieć, ale nie wytrzymałem i wciąłem mu się.
- Po pierwsze, nie będziesz, a już na pewno nie przy mnie, nazywał mojego partnera ciotą. Pomijając, że jest świetnym facetem, jest twoim starszym bratem i to wymaga chociażby odrobiny szacunku. - Tu chciał mi coś odszczekać, ale nie pozwoliłem sobie przerwać. - Po drugie, Uno nie miał tak łatwo w życiu jak ty, więc może trochę zrozumienia? I tak poradził sobie z tym lepiej, niż większość.
- Nie miał tak łatwo jak ja? Proszę cię! Mamy tych samych rodziców. Co mogło być niby aż tak źle? - oburzył się, a ja spojrzałem niepewnie na jego rodziców. Nie miałem pewności, czy młody wie, że Natalia nie jest biologiczną matką Radka.
- Karol, przecież wiesz, że on pierwsze kilkanaście lat mieszkał ze swoją mamą... - zaczęła delikatnie Natka.
- I co z tego? Co w tym takiego, no? Nie dogadywali się, a on robi z siebie do teraz ofiarę, żeby wszyscy nad nim skakali! - krzyknął chłopak, a ja straciłem panowanie nad sobą. Być może poczuł się w pewien sposób odtrącony, gdy Uno potrzebował więcej uwagi, ale to niczego nie usprawiedliwiało.
- Jakbyś się czuł, gdyby twoja matka powiedziała ci, że chciałaby, żebyś nigdy się nie urodził? - zapytałem patrząc mu w oczy, a on ponownie wzruszył ramionami.
- To raczej słabo możliwe.
- No właśnie. On nie miał tego luksusu. Każdego pieprzonego dnia słuchał o tym, jakby wszystkim było lepiej, gdyby nigdy się nie urodził. Własna matka powtarzała mu latami, że nie może na niego patrzeć i wolałaby, żeby go nie było. Myślisz, że co? To jest łatwe i przyjemne? - W tym momencie w pomieszczeniu nastała kompletna cisza, a ja zdałem sobie sprawę, że powiedziałem za dużo. Myślałem, że o tym wiedzą. Wszyscy lub chociażby jego rodzice, ale po ich minach można było wywnioskować, że nie mieli bladego pojęcia. Karol siedział z otwartymi ustami, wgapiając się we mnie nieustannie, Natalia zakryła dłonią usta i w jej oczach widziałem zalążki łez, a jej mąż wpatrywał się usilnie w stół, najwyraźniej ciężko o czymś myśląc. W końcu podniósł na mnie wzrok. Był wściekły.
- To prawda? - zapytał krótko.
- Ja... - zacząłem się jąkać. Nie powinienem był w ogóle tego mówić, ale widząc jego spojrzenie, westchnąłem z rezygnacją i skinąłem głową, po czym dodałem cicho. - Myślałem, że państwo wiedzą.
- A to suka. Jak mogła... Do mojego syna, do jasnej cholery! - krzyknął bardziej do siebie i uderzył pięścią w stół, na co jego żona momentalnie zareagowała.
- Nie było cię tam! Nie masz prawa teraz się wyżywać, sam zostawiłeś z nią dziecko, bo tak ci było wygodniej! - krzyknęła w jego stronę, a ja czułem się bardzo nie na miejscu, będąc świadkiem takiej sceny rodzinnej. Szczególnie, że dopiero dziś ich tak faktycznie poznałem. Czułem się temu wszystkiemu winny. Po chwili rozdzierającej ciszy, pan Arek spojrzał na swoją żonę z rozpaczą wymalowaną na twarzy i znacznie zszedł z tonu.
- Nie wiedziałem - powiedział cicho i głos mu się zatrząsnął. - Gdybym wiedział, to w życiu bym go z nią nie zostawił. Po tym, jak go zobaczyłem wtedy w szpitalu, to podejrzewałem, że coś było na rzeczy, ale nie myślałem, że do tego stopnia i że to przez nią... Przez nią i przeze mnie.
- Proszę pana... - zagadnąłem spokojnie, tak by zwrócić na siebie uwagę. Spojrzał od razu w moją stronę, ale dopiero po chwili miałem pewność, że patrzy na tyle przytomnie, żeby dotarło do niego to, co powiem. - Nie powinienem był tego mówić. Byłem przekonany, że państwo wiedzą o wszystkim. Ja sam nie znam wielu szczegółów, ale opowiedział mi, jak ogólnie to wyglądało. Z tego, co wiem, to na początku wizyty w szpitalu wyglądał zdecydowanie gorzej, więc to dobrze, że nie widział go pan od razu. On nie ma do pana o nic pretensji ani żalu. Jestem tego pewien. Nie było mu łatwo, ale teraz jest dobrze. Ma dom i normalną rodzinę. Gołym okiem widać, jak państwo o niego dbają i przez to, co było wcześniej, teraz docenia tę troskę, jak nikt inny. Gniew teraz nic nie pomoże.
- Może i nie pomoże, ale nie zrozumiesz tego, Tymek. Zostawiłem syna, własne dziecko, odszedłem i nie dałem mu jakiejkolwiek szansy na kontakt. Przechodził piekło z matką i był przekonany, że ojciec też go nie chce... Co to robi ze mnie za potwora?
- Nie jest pan potworem. Nie mógł pan wiedzieć, co pańska była żona zrobi. Ani on, ani ja, ani chyba nikt inny nie wini pana za próbę ułożenia sobie życia na nowo po nieudanym małżeństwie - starałem się mu to tłumaczyć, jak umiałem, aż w końcu skinął głową delikatnie. Prawdopodobnie wciąż się ze mną nie zgadzał, ale dopuścił do świadomości to, co powiedziałem. Chyba faktycznie powinienem zostać psychologiem.
- Dobrze, zostawmy na razie ten temat - powiedziała powoli Natalia, otrząsając się z letargu. Rozejrzała się wokoło, jakby próbowała sobie wszystko przypomnieć i poukładać, aż w końcu odezwała się ponownie. - Karol, zajmij się czymś. Kochanie, idź i odpocznij, ogarnij się trochę. Tymek, wiem, że jesteś gościem i przepraszam, ale czy mógłbyś mi pomóc posprzątać po obiedzie?
- Oczywiście, żaden problem - zreflektowałem się i wstałem za nią. Większość z nas nie zjadła za wiele, ale wszyscy stracili widocznie apetyt. Zacząłem zbierać ze stołu kolejne naczynia. Większość z nich wciąż była prawie pełna. Miałem wrażenie, że to przeze mnie. Kiedy wszystkie talerze, półmiski i sztućce były już w kuchni, chciałem się zabrać za zmywanie, ale poczułem, jak Natka łapie mnie za rękę.
- Spokojnie, zaraz to zrobię. Tymek, nie zadręczaj się. Dobrze, że nam o tym powiedziałeś. Kiedyś w końcu musieliśmy się dowiedzieć, bo wieczne domyślanie się też wykańcza człowieka - powiedziała łagodnie, gładząc mnie uspokajająco po przedramieniu.
- Ale nie ja powinienem był to powiedzieć. To była jego decyzja. Widocznie nie chciał, żeby ktokolwiek obwiniał się o to, co się stało. Mógł to powiedzieć w każdej chwili. Myślę, że on nie będzie dla mnie tak wyrozumiały - rzuciłem w odpowiedzi. Byłem zrezygnowany i zły na siebie. Wiem, że on też będzie. Nie chciałem go zawieść.
- Nawet, jeśli na początku nie będzie zadowolony, to myślę, że zrozumie. W razie czego masz nas po swojej stronie. Postaramy się jakoś to mu wytłumaczyć, okej?
- Jasne, dziękuję - odpowiedziałem cicho, a ona przytuliła się do mnie szybko i poklepała po plecach.
- Tak w ogóle, to dziękuję - uśmiechnęła się do mnie, zabierając się za zmywanie.
- Za co? - Spojrzałem na nią bez zrozumienia.
- Za usadzenie jednego syna i wsparcie dla drugiego. Uno zawsze wszystko w sobie dusi i wmawia wszystkim naokoło, że jest w porządku i radzi sobie. Ale niestety to nie zawsze jest prawda.
- Wiem. Jest też strasznie uparty. Dlatego się boję. Jeśli się uprze, to prędko mi nie wybaczy, a ja chyba zdążyłem po drodze za bardzo się przyzwyczaić do naszych codziennych rozmów i do widoku jego w dresach, koszulce z krótkim rękawkiem, a najbardziej do tych jego okularów, które wiecznie zsuwają mu się z nosa. - Uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl.
- Koszulce z krótkim rękawem? Nawet w domu najczęściej zakłada te z długim, chyba, że jest już bardzo gorąco - powiedziała z niedowierzaniem, patrząc na mnie przenikliwie. Wzruszyłem ramionami.
- Czasem wciąż ma problemy z tymi bliznami, ale tłumaczę mu nieustannie, że to nic nie zmienia i ubieranie się na cebulkę nie ma sensu. Przynajmniej, jak jesteśmy we dwoje.
- Nie myślałam, że to będzie możliwe. Nie wiem, jak to zrobiłeś, ale dziękuję - powtórzyła, a ja pokręciłem głową.
- Nic właściwie nie zrobiłem. To jakoś tak samo poszło - wytłumaczyłem lekko zażenowany. Ja naprawdę w tym wszystkim nie miałem swojego udziału. O wszystkim ostatecznie decydował on. W tym momencie zdałem sobie sprawę, jak bardzo zdążył okręcić mnie sobie wokół palca.
Niedługo potem pożegnałem się z nimi i wyszedłem. Jakiś czas kręciłem się po mieście próbując się trochę uspokoić. Wiedziałem, że Uno nie będzie zadowolony, gdy usłyszy, co zrobiłem. Nie udało mi się wyładować na tyle, na ile bym chciał, więc skoczyłem szybko do hostelu i zabrawszy swoje rzeczy, pojechałem do domu rodziców. Myślę, że powinni się ucieszyć z mojego przyjazdu, bo ostatnio rzadko u nich bywałem. Rozmawialiśmy przez telefon czy przez Skype, ale przy napiętym grafiku nie było czasu na odwiedziny. Wszedłem jak najciszej przez bramkę i podszedłem do drzwi, starając się je otworzyć możliwie bezszelestnie. Widziałem palące się w kuchni światło, co oznaczało, że oboje są w domu i zapewne jedzą teraz późną kolację. Nie było żadnego sygnału, żeby mnie zauważyli, więc zdjąłem buty, a torbę rzuciłem przy drzwiach zaraz obok nich. Przed wycieraczką leżał nasz pies i widząc mnie, poderwał się na równe nogi. W ostatniej chwili zdążyłem zgarnąć go z podłogi tak, żeby nie narobił hałasu. Na szczęście nie był duży, więc bez problemu mogłem go trzymać na rękach. Gdy zdążył się chociaż trochę nacieszyć, postawiłem go z powrotem i wszedłem do kuchni, stając w drzwiach.
- Dobry wieczór! - rzuciłem z uśmiechem i obserwowałem, jak moja mama rzuca na oślep sztućce i przewracając krzesło, biegnie się przytulić. To było bardzo w jej stylu. Była zawsze energiczna, przyjazna i niesamowicie dotykalska. Uwielbiała się przytulać czy mieć jakiś kontakt fizyczny z bliskimi podczas rozmowy czy czasem ot tak. Co mnie zdziwiło, ojciec również wstał i przytulił mnie po męsku, poklepując po plecach. To był ewenement. Tata był dokładnym przeciwieństwem mamy. Stonowany i poważny. Wszystkich trzymał na dystans. No, może poza żoną. Mama zawsze wiedziała, jak do niego trafić. Najwidoczniej wziął sobie do serca mój ostatni sukces z zawodów, jeżeli na powitanie zrobił coś więcej niż uścisk ręki.
- Siadaj, kochanie, siadaj do stołu, zaraz ci coś podam. Na pewno jesteś głodny. Na ile zostajesz? Powiedz, że nie na weekend, bo jak Boga kocham, skrócę cię o głowę - mówiła szybko, a na końcu sapnęła niezadowolona patrząc na mnie wyzywająco. W odpowiedzi parsknąłem cichym śmiechem i pokręciłem głową.
- Nie, nie, mamo. Spokojnie. Mam teraz urlop. Myślę, że posiedzę tu minimum dwa tygodnie. Może do miesiąca. - Słysząc to, moja mama pisnęła zadowolona i podstawiając mi pod nos talerz pełen bigosu domowej roboty, cmoknęła mnie w czubek głowy.
- No nareszcie, syn na miejscu. Jesteśmy z ciebie dumni. Byłeś świetny. Znajomi też nie mogą się nachwalić - trajkotała zadowolona, ojciec uśmiechał się pobłażliwie, patrząc na nią z ukosa, a ja starałem się tego nie komentować i spokojnie jadłem. Doskonale wiedziałem, że mama chwali się dosłownie wszystkim swoim znajomym każdym moim, chociażby najmniejszym sukcesem. Po ostatnich zawodach na bank obrosła w piórka, a wszyscy mają powoli dość. Taka już jest.
- Wiecie... - zacząłem ostrożnie. - Poznałem kogoś i zaczynało się układać, ale dzisiaj chyba ostatecznie to spieprzyłem. Ale jakieś tam szanse są.
- Nareszcie! Czas najwyższy! Myślałam, że już nigdy nie wyjdziesz z tej swojej skorupy, w której się zamknąłeś po Grześku - powiedziała, po czym zrobiła wielkie oczy i spojrzała na mnie ukradkiem, zakrywając szybko usta dłonią. Grzesiek był swego rodzaju tabu u nas w domu. Nikt nie wspominał jego imienia w obawie, że się rozsypię. Kiedyś może faktycznie by tak było, ale od kiedy Uno wszedł z buciorami w moje życie, temat mojego byłego nagle przestał tak bardzo boleć.
- W porządku, mamo. Też tak myślałem. Zdecydowanie nie spodziewałem się, że kiedykolwiek skończę znów w związku, a już na pewno nie z Radkiem. Miałem go za nadętego kretyna, ale mocno się pomyliłem. Tylko chlapnąłem dziś przy jego rodzicach coś, czego nie powinienem. Myślałem, że wiedzą, a okazało się, że to miało być tajemnicą, a to dość delikatna sprawa. On mi tego nie wybaczy - mruknąłem zrezygnowany na koniec.
- Już nawet zdążyłeś jego rodzinę poznać... - rzuciła mama z wyrzutem, a ja spojrzałem na nią przepraszająco.
- To dość długa historia. Jest w szpitalu i musiałem się z nimi zabrać, żeby go odwiedzić, więc mimowolnie musiałem ich poznać - dodałem w gwoli wyjaśnień.
- Oj, a co mu jest?
- Mamuś, na razie nie chcę o tym rozmawiać, okej? - Spojrzałem na nią prosząco, a mój ojciec na szczęście postanowił się wtrącić.
- Nie magluj go. Wszystko powie, jak uzna to za stosowne. Daj chłopakowi trochę prywatności. Słuchaj, Tymek. Jak coś spieprzyłeś, to to napraw, jeśli tylko ci zależy. Jeśli wsypałeś go z czymś delikatnym to może być wściekły, ale nie rezygnuj łatwo. Kiedyś przez cały tydzień, codziennie biegałem do twojej matki z kwiatami, bo była tak zła, że nie chciała się do mnie odezwać. W końcu jej serducho zmiękło.
- Dzięki, tato. Będę się starał, ale może nie być łatwo. Jest bardzo uparty.
- Jest wart twoich starań? - zapytał krótko tata.
- Jest - odpowiedziałem natychmiast.
- No to się staraj i tyle w temacie. - Uśmiechnął się i uciął dyskusję.
Siedziałem w salonie z rodzicami, gdy rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i w gardle stanęła mi gula. Szybko przeprosiłem rodziców i poszedłem na górę, do mojego starego pokoju, w międzyczasie odbierając połączenie.
- Za dobre sprawowanie i grzeczne jedzenie wszystkiego mam telefon na wieczór. Teraz, jak już i tak wiesz, to mogę przynajmniej zadzwonić i pomarudzić. - Usłyszałem od razu w słuchawce.
- To świetnie - rzuciłem trochę na wymus. - Słuchaj, musimy pogadać. - Po tym w słuchawce zapadła. Wreszcie się odezwał.
- Nie mów, że chcesz zrywać...
- Nie, ale po tym co usłyszysz, ty możesz tego chcieć - powiedziałem ciężko.
- Co zrobiłeś? - zapytał prosto z mostu, a w jego głosie dało radę dosłyszeć niebezpieczną nutę.
- Mogłem powiedzieć o parę słów za dużo o tym, co było z twoją matką... - przyznałem niechętnie. Znów odpowiedziała mi cisza.
- Zrobiłeś co?! - wydusił w końcu takim tonem, że już miałem pewność, że mam przesrane jak stąd do wieczności.
- Nie wiedziałem, że oni tego nie wiedzą i twój brat mnie wkurzył, i już nie panowałem nad tym... Uno? Uno, jesteś tam? - Na próżno gadałem do telefonu. Rozłączył się. Zwyczajnie po chamsku się rozłączył. Próbowałem kilkukrotnie się do niego dodzwonić, ale odrzucał każde połączenie. W końcu napisałem mu SMS-a: Proszę, zadzwoń. Daj mi wytłumaczyć. Ale pozostało to bez odzewu. W pewnym momencie do mojego pokoju zajrzał tata i spojrzał na mnie pytająco, a ja tylko skinąłem głową, dając odpowiedź na nieme pytanie. Miałem przesrane i to bardzo. Czekałem niemal do pierwszej rano, ale nie oddzwonił. Ani tego dnia, ani przez kolejny tydzień.
Chodziłem struty. Nie odbierał, nie odpisywał, nie oddzwaniał... Odciął mnie zupełnie. Zarzucałem spamem jego mail, Skype, konto na Facebooku, a także skrzynkę odbiorczą. Pisałem i dzwoniłem z błaganiem o kontakt, ale wszystko szło na marne, a ja z każdym dniem czułem się z tym coraz gorzej. W końcu nie wytrzymałem i zadzwoniłem do mojego przyjaciela z czasów liceum.
- Halo? - Po którymś sygnale usłyszałem wreszcie jego głos.
- Cześć Krystian, tu Tymek. Jesteś na miejscu i masz czas? - rzuciłem od razu.
- No nie mów, że przyjechałeś?! - Wyraźnie się ucieszył.
- Na kilka tygodni. To jak? Mogę na ciebie liczyć?
- Wpadaj choćby już. Nie jestem wybitnie zajęty. Zaraz kończę projekt, więc idealnie się składa - powiedział szybko. Założył własną firmę web developerską, więc miał dość elastyczne godziny pracy, ale wiecznie goniły go terminy.
- Będę za dziesięć minut, dzięki. - Rozejrzałem się wokół i zgarnąłem bluzę z krzesła, kończąc rozmowę. Wsadziłem telefon z kluczami do kieszeni i upewniłem się, że w drugiej kieszeni nadal spoczywa grzecznie mój portfel. Przy wyjściu krzyknąłem tylko krótkie na razie do mamy i pobiegłem truchcikiem na przystanek. Nie musiałem długo czekać na autobus i po niespełna piętnastu minutach wchodziłem na klatkę bloku, w którym mieszkał mój przyjaciel. Gdy wreszcie wczłapałem się na szóste piętro, stał w drzwiach, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Spóźniłeś się. Jak zwykle - powiedział na przywitanie i uścisnął mnie mocno.
- Pretensje możesz mieć do autobusu. Kopę lat. - Odwzajemniłem uścisk i wszedłem do środka.
- Chodź do mnie do pokoju. Wybacz bałagan, młody miał wczoraj imprezę i dalej leczy kaca, a ja nie będę jego bajzlu sprzątać.
- Spoko, nie robi różnicy. Dalej mieszkacie razem? - zapytałem dość zaciekawiony, bo wcześniej twierdził, że dłużej nie wytrzyma.
- Jakoś się dogadaliśmy. We dwóch raźniej. A ty dalej samotnik?
- Teraz już tak. - Skrzywiłem się.
- O! Wyczuwam zwierzenia! Tak na trzeźwo? - Spojrzał na mnie z sugestywnym uśmieszkiem.
- Możemy zostawić to na wieczór do piwa - odpowiedziałem po chwili zastanowienia, na co jego uśmiech wyraźnie się poszerzył.
- No i to lubię! Ej, właśnie. Gratulacje. Oglądałem transmisję na sportowym. Wszystkim szczęki poopadały.
- Dzięki. Tak jakoś wyszło.
- Tak jakoś wyszło? Żartujesz? - Wybałuszył na mnie oczy.
- Nie. Co mam ci powiedzieć? Trenowałem na to całe życie? Sam byłem zdziwiony. Jak się zorientowałem, że dobiegłem i inni dalej biegną to myślałem, że coś spieprzyłem.
- O tak, to bardzo w twoim stylu. Wiecznie ogarnięty Tymek. Brawo - zaśmiał się ironicznie, a ja tylko przewróciłem oczami. Zawsze lubił się ze mnie nabijać tak, jak... Uno. Nie chciałem teraz o nim myśleć. Chciałem odpocząć od wszystkiego. Mimo to, na wszelki wypadek napisałem mu ukradkiem szybkiego SMS-a: Zadzwonisz? zanim schowałem telefon do kieszeni.
- Powiedz lepiej jak u ciebie? Dalej sam? - dopytałem na zaś, a odpowiedź ścięła mnie z nóg.
- Kinga wprowadza się za dwa tygodnie. - O mało się nie udławiłem. Zakaszlałem kilka razy i spojrzałem na niego z wyrzutem.
- I nie raczyłeś się pochwalić?
- Tak wyszło - Wzruszył ramionami.
- Więc K. K. K.? - zapytałem unosząc sugestywnie brew.
- Tak. Jak dobrze pójdzie to tak. Trzymaj kciuki za miesiąc. Na rocznicę mam pierścionek, a potem to już z górki. Kinga i Krystian Kobiela. Brzmi ładnie.
- Pamiętaj, żeby dzieci nazwać na k - dorzuciłem.
- Zamknij paszczę. Ty ich nigdy nie będziesz miał - odciął się szybko, a ja parsknąłem śmiechem.
- Dla ciebie to minus? Zawsze wydawało mi się odwrotnie. Obaj byliśmy przeciwni - podkreśliłem.
- Kinia chce, a ja nie mam nic przeciwko.
- O matko! Koniec świata! Okręciła sobie ciebie wokół małego paluszka. To dobrze, potrzebujesz ogarniętej kobiety. Cieszę się z tobą stary - powiedziałem szczerze.
Długo rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nadrabialiśmy te szczegóły, które gdzieś nam po drodze uleciały. To lubiłem w naszej przyjaźni. Nie było ważne, ile czasu się nie widzieliśmy. Zawsze byliśmy w stanie znaleźć wspólny język. Krystian zawsze rzucał dużo kąśliwych komentarzy i często się ze mnie nabijał, ale w gruncie rzeczy nigdy tak naprawdę mnie nie oceniał i był w stanie trzeźwo spojrzeć na każdą sytuację. Nie było dla niego ważne czy jestem gejem, sportowcem, czy kimkolwiek. Był w stanie spojrzeć ponad wszystko, a gdy trzeba, skopać mi dupę.
Gdy usłyszał historię o Radku, od razu dostałem opierdziel za bezmyślność, a potem powiedział, że mimo to trzyma mnie na dystans już długo. Jednocześnie próbował mi powiedzieć, że powinienem dać Uno trochę przestrzeni, ale nie mogłem tego zrobić. Za bardzo bałem się, że gdy przestanę napierać, to on nigdy więcej nawet o mnie nie pomyśli. Wciąż liczyłem po cichu na to, że któregoś dnia dostanę jakąś odpowiedź. Niestety z każdą kolejną godziną moje szanse malały, a ja popadałem w coraz gorszą chandrę, wylewając łzy na ramieniu mojego przyjaciela dzień za dniem. Mimo że przygotowywał się do przeprowadzki dziewczyny i wciąż miał pracę, to zawsze znalazł dla mnie czas, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny. Gdyby on też teraz się na mnie wypiął, nie zniósłbym chyba tego.
Wstyd się było przyznać, ale potrzebowałem kogoś obok. Czułem się dużo lepiej, przestawiając z nim meble i robiąc zakupy, niż siedząc samemu w pokoju. Krystian chyba wyczuł, że coś jest nie tak, bo starał się nie zostawiać mnie samego na zbyt długo. Raczej nic bym sobie nie zrobił, ale gdy widziałem wszystkie te wiadomości, na które nie dostałem nawet pół słowa odpowiedzi, wszystko było możliwe. Nawet moi rodzice zauważyli dużą zmianę w moim zachowaniu i starali się dyskretnie wybadać, o co chodzi, ale nie chciałem im tego opowiadać. Po tym nie spojrzeliby tak samo ani na mnie, ani na niego. Licząc oczywiście na to, że kiedykolwiek będą mieli z nim kontakt.
Cały kolejny tydzień na przemian uciekałem w sport, na przemian siedziałem Krystianowi na karku. W końcu pewnego wieczora usiedliśmy u niego w mieszkaniu z zamiarem urżnięcia się w trupa, żeby zatopić choć na chwilę smutki. Zaczęliśmy delikatnie od piwka, ale szybko przeszliśmy na drinki, a potem na czystą wódkę. Nie było jeszcze dwudziestej pierwszej, a my byliśmy pijani w trzy dupy. Wtedy mój przyjaciel wpadł na genialny pomysł i postanowił puścić muzykę. Na początek poleciało Nothing compares to you, a ja z miejsca wybuchłem płaczem. Dopiero wtedy zorientował się co zrobił i jednocześnie próbując mnie jakoś uspokoić, przełączył piosenkę. Nie mógł chyba trafić gorzej, bo może i melodia była bardziej żwawa, ale tekst nie był zbyt przyjemny. Dopiero w połowie kawałka zwrócił na to uwagę, a ja do tego czasu ledwo mogłem słyszeć cokolwiek przez własny szloch. W głowie szumiały mi jednak słowa śpiewane przez Cher if I could turn back time.
Krystian ostatecznie wyłączył muzykę i przygarnął mnie do siebie jednym ramieniem, podając mi kieliszek.
- Pij waćpan - sapnął. Posłusznie wykonałem polecenie, o mało się przy tym nie dławiąc. - Chuj nie wie, co traci. Pij, zapomnij o nim - dorzucił, nalewając mi kolejny kieliszek wódki.
- Ale ja wiem co tracę - wychlipałem ledwo, próbując nie udławić się własnymi łzami ani alkoholem.
- E tam. Będą lepsi. Wiem, co poprawi ci humor! - Tu poderwał się z powrotem do komputera i włączył kolejny kawałek Cher. Tym razem było to Strong Enough. Zaczął do tego na całe gardło śpiewać. Kompletnie mu to nie wychodziło. Nie umiał śpiewać za nic, ale nie przejmował się tym i darł się wniebogłosy. Rzeczywiście poprawiło mi to humor. Nie mogłem się nie zaśmiać, widząc to wszystko. Zatkałem uszy, na co naburmuszył się na chwilę, ale zaraz potem zaczął śpiewać jeszcze głośniej. Po chwili śmiałem się i płakałem jednocześnie, nie wiedząc, ile jeszcze wytrzymam taki układ. Byłem pogrążony w czarnej rozpaczy, ale obraz jaki rozciągał się przede mną, a mianowicie półnagiego Krystiana drącego japę do pustej butelki po wódce i wyginającego się we wszystkie strony, działał na mnie jak antidotum. Być może wciąż w moim śmiechu gościła lekko histeryczna nuta, ale było lepiej. Na tę chwilę było lepiej. Szczególnie, kiedy kolejnym kawałkiem okazało się Stronger Kelly Clarkson. Zacząłem zastanawiać się czy to na pewno ja z nas dwóch jestem gejem. Jego playlista była bardzo niepokojąca.
Wreszcie po kilku kolejnych kawałkach się zmęczył i padł koło mnie na łóżku. Przez moment panowała cisza, a potem spojrzałem na niego i do głowy wpadła mi prawdopodobnie najgłupsza myśl, jaka mogła, ale gdy jest się pijanym, to każdy pomysł jest dobry.
- Prześpij się ze mną - rzuciłem do niego.
- Nie. - Skrzywił się.
- No weź, chcę zapomnieć - zamarudziłem.
- Jestem zajęty, pamiętasz? - zapytał, a ja nieobecnie pokiwałem głową. Faktycznie, chciał się zaręczać.
- A nie przeliżesz się chociaż ze mną? - zapytałem z nadzieją.
- A nie może być mój brat? On zawsze chciał się z tobą przespać - odpowiedział, jak gdyby nigdy nic.
- Może być - zdecydowałem po chwili, a on wyciągnął telefon i wykręcił numer swojego brata. Rzucił krótkie chodź tu, a po paru minutach chłopak zjawił się w pokoju.
- Czemu dzwoniłeś, jak był obok? - zapytałem, patrząc na przyjaciela bez zrozumienia.
- Bo jestem leniwy - odburknął.
- Czego? - warknął Maciek, patrząc na nas.
- Tymek chce cię przelecieć i... - zaczął, ale mu przerwałem.
- Tylko się przelizać.
- A tak, Tymek chce się z tobą przelizać i mógłbyś się w takim wypadku przydać - stwierdził Krystian.
- Jesteście nawaleni. Obaj - powiedział z niesmakiem młodszy z braci, ale drugi zaraz się do niego uśmiechnął przebiegle.
- Wiem. Korzystaj. Wiem, że chcesz, więc bierz, jak dają. - Przez chwilę poczułem się jak towar na licytacji. Bardzo niechciany towar. Już chciałem zacząć narzekać, że nawet on mnie nie chce, ale w tym momencie Maciek podszedł do mnie i mruknął pod nosem.
- Nie wierzę, że to robię. - Po czym dodał głośniej. - Walisz gorzelnią.
- Wiem. Możesz dać miętówkę albo dropsa, albo gumę... To wtedy nie będę. - Wyszczerzyłem się do niego, zadowolony, że jednak chciał to zrobić. Wydawało mi się to wtedy najlepszym pomysłem na świecie.
- Obejdzie się bez - odburknął i nachylił się nade mną, kładąc mi rękę na policzku i łącząc nasze usta w pocałunku. Po plecach przeszedł mi krótki dreszcz podniecenia. Maciej naprawdę umiał całować. Długo i namiętnie. Nie przeszkadzała nam nasza mini publika. Obaj chcieliśmy wykorzystać tę okazję do maksa. Gdy wreszcie nasze wargi się rozłączyły, a my mogliśmy zaczerpnąć oddechu, jeszcze przez chwilę byłem trochę otumaniony tym wszystkim. Chłopak jednak tylko się wyprostował i wychodząc z pokoju z zadowolonym uśmieszkiem rzucił.
- Zawsze do usług. - I zniknął za drzwiami.
- Ło, stary. Nie jestem gejem, ale to było gorące. Wiesz, młody jest wolny i ma do ciebie słabość od lat, więc jak będziesz szukał pocieszenia, to wiesz, gdzie je znaleźć - powiedział Krystian.
- Sprzedajesz brata, wiesz o tym? - wytknąłem mu, a on tylko pokiwał głową i wzruszył ramionami.
- Dobra, idziemy spać - zarządził. - Inaczej schlejemy się bardziej i będziemy obaj haftować, a kibelek jest jeden. Zapomnij o tamtym i życie będzie znów piękne. - To było ostatnie, co usłyszałem, bo w międzyczasie zdążył zmorzyć mnie sen i przysnąłem na jego łóżku na wpół siedząc.
Gdy obudziłem się następnego ranka i przypomniałem sobie poprzedni wieczór, dopadł mnie moralniak, który nie polepszał mojej sytuacji, czyli zwyczajowego kaca. Zazwyczaj nie piję, a już na pewno nie dużo, więc taka ilość alkoholu, jaką wczoraj w siebie wlałem, to dla mnie katorga. Mój przyjaciel wciąż spał w najlepsze, więc po cichu wstałem i zahaczywszy po drodze o łazienkę, ostatecznie zawędrowałem do kuchni. Zastałem tam Maćka. Siedział na krześle w siadzie skrzyżnym i czytał jakąś książkę.
- Cześć. Kawy? - zagadnął, a ja tylko skinąłem głową i natychmiast uznałem, że był to zły pomysł. - Siadaj, zaraz wygrzebię 2KC i zrobię ci jakieś kanapki.
- Dzięki, ale nie musisz - powiedziałem speszony, a on tylko wzruszył ramionami.
- Wiem, ale mogę. Wyglądasz, jakby coś cię wypluło. Jak bardzo zdesperowany musiałeś wczoraj być, żeby pić i chcieć całować się ze mną? - zapytał prosto z mostu.
- Maciek, co do wczoraj... - zacząłem, nie bardzo wiedząc, od której strony ugryźć temat.
- To było jednorazowe. Wiem. Nie żałuj. Ja nie żałuję. Nie jestem w twoim typie, trudno - skomentował krótko, a mi odebrało mowę. Dopiero po chwili się zreflektowałem.
- Przykro mi. Chciałem nie myśleć o takim jednym... Spieprzyłem sobie związek i nie mogę przez to jakoś przebrnąć.
- Wow. Poczułem się trochę wykorzystany.
- Jeśli cię to pocieszy, to zaproponowałem wczoraj Krystianowi, żeby mnie przeleciał, bo nie widziałem innego wyjścia. - W odpowiedzi tylko parsknął śmiechem.
- Dobre. Kinia miałaby z tego spory ubaw. Słuchaj, żyje się dalej. Opcje są dwie. Poukładacie to, jak ochłoniecie obaj albo znajdziesz kogoś innego za jakiś czas - powiedział spokojnie, podając mi tabletki i stawiając przede mną śniadanie, wodę i kawę.
- Dzięki. Ej, wiesz, co się stało? - Spojrzałem na niego ze ściągniętymi brwiami.
- Nie, ale zazwyczaj nie ma innych opcji w przyrodzie. Cokolwiek nie zrobiłeś, może okazać się, że nie jest tak tragicznie, jak tylko opadną najgorsze emocje.
- Od kiedy ty się taki mądry zrobiłeś? - zapytałem z sarkazmem. Jakoś nie mogłem się powstrzymać, a on tymczasem wrócił na swoje miejsce i upił łyka kawy.
- Powiedzmy, że jestem w trakcie szukania kogoś innego. Jak emocje opadły, to u nas nie było czego zbierać - powiedział cicho.
- Przepraszam. Przykro mi.
- Niepotrzebnie. Taka kolej rzeczy. Zdarza się i tyle. Nie pozwól facetowi obwinić cię o całe zło tego świata, nawet, jeżeli będzie na ciebie wściekły. To nie działa. Nigdy.
- Dobra, brzmi ciekawie. Co zrobiłeś? - zapytałem szczerze zaciekawiony.
- Szczerość za szczerość? - Skinąłem w odpowiedzi głową. - Mogłem po pijaku powiedzieć mu, że jego przyjaciel ma większego podczas kłótni. Nie, nie zdradziłem go z jego przyjacielem. Po prostu tak się zdarzyło, że był moim dawnym kochankiem na jedną noc, bez zobowiązań. Niestety Łukasz dośpiewał sobie wszystko inaczej i dowiedziałem się, co o mnie myśli.
- Auć. Nie brzmi przyjemnie. Ja myślałem, że rodzice mojego partnera wiedzą o wszystkim związanym z pewną sytuacją, więc chlapnąłem coś, co było wielkim sekretem. Jak się dowiedział, to się rozłączył i uciął wszelki kontakt.
- Serio? Ile on ma lat? Pięć? To niedorzeczne. O takich rzeczach się rozmawia - obruszył się Maciej.
- Wiesz... Gdy zorientowałem się, co zrobiłem, to wiedziałem, że będzie wściekły, ale nie myślałem, że aż tak. Póki co dwa tygodnie ciszy, a był w szpitalu. Nawet nie wiem, jak się czuje. Nie wpuszczą mnie w odwiedziny do niego, o ile jeszcze tam jest. Cudowny sposób na spędzanie urlopu. Zamęczanie się facetem - westchnąłem rozgoryczony całą tą sytuacją.
- Olej go. Wiem, że łatwo się mówi, ale olej. Jak się ogarnie to sam przyjdzie. Jeśli nie, to w ogóle nie był wart tego wszystkiego - stwierdził wszystko wiedzącym tonem, a ja powoli chyba nawet byłem skłonny przyznać mu rację. Być może to wszystko kosztowało mnie więcej nerwów niż było tego warte? W końcu, jak to się mówi, łatwo przyszło, łatwo poszło. Tak szybko jak się pojawił, tak szybko zniknął. Udowodnił, jak bardzo kruche jest to, co stworzyliśmy w międzyczasie. To musiało się tak skończyć. Za dobrze nam szło.
Następnego ranka wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Byłem sam. Przez moment zastanawiałem się, czy naprawdę byłem tak pijany, że wymyśliłem sobie to wszystko, ale gdy wszedłem do salonu, zobaczyłem Uno siedzącego na kanapie po turecku. Spojrzałem na niego i uspokoiłem się. Był. Wciąż tu był.
- Dzień dobry - rzuciłem ze słabym uśmiechem. - Długo nie śpisz?
- Jakiś czas. Nie mogłem spać - odpowiedział nerwowo.
- Uspokój się. Zjedzmy śniadanie i potem pogadamy, okej? - Spojrzałem na niego pytająco, a on pokiwał głową niemrawo. Ostatnio tak zdenerwowany był, gdy szykował się do opowiadania o swojej przeszłości. Prawie zrobiło mi się go szkoda. Prawie. Starałem się jednak na tym nie skupiać. Zrobiłem nam na szybko jajecznicę i w ciszy obserwowałem, jak je. Na szczęście zjadł wszystko bez żadnego problemu. Chwilę potem usiedliśmy obaj na kanapie i jakiś czas po prostu wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa.
- Nie masz dziś treningu? - zapytał w końcu.
- Mam, ale to jest ważniejsze - odpowiedziałem pewnie.
- Tymek, nie powinieneś opuszczać przeze mnie treningów. Przecież... - zaczął, ale szybko mu przerwałem.
- Uno. To naprawdę jest ważniejsze. Poczekaj, zadzwonię do trenera - powiedziałem, a gdy skinął głową, sięgnąłem po telefon i wybrałem właściwy numer. Po chwili w słuchawce usłyszałem jego głos.
- No co jest, Przybysz?
- Nie będzie mnie dziś na treningu - odpowiedziałem natychmiast.
- Lepiej, żeby to było ważne - odparł ostrzegawczym tonem.
- Jest. Inaczej bym nie dzwonił.
- Dobra. Jutro widzę cię u młodzików. Robisz im rozgrzewkę a potem karne kółka, jasne?
- Tak jest, trenerze. Do widzenia.
- Trzymaj się, Tymon - pożegnał się krótko, po czym rozłączył się od razu, a ja całą uwagę skupiłem na Radku.
- I jak poszło? - zapytał niepewnie.
- Dobrze. Jutro mam karną rozgrzewkę u młodzików i kilka kółek. Trener mnie lubi, a poza tym jest teraz przez chorobę dość pobłażliwy. Mi wszystko ujdzie płazem - wyszczerzyłem się i wzruszyłem ramionami, ale on tylko pokiwał sztywno głową. Widać, że to wszystko mu już zaczynało ciążyć. - No mów, bo widzę, że to cię zżera.
- Wiesz... Nie bardzo wiem od czego zacząć. Przez ostatni miesiąc chodziłem wściekły i nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Wiesz, że wszyscy u mnie w domu próbowali mnie przekonać, żebym dał spokój? Dokonałeś niemożliwego. Sprawiłeś, że ojciec z Karolem w czymś się zgadzają - zaśmiał się nerwowo. - Nawet mój psycholog mówił, że zdrowo przesadziłem, ale nie chciałem słuchać. Poczułem się zdradzony, ale prawda jest taka, że dużo więcej było w tym mojej winy. Nie zaznaczyłem wyraźnie, że nic nie wiedzą, a mogłem to zrobić.
- Wiesz... Mówiłeś o rozprawie... Myślałem, że i tak wszystko na pewno usłyszeli.
- Nie. - Pokręcił głową. - Wiesz, nie chciałem, żeby się dowiedzieli. Poprosiłem sąd, żeby podczas mojego przesłuchania żadnego z nich nie było na sali. Ze względu na moje dobro i komfort psychiczny, sędzia się zgodził. Nie mieli okazji dowiedzieć się, co się stało. Mogli tylko się domyślać, ale teraz, gdy wiedzą... Wydaje mi się, że jednak jest łatwiej. Rodzicom jakiś ciężar spadł z barków, ale ojciec wciąż się obwinia - westchnął ciężko.
- Naprawdę cię przepraszam. Gdybym wiedział... - zacząłem się tłumaczyć.
- Wiem, Tymek. Daj mi skończyć - przerwał mi stanowczo, a ja tylko przewróciłem oczami. - Za długo milczałem, ale musiałem się od tego odciąć na chwilę. Wiesz... Przedwczoraj znajomi mieli już dość mojego humoru i umówili mnie na randkę w ciemno. - Na te słowa ścisnęło mnie w dołku. - Okazało się, że Kaśka to naprawdę świetna dziewczyna. Doskonale nam się rozmawiało i nie pamiętam, kiedy ostatnio tak się śmiałem. Gdy tak z nią rozmawiałem, stwierdziłem, że tęsknię za normalnością. - W tym momencie cały mój świat rozsypał się na nowo. No tak. Był przecież panseksualny. On mógł mieć tę normalność. Mógł znaleźć kobietę, założyć rodzinę i po prostu być szczęśliwy, a ja z jakiegoś powodu nie potrafiłem mieć mu tego za złe. Uśmiechnąłem się do niego słabo i czekałem na jego następne słowa, choć tak naprawdę chyba nie chciałem ich usłyszeć. - Słuchasz mnie w ogóle? - Spojrzał na mnie z uniesioną brwią, a ja rzuciłem przepraszający uśmiech i pokiwałem głową.
- Tak, przepraszam. Słucham, słucham - zapewniłem go, spokojnie oczekując na rozwój wydarzeń.
- Miałem wrażenie, że odpłynąłeś - wytknął mi, po czym kontynuował. - Jak mówiłem, tęsknię za normalnością. Moją normalnością. Naszymi rozmowami, twoim głosem z wieczora i tym, że zwracasz uwagę na wszystko, a nawet za widokiem ciebie otulonego tym nieludzko wielkim puchatym kocem. To jest moja normalność. Kiedy wczoraj Karol przyszedł do mnie i zamiast się naśmiewać, przeprosił, to szczęka mi opadła. Zaraz potem powiedział fajny ten twój były. Polubiłem gościa. Dopiero wtedy do mnie doszło, że faktycznie można uznać, że jesteś moim byłym, a ja zdałem sobie sprawę, że nie chcę, żeby tak było. Złapałem torbę, poprosiłem ojca, żeby podrzucił mnie na dworzec i wsiadłem w pierwszy pociąg, na który udało mi się dostać bilet. Tata był tak szczęśliwy, że poszedłem po rozum do głowy, że sam mi go kupił.
Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że zaraz powie mi, że to koniec, że nie chce już tego ciągnąć, a on... Wciąż w to nie wierzyłem. Przez chwilę wgapiałem się w niego bez słowa, aż w końcu nachyliłem się i zacząłem go całować. Wreszcie znów mogłem poczuć jego wargi na swoich. Westchnąłem kontent, odrywając się od niego.
- Dziękuję - powiedziałem cicho.
- Nie, Tymek. Ja ci dziękuję. Mam wrażenie, że nie nadaję się na związki, bo wystarczyło kilka tygodni, żebym wszystko spieprzył...
- Nie myśl o tym w ten sposób. Po prostu następnym razem rozmawiaj ze mną - powiedziałem, patrząc mu w oczy, a on od razu przytaknął.
- Wiem, obiecuję. Tylko daj mi szansę - wydukał błagalnie, a ja nie mogłem powstrzymać śmiechu.
- Uno, nawet, gdybym chciał odmówić, to już za późno. Jestem sprzedany - mówiąc to, ścisnąłem go za rękę i pogłaskałem kciukiem po dłoni, po czym spoważniałem. - Przez ten miesiąc martwiłem się o ciebie i liczyłem na jakąkolwiek informację. Kiedy ostatnio cię widziałem, byłeś w szpitalu i nie wyglądałeś najlepiej. Liczyłem nawet na krótkie spierdalaj. Cokolwiek, żebym tylko miał pewność, że wszystko jest w porządku. Jeśli kiedykolwiek jeszcze się pożremy, nie zostawiaj mnie bez wieści. Wszystko, co chcesz, ale nie znikaj.
- Boże, Tymon, przepraszam. Nie myślałem o tym... Dopiero, kiedy przestałeś pisać, zorientowałem się, że to chyba jednak trochę za długo trwa. Daj mi to jakoś wynagrodzić. - Spojrzał na mnie prosząco, a ja przybrałem na twarz chytry uśmieszek.
- A jak, na przykład, byś mi to chciał wynagradzać? - zapytałem nisko, patrząc na niego sugestywnie. Od razu zrozumiał, o co mi chodzi, a na jego twarz wypłynął nieśmiały uśmiech.
- Myślę, że miałbym jeden pomysł. Tylko podejrzewam, że musielibyśmy wrócić do sypialni - wymruczał, ale widziałem, jak bardzo był speszony. Zazwyczaj otwarcie ze mną flirtował i drażnił się w najlepsze, ale gdy przychodziło do seksu, wciąż był dość spięty. Wyraźnie przeszkadzał mu jego wygląd i jeszcze dużo czasu upłynie, zanim pozbędę się tych jego kompleksów.
Nie chciałem go wybijać z rytmu, więc pozwoliłem zaprowadzić się do pokoju obok i przez jakiś czas mógł robić ze mną, co chciał. Dopiero, gdy obaj zostaliśmy kompletnie nadzy, przejąłem inicjatywę. Chciałem mu pokazać, że należę do niego, tak jak on należy do mnie. Jesteśmy w tym wszystkim razem. Nie on, nie ja, ale my. Ponownie nasz chaos wymknął się spod kontroli, a my nawet nie próbowaliśmy go łapać. Daliśmy się ponieść kłębkowi nerwów, zawirowań, pasji i pożądania. Daliśmy się ponieść sobie samym, spuszczając ze smyczy nasze lęki, obawy i niedopowiedzenia. Pozwalając sobie na to, by zgubić się, zabłądzić w tym wszystkim, tylko po to, aby niedługo odnaleźć się wzajemnie. Ponownie mogłem smakować jego ust, mając pewność, że nie będę musiał z nikim dzielić swojego udziału. Mojego szczęścia mierzonego szybko biegnącymi minutami wpatrywania się w te przymrużone z rozkoszy, piwne oczy.
Obaj nie mieliśmy ochoty nic robić, więc po szybkim prysznicu z powrotem zalegliśmy na kanapie, przytulając się i czasem wymieniając leniwe pocałunki. Uno siedział oparty o mnie, a moja ręka błądziła w okolicy jego biodra, gładząc je delikatnie. Na rozluźnienie puściliśmy sobie na DVD W głowie się nie mieści i staraliśmy się obaj odetchnąć.
- Tymek? - zagadnął wreszcie Radek.
- Mhm? - odmruknąłem, dając mu znak, żeby kontynuował.
- Gdzie wczoraj byłeś? - zapytał cicho, ale można było usłyszeć, że jest to temat niewygodny dla niego. Parsknąłem cichym śmiechem.
- Z tego, co kojarzę, to ty się tutaj umawiasz na randki. Co, ja nie mogę? - zacząłem się z nim droczyć, ale zerknąłem ukradkiem na jego twarz i szybko przestałem. Usta miał zaciśnięte w wąską kreskę, patrzył w zupełnie innym kierunku i zesztywniał cały. Ścisnąłem go delikatnie pod bokiem, aby się rozluźnił. - Żartuję. Specjalnie się tak wystroiłem, żeby zrobić ci na złość - przyznałem. - Byłem na piwie z chłopakami z drużyny. Ostatnio trochę przewartościowałem sobie wszystko. Czas zacząć żyć. Potem może być już za późno.
- Tymon! Ani mi się waż mówić teraz o... - zaczął, mierząc mnie złym wzrokiem, ale wszedłem mu w słowo.
- Nie, nie zamierzam. Po prostu stuknęło mi ćwierćwiecze, a ja zachowuję się, jakbym miał z sześćdziesiąt. Muszę zmienić priorytety. Jeden na przykład zmieniłem na pewno. - Tu spojrzałem na niego ciepło. - I nie żałuję.
- A żałowałeś?
- Przez chwilę.
- Już nie będziesz, obiecuję ci to - wyszeptał, chowając twarz w moim ramieniu tak, że nie mogłem zobaczyć jego miny, ale poczułem kilka kropel na koszulce. Wiedziałem, że musiał to wszystko odreagować. Ja już miałem okazję to zrobić. Przygarnąłem go bliżej i złożyłem krótki pocałunek na jego włosach.
- Oglądaj - szepnąłem. - Bo przegapisz pół filmu i potem znowu będę musiał przewijać. - W odpowiedzi zachichotał tylko i pokiwał niemrawo głową, ale jeszcze chwilę to trwało, zanim się uspokoił. Do południa nie robiliśmy nic poza oglądaniem filmów, ale tak było dobrze. Ważne, że byliśmy tu we dwoje i on chciał tego tak bardzo, jak ja. Kto wie, może nawet bardziej?
Niestety nie było nam dane spędzić leniwego popołudnia na kanapie. Około trzynastej usłyszałem szczęk zamka i przeleciałem szybko w myślach przez cały mój kalendarz. No tak! Wizyta mamy! Wystartowałem z kanapy, jak oparzony. To nie zapowiadało się dobrze. Całkiem zapomniałem. Nie byłem na to przygotowany. Mieszkanie co prawda nie wyglądało najgorzej, ale na kanapie siedział zdezorientowany Uno, a znając moją mamę, to nie będzie łatwa przeprawa. Radek spojrzał się na mnie pytająco, a ja rzuciłem mu przepraszające spojrzenie i zdążyłem konspiracyjnym szeptem rzucić.
- Moja mama. Z góry za nią przepraszam. Zapomniałem na śmierć. - Kiedy to usłyszał, co dziwne, on też wyglądał na przerażonego. Wstał i naprężył się jak struna, chcąc prawdopodobnie wyglądać trochę bardziej reprezentatywnie, ale w wygniecionej koszulce i dresach było to ciężkie zadanie. Na szybko narzucił na siebie bluzę, próbując zapewne ukryć blizny. Tymczasem moja rodzicielka wtaszczyła już swoją walizkę do środka i zadowolona z siebie, zamykała za sobą drzwi. Podszedłem do niej i przytulając ją na powitanie, cmoknąłem ją szybko w policzek.
- Cześć, mamuś. Mogłaś zadzwonić. Wyjechałbym po ciebie. Nie musiałabyś jechać przez pół miasta z tym bagażem - powiedziałem z lekkim wyrzutem.
- Hej, synek. Daj spokój. Trochę gimnastyki mi nie zaszkodzi, a ty powinieneś się oszczędzać, ot co! - odparowała natychmiast, a ja tylko przewróciłem oczami.
- Mamo! Nie jestem kaleką, a przynajmniej jeszcze nie - rzuciłem, na co, jak na komendę, Uno z moją mamą odpowiedzieli ostro.
- Tymek! - Pełen oburzenia głos mojego partnera wybił się na tle głosu mojej mamy, na co spojrzała ona na niego ze zdziwieniem.
- Och! Nie wiedziałam, że nie jesteś sam. Dzień dobry. - Uśmiechnęła się lekko zakłopotana.
- Dzień dobry, pani - odpowiedział grzecznie Uno, skinąwszy jej głową.
- Mamo, to jest Uno - wtrąciłem szybko, chcąc jakoś się pozbyć niezręcznej atmosfery, ale moja mama musiała oczywiście dolać oliwy do ognia.
- Przepraszam, Tymek nie chwalił się, że kogoś ma, ale to dobrze. Już się bałam, że zafiksował się na amen na tamtym palancie. Nie mogłam patrzeć, jak sobie oczy wypłakuje i snuje się po kątach! - W tym momencie Uno najpierw spojrzał na mnie z poczuciem winy wymalowanym na twarzy, po czym podszedł do nas. Mama natychmiast wyciągnęła do niego rękę, a on uścisnąwszy ją, po staropolsku cmoknął ją w mankiecik. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, będzie opowiadać o tym wszystkim koleżankom przez kolejne trzy tygodnie.
- Unirad Jasiński. Dla przyjaciół i rodziny Uno, dla znajomych Radek - powiedział z ciężkim sercem po czym spojrzał na nią z półuśmiechem i oczekiwał na odpowiedź. Moja mama błyskawicznie poskładała wszystkie elementy układanki i spojrzała na niego chłodno.
- Anna Przybysz. Jeszcze się okaże, w której grupie się znajdziemy. - Zmierzyła go złym wzrokiem i spojrzała na mnie z wyrzutem.
- Mamo, proszę cię, przestań - zacząłem spokojnie.
- Mowy nie ma! - odparowała natychmiast. - Wiesz, że nie mogę patrzeć, jak chodzisz przybity, a już w ogóle jak wracasz do domu na kacu i udajesz, że nic się nie stało. Uwierz mi, matki widzą zdecydowanie więcej, niż wam się to wydaje. Gdyby nie Maciek, to nie wiem, czy byś tak łatwo się znów ogarnął - zawyrokowała właściwym sobie tonem, a Uno, tak jak podejrzewałem, zwrócił się w moją stronę i zapytał od razu.
- Maciek?
- Uno, nie teraz. Potem ci powiem. - Spojrzałem na niego zmęczonym spojrzeniem i pokręciwszy głową, wykonałem nieokreślony gest rękoma, nie bardzo wiedząc, co jeszcze mogę zrobić. Na szczęście skinął w odpowiedzi głową, więc pozostała mi tylko jedna kwestia. Odwróciłem się do mamy wciąż nastawionej wyraźnie bojowo. - Mamo, proszę cię. Po pierwsze, nie chciałem, żeby on o tym wiedział, bo to nie sprawi, że którekolwiek z nas poczuje się lepiej, a po drugie, wyjaśniliśmy sobie wszystko. Zaakceptuj to, proszę.
- O nie, nie. Nic nie idzie tak łatwo - oburzyła się natychmiast, a ja westchnąłem, czując wzbierającą we mnie irytację. - Uważam, że powinien wiedzieć doskonale, że cały urlop spędziłeś na zamartwianiu się i ani na chwilę nie rozstawałeś się z telefonem, do tego stopnia, że wszyscy zaczęliśmy się naprawdę o ciebie poważnie martwić. - Słysząc to, Radek wyraźnie skurczył się w sobie i wyglądał, jakby był na granicy między płaczem, a złością. Nie wiedziałem czy zaraz zwyczajnie nie wyjdzie, trzaskając drzwiami. Niestety, jeżeli teraz bym zaczął kłócić się z mamą i wypominać jej to, co właśnie zrobiła, byłbym pieprzonym hipokrytą, bo dokładnie to samo zrobiłem całkiem niedawno Uno. Wziąłem więc głęboki wdech i spojrzałem na moją rodzicielkę spokojnie.
- Mamo... Nie uważam, żeby on musiał to wiedzieć, ale trudno, stało się. To nie pomaga ani mi, ani jemu. Mamuś, chcemy to naprawić, przegadaliśmy całą sprawę. Obaj byliśmy w tym wypadku winni. Nie możesz zrzucić tego tylko na niego. Chcemy jakoś to rozpracować i ułożyć sobie życie. Nie każ mi tego ponownie roztrząsać. On jest dla mnie ważny i jestem pewny, że to uczucie jest odwzajemnione. - Na te słowa jej mina trochę złagodniała i spojrzała najpierw na mnie, potem na Radka i widząc to, jak na mnie patrzył, zmiękła kompletnie.
- Dobrze. To jest wasze życie, chłopcy. Po prostu, Tymek, jesteś moim jedynym synem. Nie dziw się, że chcę dla ciebie jak najlepiej - odpowiedziała już zupełnie spokojnie, a ja uśmiechnąłem się w jej stronę i ponownie cmoknąłem ją w skroń.
- Okej, to teraz może wreszcie ruszymy się spod drzwi, co? - zaproponowałem i wskazałem ruchem głowy w stronę salonu. - Zaniosę mamy walizkę do mojego pokoju, a ta siatka, jak mniemam, idzie do kuchni, co?
- Jakbyś zgadł - odparła kobieta z uśmiechem, na co ja zachichotałem. Tego mogłem się po niej spodziewać.
- Rozgość się, mamuś. Uno, weźmiesz tę reklamówkę do kuchni i pochowasz wszystko do lodówki? - rzuciłem przez ramię, biorąc się za walizkę, która okazała się znacznie cięższa niż można by przypuszczać po jej rozmiarach. Ach, te kobiety.
- Ach, tak. Jasne - przytaknął szybko, początkowo trochę zbity z tropu Radek i zabrał się za wypełnianie mojej prośby, na co mama odprowadziła go wzrokiem, a widząc moje spojrzenie, wzruszyła ramionami i rozsiadła się na kanapie. Nie ma co, zapowiadał się ciekawy wieczór.
Z każdą godziną mama coraz bardziej maglowała Uno i za nic nie pomagało moje wstawianie się za nim. Potrafiła zwyczajnie mnie zignorować, a on nie chciał być niegrzeczny, więc cierpliwie odpowiadał na każde jej pytanie i przytyk. Nie wspominając już o tym, że w ciągu niecałej godziny chyba z sześć razy wspomniała o Maćku, co wyraźnie działało na Radka, chociaż nie powiedział tego na głos. Bałem się, że długo tak nie wytrzyma, a ja słysząc imię Macieja z ust mojej matki, czułem się winny. Za każdym razem przypominałem sobie to, jak po pijaku zacząłem się z nim całować. Nie pomagało powtarzanie w kółko jego słów. Nie żałuj pogarszało tylko sprawę. Z mojego transu wyrwało mnie pytanie mojej mamy o powód pobytu w szpitalu. W tym momencie coś we mnie zawrzało i zanim Uno miał okazję otworzyć usta, odparowałem.
- Mamo! To naprawdę nie jest twoja sprawa! Nie powinnaś w ogóle o to py... - zacząłem, ale poczułem na ramieniu rękę mojego partnera i prędko wszedł mi w słowo.
- Tymek, spokojnie. Twoja mama ma przecież prawo wiedzieć. To nie jest tajemnica wagi państwowej - powiedział łagodnie i pogłaskał mnie po ramieniu próbując mnie jakoś udobruchać, ale pokręciłem głową.
- Nie masz obowiązku się z tego spowiadać.
- Wiem, ale nie widzę w tym problemu. - Uśmiechnął się ciepło, po czym zwrócił się w stronę mojej mamy. - Byłem w szpitalu psychiatrycznym. Mimo lat leczenia, nie mogę się pozbyć nawracających napadów anoreksji. Niestety nie jest z tego tak łatwo wyjść, jak można by przypuszczać.
- Och. Przepraszam, rzeczywiście nie powinnam była pytać - odpowiedziała powoli, widocznie nie mogąc wyjść z szoku. Gdy po kilku minutach wreszcie się pozbierała, spojrzała na niego już przytomniej i uśmiechnęła się jakby cieplej niż wcześniej. - Moja przyjaciółka z liceum zmarła na anoreksję. Jeśli wolno spytać, jak się pan tego, że tak to ujmę, nabawił?
- To dość długa historia i tu już rzeczywiście wolałbym zostawić to dla siebie - powiedział spokojnie, ale mimo to przełknął głośno ślinę i wyraźnie liczył na ucięcie tematu.
- Tak, tak. Oczywiście. To po prostu jest... straszne, że młodzi ludzie wciąż na to chorują. W moich czasach przy wszystkich drakońskich dietach i przy małym dostępie do informacji, nie było ciężko o przesadzenie, ale jak widać niezależnie od pokolenia, wciąż można się z tym spotkać.
- Zapewniam, że u mnie nie był to wynik żadnej z diet. Nie jest ze mną jeszcze tak źle. Co dziwne, poza epizodami, w których pojawiają się nawroty, to raczej jestem łasuchem. Wszystko, co słodkie, jest moje, no i oczywiście lubię coś smacznego ugotować i zjeść.