Nudziarz - Piotr Bolc

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (37,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wyplą­tać się z ob­jęć snu nie było ła­two. Ile­kroć pró­bo­wa­łem wy­sta­wić głowę po­nad koł­drę, ty­le­kroć sen na­su­wał ją na mnie z po­wro­tem z taką mocą, że co­raz trud­niej było mi po­na­wiać próby. Mimo to nie my­śla­łem usta­wać w pró­bach, tylko odło­ży­łem je na póź­niej. Po­zo­sta­wa­nie na gra­nicy snu i rze­czy­wi­sto­ści jest w końcu przy­jemne. Nie tylko le­ni­stwo ciała pę­tało moją wolę - znacz­nie bar­dziej pę­tało ją le­ni­stwo umy­słu. Czu­łem się, jak­bym prze­by­wał głę­boko pod wodą - nie sły­sza­łem ni­czego oprócz de­li­kat­nego szumu, a moje my­śli plą­sały wolno.

Prze­cią­gną­łem się, od­zy­sku­jąc stop­niowo czu­cie. Trzask ze­sztyw­nia­łych ko­ści wy­dał mi się nie­po­ko­jąco wy­raźny. Wy­cią­gną­łem ra­miona spod koł­dry. Po­wiew chłodu zdjął z pa­ru­ją­cej skóry kilka kro­pel potu. No tak, by­łem nagi.

Moje ręce po­now­nie po­wę­dro­wały pod koł­drę, tym ra­zem w po­szu­ki­wa­niu dru­giego ciała, które po­winno spo­czy­wać obok mo­jego. Na­tra­fiły je­dy­nie na opusz­czone, wgnie­cione miej­sce. Wtedy otwo­rzy­łem oczy. Pierw­sze spoj­rze­nie skie­ro­wa­łem na po­zo­sta­wione przy łóżku torby. Przy­po­mniały mi one o cze­ka­ją­cym na mnie za­da­niu. Nie było chwili do stra­ce­nia. Prze­su­ną­łem się na brzeg łóżka, a po­tem zrzu­ci­łem z sie­bie koł­drę jed­nym zde­cy­do­wa­nym ru­chem. Moje ciało za­wyło prze­raź­li­wie w ze­tknię­ciu z chłod­nym po­wie­trzem, ale w tej chwili nie bar­dzo na to zwa­ża­łem. Wsta­łem. Pod­sze­dłem do okna. Wyj­rza­łem na ulicę. Słońce, wy­chy­la­jące się znad da­chów bu­dyn­ków, bu­dziło ulicę do ży­cia - gdzie­kol­wiek padł jego pro­mień, tam można było do­strzec ruch. W jed­nym miej­scu za­lśniła uchy­lana szyba okienna, w in­nym zaś można było zo­ba­czyć błysk ka­ro­se­rii od­pa­la­nego sa­mo­chodu. Sło­wem - pro­mie­nie sło­neczne za­pa­lały na śpią­cej do tej pory ulicy ty­siące po­chod­nych świa­teł.

Róż­nica tem­pe­ra­tur za oknem i w po­miesz­cze­niu fa­lo­wała de­li­kat­nie mo­imi wło­sami. Uspo­ko­iłem je jed­nym ru­chem dłoni. Wtedy fi­glarny po­dmuch prze­niósł się na pierś, pro­stu­jąc po­ra­sta­jące ją włosy. Pal­cami nada­łem im na po­wrót ich za­lotny, łu­ko­waty kształt. Po­dmuch nie da­wał jed­nak za wy­graną, spły­wa­jąc w dół po pa­sie owło­sie­nia ota­cza­ją­cego pę­pek. To spra­wiło, że mniej my­śla­łem o ści­ga­niu wi­chru, a wię­cej o oso­bie, któ­rej kształt utrwa­lił się na ma­te­racu. Spoj­rza­łem raz jesz­cze na łóżko. Obok niego spo­czy­wały dwie wiel­kie torby po­dróżne, przy­po­mi­na­jące mi o kimś. Osoba, która po­ma­gała je wczo­raj pa­ko­wać, musi wciąż znaj­do­wać się w miesz­ka­niu.

Wcią­gną­łem na sie­bie bok­serki, po czym wy­sze­dłem z sy­pialni. Wtedy nie­spo­dzie­wa­nie zna­la­złem się na­prze­ciw niej. Po­pa­trzyła na mnie bez za­wsty­dze­nia, jak ko­bieta przy­zwy­cza­jona do wszyst­kich aspek­tów prze­by­wa­nia z fa­ce­tem. Ak­cep­to­wa­łem jej po­dej­ście, choć moje spoj­rze­nie było zu­peł­nie inne. Je­stem es­tetą, a praw­dziwy es­teta nie może się opa­no­wać na wi­dok piękna, i nie jest ważne, jak czę­sto z nim ob­cuje. Mój wzrok wprost nie mógł się na­cie­szyć wi­do­kiem jej gę­stych wło­sów, któ­rych dłu­gość i ucze­sa­nie pod­kre­ślały owal jej twa­rzy. Nie mógł się na­sy­cić wi­do­kiem nie­bie­skich oczu i mię­si­stych warg, któ­rych wiel­kość nie­raz prze­szka­dzała jej w wy­sła­wia­niu się, czy­niąc jej spo­sób mó­wie­nia uro­czo po­dob­nym do dzie­cię­cego. Miała na so­bie nie­bie­ski, lekki ża­kiet, tego sa­mego ko­loru spodnie, na tyle krót­kie, by wi­dać było nie­zwy­kle szczu­płe, opa­lone łydki, a także buty na wy­so­kim ob­ca­sie, na­da­jące no­gom wy­jąt­kowo po­nętny kształt.

- Wy­glą­dasz pięk­nie - stwier­dzi­łem, na co wzru­szyła lekko ra­mio­nami, jakby nie ce­niła so­bie mo­ich kom­ple­men­tów. - Nie jest to jed­nak strój na wa­ka­cje.

Zro­biła nie­szczę­śliwą minę. Wy­glą­dała, jakby zna­la­zła się na­gle w trud­nej sy­tu­acji i roz­pacz­li­wie szu­kała wyj­ścia. Od­nio­słem wra­że­nie, że przez mo­ment za­sta­na­wiała się nad tym, czy mnie prze­pra­sza­jąco nie ob­jąć, ale naj­wi­docz­niej wy­co­fała się z tego. Moje spo­cone ciało na pewno zo­sta­wi­łoby ślad na jej sta­ran­nej to­a­le­cie, którą przed chwilą po­chwa­li­łem.

- Mu­sisz po­je­chać sam. Do­łą­czę do cie­bie po paru dniach, mak­sy­mal­nie po ty­go­dniu - za­częła mi tłu­ma­czyć bar­dzo spo­koj­nie i ostroż­nie, zu­peł­nie jak­bym był krnąbr­nym dziec­kiem, które ła­two można zra­nić. - Iks! - ode­zwała się do mnie, uży­wa­jąc mo­jej sta­rej ksywki, zna­nej jesz­cze z cza­sów pod­sta­wówki, a mnie szczęka opa­dła zdzi­wie­nia pod wpły­wem tych słów. - Iks! Mu­szę już je­chać! - do­dała, przy­bie­ra­jąc prze­pra­sza­jący ton matki, która zo­sta­wia w łóżku chore dziecko, bo musi je­chać do pracy.

- Do­kąd mu­sisz je­chać? - Wło­ży­łem w to krót­kie py­ta­nie mak­si­mum po­czu­cia za­wodu.

- Mam trudną sy­tu­ację w pracy. Po­win­nam dzi­siaj tam być.

- Więk­szość two­ich ko­le­ża­nek, ma­jąc trudną sy­tu­ację w pracy, ro­bi­łaby wszystko, by za­ła­twić so­bie urlop, a gdyby to się nie udało, zwol­nie­nie le­kar­skie. Wró­ci­łyby do­piero wtedy, gdy by­łoby po wszyst­kim. Tylko ty za­wsze ro­bisz wszystko od­wrot­nie. Skąd to się u cie­bie bie­rze? Brak sprytu czy nad­miar am­bi­cji? - od­par­łem nieco iro­nicz­nie.

Pierw­sze za­sko­cze­nie mi­nęło. Za­czy­na­łem się iry­to­wać. Jesz­cze wczo­raj zgod­nie pa­ko­wa­li­śmy torby!

- Ra­czej to dru­gie, cho­ciaż nie na­zwa­ła­bym tego nad­mia­rem am­bi­cji, tylko po­czu­ciem obo­wiązku. Na­prawdę mamy te­raz dużo pracy. Może inni tak ro­bią, ale ja nie je­stem osobą, która w trud­nej chwili zo­sta­wia wszyst­kich na pa­stwę losu.

- Może i masz pro­blemy w pracy, ale są one ni­czym w po­rów­na­niu z pro­ble­mami, które ja ci mogę spra­wić, je­żeli nie po­je­dziesz ze mną. Osta­tecz­nie to tylko praca i nie może być waż­niej­sza od na­szego związku.

- Pró­bu­jesz mi gro­zić? - Jej nieco se­ple­niący głos, który za­wsze wy­da­wał mi się tak uro­czy, w tym wy­padku za­brzmiał zło­wrogo jak syk węża. - Poza tym, że je­stem z tobą, peł­nię też inne funk­cje. Sta­ram się, jak mogę, go­dzić ży­cie za­wo­dowe z pry­wat­nym, ale nie każ mi wy­bie­rać mię­dzy jed­nym a dru­gim. Wszy­scy mamy ja­kieś obo­wiązki. Je­śli chcesz, to znajdź so­bie ko­goś, kto bę­dzie w każ­dej chwili do two­jej dys­po­zy­cji. Ja nie je­stem twoją za­bawką. Na­wia­sem mó­wiąc, ko­rzy­stasz, ile wle­zie z tego, jak roz­wija się moja ka­riera. Przy­po­mnę ci, że z two­jej pen­syjki na pewno nie ży­li­by­śmy na ta­kim po­zio­mie.

- Te­raz to ty za­czy­nasz mi gro­zić. Jako de­tek­tyw za­ra­biam oczy­wi­ście mniej od cie­bie, ale nie znowu tak mało. Chcia­łem tylko po­wie­dzieć, że ostat­nio utra­ci­łaś rów­no­wagę, o któ­rej mó­wisz. Pra­cu­jesz po dwa­na­ście go­dzin dzien­nie. Ni­czego ra­zem nie ro­bimy. Tak wła­ści­wie to łą­czy nas tylko ad­res.

- Na­prawdę? Mnie wszystko po­tra­fisz wy­tknąć, a sie­bie trak­tu­jesz na in­nych za­sa­dach. Łą­czy nas tylko ad­res? Mnie cza­sami się wy­daje, że miesz­kam sama. Ile razy mu­sia­łam spać sama, bo ty by­łeś nocą na mie­ście?

- Taką mam pracę. Jest zle­ce­nie, to trzeba dzia­łać, nie­za­leż­nie od pory dnia. Spró­buj to zro­zu­mieć.

- To ty w ta­kim ra­zie spró­buj zro­zu­mieć mnie i moją pracę.

- Moja jest cho­ciaż cie­kawa.

- Za moją cho­ciaż mi płacą.

Ob­ró­ci­łem się do­okoła wła­snej osi w ner­wo­wym pi­ru­ecie. Czu­łem, że gdy­bym nie wy­ła­do­wał swo­jego gniewu w ten dzie­cinny spo­sób, mógł­bym nie wy­trzy­mać i zro­bić coś głu­piego. I rze­czy­wi­ście, zde­ner­wo­wa­nie ule­ciało wraz z po­dmu­chem wi­ru­ją­cego wo­kół mnie po­wie­trza. Z ob­rotu wy­sze­dłem uspo­ko­jony, ale mimo to wcale nie po­god­niej­szy. Tak na­prawdę było mi bar­dzo przy­kro, że ona ze mną nie je­dzie. A jesz­cze bar­dziej smutno było mi z po­wodu prze­biegu na­szej roz­mowy.

- Więc nie je­dziesz ze mną? Bę­dziesz pil­no­wać swo­jej do­brze płat­nej pracy?

- To nie tak, że będę cze­goś pil­no­wać. - Ro­ze­śmiała się z mo­jej na­iw­no­ści. - Ma­na­ge­ment oce­nia mnie jako jedną z klu­czo­wych osób, bez któ­rej kor­po­ra­cja nie mo­głaby funk­cjo­no­wać. Nie mu­szę oba­wiać się zwol­nie­nia.

- Czego więc bę­dziesz tam pil­no­wać? - za­py­ta­łem, nie chcąc ko­men­to­wać jej stwier­dze­nia. Wi­docz­nie my­ślała, że jej nie do­ce­niam. Wo­la­łem nie draż­nić jej am­bi­cji za­wo­do­wych.

- Z in-co­un­try przy­je­dzie Hari. To ważna osoba w kor­po­ra­cji. Mu­simy do­brze przed nim wy­paść. To wła­śnie to jest ta­kie ważne.

- Dla­czego aku­rat ty mu­sisz się tym za­jąć?

- Dla­tego, że po­zna­łam go oso­bi­ście, gdy mi­gro­wa­li­śmy pro­cesy z in-co­un­try do Gdań­ska. By­łam jedną z osób, które brały udział w tran­zy­cji. Hari był wtedy na sta­no­wi­sku, które ja po nim prze­ję­łam. Uczył mnie wszyst­kich pro­ce­sów, za­nim wró­ci­łam do Pol­ski. Po­tem go awan­so­wali. Ja po cza­sie też awan­so­wa­łam. Do dziś mamy do­bry kon­takt.

- Po co ta wi­zyta?

- Tego nikt z nas nie wie. In-co­un­try nie ma w zwy­czaju nas o czym­kol­wiek in­for­mo­wać. Lu­bią nas po­sta­wić przed fak­tem do­ko­na­nym. No cóż, ta­kie na­sze miej­sce w sze­regu. Nasz pol­ski ma­na­ge­ment bar­dzo się boi tego spo­tka­nia.

- Czy ta wi­zyta była wcze­śniej za­pla­no­wana?

Przez chwilę mie­rzyła mnie wzro­kiem, za­nim zde­cy­do­wała się od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

- Wiem, że mie­li­śmy ten urlop za­pla­no­wany od dawna - przy­znała.

- Od bar­dzo dawna. Od roku.

- Je­żeli o to ci cho­dzi, to rok temu nie wie­dzia­łam, że Hari po­sta­nowi przy­je­chać aku­rat w cza­sie na­szego urlopu.

- Na jak długo on przy­jeż­dża?

Na jej twa­rzy zo­ba­czy­łem wa­ha­nie. Po­sta­no­wi­łem uwol­nić ją od ko­niecz­no­ści wy­my­śla­nia ko­lej­nych uspra­wie­dli­wień.

- On przy­jeż­dża na dwa ty­go­dnie, prawda?

W od­po­wie­dzi ski­nęła je­dy­nie głową.

- Więc nie przy­je­cha­ła­byś na­wet po ty­go­dniu, tak jak po­cząt­kowo mó­wi­łaś?

- Prze­stań mnie ła­pać za słówka! - Za­wrzała na­gle gnie­wem. - Kim ty je­steś, żeby mnie tak prze­py­ty­wać? Moim oj­cem? Po­wie­dzia­łam ci, że nie mogę z tobą je­chać, bo coś mi wy­pa­dło w pracy, i to ci po­winno wy­star­czyć! Co ty je­steś małe dziecko, które czeka przez cały rok na wa­ka­cje z ro­dzi­cami? Weź się w końcu ogar­nij!

- Chcia­łaś mnie tam wy­słać, że­bym cze­kał jak głupi, by się na ko­niec do­wie­dzieć, że nie przy­je­dziesz?

- A co ty my­ślisz, że ja mam czas sie­dzieć przez dwa ty­go­dnie na ja­kimś od­lu­dziu? Fa­ceci mo­ich ko­le­ża­nek za­bie­rają je do Gre­cji, Hisz­pa­nii, na Cypr, a my je­dziemy do domku na Ma­zu­rach. Prze­cież to śmieszne! My­ślisz, że co ja tam będę ro­biła?

- Nie chcę je­chać ani do Hisz­pa­nii, ani na Cypr. Wolę na­sze Ma­zury. Osta­tecz­nie bę­dziesz ro­bić tam to samo, co ro­bi­ła­byś na Za­cho­dzie: wy­le­gi­wać się na plaży.

- Wy­le­gi­wać się na plaży? Może je­den dzień albo dwa. Na wię­cej szkoda by­łoby czasu. Czy ty na­prawdę nie wiesz, co można ro­bić w Hisz­pa­nii albo w Gre­cji?

- To samo co na Ma­zu­rach. - By­łem uparty.

- Boże, jaki ty nudny je­steś! - stwier­dziła z po­gardą w gło­sie. - Po­wiedz, Iks, czy ty kie­dy­kol­wiek by­łeś za gra­nicą?

- Nie mia­łem oka­zji.

- I na­prawdę nie chciał­byś zo­ba­czyć cze­goś in­nego od tego syfu, który masz na co dzień w Pol­sce? Skąd wiesz, czy by ci się nie spodo­bało?

- A ty od­po­wiedz mi z ko­lei: czy wszy­scy lu­dzie na świe­cie mu­szą być tacy sami? Czy wszy­scy wcza­so­wi­cze świata mu­szą jeź­dzić aku­rat do Gre­cji?

- Nie­ważne. Ważne, że do­ko­nu­jesz złych wy­bo­rów. Można wy­brać le­piej niż wa­ka­cje na Ma­zu­rach.

- A kto de­cy­duje, co jest lep­sze, a co gor­sze? Ko­le­żanki z pracy?

- Ko­le­żanki nie mają tu nic do ga­da­nia. Wiesz, co jest naj­waż­niej­sze? Żeby do­brze żyć. Jak my­ślisz, kto ma lep­sze ży­cie: ten, który je­dzie na wa­ka­cje do Gre­cji, czy ten, który je­dzie na Ma­zury?

- Dziew­czyno, to tylko wa­ka­cje!

- Wa­ka­cje są raz w roku. Trzeba ten czas do­brze wy­ko­rzy­stać. W wa­ka­cje trzeba coś prze­żyć, ro­zu­miesz? Na Ma­zury bę­dziesz jeź­dził, jak bę­dziesz stary i eme­ry­tura nie bę­dzie ci wy­star­czała na dro­gie wy­cieczki. Dla­tego na­stęp­nym ra­zem nie wy­ska­kuj mi z ta­kimi pro­po­zy­cjami jak wa­ka­cje na Ma­zu­rach, ja­sne? Wolę iść do pracy, niż je­chać na Ma­zury, ro­zu­miesz?

- Ro­zu­miem - od­po­wie­dzia­łem, mi­mo­wol­nie zwie­sza­jąc głowę. Ta roz­mowa za­czy­nała po­woli mnie mę­czyć. Moje ar­gu­menty od­bi­jały się od niej jak od ściany. - Nie ro­zu­miem tylko jed­nego: my­śla­łem, że nie­ważne, gdzie się je­dzie, ważne z kim. Na­rze­kasz, że tak mało spę­dzamy ra­zem czasu. Gdzie mie­li­by­śmy go dla sie­bie wię­cej niż na od­lud­nej ma­zur­skiej wsi? Na pewno wię­cej niż w roz­hu­ka­nym grec­kim albo hisz­pań­skim ku­ror­cie.

- Oj, Iks, wi­dzę, że ni­czego nie zro­zu­mia­łeś! - Po­krę­ciła po­nuro głową nad moją na­iw­no­ścią. - My­ślisz tylko o so­bie. Dla­czego nie my­ślisz o tym, czego ja chcę? W ogóle o mnie nie dbasz!

- Nie, w ogóle o cie­bie nie dbam! - prze­drzeź­nia­łem ją jak echo.

- Wi­dzisz, sam to przy­zna­łeś! - od­po­wie­działa, świa­doma swo­jej wy­gra­nej.

Po­wie­dziaw­szy to, po­de­szła do lu­stra, prze­sta­jąc się mną zu­peł­nie in­te­re­so­wać. Zi­ry­to­wało mnie to, nie da­łem jed­nak upu­stu ner­wom. Wy­co­fa­łem się do sy­pialni, nie chcąc pa­trzeć, jak wy­cho­dzi. Usia­dłem na łóżku, lą­du­jąc, jak na iro­nię, w miej­scu wy­żło­bio­nym przez jej ciało. Za­czą­łem roz­pa­mię­ty­wać to, w jak bez­ce­re­mo­nialny spo­sób spraw­czyni tego wy­żło­bie­nia po­ra­dziła so­bie z mo­imi ma­rze­niami o urlo­pie na Ma­zu­rach. Po chwili moje my­śli za­częły wę­dro­wać w stronę mo­jego biura. Skoro nie jadę na urlop, będę mu­siał się tam dziś po­ja­wić. Spę­dze­nie urlopu w miesz­ka­niu by­łoby jesz­cze głup­szym po­my­słem niż sa­motny wy­jazd. Po­my­śla­łem o tym, że czę­sto lu­dzie znaj­dują so­bie part­ne­rów po to, by nie być sa­mot­nymi. Nie ma w ży­ciu nic bar­dziej złud­nego niż prze­ko­na­nie, że drugi czło­wiek może od nas ode­gnać sa­mot­ność. Prze­ko­na­łem się o tym na wła­snej skó­rze tego pięk­nego po­ranka.

Przez ścianę do­tarł do mnie trzask za­my­ka­nych drzwi. Wy­szła. Do tej swo­jej pracy. Zo­sta­wiła mnie. I to bez po­że­gna­nia. Nie musi się mną przej­mo­wać. Prze­cież nie mam ni­kogo in­nego poza nią.

Wtedy mój wzrok padł na dwie torby po­dróżne spo­czy­wa­jące obok łóżka. Jedna z nich na pewno nie zo­sta­nie już dzi­siaj za­brana. Ale druga?

Za­czą­łem się po­śpiesz­nie ubie­rać. Nie my­śla­łem już o tym, że jadę sam, sta­ra­łem się też nie pa­mię­tać tego, co dzi­siaj od niej usły­sza­łem - li­czyło się tylko to, że jadę na za­słu­żone, dawno wy­cze­ki­wane wa­ka­cje. Nie chcia­łem zro­bić jej na prze­kór - w ogóle sta­ra­łem się tego nie uj­mo­wać w ten spo­sób. To za­tru­łoby mi po­byt na Ma­zu­rach. Nie pró­bo­wa­łem też ni­czego jej w ten spo­sób udo­wad­niać. Moim ce­lem było wy­przeć ją z pa­mięci na naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie, sku­pić się tylko na so­bie i na tym, by jak naj­peł­niej wy­po­cząć. Już dawno od­kry­łem, że nic tak nie po­trafi za­truć ży­cia, jak po­strze­ga­nie go z per­spek­tywy in­nych lu­dzi. Cza­sami le­piej jest się sku­pić wy­łącz­nie na so­bie, wsłu­chać się we wła­sne po­trzeby, a nie w ocze­ki­wa­nia in­nych lu­dzi, któ­rym naj­czę­ściej nie spo­sób do­go­dzić. To wła­śnie te­raz sta­ra­łem się zro­bić. Skoro wy­bra­łem Ma­zury, to dla­czego nie miał­bym tam po­je­chać, na­wet je­śli ona wo­lała za­gra­niczne wa­ka­cje?

Skom­ple­to­waw­szy gar­de­robę, ro­zej­rza­łem się po po­koju. Za­sta­na­wia­łem się, czy wczo­raj udało mi się wszystko spa­ko­wać. Wy­da­wało mi się, że mam to, co po­trzebne, a z tą my­ślą spły­nęło na mnie po­czu­cie lek­ko­ści, któ­rego od dawna nie za­zna­łem. Naj­trud­niej jest się do cze­goś ze­brać, pod­jąć de­cy­zję. Po­tem, gdy już wy­bie­rze się drogę, można je­dy­nie sku­pić się na tym, by jak naj­pew­niej nią po­dą­żać. To daje kom­fort psy­chiczny, czyli coś ta­kiego, co od­czu­wa­łem w tym mo­men­cie.

Pod­nio­słem torbę jedną ręką. Prze­nio­słem ją do przed­po­koju, gdzie usta­wi­łem bli­sko drzwi wyj­ścio­wych. Ro­zej­rza­łem się raz jesz­cze po miesz­ka­niu, jak to mam w zwy­czaju, gdy jako ostatni wy­cho­dzę z domu. Zaj­rza­łem do sa­lonu z anek­sem i do ła­zienki. Okna za­mknięte, kurki za­krę­cone, gaz wy­łą­czony, świa­tła zga­szone. Chyba mogę wy­cho­dzić. Wtedy nie­spo­dzie­wa­nie lek­kość mo­jego ba­gażu wzbu­dziła we mnie nie­po­kój. Cze­goś mi za­bra­kło. Wró­ci­łem po raz ostatni do sy­pialni. Prze­lot­nie spoj­rza­łem na łóżko, wciąż za­słane, z wy­raź­nym wgłę­bie­niem. Nie za­trzy­ma­łem się na­wet przed nim. Jego uprząt­nię­cie po­sta­no­wi­łem zo­sta­wić mo­jej part­nerce. W końcu to ona bę­dzie w nim dzi­siaj spała, a nie ja. Sta­ną­łem za to przed umo­co­wa­nym na ścia­nie sej­fem. Grube pan­cerne drzwiczki ode­rwały się od ściany, da­jąc wgląd do wy­żło­bio­nego w środku otworu. Na jego dnie le­żał mój po­czciwy glock, oto­czony nie­zbęd­nymi przy­bo­rami i pu­deł­kiem z na­bo­jami. Był je­dyną bli­ską mi rze­czą, która po­je­dzie ze mną na Ma­zury. Bo trak­to­wa­łem go jak jedną z bli­skich mi rze­czy. Zbyt wiele razy mnie ra­to­wał, bym śmiał my­śleć o nim ina­czej.

Torba z gloc­kiem i przy­bo­rami na­brała cię­żaru. Wy­sta­wi­łem ją na ko­ry­tarz, raz jesz­cze omio­tłem wzro­kiem miesz­ka­nie, a po­tem osta­tecz­nie za­mkną­łem za sobą drzwi. Brzęk klu­czy ob­ra­ca­nych w zamku miał ostre, in­ten­sywne brzmie­nie, był jak za­po­wiedź przy­gody. Wie­dzia­łem, że czeka mnie sa­mot­ność, bo poza gloc­kiem nie bę­dzie tam ze mną ni­kogo zna­jo­mego, nie li­cząc kilku chwi­lo­wych i prze­lot­nych zna­jo­mo­ści, ja­kich wiele na­wią­zuje się przy oka­zji po­dob­nych wy­jaz­dów. Mimo to od­czu­wa­łem pod­nie­ce­nie po­dobne temu, ja­kie od­czuwa się, gdy na ho­ry­zon­cie ma­ja­czy coś nie­zba­da­nego. Po­dobno na Ma­zu­rach nie da się ni­czego prze­żyć. Tak przy­naj­mniej twier­dziła moja dziew­czyna. Ja sporo so­bie obie­cy­wa­łem po wa­ka­cjach na Ma­zu­rach.

Stasz­czy­łem torbę po wy­słu­żo­nych scho­dach, po czym zna­la­złem się w pod­ziem­nej hali ga­ra­żo­wej. Pod jed­nym z fi­la­rów zna­la­złem swoje miej­sce par­kin­gowe. Wy­peł­niał je pół­nocny są­siad mo­jego pi­sto­letu au­striac­kiej pro­duk­cji. Wrzu­ci­łem torbę do ba­gaż­nika i za­sia­dłem przed kie­row­nicą. Wzią­łem do ręki na­wi­ga­cję sa­te­li­tarną, a na­stęp­nie za­czą­łem spraw­dzać, czy na­pro­wa­dzi mnie ona do wsi o wdzięcz­nej na­zwie Rogi, gdzie wy­na­ją­łem do­mek let­ni­skowy. GPS od­na­lazł rze­czoną miej­sco­wość, wy­zna­czył na­wet naj­krót­szą moż­liwą trasę, mo­głem więc być pewny, że ja­koś tam do­trę. Wes­tchną­łem głę­boko, ale ra­do­śnie, po czym od­pa­li­łem sil­nik. Droga z pod­ziem­nej hali ga­ra­żo­wej na ulicę była ła­twa jak zwy­kle: w nic nie wje­cha­łem, o nic się nie otar­łem. Wy­glą­dało to jak zwy­czajna droga do pracy. Ale ja, glock i jego pół­nocny są­siad wie­dzie­li­śmy, że nie jest to zwy­czajna droga do pracy.

Nie było ła­two o tej po­rze wy­je­chać z mia­sta. Pa­mię­tam czasy, gdy jazda au­to­bu­sem z cen­trum do szkoły po­ło­żo­nej na obrze­żach zaj­mo­wała wcze­snym ran­kiem trzy­na­ście mi­nut. W chwili obec­nej po­ko­na­nie tej sa­mej trasy zaj­mo­wało co naj­mniej dwa razy wię­cej czasu. Za­sta­na­wia­łem się, co było tego przy­czyną, bo na pewno nie droga, po­nie­waż ta nie zmie­niła się ani tro­chę przez te lata. Je­dyne, zwięk­szyła się liczba sa­mo­cho­dów. O ile nie­gdyś więk­szość lu­dzi wy­bie­rała au­to­bus, to dziś każdy wo­lał po­ru­szać się swoim au­tem. No tak, ale wtedy nie było jesz­cze uła­twio­nego do­stępu do uży­wa­nych sa­mo­cho­dów spro­wa­dza­nych zza za­chod­niej gra­nicy. Tak więc mu­sia­łem stać w korku, przed ma­ską ma­jąc volks­wa­geny, któ­rym po wieku doj­rza­łym, spę­dzo­nym na za­dba­nych nie­miec­kich au­to­stra­dach przy­szło spę­dzać eme­ry­turę na sfa­ty­go­wa­nych pol­skich dro­gach.

W końcu udało mi się wy­je­chać z mia­sta. Ale i tu­taj nie dało się po­czuć prze­strzeni, a to za sprawą sznura sa­mo­cho­dów cią­gną­cych z oko­lic Mal­borka w stronę mo­jej miej­sco­wo­ści. Cie­szy­łem się je­dy­nie, że po­dą­ża­jąc tędy, nie na­po­tkam po dro­dze mo­jej dziew­czyny, bo ona pra­co­wała w sa­mym Trój­mie­ście. Mo­głem więc bez stra­chu za­glą­dać w szyby naj­bliż­szych sa­mo­cho­dów, bę­dąc pew­nym, że nie na­tra­fię na jej wzrok. Przy­znam, że nie by­łoby to przy­jemne. Nie po tym, w ja­kim to­nie prze­bie­gła na­sza ostat­nia roz­mowa.

Z taką my­ślą wjeż­dża­łem przez most na No­ga­cie do cen­trum Mal­borka. Nie opusz­czała mnie na­wet wtedy, gdy czer­wone świa­tło na­ka­zało mi się za­trzy­mać na przej­ściu dla pie­szych. Po pra­wej stro­nie mia­łem nie­wielki park z wy­ty­czo­nymi alej­kami, ocie­niony drze­wami, pod któ­rymi można było się skryć, sia­da­jąc na schlud­nych i czy­stych ław­kach. Z ko­lei po le­wej stro­nie wi­dzia­łem za­byt­kowe bu­dynki z czer­wo­nej ce­gły. Na wprost cią­gnęła się aż po ho­ry­zont nitka dwu­pa­smo­wej drogi, do któ­rej w od­dali przy­le­gały bu­dynki wznie­sione w epoce ko­mu­ni­stycz­nej.

Prze­je­cha­łem swoim sa­mo­cho­dem tro­chę da­lej, ku ko­lej­nym świa­tłom. Dzie­się­cio­pię­trowe ko­mu­ni­styczne punk­towce przy­bli­żyły się, mia­łem je te­raz nie­mal w za­sięgu ręki. Pa­ste­lowy ma­ki­jaż, w jaki je przy­brano, nie po­tra­fił za­ma­sko­wać ich szpe­toty. Nie pa­so­wały one do ni­skiej za­bu­dowy cen­trum mia­sta oraz do szla­chet­nych ce­gla­nych bu­dowli i oka­la­ją­cej je zie­leni.

Ko­lejny most, roz­pięty nad to­rami ko­le­jo­wymi, że­gnał mnie z Mal­bor­kiem. Kra­jo­braz się zmie­nił, bo re­pre­zen­ta­cyjne bu­dynki zo­stały za­stą­pione przez bocz­nice ko­le­jowe, wy­peł­nione rdze­wie­ją­cym ta­bo­rem, oraz przez za­kłady prze­my­słowe i hur­tow­nie. Droga zwę­ziła się z dwóch pa­sów do jed­nego, co upew­niło mnie, że opusz­czam mia­sto. W końcu za­kłady prze­my­słowe, hur­tow­nie i składy znik­nęły, a je­dy­nym śla­dem ich bli­skiej obec­no­ści były cię­ża­rówki mi­ja­jące mnie na wą­skiej dro­dze. Z cza­sem zo­stały za­stą­pione przez domy jed­no­ro­dzinne, co­raz rzad­sze, we­ge­tu­jące przy po­bo­czu drogi. Wkrótce i one znik­nęły, za­stą­pione przez kar­ło­wate drzewa, nie­które no­szące ślady wy­pad­ków sa­mo­cho­do­wych.

W cza­sie swo­jej po­dróży mi­ja­łem wiele miej­sco­wo­ści, które po­ja­wiały się bły­ska­wicz­nie i rów­nie szybko zni­kały: Za­rze­cze, Kró­lewo, Stare Pole i inne. Omi­ną­łem El­bląg, wi­dząc z od­le­gło­ści jego od­da­la­jące się mury. Or­neta. Wpa­dłem w co­raz więk­sze za­my­śle­nie, z któ­rego wy­rwał mnie do­piero głos lek­torki, za­chę­ca­jący do zje­cha­nia w boczną drogę. Otrzeź­wiło mnie to. Przy­po­mnia­łem so­bie o wska­zów­kach do­ty­czą­cych do­jazdu, które te­le­fo­nicz­nie prze­ka­zał mi wła­ści­ciel domku let­ni­sko­wego. Pa­mię­ta­łem, że w Or­ne­cie mia­łem po­szu­kać pew­nego zjazdu, który do­pro­wa­dzi mnie nie­mal pro­sto do wsi, gdzie ma się znaj­do­wać let­ni­sko. Zlek­ce­wa­ży­łem więc na­po­mnie­nia lek­torki, sku­pi­łem się za to na po­szu­ki­wa­niu zjazdu. Zna­la­złem go przy znaku wska­zu­ją­cym drogę na Do­bre Mia­sto i na Olsz­tyn. Tam też ru­szy­łem, pe­wien, że ob­ra­łem wła­ściwy kie­ru­nek. Je­żeli zdać się na wska­zówki wła­ści­ciela domku let­ni­sko­wego, by­łem już bli­sko. Lek­torka z na­wi­ga­cji sa­mo­cho­do­wej, lu­biąca mieć za­wsze ra­cję, w mgnie­niu oka prze­li­czyła trasę na nowo, po czym oświad­czyła do­bit­nie, że kie­ruję się w do­brą stronę.

Je­cha­łem po wą­skich dro­gach, po­cęt­ko­wa­nych dziu­rami, które na­le­żało spraw­nie omi­jać, aby nie stra­cić za­wie­sze­nia, a przy oka­zji nie wejść w ko­li­zję z in­nymi uczest­ni­kami ru­chu. Ob­ser­wo­wa­łem przez za­ku­rzoną szybę su­rowe kra­jo­brazy tych ziem: na­gie pola się­ga­jące aż po ho­ry­zont, któ­rych mo­no­to­nię psuły po­je­dyn­cze chaty oraz słupy wy­so­kiego na­pię­cia. Nie­kiedy na­tra­fia­łem na wsie, opusz­czone, po­nure i smutne, z jed­nym skle­pem, jed­nym do­mem go­ścin­nym i ko­ścio­łem.

Za­je­cha­łem do ostat­niej więk­szej wsi na mo­jej dro­dze do let­ni­ska. We wska­za­nym przez wła­ści­ciela miej­scu skrę­ci­łem w grun­tową drogę pro­wa­dzącą do lasu. Mu­sia­łem zna­cząco zwol­nić, ale nie mar­twi­łem się tym, bo wie­dzia­łem, że je­stem już na­prawdę bli­sko. Cie­szył mnie gęst­nie­jący po obu stro­nach drogi las. Był za­po­wie­dzią tego, że znajdę tu­taj tak po­trzebny mi spo­kój. Ma­new­ro­wa­łem na kiep­skiej na­wierzchni, szu­ka­jąc w prze­świ­tach mię­dzy drze­wami da­chów do­mów. Wie­dzia­łem, że ich wi­dok bę­dzie do­wo­dem na to, że zna­la­złem miej­sco­wość, któ­rej szu­ka­łem. W końcu udało mi się je­den dach wy­pa­trzyć. Ten był zwia­stu­nem ko­lej­nych, usta­wio­nych w rządku. Prze­stał za­sta­na­wiać mnie ten rzą­dek, gdy przez prze­świt do­strze­głem ta­flę je­ziora. Domki mu­siały być naj­wi­docz­niej usta­wione wzdłuż jego brzegu.

Piasz­czy­stą drogą do­tar­łem do cen­trum wsi, wy­glą­da­ją­cej na opusz­czoną. Je­dy­nymi ży­wymi isto­tami były kury, prze­cha­dza­jące się sa­mo­pas po dro­dze, psy, wy­jące na mnie zza pło­tów, oraz dwóch męż­czyzn w nie­okre­ślo­nym wieku, spo­glą­da­ją­cych po­nuro w moją stronę spod wej­ścia do sklepu. Za­gad­ną­łem ich o drogę do domku let­ni­sko­wego, który wy­na­ją­łem. Na­gle się, oży­wili. Drogę wska­zali mi chęt­nie. Po­dą­ża­jąc za ich radą, uje­cha­łem ka­wa­łek wzdłuż ostat­nich praw­dzi­wych go­spo­darstw we wsi, po czym ru­szy­łem od­waż­nie w dół piasz­czy­stego zjazdu. Był on na tyle stromy, że by­łem pe­wien, że zimą nie da się tam pod­je­chać. Po­tem su­ną­łem wolno wzdłuż dom­ków, które prze­świ­ty­wały wcze­śniej mię­dzy drze­wami. Je­den z nich przez dwa ty­go­dnie bę­dzie na­le­żał do mnie. I tylko do mnie. Su­per.

Po­zna­łem go po nu­me­rze na bra­mie oraz po wy­glą­dzie, który za­pa­mię­ta­łem ze zdję­cia. Brama była otwarta, wła­ści­ciel wi­docz­nie na mnie cze­kał. Prze­je­cha­łem przez nią śmiało, na tra­wia­stym placu przed bu­dyn­kiem znaj­du­jąc rze­czy­wi­ście auto z ta­bli­cami re­je­stra­cyj­nymi NLI. Swoje auto z ta­bli­cami GTC za­trzy­ma­łem tuż obok. Opu­ści­łem je, cie­kawy spo­tka­nia z wła­ści­cie­lem. Do tej pory zna­łem tylko jego głos. Z po­zo­stałą czę­ścią jego je­ste­stwa mia­łem za­po­znać się do­piero te­raz.

Nie po­ja­wił się, cho­ciaż mu­siał usły­szeć, jak na jego działkę wjeż­dża moje auto. Ob­sze­dłem drew­niany par­te­rowy do­mek, szu­ka­jąc wej­ścia. Nie był roz­le­gły, to­też po krót­kim spa­ce­rze do­sze­dłem do roz­pię­tego przed wej­ściem ta­rasu. Wstą­pi­łem na niego, prze­cho­dząc po sa­mot­nym stop­niu. De­ski ta­rasu za­skrzy­piały pod moim cię­ża­rem. To po­winno po raz drugi za­alar­mo­wać wła­ści­ciela. Rzu­ci­łem okiem na sto­lik usta­wiony na jego skraju oraz na do­sta­wione do niego krze­sło.

Od­głos kro­ków do­cho­dzący z wnę­trza domku za­trzy­mał mnie w drzwiach. Wy­ło­nił się z nich śniady męż­czy­zna w śred­nim wieku, niż­szy ode mnie, lecz le­piej zbu­do­wany, bro­daty, o mię­si­stej twa­rzy i wło­sach gru­bych, si­wych i weł­ni­stych, na­da­ją­cych mu wy­gląd ba­rana. Mo­głem się prze­ko­nać, że jego ręka rów­nież była mię­si­sta, gdy mi ją po­dał do uści­śnię­cia.

- Ali Mu­chla - przed­sta­wił się gło­sem, który zna­łem do­brze z na­szej roz­mowy te­le­fo­nicz­nej.

W re­wanżu po­da­łem swoje na­zwi­sko. - Niech pan wej­dzie, po­każę panu wszystko.

Zna­leź­li­śmy się w ob­szer­nym drew­nia­nym sa­lo­nie, za wy­strój któ­rego słu­żyła ro­gówka, wą­ski sto­lik ob­ło­żony krze­słami oraz stary czarno-biały te­le­wi­zor z wy­cią­gniętą an­teną. Na prze­ciw­le­głym końcu znaj­do­wała się wnęka ku­chenna z pod­sta­wo­wym wy­po­sa­że­niem, mi­kro­fa­lówką oraz lo­dówką, a także wej­ście do ła­zienki. Sa­lon na pierw­szy rzut oka spra­wiał wra­że­nie skrom­nego, lecz czy­stego. Mu­chla, za­po­znaw­szy mnie z sa­lo­nem, otwo­rzył drzwi do ła­zienki. Była ona nie­wielka, mie­ściła za­le­d­wie ka­binę prysz­ni­cową, se­des oraz zlew. Nie by­łem jed­nak wy­ma­ga­jący - na moje po­trzeby było to aż nadto. Ważne, że było schlud­nie. Na­stęp­nie za­pro­wa­dził mnie do dwóch po­koi na tym sa­mym pię­trze, które oka­zały się od­dziel­nymi sy­pial­niami. W jed­nym mie­ściło się je­dy­nie duże mał­żeń­skie łóżko, zaś w dru­gim dwa wą­skie łóżka pię­trowe. To było wszystko, je­żeli cho­dzi o ten do­mek. Chwilę po­tem za jego prośbą wy­szli­śmy na ze­wnątrz. Po­ka­zał mi nie­wielką przy­bu­dówkę, w któ­rej znaj­do­wała się łódka, osprzęt węd­kar­ski oraz sprzęt do grilla. Mu­chla ostrzegł mnie, że dawno łódki nie uży­wał i że może prze­cie­kać. Ta in­for­ma­cja tro­chę nie pa­so­wała do ob­razu tego domku, który choć skromny, wy­dał mi się za­dbany. Wie­dzia­łem, że mimo wszystko za­ry­zy­kuję sko­rzy­sta­nie z łódki. Na ko­niec po­pro­wa­dził mnie drogą wzdłuż prze­wyż­sza­ją­cych nas szu­wa­rów, które w pew­nym miej­scu roz­stą­piły się przed nami, uka­zu­jąc pro­wa­dzący do je­ziora drew­niany po­most. Do­szli­śmy na sam jego skraj, a ja dzi­wi­łem się w du­chu, w jak do­brym jest sta­nie. Wi­dok na je­zioro ucie­szył moje serce: woda była tak czy­sta, że na­wet z miej­sca, w któ­rym sta­li­śmy, do­strzec można było dno. Je­zioro było roz­le­głe, z na­szej strony osła­niały je nu­rza­jące się w wo­dzie szu­wary, zaś z prze­ciw­nej osła­niała je zwarta li­nia drzew. Pa­no­wała tu­taj nie­ziem­ska ci­sza, prze­ry­wana z rzadka przez okrzyki na­wo­łu­ją­cego się ptac­twa i plu­ski wod­nych stwo­rzeń. Wszystko to trzy­mane było w unie­ru­cho­mie­niu i w ci­szy przez cięż­kie let­nie słońce.

- Wi­dzę, że się tu­taj panu po­doba - ode­zwał się Mu­chla.

Do­piero te­raz do­tarło do mnie, że od dłuż­szego czasu nie spusz­cza ze mnie wzroku.

- To prawda - przy­zna­łem szcze­rze. - To miej­sce jest tym, czego szu­kam. Znajdę tu­taj spo­kój, ci­szę, bli­skość na­tury. Za­zdrosz­czę panu tego domku.

- Chyba na­prawdę po­trze­buje pan wy­ci­sze­nia, skoro przy­jeż­dża pan sam.

- Mia­łem przy­je­chać z kimś, ale to nie wy­pa­liło. Może na­wet le­piej. W sa­mot­no­ści można naj­le­piej od­po­cząć. Można się w pełni sku­pić na so­bie, ro­zu­mie pan?

- Ro­zu­miem - od­po­wie­dział, wciąż się we mnie wpa­tru­jąc. - Wiem też, że nie jest do­brze, gdy sa­mot­ność trwa zbyt długo. Wtedy czło­wieka do­pa­dają my­śli, które nor­mal­nie skrywa. Mam tak czę­sto, gdy cho­dzę po le­sie w po­szu­ki­wa­niu grzy­bów. To uczu­cie przy­po­mina mi atak pa­niki. Czuję się, jak­bym był dziec­kiem i ro­dzice zgu­bili mnie w le­sie. Nie wiem, ja­kie w ta­kich chwi­lach na­cho­dzą pana my­śli. Ale pana nic nie ura­tuje przed sa­mym sobą, niech pan o tym pa­mięta. Ni­kogo tu­taj nie bę­dzie.

- Po­ra­dzę so­bie. Kim jest czło­wiek, który nie po­trafi so­bie po­ra­dzić z sa­mym sobą? Wie­rzę, że można mieć pro­blemy z dru­gim czło­wie­kiem, ale ze sobą? - za­py­ta­łem, jed­nak mój głos nie brzmiał pew­nie, cho­ciaż chcia­łem nadać mu taki wła­śnie ton.

- Gdyby kie­dy­kol­wiek do­ku­czała panu sa­mot­ność, niech pan po­je­dzie do let­ni­ska. To tam. - Wska­zał mi dło­nią od­le­głe miej­sce po prze­ciw­nej stro­nie je­ziora, na które wcze­śniej nie zwró­ci­łem uwagi. Tam li­nia drzew roz­stę­po­wała się, uka­zu­jąc ka­wa­łek piasz­czy­stej plaży, przy­stań dla łó­dek oraz sze­reg bia­łych bu­dyn­ków, z da­leka wy­glą­da­ją­cych na ja­dło­daj­nie, wy­po­ży­czal­nie sprzętu wod­nego oraz na ośrodki wcza­sowe. - Znaj­dzie pan tam bar, dys­ko­tekę - uzu­peł­nił Mu­chla, jakby czy­tał w mo­ich my­ślach. - A przede wszyst­kim znaj­dzie pan tam lu­dzi. Niech mi pan wie­rzy, z ludźmi cza­sami nie spo­sób żyć, ale by­wają chwile, gdy bez nich też żyć się nie da. - Nie my­śląc do­da­wać ni­czego wię­cej, zszedł z po­mo­stu.

Nie po­zo­stało mi nic in­nego, jak tylko ru­szyć za nim, choć mia­łem chęć po­pa­trzeć jesz­cze na od­le­głe let­ni­sko. Po­sze­dłem jed­nak, nie chcąc zo­stać w tyle. We­szli­śmy po­now­nie do domku, gdzie sta­nę­li­śmy przy licz­niku. Mu­chla spi­sał jego stan na wy­rwa­nej z no­tesu kar­teczce. Po­tem po­pro­sił mnie o wpła­ce­nie kau­cji. Nie było o tym mowy wcze­śniej, ale się zgo­dzi­łem. Na ko­niec wy­szli­śmy na ta­ras. My­śla­łem, że te­raz się roz­sta­niemy, jed­nak Mu­chla za­py­tał mnie, czy może jesz­cze usiąść. Przy­tak­ną­łem. Usiadł przy sto­liku, a ja do­łą­czy­łem do niego. Wtedy wy­cią­gnął mapę, którą wcze­śniej trzy­mał zło­żoną w kie­szeni. Od razu zwró­ci­łem uwagę, że jest to mapa woj­skowa i to na tyle sfa­ty­go­wana, by po­cho­dzić jesz­cze z cza­sów ko­mu­ni­stycz­nej Pol­ski. Za­sta­no­wiło mnie, skąd Mu­chla może mieć do­stęp do ta­kich map, ale nie śmia­łem py­tać. Słu­cha­łem, jak tłu­ma­czy, gdzie w oko­licy można zna­leźć miej­sca godne od­wie­dze­nia. Po­ka­zał mi też na tej ma­pie szlaki grzy­biar­skie oraz naj­lep­sze sta­no­wi­ska ry­bac­kie. Sta­ra­łem się to wszystko za­pa­mię­tać, pe­wien, że ta wie­dza może mi się przy­dać pod­czas dłu­gich dwóch ty­go­dni sa­mot­no­ści.

- I niech pan pa­mięta o let­ni­sku - do­dał na ko­niec. - Pro­szę tam zaj­rzeć. Na­pije się pan tam, po­tań­czy. Spo­tka pan tam wielu let­ni­ków, ale też tu­byl­ców, któ­rzy zo­stali i już chyba na za­wsze po­zo­staną w tej wsi. Niech pan się ich nie boi. Bieda tu­taj aż pisz­czy, ale kra­dzieże się nie zda­rzają. Jak cza­sami ja­kiś tu­by­lec po­prosi pana o pie­nią­dze albo po­może w czymś, to niech pan coś mu da. Tak bę­dzie naj­le­piej.

- W oko­licy nie ma ni­kogo? Naj­bliżsi lu­dzie są albo we wsi, albo w let­ni­sku? - za­py­ta­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie o in­nych dom­kach, które wi­dzia­łem.

- Obok mo­jego stoi jesz­cze je­den do­mek - od­parł Mu­chla, wska­zu­jąc głową miej­sce ukryte za ży­wo­pło­tem z tui. - Na­leży do pana Cu­piała, ale ten rzadko się w nim po­ja­wia. To przed­się­biorca bu­dow­lany, ale nie ża­den krę­tacz. Uczciwy czło­wiek. I bar­dzo za­jęty. Tacy jak on mają wiele, ale nie mają moż­li­wo­ści, by z tego ko­rzy­stać. Tak to już jest. Mogą się tu zja­wić jego dzieci. Niech pan nie zwraca na nich uwagi. Wia­domo, jak to z gów­nia­rzami jest: po­krzy­czą, po­ha­ła­sują, schleją się od razu, a po­tem śpią do po­łu­dnia. Ale może nie przy­jadą.

Nic na to nie od­po­wie­dzia­łem. Mu­chla spoj­rzał na mnie smutno, po czym się skrzy­wił. Nie dał mi dużo czasu do na­my­słu nad tym, co miał ozna­czać ten gry­mas, bo za­raz po tym wstał, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że bę­dzie się że­gnał.

- Je­żeli bę­dzie pan miał ja­ki­kol­wiek pro­blem, niech pan nie waha się za­dzwo­nić - po­wie­dział na ko­niec, wrę­cza­jąc mi klu­cze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki