Nóż w sercu. Sprawa chirurga - Ałbena Grabowska

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WIK­TOR

Zapar­ko­wał na po­bo­czu, zga­sił sil­nik i wy­siadł z auta.

- Gdzie ja je­stem? - za­py­tał gło­śno.

Od­po­wie­działa mu ci­sza. Po­pa­trzył w niebo. Nie było na nim ani jed­nej chmurki, księ­życ, nie­mal w pełni, ja­sno świe­cił. Gwiazdy lśniły.

- Ale ro­man­tycz­nie - wy­szep­tał do sie­bie.

Wró­cił do sa­mo­chodu i po­je­chał da­lej, mo­dląc się, żeby szu­trowa droga nie za­mie­niła się w piasz­czy­stą ścieżkę, z któ­rej nie bę­dzie mógł się cof­nąć. Wra­cał z kon­fe­ren­cji chi­rur­gicz­nej. Uparł się, żeby po wy­kła­dzie i ko­la­cji je­chać do domu, cho­ciaż ko­le­dzy na­ma­wiali go, żeby zo­stał i się "za­ba­wił".

- Stary, z Wro­cła­wia masz ka­wał drogi do War­szawy - prze­ko­ny­wał go le­karz, któ­rego po­znał go­dzinę wcze­śniej.

Może dla­tego nie zo­stał na wie­czo­rze or­ga­ni­zo­wa­nym przez firmę far­ma­ceu­tyczną. Nie lu­bił, gdy się z nim spo­ufa­lano. Więk­szość uczest­ni­ków nie przy­je­chała, aby słu­chać wy­kładu, tylko żeby się na­pić i na­jeść za pie­nią­dze spon­sora. Chwilę po pre­zen­ta­cji był ze wszyst­kimi po imie­niu, udzie­lał bez­płat­nych kon­sul­ta­cji i obie­cy­wał, że prze­śle żą­dane ma­te­riały na­ukowe po­trzebne temu czy in­nemu le­ka­rzowi do dok­to­ratu, któ­rego ten pew­nie ni­gdy nie zrobi.

- Ju­tro jest nie­dziela - po­wie­dział i uśmiech­nął się ta­jem­ni­czo. - Mam zo­bo­wią­za­nia.

- Aaaaa - od­parł dok­tor, który przed­sta­wił się jako Krzy­chu. - To jedź, jedź, żeby ko­bieta nie cze­kała...

Nie było żad­nej ko­biety. Żad­nej, która by­łaby na stałe. Bo ta­kich na jedną noc miał mnó­stwo. Sta­wiał ko­la­cję, mó­wił kilka kom­ple­men­tów, a po­tem brał je do łóżka. Da­wał z sie­bie tyle, że po­winny być za­do­wo­lone, po czym ni­gdy nie od­dzwa­niał. Więk­szość po kilku pró­bach od­no­wie­nia kon­taktu re­zy­gno­wała, na­zy­wa­jąc go ofi­cjal­nie albo w my­ślach gno­jem. Tych kilka, które się uparły, brał znów do łóżka, ale już bez ko­la­cji, bez kom­ple­men­tów i bez sta­rań, więc same od­cho­dziły, czu­jąc się jak ta­nie dziwki. Za ta­kie je zresztą uwa­żał.

- No na­resz­cie - mruk­nął pod no­sem, kiedy do­tarł do wą­skiej, ale as­fal­to­wej drogi.

Je­chał wolno, żeby nie wpaść na ja­kieś zwie­rzę, które prze­stra­szone dźwię­kiem sil­nika mo­gło mu wbiec przed ma­skę. Mi­nął szyld. Na­zwa mia­sta, czy też wsi, nic mu nie po­wie­działa. W od­dali za­mi­go­tały ja­kieś świa­tła. Skrę­cił w lewo i po kil­ku­set me­trach wje­chał na ulicę, przy któ­rej za­uwa­żył bu­dy­nek po­li­cji. Za­par­ko­wał przed ko­mi­sa­ria­tem, zga­sił sil­nik i wszedł do środka.

- Do­bry wie­czór - rzu­cił do dy­żu­ru­ją­cego mło­dego po­li­cjanta. - Za­błą­dzi­łem. Może mi pan po­wie­dzieć, gdzie je­stem?

Po­li­cjant po­ki­wał głową i wska­zał punkt na ma­pie.

- Tu­taj - od­parł. - W pięk­nym mie­ście Ko­chań­czy­nie.

"A więc jed­nak to mia­sto" - po­my­ślał.

- A do War­szawy jak się do­stanę? - za­py­tał.

Po­li­cjant po­now­nie po­pu­kał pal­cem w mapę, a po­tem po­wie­dział:

- Cały czas pro­sto, ja­kieś dwa ki­lo­me­try. Po­tem będą znaki na War­szawę.

Wik­tor Ka­mir­ski po­dzię­ko­wał. Już miał wyjść, kiedy po­li­cjant za­pro­po­no­wał:

- A nie wo­lałby pan prze­no­co­wać?

Na­gle po­czuł się zmę­czony.

- A jest tu ja­kieś przy­zwo­ite miej­sce? - do­py­ty­wał.

Chło­pak po­ki­wał głową.

- No - stwier­dził. - Agro­tu­ry­styka Mi­moza. - Tę na­zwę wy­mó­wił z dumą. Po czym do­dał: - Moja dziew­czyna pro­wa­dzi.

- A przyj­mie mnie w nocy? - Ka­mir­ski miał obawy, czy nie jest za późno.

- Jest do­piero dwu­dzie­sta trze­cia - stwier­dził po­li­cjant. - Za­raz do niej za­dzwo­nię.

Wy­brał nu­mer i przed­sta­wił sy­tu­ację.

- Ze śnia­da­niem? - za­py­tał Ka­mir­skiego.

Dok­tor po­ki­wał głową.

- Ze śnia­da­niem.

Po­li­cjant odło­żył słu­chawkę.

- Orzesz­ko­wej trzy - rzu­cił. - Pro­sto, trze­cia w lewo i pra­wie do końca. Moja dziew­czyna bę­dzie na pana cze­kała.

Part­nerka po­li­cjanta oka­zała się wy­soką, na­tu­ralną blon­dynką z moc­nym ma­ki­ja­żem. Na wi­dok Ka­mir­skiego wy­raź­nie się ucie­szyła.

- Na­prawdę nie jest za późno? - za­gad­nął, na­gle zmie­szany jej en­tu­zja­zmem.

- Nie, nie - od­po­wie­działa.

Miała pro­mienny uśmiech. Wszedł do środka. Dom był za­ska­ku­jąco ładny. Urzą­dzony pro­sto, ale ele­gancko, cho­ciaż nieco bez­oso­bowo.

- Za­pro­wa­dzę pana. Po­kój jest na pię­trze. - Wska­zała mu drogę. - W po­koju jest ła­zienka i szafa.

- Nie będę się roz­pa­ko­wy­wał - oznaj­mił, po czym się zo­rien­to­wał, że nie ma bie­li­zny na zmianę, pi­żamy ani przy­bo­rów to­a­le­to­wych.

- Chęt­nie uży­czę panu przy­bo­rów - za­pro­po­no­wała, jakby czy­tała mu w my­ślach. - Mam w za­pa­sie szczo­teczkę do zę­bów, pa­stę i jed­no­ra­zowe ma­szynki do go­le­nia.

Wik­tor po­my­ślał, że pew­nie na­leżą do po­li­cjanta. Za­sta­na­wiał się, czy dziew­czyna za­pro­po­nuje mu także jego pi­żamę.

Po­szedł za nią na pię­tro. Otwo­rzyła drzwi do po­koju i wrę­czyła mu klucz.

- Za­raz wszystko przy­niosę - po­wie­działa.

Kiedy wró­ciła z obie­ca­nymi przy­bo­rami, uśmiech­nęła się nie­śmiało i spy­tała:

- Je­śli jest pan głodny, mogę po­czę­sto­wać ko­la­cją...

- My­śla­łem, że to po­kój ze śnia­da­niem - od­parł skon­ster­no­wany.

- Tak, ale mogę... - za­wa­hała się - ...czym chata bo­gata.

Rów­nież się do niej uśmiech­nął. Po­do­bała mu się. Na­prawdę była bar­dzo ładna.

- A czym bo­gata? - za­py­tał.

- Mogę zro­bić spa­ghetti - od­po­wie­działa. - Na szybko. Mam też pie­rogi z mię­sem.

- Spa­ghetti? - Spoj­rzał na nią z za­in­te­re­so­wa­niem.

Po­ki­wała głową.

- Aglio olio albo bo­lo­gnese. Może być też car­bo­nara. Mam rów­nież kre­wetki. Zro­bię ta­kie spa­ghetti, ja­kie pan lubi.

Kiedy zo­ba­czyła, że się waha, po­spie­szyła z za­pew­nie­niem:

- Po­tra­fię. Będą al dente.

- Je­śli ma pani białe wino, to po­pro­szę z kre­wet­kami - od­po­wie­dział w końcu.

- Mam. - Uśmiech­nęła się.

Kiedy pół go­dziny póź­niej jadł zna­ko­mite da­nie, cie­szył się, że za­błą­dził, i był wdzięczny jej chło­pa­kowi, że na­mó­wił go na noc­leg w tym ustron­nym miej­scu.

- Od dawna pro­wa­dzi pani agro­tu­ry­stykę? - za­py­tał.

- Od nie­dawna - od­parła z uśmie­chem. -To mój pierw­szy se­zon.

Sie­działa z nim przy stole, ale nie ja­dła ma­ka­ronu. Piła tylko wino.

- Gdzie na­uczyła się pani ro­bić tak pyszne spa­ghetti?

Znów uśmiech.

- Pra­co­wa­łam w re­stau­ra­cji w Ne­apolu.

- Stu­dio­wała pani we Wło­szech? - rzu­cił z głu­pia frant i wi­dząc jej minę, za­raz chciał prze­pro­sić za swoje nie­tak­towne py­ta­nie. Nikt, kto by stu­dio­wał w Ne­apolu, nie skoń­czyłby w pen­sjo­na­cie w le­śnej głu­szy.

- Nie - od­po­wie­działa. - Stu­dio­wa­łam w Pol­sce. Bi­blio­te­ko­znaw­stwo. A po­tem za­pro­po­no­wano mi pracę we Wło­szech. Po­my­śla­łam, że za­ro­bię tro­chę pie­nię­dzy... i po­je­cha­łam. - Po­pa­trzyła w bok. Wi­dać z tego okresu nie miała naj­lep­szych wspo­mnień.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział.

- Nie, nie. - Za­ma­chała rę­koma. - Wzię­łam dzie­kankę i pra­co­wa­łam tam przez rok. My­śla­łam, że nieco wię­cej sko­rzy­stam.

- W ja­kim sen­sie?

- Są­dzi­łam, że na­uczę się wło­skiego. Albo do­brze go­to­wać.

- Na­uczyła się pani do­brze go­to­wać - za­uwa­żył.

Ro­ze­śmiała się. Po­do­bała mu się co­raz bar­dziej.

- Ro­bię do­brą pizzę i pa­stę - przy­znała bez śladu cheł­pli­wo­ści. - Szef re­stau­ra­cji jed­nak nie chciał, że­bym go­to­wała. Nie na po­waż­nie. Wi­dział mnie ra­czej w roli kel­nerki. Blon­dynka, pan ro­zu­mie. W prak­tyce ro­bi­łam wszystko, głów­nie po­da­wa­łam, sprzą­ta­łam... - za­wa­hała się.

Po­ki­wał głową, cho­ciaż nie do końca ro­zu­miał.

- Nie miała pani kiedy cho­dzić na kursy ję­zy­kowe - do­my­ślił się.

- Szef cią­gle obie­cy­wał, że wy­śle mnie na szko­le­nie w za­kre­sie kuchni wło­skiej. Kurs ję­zy­kowy mia­łam so­bie sama opła­cić, kiedy już za­ro­bię tyle, żeby prze­stać tam pra­co­wać.

Wy­ra­żała się ład­nie, okrą­głymi zda­niami. Po­do­bało mu się to.

- To też nie wy­szło? - za­py­tał. - Prze­pra­szam, że tak pa­nią wy­py­tuję.

- Nie szko­dzi. - Ro­ze­śmiała się. - Po pro­stu roz­ma­wiamy.

Wzniósł kie­li­szek.

- Za pani zdro­wie i tę ko­la­cję - wy­gło­sił to­ast.

Za­brzmiało to bar­dzo nie­zręcz­nie. Ona jed­nak uśmiech­nęła się miło i rów­nież unio­sła kie­li­szek.

- Za spo­tka­nie - od­parła.

- Do­bre wino - za­uwa­żył.

- Rie­sling - od­po­wie­działa szybko.

Było grubo po pół­nocy. Skoń­czył jeść, od­su­nął ta­lerz i jesz­cze raz po­dzię­ko­wał. Wstała i wy­jęła z szafki her­bat­niki ma­ślane. Wy­ło­żyła je na ta­le­rzyk i po­sta­wiła przed Wik­to­rem.

- Prze­pra­szam - po­wie­działa, sprzą­ta­jąc ze stołu. - Ale nie spo­dzie­wa­łam się go­ści. Gdy­bym wie­działa, że pan przy­je­dzie, zro­bi­ła­bym de­ser.

- Co by pani zro­biła?

- Ti­ra­misu albo cr?me br?lée - za­pro­po­no­wała.

- Ma pani ta­kie coś...? - zdu­miał się. - Ta­kie coś do... - Nie mógł so­bie przy­po­mnieć na­zwy.

Po­de­szła do szafki i wy­jęła urzą­dze­nie, o któ­rym mó­wił.

- Pal­nik cu­kier­ni­czy - do­koń­czyła.

Po­czuł gwał­towną falę po­żą­da­nia. Pod­szedł do niej i sta­nął bli­sko. Na tyle bli­sko, by się od­su­nęła, je­śli nie ży­czy­łaby so­bie jego aten­cji, i na tyle da­leko, żeby nie na­ru­szyć jej prze­strzeni. Zro­biła krok w jego kie­runku.

Wargi miała de­li­katne, jak dziecko. Za­mknął oczy jak na­sto­la­tek, kiedy się w nich za­ta­piał. Ona tym­cza­sem su­nęła czub­kiem ję­zyka po we­wnętrz­nej stro­nie jego ust, nie prze­sta­jąc trzy­mać go war­gami. Ciało Wik­tora za­lała ko­lejna fala pra­gnie­nia. Po­czuł jej dło­nie na swo­ich ple­cach. Wziął ją na ręce i nie prze­sta­jąc ca­ło­wać, za­niósł po scho­dach do swo­jego po­koju.

Naj­chęt­niej wziąłby ją na­tych­miast, gwał­tow­nie, ale chciał prze­cią­gnąć tę przy­jem­ność, uzna­jąc, że ma przed sobą nie­tu­zin­kową ko­bietę.

- Od razu - po­wie­działa po­zor­nie bez sensu, ale zro­zu­miał, że ona też chce go na szybko, żeby się nim na­sy­cić.

Od­wró­cił ją ty­łem do sie­bie i pod­cią­gnął spód­nicę, po czym zsu­nął ba­weł­niane majtki. Chwilę pa­trzył na wy­pięte po­śladki, a po­tem szybko roz­piął spodnie i wszedł w nią. Bał się, że spu­ści się już po jed­nym pchnię­ciu, ale po­ru­szył się w niej kilka razy, za­nim skoń­czył. Po­czuł ulgę i wstyd. Po­wi­nien dać jej coś wię­cej.

- Zo­stań - za­żą­dał, kiedy pró­bo­wała pod­cią­gnąć majtki.

- Je­śli chcesz - wy­szep­tała.

Po­tem wolno za­częła roz­pi­nać gu­ziki bluzki, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku. Kiedy zo­stała w sa­mym sta­niku, za­uwa­żył, że ma duży biust. Za­sta­no­wił się, czy jest na­tu­ralny, ale kiedy zdjęła sta­nik, a piersi opa­dły swo­bod­nie, wie­dział, że jest jak naj­bar­dziej na­tu­ralny. I naj­pięk­niej­szy, jaki w ży­ciu wi­dział. Zsu­nęła majtki do końca, a po­tem roz­pięła gu­zik spód­nicy. Kiedy opa­dła na pod­łogę, dziew­czyna kop­nęła ją nogą w bok.

- Je­steś piękna - oznaj­mił.

Ga­pił się na nią wzro­kiem peł­nym po­dziwu i po­żą­da­nia. Chciał się ro­ze­brać, ale nie po­zwo­liła mu. Prze­jęła ini­cja­tywę. Zręcz­nie uwol­niła go z ko­szuli, po­tem spodni. Sam w mię­dzy­cza­sie zsu­nął skar­petki. Uwa­żał, że nie ma ni­czego mniej mę­skiego niż goły fa­cet w skar­pet­kach.

Po­ło­żył ją na łóżku. Cipkę miała piękną, de­li­katną, nie­wiele wło­sów do­koła, gładką, śliczną skórę. Roz­chy­lił ją i po­sma­ko­wał ję­zy­kiem. Po­czuł w ustach smak swo­jej spermy. We­ssał się w nią moc­niej, a wtedy ona jęk­nęła.

- De­li­kat­niej - po­pro­siła.

Na­tych­miast zwol­nił ucisk i za­czął de­li­kat­nie sty­mu­lo­wać ją ję­zy­kiem. Kiedy za­czy­nała się prę­żyć, zwal­niał ru­chy, kiedy się uspo­ka­jała, przy­spie­szał. Wi­dział, że jest jej do­brze. Gdy jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz, nie ode­rwał od niej ust, aż za­częła się wić pod nim, drżeć i pro­sić go, żeby dał jej chwilę. Nie speł­nił jej ży­cze­nia, wie­dząc, że do­zna­nia ba­lan­su­jące na gra­nicy bólu i pra­gnie­nia są naj­sil­niej­sze.

- Tak, tak, tak - ję­czała.

Wtedy nie­ocze­ki­wa­nie od­su­nął się od niej. Spoj­rzała zdu­miona, jakby się nie spo­dzie­wała, że ją tak zo­stawi. Od­dy­chał gwał­tow­nie.

- Te­raz ja? - za­py­tała.

Do­tknęła ręką jego ją­der. Był go­tów, żeby wejść w nią jesz­cze raz, ale te­raz ona na to nie po­zwo­liła. Ob­jęła go ustami. Jęk­nął. Le­d­wie mógł wy­trzy­mać, czu­jąc, że dziew­czyna ma nad nim cał­ko­witą wła­dzę, do­słow­nie trzy­ma­jąc go za jaja. Nie po­zwo­lił so­bie na ko­lejny wy­trysk, od­su­nął de­li­kat­nie jej głowę. Od­wró­cił ją gwał­tow­nie i wszedł od tyłu tak mocno, że aż krzyk­nęła.

- Ci­cho - wy­char­czał.

Po­ru­szał się w niej ryt­micz­nie, mocno, trzy­ma­jąc ją za bio­dra, aż znów za­częła szep­tać: "Tak, tak, tak...".

- Chcesz jesz­cze?

- Chcę jesz­cze - pro­siła.

- Chcesz, że­bym cię tak pie­przył? - py­tał.

- Chcę, że­byś mnie tak pie­przył.

Do­szedł gwał­tow­nie, ra­zem z nią, a po­tem zsu­nął się z niej, spo­cony, le­dwo żywy. Ona też le­żała na ple­cach, od­dy­chała szybko.

- We­zmę prysz­nic - po­wie­działa.

- Nie - po­pro­sił. - Zo­stań ze mną jesz­cze tro­chę. Chcę cię taką spo­coną.

Ski­nęła głową i po­ło­żyła się na nim, ści­ska­jąc mię­dzy no­gami jego zmę­czo­nego pe­nisa.

- Chcesz jesz­cze? - za­py­tał.

- Chcę, ale od­pocz­nij - od­parła.

Od­po­czął tylko chwilę, a po­tem wziął ją jesz­cze raz, już nie tak szybko i gwał­tow­nie, tylko wol­niej, spo­koj­niej i znacz­nie dłu­żej.

- Ni­gdy tak się nie czu­łam - wy­mru­czała, za­sy­pia­jąc w jego ra­mio­nach.

On także ni­gdy nie miał ta­kiej ko­chanki, ni­gdy nie sta­wał mu trzy razy z rzędu. Żadna stu­dentka ani ko­le­żanka, ani dziew­czyna z przy­pad­ko­wej randki nie wzbu­dziły w nim ta­kiego pra­gnie­nia. Nie wy­obra­żał so­bie, że rano wsta­nie i wy­je­dzie z tego mia­steczka i już ni­gdy jej nie zo­ba­czy, ni­gdy nie bę­dzie jej pie­przył, ani od przodu, ani od tyłu.

- Ja też nie - od­po­wie­dział.

Rano jej nie było. Obu­dził się gwał­tow­nie i usiadł na łóżku. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Była ósma trzy­dzie­ści. Wstał, wziął prysz­nic, ubrał się i zszedł na par­ter.

- Dzień do­bry - po­wi­tała go ofi­cjal­nym to­nem.

- No i co? Za­do­wo­lony pan? - za­cie­ka­wił się po­li­cjant, o któ­rego ist­nie­niu Wik­tor zdą­żył za­po­mnieć.

- Bar­dzo za­do­wo­lony - po­wie­dział, sta­ra­jąc się na nią nie pa­trzeć.

- Pro­szę usiąść. - Uśmiech­nęła się. - Za­raz po­dam śnia­da­nie. Bę­dzie pan pił kawę czy her­batę? - za­py­tała.

- Na po­czą­tek kawę, czarną po­pro­szę. Po­tem śnia­da­nie.

Po­dała mu espresso. Upił łyk. Było wy­śmie­nite. Przyj­rzał się jej, kiedy krzą­tała się po gu­stow­nie urzą­dzo­nej ru­sty­kal­nej ja­dalni. Była jesz­cze pięk­niej­sza niż wczo­raj, bez ma­ki­jażu, z wło­sami zwią­za­nymi w koń­ski ogon, w pro­stej ba­weł­nia­nej su­kience.

- Zro­bić ja­jecz­nicę czy woli pan omlet? - Spoj­rzała na niego wy­cze­ku­jąco.

- Omlet - od­parł, po czym wziął do ręki kromkę chleba i po­sma­ro­wał ją ma­słem. Był strasz­nie głodny.

- A ty, ko­cha­nie, co byś zjadł? - zwró­ciła się do po­li­cjanta, a po­tem do Wik­tora: - Prze­pra­szam, mam na­dzieję, że nie ma pan nic prze­ciwko temu, żeby mój na­rze­czony to­wa­rzy­szył panu pod­czas śnia­da­nia?

Miał coś prze­ciwko temu, bo nie chciał, aby ten na­rze­czony w ogóle ist­niał. Po­słusz­nie ski­nął głową i zmu­sił się do uśmie­chu.

- Na­tu­ral­nie - od­parł.

- A jak się panu u nas po­doba? - za­py­tał go po­li­cjant, pod­czas kiedy ona kła­dła im na ta­le­rze po omle­cie.

- Dom jest bar­dzo ładny - stwier­dził. - Wi­dać, że wło­ży­li­ście pań­stwo w niego mnó­stwo pracy.

- Odzie­dzi­czy­łem go po ro­dzi­cach - wy­ja­śnił po­li­cjant. - I wy­re­mon­to­wa­łem. Ale urzą­dzała Jo­asia. Moja Jo­asia ma świetny gust.

- To prawda. - Wik­tor uśmiech­nął się uśmie­chem fa­ceta, który przez całą noc pie­przył cu­dzą ko­bietę i nie od­czu­wał z tego po­wodu naj­mniej­szych wy­rzu­tów su­mie­nia.

- Te­raz po­trze­bu­jemy tylko re­klamy - mó­wił da­lej po­li­cjant. - Może mógłby pan na­pi­sać o nas do­brze na Fa­ce­bo­oku? Mamy pro­fil.

- Ja nie mam - od­parł lekko za­wsty­dzony.

- Nie musi pan mieć - prze­ko­ny­wał po­li­cjant. - Wy­star­czy, że pan wej­dzie i na­pi­sze, czy się panu po­do­bało i co.

"Tego to ja na pewno nie na­pi­szę" - po­my­ślał, a gło­śno po­wie­dział:

- Skoro tak można, to wy­sta­wię opi­nię, jak tylko wrócę do domu. Za­łożę pro­fil, je­śli trzeba.

- Bę­dziemy wdzięczni - do­dał po­li­cjant, nie zwa­ża­jąc, że ma pełne usta.

"Jo­asiu, nie masz naj­lep­szego gu­stu, je­śli cho­dzi o męż­czyzn - po­my­ślał Wik­tor. - Ten tu to pro­stak, nie­wart ta­kiej dziew­czyny jak ty. Ale je­śli od­da­jesz się ta­kim go­ściom jak ja, to też nie świad­czy o to­bie naj­le­piej. Cho­ciaż dla pen­sjo­natu to może i do­brze".

- Mamy tu bar­dzo ładne oko­lice - mó­wił po­li­cjant. - Pro­szę nas od­wie­dzić z żoną, czy tam z dziew­czyną.

- Nie mam żony - od­po­wie­dział i po­pa­trzył na nią.

Ich spoj­rze­nia się spo­tkały, ale dziew­czyna szybko od­wró­ciła wzrok.

- To z ma­mu­sią - za­re­cho­tał po­li­cjant.

- Też nie mam - po­wie­dział i z sa­tys­fak­cją pa­trzył, jak fa­cet milk­nie i robi się czer­wony.

- Na mnie już czas - stwier­dził Wik­tor, kiedy zjadł śnia­da­nie.

Pod­czas pła­ce­nia pa­trzył na nią. Chciał za­uwa­żyć cho­ciaż jedno zna­czące spoj­rze­nie albo ja­kiś znak, świad­czący o tym, że chcia­łaby, aby to nie było ich ostat­nie spo­tka­nie. Nic ta­kiego jed­nak nie na­stą­piło.

Wy­je­chał, oglą­da­jąc się za sie­bie i za­sta­na­wia­jąc, czy ona te­raz pój­dzie do łóżka z tym bla­dym go­ściem o głup­ko­wa­tej twa­rzy.

- Pie­przyć to - po­wie­dział na głos.

Tyle że nie mógł o niej za­po­mnieć. Przez ty­dzień ona­ni­zo­wał się kilka razy dzien­nie, przy­wo­łu­jąc w pa­mięci ob­raz jej wy­pię­tych po­ślad­ków, roz­chy­lo­nych nóg i cięż­kich piersi.

A po­tem wy­krę­cił nu­mer agro­tu­ry­styki Mi­moza.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki