Nowy Świat. Więzi Krwi. Tom 2 - Emilia Kolosa

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Bezkresna toń. Fale wzburzonej wody bujały statkiem. Porywisty wiatr targał żagle, grając na napiętym płótnie. Słońce dopiero wznosiło się nad horyzontem, zwiastując nadchodzący dzień. Załoga starała się jak najlepiej wykorzystać sprzyjającą podróży aurę, jednak jej uwagę przykuł stukot butów o drewnianą podłogę.

Cassidy, zatykając dłonią usta, wyskoczyła z dolnego pokładu, by w kilku susach dopaść do burty. Zwróciła śniadanie, po czym zawisła na barierce i wplotła drżące dłonie w rude, rozpuszczone loki.

- O bogowie... - jęknęła, po czym wstrzymała oddech, kiedy uderzył ją intensywny zapach glonów porastających bok statku.

Czuła każdy najmniejszy ruch uderzanego falami okrętu i marzyła, by w końcu stanąć w miejscu, które nie kołysałoby jej się pod nogami. To było jak stan nietrzeźwości bez żadnych pozytywnych skutków. Nie miała już zwyczajnie sił.

- Cassidy - usłyszała za sobą głos Kyle'a. - W porządku?

- Nic nie mów... - sapnęła, starając się nad sobą zapanować.

Rycerz podszedł do dziewczyny i oparł się o barierkę obok niej. Spojrzał na Cassidy ze współczuciem, po czym odgarnął jej zmierzwione przez wiatr loki. Była blada niczym żagle na maszcie. Oczy zapadły się, a powieki przybrały siny kolor. Wyglądała jak śmierć.

- Uparta jesteś. - Pogładził policzek dziewczyny. - Może jednak zawołam Mereid albo Sorchę?

- To lepiej od razu wyrzuć mnie za burtę. - Zasłoniła dłońmi twarz. - Nie tknę żadnej mikstury.

- Wolisz tu wisieć?

- Wolę znaleźć się w miejscu, które nie będzie próbowało mi spieprzyć spod nóg - fuknęła ze złością. - Marny ze mnie marynarz.

- Jeżeli wiatr się utrzyma, za dwa dni dotrzemy do Kubeitu. Jeszcze trochę.

Cassidy skinęła głową. Myśl, że są coraz bliżej celu, powstrzymywała ją przed rzuceniem się w morską toń.

Kyle widział, że podróż statkiem dała jej mocno w kość. Od prawie dwóch tygodni zaczynała tak niemal każdy poranek. Bardzo schudła i nie wyglądała dobrze.

Kiedy twarz dziewczyny po raz kolejny zzieleniała, westchnął i spojrzał na rozciągający się przed nimi horyzont. Pojedyncze jasne obłoki dryfowały po błękitnym niebie, przysłaniając słońce. Dawały chwile wytchnienia od spiekoty, ale i tak było parno i duszno.

- Znowu? - Tym razem pojawił się Edgar.

Rycerz spojrzał w jego stronę, Cassidy zaś mocniej zacisnęła powieki. Była pewna, że zabójca nie odmówi sobie komentarza na temat jej samopoczucia. Nie miała na to ochoty, dlatego wyprostowała się i wzięła głębszy wdech. Chciała ukryć swoją niedyspozycję. Kiedy spojrzała w kierunku przyjaciela, zauważyła Mereid, która wraz z zabójcą podeszła do nich z nietęgą miną. Cassidy się skrzywiła. Wiedziała, co za chwilę usłyszy, i się nie myliła.

- Cass! - warknęła Mereid, widząc zzieleniałą twarz przyjaciółki. - Gdzie fiolki, które ci zostawiłam?!

- Za burtą... - burknęła pod nosem.

- Co?

- Nic. - Cass wywróciła oczami. - To śmierdzi, jakbyś utopiła tam szczura.

- Mniemam, że śniadanie za burtą smakowało lepiej? - Edgar spojrzał na nią pobłażliwie. - Dlaczego jesteś taka uparta?

- Daj mi spokój. - Cass westchnęła z bezsilności i odwróciła się w stronę barierki.

- O nie, kochana! Nie wywiniesz się tym razem! - Mereid wyciągnęła z kieszeni niewielką fiolkę. - No już, wypij to.

- Chyba umrę, nim dopłyniemy na miejsce.

- Nic ci nie będzie. - Kyle złapał Cassidy za ramiona i odwrócił ją w stronę przyjaciółki. Ta podała zabójczyni miksturę.

- Naprawdę chcecie mnie dobić.

- Pomóc ci, cholero jedna! - sprostowała srogo Mereid. - Bez gadania.

- Cass, to nie są żarty, naprawdę źle wyglądasz - ponaglił ją zmartwiony Edgar. - Jak tak dalej pójdzie, to się dla ciebie źle skończy.

Zabójczyni wzdrygnęła się na samą myśl o wypiciu eliksiru, jednak czuła na sobie złowrogie spojrzenia Mereid, Edgara i Kyle'a i nie miała już siły protestować. Przejęła buteleczkę i spojrzała na nią ze wstrętem. Kciukiem odkorkowała fiolkę. Nabrała powietrza i wypiła jej zawartość jednym łykiem.

- Ohyda! - Potrząsnęła głową, po czym raz jeszcze poczuła, że wszystko podchodzi jej do gardła.

- Cass, nie! - krzyknęła Mereid, jednak było już za późno. - Mówiłam ci, żebyś piła ją zaraz po przebudzeniu! Oszaleć można.

- Nie dobijaj mnie - jęknęła Cassidy, wisząc na barierce.

- Sama to robisz - westchnęła bezradnie.

Gdyby wiedziała, że Cass tak źle będzie znosiła podróż, zapewne lepiej zaopatrzyłaby się w środki medyczne. Nigdy nie podróżowali w ten sposób, dlatego zabójczyni nie mogła wiedzieć o przypadłości przyjaciółki. Próbowała ją ratować tym, co miała, jednak Cassidy i tak zaniedbywała zalecenia. Od zawsze trudno było ją namówić na lekarstwa i wywary.

Pogładziła jej ramię ze współczuciem, kiedy nagle Cass osunęła się na barierkę. Mereid odruchowo złapała nieprzytomną dziewczynę, chroniąc ją przed upadkiem. Nie rozumiała, co się stało, jednak kiedy uniosła wzrok, dostrzegła zadowoloną z siebie Morrigan.

- Uśpiłaś ją? - zapytała zaskoczona.

- Jeszcze mi za to podziękuje.

Kyle podniósł nieprzytomną Cassidy, kiedy czarodziejka zatrzymała się przed nimi i skrzyżowała ręce na piersiach.

- Słyszeliście nowinę?

- Znaczy? - Edgar spojrzał na Morrigan.

- Rozmawiałam z kapitanem. Najdalej jutro pod wieczór powinniśmy dobić do portu w Hawari.

- To dobra wiadomość. Czyli musimy liczyć na sprzyjającą pogodę - odparła Mereid i zerknęła z nadzieją na Cass.

Morrigan uśmiechnęła się przebiegle. Uniosła dłoń i skierowała ją w stronę żagli, sprawiając, że kolejny mocny podmuch pchnął jasne płótna. Rozległo się charakterystyczne uderzenie naprężonego materiału, a cały statek lekko się zakołysał.

To zaskoczyło przyjaciół. Mereid chciała coś powiedzieć, jednak Morrigan położyła palec na swoich krwistoczerwonych ustach.

- Dowiedziałaś się czegoś jeszcze? - Edgar zmienił temat, zdając sobie sprawę, że owa sprzyjająca pogoda nie była jedynie szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

- Wciąż drążę gnoja. - Morrigan się skrzywiła. - Kapitan coś ukrywa. Próbuje mnie zwodzić, ale nie ze mną te numery. Wycisnę z niego, ile się da.

- Seilon od lat współpracuje z naszymi gildiami - poinformował ją Edgar. - Nie sądzę, żeby chciał nam zaszkodzić. To dla niego dobry układ.

- Dobry. Szkoda tylko, że nie jedyny. Od lat was zwodzi. Odkąd dowiedział się o planach na rozkręcenie interesu w Kubeicie, usilnie kieruje nas na wygodne dla siebie tereny. Działa na wielu frontach i bardzo możliwe, że wspiera naszych przyszłych konkurentów.

- Nie wiem, czy to dobrze, że mówisz tak otwarcie o pomyśle utworzenia nowej gildii... - Mereid się zawahała. - Jeszcze nie znamy miejsca, do którego płyniemy.

- To prawda - poparł ją Edgar. - Tym bardziej jeżeli uważasz, że Seilon współpracuje z naszą konkurencją. Miasta takie jak Hawari, Mubarak czy Kabir żyją z handlu. Lepiej nie zwracać na siebie uwagi. Przynajmniej na razie.

- Spokojnie, wiem, co robię - prychnęła czarodziejka. - Nazwisko naszej lisicy zapewni nam dobry start. Musimy zadbać, by zrobiło się o niej głośno, tylko wtedy ten cały plan ma szansę się powieść.

Kyle przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu. Miał mieszane uczucia co do omawianego planu, a wewnętrzny głos podpowiadał mu, że to nie wróży niczego dobrego. Spojrzał na nieprzytomną Cassidy.

Miało być spokojniej, co? - pomyślał.

Czuł w kościach, że pogoń zabójczyni za jej dziedzictwem sprowadzi na nich kolejne kłopoty.

Okręt wartko przemierzał granatową toń między imperium a nowym lądem zwanym Kubeitem. Był to obszar obejmujący setki kilometrów wzdłuż wybrzeża Zatoki Namir, zwanej potocznie Zatoką Tygrysa. Pamiętając opowieści Hafgana - starego półelfa, który śnił o świecie bez podziałów i uprzedzeń - przyjaciele mieli nadzieję, że uda im się znaleźć namiastkę tego idyllicznego marzenia. Pragnęli rozpocząć tam całkiem nowe życie.

Zwłaszcza dla Sorchy była to nadzieja na lepsze jutro. Już od samego rana stała na dziobie statku i trzymając się jednej z lin, wychylała się, by podziwiać horyzont. Nie mogła uwierzyć, że morze jest tak ogromne. Płynęli od wielu dni, a wszędzie wokół roztaczała się jedynie tafla wody. Kolejny mocniejszy podmuch wiatru potargał jej orzechowe włosy, które połaskotały odsłonięte ramiona. Wzięła głęboki wdech, upajając się przyjemną wonią morskiej bryzy. Jej szczupłe policzki oblewały się lekkimi wypiekami na samą myśl o tym, że już niedługo trafi do zupełnie nowego nieznanego miejsca.

- Nie spadnij - usłyszała za sobą głos Aidana; chłopak od pewnego czasu przyglądał się jej z zainteresowaniem.

Elfka zaśmiała się beztrosko i trzymając linę, zakręciła piruet.

Zabójca widział, jaka jest podekscytowana i radosna. Ten wesoły nastrój nie opuszczał jej, od kiedy tylko wsiedli na pokład ogromnego okrętu. Początkowo załoga nieufnie obserwowała elfkę, wkrótce jednak przywykli do widoku roześmianej długouchej dziewczyny.

- To niesamowite! - zawołała, wychylając się za burtę. - Jak okiem sięgnąć wszędzie tylko woda! Tu wszystko jest inne! Widziałeś te ryby skaczące przy dziobie? Są ogromne!

- Tak, widziałem. - Zaśmiał się, podchodząc do barierki i opierając przedramiona. - Wiesz, że podobno to nie są ryby? Tutejsi zwą je delfinami.

- Tak? Delfiny... - mruknęła rozmarzona. - Mamy szczęście, że mogliśmy je zobaczyć. To zupełnie inny świat, a czeka nas jeszcze więcej nowych ciekawych rzeczy. Czy spotkam też inne elfy albo ludzi takich jak Hafgan? A może... - Urwała i zerknęła na Aidana. - Dobrze się czujesz? Znowu pobladłeś. Może przygotuję ci jakieś zioła albo...

- Nie, dziękuję - westchnął, przerywając jej monolog. - Trzymaj lepiej specyfiki dla Cass, ona chyba gorzej to znosi.

- Znowu siedzi w kajucie? - zapytała zmartwiona. - Biedna.

- Podobno miała dość ciężki poranek. Rozmawiałem z Edgarem, być może jutro dobijemy do brzegu.

- Już jutro? - zapytała zaskoczona, na co Aidan skinął głową. - Nareszcie! Ciekawe, jak tam jest!

- Niedługo się dowiemy.

Dziewczyna odpowiedziała mu szczerym uśmiechem, po czym raz jeszcze spojrzała z zachwytem na morze.

Aidan przyglądał się elfce. Jej pociągłym rysom, falowanym orzechowym włosom i jasnobrązowym oczom, które wydawały się błyszczeć, gdy wpatrywała się w dal. Mimo że on sam źle znosił podróż, cieszył się, że zdecydował się na ten krok. Z radością słuchał, jak Sorcha snuje wizje nowego lądu. Zachwycała go swoją ciekawością świata. Była przedstawicielką ludu, który bardzo przywiązywał się do swoich ziem, a jednak jakaś niewidzialna siła pchała ją ku przygodzie. On sam również był wolnym duchem i podzielał jej entuzjazm. Kiedy jednak statek raz jeszcze się zakołysał, poczuł nudności, które towarzyszyły mu od wielu dni. Początkowo wraz z Cassidy wisiał na burcie, łącząc się z przyjaciółką w niedoli. Stanowiło to również niezły temat do żartów, kiedy śmiali się z siebie nawzajem. Z czasem jednak zrobiło się im mniej do śmiechu. Aidan, pod okiem Sorchy, o wiele sumienniej trzymał się zaleceń, dzięki czemu podróż stała się znośniejsza, a myśl o tym, że byli już tak blisko celu, przynosiła ulgę.

Kyle doglądał Cassidy, która spała na koi otulona płótnem. Ich kajuta nie była duża. Panował w niej lekki półmrok, rozproszony jedynie światłem z niewielkiego okna usytuowanego przy suficie. We wnętrzu unosił się charakterystyczny zapach mokrego drewna, a samo pomieszczenie było schludne i czyste.

Chłopak rozpamiętywał niedawne wydarzenia. Wciąż nie mógł uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Wyruszyli w tę podróż, by wspólnie rozpocząć całkiem nowe życie. Wspominając ten dzień - kiedy ukochana opuściła gildię zabójców - uśmiechnął się pod nosem. Ujął dłoń dziewczyny i potarł kciukiem srebrnego smoka widniejącego na jej serdecznym palcu. Nie spodziewał się, że taka mała niepozorna błyskotka sprawi Cassidy tyle radości. Miał jednak świadomość, że to słowa, które wtedy wypowiedział, nadały wszystkiemu mocy.

Wyjdziesz za mnie? - wybrzmiało w jego głowie. Nigdy nie spodziewałby się, że zdecyduje się na taki krok.

Cassidy, pod wpływem dotyku rycerza, przebudziła się. Początkowo jej powieki jedynie lekko drgnęły, by po chwili odsłonić intensywnie szmaragdowe tęczówki.

- Jak się czujesz? - zapytał Kyle, widząc jej skołowanie.

- Nie pytaj... Jakby ktoś wywrócił mnie na lewą stronę - jęknęła. - Już ranek?

- Południe - poprawił ją.

Dziewczyna rozdziawiła usta. Od razu dźwignęła się z miejsca, na co Kyle złapał jej ramię i nie pozwolił podnieść się z koi. Sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął niewielką fiolkę. Włożył miksturę w dłonie dziewczyny.

- Nie marudź - skarcił Cass, gdy próbowała zaprotestować. - Zobaczysz, że poczujesz się lepiej.

- Poważnie przespałam większość dnia? - zapytała, chcąc odwrócić uwagę Kyle'a.

Ten nie dał się zwieść. Odkorkował buteleczkę w jej rękach.

- Wypij to - nakazał.

Cassidy skrzywiła się raz jeszcze.

- Moja noga już nigdy nie stanie na statku. - Wzięła głębszy wdech i wypiła zawartość fiolki. - Co za świństwo!

- Byłaś dzielna - pochwalił dziewczynę żartobliwie. - Już niedługo. Morrigan zadba o to, byśmy dopłynęli na miejsce jak najszybciej.

- Morrigan? O matko. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale uwielbiam tę wiedźmę... - Urwała, po czym uśmiechnęła się kpiąco. - Tylko jej tego nie mów.

- Widzę, że już ci lepiej.

- Ani trochę - sapnęła i opadła na chłopaka. - Jestem głodna. Jak dopłyniemy na miejsce, pierwsze, co zrobię, to najem się do syta. Mam dość sucharów. Marzę o porządnej pieczeni.

- Wczoraj jedliśmy wołowinę.

- Nie nazywaj tego mięsem. - Skrzywiła się. - Przypominało bardziej klej stolarski niż posiłek. Jakbym miała spędzić tu jeszcze kilka dni, to chyba zjadłabym w końcu swojego konia.

- To byłaby wyjątkowo droga pieczeń - przyznał, na co Cassidy zaśmiała się w głos.

- Mam nadzieję, że cierpi tak samo jak ja. Nauczy się pokory, zołza jedna.

- Lubisz ją.

- Nooo... Inaczej nie ciągnęłabym jej na drugi koniec świata.

Zabójczyni uśmiechnęła się pod nosem. Rzeczywiście lubiła swoją klaczkę, która pomogła jej pokonać tę jakże trudną drogę. Cassidy wiele jej zawdzięczała i nie mogła porzucić kasztanki - nawet jeśli transport wierzchowca na inny kontynent wydawał się bardzo niepraktycznym ruchem.

Po zażyciu eliksiru Cassidy poczuła się znacznie lepiej. Promienie wychylającego się zza chmur słońca skusiły dziewczynę, by wyjść na zewnątrz. Powietrze było parne i duszne, przez co w samej kajucie zrobiło się nieprzyjemnie. Wiatr niósł za sobą powiewy gorąca, co zwiastowało, że zbliżają się do lądów o zupełnie innym klimacie niż ten, który panował w Irandal. Dla Cassidy była to dobra wiadomość. Od zawsze lubiła skwar i wizja tej tropikalnej aury wydawała się jej niezwykle pociągająca.

Odmówiła zjedzenia obiadu i wyszła na zewnątrz. Nabrała powietrza w płuca i poczuła charakterystyczny zapach słonej wody, który towarzyszył jej od wielu dni.

Było późne popołudnie. Na pokładzie roiło się od załogi, która starała się ignorować rudowłosą dziewczynę. Początkowo wyklinali ją, twierdząc, że kobieta na statku przynosi pecha, jednak po kilku bójkach odpuścili. Cassidy widziała, że obrzucali ją wrogimi spojrzeniami, ale nie zawracała sobie tym głowy.

Podczas przechadzki wzdłuż statku obserwowała, jak marynarze stabilizują wanty, buchtują liny, a majtkowie sprzątają pokład pod okiem bosmana.

Dostrzegła w oddali Troya, który oparty o barierkę spoglądał na ciągnące się przed nimi morze. Uśmiechnęła się złowieszczo i przygryzła wargę. W jej głowie pojawił się szalony plan. Gwałtownie zmieniła kierunek. Niczym dziki kot zaczaiła się na zabójcę. Jej zielone oczy błysnęły, kiedy niemal bezszelestnie pobiegła w jego stronę. Naskoczyła na kark chłopaka, zakładając chwyt na jego gardle. Nie było to jednak mądre. Troy - który nie spodziewał się takiego ataku - zareagował odruchowo. Chwycił ręce dziewczyny i jednym ruchem przerzucił ją przez ramię.

- Troy! - Uczepiła się jego szyi. - To tylko ja!

- Wariatka! - warknął, chwytając mocniej przyjaciółkę, by nie spadła do wody. - Mało brakowało, a wyrzuciłbym cię za burtę!

- Pociągnęłabym cię za sobą. - Zaśmiała się, widząc jego złość. - Mielibyśmy niezłą kąpiel.

- To nie jest śmieszne. Naprawdę mogłem cię wyrzucić.

- Dobra, dobra... - Puściła go i stanęła na pokładzie. - Nie mogę się już doczekać, kiedy dobijemy do portu. Pomyśl tylko, ile ciekawych zleceń tam na nas czeka.

- Poważnie chcesz stworzyć gildię zabójców?

- No. - Wzruszyła ramionami. - Ale najpierw musimy zająć się gildią kupiecką.

- Wskoczysz w kieckę i zajmiesz się handlem? - zadrwił, na co Cassidy kuksnęła go w bok.

- Chyba oszalałeś. Chcę zająć się gildią zabójców, ale potrzebna nam jakaś przykrywka. W imperium to się sprawdziło, dlatego chcę teraz podjąć podobne kroki. Chyba że masz lepszy pomysł?

- Nie. - Spojrzał na nią z zawadiackim uśmiechem. - Ale cieszy mnie to, co mówisz. Z chęcią wróciłbym do poprzedniego zajęcia.

Mimo że jego słowa były krzepiące, Cass ciężko westchnęła i spojrzała na morze. Wiedziała, jak trudne zadanie postawiła przed sobą. Te myśli przywołały jednak coś, co od jakiegoś czasu ciążyło jej na sercu.

- Ja też - mruknęła po chwili, zamyślona. - Choć tak naprawdę czuję, że w ten sposób próbuję się głupio ratować...

- Ratować?

- Porzuciłam gildię, Troy - przyznała smutno. - Zostawiłam Vigara samego z tym wszystkim, a przecież to ja powinnam zająć się sprawami ojca. Próbuję znaleźć jakieś usprawiedliwienie, sens tego wszystkiego, ale...

- ...ale czujesz, że zawiodłaś - dokończył.

Cassidy spojrzała na niego niepewnie. Trafił w sedno.

- Nie myśl o tym w ten sposób. Jeśli interes ruszy, pomożesz Vigarowi o wiele bardziej niż tam na miejscu. Poradzi sobie. To cwany drań, zjednoczy zarówno zwolenników Sigrida, jak i twoich. To było najlepsze rozwiązanie.

- Też chcę w to wierzyć.

- To uwierz. I lepiej weź się za siebie - rzucił, zmieniając temat, by ją rozweselić. - Mam wrażenie, że zaraz wiatr zdmuchnie cię z powrotem do Irandal. Chudzino.

- Wypraszam sobie! - Zmierzyła go wzrokiem. - Wciąż jestem w dobrej formie. Nawet przed chwilą leżałbyś z nożem w plecach.

- Albo ty pływałabyś z rybami na dole - dogryzł jej.

- Byłabym pierwsza.

- Tak? Gwarantuję ci, że nie dałabyś mi teraz rady.

Na jego słowa Cassidy uśmiechnęła się przebiegle. Dobyła rapiera, który miała przy sobie, i przyjęła pozycję sugerującą podjęte wyzwanie.

- Dajesz - rzuciła z zawadiackim uśmiechem. - Udowodnię ci, że mam rację.

Nie musiała go długo namawiać. Mimo sporej liczby załogi obecnej na pokładzie Troy dobył swoich mieczy i stanął przed zabójczynią gotowy na starcie. Cassidy zawsze była szczuplutką i drobną dziewczyną, jednak teraz wyglądała mizernie. Chłopak wiedział, że jest słaba, więc oczekiwał wygranej.

Pierwsza do walki skoczyła zabójczyni, wiedząc, że rapier pozwoli jej zachować dystans. Miała przewagę zasięgu przy krótkich mieczach przyjaciela. Troy nie zamierzał przegrać. Uchylił się przed jej atakiem i sam zamarkował cios. Oboje od dawna nie mieli okazji się ze sobą zmierzyć i ta drobna przepychanka dała im wiele radości. Manewrowali między linami i załogą, mając dość ograniczone pole do popisu.

Cassidy uskakiwała między ciosami Troya. Kiedy widziała okazję, z furią zadawała pchnięcia i cięcia. Wytężała wszystkie siły, lecz niespodziewanie poślizgnęła się na mokrej desce. Straciła równowagę i przewróciła się na plecy. Podniosła gromki śmiech, choć nie było to przyjemne lądowanie. Troy również parsknął, rozbawiony, i pochylił się nad dziewczyną.

- I kto miał rację? - rzucił z wyższością. - Chuchro z ciebie.

- Nieprawda! Jeszcze z tobą nie skończyłam! - Próbowała opanować śmiech.

- Jasne. - Podał jej dłoń, by wstała.

Cassidy pozwoliła sobie pomóc, jednak kiedy tylko poczuła pokład pod nogami, zaatakowała mężczyznę, chcąc dokończyć potyczkę. Troy - mimo że nie spodziewał się takiego ruchu - nie puścił jej dłoni. Uchylił się i szarpnął rękę dziewczyny, przerzucając ją sobie przez ramię. Tym gwałtownym ruchem sprawił, że Cassidy upuściła swój rapier, przez co stała się bezbronna.

- Oż ty! - Troy śmiał się, podchodząc do burty statku. - Grasz nieczysto!

- Puść mnie! - Wierzgała. - W uczciwej walce nie masz ze mną szans!

- Tak? No to zobaczymy. - Pochylił się nad burtą. - Umiesz pływać, nie?

Początkowo dziewczyna próbowała go odepchnąć, jednak kiedy dostrzegła pod sobą ciemną wodę, chwyciła materiał jego koszuli.

- Troy! - krzyknęła przerażona.

- Więc kto wygrał? Słucham?

- Przestań! Zwariowałeś?!

- Puszczę cię, jak się nie przyznasz! - straszył ją.

- O matko! Troy, niedobrze mi!

- Nie wykręcisz się teraz, słucham! - Zaśmiał się, czując, jak cała się spięła w obawie, że naprawdę ją puści.

Kiedy tak się wychylał, kątem oka dostrzegł zmierzających w ich stronę Kyle'a wraz z Morrigan. Skrzywił się lekko. Rycerz odziany był w swoją zakonną zbroję, przez co wyglądał niezwykle dostojnie i groźnie. Troy nie wiedział, jak odniesie się do jego niemądrych wygłupów, dlatego przez moment się zawahał.

Cassidy również ich zauważyła i przygryzła wargę, widząc poważny wyraz twarzy rycerza.

- Dobra - szepnęła. - Jeśli nie chcesz kłopotów, lepiej mnie postaw.

- A może jednak cię wyrzucę?

- Troy! - zaprotestowała raz jeszcze z nerwowym śmiechem.

Zabójca cofnął się o krok i postawił Cassidy na pokładzie. Ta mocniej chwyciła się barierki. Wiszenie nad wodą nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem. Brakowało jej jednak takich wygłupów. Dziewczynie szkoda było przerywać zabawę.

- Widzę, że już ci lepiej, skoro masz siłę na wygłupy. - Kyle uniósł pytająco brew.

- To, że Cassidy chyba nigdy nie wyrośnie z pieluch, już wiem - podsumowała ironicznie Morrigan. - Małe to i dziecinne, ale widok rosłego chłopa, który zachowuje się jak dzieciak, jest dość komiczny.

Jej słowa ubodły Troya, który spojrzał na czarodziejkę z pretensją. Nim jednak zdążył się odezwać, to Cassidy wyskoczyła na Morrigan:

- Jędzo jedna! To, że ty masz kij w dupie, nie znaczy, że zachowujemy się jak dzieci! - Spojrzała na rycerza. - A tobie co? Znowu zakułeś się w tę blaszaną beczkę? Ciężko zerwać ze starym nałogiem? Kyle, jesteśmy pośrodku... - urwała i rozejrzała się wokół - NICZEGO. Co może nam tu grozić?

- Poza piratami? - zadrwiła czarodziejka.

- Roki, gryfy, trytony, krakeny. - Kyle udał zamyślenie. - Wymieniać dalej?

Cassidy wywróciła oczami i zrobiła naburmuszoną minę. Spojrzała na Troya, który uśmiechnął się nieznacznie i wzruszył ramionami.

- Gadanie. Jak na razie w życiu nie byłam w nudniejszym miejscu niż to. - Zabójczyni spasowała, po czym zwróciła się do czarodziejki: - Słyszałam, że utrzymujesz sprzyjającą rejsowi pogodę. Cóż za uroczy gest.

- Prawda? - Morrigan skrzyżowała ramiona na piersiach. - Nie mogę już patrzeć, jak straszysz potwory z głębin.

- Bardzo śmieszne...

Troy parsknął śmiechem, a Cass udała obrażoną. Nie gniewała się jednak na Morrigan - ją również rozbawiło to porównanie. Po wesołej zabawie dobry humor jej nie odpuszczał, zwłaszcza że czuła się już o wiele lepiej.

Długi i żmudny rejs do nowego świata był dla załogantów początkiem niesamowitej przygody. Edgar martwił się jednak przyszłością Cass. Zarządzanie gildią, która miała już ugruntowaną pozycję w imperium, było trudnym zadaniem, jednak stworzenie czegoś nowego na nieznanym sobie terenie to porywanie się na coś niemal niemożliwego. By stworzyć nową gildię zabójców, najpierw musieli zdobyć i ustabilizować pozycję wśród możnych obcego kraju. Nie bardzo wierzył, że Cassidy poradzi sobie z polityką.

Kiedy o tym rozmyślał, jego jasne oczy spoczęły na postaci Kyle'a. Stał on przy jednej z burt, wyraźnie zamyślony. Miał na sobie zakonną zbroję, co wyraźnie sugerowało zabójcy, że chłopak wciąż nie mógł odciąć się od swojej przeszłości. Edgar miał świadomość, że indoktrynacja odcisnęła na Kyle'u ogromne piętno i nie był pewien, czy chłopak pogodzi własne poczucie sprawiedliwości z tym, co zaplanowała Cassidy. Bądź co bądź fach zabójców nie stanowił poważanego zajęcia i w wielu ludziach wzbudzał odrazę. Edgar obawiał się konfliktów.

- Gdzie Cass? - zapytał, podchodząc do rycerza. - Już śpi?

- Nie. Poszła do swojego konia.

- Do reszty zdurniała. Wydała krocie na transport. Na miejscu mogłaby kupić kilka innych.

- Przywiązała się do niej. - Kyle wpatrywał się w ciemny horyzont. - Zresztą była prezentem od jej ciotki.

- Laveny...

Edgar się zmieszał. Nie spodziewał się, że mogło mieć to jakieś znaczenie. Gdy jednak głębiej się nad tym zastanowił, dostrzegł pewną logikę w rozumowaniu Cassidy. Lavena, poza Vigarem, była jej jedyną krewną i z całą pewnością zabójczyni darzyła ją uczuciem. On sam żałował, że pewnie już nigdy więcej jej nie zobaczy. Przyjaciółka stanowiła fragment jego przeszłości, którą spędził poza gildią.

- Lavena też będzie za nią tęsknić. Dobrze, że Cass wysłała do niej wiadomość. Na pewno bardzo się martwiła - mruknął Edgar po dłuższej chwili. - Wiem, że bardzo chciała, żeby Cass opuściła z tobą imperium.

Kyle mruknął coś pod nosem, nie odrywając wzroku od morza. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, jednak Edgar miał wrażenie, że dostrzegł na niej lekką zmianę.

- To dla was szansa na nowy start - kontynuował ostrożnie zabójca. - Ale Cass nie porzuci swojej dawnej roli, wciąż chce podążać śladami ojca. To całe dziedzictwo jest dla niej bardzo ważne.

- Wiem. - Głos rycerza był ledwie słyszalny przez szum morza.

- Rozmawiałeś z nią o tym?

- Nie. - Kyle spojrzał na Edgara. - Czas sam wyznaczy odpowiedni kierunek.

Po tych słowach zostawił zabójcę i skierował się do kajuty.

Zapadła noc. Wzburzona woda wydawała się całkiem czarna, jakby kryła w swych odmętach mrożące krew w żyłach tajemnice. Wiatr targał żagle, jednak czyste rozgwieżdżone niebo nie zwiastowało sztormu. Kyle wszedł do dusznej kajuty i zastał Cassidy, która jadła kolację. Na jego widok podniosła się z miejsca i uśmiechnęła przebiegle. Oparła się o napierśnik chłopaka i uniosła mu coś do ust.

Rycerz nie oponował i przyjął poczęstunek. Poczuł coś dziwnego na swoim języku - słodko-kwaśny przyjemny smak.

- Dobre, nie? - zapytała, widząc, że go zaskoczyła.

- Co to jest?

- Marynowane śliwki. - Wróciła do stołu. - Nie wiem, skąd Sorcha je wytrzasnęła, ale są pyszne. Z nimi nawet te cholerne suchary smakują lepiej.

- Jak się czujesz? - Usiadł na skraju koi. - Mereid zostawiła ci kilka fiolek.

- Już Sorcha mnie napoiła. - Wywróciła oczami. - Wszyscy ostatnio nade mną skaczą. Dziwnie się z tym czuję.

- Martwią się. Ja zresztą też.

Kyle obserwował, jak Cassidy wkłada kolejną śliwkę do ust.

- Nic mi nie będzie. - Przełknęła kęs i podeszła do rycerza. - Już jutro dobijemy do Kubeitu. Wyobrażasz to sobie? To podobno całkiem nowy świat!

Kyle uśmiechnął się, kiedy zaplotła dłonie na jego szyi. Oparła się o chłopaka i przejechała zalotnie nosem po jego twarzy. Z powodu lepszego samopoczucia zyskała ochotę na amory. Oboje byli w końcu wolni. Bez widma zagrożenia, które przez tak wiele tygodni wisiało nad ich głowami. Odnalazła usta mężczyzny i pocałowała go namiętnie, po czym lekko przygryzła jego wargę.

- Zdejmij tę blaszaną beczkę z siebie. - Kusiła go kolejnymi pocałunkami.

- Nie zjadłaś... - Zerknął na stół, na którym leżały suchary ze śliwkami.

- Kyle, obiecuję ci, że poucinam ci wszystkie sprzączki, jeśli sam tego nie zrobisz - zagroziła.

Chłopak nie zamierzał się z nią przekomarzać. Sięgnął do skórzanych pasków ukrytych pod pancerzem. Cassidy się z nim drażniła. Przygryzała i łasiła się, utrudniając mu zadanie.

Kiedy tylko ściągnął napierśnik, odpowiedział na jej pieszczoty. Połączyli się w czułych, nieco agresywnych pocałunkach, podczas gdy rycerz, po omacku, rozpinał pozostałe elementy zbroi. Kiedy to zrobił, chwycił Cass mocniej za ramiona, by przewrócić ją na koję. Ta podniosła szczery śmiech. Nie było tu dużo miejsca, jednak przez te ostatnie dni przywykli do przyjemnej ciasnoty. Kyle ściągnął z siebie koszulę, a dziewczyna przejechała dłońmi po jego dobrze zaznaczonej linii mięśni. Przyglądała mu się z fascynacją i z tak dobrze mu znanym błyskiem w oczach.

Pochylił się nad nią. Była taka delikatna i krucha - bezbronna w jego rękach. Kiedy chciał ją pocałować, wyślizgnęła się i spróbowała go przewrócić. Westchnął jedynie, domyślając się, o co jej chodzi. Pozwolił, by usiadła na nim okrakiem, podczas gdy on położył się na plecach. Z uwagą przyglądał się linii jej ciała. Wyraźnemu wcięciu w talii i drobnym biodrom, którymi zaczęła kołysać. Chwycił mocniej jej boki, przez co poczuł wyraźną bliznę ciągnącą się w poprzek jej pleców. Ten paskudny ślad przypominał im wydarzenia ostatnich tygodni. Ich ciała kołysały się w takt ich oddechów, czułego dotyku i pocałunków. Oboje tęsknili za tą bliskością.

Kiedy ciało dziewczyny rozluźniło się po ich miłosnym tańcu, opadła na tors mężczyzny i pocałowała jego spoconą skórę.

- Gorąco tu jak w łaźni - westchnęła, czując, że ich ciała się skleiły. - To kolejna rzecz, której nie mogę się doczekać. Kąpieli.

- Już jutro będziemy na miejscu. - Ucałował ją we włosy. - Szybko zapomnisz o tych niedogodnościach.

- No. Mam nadzieję. Chyba już nigdy nie wsiądę na żaden statek. - Opadła na bok i poczuła ulgę, kiedy jej ciało dotknęło chłodnego płótna. - Przed nami ciężka praca. A ja mam wrażenie, że nawet nie wiem, od czego zacząć. Kiedyś mój ojciec handlował z Kubeitem, ale najbardziej korzystał na tym sam Febus. Interes kwitł w najlepsze, więc może i nam się uda?

- Zajmiesz się handlem? - dopytał.

- Na początku na pewno. To zapewni nam dobry start, ale nie znam się na tym. Tak naprawdę nie interesuje mnie gildia kupiecka. Liczę, że szybko uda nam się rozkręcić płatne zlecenia.

Kyle przyjrzał się dziewczynie, co zwróciło jej uwagę. Miała świadomość, że rycerz negatywnie oceniał rolę płatnej zabójczyni. Do tej pory unikała tego tematu. Obawiała się jego stanowiska. Kyle zdążył udowodnić dziewczynie, że jeśli nie pochwalał któregoś z jej pomysłów czy działań, niełatwo było go przekonać.

Podniosła się wyżej, opierając nagie piersi na torsie chłopaka. Widziała, że chciał jej coś powiedzieć, i domyślała się, co będzie tematem tej rozmowy.

- Słucham - zaczęła bez ogródek. - Nie pochwalasz tego, prawda?

- Zdecydowanie. Nie chcę, żebyś wracała do poprzedniego zajęcia.

Cassidy wywróciła oczami.

- Bo?

- Naprawdę muszę to tłumaczyć?

- Nie bądź hipokrytą - fuknęła pod nosem i podniosła się z miejsca. - Sam zabijałeś. W imię czego? Przysięgi, którą mi złożyłeś? Czym to się różni od zapłaty za zabijanie?

- Jest różnica między zabijaniem najemników a przypadkowych ludzi za pieniądze.

Na jego słowa Cassidy uniosła kpiąco brew. Tego się spodziewała. Podeszła do stołu i poczęstowała się marynowaną śliwką. Odwróciła się w stronę Kyle'a i oparła biodrem o rant drewnianej ławy. Rycerz przeszywał ją wzrokiem.

- Miękki jesteś - prychnęła. - Nawet teraz nie odpuścisz? Nie jesteś już rycerzem zakonnym.

- To nie jest...

- Nieważne - przerwała mu. - Na razie musimy rozkręcić gildię kupiecką i zdobyć poważanie wśród tamtejszej szlachty. A później zobaczymy.

Odwróciła się i chwyciła kolejną śliwkę.

- A ty co? - Włożyła ją do ust. - Masz jakieś plany?

Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Wypuścił powietrze i opadł na pościel. Wpatrzył się w drewniany sufit. Lampa oliwna świeciła nad ich głowami, lekko kołysząc się w takt płynącego statku. Panował tu półmrok, choć blask płomyka tworzył przytulny klimat.

- Myślałem o przyjmowaniu zleceń na potwory - zaczął po chwili. - Mniemam, że i w tych stronach potrafią zajść ludziom za skórę.

- Czyli też chcesz wrócić do poprzedniego zajęcia? - rzuciła z przekorą i podeszła do koi. Weszła na nią i pochyliła się nad mężczyzną. - Mówiłam, że jesteś hipokrytą.

- Nie pochwalasz tego? - zapytał. - Chcę zająć się czymś, co umiem najlepiej.

- Nie. Uważam, że to dobry pomysł - powiedziała całkiem poważnie. - Ale mnie też nie potępiaj. Chcę robić to, w czym jestem dobra. Znam się na tym o wiele lepiej niż na prowadzeniu handlu. Gildia zabójców zapewni nam dobry zarobek i ugruntowaną pozycję w Kubeicie.

- Ale nie na starych zasadach, Cassidy - upierał się. - Nie chciałbym, żebyś mordowała niewinnych czy zgadzała się na zabójstwa rodzin.

Cass uśmiechnęła się cierpko.

- Ciekawe, co na to pozostali? Zabójcy, pogromca potworów, czarodziejka, elfka... Nawet gdybym chciała, to nie będzie już gildia zabójców.

Na te słowa rycerz przyciągnął ją do siebie i ucałował w czoło.

- Nie ma w tym nic złego - szepnął w jej loki. - Stworzymy coś nowego, wychodząc naprzeciw potrzebom mieszkańców Kubeitu.

Cassidy uśmiechnęła się sama do siebie i oparła głowę o ramię chłopaka. Przez chwilę milczała, rozmyślając nad słowami rycerza.

- Naprawdę chciałabym wrócić do zleceń... - zaczęła niepewnie. - Cieszę się, że próbujesz to zrozumieć.

Kyle nie odpowiedział. Myśl o rzuceniu się Cassidy w wir walki napawała go ogromnym niepokojem. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie mógłby jej tego zabronić. Chciał uszanować decyzję dziewczyny, nawet jeśli coś wewnątrz się przed tym buntowało.

Ranek był wyjątkowo parny. Na szczęście chłodny wiatr wiejący od morza dawał przyjemne orzeźwienie i niósł ze sobą charakterystyczny zapach słonej wody. Wokół rozbrzmiewał śpiew pracującej załogi, która towarzyszyła podróżnym niemal każdego dnia.

Nie przeszkadzał on Cassidy - spała kamiennym snem. Kyle nie chciał jej przeszkadzać. Opuścił ich kajutę i wyszedł na pokład. W oddali można było już dojrzeć zarysy nowego lądu. Rycerz spoglądał na te nieznane ziemie, czując dziwną nostalgię na myśl o tym, w jak dziwnym kierunku podążyło jego życie. Planował zostać płatnym najemnikiem, na zawsze porzucając zasady kodeksu rycerskiego, który niegdyś był dla niego świętością. Zaakceptował też decyzję Cassidy, co jeszcze kilka tygodni temu wydawało mu się nie do pomyślenia. Zmienił się. Myśląc o tym, mimowolnie uśmiechnął się kpiąco - nie poznawał samego siebie.

Mocniejszy podmuch wiatru lekko zmierzwił jego ciemne włosy. Usłyszał znajomy głos, który go zainteresował. Rozejrzał się i dostrzegł czarodziejkę, która żywo dyskutowała o czymś z kapitanem Seilonem. Był dość młodym mężczyzną, miał ciemne kasztanowe włosy związane w luźny kucyk i pokaźną brodę, która dodawała mu lat.

- Mówiłem ci, pani, że tereny wokół Mubarak są bardzo niebezpieczne - kontynuował kapitan. - To bardzo nierozważna decyzja, żeby zadzierać z tamtejszym gangiem.

- Wiem, że Hatim trzyma za jaja wszystkich radnych - prychnęła, wywracając oczami. - Nie z takimi już negocjowaliśmy.

- Mimo wszystko nie jest to przyjazne miejsce.

- Ale słyszałam, że handel tam kwitnie. - Zlustrowała go wzrokiem. - Ukrywasz coś przede mną, kapitanie Seilon. Wiem to.

Mężczyzna westchnął i zerknął na rycerza, który do nich podszedł.

- Handel tam kwitnie, ale tylko wśród ludzi, którzy opłacają haracz - zaczął ostrożnie przyciszonym głosem. - Kupcy zdobywają możliwości, a Hatim się wzbogaca, zresztą nie tylko on. Cały gang zbija na tym fortunę.

- Dlatego płyniemy do Hawari? - zapytała Morrigan.

- Nie zapuszczam się na inne tereny - prychnął kapitan. - I wam również to radzę. To żaden interes.

- Dlaczego? - zainteresował się Kyle, zaniepokojony jego słowami.

Kapitan zmieszał się na jego pytanie i rzucił spojrzenie w kierunku pokładu. Wyraźnie nie chciał drążyć tego tematu.

- To spokojna okolica i największe miasto w Kubeicie. Jeśli chcecie gdzieś zacząć, sądzę, że to najlepsze miejsce na start. A teraz przeproszę państwa na chwilę. - Skinął na nich i udał się do marynarzy.

Czarodziejka odprowadziła go wzrokiem.

- Łże jak pies - burknęła, zerkając na rycerza. - Domyśla się, co planujemy.

- Co masz na myśli?

- Próbuje nas skierować na tereny, które nie obejmują jego zleceniodawców - prychnęła poirytowana. - Wiem już, że współpracuje z tym całym Hatimem, kimkolwiek on jest.

Kyle mruknął coś pod nosem. Nigdy nie interesowała go polityka, dziwne intrygi czy pomówienia. Teraz jednak obserwował to z trwogą, wiedząc, że niedługo Cassidy będzie należała do tego świata.

- Będziemy potrzebowali zaufanych ludzi do transportu - kontynuowała Morrigan w zamyśleniu. - Ale nie jego. Nie nagrodzimy pazerności. Za dobre pieniądze szybko znajdziemy do tego ludzi. Zresztą, pośrednicy gildii z Irandal na pewno nam coś doradzą. Będziemy mieli co robić.

- Zapewne - przyznał Kyle, zerkając w kierunku luku.

Niemal od razu rozpoznał głos Cassidy, która żywo z kimś dyskutowała.

Dziewczyna wyciągnęła Sorchę spod pokładu. Pomachała czarodziejce i Kyle'owi, po czym pchnęła elfkę w kierunku rufy.

- Dajesz! Nie wykręcaj się. Łuk łukiem, ale musisz nauczyć się bronić - upierała się, widząc niechęć towarzyszki. - Obiecałaś!

- Nie chodzi o mnie - zaprotestowała elfka. - Martwię się o ciebie. W ogóle o siebie nie dbasz.

- Nie wkurzaj mnie - burknęła Cass i rzuciła w jej stronę miecz. - Zaczynaj.

Sorcha złapała ostrze w locie i spojrzała z politowaniem na zabójczynię. Nie była przekonana do tego pomysłu, choć obawiała się, że Cassidy jej nie odpuści.

Kyle podszedł do barierki, by mieć lepszy widok na zamieszanie, jakie wywołała Cass. Intrygowało go, jak rozegra się owo starcie. Jego mała wiedźma namówiła Sorchę na walkę mieczem. Był ciekawy, czy Cassidy zdawała sobie sprawę z tego, że elfka na pewno potrafiła posługiwać się ostrzem, choć pozornie używała głównie łuku do obrony.

Obie kobiety stanęły naprzeciw siebie. Zabójczyni skoczyła pierwsza, by zadać serię cięć. Sorcha zawirowała w piruecie, unikając trafień, jednak Cassidy nie dawała za wygraną. Zadawała potencjalnie zabójcze ciosy z doskoku i uskakiwała przed odpowiedziami przeciwniczki.

Kyle był dumny, widząc, z jaką precyzją Cassidy unika ataków i z jaką zawziętością paruje ostrze elfki - mimo przewagi zasięgu przeciwniczki. Z drugiej strony był mile zaskoczony płynnością ruchów Sorchy. Największą różnicę dało się jednak dostrzec na ich twarzach. Cassidy przejawiała ekscytację połączoną z frustracją, gdyż jej teoretyczna przewaga jako zabójczyni nie dała dziewczynie szybkiej wygranej. Natomiast twarz Sorchy pozostawała zupełnie spokojna. Elfka z uwagą obserwowała przeciwniczkę.

Sorcha wywinęła się spod ostrza Cass - jednak zbyt szeroko, ustawiając się plecami do zabójczyni o ułamek sekundy za długo. Cassidy doskoczyła, by przechwycić elfkę. Zanim ta zdążyła wrócić do walki po obrocie, dziewczyna złapała ją na wysokości klatki piersiowej. Odwróciła ostrze i przyłożyła głowicę miecza do pleców przeciwniczki. Gdyby to była prawdziwa walka, Cassidy zabiłaby rywalkę.

Sorcha zaśmiała się dziewczęco. Odwróciła się i przytuliła koleżankę.

- Udusisz mnie! - jęknęła Cass, przyciśnięta do biustu Sorchy.

Ona również doceniła umiejętności elfki. Wygrała, jednak nie przyszło jej to z łatwością. Sorcha była zwinna i szybka. Momentami Cassidy czuła, że góruje nad nią zwinnością - a to w końcu był jej największy atut.

Rozdział 2

Zgodnie z przewidywaniami statek późnym popołudniem wpłynął do portu w Hawari. Nie przypominało ono Faren. Już z daleka miasto oczarowywało barwami - od bieli przez żółć po intensywną ceglaną czerwień. Niemal równo z linią brzegową rozciągał się okazały pas potężnych budynków. Wyglądały jak kolorowa ściana. Lukarny zdobiły kopuły na dachach, które przypominały dojrzewające grzyby. Panował tu przepych, dbałość o każdy architektoniczny detal, który sugerował, że z całą pewnością było to bogate miasto. Przy brzegu znajdowało się mnóstwo statków, a przy dokach kręciło się wielu ludzi. Port wrzał życiem, kusząc podróżników, by zejść na ląd.

Cassidy z przewieszoną przez ramię torbą przyglądała się temu z podziwem. Wychowała się w stolicy imperium i dobrze odnajdywała się w wielkomiejskich klimatach. Była oczarowana widokiem nieznanego miasta i faktem, że w końcu zakończy się ich podróż.

Kiedy okręt zacumował w doku, nie czekając na resztę, wybiła się z burty. Przeleciała nad barierką i wylądowała na samym skraju brzegu, biorąc zamach dłońmi, by utrzymać równowagę. Mimo że w końcu znalazła się na stałym lądzie, wciąż miała wrażenie, że ziemia kołysze się pod jej nogami.

- Cass! - syknął Edgar, wyglądając do dziewczyny. - Oszalałaś?!

Zabójczyni się zachwiała. Potrząsnęła głową i spojrzała w rozciągający się przed nią tłum. Uśmiechnęła się szeroko.

- Ląd! Jak dobrze mieć stały ląd pod nogami! - odkrzyknęła mu zadowolona. - Pospieszcie się!

Nie czekając na odpowiedź, zniknęła w gwarnej ciżbie.

- Akrobatka - mruknął kapitan Seilon, zaskoczony jej zachowaniem. - To nie jest bezpieczna okolica. Panienka Hervor nie powinna chodzić tu sama.

- Świetnie. Jeżeli czekają na nas jakieś kłopoty, Cassidy z pewnością w nie wpadnie - zakpiła Morrigan, na co Kyle zmierzył ją wzrokiem.

Nie był zadowolony, że dziewczyna zniknęła mu z oczu, i to w takiej sytuacji. Miał nadzieję, że słowa czarodziejki nie okażą się prawdą, a zabójczyni zachowa resztki zdrowego rozsądku i zaczeka na nich przy trapie. Kiedy wyglądał za Cass, kątem oka spostrzegł, że marynarze wyprowadzali z luku kasztankę, która wyraźnie była niezadowolona z powodu nieznanego sobie towarzystwa. Zadarła łeb i kiedy jeden z mężczyzn chciał zmusić ją do posłuszeństwa siłą, kopnęła go w piszczel. Kyle uśmiechnął się kpiąco na ten widok. Z całą pewnością przypominała swoją właścicielkę, nad którą trudno było zapanować. Skinął na pozostałych, po czym podszedł do niepokornej klaczki i przejął uwiąz od rozwścieczonego marynarza.

- Zajmę się nią. - Poprowadził konia innym trapem, przeznaczonym do rozładunku.

Kasztanka w towarzystwie Kyle'a uspokoiła się i pokornie podążyła za rycerzem. Nie protestowała nawet wtedy, kiedy sprowadzał ją po kładce, która nie była zbyt stabilna.

Rycerz cały czas szukał wzrokiem zabójczyni. Port był pełen przyjezdnych i mieszkańców miasta, a Cassidy z powodu swojego wzrostu stanowiła niełatwy cel do wypatrzenia. Na szczęście, tak jak się tego spodziewał, zabójczyni pojawiła się tuż przed nim. Wyglądała na bardzo zadowoloną, kiedy wyskoczyła z tłumu niczym mały chochlik. Kyle skarcił ją wzrokiem, na co ona zrobiła minę niewiniątka.

- Ciągle bawi mnie, jak ona pokornieje na twój widok - przyznała Cassidy, podchodząc do konia. - Ujarzmisz każdą bestię, co?

- Szkoda, że na ciebie to tak nie działa - rzucił i podał jej uwiąz.

- Chciałbyś... - Złapała za pleciony sznur i ruszyła wzdłuż statku. - Podobno dwie ulice stąd jest gospoda Nassar, w której możemy się zatrzymać. Gdzie reszta?

- Schodzi głównym trapem. - Ruszył za dziewczyną. - Kiedy zdążyłaś się tego dowiedzieć?

Cassidy zerknęła na chłopaka przez ramię. Nie było w tym żadnej tajemnicy, podsłuchała rozmowy ludzi w porcie, choć nie chciała tego wyjawić - wolała się z nim podroczyć.

- Ma się te swoje sposoby - rzuciła zadowolona z siebie.

Port był ogromny. Stanowczo większy niż ten, który znali z Faren. Skrzynie z towarami, zwierzęta i ludzie tłoczyli się w wąskich uliczkach, kiedy Cassidy wraz z rycerzem starała się przedostać we właściwe miejsce. Dość szybko wypatrzyli swoich towarzyszy, którzy czekali na nich przy głównym trapie. Dołączyli do nich.

- To co teraz? - zagadnął Troy, gdy przerzucił dość spory worek przez ramię.

- Słyszałam, jak jeden z tutejszych zachwalał gospodę Nassar. To podobno niedaleko stąd - poinformowała Cassidy. - Musimy się gdzieś zatrzymać, zanim podejmiemy decyzję co dalej.

- Ciekawe czy mają miejsca - zastanawiała się Mereid, rozglądając dookoła. - Mnóstwo tu ludzi.

- Przynajmniej coś zjemy. - Cassidy wzruszyła ramionami. - Umieram z głodu.

Sorcha była oczarowana miastem. Tak bardzo różniło się od lasu, w którym się wychowała. Wydawało się jej takie gwarne i tłumne. Miała wrażenie, że każdy gdzieś się spieszy. Ona sama, przez wszechobecny zgiełk, nie potrafiła skupić na niczym uwagi. Nie słuchała też rozmów przyjaciół. Rozglądała się oczarowana. Jej bystre oczy szybko wypatrzyły grupę elfów i kilku krasnoludów, przez co aż oniemiała z zachwytu. W imperium nie mogła liczyć na takie widoki. Po raz pierwszy nie czuła na sobie ciekawskich spojrzeń, ponieważ widok elfa nie robił tu na nikim żadnego wrażenia. Czuła wokół wiele magicznych aur, przez które aż zakręciło się jej w głowie. Kiedy odruchowo zrobiła krok naprzód, zainteresowana tym nowym światem, poczuła, jak Aidan chwyta ją za nadgarstek.

- Lepiej się nie oddalaj. - Spojrzał na nią znacząco.

- No tak. Wpuściliśmy Sorchę do największego miasta w okolicy - zakpiła czarodziejka. - Z tego nie może wyniknąć nic dobrego.

- Słuchaj, Sorcha. - Cassidy podłapała ton Morrigan. - Nie chcemy cię zgubić. Masz trzymać się blisko, jasne? Aidan - zwróciła się do zabójcy - trzymaj ją. Jeżeli zniknie gdzieś w tłumie, to w życiu jej nie znajdziemy.

Mężczyzna skinął głową i wplótł palce w szczupłą dłoń elfki. Tym gestem sprawił, że dziewczyna oblała się rumieńcem. Z maślanym wzrokiem podążyła za chłopakiem, który poprowadził ją dalej.

Cassidy uniosła jedynie brew, zaskoczona reakcją elfki. Jej niewinność była zabawna, ale nie tylko ona zwróciła na to uwagę. Czarodziejka, odnajdując wzrok zabójczyni, wywróciła oczami, czym bardzo rozbawiła Cass.

Cała grupa, podpytując przechodniów o kierunek, ruszyła do gospody Nassar. Rzeczywiście znajdowała się zaledwie kilka przecznic od portu. Ciasne uliczki wywoływały klaustrofobiczne wrażenie. Każdy metr tutejszego miasta wydawał się zagospodarowany. Wokół unosił się dość ciężki zapach nieczystości wylewanych na ulice, które trudno było pokonać z powodu wszechobecnego tłumu. Nad ich głowami rozciągały się sznury ze schnącą odzieżą. Głównymi ulicami co chwilę przejeżdżał jakiś powóz. Po tylu dniach na morzu taki widok wydawał się naprawdę niezwykły.

Gospoda okazała się trzypiętrowym okazałym budynkiem. Na parterze znajdowała się tawerna, w której unosił się charakterystyczny duszący zapach alkoholu, tytoniu i spoconych ciał. Mimo to było tu bardzo przytulnie i schludnie. Niskie ściany zostały przyozdobione zwierzęcymi skórami oraz trofeami, a w kątach stały świeczniki z dużymi palącymi się świecami. Na zewnątrz wciąż panował dzień, jednak wewnątrz powitał ich przyjemny półmrok. Mimo wielkiej przestrzeni poczuli się tu naprawdę swojsko. Nie wzbudzili zainteresowania swoim przybyciem, natomiast ich samych zaskoczył widok krasnoludów. Obsługiwały tutejszych bywalców i podróżnych, podając napitki i jadło.

Na szczęście przyjaciołom udało się zarezerwować pokoje na następne kilka dni. Oberżysta okazał się niezwykle przyjaznym i otwartym krasnoludem. Jego długa ruda broda sięgała mu połowy torsu, a małe ciemne oczy wyglądały spod skołtunionych włosów okalających twarz. Cassidy nie mogła oderwać od niego wzroku. Zabawnie było spotkać kogoś niższego od niej, zwłaszcza że był to całkiem dobrze zbudowany mężczyzna.

- Co? Dziwnie jest znaleźć się wśród swoich? - zadrwiła Morrigan, kiedy tylko zajęli dużą ławę, oczekując na zamówione jedzenie. - Nawet jest do ciebie podobny.

- Spadaj. Mam za dobry humor, żeby się z tobą kłócić. - Cassidy znowu spojrzała na oberżystę. - Nigdy nie widziałam krasnoludów.

- W imperium trzymają się północnych terenów - stwierdził Edgar. - Nie zapuszczają się w pobliże dużych miast.

- Kyle. - Cassidy zwróciła się do rycerza. - Widziałeś ich kiedyś? Skoro trzymają się północy, zapewne mieszkają w okolicach cytadeli.

- Powiedzmy - odparł wymijająco. - To oni wykuwają zakonne miecze. Sam jednak nie widywałem krasnoludów zbyt często.

Cassidy była zaskoczona tą niecodzienną symbiozą. Zazdrościła Kyle'owi, że tak wiele wiedział o świecie, podczas gdy dla niej wciąż była to jedna wielka tajemnica.

- Zgodnie z zamówieniem. - Usłyszeli głos niziutkiej krępej kobiety o krótkich mysich włosach. - Co tacy ponurzy? Nie jesteście stąd, prawda?

- Jeszcze nie. - Cassidy ochoczo przysunęła do siebie tacę z ogromną pieczenią. - Nareszcie coś innego niż te pieprzone suchary i podeszwy udające wołowinę!

- Jeszcze? Planujecie tu osiąść? - drążyła zaintrygowana krasnoludzica.

- Być może. - Morrigan otaksowała kobietę wzrokiem. - Słyszeliśmy, że to dość przyjazna okolica.

- Przyjazna? - prychnęła miejscowa, opierając się niedbale o blat ławy. - Jeżeli macie twarde dupy i mnóstwo monet w sakwie. Nowi nie mają tu lekko.

- Jak wszędzie - burknął Troy, odrywając kawałek mięsa z pieczeni. - To nic odkrywczego.

- Skąd jesteście? - zagadnęła, jednak postawny zabójca fuknął wściekły:

- Z daleka. Nie twój interes.

- Uważaj, wielu takich butnych traci tutaj łby. - Krasnoludzica zaperzyła się na jego słowa. - Radziłabym uważać.

Odepchnęła się od ławy i udała w kierunku oberżysty, by donieść im resztę zamówionych specjałów.

Morrigan odprowadziła ją wzrokiem, po czym spojrzała wymownie na Troya. Była zniesmaczona jego zachowaniem.

- Dobrze byłoby ją wypytać - mruknęła w zamyśleniu. - Nie spławiaj jej. Pamiętaj, że dziewki w tawernach mają nieraz naprawdę ogromną wiedzę.

- Gadanie - zaperzył się Troy i złapał za dzban, by nalać do glinianych kufli piwa. - Zapewne nosa nie wyściubiła z tej dziury.

- Jak ty mało wiesz o świecie... - westchnęła z dezaprobatą. Ujęła puchar pełen wina i upiła cierpkiego trunku, po czym kontynuowała: - Sprawa wygląda tak. W okolicy zatoki mamy trzy potężne miasta. Hawari, w którym teraz jesteśmy, Mubarak na północy i Kabir na południu. Każde z nich żyje głównie z handlu, jednak podlegają innej władzy i odmiennym prawom. Zanim zdecydujemy się na jakiś kierunek, musimy dobrze poznać tutejsze szychy, a możemy to zrobić wyłącznie, zasięgając języka.

- A nie lepiej zacząć od magistratu? - wtrąciła Cass z ustami pełnymi pieczeni. - Myślę, że najlepiej byłoby uderzyć w znane sobie tereny, no i skontaktować się z naszym pośrednikiem.

- A wiesz, gdzie jest ten twój cały Zafir Hamid? - zapytała czarodziejka, na co zabójczyni wzruszyła ramionami. - No właśnie.

- Daj żyć, kobieto - zaperzył się Aidan. - Dopiero tu przybyliśmy. Powoli.

- Jak dla mnie możesz tu siedzieć i rok. Ja nie mam zamiaru spędzić tu ani minuty dłużej, niż to konieczne - rzuciła z przekąsem i podniosła się z miejsca.

Cassidy przełknęła kęs, otarła usta i bez słowa ruszyła za Morrigan. Ona również chciała działać. To trwanie w zawieszeniu nie było im potrzebne, zwłaszcza że złoto i wszystkie kosztowności mieli przy sobie.

Kiedy dołączyła do Morrigan, ta spojrzała na nią z tajemniczym uśmiechem. Wiedziała, że Cassidy mimo swojego pozornie beztroskiego podejścia do życia ma świadomość, o co toczyła się gra. Czekało ją trudne zadanie i czarodziejka miała nadzieję, że Cass postara się ugrać jak najwięcej - a przede wszystkim będzie jej słuchać.

- Coś podać? - zapytał oberżysta, kiedy kobiety usiadły przy barze.

- Przyjemne miejsce - zagadnęła czarodziejka, rozglądając się po tawernie. - Podaj najlepsze wino, jakie masz na stanie.

Karczmarz spojrzał na Cassidy, która skrzywiła się na widok alkoholu. Po długiej podróży na samą myśl o zawrotach głowy robiło się jej niedobrze.

- Ja podziękuję - mruknęła wymijająco, po czym oparła łokcie o blat baru. - Widzę, że interes kwitnie. Mnóstwo tu ludzi.

- Nie mam na co narzekać. - Zerknął na nią przez ramię, kiedy ujął w dłonie jedną z butelek wina. - Prowadzę ten interes od lat. Dobre jadło i napitki gwarantują gości.

- Słyszałam, że Hamid kręci tu dobry interes, znasz go może? - dopytywała Morrigan.

- Hamid? Jeśli chodzi o handel, to hrabia Mustafa króluje na tych terenach.

- Hrabia? - upewniła się czarodziejka, na co krasnolud uśmiechnął się pod nosem.

Cassidy zaintrygowały owe słowa. Zafir Hamid był ich głównym pośrednikiem. Współpracował z gildiami od lat. To z nim zabójczyni zamierzała się skontaktować, by wprowadził ją w cały ten świat handlu. Wyglądało na to, że już na wstępie mieli groźnego konkurenta.

Oberżysta podał Morrigan pełen kielich wina i pochylił się w jej stronę.

- Dlaczego czarodziejkę interesuje handel? - zapytał półgłosem, przyglądając się jej znacząco. - Nie jesteście stąd.

- Mam swoje powody...

- Hamid to nasz pośrednik - wtrąciła Cassidy, przerywając Morrigan. - Jestem przewodniczącą Gildii Kupieckiej Hervor z Irandal. Chcielibyśmy poszerzyć naszą działalność o Kubeit i musimy się z nim skontaktować.

- Odważny ruch. - Oberżysta uniósł krzaczastą brew. - Nie spodziewałem się, że jesteście z branży.

- Wielu rzeczy jeszcze o nas nie wiesz. - Cassidy uśmiechnęła się przebiegle, na co Morrigan skarciła ją wzrokiem.

Obawiała się, że zabójczyni za chwilę powie o kilka słów za dużo. Wolała przejąć inicjatywę w rozmowie.

- Mniemam, że masz ogromną wiedzę na temat tutejszych dostawców. Jednak... - czarodziejka zakołysała trunkiem - ...to nie jest najlepsze wino, jakie kosztowałam. Winnice Irandal znane są ze swojej szlachetnej, wyrafinowanej nuty. Podrzucimy ci beczułkę, żebyś sam mógł to ocenić.

Urok czarodziejki działał na każdego, nawet na krasnoluda, który co raz zerkał na kobietę, oczarowany jej niecodzienną urodą. Cassidy bawiła się przednio. Obserwacja Morrigan w jej żywiole była naprawdę intrygująca. Kobieta kusiła spojrzeniami, drobnymi gestami, jednocześnie zachowując klasę i uzyskując to, czego potrzebowała.

Ulice Hawari, mimo późnej pory, tętniły życiem. Podobnie sprawa miała się w łaźni, o której istnieniu dowiedzieli się od oberżysty. Ceny mieli horrendalne, jednak Cassidy była tak spragniona kąpieli, że nic nie mogło jej zniechęcić od zmycia z siebie trudów podróży. Podczas gdy mężczyźni skorzystali z ogólnego kąpieliska, Morrigan udało się zorganizować prywatną salę, gdzie kobiety mogły spędzić czas tylko w swoim towarzystwie. Sam basen nie był duży. Z każdej strony znajdowały się schody, na których można było przysiąść, rozkoszując się kąpielą. Woda zawierała jakieś eteryczne olejki, które swoją słodką nutą koiły nie tylko ciało, ale i zmysły.

Cassidy nigdy nie miała problemów ze swoim ciałem. Ochoczo rozebrała się do naga i wraz z Mereid wskoczyły do wody. Sorcha jednak nie czuła się w tych okolicznościach komfortowo. Mimo że przyjaciółkom udało się ją nakłonić do zdjęcia garderoby, dziewczyna owinęła się szczelnie płótnem. Wśród elfów panowały inne zwyczaje. Nagość czy relacje intymne były zarezerwowane jedynie dla najbliższych.

Kiedy stanęła na brzegu niecki, Morrigan spojrzała na nią z politowaniem. Czarodziejka siedziała oparta o ścianę, zupełnie nieskrępowana prezentowanymi wdziękami, które mogły wzbudzić kompleksy u niejednej kobiety.

- Sorcha! No już! - burknęła na elfkę Cassidy, wynurzając się z wody. - Bo cię tu wciągnę na siłę.

- Ale ja... nigdy... - Sorcha zarumieniła się jeszcze bardziej.

- Przecież jesteśmy tu same. Nikt nie czyha na twoją cnotę - rzuciła z pretensją zabójczyni, na co Morrigan uniosła zawadiacko brew.

Cassidy to zauważyła. Ona również odpowiedziała jej zadziornym spojrzeniem i ostentacyjnie odsunęła się od czarodziejki.

- Na Morrigan nie zwracaj uwagi. - Odchrząknęła. - To niewyżyta baba.

- Może po prostu umiem korzystać z życia? - zadrwiła czarodziejka. - Też spróbuj, może i tobie się spodoba?

- Spadaj. - Zrobiła naburmuszoną minę, na co Mereid parsknęła śmiechem. - Nie poprawiasz sytuacji. Dziewczyna jest zestresowana, a ty składasz mi jakieś niemoralne propozycje. Sorcha! - Tym razem Cassidy zwróciła się do elfki, bezwstydnie wyskakując z wody. - No już! Zdejmij tę szmatę z siebie! Jesteś piękną dziewczyną, tu nie ma czego się wstydzić.

Na jej gest elfka mocniej zacisnęła dłonie na materiale. Mereid również dźwignęła się z miejsca i podeszła do Sorchy.

- Nie jesteś przecież wśród obcych, prawda? - zaczęła spokojnie. - No chodź. Woda jest przyjemna.

Cassidy chwyciła za materiał, którym była owinięta elfka, i jednym ruchem odrzuciła go na bok. Sorcha nie oponowała, tylko odruchowo zakryła się dłońmi, zawstydzona tą jakże intymną sytuacją. Kiedy jednak weszła do wody, poczuła się zdecydowanie lepiej. Zanurzyła się niemal po samą szyję, czując się tak, jakby ta przyjemna ciepłota okrywała jej nagość.

Dziewczyny nie drążyły więcej tematu. Miały nadzieję, że rozmową uda im się odwrócić uwagę elfki. To rzeczywiście zaczęło działać. Już po kilku dłuższych chwilach Sorcha włączała się do rozmowy.

- Naprawdę chcecie wrócić do zleceń? - zapytała niepewnie, zerkając na Cassidy i Mereid.

- To dobra kasa. - Rudowłosa zabójczyni wzruszyła ramionami. - W imperium od lat prowadziliśmy handel i gildię zabójców. Taki układ się sprawdzał. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spróbować i tutaj.

- Też tak myślę. - Czarodziejka polała wodą swoje odsłonięte ramiona. - Choć pamiętaj, że tutaj też czeka cię walka z konkurencją, i to nie tylko w kwestii handlu.

- Morrigan ma rację. Tutejszym najemnikom może nie spodobać się nasza działalność - wtrąciła Mereid. - Wyszkoleni zabójcy to inna walka niż kupcy broniący interesów.

- Spokojnie - prychnęła Cassidy. - Mam zamiar pokręcić się wokół tutejszej szlachty. Będę wiarygodna, jeśli zechcą mnie sprawdzić. Jeżeli nie swoim, podeprę się nazwiskiem matki. Jak uzyskam wsparcie możnych, nie ruszą nas tak łatwo.

- Ty i szlachta? - parsknęła rozbawiona Mereid. - Świat się kończy.

- Prawda? - Cass się skrzywiła. - Czego jednak nie robi się dla wyższego celu.

- Trzeba będzie nad tobą popracować, jeśli masz uchodzić za dobrze urodzoną damę, a nie dzikuskę z buszu. - Czarodziejka zmierzyła zabójczynię wzrokiem. - Na kilometr wyczują brak manier.

Nim skończyła mówić, Cassidy machnęła rękami, oblewając Morrigan wodą. Ta wściekła się, ale jedynie obrzuciła ją srogim spojrzeniem.

- O tym mówię - prychnęła, ocierając twarz z wody. - Dorośnij w końcu. Na każdym kroku pokazujesz, że nie panujesz nad sobą. Potrzebny ci nad głową porządny bat, bo inaczej spieprzysz sprawę w przedbiegach.

- Odwal się - syknęła Cass, jednak czarodziejka weszła jej w słowo:

- Mnie też zależy na rozkręceniu tego interesu, dlatego nie pozwolę ci tego zepsuć. Masz nazwisko, ale bez pomocy niczego nie osiągniesz. Dla naszego dobra lepiej słuchaj, co do ciebie mówię.

Zabójczyni wstrzymała oddech. Była zła, ale miała świadomość, że musi powściągnąć własną impulsywność. Zazwyczaj nie przynosiła jej niczego dobrego.

Westchnęła ciężko i usiadła wygodniej na schodach. Oparła się o wyższe stopnie ramionami, spoglądając na czarodziejkę już nieco spokojniej.

- Nie martw się. Nie spieprzę tego.

- Mam taką nadzieję. - Czarodziejka również odpuściła. - Twoje nazwisko ma niezłą renomę. O wiele łatwiej będzie nam się wybić, jeśli to dobrze wykorzystamy.

- Jasne - przyznała z niechęcią.

- Wiesz, gdzie szukać tego całego Zafira? - zapytała Mereid, włączając się do rozmowy.

- Ten krasnolud twierdzi, że znajdziemy go we wschodnim porcie. - Cassidy zwróciła się do przyjaciółki. - Podobno wystarczy popytać.

- Czyli już wiemy, co robić. - Na krwistoczerwonych ustach Morrigan pojawił się przebiegły uśmiech.

Kiedy opuścili łaźnie, Cassidy wręcz tryskała radością. Chwyciła Sorchę i Mereid pod ręce, po czym wyciągnęła je nieco naprzód, podziwiając tutejsze wysokie, oryginalne budynki wykończone ozdobnymi gzymsami. Mimo brudu i ciasnoty ulic Hawari Cass od razu polubiła to miejsce. Tak bardzo przypominało jej Beldan. Obejmowała dziewczyny, żartowała i śmiała się w głos, ale przede wszystkim rozkoszowała się ciepłym, nieco duszącym powietrzem. Ich włosy wciąż ociekały wodą. Stanowiło to swego rodzaju ochłodę, dawało poczucie świeżości, której tak bardzo brakowało im na morzu.

Mężczyźni, którzy wraz z Morrigan szli z tyłu, obserwowali idące przed nimi przyjaciółki. Było już bardzo późno. Radosne śmiechy i okrzyki dziewczyn niosły się echem między wąskimi uliczkami. Czuły się zupełnie bezkarne.

- To jest życie! - westchnął nagle Aidan, zakładając dłonie na kark. - Brakowało mi cywilizacji.

- Miła odmiana po tygodniach spędzonych w lesie, a później na morzu. - Troy spojrzał na przyjaciela znacząco. - Hawari jest chyba większe niż Beldan?

- Tak - przyznał Edgar. - A to daje możliwości, jednak musimy pamiętać, że to nie my jesteśmy tu górą.

- Kwestia czasu - zapewniła Morrigan. - Świat jeszcze o nas usłyszy.

- Oby w dobrym jego słowa znaczeniu. - Edgar zgromił czarodziejkę wzrokiem. - Nie nakręcaj Cass. Ona i bez tego lubi robić wokół siebie dużo szumu.

- I niech robi. - Przeniosła wzrok na rudowłosą zabójczynię idącą przed nimi. - Jeśli dobrze wykorzysta swoje atuty, szybko zyskamy rozgłos.

Edgar lekko ściągnął brwi, słysząc jej słowa. Morrigan była bardzo pewna siebie i ewidentnie próbowała sterować Cassidy. Sam nie wiedział, co powinien o tym myśleć. Bał się o swoją podopieczną, która i bez podpuszczania przez czarodziejkę była już wystarczająco wyrywna.

- Cass jest w swoim żywiole. - Aidan z czułością spojrzał na dziewczyny. - Bałem się, że Sorcha nie odnajdzie się w takim miejscu, ale teraz wydaje się zadowolona.

- Nie zna życia w mieście. - Głos Kyle'a sprawił, że wszyscy spojrzeli w jego stronę. - To nie imperium, ale i tak lepiej, żeby nie chodziła tu sama.

- To na pewno. - Troy zarechotał. - Może się tu łatwo zgubić. Ma do tego dar.

- Nauczy się. - Aidan wziął ją w obronę. - Nigdy nie żyła w takim miejscu.

- Nie o to chodzi. - Kyle zerknął w boczną uliczkę. - Nie zna zagrożeń i jest zbyt ufna wobec obcych.

Rycerz dostrzegł grupę szemranych typów, którzy na ich widok wyraźnie się ożywili. Widział zbirów już wcześniej. Miał wrażenie, że tylko czekali na chwilę, by ich grupa się rozdzieliła.

- Obserwują nas - kontynuował, wracając wzrokiem do towarzyszy.

- Robią to od samego początku, kiedy tylko wyszliśmy na brzeg - wtrącił Edgar. - Cassidy niepotrzebnie otwarcie mówi o tym, kim jest.

- Myślisz, że chodzi im o nią? - zaniepokoił się Kyle.

- Niekoniecznie, jesteśmy tu nowi i mamy złoto. - Westchnął. - Ale prawdą jest, że majętna przedstawicielka związku kupieckiego z Irandal jest dla nich łakomym kąskiem.

- Niech próbują - rzucił Troy. - Nikt nie wie, że jest również zabójczynią.

- I niech tak zostanie - podsumował Edgar.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu Kyle, Cassidy, Morrigan i Edgar wyruszyli w kierunku wschodniego portu, podczas gdy reszta została w gospodzie. Mieli spory kawałek drogi, jednak rudowłosa zabójczyni uparła się, żeby szli pieszo - łaknęła tutejszych krajobrazów. Z nostalgią obserwowała mieszkańców Hawari, którzy zajmowali się własnymi sprawami. Wszystko wokół wydawało się jej tak dziwnie znajome, choć nie znała tych ulic. Rozmyślając nad tym, zerknęła na Kyle'a i uśmiechnęła się do niego promiennie. Ubrany był w zakonną zbroję, a u jego boku wisiał długi miecz z wymienioną w Hilsbor rękojeścią i jelcem. Kiedy ich wzrok się spotkał, Cassidy doskoczyła do niego i wsunęła dłoń w zgięcie jego przedramienia. Czuła dumę, że ma takiego mężczyznę u swojego boku. Kyle był prawdziwym wojownikiem. Przez długie lata pracował potem i krwią na swoją reputację. Trudno byłoby mu się tego wyrzec. Nie dziwiła się. Ona sama przecież też krążyła wokół swojego dawnego życia i chciała tu stworzyć pewną jego namiastkę.

Po długiej przechadzce Cassidy spostrzegła rozciągający się przed nimi port. Ostre promienie słońca odbijały się w spokojnej wodzie, sprawiając, że morze wyglądało, jakby skrzyło się srebrem. Zabójczyni puściła ramię Kyle'a i wyszła nieco naprzód, zafascynowana tym widokiem. Z całą pewnością była to część linii brzegowej, przy której odbywał się handel - roiło się tam od statków. Wokół pobudowane były wielkie magazyny, a w przejściach znajdowało się mnóstwo skrzyń, beczek i wozów wypakowanych po brzegi.

Cass spojrzała na Morrigan, która zrównała z nią krok.

- No to zaczynamy. - Skinęła na zabójczynię. - Chodź.

Obie ochoczo ruszyły w tłum, podczas gdy Kyle z Edgarem starali się ich nie zgubić. W tej chwili kilka ze statków było w trakcie rozładunku, dlatego panowało tu duże zamieszanie. W oddali Cassidy dostrzegła łysego mężczyznę z chustą zawiązaną wokół czoła, który nadzorował odbieranie towaru. Przyspieszyła nieco kroku. Kiedy podeszła do dobrze zbudowanego, łysego bosmana, ten zmierzył ją wzrokiem, niezadowolony, że ktoś przeszkadza mu w pracy.

- Duży ruch. Mniemam, że interes kwitnie - zagadnęła Cassidy.

- Czego chcesz?

- Znasz może Zafira Hamida? - rzuciła bezpośrednio.

Mężczyzna prychnął rozbawiony tym pytaniem i zerknął na krzątających się po porcie pomagierów.

- Może...

- Wiesz, gdzie go znajdę? Mam do niego ważną sprawę.

- A niby dlaczego mam ci cokolwiek mówić? - Mężczyzna wyraźnie ją lekceważył. - Kim ty w ogóle jesteś?

- Jego przełożoną - odpowiedziała z szelmowskim uśmiechem.

Kiedy ten ją zignorował, zatarasowała mu drogę.

- Zapytam jeszcze raz - oznajmiła stanowczo. - Gdzie znajdę Zafira?

Jej zachowanie nie spodobało się bosmanowi. Nim jednak zdążył się odezwać, podniósł wzrok i zauważył rosłego, odzianego w pełną zbroję rycerza za jej plecami.

Cassidy od razu dostrzegła zmianę na twarzy nieznajomego. Ewidentnie poczuł się niepewnie.

- Zadano ci pytanie - usłyszała za sobą niski głos Kyle'a.

Bosman potoczył wzrokiem po pozostałych. Zawahał się. Byli w trakcie rozładunku. Nie potrzebował problemów.

- Zafir jest zapewne u siebie - rzucił niby od niechcenia. - Ale nie wiem, czy ma ochotę przyjmować gości.

- Nie jesteśmy tu od spełniania jego zachcianek - prychnęła Morrigan. - Swojej szefowej nie odmówi, nie sądzisz?

Łysy mężczyzna spojrzał znacząco na czarodziejkę, po czym raz jeszcze obejrzał Cassidy. Ta uśmiechnęła się przebiegle i skrzyżowała ręce przed sobą.

- Jestem Cassidy Hervor. Przewodnicząca gildii kupieckich z Irandal - powiedziała wystarczająco głośno, by inni wokół też mogli to usłyszeć.

Oczy łysego mężczyzny otworzyły się nieco szerzej. Znał gildie zrzeszone pod tym nazwiskiem. I choć nie mógł zweryfikować, czy ta mała rudowłosa dziewczyna mówiła prawdę, nie miał zamiaru tego sprawdzać. To nie była jego sprawa. Skinął w kierunku bocznych magazynów i pokrótce - z widoczną niechęcią - objaśnił im drogę.

Przyjaciele bez trudu znaleźli właściwy magazyn. Biuro Zafira okazało się niedużym pomieszczeniem usytuowanym na tyłach składu, w którym znajdowały się towary na handel. Cassidy bez zbędnych ceregieli weszła do środka. Zastała tam nieznanego jej mężczyznę. Siedział przy ciężkim drewnianym biurku i niemal od razu podniósł jasnoszare oczy na przybyszów. Był mniej więcej w wieku Edgara. Odsłonięte przedramiona miał pokryte wieloma bliznami. Wyraz twarzy z całą pewnością sugerował, że Zafir nie był zachwycony niespodziewaną wizytą.

- Nie jesteście umówieni - mruknął znad biurka. - Nie mam teraz czasu.

- Myślę, że sprawa, którą teraz się zajmujesz, nie jest aż tak ważna. - Cassidy weszła głębiej do pomieszczenia i stanęła przed mężczyzną. - Ty jesteś Zafir Hamid, zgadza się?

- Młoda, nie mam nastroju do żartów - westchnął, przecierając skroń. - Spieprzaj mi stąd.

- Nie zamierzam żartować. - Zaplotła przed sobą ręce. - Jestem Cassidy Hervor. Nowa przewodnicząca gildii kupieckiej z Irandal.

Zafir uniósł wzrok znad dokumentów, spoglądając z powątpiewaniem na dziewczynę. Prychnął kpiąco.

- Z tego, co wiem, to Sigrid Hervor jest przewodniczącym. - Odłożył pióro na blat. - Nie wiem, kim jesteś, i myślę, że nie masz tu czego szukać.

- Słuchaj mnie. - Oparła się biodrem o biurko. - Wstałam dzisiaj w wyśmienitym humorze. Wyspałam się, najadłam... Radzę ci, nie zepsuj tego.

- Ja też dobrze ci radzę, lepiej mnie nie drażnij - fuknął zdenerwowany jej wyniosłym tonem. - Na jakiej podstawie rościsz sobie prawo do takiego tytułu?

Dziewczyna tylko czekała na takie słowa. Wyciągnęła zza paska dokument zwinięty w rulon. Podała go mężczyźnie z pewnym siebie uśmiechem i czekała na reakcję.

Zafir nie oponował. Wziął dokument, rozwinął go i zagłębił się w lekturze.

- Sigrid uzyskał tytuł bezprawnie - wtrącił się Edgar, podchodząc do Cassidy. - Sam zapewne odczułeś, że interesy za jego kadencji nie były najwyższych lotów. Wplątał się w spisek, który pociągnął go na samo na dno.

- I zapłacił za swoje zbrodnie - dodała Cass. - To ja jestem przewodniczącą. Masz przed sobą niezbity dowód. Przybyłam tu ogarnąć cały ten burdel.

- Coś mi sugerujesz? - Pośrednik przestrzelił ją wzrokiem.

- Nie, ale słyszałam, że nasze interesy nie stoją najlepiej. Nijaki hrabia ma nad nami przewagę. Dlaczego?

- To bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje - mruknął urażony jej słowami i rzucił dokument na biurko.

- Nie jestem taka głupia, żeby tego nie zrozumieć. Podlegasz pod prawdziwą potęgę trzęsącą Irandal. Masz przewagę, a jednak ustąpiłeś swojemu przeciwnikowi.

- W dupie byłaś i gówno widziałaś - warknął na nią. - To nie imperium. Tu rządzi rada i hrabia jest jednym z tych gnojów u władzy. Jak widzisz, przekłada się to na interesy.

- Mów dalej... - ponagliła go Morrigan, kiedy urwał.

- Nie ma co strzępić ryja. Nie jesteście stąd. Nie znacie zasad, którymi rządzi się Hawari - mówił wzburzony, mierząc wzrokiem wszystkich po kolei, po czym raz jeszcze spojrzał nieprzychylnie na Cassidy. - Jeśli myślisz, że wpadniesz tu z Irandal i każdy zacznie przed tobą klękać, to grubo się mylisz! Siedzę w tym biznesie od lat. Zapracowałem na swoją pozycję, w przeciwieństwie do ciebie, damulko z imperium.

Cassidy uniosła brew, niezrażona tonem jego wypowiedzi. Nim jednak zdążyła się odezwać, usłyszała stukot obcasów czarodziejki, która podeszła do ciemnego biurka. Morrigan oparła się dłońmi o blat, sprawiając, że jej głęboki dekolt uporczywie ściągał wzrok. Wyraz jej twarzy sugerował jednak, że z całą pewnością nie było to zaproszenie do flirtu.

- Posłuchaj mnie - warknęła zniecierpliwiona. - Ta damulka z imperium jest dla ciebie przepustką do rozkręcenia tego biznesu. Ty również na tym zyskasz, jeżeli zamkniesz ryj i zatańczysz tak, jak ci zagra. Masz jednak wybór. Możesz dalej zgrywać samowystarczalnego, ale zapewniam cię, że Cassidy nie jest osobą, którą należy ignorować. Jedno jej słowo, a będziesz skończony.

- Nie próbuj mi grozić...

- Nie robię tego. Mówię, jak jest. Zerwiesz współpracę z gildiami imperium? Dobrze, działaj sam. Wystarczy jednak, by statki z twoim transportem notorycznie utykały w porcie w Irandal. Celnicy bywają kapryśni, zapewne to wiesz - mówiła powoli, nie spuszczając z niego wzroku. - Po kilku takich akcjach twoi kontrahenci zniechęcą się do takiej współpracy. Nikt nie zrobi z tobą żadnego interesu, wiedząc, że więcej na tym straci, niż zyska.

- Jednak nie musi tak być - dodała Cassidy. - Jeśli udowodnisz, że mogę ci zaufać, wygryziemy tego hrabiego z interesu. Żadna władza mu nie pomoże, jeśli dobiorę się mu do skóry.

- Odważne słowa jak na kogoś, kto przybył do nieznanego sobie miejsca. - Zafir uśmiechnął się kpiąco.

- Mam konkretny plan, który zamierzam zrealizować. - Zabójczyni rozejrzała się po biurze, po czym raz jeszcze zerknęła na Zafira. - To jak? Myślę, że nasza propozycja jest nie do odrzucenia.

Mężczyzna czuł się postawiony pod ścianą. Wiedział, że Cassidy mówiła prawdę - przedstawiony przez nią dokument potwierdzał jej pozycję w Gildii Kupieckiej Hervor. Bez wsparcia handlarzy z Irandal byłby skończony, nawet bez realizacji gróźb czarodziejki. To dzięki tej współpracy jego interesy przynosiły jakikolwiek zysk. Mając tego świadomość, spuścił z tonu, choć nie był zachwycony tym, że ktoś zamierzał wtrącać się w jego interesy - nawet jeśli to jego przełożona.

Przedstawił towarzyszom aktualną sytuację na rynku zbytu. Cassidy dowiedziała się, że musi zadbać o kwestie polityczne. Rada miasta sprawowała tu władzę i bez ich aprobaty trudno było o wolny handel. Koncesje, cła i pozwolenia. Musieli zadbać o dokumenty. Właśnie na tym utykał Zafir, którego hrabia Karim Mustafa traktował jako głównego konkurenta. Sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Mieli tu jednak już pewną renomę. Wystarczyło tylko ruszyć tę całą machinę z większym rozmachem i zadbać o przyzwoite kontakty z radą.