Nowy świat - Marek Łasisz

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2. Brodacz

Lekki wiatr poruszał potarganymi włosami barczystego mężczyzny, który stał nieruchomo nad brzegiem rzeki. Jego kraciasta, flanelowa koszula z podwiniętymi rękawami powoli unosiła się na szerokiej piersi. Mężczyzna intensywnie przyglądał się drewnianemu fotelowi, który ktoś umieścił na niewielkiej, trawiastej polance. Wciągnął kilka razy powietrze do płuc, lekko podnosząc nos, po czym w zastanowieniu ujął kosmyk włosów z długiej, rudej brody i zaczął w skupieniu obracać go w palcach. Drugą dłoń opierał na rękojeści długiego noża, który miał zatknięty za skórzany pasek dżinsowych spodni. Tuż obok jego stóp spoczywał biały przedmiot, wielkością i kształtem przypominający dużą frytkownicę. Na wieku zamkniętego pojemnika znajdował się cyfrowy wyświetlacz, na którym widniało kilka znaków, w tym oznaczenie temperatury: "-2,5°C". Pojemnik wydawał bardzo cichy szum i co jakiś czas elektroniczne piknięcie. Cyfrowe oznaczenia jarzyły się w ciemności.

Mężczyzna drgnął i podszedł na skraj polanki, przykucnął i dotknął drewnianego palika w miejscu, gdzie drewno było wyrobione przez coś, co niewątpliwie było przywiązaną tu kiedyś linką. Przez chwilę przesuwał grubymi palcami po starym, chropowatym drewnie, następnie spojrzał na rzekę.

Z krótkofalówki, którą, podobnie jak nóż, miał przytroczoną do paska, dobiegły trzaski i chwilę potem odezwał się zniekształcony głos:

- I jak, masz coś jeszcze? Odbiór.

Brodacz nie zareagował. Powoli się wyprostował, cały czas z oczami utkwionymi w wodzie.

- Powtarzam. Masz coś? Odbiór. Raportuj.

Mężczyzna sięgnął do paska, odczepił krótkofalówkę i nacisnął przycisk.

- Mam - powiedział.

- Nie słyszałem, powtórz - odezwał się trzeszczący głos.

Brodacz odchrząknął i powiedział głośniej:

- Coś mam.

- Gdzie jesteś? Podaj swoje współrzędne.

Mężczyzna westchnął. Czy ja jestem nawigacją samochodową?

- Jestem nad rzeką. Jakiś kilometr poniżej Bariery, może trochę więcej.

- Współrzędne!

A skąd mam to wiedzieć?

- Nie znam.

- Dobra, co masz?

- Prawdopodobnie odpłynęli łódką.

- Co?

- Możliwe, że odpłynęli łódką.

- Skąd wiesz?

- Bo nie ma łódki.

Po drugiej stronie nastąpiła chwila przerwy.

- Żartujesz sobie?

Brodacz zacisnął zęby.

- Jest tu stanowisko wędkarskie i najprawdopodobniej była tu łódka, której teraz nie ma. Prowadzi tu ścieżka, którą ostatnio ktoś szedł. I doszedł tylko do tego miejsca. Wcześniej raportowałem, że nad rzekę, przez pole, prowadzą ślady stóp dwóch lekkich osób. Wystarczy?

- Aha. Dobra. Ktoś do ciebie przyjdzie, czekaj tam.

Mężczyzna popatrzył na rozgwieżdżone niebo.

- Kiedy ktoś przyjdzie?

- Nie wiem, niedługo, jak będziemy mieć wolnego człowieka.

- A co ja niby mam tu robić do tego czasu?

- Nie wiem, czekaj tam.

- Będzie mi potrzebna łódka. Najlepiej motorówka.

- Zobaczę, co da się zrobić.

- Przekaż Iwanowi, że potwierdzam, że to oni.

- To ty tak sądzisz, mamy też inne tropy.

- Po prostu mu to przekaż, okej? I przyślij łódkę. Chyba że chcesz mu się potem tłumaczyć, że dałeś im uciec.

Chwila ciszy.

- Dobra. Bez odbioru.

- Spadaj - powiedział brodacz, nie naciskając przycisku. Jeszcze raz uważnie rozejrzał się dookoła. Jego wzrok zatrzymał się w końcu na białym pojemniku. Przypatrywał mu się przez dłuższą chwilę.

Rozdział 4. Ludojad

Łódź wpłynęła w niewielką zatoczkę, a jej dziób zarył się w piach. Mężczyzna wyłączył silnik. Wokół zapadła całkowita cisza. Odetchnął z ulgą. Miał duże problemy, żeby przybić do brzegu, ale krztuszący się silnik ostatecznie dał radę. Gdyby prąd zniósł go na jeden z tych głazów, które nagle przed nim wyrosły, to jak nic poszedłby na dno. Przecież nie miał nawet cholernego wiosła! Czy oni naprawdę musieli dać mu taki wybrakowany złom?

Spojrzał na biały pojemnik, szumiący cicho na dziobie łodzi.

A podobno tak im zależało na tym dzieciaku. Czyżby mu nie dowierzali, że rzeczywiście wpadł na jego trop? A może go lekceważyli, bo nie należał do ich stada, był człowiekiem z zewnątrz? No ale ostatecznie, chyba głównym celem było dopaść tego gówniarza, tak? Więc dlaczego traktowali go jak jakiegoś amatora?

Nieważne. Może to nawet lepiej. Niech go całkiem zostawią samemu sobie. To on wtedy na koniec spije całą śmietankę. Wypełni swoją misję, a potem pójdzie własną drogą.

Iwan obiecał mu uchylenie wyroku i ostateczne zakończenie badania całej sprawy przez organy ścigania. Powiedział, że osobiście zna inspektora, który prowadzi sprawę. Ten człowiek nawet był mu podobno winny jakąś przysługę. A to byłby prawdziwy koniec ukrywania się i zabawy w kotka i myszkę z wymiarem sprawiedliwości. Koniec udawania, uciekania, chowania się i ściemniania. Gdyby został uznany za niewinnego, to jak najszybciej sprzedałby dom po mamie i przeprowadził się na drugi koniec świata. Nie łudził się, że tutaj będzie mógł spokojnie żyć po tej całej aferze. Wszystkie dzieci sąsiadów wytykałyby go palcami. O! Zobacz, to ten, co zjadał ludzi! Ludożerca, ludojad! A później uciekałyby ze śmiechem. Nie, nie może wrócić na stare śmieci, zresztą tam... wszystko przypominałoby mu o mamie.

Poczuł, jak łza zbiera mu się w kąciku oka. Szybko wytarł ją wierzchem dłoni. Zacisnął powieki i westchnął. No tak. Wszystko się zmieniło. Już nic nie będzie takie jak dawniej. Nie ma powrotu do tego, co było. Mama zmarła w więzieniu. To i tak było jej pisane, bo łączny wyrok opiewał na sto trzynaście lat, bez prawa do wcześniejszego zwolnienia, ale mimo wszystko... To w końcu była jego matka, prawda? To, że nauczyła go jeść ludzi i w rezultacie zrobiła z niego ściganego przez prawo uciekiniera i społecznego wyrzutka, nie zmienia tego podstawowego faktu.

Potarł zarośnięty policzek i rozejrzał się dookoła. Robiło się coraz ciemniej. Las w nocy mógł wydawać się straszny, ale nie jemu. Trzy lata mieszkał sam w chatce w środku lasu, na posesji swojego przyjaciela. To były chyba najlepsze lata jego życia, ale... to też się już skończyło. I nigdy nie powróci.

Westchnął i pokiwał głową.

Ale mimo wszystko miał jeszcze szansę odmienić swój los. No i teraz nie miał też już zupełnie nic do stracenia. Naprawdę nic. Wszystko już stracił. Mógł natomiast coś zyskać, jeśli tylko... wypełni rozkaz Iwana. A wtedy będzie mógł zamknąć wszystkie sprawy, zgarnąć należny mu hajs i zacząć jeszcze raz, zupełnie od nowa, gdzieś na drugim końcu świata. Tym bardziej, że Nataniel...

W pobliskich zaroślach zaskrzeczał ptak, który sekundę później wzbił się do lotu, trzepocząc szarymi skrzydłami. Mężczyzna drgnął i potrząsnął głową, wyrywając się z zamyślenia. Wstał i wyszedł z łodzi. Potem sięgnął i zabrał pojemnik, który wydał bardzo ciche, elektroniczne piknięcie.

Spojrzał na Księżyc, który od jakiegoś czasu wisiał na nieboskłonie, coraz to wyraźniejszy. Niebo było czyste, ale czy natrafi teraz na ich ślady? Tak naprawdę to nie wiedział nawet, czy wylądowali po tej stronie rzeki. I czy na pewno w tym miejscu. Może popłynęli jeszcze trochę dalej? Możliwe, bo nigdzie nie ma tu przecież ich łodzi. A to właśnie na jej istnieniu opierał się cały jego plan, w co najwyraźniej nie uwierzyli ludzie Iwana. Słyszał w myślach ich rozmowę. Ha, ha, ludojad zobaczył łódkę, której nie ma, dobre, dobre, dajcie mu starą motorówkę, niech sobie trochę pojeździ, przynajmniej się od nas odczepi, kiedy zajmiemy się poważniejszymi tropami. Ale on wie, że się nie mylił. Musi tylko to udowodnić. Wtedy im wszystkim buty spadną z wrażenia. I to właśnie jemu Iwan będzie dziękował. Nikomu innemu.

Rozejrzał się uważnie. W sumie to rzeczywiście nie jest aż tak ciemno. Mógł się tu jeszcze trochę rozejrzeć, poszukać jakichś śladów. Spojrzał na niebo. Nie dostrzegł żadnej chmury. Uśmiechnął się. Warunki są naprawdę dobre. A on zawsze lubił... polować w nocy.

Rozdział 6. Misja

Szedł przez las, podążając za ledwo widocznym tropem. Kilka razy gubił drogę i dłuższy czas zajmowało mu jej odnalezienie. Teraz chyba szło tu aż trzy osoby, ale nie był do końca pewien. Czyżby zyskali jakiegoś pomagiera? Ale skąd w tej głuszy nagle by się ktoś wziął? A może dzieciaka odnalazł któryś z tych jego dziwacznych przyjaciół, może ten zdrewniały albo jego córka? Iwan wspominał, że ostatnio jakby zapadli się pod ziemię. Nigdzie nie mógł ich znaleźć. A to by nieco komplikowało całą sprawę. Kontrakt jest tylko na chłopca, co prawda Iwan na pewno nie miałby nic przeciwko dodatkowym ofiarom, może nawet by się ucieszył, ale dla niego samego mogłoby to nie być najlepsze rozwiązanie. Jak kamień wrzucony do jeziora, to mogłoby wywołać rozchodzące się fale, o niemożliwych do określenia konsekwencjach. Nie chciałby mieć na karku całej tej galerii potworów i dziwolągów. A Łucja? Ona to już jest przecież zupełnie nieobliczalna. No i jeszcze ten Lux, za którym też nigdy nie przepadał. On też może namieszać i nigdy nie wiadomo, gdzie się nagle pojawi. Dlatego najlepiej byłoby to zrobić po cichu, najlepiej w ogóle się nie ujawniać, tylko wykonać precyzyjne... cięcie i już. A potem szybko schować się w cieniu. Bez dodatkowych ofiar, bez hałasu.

Ale w ostateczności być może nie będzie się dało tego uniknąć, wtedy musi być gotowy na wszystko, żeby tylko zrealizować zadanie. Szkoda tylko, że ma jedynie nóż. Nawet jego stary łuk byłby pewną pomocą. Nie mówiąc już o strzelbie, ale cóż. Musi sobie poradzić z tym, co ma. Nie ma innej rady.

Nadepnął na gałązkę, która złamała się z suchym trzaskiem.

Wstrzymał oddech, zaciskając palce na uchwycie na klapie pojemnika, podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Głazy, drzewa, zarośla. Tu jest dużo miejsc, w których ktoś mógłby się schować. I go niepostrzeżenie obserwować. Przez chwilę stał bez ruchu. Wypuścił powietrze z płuc. Spokojnie, oni są już dalej, trop przecież nie jest wcale taki świeży. Ale musi bardziej uważać. Nie dać im znać, że się zbliża. Najlepiej gdyby w ogóle niczego nie zauważyli, aż będzie za późno, żeby mogli cokolwiek zrobić. Pewne rzeczy są nieodwracalne, czy tego chcemy, czy nie. A on po prostu musi działać na chłodno, pamiętać, że to nic osobistego, to nie była jego walka, on musiał tylko wykonać swoje zadanie.

Tylko że wcale tak nie było. To wszystko było... cholernie osobiste.

Podjął przerwaną wędrówkę.

Rozdział 7. List

Artur uderzył srebrną łyżeczką w skorupkę, po której rozeszła się siateczka drobniusieńkich spękań. Porcelanowy kieliszek, w którym tkwiło jajko, był ozdobiony delikatnym kwiatowym wzorem. Obrał wierzchołek, odkładając fragmenty skorupki na serwetkę, dodał soli i zanurzył łyżeczkę w białku, prawie od razu docierając do półpłynnego żółtka. Włożył łyżeczkę do ust. Mmm, co za smak! Uwielbiał jajka pod wszelkimi postaciami. Mogła to być jajecznica ze szczypiorkiem, sadzone, gotowane, pasta z jajek, mogły być przyrządzone jakkolwiek, zjadał je zawsze ze smakiem. Nie istniała górna granica liczby jajek, które mógł zjeść na raz, a przynajmniej on jej jeszcze nie poznał. Swobodnie mógł zjeść jajecznicę z siedmiu jaj. Pięć na miękko - jak najbardziej. A jak miał jeszcze pod ręką pajdę chrupiącego chleba z porządnym plastrem, tak, właśnie tak - odkrojonym od osełki, jeszcze twardym plastrem masła, to już w ogóle był w niebie. Na szczycie jego piramidy żywieniowej z jajkami mogły jedynie konkurować placki z tartych ziemniaków, grube, złociste, posolone i ociekające gorącym olejem - dokładnie takie, jak robiła jego babcia. Taak. Jeśli w niebie są jajka i placki ziemniaczane, to chciałby tam trafić, jak już odejdzie z tego świata. W innym przypadku musiałby się poważnie zastanowić.

Zerknął na Rositę, która także była zajęta swoim posiłkiem. Kama, z pochyloną głową, jedynie grzebała w talerzu. Pani domu czytała gazetę i popijała drobnymi łyczkami herbatę. Promienie, które przebijały się spomiędzy liści, oświetlały jej twarz. Artur patrzył przez chwilę na długie, lekko pofalowane kosmyki jej jasnych włosów. Kobieta musiała wyczuć jego spojrzenie, bo podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. Odwzajemnił uśmiech i wrócił do swojego jajka.

Pokojówka wyszła z domu, niosąc tacę z pieczywem.

Artur ukradkiem ją obserwował. Czy to, co się stało w nocy, było tylko snem, czy naprawdę widział ją wewnątrz wzgórza, nieruchomą, z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi ustami, jakby martwą, a jednocześnie żywą? Potem nawet pomógł przewieźć ją krasnoludowi na drewnianym wózku, przytrzymywał ją, żeby nie spadła. Pod jej ubraniem wyczuł wtedy jedynie twardy kamień, to nie było ludzkie ciało, nie miał co do tego żadnych wątpliwości, ale teraz? Nikt nie mógłby jej odmówić życiowej energii.

Dziewczyna postawiła tacę na stole i wróciła do domu, przeskakując po schodach. Naprawdę nie wyglądało na to, żeby mogła być jakimś kamiennym androidem.

Chłopiec poczuł, jak ciężka dłoń opada niespodziewanie na jego ramię. Aż podskoczył do góry, a łyżeczka z kawałkiem jajka wypadła mu z ręki, wykonała obrót w powietrzu i wylądowała na trawie obok nogi stołu.

- Widzę, że apetyt ci dopisuje - odezwał się ojciec Kamy, uśmiechając się lekko.

- Ehm... no... - Artur nie do końca wiedział, co miałby odpowiedzieć. - Tak.

Krasnolud przesunął wzrokiem po siedzących przy stole.

Artur sięgnął po swoją łyżeczkę.

- Dziś rano, jak jeszcze spaliście, był listonosz - obwieścił mężczyzna.

- W sobotę? - zdziwiła się pani domu, podnosząc wzrok znad gazety i opuszczając filiżankę.

- Tak. - Brodacz pokiwał głową. - Tylko że, co ciekawe, list nie był adresowany do nas, moja droga.

- A do kogóż by innego?

- Do niego - powiedział krasnolud, bacznie przyglądając się Arturowi spod ściągniętych brwi.

Chłopiec dopiero teraz zauważył, że mężczyzna dzierży w dłoni kopertę z ciemnozieloną pieczęcią. Jego serce nagle podskoczyło w klatce piersiowej. Nie! To nie może być prawda! Uśmiechnął się i jednocześnie kątem oka wychwycił zaskoczone spojrzenie Rosity.

- A to ci dopiero niespodzianka! - powiedziała matka Kamy z uśmiechem. - To do nas rzadko przychodzi poczta, ale do naszych gości? To chyba pierwszy taki przypadek. W każdym razie ja niczego takiego sobie nie przypominam, a żyję już na tym świecie ładnych parę lat.

- To był inny listonosz niż zwykle, trochę dziwny, niezbyt rozmowny, ale w sumie w granicach normy - stwierdził mężczyzna i podał chłopcu zamkniętą kopertę.

Artur rzucił okiem na pieczęć. Ozdobne inicjały "LB" otoczone roślinnym wzorem. Tak, to nie mógł być nikt inny.

- Nie otworzysz? - spytał pan domu.

Pani domu odstawiła filiżankę na stół.

- Ależ Zbigniewie, daj mu trochę prywatności, może jeszcze staniesz mu za plecami i razem przeczytacie, co? - powiedziała, kręcąc głową.

Mężczyzna pokiwał głową.

- Masz rację - powiedział. - No dobrze, wracam do siebie. Jak skończycie, to możecie mnie odwiedzić w pracowni. Artur może was zaprowadzić, już tam był.

Chłopiec poczuł, jak na jego policzki wpełza coraz to większy rumieniec, sięgając nawet czoła. Rosita patrzyła na niego, marszcząc brwi. Kama nie podniosła wzroku znad talerza. Pani domu, uśmiechając się pod nosem, dolała sobie odrobinę herbaty.

- Dzieci, jak to cudownie jest być młodym - powiedziała. - Świat jest pełen zaskoczeń i ciągle nowych rzeczy, a u nas, starych, to już każdy dzień jest dokładnie taki sam. A nawet jak pojawi się coś nowego, to i tak tego nie zauważamy, kontynuując codzienną rutynę, skupieni na naszych małych sprawach, w naszych małych światach.

- Ale przecież pani jest młoda! - zaprotestowała Rosita. - Wygląda pani jak siostra Kamy.

- Och, dziękuję, moja kochana, jesteś taka miła. - Jasnowłosa uśmiechnęła się. - Dobrze jest mieć was tutaj, przynieśliście ze sobą tyle radości.

- Ale niedługo sobie pójdą - odezwała się Kama. - A my znów zostaniemy sami.

Kobieta pokiwała głową. Uśmiech stopniowo znikał z jej twarzy. Westchnęła.

- Córko...

- Tak, mamo, właśnie tak będzie! - Dziewczyna wstała i pobiegła do domu, prawie przewracając po drodze pokojówkę, która schodziła po schodach, niosąc porcelanowy dzbanek.

- Ona... chciałaby, żeby był tu jeszcze ktoś, może ktoś w jej wieku - powiedziała kobieta. - To oczywiste. Nie czułaby się wtedy taka samotna. Wiadomo, że ją kochamy i ma wszystko, czego potrzebuje do życia, ale jednak w jej wieku siedzieć cały czas jedynie z rodzicami to... musi być nudne. - Jasnowłosa pokiwała głową. - Także dobrze, że nas odwiedziliście. Przynajmniej na jakiś czas ma rozrywkę. To dużo znaczy. Daliście jej coś, czego my nie możemy jej dać.

- Ale przecież ona prawie wcale z nami nie gada! - wyrwało się Arturowi.

Rosita uniosła brwi. Był pewien, że gdyby siedziała bliżej, to by go kopnęła pod stołem.

- Ale jest z wami, słucha, obserwuje, cieszy się na swój cichy sposób. To wszystko ma znaczenie. Nie zawsze trzeba bezustannie trajkotać. Czasem dobrze jest razem pomilczeć. Po prostu być razem.

- Ma pani rację - odezwała się Rosita. - Też tak uważam.

Artur pokiwał głową.

- Tak - powiedział. - To prawda.

- Dobrze, że zostaliście na noc, dziękuję. I pamiętajcie, nasz dom zawsze będzie dla was otwarty.

- To my dziękujemy! - zawołała Rosita. - I za to pyszne jedzenie! Artur zapomniał o całym świecie, jak tylko pojawiło się na stole, widziałam!

- To zupełnie tak samo ty! - krzyknął chłopiec. - Też widziałem, jak pałaszowałaś! Aż ci się uszy trzęsły!

Pani domu pokręciła głową i zaniosła się śmiechem.

Kama stanęła w drzwiach i popatrzyła na matkę. Jej twarz rozjaśnił lekki uśmiech.

- Idziemy zobaczyć bobry? - spytała cicho.

- No jasne! - zawołał Artur. - Może dziś się jakiś pojawi?

- Najlepiej to weźcie lornetkę - powiedziała pani domu.

- No. - Dziewczyna pokiwała głową. - Dobry pomysł, mamo.

- Super, chodźmy - powiedziała Rosita, wstając od stołu. - Ja już się najadłam.

- Ja też - powiedział Artur i popatrzył na stojącą na werandzie dziewczynę. - Kama, a co tu jeszcze jest ciekawego w okolicy? Pokażesz nam? W sumie to nie musimy tak szybko iść dalej.

Dziewczyna z uśmiechem zeszła ze schodów.

- Mogę wam jeszcze pokazać lisie nory, są we wzgórzu, nad pracownią taty.

- Znakomicie. No to ruszamy.

Twarz pani domu rozpromieniła się w uśmiechu.

Artur wstał od stołu i schował list do kieszeni spodni. To mogło poczekać.

Rozdział 8. Nóż

Tego to się naprawdę nie spodziewał.

Przywarł jeszcze bardziej do ziemi i zmrużył oczy, wyglądając wśród ździebeł trawy. Trop doprowadził go do drewnianego dworku, przed którym jakaś familia urządzała sobie wystawne śniadanie.

Uśmiechnął się pod nosem i wolno pokiwał głową.

Odnalazł chłopaka. Od początku miał rację.

Do jego uszu dochodził brzęk sztućców i odgłosy rozmowy kilku osób. Zobaczył, jak do stołu podchodzi niski mężczyzna.

Uśmiech zniknął z szerokiego oblicza.

Co z tego, skoro i tak nie mógł teraz nic zrobić. Musiał się na razie przyczaić. Za dużo oczu. Za dużo niepewnych zmiennych. Nawet nie wiadomo, czy oni nie mają tam w środku jakiejś broni. Jeśli naprawdę mieszkają tu sami, a na to wygląda, to na pewno mają jakąś flintę, czy coś w tym stylu. Ten stary krasnolud z siwiejącą brodą nie wygląda na przyjacielskiego ziomka. Mógłby... mógłby mu przeszkodzić. Nie ma sensu podejmować ryzyka.

Zresztą, znając chłopaka, to zaraz pójdą dalej z którąś z tych gówniar. Bo to z jedną z nich na pewno uciekł z laboratorium Iwana. Teraz nie było już co do tego żadnych wątpliwości. Na polu były wyraźne ślady dwóch lekkich osób. Czyli to któraś z nich musiała mu jakoś pomóc się wydostać. Razem przeszli przez Barierę, a potem szli wzdłuż rzeki, aż znaleźli łódkę. To pewnie była ta czarna, bo ta druga wygląda jak miejscowa. Musiała ich jakoś znaleźć i tu przyprowadzić. Do mamusi i tatusia. A chłopaczek oczywiście zamydlił im oczy, tak jak wcześniej Natanielowi i Łucji. Co za przebiegła żmijka z niego. Niby taki niepozorny, ale dalej okręca sobie wokół palca wszystkich, których chce.

Ten cały... wybryk natury.

Siedzi tam sobie zadowolony, je i pije, a on sam musi tu leżeć w błocie, jak jakaś... świnia.

Mężczyzna zacisnął zęby.

Zamrugał oczami i odetchnął głęboko.

Nie mógł dać rządzić emocjom. To naprawdę trzeba będzie zrobić na chłodno. Nie można ryzykować niepowodzenia.

Zamknął oczy, zaciskając powieki.

To i tak duża ulga, że mały nie natrafił do tej pory na któregoś z tych swoich starych znajomków, wtedy mogłoby być jeszcze trudniej. Ale teraz? Przecież wystarczy poczekać, aż się oddalą. Pójdą dalej. I wtedy...

Przesunął rękę i dotknął rękojeści noża.

Wtedy zakończy całą sprawę i... pójdzie swoją drogą. Zostawi to wszystko za sobą. Zacznie od nowa. Zrestartuje swoje życie. Dostał nową szansę i nie zamierza jej zmarnować, choćby nie wiem co. Dlatego musi działać rozważnie i nie podejmować ryzykownych kroków.

Dostrzegł jakieś poruszenie. Zmrużył oczy. Zaraz. Gdzie oni idą? Czyżby już odchodzili? Wyruszają tuż po śniadanku? No tak, ten dzieciak dobrze wie, że Iwan mu tak łatwo nie odpuści. On wie, przebiegłe nasienie, że nie może za długo siedzieć w jednym miejscu.

A ta druga smarkula pewnie ich odprowadzi kawałek. No dobrze, dobrze, działajmy. Tylko na spokojnie, na spokojnie. Teraz i tak już ich nie zgubię, nie muszę się spieszyć i... nie mogę popełnić żadnego błędu, jak... kiedyś.