1. Wstęp
1
Wstęp
W lipcu 1985 roku tysiące ludzi z całego
świata przybyło do Montrealu, aby świętować 50. rocznicę jednej z najskuteczniej działających organizacji międzynarodowych, jakie
kiedykolwiek powstały. Organizacja ta nie ma formalnego kierownictwa ani
żadnych afiliacji politycznych. Została założona przez dwóch
"nieudaczników" i z czasem odniosła największy sukces spośród wszystkich
tego typu grup w historii. Nigdy nie przyjmowała i wciąż nie przyjmuje
żadnego wsparcia finansowego z zewnątrz - od fundacji czy korporacji.
Mimo to zrzesza miliony członków w ponad 135 krajach. Nie korzysta z żadnych form reklamy. Nie zatrudnia specjalistów od marketingu. Nie
zezwala swoim członkom na wykorzystywanie nazwy organizacji do osobistej
promocji.
Wszyscy jej członkowie muszą pozostawać anonimowi z przyczyn
praktycznych. W jednym z oficjalnych dokumentów organizacji stwierdzają
oni: "Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie
na reklamowaniu; musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec
prasy, radia i filmu. Anonimowość stanowi duchową podstawę wszystkich
naszych Tradycji, przypominając nam zawsze, że zasady są ważniejsze od
osobowości"2. Ta świetnie działająca organizacja to, jak
można się domyślić, Anonimowi Alkoholicy.
Historia AA jest fascynującym przykładem dla każdego, kogo interesują
odnoszące sukcesy ruchy społeczne i organizacje, niezależnie od tego,
czy osoba ta "kupuje" specyficzną filozofię AA. Pomimo niezwykle
szybkich zmian kulturowych, jakich doświadczyliśmy od roku 1935, ruch AA
zdołał przetrwać i zwiększyć swój zasięg. Przetrwał on "dobre czasy" lat
50., niepokoje lat 60., rewolucję seksualną lat 70., a także
indywidualizację społeczeństwa zachodzącą od lat 80. Jak komórki raka
toczące ludzkie ciało, wciąż zwiększa zasięg i zmienia swój kształt.
Oryginalna zasada 12 kroków AA była modyfikowana i dostosowywana do
potrzeb osób, które doświadczyły różnych innych dysfunkcyjnych stylów
życia. Korzystają z niej Anonimowi Hazardziści, Anonimowi Narkomani,
Anonimowi Kokainiści, Anonimowi Bulimicy, Anonimowi Zakupoholicy,
Anonimowi Rodzice (zdrowiejący sprawcy nadużyć wobec dzieci), Anonimowi
Palacze, Anonimowi Pracoholicy, Anonimowi Dłużnicy, Anonimowi
Fundamentaliści (osoby próbujące wyzwolić się z destrukcyjnych
orientacji religijnych), Anonimowi Współuzależnieni oraz Anonimowe
Dorosłe Dzieci z rodzin Dysfunkcyjnych (DDD).
Czy są to tylko przemijające trendy? Czy grupy AA istnieją obecnie
dlatego, że mamy określoną wiedzę na temat uzależnień od substancji? Czy
znikną, gdy znajdziemy nowe sposoby rozwiązywania problemów
emocjonalnych i behawioralnych spowodowanych nadużywaniem narkotyków
albo opracujemy nowe metody modyfikowania ludzkich zachowań?
Prawdopodobnie nie. W społeczności AA mówi się: "Nie naprawiaj tego, co
działa". Trudno podważyć znaczenie sukcesu trwającego od kilkudziesięciu
lat. Uważamy, że ruch AA przetrwa, ponieważ grupy wsparcia i programy
tworzone na ich wzór odpowiadają na podstawową ludzką potrzebę, której
zaspokojenia pragną wszyscy - potrzebę zdrowej bliskości. Potrzebę
posiadania miejsca, w którym można mówić o sobie, rozmawiać, słuchać,
uczyć się od innych, a po godzinie po prostu wyjść bez zobowiązań.
Miejsca, gdzie nie ma polityki. Nie ma obowiązków. I nikt nie mówi: "No
dobrze, ja dałem ci to, więc jesteś mi winien tamto".
Idea grup AA lub innych grup działających na zasadzie 12 kroków sprawdza
się bardzo dobrze z kilku powodów. Takie grupy oferują (zamiast
narzucać) prosty plan życia, który w dłuższej perspektywie czasowej
pomaga naprawić niszczące nawyki, jakich nabraliśmy, aby przetrwać,
dorastając w naszych rodzinach. Bolesne nawyki, które nasi rodzice
przejęli od swoich rodziców, a ci z kolei od swoich.
Po 50 latach od powołania ruchu AA w Stanach Zjednoczonych powstała nowa
organizacja. Celem Narodowego Stowarzyszenia na rzecz Dzieci Osób
Uzależnionych, tworzącego grupy dla Dorosłych Dzieci Alkoholików oparte
na programie 12 kroków AA, jest dawanie nadziei i udzielanie pomocy
dzieciom oraz dorosłym, którzy wychowywali się w systemach rodzinnych
z problemem uzależnienia od alkoholu lub innych substancji. Organizacja
ta rozwija się w kosmicznym tempie.
Jednym z bestsellerów roku 1985 była osobista książka o nałogu
podejmująca także temat zmagań sławnych ludzi z wyniszczającym
uzależnieniem od substancji (The Courage to Change [Odwaga, aby się
zmienić] Dennisa Wholeya). Popularne artykuły prasowe koncentrują się
na uzależnieniach od substancji psychoaktywnych oraz dynamice
funkcjonowania systemów rodzinnych wynikającej z dysfunkcyjnych i niezdrowych relacji zależności. Nasza książka jest poświęcona temu
ostatniemu zagadnieniu.
Liczna grupa specjalistów w naszej dziedzinie zaczyna wreszcie zauważać,
że alkoholik czy kokainista nie jest jedynym członkiem rodziny, który
doświadcza problemu. Co więcej, nawet jeśli w rodzinie nie występuje
zjawisko uzależnienia od substancji psychoaktywnych, może ona
funkcjonować tak samo jak rodzina z problemem alkoholowym, jeśli zasady
rządzące systemem są dysfunkcyjne. Innymi słowy, nie tylko dorosłe
dzieci alkoholików mogą skorzystać z udziału w spotkaniach grup opartych
na zasadzie 12 kroków. Takie grupy są pomocne dla dorosłych dzieci z wszystkich rodzin dysfunkcyjnych.
Niniejsza książka dotyczy dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych i została napisana specjalnie dla nich przez autorów, którzy również
należą do tej grupy. Powstała w odpowiedzi na powtarzające się pytania
naszych klientów: "Czy jest jakaś książka, w której to zjawisko jest
opisane tak, jak mi je wyjaśniliście?".
Napisaliśmy ją, aby przypomnieć tym z nas, którzy zdrowieją, na czym to
zdrowienie polega, i że jest ono procesem, nie wydarzeniem. To także
książka dla tych z nas, którzy wciąż błądzą w mroku - są sceptyczni,
odczuwają złość lub czują się zagubieni i poszukują odpowiedzi na
pytanie, dlaczego towarzyszą im właśnie takie emocje.
Przede wszystkim zaś książka powstała, aby rzucić światło na dynamikę
funkcjonowania rodziny, która doprowadziła tak wielu z nas do dorosłości
naznaczonej uzależnieniami, depresją, zaburzeniami kompulsywnymi,
niezdrową zależnością od innych, nadmiernym stresem, niezadowoleniem ze
związków i życiem w skrywanym poczuciu desperacji.
2. Dwie opowieści
2
Dwie opowieści
Rodzina "subtelnie" dysfunkcyjna
Frank Davis to 35-letni dyrektor wykonawczy dużej firmy elektronicznej w Kalifornii. Uzyskał licencjat z informatyki na Uniwersytecie
Kalifornijskim, pracował przez pięć lat jako analityk systemowy, a następnie wrócił na studia, aby zdobyć tytuł magistra w zakresie
administracji i biznesu. Niedługo po rozpoczęciu pierwszej pracy u obecnego pracodawcy poznał Tinę, również studentkę administracji i biznesu, z którą łączyło go wiele wspólnych zainteresowań.
Pod koniec studiów Frank i Tina byli już małżeństwem. Trzy lata później
mieli dwoje małych dzieci i trzecie w drodze. Tina postanowiła, że
odroczy podjęcie pracy, zostanie w domu i będzie wychowywać dzieci, a tymczasem Frank zaczął robić zawrotną karierę. Para miała wszystko, o czym udane młode małżeństwo mogłoby zamarzyć - dom w hrabstwie Marin,
domek letniskowy nad jeziorem Tahoe, dwa BMW w garażu i członkostwo w ekskluzywnym lokalnym klubie. Frank i Tina regularnie uczęszczali do
kościoła i udzielali się w lokalnej społeczności. Wszyscy postrzegali
ich jako idealne małżeństwo.
Frank miał na pierwszy rzut oka dość spokojne dzieciństwo. Był trzecim z pięciorga dzieci i urodził się, kiedy kariera jego ojca, chirurga,
nabierała rozpędu. Chłopak przejawiał duże zdolności do nauki,
szczególnie matematyczne, co cieszyło jego rodziców. Uprawiał sport, był
atrakcyjny i popularny wśród rówieśników. Matka Franka była wówczas
doskonałą żoną chirurga - piękną, pewną siebie, czarującą kobietą i podporą lokalnej społeczności. Chociaż rodzina zatrudniała gosposię,
pani domu nie spędzała czasu bezczynnie. Prowadziła chłopięce i dziewczęce drużyny skautowe, pracowała jako wolontariuszka w szpitalu i razem z mężem uczestniczyła w spotkaniach kółka parafialnego. Frank był
dumny z bycia częścią swojej odnoszącej sukcesy, religijnej i znanej w okolicy rodziny. Wiedział, że jego własny sukces ściśle wiązał się z rodzinną tradycją doskonałości.
Ojca Franka najtrafniej określało słowo "solidny". Był to stateczny,
opanowany, poważny mężczyzna, a przy tym - jak wielu chirurgów -
perfekcjonista. Czasami matka Franka żartowała, że jej mąż jest tak
"przewidywalny", iż mogłaby wyrzucić wszystkie zegary i odczytywać
godzinę na podstawie regularnych czynności wykonywanych przez niego
podczas pobytu w domu. Davisowie uważali się za kochającą rodzinę, choć
nieczęsto okazywali sobie uczucia, tłumacząc to norweskimi korzeniami
babci Franka ze strony ojca oraz jego dziadka ze strony matki. To jednak
nie było ważne. Rodzice wiedzieli, że się kochają, i to im wystarczało.
Frank odnosił kolejne sukcesy w nauce, świetnie sobie radząc w liceum i na studiach. Każde jego dokonanie pociągało za sobą jeszcze więcej
pochwał i oznak podziwu ze strony rodziny. "Bez wątpienia odziedziczyłeś
geny Davisów" - mawiał z dumą ojciec. Zanim Frank poznał Tinę, osiągnął
stabilną pozycję zawodową i czuł się gotowy do kultywowania rodzinnych
tradycji jako głowa własnej rodziny. Tina była dumna, że może w tym
uczestniczyć, i grzała się w blasku chwały po narodzinach każdego z trojga dzieci. Jednak w wieku 33 lat, po sześciu latach małżeństwa i stworzeniu bezpiecznego domu dla żony i dzieci, życie Franka zaczęło się
zmieniać.
Początkowo zmiany były nieznaczne. Frank i Tina przypisywali je
"kryzysowi trzydziestolatków", o którym czytali w popularnych książkach
i czasopismach. Prowadzili przecież bardzo aktywne, pełne wyzwań życie
niemal od dnia ślubu. Mimo to zmiany nadeszły i nie chciały przeminąć.
Zaczęło się od sporadycznego uczucia ścisku w żołądku podczas podróży do
pracy, kiedy umysł Franka buzował pomysłami na realizację nowego
projektu. Mężczyzna szybko ignorował dyskomfort i rzucał się w wir
pracy, a dreszcz sukcesu skutecznie zagłuszał drobne wątpliwości i niepokoje, które co pewien czas przedostawały się do jego świadomości.
Po skończonym dniu pracy w spokoju spożywał wraz z żoną kolację,
następnie planował zadania na kolejny dzień, brał prysznic i zasypiał w czułych objęciach Tiny.
Taki schemat powtarzał się przez kilka miesięcy: niepokojące uczucie
ścisku w żołądku poprzedzające dreszczyk emocji związanych z pracą, a potem spokojny wieczór w domu z Tiną. Weekendy Davisów wypełniały zwykle
spotkania towarzyskie i wycieczki z dziećmi nad jezioro. Nieprzyjemne
doznania jednak nie znikały. Ich uporczywość nie dawała Frankowi
spokoju. Jego sny stały się niepokojące. Zaczął doświadczać trudności z koncentracją. Coraz częściej był poirytowany, co szczerze go przerażało.
Jako członek klanu Davisów nie mógł przecież pozwolić, by jego głowę
zaprzątały drobiazgi, a co dopiero uporczywe emocje.
W początkowej fazie kryzysu Tina przyjęła postawę wspierającej,
tolerancyjnej żony. Zajmowała się domem, pracowała na rzecz lokalnej
społeczności, odgrywała rolę uroczej gospodyni, a wieczorami spokojnie
doglądała męża. W końcu jednak to, co gryzło Franka, zaczęło podgryzać
także Tinę.
Chociaż Frank nie potrafił zidentyfikować źródła niepokoju, jego żona je
znała. Świadomość przyczyn kryzysu dodatkowo ją przerażała. Przez wiele
miesięcy Tina zamiatała problemy pod dywan, aż przestała wytrzymywać
napięcie. Czuła niechęć do Franka, ale wciąż powtarzała sobie, że to
niemożliwe. A ponieważ nie pozwalała sobie na myślenie o tym -
postrzegała przecież swoje małżeństwo jako doskonałe i miała wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła - podążała za Frankiem wprost do pułapki.
Oboje coraz bardziej zbliżali się do miejsca, gdzie wspólnie mieli wpaść
w sidła, które zacisnęły się na ich ściśle ze sobą splecionych
życiorysach.
Tina szła za przykładem męża - angażowała się w życie społeczne,
organizowała wycieczki i zajęcia dla dzieci oraz wszystkich znajomych
rodziny. Otrzymywała kolejne pochwały od przyjaciół i liderów
społeczności. Była wybierana do lokalnych rad i komitetów. Jej życie
stało się oszałamiającym pasmem sukcesów wspaniałej matki, oddanej
przyjaciółki i pomysłowej działaczki społecznej.
W końcu najstarszy syn Davisów, Jason, wpadł w pułapkę wraz z rodzicami.
W wieku siedmiu lat zaczął doświadczać trudności w szkole i stwarzać
problemy. Był inteligentny i o tym wiedział; wiedzieli o tym też jego
nauczyciele. Mimo to coraz częściej zapominał o pracach domowych. Zaczął
się znęcać nad innymi dziećmi i rozrabiać w klasie. Starał się zwrócić
na siebie uwagę na wiele sposobów, ale niewiele z tych zachowań
przynosiło pożądany skutek.
Kiedy szkoła wreszcie skontaktowała się z Tiną, kobieta zareagowała
chłodno i spokojnie, stwierdzając, że jej syn nie zachowywałby się w taki sposób, gdyby nie brak empatii u nauczycieli. W ciągu kilku dni
przeniosła Jasona do szkoły prywatnej, w dużej części dofinansowanej
przez firmę elektroniczną Franka, i wydawało się, że wszystko jest pod
kontrolą.
Gdzieś w głębi umysłu Tiny odezwał się cichy głosik. Był to głos małej
dziewczynki, niewinny i spontaniczny. Brzmiał czysto i jasno jak
diament, ale był bardzo słaby. Wciąż powtarzał: "Tino, coś jest nie tak.
Coś jest nie w porządku".
Pomimo głośnych pochwał za liczne osiągnięcia, które Tina otrzymywała od
przyjaciół, rodziny i członków miejscowej społeczności, cichy głosik w jej głowie stawał się coraz silniejszy. Spowodowało to wewnętrzną walkę,
a w końcu - pewnego czwartkowego wieczoru, gdy Tina wraz z trojgiem
dzieci w ciszy jadła kolację - nastąpił emocjonalny wybuch.
Frank wszedł do domu przepełniony entuzjazmem z powodu podpisanego w tym
dniu nowego kontraktu, w chwili gdy Jason gwałtownie i z brzękiem
przewrócił szklankę pełną mleka, trącając młodszą siostrę w ramię. Na
ułamek sekundy wszystko zamarło w surrealistycznym bezruchu. Szeroko
otwarte oczy Tiny znieruchomiały. Kobieta rzuciła krótkie spojrzenie na
Jasona i na mleko, a następnie lodowatym, nieruchomym wzrokiem niemal
przeszyła Franka. Jej dłonie i twarz poczerwieniały, gdy poczuła we
wnętrzu wybuch prymitywnej furii.
Wszyscy domownicy spojrzeli na Tinę, która wstała od stołu, uniosła swój
talerz z jedzeniem i cisnęła nim w męża. Talerz zadrasnął czoło Franka,
a szparagi z sosem holenderskim wylądowały na jego garniturze i w przedpokoju za jego plecami. Tina krzyknęła z taką wściekłością, o jaką
nie podejrzewałaby ani siebie, ani nikogo innego: "Nigdy więcej nie waż
się wejść do domu z tym głupim uśmieszkiem na twarzy!".
Na kolejny ułamek sekundy nastała absolutna cisza, po czym Tina zwinęła
się w kłębek na podłodze w salonie i wydała z siebie rozdzierający
szloch, pochodzący z tego samego miejsca, z którego w głębi nocy mówiła
do niej i nawoływała złowieszczo mała dziewczynka. Tina leżała na
podłodze i szlochała - szlochała tak, jakby miała szlochać przez
wieczność, aż w końcu wstała, poszła na górę i weszła do sypialni,
zamykając za sobą drzwi na klucz.
Dzieci zaczęły płakać ze strachu i bezsilności. Po raz pierwszy
widziały, jak jedno z rodziców wyraża emocje intensywniej niż podczas
sporadycznych sprzeczek, które zdarzają się w każdym małżeństwie. Frank
stał jak sparaliżowany w przedpokoju, nie wierząc własnym oczom. Pętla
zacisnęła się wokół całej rodziny wiele miesięcy wcześniej - dopiero
teraz jednak wszyscy poczuli ból. Cierpienie stało się rzeczywiste.
Czuli jego zapach i smak, widzieli je i nim oddychali. Odtąd wszystko
miało być inaczej, nikt jednak nie wiedział, czy to początek, czy
koniec.
Frank starał się uspokoić dzieci najlepiej, jak potrafił. Później
próbował dostać się do sypialni, aby porozmawiać z Tiną, jednak drzwi
pozostały zamknięte przez resztę nocy. "Zostaw mnie w spokoju" - mówiła
zmienionym od płaczu głosem za każdym razem, gdy pukał.
Tej nocy Frank spał na kanapie w salonie, budząc się wielokrotnie ze
ściśniętym żołądkiem.
Rano Tina zeszła do kuchni i przygotowała śniadanie dla męża i dzieci.
Podczas posiłku nikt nic nie mówił, a sztućce uderzały o porcelanę z głośnym, głuchym brzękiem. Frank wyszedł do pracy oszołomiony, zmęczony
i niepewny. Dzieci poszły do szkoły z bólem brzucha, który utrzymywał
się przez cały dzień.
Tina płakała przez większość poranka, samotna i zdezorientowana. Jej
wewnętrzne dziecko przerodziło się w potwora, a ona nie wiedziała, co z tym zrobić. W akcie zupełnej desperacji sięgnęła po książkę telefoniczną
i wyszukała nazwisko psychoterapeutki. Długo walczyła sama ze sobą,
zastanawiając się, czy zadzwonić, czy nie. Późnym popołudniem, kiedy
zbliżała się chwila powrotu dzieci ze szkoły, chwyciła za telefon i wybrała numer.
"Nie wiem, co się ze mną dzieje - powiedziała Frankowi i dzieciom tego
wieczoru - ale zamierzam z pomocą specjalisty się tego dowiedzieć. Coś
jest zdecydowanie nie w porządku i nie mogę dłużej tak żyć".
Istnieją niezliczone szkoły psychoterapii i teorie mówiące o tym,
dlaczego ludzie popadają w szaleństwo bez wyraźnego powodu. Oficjalna
diagnoza, którą psycholożka Tiny wpisała na formularzu dla
ubezpieczyciela, była zgodna z klasyfikacją zaburzeń psychicznych
Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (ang. Diagnostic and
Statistical Manual of the American Psychiatric Association, DSM), ale
krótka notatka wpisana na jej karcie pacjenta przedstawiała
najtrafniejszy obraz sytuacji:
"Kobieta rasy białej, lat 33, od 7 lat mężatka, 3 dzieci. Mąż
pracoholik; pacjentka wykazuje poważne oznaki współuzależnienia: złość,
przygnębienie, poczucie winy, utrata własnej tożsamości po wielu
miesiącach kompulsywnego działania i kilku latach aktywnego negowania
problemu".
Frank był pracoholikiem, a Tina zrobiła jedyną rzecz, jaką potrafiła
zrobić w obliczu uzależnienia ukochanego - pozwoliła, by jej własne
uzależnienie się pogłębiało.
Na początku była uzależniona od Franka. Czekała na niego, kiedy
notorycznie spóźniał się do domu po pracy, odgrzewała posiłki
przygotowane wiele godzin wcześniej, wspierała go i podsycała jego
uzależnienie, jednocześnie negując narastającą w niej powoli niechęć do
męża, która ostatecznie ujawniła się jako wybuch wściekłości.
W końcu Tina popadła w uzależnienie wraz z Frankiem i sama pracowała
coraz więcej, próbując zagłuszyć przerażające uczucia, które wciąż
wydostawały się na powierzchnię, oraz ukryć to, że nikt nigdy nie
nauczył jej, jak radzić sobie z samą sobą. To nie przypadek, że kiedy
małe dziecko w jej wnętrzu dochodziło do głosu, jej biologiczne dziecko
także dało o sobie znać. Jason w jedyny znany sobie sposób - poprzez
prowokujące działanie (ang. acting-out) w szkole i w domu - wyrażał
niewypowiedziane, nierozpoznane napięcia między członkami rodziny.
Był to dopiero początek historii Davisów. Tina rozpoczęła długotrwałą
terapię - proces odkrywania i uczenia się siebie, niezbędny do unikania
pułapek uzależnienia w przyszłości. Frank i dzieci uczestniczą razem z nią w terapii rodzinnej.
Świadomość Franka dotycząca ukrytych schematów zależności w jego życiu
jest wciąż mglista. Chociaż nie mówi o tym otwarcie, wciąż uważa, że to
Tina ma problem. Rodzinne zasady i więzi, które stopniowo doprowadziły
mężczyznę do uzależnienia od pracy ukierunkowanej na osiąganie sukcesów,
są kuszące i bardzo silne. Z kolei mechanizm zaprzeczenia uruchomiony
przez rodzinę, której członkowie "wiedzą, że się kochają", ale nie
potrafią tego spontanicznie wyrażać, jest bardzo głęboko zakorzeniony.
Kiedy w systemie rodzinnym pojawia się uzależnienie, głęboko
doświadczają go wszyscy jego członkowie. Aby nowy system powstający w wyniku kryzysu, takiego jak wyżej opisany był prawdziwie zdrowy i trwały, każdy jego członek musi się zmienić.
Czasami, gdy tylko jeden lub dwoje spośród członków zdrowieje, jedyną
szansą na utrzymanie zdrowia jest opuszczenie systemu.
Rodzina "bezsprzecznie" dysfunkcyjna
Sandy Dorset, najstarsza z piątki rodzeństwa, dorastała na
przedmieściach Bostonu. Jej ojciec zaczął nałogowo pić wkrótce po tym,
jak poślubił jej matkę, a zanim Sandy pojawiła się na świecie, został
zwolniony z pracy w sklepie z częściami zamiennymi z powodu problemów
finansowych firmy. Chociaż miał tytuł licencjata zdobyty na małej
stanowej uczelni, nierozwiązane konflikty emocjonalne i nieleczony
alkoholizm utrudniały mu znalezienie przyzwoitej pracy.
Matka Sandy, licencjonowana pielęgniarka, zaczęła pracować w niepełnym
wymiarze godzin, aby pomóc w utrzymaniu rodziny, podczas gdy jej mąż
wielokrotnie zmieniał zatrudnienie, szukając "swojego miejsca".
W ciągu kolejnych sześciu lat do rodziny Dorsetów dołączyło jeszcze
czworo dzieci, a połączenie trudności finansowych i wychowawczych
sprawiło, że atmosfera w domu stała się napięta i wyczerpująca
emocjonalnie. Zanim Sandy skończyła pięć lat, ojciec zaczął stosować
przemoc fizyczną wobec matki i rzucać w dzieci wyzwiskami.
Sandy pamięta, jak kuliła się ze strachu w kącie pokoju dziennego,
przytulając do siebie młodsze rodzeństwo, kiedy ojciec się awanturował,
krzyczał, a potem bił matkę. Po takich zdarzeniach zwykle przychodziło
kilka dni, a nawet tygodni względnego spokoju; następnie cykl się
powtarzał.
Pewnego razu matka Sandy próbowała uzyskać pomoc dla rodziny,
rozmawiając ze znajomą, która należała do AA i której mąż w tamtym
czasie wychodził z uzależnienia od alkoholu. Niestety, jej inicjatywa
tak rozwścieczyła ojca, że nigdy więcej nie odezwała się do tej znajomej
ze strachu przed tym, co mogłoby się stać jej lub dzieciom, gdyby znów
to zrobiła.
Rodzina Dorsetów była więc uwięziona w pułapce przemocy przez całe
dzieciństwo Sandy. Okresy chaosu przeplatały się z okresami pełnej
napięcia ciszy, podczas których wszyscy wstrzymywali oddech i chodzili
na paluszkach, mając nadzieję, że sytuacja się poprawi - co jednak nigdy
nie nastąpiło.
Sandy nauczyła się żyć w dysfunkcyjnym systemie, wznosząc wokół siebie
barierę ochronną. Kiedy była mała, godzinami bawiła się samotnie w swoim
pokoju, wyobrażając sobie lepszy świat pełen wymyślonych przyjaciół i miejsc. Gdy podrosła, było jej łatwiej odcinać się od cierpienia -
przebywała po prostu jak najdłużej poza domem. Pozostając z dala, czuła
się jednak rozdarta, ponieważ jednocześnie pragnęła być na miejscu, aby
opiekować się młodszymi braćmi i siostrami.
Jak wiele dzieci z rodzin alkoholowych, bardzo dobrze się uczyła i doskonale ukrywała rodzinną tajemnicę. Wszyscy wiedzieli, że w jej
rodzinie się nie przelewa, ale Sandy zawsze miała świeżo uprasowaną
bluzkę, była grzeczna i uczynna. Nigdy nikomu nie wspomniała o okropnych
zdarzeniach, które rozgrywały się w jej domu. W końcu honor rodziny jest
najważniejszy, niezależnie od tego, co się dzieje.
W liceum Sandy zaczęła przybierać na wadze i nie udawało jej się zrzucić
nadmiarowych kilogramów. Kiedy zaczęła naukę w dwuletnim studium
pielęgniarskim, miała 45 kg nadwagi, ale nigdy nie pozwoliła, by ją to
dobiło. Świetnie radziła sobie w szkole i dostała pracę na pełny etat
zaledwie trzy tygodnie po jej ukończeniu.
W wieku 25 lat Sandy Dorset zaczęła się spotykać z młodym mężczyzną.
Miała wrażenie, że został jej zesłany z nieba - był czuły, delikatny i wspierający. Studiował psychologię, aby w przyszłości zostać terapeutą.
Nigdy nie rozmawiali o jej problemach z wagą, ale Sandy podświadomie
obawiała się, że w końcu spowodują one, iż ukochany ją porzuci. Mimo to
po kilku miesiącach randkowania para postanowiła się pobrać.
Dwa lata po ślubie Sandy urodziła córeczkę. Jej mąż spędzał wówczas
długie godziny na pracy z młodzieżą w trudnej sytuacji życiowej, więc
ona zmniejszyła wymiar zatrudnienia do pół etatu, aby poświęcić więcej
czasu dziecku. W tym samym okresie mąż Sandy wdał się w romans z ich
wspólną znajomą. Chociaż Sandy od lat zarzekała się, że nigdy nie weźmie
do ust alkoholu, zaczęła pić, aby w ten sposób ukoić cierpienie związane
z rozpadaniem się jej życia na kawałki.
Ponieważ w małżeństwie działo się coraz gorzej, Sandy piła coraz więcej,
aby poradzić sobie ze świadomością, że schemat z jej dzieciństwa
właśnie się powtarza. Czuła, że jest w beznadziejnej sytuacji, i próbowała popełnić samobójstwo. Miała dużo szczęścia - personel
szpitala, do którego trafiła po zażyciu dużej dawki tabletek nasennych,
bardzo szybko zajął się jej uzależnieniem.
Zrozpaczona Sandy odetchnęła z ulgą w poczuciu, że wreszcie ktoś otoczył
ją taką opieką, jakiej potrzebowała, gdy była dzieckiem. Chętnie
zastosowała się do zaleceń lekarzy, które obejmowały rozpoczęcie terapii
uzależnień. To wtedy jej życie zaczęło się na nowo.
Droga do wyzdrowienia okazała się wyboista. Dla wielu alkoholików samo
zaprzestanie picia jest stosunkowo łatwe - dla Sandy nie było ono nawet
w połowie tak trudne, jak się spodziewała. Prawdziwym wyzwaniem okazało
się poradzenie sobie z pierwotnymi zależnościami (schematami zachowania
wynikającymi ze współuzależnienia). Konfrontowanie się z potwornie
trudnymi emocjami, jakich doświadczała, dorastając w rodzinie z problemem alkoholizmu i przemocy, oraz przyswajanie sobie nowych nawyków
wydawały jej się czasem zadaniami ponad siły. Mąż się z nią rozwiódł,
lecz mimo tego Sandy pracowała zawodowo, jednocześnie walcząc z własnymi
lękami, złością i cierpieniem.
Oprócz uczestnictwa w mityngach AA zaczęła uczęszczać na spotkania grup
wsparcia dla dorosłych dzieci alkoholików. Stopniowo, ale konsekwentnie
wspinała się ku górze, chcąc wydobyć się z otchłani rozpaczy i zagubienia. Z każdym nowym krokiem wychodziła z ciemności i znajdowała
coraz zdrowszych przyjaciół. Jej nadwaga, która w kulminacyjnym momencie
kryzysu wynosiła około 70 kg, powoli zaczęła się zmniejszać. Córka Sandy
wyrastała na szczęśliwą, dobrze przystosowaną społecznie dziewczynkę.
Przez pierwsze kilka lat po zakończeniu terapii Sandy co prawda zdarzało
się umawiać na randki, nigdy jednak nie nawiązała poważnej relacji.
Miała pracę, opiekowała się córką i zajmowała własnym zdrowieniem.
Niedługo po trzydziestce poznała mężczyznę, który różnił się od tych
spotykanych przez nią do tej pory. Był opiekuńczy, ale nie brał
odpowiedzialności za jej problemy. Od czasu do czasu bywał marudny, ale
nic więcej. Kłócili się o różne sprawy, ale zawsze rozwiązywali spory i żyli dalej, nie żywiąc do siebie urazy. Oboje lubili spędzać czas
zarówno samotnie, jak i ze sobą nawzajem. Każde z nich chodziło na swoje
spotkania AA.
Sandy i jej drugi mąż są małżeństwem już od 15 lat. Chociaż jak każda
para mieli swoje wzloty i upadki, koszmar pierwszego życia kobiety
ustąpił miejsca spokojowi, wygodzie i spełnieniu. Mimo że złe
wspomnienia nigdy jej nie opuszczą, obecnie zajmują realistyczne miejsce
w przeszłości, wciąż przypominając o tym, że jeśli Sandy doświadcza zbyt
silnego stresu, czuje się niepewnie lub przytłaczają ją emocje, zawsze
znajdzie się zdrowy sposób na poradzenie sobie z trudnościami. Sandy
Dorset nareszcie żyje szczęśliwie.
3. Kim jesteśmy? Jakie mamy objawy?
3
Kim jesteśmy? Jakie mamy objawy?
Kim są dorosłe dzieci z rodzin
dysfunkcyjnych, o których piszemy? Gdzie mieszkają? Ile zarabiają? Jakie
mają problemy? Kim właściwie są ci ludzie?
"Oni" to my.
Przynajmniej 90-95% z nas, jak wykazujemy poniżej. Wielu z nas jest
dorosłymi dziećmi rodziców alkoholików i ma cechy przedstawione przez
Janet Woititz w bestsellerowej książce Dorosłe dzieci alkoholików.
Możemy też być osobami, które "kochają za bardzo", jak bohaterki opisane
przez Robin Norwood w Kobiety, które kochają za bardzo i ciągle liczą
na to, że on się zmieni.
Jak stwierdza Terry Kellogg w Return to Intimacy (Powrót do
intymności), wielu z nas nie tylko pochodzi z rodzin z problemem
alkoholowym albo padło ofiarami przemocy domowej, lecz także staje się
alkoholikami i dopuszcza się aktów przemocy wobec dzieci lub małżonków,
niezależnie od płci.
Jako dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych żyjemy w świecie skrajności
- zawsze szukamy zdrowej równowagi, złotego środka, ale nigdy nie możemy
go znaleźć. Gdy wahadło wychyla się na skrajną pozycję, czujemy się
osamotnieni, odizolowani i zalęknieni. Ten stan nas męczy, więc wahadło
osiąga drugie ekstremum - pojawiają się wrażenie uwikłania i stłamszenia
oraz złość. Wówczas wahadło rusza z powrotem ku skrajności. Taki schemat
dotyczy wielu obszarów naszego życia, zanim rozpoczniemy porządną
terapię.
Przygotowując się do warsztatów, które kilka miesięcy temu prowadziliśmy
w Teksasie, stworzyliśmy listę mającą pomóc w nazwaniu problemów, jakich
doświadczają dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych:
Jesteśmy osobami, które w wieku 28, 39 lub 47 lat nagle odkrywają,
że coś jest z nimi nie w porządku i że nie potrafią już same sobie z tym radzić. Takie spostrzeżenia mogą mieć związek z kryzysami, jakie
pojawiają się naturalnie na poszczególnych etapach życia,
opisywanymi choćby przez Daniela Levinsona w
The Seasons of a
Man's Life (Okresy życia mężczyzny), Rogera Goulda w
Transformations (Przemiany) czy Gail Sheehy w
Passages
(Przełomy), jednak ich intensywność oraz towarzyszące im cierpienie
i poczucie dezorientacji sugerują, że pod powierzchnią problemu
kryje się dorosłe dziecko.
Jesteśmy osobami, które przyglądają się rówieśnikom na ulicy lub na
imprezie i mówią sobie: "Chciał(a)bym być taki(-a) jak on(a)".
Albo myślą: "Gdyby ten człowiek wiedział, co się dzieje wewnątrz
mnie, na pewno byłby przerażony".
Jesteśmy osobami, które kochają swoich małżonków i bardzo troszczą
się o swoje dzieci, a jednocześnie się od nich oddalają; w relacjach
czujemy się oderwani od drugiej osoby i zalęknieni.
Albo czujemy, że wszystko w naszym życiu jest idealne, do czasu, gdy
nasi synowie lub córki popadają w uzależnienie od substancji
psychoaktywnych, zaczynają chorować na bulimię, uciekają z domu lub
próbują popełnić samobójstwo.
Jesteśmy zatrudniani na stanowiskach poniżej naszych możliwości i nigdy nie osiągamy sukcesu na swoją miarę - tkwimy w znienawidzonej
pracy, ponieważ boimy się z niej zrezygnować, czujemy się
zdezorientowani lub zagubieni.
Jesteśmy uzależnieni od substancji psychoaktywnych lub seksu czy
cierpimy na zaburzenia odżywiania.
Miewamy migrenowe bóle głowy, jesteśmy obsesyjnie ćwiczącymi
bulimi(cz)kami albo osiągamy duże sukcesy w pracy, choć nie układa
nam się w małżeństwie.
Błyszczymy w towarzystwie, a jednak czujemy się bardzo samotni
pośród naszych licznych znajomych.
Niektórzy z nas dorastali w rodzinach pełnych chaosu, doświadczając
alkoholizmu, kazirodztwa albo nadużyć fizycznych, emocjonalnych i duchowych.
Niektórzy z nas czują się, jakby byli sparaliżowani, ponieważ
dysfunkcja, której doświadczyli, była tak subtelna (ukryta), że
nawet nie potrafią jej wskazać i nazwać tego, co im się przytrafiło.
Niektórych z nas porównywano z rodzeństwem, które lepiej się uczyło.
Innym wmawiano, że mogą być wartościowi, tylko jeśli w przyszłości
zostaną hydraulikiem, lekarzem, elektrykiem, prawnikiem lub
psychologiem.
Niektórzy w dzieciństwie musieli chodzić na paluszkach, ponieważ w rodzinie była bieda, ojciec pracował na dwa etaty, a matka
praktycznie sama wychowywała pięcioro dzieci, więc wszyscy przez
większość czasu byli zmęczeni i rozdrażnieni.
Wielu z nas doświadczyło emocjonalnego zaniedbania, ponieważ nie
mieliśmy nikogo, kto by nam towarzyszył; albo rodzice zapewniali nam
wyłącznie dobra materialne, a emocjonalnie byli nieobecni.
Niektórzy z nas byli rozpieszczani i zagłaskiwani przez
nadopiekuńczych rodziców; skusili nas oni, żebyśmy pozostali w rodzinnym gnieździe o wiele lat dłużej niż nasi znajomi, którzy
ruszyli w świat i rozpoczęli dorosłe życie.
Wielu z nas boi się ludzi, szczególnie autorytetów.
Czasami przerażamy innych, szczególnie tych, których kochamy, i wymagamy od nich, by żyli w naszym odrębnym świecie - w pełni
kontrolowanym przez nas.
Jesteśmy ludźmi, którzy gardzą albo religią, albo ateizmem.
Pozwalamy, by inni nas wykorzystywali lub nadużywali, albo sami
wykorzystujemy i nadużywamy innych.
Jesteśmy osobami, które czują tylko złość, tylko smutek, tylko
strach, albo zawsze się uśmiechają.
Staramy się tak bardzo, że nam się nie udaje; albo tak mało, że
nigdy nie doświadczamy pełni życia.
Jesteśmy kobietami i mężczyznami, którzy jak określił to Ronald Fry,
"uosabiają doskonałość".
Jesteśmy kobietami i mężczyznami, którzy trafiają do meliny i czują,
że wreszcie gdzieś przynależą.
Doświadczamy depresji lub napadów złości.
Mamy poczucie wewnętrznej pustki lub pogrążamy się w chaosie.
Nasze życie emocjonalne jest jak jazda rollercoasterem albo jak
przebywanie w próżni.
Uśmiechamy się, trzaskając drzwiczkami kuchennych szafek, kiedy
jesteśmy wściekli, albo trzaskamy nimi ze złością, gdy czujemy się
bardzo smutni.
Krzywdzimy siebie, ale opiekujemy się wszystkimi dokoła.
Gdy czujemy się nieszczęśliwi, absolutnie się do tego nie
przyznajemy z obawy, że ktoś inny zauważy, iż jesteśmy tylko ludźmi;
albo - co gorsza - że ktoś w ogóle zauważy naszą obecność.
Mamy trudności z nawiązywaniem relacji z synami i/lub córkami.
Niektórzy z nas uprawiają seks, ale nie potrafią poczuć emocjonalnej
bliskości, inni w ogóle nie mogą uprawiać seksu.
Wciąż obserwujemy innych, starając się odkryć, co jest w porządku, a co nie.
Czujemy się gorsi lub lepsi od innych ludzi, ale rzadko mamy
poczucie przynależności do grupy.
Bywamy uwięzieni w życiu, jakiego nigdy sami byśmy sobie nie
wybrali.
Przejmujemy się przeszłością, boimy się przyszłości, a w teraźniejszości odczuwamy ciągły lęk.
Zapracowujemy się na śmierć z nieznanych powodów.
Nigdy nie czujemy się zadowoleni.
Boimy się Boga lub oczekujemy, że Bóg wszystko zrobi za nas.
Boimy się lub nienawidzimy ludzi, którzy są inni.
Angażujemy się w znajomości, których nie potrafimy zakończyć.
Przywiązujemy się do rzeczy.
Rzutujemy swoje wewnętrzne konflikty na własne dzieci.
Wstydzimy się swoich ciał.
Nie wiemy, dlaczego tu jesteśmy.
Cierpimy tak bardzo, jak tylko potrafimy.
Kiedy widzimy samochód policyjny, czujemy się, jakbyśmy zrobili coś
złego.
Poświęcamy własną godność w zamian za fałszywe poczucie
bezpieczeństwa.
Domagamy się miłości, ale rzadko ją otrzymujemy.
Rozmyślamy o pragnieniach i potrzebach, zamiast je realizować.
Mamy nadzieję na najlepsze, spodziewamy się najgorszego i nigdy nie
cieszymy się chwilą.
Czujemy się tak, jakby reszta ludzkości istniała tylko po to, by
wzbudzać w nas silny dyskomfort, gdy samotnie spożywamy posiłek w restauracji.
Pytamy: "Po co to wszystko?", ale nikt nie odpowiada.
Uciekamy, jeśli tylko uda nam się zakochać, albo rezygnujemy z siebie, aby być w związku.
Tłamsimy i/lub ranimy tych, których kochamy.
Niektórzy z nas swoimi działaniami zmienią bieg historii, inni
zostaną zapomniani.
Dorastając, znienawidzimy naszych rodziców albo pozwolimy im stać na
piedestałach, na których postawiliśmy ich jako małe dzieci, i nigdy
nie uznamy ich za omylnych, choć wszyscy tacy jesteśmy.
Mamy poczucie winy w związku z tym, jak nasi bracia i siostry byli
traktowani w porównaniu z nami, albo im zazdrościmy i żywimy urazę.
Nienawidzimy ojca i nadmiernie chronimy matkę lub nienawidzimy matki
i chronimy ojca.
Byliśmy molestowani seksualnie w wieku pięciu lat, ale obwiniamy za
to siebie i wmawiamy sobie, że powinniśmy być mądrzejsi.
Niektórzy z nas, dorastając, mieli przewlekle chorego rodzica.
Inni mieli rodzica chorego psychicznie.
Jeszcze inni wcale nie mieli rodziców, kiedy dorastali.
Jesteśmy ocalałymi, którzy w głębi duszy modlą się o to, by życie
przestało być tylko walką o przetrwanie.
Kochamy życie, a nasze wewnętrzne dziecko czeka głęboko w nas, aż
ktoś je uwolni.
Niezależnie od naszych objawów i okoliczności zewnętrznych, jesteśmy
dorosłymi dziećmi z rodzin dysfunkcyjnych, ponieważ dawno temu w naszym życiu coś się wydarzyło. Zresztą nie jeden raz. Zdarzenia te
spowodowały cierpienie. Chroniliśmy się w jedyny znany sobie sposób. I wciąż go stosujemy, aby się chronić. Ten sposób już jednak nie działa.
Objawy występujące u dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych
Objawy, których doświadczamy wskutek tego, co nam się przydarzyło, mogą
świadczyć o różnych zaburzeniach psychicznych i problemach związanych ze
stresem, od zaburzeń spowodowanych nadużywaniem substancji
psychoaktywnych, przez dysfunkcje seksualne, zaburzenia bliskości,
nadaktywność, po zaburzenia odżywiania, zachowania kompulsywne i obsesje. Oczywiście zgadzamy się, że nie wszystkie przepadki
wymienionych problemów muszą mieć źródło w jakiejś dysfunkcji rodzinnej.
Alkoholizm, schizofrenia, niektóre rodzaje depresji i zaburzeń lękowych,
a także pewne formy otyłości mają dobrze udokumentowane podłoże
biologiczne. Co zastanawiające jednak, prowadząc terapię przez wiele
lat, w zasadzie nie spotkaliśmy osób uzależnionych od alkoholu, które
nie pochodziłyby z rodzin dysfunkcyjnych i nie odtwarzały tej pierwotnej
dysfunkcji we własnym systemie rodzinnym.
Zapamiętaliśmy zaledwie dwie osoby pochodzące ze zdrowych rodzin, które
najwyraźniej odziedziczyły biologiczną predyspozycję do alkoholizmu.
Obie zresztą bardzo sprawnie poradziły sobie z problemem. Każda
mianowicie przyznała przed sobą: "Wydaje mi się, że się uzależniam".
Obydwie rozmawiały o tym z rodziną i przyjaciółmi, a następnie zgłosiły
się po specjalistyczną pomoc, aby pokonać uzależnienie. Niestety
dysfunkcje większości z nas są zbyt silne, byśmy mogli postąpić tak
samo.
Objawy, których doświadczamy, układają się w pewien wzorzec wspólny dla
większości dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych.
Nasze objawy...
są częścią mechanizmu zaprzeczenia;
dają nam złudne wrażenie, że kontrolujemy sytuację;
pojawiły się jako normalna reakcja na doświadczany stres;
powstają jako sposób obrony przed cierpieniem, którego jako dzieci nie
mieliśmy siły zwalczyć;
powodują negowanie uczuć;
blokują zdolność do nawiązywania bliskich relacji;
wiążą się ze wstydem.
Nasze objawy wynikają z negowania emocji i służą podtrzymaniu ich
zaprzeczenia. Pozwalają nam żyć w określony sposób i przekonywać samych
siebie, że żyjemy zupełnie inaczej. Chociaż dają nam złudne wrażenie
kontroli nad sytuacją, w rzeczywistości jasno pokazują, że oddaliśmy
zdrową kontrolę nad swoim życiem czynnikom zewnętrznym.
Wpadając w pułapkę uzależnienia lub fobii, zamieniamy prawdziwą kontrolę
nad naszym życiem na jej iluzję. To właśnie iluzja kontroli sprawia, że
pozbycie się objawów wydaje się tak przerażające.
Człowiek uzależniony od seksu jest szczerze przekonany, że jeśli porzuci
niezdrowe nawyki seksualne, jego życie pogrąży się w chaosie. Osoba
uzależniona od relacji, najczęściej będąca w związku z osobą, która
także jest uzależniona, naprawdę uważa, że jeśli spróbuje się zmienić w zdrowy sposób, w jej życiu nastąpi katastrofa. Bulimik, który dba o swoją wagę, biegając, i tylko w bieganiu znajduje poczucie "wewnętrznego
pseudospokoju", a kiedy nie może biegać, doświadcza objawów
odstawiennych, jest naprawdę szczerze przekonany, że jego życie straci
sens, jeśli odbierze mu się możliwość biegania.
Wszystkie nasze objawy pojawiły się jako normalna reakcja na
doświadczany stres. Według nas musiały trafić na podatny grunt w dzieciństwie, kiedy uczyliśmy się, jak żyć wśród ludzi. Jeśli systemy
rodzinne, w których dorastamy, mają pewną dysfunkcję, czy to oczywistą
(łatwo zauważalną), jak w przypadku Sandy, czy też subtelną (ukrytą),
jak w przypadku Franka, dla dziecka w takiej rodzinie normalną, logiczną
i rozsądną reakcją jest ochrona siebie. Tak jak ciało reaguje na
zakażenie, tworząc opuchliznę wokół długo nieleczonej rany, tak nasze
dziecięce umysły izolują źródło psychologicznego bólu za pomocą
bezpiecznego mechanizmu zaprzeczenia, który umożliwia utrzymanie
równowagi psychicznej.
Nasze objawy powstają jako sposób obrony przed cierpieniem, którego
jako dzieci nie byliśmy w stanie zwalczyć. Od samego początku mechanizm
zaprzeczenia prowadzi do wewnętrznego konfliktu, powstania podwójnej
tożsamości, jak w przypadku Sandy. Na zewnątrz była ona zdolną, świetnie
radzącą sobie w szkole dziewczynką, w środku - przerażonym, zranionym i zagubionym dzieckiem. Im dłużej ta dysfunkcja pozostawała nieleczona,
tym skuteczniej Sandy zaprzeczała swoim prawdziwym uczuciom. Tymczasem
im mocniej negujemy swoje emocje, tym gorzej się czujemy.
Nasze objawy dotyczą więc także negowania uczuć. Odcinamy się od bólu
i strachu. Cieszymy się dobrą opinią innych ludzi, którzy znają tylko
nasz publiczny wizerunek. Jesteśmy dumni, że uchodzimy za osoby "silne"
lub "urocze" albo za "buntowników", ale jednocześnie bardzo cierpimy,
ponieważ czujemy, że nikt nie wie, kim tak naprawdę jesteśmy - i zazwyczaj się nie mylimy. Dlatego do naszych objawów zaliczają się
zaburzenia bliskości i relacji.
Utwierdzając nas w zaprzeczeniu i pomagając nam dochować naszych
"rodzinnych tajemnic", otoczenie uniemożliwia nam zbliżenie się do
kogokolwiek w zdrowy sposób. Zawsze musimy trzymać fason w nadziei, że
nikt nie odkryje, co się dzieje w naszym wnętrzu; wiąże się to również z poczuciem wstydu. Wstydzimy się, że ktoś nas "zdemaskuje", że
"odkryje", kim naprawdę jesteśmy. Unikamy emocjonalnego obnażania się
przed innymi z obawy przed wyśmianiem, krytyką i odrzuceniem.
Lista objawów, które rozwijają się u dorosłych dzieci z rodzin
dysfunkcyjnych, jest dość długa. Wielu z nas doświadcza kilku z nich
równocześnie. Jako specjaliści nigdy nie spotkaliśmy na przykład osoby z problemem kompulsywnego objadania się, która jednocześnie nie
wykazywałaby niezdrowej zależności od jedzenia. Bardzo rzadko mamy do
czynienia z małżonkami alkoholików, którzy nie byliby dosłownie
uzależnieni od relacji z mężem lub żoną, nie prezentowaliby
kompulsywnych zachowań w różnych obszarach życia, nie byliby zależni od
innych osób bądź rzeczy i/lub nie doświadczaliby depresji.
To nie etykieta, jaką przykleja się człowiekowi, decyduje o tym, jakich
problemów rodzinnych doświadczy on w przyszłości albo jakim będzie
rodzicem. Dla dziecka łkającego w poduszkę po tym, jak nakrzyczała na
nie jego sfrustrowana samotna matka, nie ma znaczenia, czy rodzicielka
jest uzależniona od relacji, współuzależniona, czy może kompulsywnie się
objada. Dla dziecka liczy się to, że mama i tata nie są szczęśliwi, że
ciągle na nie krzyczą, że zmuszają je do uczestniczenia w ich kłótniach
i nie pozwalają na doświadczanie prawdziwych uczuć.
Chociaż poniższa lista nie wyczerpuje wszystkich możliwości, daje ogólne
pojęcie o tym, czego doświadcza bardzo wiele dorosłych dzieci z rodzin
dysfunkcyjnych.
Niektóre objawy i zaburzenia występujące u dorosłych dzieci z rodzin dysfunkcyjnych
Emocjonalne/psychologiczne
depresja
lęk/napady paniki
myśli lub skłonności samobójcze
obsesje i kompulsje
psychiczne uzależnienie od substancji psychoaktywnych
niska samoocena
zaburzenia osobowości
fobie
histeria
dysfunkcje seksualne
podejrzliwość
problemy z bliskością
dysocjacja
spłycenie afektu
trudności z koncentracją
nadmierna złość
mała zdolność radzenia sobie z frustracją
osobowość bierno-agresywna
nadmierna zależność
niezdolność do współzależności z innymi
niezdolność do zabawy lub odczuwania przyjemności
brak asertywności
nadmierne dogadzanie innym
szukanie aprobaty
rozchwiana tożsamość
Fizyczne
fizjologiczne uzależnienie od substancji psychoaktywnych
zaburzenia odżywiania
podatność na urazy/zespół chronicznego bólu
napięciowe i migrenowe bóle głowy
problemy z układem oddechowym
wrzody żołądka, zapalenie okrężnicy, problemy trawienne
zaparcia/biegunka
zaburzenia snu
napięcie mięśni
zespół zaburzeń czynności stawu skroniowo-żuchwowego
Ponieważ uzależnienia, zachowania kompulsywne, niezdrowe zależności
interpersonalne, depresja, objawy związane ze stresem, fobie i zaburzenia lękowe to problemy bardzo często występujące u dorosłych
dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, przyjrzymy się im bliżej.
Uzależnienie
W najwęższym sensie tego słowa uzależnienie oznacza fizjologiczną
zależność od określonej substancji, wymykającą się spod kontroli i oddziałującą na codzienne funkcjonowanie osoby uzależnionej w sposób,
który pociąga za sobą poważne konsekwencje. Definicja ta oczywiście nie
obejmuje części problemów określanych tym mianem, takich jak
uzależnienie od pracy, miłości, telewizji itd. Dlatego też wolimy używać
pojęcia "uzależnienie" w szerokim rozumieniu, co jest obecnie powszechną
praktyką. Ponadto zakładamy, że granica między uzależnieniem a szkodliwym używaniem substancji jest bardzo cienka.
Kompulsje
Kompulsje to czynności, które wykonujemy, czując, że nie potrafimy ich
kontrolować lub zatrzymać, a które dają nam iluzję kontroli.
Powtarzające się mycie rąk w celu usunięcia z nich śladów wyobrażonego
grzechu to klasyczny przykład kompulsji, podobnie jak wstawanie w nocy
siedem czy osiem razy, aby sprawdzić, czy zamknęliśmy wszystkie drzwi i okna. Specjaliści wyróżniają m.in. kompulsywne objadanie się,
kompulsywne granie w gry hazardowe, kompulsywne sprzątanie i wydawanie
pieniędzy. Brzmi znajomo? Może się teraz zastanawiasz, czy grasz
kompulsywnie lub czy jesteś uzależniony od hazardu. Ale może nie ma
znaczenia, jak to nazwiemy, skoro wiadomo, że zachowanie, nad którym nie
panujesz, powoduje cierpienie twoje i innych osób?
Niezdrowe zależności
Niezdrowe zależności wyrastają z normalnego stanu zależności małego
dziecka od dorosłych. Nasze przeżycie po narodzinach całkowicie zależy
od rodziców. Gdyby nas nie karmili, nie pielęgnowali, nie opiekowali się
nami podczas choroby, bylibyśmy skazani na śmierć. Potrzeba zależności
jest w nas głęboko zakorzeniona i stanowi warunek przetrwania.
W miarę jak dorastamy, potrzeba ta przybiera coraz subtelniejsze formy.
W wieku sześciu lat właściwie potrafimy już funkcjonować sami - i wiele
dzieci z najuboższych krajów świata to robi - chociaż jakość życia
sześciolatka nie będzie wysoka bez stałej pomocy dorosłych.
Piętnastolatkowie są już w dużej mierze zdolni do samodzielnego radzenia
sobie, przynajmniej jeśli chodzi o zaspokajanie podstawowych potrzeb
biologicznych i zapewnienie sobie bezpieczeństwa. Czy jednak radzą sobie
z mniej oczywistymi, choć równie ważnymi potrzebami emocjonalnymi? W rodzinach dysfunkcyjnych to właśnie one często pozostają niezaspokojone,
dlatego jako dzieci wychowane w takich rodzinach wkraczamy w dorosłość z bagażem niespełnionych pierwotnych pragnień.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki