Nowy początek - Diane Gaston

Reflow text when sidebars are open.
Ramsgate, Kent - kwiecień 1821 roku
- Pali się! Niech pani wstaje! - krzyczała pokojówka.
Lady Daphne Faville wyskoczyła z łóżka. Dym drażnił nozdrza i drapał w oczy. Z korytarza gospody dochodziły krzyki, ktoś walił w drzwi pokoju.
- Pali się! Wychodzić! - wołał męski głos.
Daphne panicznie bała się ognia. Wsunęła stopy w pantofle, a jej pokojówka w pośpiechu upychała rzeczy do walizki.
- Zostaw to, Monette. Wychodzimy! - Złapała sakiewkę z pieniędzmi, narzuciła pelerynę i położyła dłoń na klamce, ale dziewczyna zastąpiła wejście.
- Nie bój się, na korytarzu jest bezpiecznie - zapewniła Daphne i otworzyła drzwi.
Myliła się. Korytarz wypełniał dym, języki ognia lizały ściany. Lada chwila ogień mógł zagrodzić im drogę. Daphne stanęły w oczach sceny z innego pożaru. A więc taka śmierć jest mi pisana? Mam zginąć w ogniu? - zadała sobie pytanie, ale zaraz się otrząsnęła.
- Uważaj, żeby nie zajęła ci się spódnica - krzyknęła do Monette i ruszyły na oślep korytarzem.
- Szybciej, Monette.
Daphne przeklinała w duchu chwilę, w której od oberżysty zażądała pokojów najbardziej oddalonych od schodów.
- Ktoś jest w głębi korytarza - usłyszały męski głos.
Z dymu wyłonił się mężczyzna i zmierzał ku nim. Objął je i skierował się ku schodom. Z mijanych pokojów uciekali inni goście, na ogół w nocnej bieliźnie. Na podeście klatki schodowej mężczyzna dał znak Monette, by weszła na schody. Posłuchała i ruszyła w dół, ale Daphne nie potrafiła się na to zdobyć. Szalejący na dole ogień przerażał ją.
- Przeniosę panią - zaoferował nieznajomy i nie czekając na odpowiedź, zniósł ją z trzech zakrętów schodów. Wtuliła twarz w jego pierś, żeby nie widzieć płomieni. Uniosła głowę dopiero wtedy, gdy poczuła powiew chłodnego powietrza. Byli na zewnątrz gospody. Mężczyzna postawił Daphne na ziemi i uściskał ją z radości. Nie zdążyła mu jednak podziękować, bowiem już biegł z powrotem do płonącego budynku.
- Niech pani stąd odejdzie, milady. - Koło Daphne stanął jej lokaj, a następnie poprowadził ją ku grupie ludzi, przerażonych i w niekompletnych ubraniach. - Ja wracam podawać wiadra.
- Dobrze, Carter. Potrzebna jest każda para rąk.
Carter dołączył do łańcucha ludzi podających sobie wiadra z wodą. Inni wyprowadzali konie ze stajni, jeszcze inni wytaczali z wozowni powozy.
Daphne nie odrywała wzroku od drzwi gospody. Miała nadzieję, że ujrzy w nich swojego wybawcę. Nie zdążyła przyjrzeć się nawet jego twarzy, lecz wiedziała, że go pozna. Był wysoki, ciemnowłosy i postawny, miał na sobie czarny żakiet i irchowe spodnie dżentelmena. W końcu ukazał się. Niósł pod pachą dwoje dzieci, a za nim biegła lamentująca ze strachu matka.
Daphne zrobiła krok w jego stronę, przecież do tej pory nie zdążyła mu podziękować, ale gdy do niego podeszła, zawrócił z powrotem do budynku.
- Boże, spraw, żeby wyszedł - szepnęła drżącymi ustami Daphne.
- Lady Faville? - zagadnął ją jakiś starszy dżentelmen.
Daphne nie chciała wdawać się z nikim w żadne rozmowy, interesowało ją tylko, czy w drzwiach gospody ukaże się ponownie jej wybawca.
- Pamięta mnie pani? - nie dawał za wygraną.
- Przepraszam, ale nie...
- Lord Sanvers. Znamy się z Maskarady.
Daphne wolałaby zapomnieć o istnieniu tego miejsca. Był to londyński dom gry, do którego można było przychodzić w maskach, jeśli chciało się zachować anonimowość. Niewiele brakowało, a spaliłaby budynek, w którym się mieścił.
- Dawno tam nie byłam.
Jeśli ją pamiętał z Maskarady, to musiał wiedzieć, jak każdy z ówczesnych bywalców, że przychodziła tam, żeby spotykać pewnego mężczyznę, którego miłości, jak się okazało, nie miała szansy zdobyć.
Po pożarze uciekła na kontynent. Schronienie i spokój ducha odnalazła ostatecznie w szwajcarskim opactwie w Fahr. Dopiero tam potrafiła skonfrontować się ze swoimi słabościami. Ale czy się zmieniła na tyle, by być gotowa na takie poświęcenie, na jakie zdobywał się ów śmiałek, który ją uratował?
Minuty przeciągały się w nieskończoność, w końcu jednak znowu wyłonił się z ogarniętego pożarem budynku, prowadząc dwie kolejne osoby. Ogień szalał i ryczał jak dzika bestia. Ze środka wciąż dobiegały krzyki. Czy on kolejny raz zaryzykuje życie?
Zawrócił. Jego sylwetka była widoczna na tle wejścia, kiedy z sufitu runęła płonąca belka. Budynek zatrząsnął się jakby w przedśmiertnych konwulsjach. Z dachu posypała się więźba. Mężczyzna uniósł dłonie do oczu. Daphne oniemiała z przerażenia, widząc, jak pada pod ciężarem wielkiej głowni.
- Nie! - ruszyła ku niemu z krzykiem.
Inni byli szybsi. Kilku mężczyzna wywlekło go za ubranie na środek podwórza. W tym momencie dach budynku zawalił się.
Daphne uklękła koło leżącego, ludzie dogaszali tlące się na nim ubranie.
- Żyje? - zapytała.
Przewrócono go na plecy. Ktoś przyłożył mu palce do szyi, by zbadać puls.
- Żyje. Jak na razie.
- Znam go! - zawyła.
Miał twarz umazaną sadzą, ale poznała go. Nazywał się Hugh Westleigh. Był bratem młodego hrabiego Westleigh. A także bratem kobiety, którą tak bardzo skrzywdziła w Maskaradzie.
Daphne podejrzewała, że nie byłby zachwycony spotkaniem z nią po tym wszystkim, co zrobiła. W tej chwili jednak był nieprzytomny.
- Trzeba zanieść go do lekarza - powiedział ktoś, podniósł Westleigha i zarzucił sobie na plecy.
Lekarz przyjmował w pobliskim sklepie. Daphne również tam poszła.
- Mamy kogoś w ciężkim stanie, panie doktorze - powiedział mężczyzna, który przyniósł Westleigha.
Lekarz nakazał posadzić nieprzytomnego na krześle.
- Czy on przeżyje? - zapytała Daphne.
- Nie wiem, proszę pani - odrzekł lekarz.
- Otrzymał silne uderzenie w głowę. Sama to widziałam.
Lekarz obejrzał głowę Westleigha.
- Rzeczywiście, uderzenie musiało być potężne - przyznał doktor. - Niech się pan obudzi - zawołał do rannego, ale odpowiedzią było tylko jęknięcie. - Wiadomo, kto to jest?
- Nazywa się Westleigh - powiedziała Daphne. - Jest młodszym bratem hrabiego.
- To prawda? - zapytał osiłek, który przyniósł Hugh. - Kto by się spodziewał: paniczyk, a taki bohater.
- Panie Westleigh! - zawołał ponownie lekarz. - Proszę się obudzić!
Ranny znowu jęknął.
- Proszę otworzyć oczy!
- Nie mogę... - Chciał wykonać polecenie, ale skrzywił się z bólu i uniósł dłonie do oczu.
- Niech pan nie dotyka! - Lekarz chwycił dłonie Westleigha.
- Zabandażuję mu oczy. Opatrunek musi pozostać na miejscu przez dwa tygodnie, inaczej grozi mu utrata wzroku - powiedział do Daphne. - Zresztą, możliwe, że i tak jest już za późno. Bardziej martwi mnie jego głowa. Doznał wstrząsu. Wymaga troskliwej opieki.
- Jakiego rodzaju opieki?
- Potrzebuje odpoczynku i spokoju. Żadnych wzruszeń przynajmniej przez tydzień. - Zajrzał Westleighowi do ust i nosa. - Nie ma krwi. To dobry objaw.
- Moja głowa - jęknął Westleigh.
Lekarz pospiesznie dokończył zakładanie opatrunku i skinieniem głowy dał znać, żeby wyszli. Czekał kolejny ranny.
- Muszę się zająć innymi. Proszę dopilnować, by miał stale zabandażowane oczy i spokój. To bardzo ważne! - przypomniał.
Daphne sięgnęła do sakiewki po kilka monet i zostawiła je na stole. Tymczasem mężczyzna, który przyniósł rannego Westleigha, podniósł go z krzesła.
- Idziemy, proszę pana. A pani niech idzie za nami - rzucił do Daphne. Najwidoczniej myślał, że podróżowali razem.
Na dworze już świtało. Czekał na nich lokaj Daphne, Carter. Nieznajomy skorzystał z okazji - pchnął Westleigha lekko w jego ramiona i odszedł bez pożegnania.
- Milady, stangret znalazł stajnię dla koni. Czekają razem z Monette przy naszym powozie niedaleko gospody - wyjaśnił Carter i zaraz spytał: - A co ja mam z nim zrobić?
- Zanieś go do naszego powozu - zadecydowała szybko Daphne. - Potem pomyślimy, komu go przekazać.
Na pogorzelisku wciąż panowała krzątanina. Dogaszano resztki ognia i wynoszono ocalały dobytek. Kufry Daphne i jej pokojówki zostały na dachu powozu. Spaliły się jedynie te walizki, które wniesiono do pokojów.
Carter i stangret ułożyli Westleigha na siedzeniu w powozie.
- Weźmiemy go ze sobą? - zapytała Monette.
- Nie - odpowiedziała Daphne. - Nie życzyłby sobie tego. Musiał podróżować w jakimś towarzystwie. Dowiemy się z kim. Carter, wypytaj ludzi - poprosiła lokaja. -To Hugh Westleigh.
Westleigh poruszył się niespokojnie i sięgnął do bandaża zasłaniającego oczy.
- Proszę nie dotykać opatrunku, panie Westleigh. - Daphne podłożyła rannemu pod głowę poduszkę i okryła go pledem.
- Pić - jęknął.
- Monette, przynieś piwo i coś pożywnego do jedzenia - nakazała pokojówce, przeklinając się w duchu, że wcześniej o tym nie pomyślała.
Daphne sięgnęła do sakiewki, podała pokojówce i lokajowi kilka monet.
- Kupcie też jakieś jedzenie sobie i nie zapomnijcie o stangrecie.
Monette wróciła po kwadransie z pobliskiej piwiarni z jedzeniem i piciem dla Westleigha i stangreta.
- Mieli wolny pokój, w którym mogłaby się pani przebrać - oznajmiła. - Zamówiłam też posiłek.
Daphne była wdzięczna pokojówce, że o tym pomyślała. Nie uśmiechało się jej jedzenie w powozie na ulicy, gdzie powietrze zatruwał ciężki odór spalenizny.
- Popilnuję tego dżentelmena - zaofiarował się stangret. - I tak muszę zostać przy powozie.
Monette tymczasem zaprowadziła Daphne do piwiarni odległej o dwie przecznice od miejsca postoju powozu.
Lokal był zatłoczony gośćmi spalonego zajazdu, wywodzącymi się z różnych warstw społecznych. Daphne zemdliło od zapachu potu, dymu i piwa. Damy z jej sfery zazwyczaj w takich spelunkach nie bywały. Zakryła dłonią usta, żeby nie zwymiotować. Naraz przypomniała sobie słowa opatki z Fahr: musisz nauczyć się znajdować w sercu współczucie dla wszystkich ludzi, wszyscy bowiem jesteśmy dziećmi Boga.
Kochana opatka, pomyślała. Wielka sympatia, jaką ją obdarzyła już na początku znajomości, była wzruszająca. Oczy Daphne wypełniły się łzami. Śmierć starej zakonnicy była dla niej silnym ciosem boleśniejszym nawet niż odejście matki i męża. Po pogrzebie zakonnicy Daphne opuściła Fahr. Wyjechała, lecz słowa staruszki zachowała w sercu na zawsze. Niekiedy odnosiła wrażenie, że stoi ona obok niej i szepce do ucha swoje nauki.
Spojrzała na stłoczonych w piwiarni ludzi innymi oczami. Zasługiwali na współczucie. Brudni, nieubrani, niektórzy w bandażach, mieli wypisane na twarzach zmęczenie i smutek. Daphne dziękowała losowi, że z nią obszedł się łaskawiej.
W drodze do zarezerwowanego pokoju natknęła się znowu na lorda Sanversa, który zapamiętał ją z Maskarady. Na jej widok wstał od stołu, przy którym siedział sam.
- Łaskawa pani, martwiłem się o panią. - Siwe włosy miał starannie uczesane, ewidentnie zdążył się już przebrać. W porównaniu z innymi w piwiarni wyglądał nienagannie.
- Nic mi nie jest, proszę pana.
- Czy mógłbym pani pomóc? Jestem do dyspozycji.
Oczy Daphne zalśniły, a w jej głowie pojawiła się doskonała myśl: Sanvers mógłby zaopiekować się Westleighem! Czy to nie byłoby najlepsze rozwiązanie dla wszystkich?
Daphne spojrzała na stół, który lord Sanvers zajmował zupełnie sam, podczas gdy wielu innych nie miało nawet krzesła, żeby usiąść. Czy proponowałby jej pomoc, gdyby nie była piękną, majętną wdową po wicehrabim?
- Moi służący zajęli się już wszystkim, ale dziękuję. - Dygnęła i podążyła za Monette.
W pokoju opadła z ulgą na krzesło, ale zaraz nawiedziło ją poczucie winy. W tej zatłoczonej piwiarni miała cały pokój dla siebie. Czy oznacza to, że jest równie samolubna jak lord Sanvers?
Zdjęła nocną bieliznę i włożyła suknię przygotowaną przez Monette i szybko zjadły posiłek. Płacąc karczmarzowi, Daphne zostawiła dodatkowe pieniądze z prośbą, by udostępnił zwalniany pokój i trochę jedzenia najbardziej potrzebującym, lecz nie czekała, żeby się przekonać, czy spełnił jej prośbę.
Przy powozie, oprócz stangreta, zastały również Cartera.
- Rozmawiałem z właścicielem spalonej gospody - powiedział. - Twierdzi, że pan Westleigh podróżował sam. Nie miał nawet osobistego służącego.
- Jak on się ma? - zapytała Daphne stangreta.
- Śpi. Napił się piwa i zasnął.
- Musimy znaleźć kogoś, kto się nim zaopiekuje.
- To niemożliwe. Ramsgate jest pełne rannych i bez dachu nad głową. Trudno tutaj będzie znaleźć dla niego jakiś pokój. Nam zresztą też. Powinniśmy wyjechać jeszcze dzisiaj, milady. Jeśli niebawem wyruszymy, znajdziemy jakieś lokum po drodze, a pojutrze dotarlibyśmy do Faville.
Podróż z Ramsgate do majątku w Vadley koło Basingstoke w normalnych warunkach powinna zająć trzy dni. Mąż pozostawił tam Daphne wiejski dwór, żeby nie musiała przeprowadzać się do wdowiej rezydencji w Faville. Jednak Daphne nie zdążyła zadomowić się w Vadley, mieszkała tam bowiem tylko kilka tygodni po zakończeniu żałoby. Potem wyjechała do Londynu i na kontynent. Dopiero teraz planowała osiąść tam na stałe. Nie była tylko pewna, czy w ten sposób odpokutuje za próżność i bezmyślność, jakie cechowały ją w przeszłości.
- Nie możemy wziąć go ze sobą - oznajmiła. - Zresztą lekarz stwierdził, że podróż byłaby dla niego zbyt wyczerpująca.
- Nie mamy wyboru, milady - powiedział cicho Carter.
- Ruszajmy - wtrącił się stangret. - Może po drodze znajdziemy dla niego odpowiednią opiekę. Tutaj nie ma na to szansy.
- Nie zostawiajmy go - odezwała się proszącym głosem Monette.
Daphne wciąż nie była przekonana o tym, jak powinna postąpić. Czy dlatego, że wiedziała, że Westleigh nie chciałby być doglądany przez kobietę, która wyrządziła tyle zła jego siostrze? A może kierowała się wyłącznie myślą o własnej wygodzie?
- Dobrze - podjęła w końcu decyzję. - Ale pojedźmy w kierunku Londynu, nie do Vadley. Jestem pewna, że jego rodzina jest w mieście. Kiedy znajdziemy miejsce, w którym będziemy mogli go zostawić, powiadomimy ich, żeby po niego przyjechali. A jeśli nie uda nam się zostawić go pod niczyją opieką, zawieziemy go do samego Londynu. Nie nadłożymy więcej niż dwa dni drogi.
Słońce chyliło się ku zachodowi, a w żadnym zajeździe ani w żadnej gospodzie nikt nie chciał podjąć się opieki nad rannym. Co gorsza, stało się jasne, że Westleigh nie wytrzyma kolejnego dnia podróży do Londynu. Droga była wyboista. Powóz trząsł się, Hugh krzyczał z bólu. Gorączka się nasilała.
Dojechali do Thurnfield, małej wioski przy gościńcu do Maidstone. W gospodzie brakowało miejsc, ale oberżysta wiedział o niewielkim domu do wynajęcia w bliskiej okolicy. Daphne dopełniła formalności, ale zanim wyruszyli do wynajętego domu, wzięła na rozmowę Cartera, Monette i stangreta.
- Powiedziałam tutejszym, że nazywam się Asher. Wydaje mi się, że pan Westleigh nie chciałby, żeby opiekowała się nim lady Faville, bowiem jego rodzina ma powód, żeby mnie nienawidzić. Asher to moje nazwisko panieńskie...
Daphne wiedziała, że postępuje niezgodnie z naukami opatki klasztoru w Fahr, tym bardziej że nawet niewinne kłamstwo pociągało za sobą kolejne. Nie miała jednak wyjścia.
- Postarajcie się zapamiętać, że od dzisiaj nazywam się pani Asher, i nie zwracajcie się do mnie "milady".
Służący pokiwali głowami na znak, że rozumieją polecenie, a Daphne nawiedziły wyrzuty sumienia, że nakłania ich do nieuczciwości.
- Jak sobie pani życzy, milady - powiedział Carter. - To znaczy, proszę pani.
- No to ruszajmy.
Podjechali pod otynkowany na biało domek z dobrze utrzymanym żywopłotem i niewielką stajnią dla koni. Na progu stali gospodyni i dozorca.
- Nazywam się Pitts, a oto moja żona. - Wskazał kobietę stojącą obok. - Do usług szanownej pani.
- Dzień dobry - przywitała się Daphne i przedstawiła swoich służących. - Mamy rannego. Trzeba go jak najszybciej zanieść do sypialni.
- Proszę za mną. - Gospodyni zaprosiła gestem do środka. - Niech pani wybierze pokój dla tego dżentelmena.
Dom był urządzony skromnie, ale w porównaniu z opactwem w Fahr wydał się Daphne wręcz luksusowy. Sprawiał przyjemne wrażenie. Nie miało to jednak znaczenia, bowiem zamierzała zatrzymać się tutaj tylko dwa dni, aż nie przyjedzie ktoś z rodziny Westleighów.
Wybrała dla Hugh najładniejszą sypialnię, narożną, z oknami na dwie strony, pełną światła i świeżego powietrza.
- Czy łóżka są pościelone? - zapytała gospodynię.
- A jakże - odpowiedziała pani Pitts. - Przygotowaliśmy pokoje, gdy tylko dostaliśmy wiadomość, że będziemy mieć gości.
Tak zrobiłaby każda dobra gospodyni, pomyślała Daphne. Pamiętała jednak, że nawet służący lubią być chwaleni.
- To ładnie z pani strony. - Uśmiechnęła się do kobiety. - Przynieście tutaj pana Westleigha - zwróciła się do dozorcy i Cartera, którzy wnieśli na górę jego kufer.
- Zechce pani obejrzeć resztę domu? - zapytała gospodyni.
- Później. Najpierw ranny.
- W takim razie dopilnuję przygotowania posiłku.
Gospodyni się oddaliła. Wkrótce Westleigh leżał już w łóżku.
- Gdzie jestem? - zaniepokoił się. - Dokąd mnie przywieźliście?
Daphne dotknęła jego ręki.
- Jest pan w domu przy gościńcu do Maidstone - powiedziała kojącym głosem.
- Ale ja nie jechałem do Maidstone, lecz do Londynu - próbował się podnieść.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
- Jest pan zbyt słaby, by jechać do Londynu. - Tłumaczyła mu to za każdym razem, kiedy budził się w powozie i pytał, dokąd jest wieziony. - Odniósł pan poważne obrażenia podczas pożaru. Musi pan odpocząć i nabrać sił. Będziemy się panem opiekować do czasu, aż poczuje się pan lepiej. Wtedy pojedzie pan do Londynu.
Uspokoił się.
- Niech pani wyjdzie, mil... pani Asher. Ja rozbiorę pana Westleigha - wtrącił się Carter.
- A pan niech idzie po wodę, mydło i ręczniki - powiedziała Daphne do dozorcy. - Carter umyje rannego. Na pewno lepiej się poczuje czysty i przebrany w świeżą bieliznę. Proszę tylko ostrożnie z myciem twarzy.
- Woda, mydło i ręczniki są w pokoju. - Dozorca wskazał komodę, na której stały dzban z wodą i miska.
- Dam sobie radę, proszę pani - zapewnił Carter. - Może nas pani zostawić.
Daphne zdjęła dłoń z ramienia Westleigha, lecz on chwycił ją, nie pozwalając jej odejść.
- Niech mnie pani nie zostawia samego - jęknął.
Zrobiło się jej przykro. Nie wiedziała, co powinna powiedzieć; pogłaskała go więc tylko po wystających spod bandaża włosach.